Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seewald. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seewald. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 maja 2016

Pochwała postu


  W swych przepisach dotyczących postów święty Benedykt zalecał, by mnisi odmawiali „swojemu ciału trochę z jedze­nia, picia, snu, rozmów czy żartów". Każdy z braci miał otrzy­mać „jedną książkę, którą powinien przeczytać od pierwszej do ostatniej strony w całości" [W przytoczonym przez autora niemieckim tekście Reguły mowa konkretnie o Piśmie Świętym. Por. tekst oryginału łacińskiego In quibus diebus quadragesimae accipiant omnes singulos codiccs de bibliotheca, quosper ordinem ex integro legant (przyp tłum)]. „W tych świętych dniach" można ponadto - jak zauważa autor Reguły - naprawić „wszelkie zanie­dbania innych okresów".

  Benedykt nie wynalazł postu. Przez czterdzieści dni i nocy pościł na górze Synaj Mojżesz, zanim mógł otrzymać od Boga tablice z Jego Prawem. Wielki biblijny prorok Jonasz zdołał odwrócić od miasta Niniwy grożący mu Boży gniew dzięki temu, że skłonił jego mieszkańców - „od największego do najmniej­szego" do podjęcia postu. Eliasz i Jezus umacniali się z kolei przed rozpoczęciem swej misji, podejmując czterdziestodniowy post na pustyni. Post i modlitwa są ze sobą w sposób naturalny powiązane i jako środki zewnętrznego i wewnętrznego oczysz­czenia zaliczają się do najstarszych, występujących we wszyst­kich kulturach rytuałów ludzkości.

  Wyrzekanie się czegoś nie prowadzi w oczach mnichów do osłabienia, lecz, będąc oczyszczającym lekarstwem dla ciała i duszy, stanowi optymalny sposób na wzmocnienie się. „Niech post umocni wszystko to - śpiewają benedyktyni w swych wiel­kopostnych hymnach - co słabe jest, niech skruszy zło." Mniej znaczy w tym przypadku więcej nie tylko w odniesieniu do samopoczucia fizycznego, lecz także siły duchowej, nadziei, odwagi i nowej jasności umysłu. W ramach czterdziestodnio­wej drogi wielkopostnej liturgia, oprócz towarzyszenia w zgłę­bianiu duchowych tajemnic, proponuje z tego względu bar­dzo praktyczne narzędzia ćwiczeń. Rodzajem „sygnału startu" do marszu ku odnowieniu swego życia jest czyniony popiołem na czole znak krzyża, zaś jego końcowy rezultat stanowi nie mniejsza liczba na wyświetlaczu wagi, lecz zdolność do usły­szenia radosnego głosu, ogłaszającego dobrą nowinę paschalną. Marsz ten również z perspektywy liczby spożywanych kalo­rii i stanu naszego organizmu prowadzi nas poprzez mękę do zmartwychwstania. Po jego ukończeniu stajemy się - jak to się mówi - „zupełnie nowym człowiekiem".

  -  Gdy skończysz - entuzjazmował się jeden z mnichów, który opowiadał mi o związanych z postem doświadczeniach -staniesz się o wiele bardziej zdecydowany. Będziesz w stanie od razu lepiej wszystko sobie poukładać i radzić sobie z różnymi problemami. Nowa lekkość, którą poczujesz, przepędzi ci tro­ski z głowy, a dzięki odzyskaniu zdolności koncentracji nabie­rzesz większej stanowczości i optymizmu. Ponieważ oczyścisz się dzięki podjęciu pewnego trudu i wyrzeczenia, będziesz oka­zywał innym większą wyrozumiałość. A poza tym poczujesz większy spokój, bo staniesz się silniejszy. Będziesz znów gotowy na gesty dobrej woli wobec innych.

  Młody mężczyzna, z którym rozmawiałem, brat Philipp, nie był bynajmniej przedstawicielem wagi lekkiej. Swój zachwyt nad ćwiczeniami postnymi wyraził mniej więcej w następujący sposób:

 -  Coś w tobie uległo oczyszczeniu. Z twego ciała i twego zaśmieconego umysłu odpompowane zostały zalegające tam pokłady mułu. Widzisz rzeczy, których wcześniej nie dostrze­gałeś. To tak, jakbyś przenikał wzrokiem ściany. To, co przed­tem wydawało ci się rozmyte i zagmatwane, staje się teraz jasne i proste. Okazuje się, że ze wszystkim możesz dać sobie radę. Ta czystość daje ci odczucie lekkości. Rodzi się w tobie ogromny optymizm, który promieniuje na zewnątrz. Jestem przekonany, że jest on źródłem takiego blasku, że zaczyna przyciągać innych niczym światło żarówki owady. Ta lekkość to nie urojenie. Jest się rzeczywiście lżejszym.

  Po tych słowach brat, którego głowa była ogolona na łyso i który już dużo wcześniej zwrócił na siebie moją uwagę za sprawą swego bardzo pewnego chodu, zrobił krótką przerwę. Następnie zadał pytanie, które przypominało zagadki ojca Johna:

  - Dlaczego anioły potrafią latać? Nie odważyłem się próbo­wać na nie odpowiedzieć. - To proste - zaśmiał się brat Phi­lipp - jest tak nie tylko dlatego, że są takie lekkie, lecz również i przede wszystkim dlatego, że nie obciążają się niepotrzebnymi troskami.

  W swej książce Głodówka zdrowotna lekarz Hellmut Lützner porównuje post do fazy spoczynku w codziennym rytmie. Na „czuwa­nie, pracę, przyjmowanie pożywienia, kontakt ze światem zewnętrz­nym oraz wszelkiego typu akcje i reakcje" człowiek potrzebuje od dwunastu do czternastu godzin na dobę. Pozostaje mu od dziesięciu do dwunastu godzin - głównie w nocy - które „wykorzystuje na przemianę materii: redukcję zapasów, przebudowę tkanek i odbu­dowę organizmu. Potrzebną do tego energię ciało czerpie ze swoich wewnętrznych zapasów" W okresie postu zachodzi dokładnie to samo, co w czasie normalnej „nocnej głodówki" - nasz organizm „zajmuje się wyłącznie sobą - śpi i odpoczywa. Spokój, poczucie bezpieczeństwa i ciepło pozwalają mu w tym czasie żyć samym sobą".

