Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czaja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czaja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 maja 2016

Tylko naiwni wierzą jeszcze, że tak naprawdę podróżu­jemy jedynie wtedy, gdy fizycznie przemieszczamy się w geograficznej przestrzeni

Tylko naiwni wierzą jeszcze, że tak naprawdę podróżu­jemy jedynie wtedy, gdy fizycznie przemieszczamy się w geograficznej przestrzeni. A więc wtedy, gdy rozbu­dzone zmysły upewniają nas o realności chwili. Kiedy właściwe czasowi podróżnemu natężenie uwagi skrapla żywe doświadczenie w doznania o dużym stopniu inten­sywności. Kiedy wczepieni mocno w czas teraźniejszy oswajamy dla siebie inny, nieznany nam wcześniej frag­ment świata. Tymczasem rzecz jest dużo subtelniejszej natury. Podróż, choć da się ją bez wątpienia kartogra­ficznie obrysować i precyzyjnie zaznaczyć w kalendarzu, wykracza poza tempus praesens rzeczywistej wędrówki. I to, by tak rzec, w obie strony.

Każda podróż zaczyna się przecież od oczekiwania, od jakiejś wizji tego, co chcemy zobaczyć, co poznać chcemy. Przygotowując się do wyjazdu, przenosimy się zatem do jakiegoś egzotycznego „tam”, mimo że nogi nasze wciąż tkwią w oswojonym „tu”. Studiowanie opisów, tekstów, komentarzy związanych z miejscem, do którego się wy­bieramy, oglądanie zdjęć, a zwłaszcza porywające jazdy palcem po mapie (tak, mapy, mapy nade wszystko!), to nic innego jak kreślenie figur w czasie przyszłym. Znamy takich, co nigdzie nie wyjechali, ale są tak zaprawieni w ćwiczeniach wyobraźni, że zdaje im się, iż byli nie­mal  wszędzie. I trudno powiedzieć, czy jakoś tam racji nie mają.


Dariusz Czaja
Gdzieś dalej, gdzie indziej

wtorek, 17 czerwca 2014

Czas apokalipsy


W podzielonej na trzynaście odsłon opowieści filmuje Herzog krajobraz po bitwie. Kamera wydobywa ślady po niegdysiejszym życiu. Oto miejsce, w którym stał las, teraz zamienione w jezioro ropy. Nagie szkielety zwierząt, spalone samochody, ruiny domów, podziurawione pociskami bunkry, nieczynne urządzenia przemysłowe, zdezelowane obiekty, niedawno jeszcze latające, jakaś smutna resztka po tym, co kiedyś było radarem. Ciężarówki – widma snujące się po drogach. Oglądamy narzędzia z izby tortur. Słuchamy opowieści kobiety, której dziecko z przerażenia oniemiało. Inna chce coś powiedzieć, ale straciła mowę widząc na własne oczy śmierć najbliższych. Obraz z „krainy milczenia i ciemności” - by przywołać tytuł jednego z pierwszych dokumentów Herzoga. Niedookreślona tytułowa ciemność stopniowo, kadr po kadrze, zaczyna przywodzić na myśl ciemność otchłanną, piekielną znaną z klasycznej ikonografii. Co warto przy okazji zauważyć: dojmujący i niepowątpiewalny realizm tych po-wojennych obrazów stoi w sprzeczności z przekłamanym, całkowicie aseptycznym i odrealnionym obrazem rzeczywistości tej „dziwnej wojny” znanym nam z telewizyjnych przekazów.

Ze szczególną predylekcją, w której pomieszana jest groza z fascynacją, filmuje Herzog żywioły. Grafitowe połacie spopielałej ziemi, gęste od czarnego dymu powietrze, strumienie ognia wydobywające się z dogaszonych szybów, wulkaniczna lawa, którą tu naśladują rozlewiska pulsującej ropy. Wszystko to filmowane z lotu ptaka, można by rzec: z nieziemskiej perspektywy, oglądane jakby nie-ludzkim okiem. Czasem obraz puszczony jest na zwolnionych klatkach, co potęguje jeszcze wrażenie. Jego siłę wzmacnia również sugestywne tło muzyczne (Schubert, Wagner, Mahler, Part) . Niektóre z tych wizyjnych kadrów komentowane są fragmentami z Apokalipsy św. Jana.

Części piątej, zatytułowanej Rezerwat Szatana, towarzyszą końcowe fragmenty rozdziału 16:

„I nastąpiły błyskawice i głosy, i gromy, i wielkie trzęsienie ziemi, jakiego nie było, odkąd ludzie są na ziemi, trzęsienie ziemi tak wielkie. Miasto wielkie rozpadło się na trzy części i miasta narodów runęły […] A wszelka wyspa zniknęła i nie można było znaleźć gór” (Ap 16, 17-19)

W części siódmej, komentarzem do obrazu ognia wydobywającego się z płonącego szybu są słowa:

„Piąty anioł zatrąbił. I widziałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię, i dano jej klucz do studni przepaści. I otworzyła studnię przepaści, i wydobył się dym z głębi jak dym z wielkiego pieca, i pociemniało słońce i powietrze od dymu ze studni. […] I w owe dni szukać będą ludzie śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć, ale śmierć będzie od nich uciekała (Ap 9, 1-2, 6).

Nie ma więc wątpliwości, jakie znaczenie filmowej wizji stara się nadać Herzog. Nawet bez tych cytatów, wprowadzonych tu nazbyt może ostentacyjnie, trudno byłoby o pomyłkę. Scenografia zupełnie jak z biblijnej wizji Końca: czarne od dymu słońce, pokrywające ziemię popioły, ogniste jeziora. I towarzyszące tym znakom tortury, cierpienie, wszechobecny brak nadziei...

W pierwszym odruchu można by przypisać autorowi naiwność. Co to za bowiem apokalipsa, skoro – jak widzieliśmy – po wojnie ktoś posprzątał, szyby wygaszono i życie, choć