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

piątek, 14 marca 2014

Korepetycje z nauki o cnocie


Ojciec John udzielał korepetycji z nauki o cnocie z wyraźnym zażenowaniem. Wyznałem mu jednak bez ogródek, że znaczenia tego pojęcia zapomniałem, tak jak pani z telewizji zapomniała, czym jest Dziesięć Przykazań.

- Cnota - rozpoczął mnich z wahaniem, jak gdyby musiał uczyć dorosłego człowieka posługiwania się nożem i widelcem - to pewnego rodzaju skłonność do czynienia nie tylko dobra, lecz także do robienia wszystkiego najlepiej, jak się tylko potrafi. Oczywiście czymś nieuniknionym jest, że człowiek nieustannie schodzi ze ścieżki cnoty, ale w ostatecznym rozrachunku to właśnie ona stanowi niezawodną siłę, umożliwiającą nam porządkowanie naszych uczynków i prowadzenie dobrego życia.

Mój rozmówca nie był do końca zadowolony ze swego wyjaśnienia. Niełatwo jest wygłaszać wykłady o rzeczach, do których dążyło się przez całe swoje życie, przeżywając wiele trudnych doświadczeń i porażek, ale których nie ujmowało się nigdy w teoretyczne formuły.

Cnota - kontynuował ojciec - nie jest zasadniczo związana z żadną religią. Na przykład Konfucjusz uważał za najważniejsze cnoty takie, jak wierność, pietyzm, szacunek dla przeszłości, rycerskość i obyczajność. W chrześcijaństwie najwyższe miejsce w hierarchii przyznano tak zwanym cnotom kardynalnym, takim jak roztropność, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie. Mają one swe korzenie w Biblii. „Jeśli kto miłuje sprawiedliwość - naucza Księga Mądrości - jej to dziełem są cnoty: uczy bowiem umiarkowania i roztropności, sprawiedliwości i męstwa".


Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

czwartek, 13 marca 2014

O świętej Teresie z Avili


O innej wybitnej postaci chrześcijaństwa, świętej Teresie z Avili, założycielce siedemnastu klasztorów żeńskich i piętnastu męskich, mówi się wręcz, że dzięki intensywności i głębi swej wiary była w stanie pobudzić wszystkie siły duchowe, które zazwyczaj tkwią niewykorzystane w ludzkiej podświadomości. Dzięki temu podczas wizji wpadała w ekstazę i unosiła się w powietrzu, a jej twarz jaśniała. Pewnego razu - jak mówią źródła - Teresie ukazał się anioł ze złotą, ognistą włócznią, którą przebił jej serce. Rzeczywiście, odwiedzający klasztor jej zakonu w Albie jeszcze dziś mogą oglądać ślady tej rany na sercu świętej, które nie uległo rozkładowi. Takie współdziałanie sił boskich i ludzkich benedyktynka, siostra Caecilia Bonn, porównała do procesu fotosyntezy u roślin, których chlorofil posiada twórczą zdolność wytwarzania związków organicznych pod wpływem energii słonecznej. Bez tego zjawiska nie mógłby istnieć żaden organizm żywy. U ludzi, którzy znajdują się szczególnie blisko Boga - jak podkreśla siostra Caecilia - analogiczny proces przebiega po prostu w sposób o wiele bardziej intensywny niż u innych.

Jako młoda dziewczyna Teresa była znana ze swej urody, ale z wiadrem do mycia podłogi potrafiła obchodzić się nie gorzej niż z modlitewnikiem. Pewnemu śmiałemu młodzieńcowi, który podziwiał piękno jej stóp, odpowiedziała z błyskiem w oku: „Proszę przyjrzeć się uważnie, panie, bo oglądasz je ostatni raz". Święta zakonnica rozróżniała kilka form modlitwy, z których każda prowadziła z kolei do osiągnięcia różnych stanów -„dotyku", „porwania" czy wręcz „lotu duszy" kiedy to dzięki głębokiemu mistycznemu zjednoczeniu z Bogiem duszę wypełnia „głęboki pokój". Celem tej mistrzyni życia duchowego nie było jednak samo doświadczanie wzniosłych uczuć. Głosiła, że Bóg zawsze czegoś od nas żąda. Nie istnieje zatem mistyka, która nie prowadziłaby do czynu, bo tylko w nim znajduje potwierdzenie swojej autentyczności. I na odwrót, nie ma również prawdziwie wielkiego czynu, który mógłby zaistnieć bez mistycznego podłoża. Bez tego fundamentu wszystko bowiem, co robimy, staje się jedynie pozbawionym refleksji aktywizmem. Teresa nie interpretowała swych wizji. „Co to znaczy, tego nie rozumiem - pisała - i niewymownie cieszę się z tego, że nie rozumiem. Bo w istocie, córki, dusza ma nie tyle upatrywać (...) te rzeczy, które tu sami możemy objąć samym rozumem, ile raczej te, których żadną miarą pojąć nie zdołamy". W swym dziele Twierdza wewnętrzna dodała później: „Mam to przekonanie, że w każdym najmniejszym stworzeniu Bożym, choćby to była tylko drobna mrówka, więcej ukrywa się dziwów, niż rozum pojąć zdoła". Całą mądrość i doświadczenie swego życia święta podsumowała w następujących słowach: „Todo se pasa, Dios solo basta" - „Tu wszystko mija, Bóg sam wystarcza". Udziałem każdego bowiem, kto „zaczął kochać Chrystusa, staje się osobliwe doświadczenie. Im bardziej pragnie dawać, tym bardziej sam czuje się obdarowany".

Teresa zmarła 4 października 1582 roku. W dzień później w dziejach świata rozpoczęła się nowa era - w życie weszła przygotowana przez papieża Grzegorza XIII reforma kalenda­rza. Ponieważ w chwili przejścia z kalendarza juliańskiego na gregoriański pominięto dziesięć kolejnych dni, dzień śmierci tej wielkiej, ukierunkowanej na wieczność kobiety zawisł niejako, pozbawiony daty, w nieskończonym bezkresie wszechświata.

Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

wtorek, 11 marca 2014

Wzniosłe szczyty cnoty


Przebywając w klasztorze, chciałem zrobić coś, co przysłużyłoby się mojemu rozwojowi duchowemu. Byłem bowiem przekonany, że mnisi uczą fascynujących rzeczy. Tak na przykład u kartuzów każda funkcja życiowa, każda czynność, każde siedzenie w ciszy i każdy gest, ba, każde najmniejsze poruszenie serca i umysłu ukierunkowane są na nawiązanie dialogu z Bogiem i dążenie do zjednoczenia z Nim. Koncentrując się na modlitwie, mnisi ci po wieloletnich ćwiczeniach są w stanie doświadczyć - jak można usłyszeć - niewysłowionej radości. Niemiecki dominikanin Mistrz Eckhart, jeden z największych mistyków wszech czasów i doskonały kaznodzieja, o którym mówiono, że gdyby nie znalazł się nikt inny, kto byłby gotów go słuchać, głosiłby kazania nawet skarbonce na datki, potrafił zwracać ludziom utracone przez nich mieszkanie u Boga. Mówił, że nie ma na ziemi większej rzeczy od przyjmowania Boga we własnej duszy.

Ojciec Pustyni Jan Kasjan mówił o takim poziomie doświadczenia mistycznego, który przekracza wszelkie ludzkie kategorie myślowe. „Duch wyraża w najkrótszym czasie tak wielkie rzeczy, że powróciwszy do swego normalnego stanu, nie jest ich w stanie wyrazić lub oddać". Święty Bernard z Clairvaux jest twórcą hasła mistyków: „Wierzę, aby doświadczać". Jego celem było to, by nie tylko przyjmować Boga do wiadomości jako jakieś ciekawe zjawisko, lecz także naprawdę smakować Go jako doświadczenie. Bernard był jednak przekonany również o tym, że „wyjaśnić istoty tego przeżycia" nie jest w stanie nikt „z wyjątkiem tego, kogo udziałem się ono stało". W dziedzinie poznania religijnego liczą się - jak głosi święty - wyłącznie te doświadczenia, które przeżyło się samemu, wszystko inne jest bezwartościowe. Benedykt mówi z kolei o „doskonałości najwyższej" oraz o „wzniosłych szczytach cnoty" w odniesieniu do ludzi, którzy ściśle trzymają się nauk Ojców. Dla siebie i sobie podobnych, „leniwych, złych i niedbałych", patriarcha mnichów Zachodu przygotował natomiast - jak pisze - swą Regułę, aby umożliwić również „początkującym" wejście na drogę ku oświeceniu.

Mistyka chrześcijańska wychodzi z założenia, że dusza człowieka już w tym życiu jest w stanie poprzez pewne doświadczenia zanurzyć się w obecności i jestestwie Boga. Od pewnego stopnia swego rozwoju duchowego wierzący mogą w tej sferze poruszać się niczym motocyklowi kaskaderzy jeżdżący po pionowych ścianach, którzy, osiągnąwszy określoną prędkość, potrafią przezwyciężyć siłę ciężkości i śmigać po zakrętach w pozycji poziomej. Takie wyczyny przywodzą na myśl zdumiewające relacje wielu świętych na temat uczuć, których doświadczyli, ofiarując się Bogu. Ich uczucia musiały mieć w sobie coś wyzwalającego i świetlistego, być niczym okno do nieba, które można nagle otworzyć, aby napełnić się radością i uwolnić od lęku.

Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

piątek, 7 marca 2014

Czy mógłby je nam pan biskup przefaksować?


Ewangelicki biskup Horst Hirschler zrelacjonował niegdyś pewne wydarzenie, które w pierwszej chwili brzmi bardzo zabawnie. Jak opowiadał, pewnego dnia zadzwoniła do niego młoda dziennikarka pewnej prywatnej stacji telewizyjnej.

- Czy mogę rozmawiać z przedstawicielem Kościoła? -zapytała. - Tak, witam, tu biskup Hirschler. - Super - powiedziała dziennikarka, wołając do kogoś w tle: „Słuchaj, mam na linii prawdziwego biskupa!" po czym kontynuowała: - Panie biskupie, proszę nam powiedzieć, Kościół katolicki ma swoje przykazania czy jak to się nazywa. Zna je pan biskup? - Tak, oczywiście, są one takie same, jak w Kościele ewangelickim. - O, to bardzo ciekawe! A co takiego w nich jest? Dużo ich jest? - Cóż, mamy Dziesięć Przykazań... - O! - zdziwiła się dziennikarka - Dziesięć? - Tak - wyjaśnił biskup - jest w nich wiele naprawdę mądrych rzeczy. Na przykład piąte przykazanie to „nie zabijaj" szóste - „nie cudzołóż" a ósme - „nie nadawaj nieprawdziwych wiadomości". - Ach, to szalenie ciekawe! Super! A czy mógłby je nam pan biskup przefaksować?

Młoda dziennikarka nie miała złych intencji, ale jej słowa rzucają dużo światła na sytuację wiary we współczesnym świecie. Tym, co utraciliśmy, jest nie tylko „religijne abecadło". Na myśl przychodzi słynna karykatura polityczna z okresu wilhelmińskiego, ukazująca kanclerza Bismarcka, który ze zmęczeniem na twarzy opuszcza wielki parowiec. Kapitan schodzi z pokładu, a pozostali na statku, nieznający sygnałów nawigacyjnych pasażerowie po omacku płyną dalej.

Dziś ma się wrażenie, że niegdysiejsi strażnicy przykazań i cnót po cichu opuścili kołyszący się okręt, którym jest nasze społeczeństwo. Być może sprzykrzyła im się sytuacja, w której na każde ostrzeżenie słyszeli w odpowiedzi wyłącznie drwiny i szyderstwa, a być może po prostu zmęczyli się swą rolą. Wiadomo jednak, że życie nie znosi próżni. Niepisanym prawem jest, że gdy znika cierpliwość, rodzi się niecierpliwość. Miejsce pokory zajmuje pycha, miejsce nadziei - lęk, miejsce wdzięczności -niewdzięczność, a miejsce rozmów - programy talk show. Tak jak próżnię powstałą po utraconych cnotach wypełniały przywary, tak nie trzeba było też długo czekać na ich strażników. Na okładkach tych samych zaś czasopism, które przy każdej okazji bezwzględnie piętnowały kiedyś kościelnych „apostołów moralności" lać zaczęto krokodyle łzy z powodu upadku obyczajów i zachwiania się hierarchii wartości. Z dnia na dzień cnota, którą nikt się przedtem nie interesował, stała się towarem pożądanym niczym woda na pustyni. Ale czym tak w ogóle jest cnota?

Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

poniedziałek, 24 lutego 2014

Rozbicie struktur rodzinnych


Być może odmalowałem obraz w zbyt czarnych barwach, jestem jednak przekonany, że nigdy dotąd w historii cywilizacji nie istniało społeczeństwo, które tak chętnie rezygnowałoby z ojców, jak nasze. W czasach, gdy panował większy rozsądek, w Portugalii ojcowie posiadający dwoje i więcej dzieci otrzymywali dodatkową kartę do głosowania, co umożliwiało im zrównoważenie ciężaru głosów nieżonatych i bezdzietnych urzędników, których trudno byłoby posądzać o chęć prowadzenia polityki prorodzinnej. Takie sympatyczne modele traktowane są dziś jednak jako relikt z epoki kamienia łupanego. W polityce i gospodarce wciąż jeszcze dominują mężczyźni, ale w przeciwieństwie do dawniejszych czasów brak w tych dziedzinach życia liderów, którzy byliby gotowi do przejęcia odpowiedzialności za przyszłe pokolenia. Troszczą się oni przede wszystkim o interesy przynoszące szybkie zyski, a posiadane firmy „córki", lekkomyślnie pozostawiają je samym sobie.

Obraz rozbitych struktur rodzinnych ukazują już od dłuższego czasu amerykańscy socjologowie Gregory Vogt i Stephen Sirridge. „Młodzież dryfuje bez celu - czytamy w jednej z ich prac - ojcowie w średnim wieku zmagają się z nałogami, a starsi ojcowie i dziadkowie dotknięci są poczuciem bezwładu i zniechęcenia." Autorzy pytają: gdzie są ojcowie, którzy w ramach ważnego rytuału przekazywali niegdyś synom wiedzę o świecie oraz o tym, jak sobie w nim poradzić? Co stało się z ojcowskim błogosławieństwem, które - jak to mówiło się kiedyś - „utwierdza domy dziatek", błogosławieństwem, które - jak zaznaczają badacze - „uważamy za niezbędne do życia i fundamentalne dla duchowej egzystencji każdego mężczyzny"? Gdzie podziali się „mędrcy", odgrywający w dotychczasowych społeczeństwach tak ważną rolę? Wniosek płynący z rozważań Vogta i Sirridge'a jest jednoznaczny - to ojcowie odpowiadają za to, że ich dzieci zostały „wychowawczymi sierotami", członkami dorastającego bez ojców i rozpaczliwie uczepionego bezradnych matek pokolenia emocjonalnych rozbitków.

Niezależnie od tego, czy jest to przypadek, czy też nie, to właśnie w epoce współczesnej, równolegle do degradacji ogólnie pojętej roli mężczyzn w społeczeństwie i rodzinie, męskie nasienie, jak dowiedli naukowcy, staje się coraz mniej płodne. Logiczne byłoby w tej sytuacji, gdyby lekarze sięgnęli po probówkę i całkowicie zastąpili zmęczonego dawcę życia w jego biologicznej roli.

Rodzinę dotyka nowa destabilizacja. Tym razem jej źródłem nie jest nadużywanie przez mężczyzn siły, lecz zanik struktur wewnętrznych. Wychowanie dzieci nie jest wyłącznie zadaniem ojców, ale to właśnie oni wycofują się ze swej roli, bo wydaje im się, że są w tej grze nieustannymi przegranymi albo po prostu nie chce im się już odważnie walczyć. Gdzie popełniliśmy błąd w naszym wychowaniu? Dokąd właściwie zmierzamy? Takie pytania towarzyszą dziś rodzicom, gdy bezradnie siedzą wieczorem przy kuchennym stole. Być może rzeczywiście nasza formuła wychowania już się wyczerpała - i trzeba ją wypełnić nowymi treściami.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

sobota, 22 lutego 2014

Odnaleźć własną drogę


Skąd ta potęga mitu własnej biografii? W świecie, który oferuje większą niż kiedykolwiek liczbę możliwości, odwieczne marzenie człowieka o decydowaniu o własnym życiu wzbogaciło się o zupełnie nieznane dotąd wymiary - od elementów stylu i propozycji kariery ze strony hiperindywidualistycznego społeczeństwa usługowo-rozrywkowego poprzez techniki symulacyjne „wirtualnych rzeczywistości" aż po psycho-narkotyki serwowane nam przez ludzi zajmujących się praniem mózgów oraz nowe stwórcze możliwości naukowców, definiujących człowieka jako biomasę, którą można poddać dowolnemu modelowaniu. Już na punkcie samej biografii wielu ludzi ogarnęła swego rodzaju obsesja. Wyobrażenie zaś, że człowiek jest w stanie poddać swe życie montażowi niczym reżyser film, jest źródłem olbrzymich utopii.

Role przydzielane są na nowo, karty tasowane jeszcze raz. Wszystko wydaje się w zasięgu ręki. Nowi prorocy, którzy wyskakują niczym króliki z kapelusza, ogłaszają dziś, że wreszcie możemy zerwać krępujące nas pęta, aby wyzwolić olbrzbmią energię, która zapewni nam sukces, bogactwo, szczęście i wieczną młodość. Pewne jest jednak, że bogactwo oferowanych szans, mających zaspokoić naszą wybujałą żądzę życia, skutkuje już od dłuższego czasu dezorientacją i zmęczeniem człowieka. Krąży on w kółko niczym unoszący się na wodzie patyk, ponieważ boi się, że w pewnej chwili nie będzie w stanie odnaleźć własnego „ja", choć w ostatnim czasie tak niebywale się ono przecież rozrosło; wpada w rozpacz z powodu lęku, że przestanie się liczyć w konkurencji społeczeństwa sukcesu i straci swą zdolność autokreacji.

Pewne jest jednak niestety również to, że nikt nie potrafi sam pokierować własnym życiem. Nikt też nie jest w stanie sobie pomóc, gdy naprawdę tego potrzebuje. Nie zrobi tego żaden psycholog, który zna przecież ludzką psychikę, żaden władca, który przecież dzierży w ręku stery władzy. Biografia każdego bez wyjątku człowieka z dnia na dzień, z sekundy na sekundę, może - już choćby za sprawą ukąszenia kleszcza czy awarii kierownicy - zostać unicestwiona lub zmieniona, przy czym dana osoba zazwyczaj nie uświadamia sobie tego, że mogła się do tego sama przyczynić choćby przelotną myślą czy najbardziej błahym działaniem.

Biografia nie jest zabawą, a droga życia to nie spacer. Musimy wiedzieć, w którym kierunku powinniśmy zmierzać. Jeżeli bowiem człowiek nie doświadcza własnej egzystencji jako spójnej całości, nie jest w stanie - jak stwierdzili badacze biografii -„przeżyć sensownie nawet czterdziestu ośmiu godzin". Pytania, które się nam nasuwają, są zaś wciąż takie same: Kim jestem? Skąd pochodzę? Dokąd zmierzam? Są to pytania, identyczne z tymi, które zadajemy podczas podróży.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

piątek, 21 lutego 2014

Urok zła


Jednym z najosobliwszych zjawisk naszej epoki jest to, że wykpiwa się, ignoruje lub całkowicie neguje istnienie zła. Uderza przy tym fakt, że jednocześnie gwałtownie rośnie liczba zachowań, które trudno jest określić mianem pozytywnych.

Dwubiegunowej strukturze dobra i zła poświęcona jest niemal każda audycja w wieczornej ramówce telewizyjnej i mam tu na myśli nie tylko niezliczone filmy kryminalne. Naukowcy obserwują zjawisko wzrostu skłonności do stosowania przemocy i naruszania zasad współżycia w najróżniejszych dziedzinach. Na konferencjach naukowych dyskutuje się na temat „wzrostu empirycznie mierzalnego okrucieństwa i niezrozumiałych zachowań negatywnych" w naszych społeczeństwach. Eksperci mówią o uczuciu przyjemności, świadomie wywoływanym dzięki dostarczającym dreszczyku emocji obrazom grozy i zniszczenia, nie mając już bynajmniej na myśli pojedynczych aktów okrucieństwa i zbrodni, lecz społeczną akceptację zachowań, które nazywano kiedyś - by użyć staromodnego języka - „grzesznymi". Paktowanie ze złem nie jest już najwyraźniej traktowane jako złamanie tabu. Jak pisał już Goethe, „diabeł, gdy raz wszedł, wyjść już nie może". [W rzeczywistości jest to parafraza słów Mefistofelesa z pierwszej części dramatu Faust: „Takie jest prawo diabłów i upiorów; którędy weszli, tąż drogą wyjść muszą" (przyp. Tłum.)]

Religia chrześcijańska zwyciężyła niegdyś demony. Przepędzając duchy wodne, odcięła pogaństwo z jego mieszanką ezoteryki, okultyzmu i szamanizmu od jego źródeł. Nowina o odkupieniu człowieka przez miłującego Boga uwolniła ludzi od lęku, ale nie unicestwiła istniejącego na tym świecie zła. Święty Augustyn był przekonany, że walka między mocami dobra i zła stanowi siłę napędową dziejów świata. Na naszą historię nie składa się w gruncie rzeczy nic innego niż nieustanny konflikt między siłami, które nakłaniają do złych zachowań, a takimi, które oddziałują na nas w sposób pozytywny. Chrystus sam niestrudzenie wypędzał z ludzi złe duchy, ale całkowicie zwalczyć ich nie potrafił. „Zbaw nas ode złego" - tak brzmi ostatnia prośba Jego wielkiej modlitwy do Ojca, którą ludzie modlą się po dziś dzień.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

piątek, 14 lutego 2014

Bracia niech się strzegą ...


„Niech się nikt nie ośmiela (...) czegokolwiek posiadać na własność, choćby najmniejszej rzeczy, ani książki, ani tabliczek do pisania, ani rylca, niczego w ogóle".

W przestrzeganiu tej zasady Benedykt był bardzo konsekwentny, domagając się, aby „wykorzeniona" została wada przywiązania do posiadania rzeczy. Na długo przed uchwaleniem pierwszej ustawy o zakazie dyskryminacji osób niepełnosprawnych założyciel Monte Cassino nakazał nawet, by bracia chorzy lub słabi otrzymywali takie zajęcia, by nie byli bezczynni, a przez to poniżeni w swej godności, lecz jednocześnie, by nie przytłaczał ich nadmiar pracy. Każdy według swoich zdolności, każdemu według jego potrzeb - tak brzmiało pierwotne hasło Benedykta, które przejął później Marks. „Ten, kto mniej potrzebuje, niechaj dziękuje Bogu i niech się nie smuci - na ten temat Marks nie napisał jednak ani słowa - ten zaś, kto ma większe potrzeby, niech się upokorzy". Jeszcze dziś w konstytucjach kapucynów czytamy: „Zajęciom, które wzbudzają żądzę zysku, próżną chwałę i są przeciwne duchowi ubóstwa i pokory, niech się [bracia] nie oddają" Znajdujemy tam też napomnienie: „Bracia niech się strzegą, aby praca nie stała się ich najwyższym celem i niech zbytnio się nie angażują w nią".

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

środa, 5 lutego 2014

Banalne stwierdzenie


Ojciec John znów przeszedł do odpowiedzi, które dają mnisi. Jak powiedział, odnoszą się one nie tyle do zjawisk danej chwili, co do historycznych prawidłowości. Banalnie - jak mówił -brzmi stwierdzenie, że pieniądze i bogactwo, nieposkramiane za pomocą cnót umiarkowania i hojności, prowadzą człowieka na manowce różnych pokus. W gruncie rzeczy to frazes.

- Widzimy, jak ludzie w pogoni za mamoną zapominają o solidarności oraz wstydzie i niszczą w ostatecznym rozrachunku siebie samych, żyjąc tylko dla swego majątku i w lęku o swój majątek. Na temat zagrożeń związanych z erotyzmem -dodał mój rozmówca - nie ma co się rozwodzić. O tym, że seksualność ma swoją demoniczną stronę, świadczą nie tylko prostytucja dziecięca i turystyka seksualna.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

wtorek, 4 lutego 2014

Czystość


Święty Franciszek Salezy nazywa je „lilią cnót". I pod tym względem zaszły w naszym społeczeństwie radykalne zmiany. Podczas gdy erotyka obnaża się całkowicie, czystość jest obecnie tematem tabu w większym stopniu niż były nim kiedykolwiek pojęcia z dziedziny seksualności. Publiczna obscena nie stanowi jeszcze normy, gdy jednak ktoś słucha dziś po południu radia, musi spodziewać się tego, że zostanie potraktowany niewybrednymi wulgaryzmami. Odkąd strażnicy moralności opuścili - na co wszystko wskazuje - po cichu tonący okręt, żyjemy w społeczeństwie, które się pod tym względem „nie zabezpiecza". Mniszy ślub czystości - podobnie jak inne przewidywane przez Regułę zobowiązania - ma zasadniczo za zadanie ostrzegać przed siłami, które mogą poważnie zagrozić naszemu człowieczeństwu. Jego uzasadnienie trudno tak po prostu odrzucić. Nie każda „nieczystość" zawiera w sobie co prawda ładunek wybuchowy, ale każda może go zawierać, wyrządzić nam krzywdę i pozostawić w naszym wnętrzu olbrzymi chaos. A zazwyczaj także złamane serce, które trudno później z powrotem skleić.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

poniedziałek, 3 lutego 2014

Dyktatura pieniędzy i seksu


Bez wątpienia da się wskazać warunki społeczne, które stanowią podatną glebę dla rozwoju tak zwanego zła. Sytuacją, w której szerzyć się mogą negatywne zjawiska, jest na przykład wojna. Klimat zła tworzy samo istnienie systemów totalitarnych. Być może uświadomienie sobie, że dyktatura pieniędzy i seksu, która w tak wielkim stopniu podporządkowała sobie współczesne społeczeństwo, nie stanowi wynalazku naszych czasów, jest czymś pocieszającym. Wszystkie epoki o charakterze dekadenckim cechuje nasilenie się postaw niemoralnych i egoistycznych. Oddalenie się od podstawowego kanonu wartości religijnych stanowiło zawsze zapowiedź pojawiania się groźnych dysonansów. Nie chodzi tylko o to, że szala moralności przechyla się na niekorzyść cnót. Konsekwencją bagatelizowania zła jest również zanik czujności. Poziom moralny społeczeństwa można porównać do pracy policji. Stróże prawa nie będą zdolni do zwalczania przestępczości, dopóki nie przyjmą do wiadomości istnienia zorganizowanych band, a tym bardziej dopóki wchodzą z nimi w układy.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

niedziela, 2 lutego 2014

Gdy grzeszy człowiek, cierpi kosmos


Przed dziewięciuset laty pewna zakonnica wykazała się prawdziwie proroczym zmysłem: „Gdy grzeszy człowiek, cierpi kosmos" - powiedziała Hildegarda z Bingen. Już od dłuższego czasu oczywiste jest, że nasze społeczeństwo nie może dalej funkcjonować tak, jak dotychczas. Niczym nieograniczony wzrost nie stanowi rozwiązania problemu, lecz jego część. Na dłuższą metę nie jesteśmy w stanie wytrzymać - zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym - zawrotnej prędkości, którą sobie narzuciliśmy. Dziś nie pytamy już o to, czy wielowiekowe reguły, których możemy nauczyć się w „szkole mnichów", zalecenia dotyczące umiarkowania i złotego środka, pokory i samokontroli, nie są przypadkiem nieco przestarzałe, lecz o to, jak możliwie szybko my sami i nasza codzienna kultura możemy je na nowo przyswoić niczym lekarstwo podane dla ratowania życia. Może ono mieć nieco gorzki smak, ale na pewno jest skuteczne.

Krytycy kultury współczesnej, tacy jak francuski filozof René Girard, dostrzegają już wyraźne zwiastuny czekającej nas rewolucji. Reakcja zagrożonej, pragnącej zbawienia i odkupienia ludzkości ma polegać na przywróceniu tradycyjnej hierarchii wartości oraz wzorców zachowań i stanowić jeszcze wyraźniejszą cezurę niż ta, która w okresie nowożytności miała miejsce w renesansie. Zobaczymy.
Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

sobota, 1 lutego 2014

„Nie" nałogom związanym z używkami i przyjemnościami! „Nie" dezorientacji!


Nie byłem szczególnie religijny, ale w świecie mieszczańskim denerwowali mnie ludzie, którzy wiarę uznawali wprawdzie za oportunizm i przeżytek, ale jednocześnie sami myśleli i robili dokładnie to samo, co myślą wszyscy. W świecie mnichów fascynowało mnie natomiast to, że tu rzeczywiście robi się coś, czego nie robi nikt inny, coś tak absurdalnego, tak na opak, tak oddalonego od spraw, do których jesteśmy przyzwyczajeni, że trzeba by to właściwie określić mianem szaleństwa. Można było przypuszczać, że globalne zniszczenie środowiska okaże się znacznie mniejszym problemem niż zniszczenie wartości duchowych, niż olbrzymie kulturowe śmietnisko, w którym coraz głębiej toniemy. Ci ludzie mają narzędzie do przeciwstawienia się obniżaniu poziomu naszej kultury - swoje „nie"! „Nie" samozniszczeniu człowieka przez niszczący styl życia! „Nie" przestępczości! „Nie" przemocy! „Nie" kłamstwom! „Nie" nałogom związanym z używkami i przyjemnościami! „Nie" dezorientacji!

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

środa, 29 stycznia 2014

Akceptacja siebie


  To prawda. „Ktoś, kto źle obchodzi się z samym sobą, jakże może być dobry dla innych?" - pytał mnich cysterski Bernard z Clairvaux. - „Jakże możesz być w pełni człowiekiem, skoro zagubiłeś samego siebie?". Akceptacja swej własnej osoby stanowi jeden z pierwszych wymogów, które stawiał mnichom święty Benedykt. Ktoś, kto odrzuca siebie i nie darzy siebie sympatią, nie jest w stanie nawiązać właściwej relacji ani z Bogiem, ani z innymi ludźmi. Patriarcha mnichów Zachodu schronił się do groty w Subiaco, aby - jak to określił w żywocie świętego papież Grzegorz Wielki - „mieszkać ze sobą" Należy przez to rozumieć oddanie wszystkiego, milczenie, wsłuchiwanie się w siebie, pozwolenie, aby to, co długo w sobie tłumiliśmy, wreszcie w nas wybrzmiało, a także zadawanie sobie pytań o własne tęsknoty, rozczarowania i winy, czyli w ostatecznym rozrachunku - odnajdywanie siebie samego.

„Szukaj pokoju" - apeluje Benedykt, mając na myśli, podobnie jak ojciec John, zawarcie pokoju z samym sobą, którego tak często nam brakuje. „Odstąp od złego, czyń dobro; szukaj pokoju, idź za nim" - pisze w swej regule święty. „Biegnijcie!" -woła. Nie czekajcie, aż wszystkie drzwi zamkną się przed wami, bo dany nam czas jest krótki: „Biegnijcie, dopóki macie światłość życia". W tej światłości życia Bóg będzie nam bowiem wciąż na nowo zadawał pytanie: „Któż jest człowiekiem, co miłuje życie i pragnie widzieć dni szczęśliwe?" Gdy ktoś usłyszy te słowa, powinien - jak radzi święty - odpowiedzieć głośno i wyraźnie: „Ja" „Gdy tak będziecie postępować - tu Benedykt cytuje w swej regule zapisaną w Ewangelii obietnicę Chrystusa - oczy moje zwrócone będą na was, a uszy moje otwarte na prośby wasze. I zanim mnie wezwiecie, powiem: «Oto jestem»."

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Klęska


Nie wszyscy mnisi są dobrymi mnichami, a mniszki potrafią być naprawdę złośliwe. Nawet biskupi zachowują się czasem tak, jak gdyby dawno już opuścił ich Duch Święty. „Tak jak trudno spotkać lepszych chrześcijan niż ci, którzy w klasztorze kroczą od cnoty do cnoty - podsumował święty Augustyn - tak nie poznałem gorszych niż ci, których udziałem stał się w klasztorze upadek". O mnichach, którzy „swoją tonsurą jawnie kłamią Bogu" Benedykt mówił, że ich droga jest przerażająca; całe zaś nieszczęście - jak uważał patriarcha - polega na tym, że wkracza na nią zbyt wielu ludzi zwykłych, którzy nie są w stanie sprostać jej trudom, w związku z czym ponoszą na niej klęskę.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

sobota, 25 stycznia 2014

Samotność pustyni


Bezczynność - jak nauczyłem się w szkole mnichów - stanowi nie tylko prawo człowieka, lecz również stan konieczny dla zachowania zdrowia. Samotność nie musi polegać od razu - jak to przeczytałem w folderze reklamującym pewną „farmę piękności" - na „otwieraniu sekretnych drzwi w głębinach duszy" czy też „czucia w sobie powiewu wieczności" jest jednak niezbędnym lekarstwem, umożliwiającym odnalezienie siebie samego oraz uwolnienie się od poczucia niestabilności i niepokoju. Wyzwala człowieka z błędnego koła własnej aktywności i zdejmuje mu z oczu klapki, uniemożliwiające szersze spojrzenie na otaczający świat.

Samotność pustyni stoi u źródeł każdego doświadczenia religijnego - przez pustynię musieli przejść wszyscy prorocy: czy to Mojżesz, czy Eliasz, czy też Ojcowie Pustyni, tacy jak święty Antoni. Jezus regularnie wychodził na pustynię, aby pościć, modlić się i podejmować refleksję na temat swego posłannictwa. Dostrzec tu można pewną prawidłowość. Samotność i cisza były również najważniejszymi pomocnikami Jezusa przed rozpoczęciem publicznej działalności, gdy przygotowywał się do pełnienia swej trudnej misji - towarzyszyły mu przez czterdzieści dni, jak gdyby chciał pokazać, że doświadczenie takie jest niezbędne, gdy chce się rozpocząć w swoim życiu nowy etap.

Pustynia stanowi metaforę skierowania się ku własnemu wnętrzu i prowadzenia wewnętrznej walki. Ukazuje czyhające na człowieka zagrożenia, ale pomaga mu również w odrzucaniu fałszywych wyobrażeń i odnajdywaniu na nowo orientacji. Czy to przypadek, że ludzie mający za sobą tego typu doświadczenia, które zmusiły ich do przezwyciężenia własnej żądzy sukcesu, dumy i zaślepienia, stają się zwykle bardziej przystępni i wyrozumiali? Jak wyjaśnił mi ojciec John, gdy zasiedliśmy w mojej celi do umówionej rozmowy, od wyjścia na pustynię rozpoczyna się nasza praca nad sobą.

- Nie polega ona na poddawaniu się praniu mózgu, ale stanowi zazwyczaj bolesny proces, bez którego nie dostąpimy uzdrowienia. Pustynia oznacza w pierwszej kolejności zdystansowanie się, oderwanie się od znajomego otoczenia, skostniałych relacji, utartych schematów, zwykłych ciężarów, bodźców i pokus, ucieczkę od zgiełku i tłoku społeczeństwa rozrywki z jego pustą paplaniną, a wreszcie także pozostawienie siebie samego. Chodzi w nim o to, by wyjść wreszcie z własnej powłoki, zedrzeć - jak radzi ojciec monastycyzmu, święty Bazyli - wierzchnią warstwę swej osobowości. Ale pustynia nie będzie cię też oszczędzać. Będzie cię dręczyć i często nurzać wręcz we własnym prochu.

Według mnicha, złe moce, pokusy szatańskie i dzikie demony, o których mówią Ojcowie Pustyni - ale także święty Benedykt i inni - a które w okresie ich osamotnienia i oczyszczenia opadały ich dosłownie niczym chmary ptactwa nie są jakimś tworem fantazji.

- Każdy jest w stanie zrozumieć - stwierdził ojciec John -że już najzwyklejsza rezygnacja ze zwykłej ilości jedzenia i picia daje nam odczuć stopień naszego uzależnienia, które traktujemy zazwyczaj jako coś oczywistego. Ojcowie Pustyni - jak mówi święty Antoni - odbierali ów bunt elementarnych żądz, «potężną burzę myśli», jako atak mrocznych sił, które dybią na ludzkie życie i w dłuższej perspektywie je niszczą. Są to zwodnicze moce, które bardzo często wytrącają człowieka z równowagi. Pokusy te należy zwalczać niczym potworki z gier komputerowych, zagradzające nam drogę do osiągnięcia wyższego poziomu. Taka już jest jednak egzystencjalna sytuacja człowieka. Pokusy są niczym ogień, niezbędny do tego, aby oddzielić złoto od żużlu.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

środa, 22 stycznia 2014

Wartość każdej chwili


Mnisi nauczyli się żyć zasadniczo w taki sposób - tak głosił w każdym razie święty Antoni, o którym mówiono, że jest „wtajemniczony w misteria niewidzialnego świata" - jak gdyby każdego dnia oczekiwała ich śmierć. Postawa ta nie jest wprawdzie zawsze wygodna, ale dzięki niej mieszkańcy klasztorów nie tylko codziennie zdają przed sobą sprawę ze swych codziennych działań, lecz również uświadamiają sobie w stopniu większym niż inni wartość każdej chwili. Na ludzi o usposobieniu zmysłowym silnie oddziałuje już zewnętrzna otoczka klasztoru, nastrajając ich niemal kontemplacyjnie. Życie medytacyjne jest zaś bez wątpienia czymś całkowicie odmiennym od funkcjonowania w warunkach presji czasu, gdy każde uderzenie zegara odczuwa się jako nagły cios między oczy. Uczenie się od mnichów oznacza na przykład uświadomienie sobie, że nawyki takie, jak regularne przerywanie pracy czy udawanie się na nocny spoczynek, sprawiają, iż czas wydłuża się elastycznie niczym guma do żucia.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

wtorek, 21 stycznia 2014

Posłuszeństwo nie jest przeciwieństwem samodzielności


Nie uwalnia ono od odpowiedzialności za nasze myśli i czyny. Brzmi to paradoksalnie, ale bardzo często posłuszeństwo stanowi warunek życia w wolności - wolności, która nie daje się ograniczyć do rzeczy drugo - i trzeciorzędnych. Ojciec John spojrzał na mnie i powiedział:

- Proszę sobie wyobrazić, że musi pan podejmować indywidualne decyzje we wszystkich, naprawdę wszystkich sprawach. Czy nie byłoby to czymś strasznym? I na odwrót, czy nie jest tak, że gdy żona mówi panu, że powinien pan założyć tę koszulę i ten krawat, ma pan jeden problem z głowy?

Chrześcijanie są ludźmi, którzy kochają wolność. To oni stworzyli podstawy równości, demokracji - w swej Regule Benedykt pisze, jak powinny wyglądać wolne i niezależne wybory. Proszę jednak sobie wyobrazić kogoś, kto w swym pełnym wiary posłuszeństwie, dzięki któremu nauczył się słuchać mniej siebie, a bardziej innych, i ufać Jezusowi oraz Jego słowom o tym, że kto chodzi w Jego świetle, nie będzie chodził w ciemności, zdobywa się nagle na wypowiedzenie słów: „Panie, składam w Twe ręce całe moje życie". Ojciec urwał, a po chwili ciągnął: - Nie uważa pan, że byłby to początek wspaniałej przyjaźni?

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

niedziela, 19 stycznia 2014

Unikanie nierozważnej bezpośredniości i pochopnej fraternizacji


Nie wiedziałem, czy ojciec John był osobą obdarzoną szczególną mądrością. W ogóle wiedziałem o nim bardzo niewiele.

Rozmów na temat swojego życia prywatnego amerykański mnich nie uważał za stosowne i pożyteczne i był jak najdalszy od gadulstwa. Ojciec nie tłumaczył się nikomu. Nie interpretował też swoich wypowiedzi. Gdy je kończył, kończył je - i tyle. „Tak" znaczyło u niego „tak", a „nie" - „nie". Potrafił siedzieć w bezruchu i przysłuchiwać się innym z niezwykle wytężoną uwagą, a jego pamięć precyzyjnie rejestrowała nawet najdłuższe pytania. Niekiedy źle wymawiałem obce słowa, tak przekręcając wyrazy łacińskie, że w uszach znawcy musiały brzmieć zabawnie, ale ojciec taktownie pomijał milczeniem moje błędy językowe, a jeśli już je poprawiał, czynił to w taki sposób, by rozmówcy nie było przykro.

Jego zachowanie nigdy nie było protekcjonalne, sprawiał na mnie wrażenie cierpliwego i życzliwego - mimo to atmosfera, w której odbywały się nasze rozmowy, wydawała mi się czasem nieco bezosobowa i nacechowana dystansem. Czułem, że brakowało jakiegoś składnika czy przyprawy, która - tak jak w wyrafinowanej kuchni - nadaje potrawom specyficzny smak. Dopiero po dłuższym czasie zrozumiałem, że na tym właśnie polegała wytworność mojego rozmówcy, cecha, którą w codziennych kontaktach gdzieś zagubiliśmy. Nakazuje ona unikanie nierozważnej bezpośredniości i pochopnej fraternizacji, która później łatwo może skutkować rozczarowaniami i „zużywaniem się" relacji międzyludzkich.

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011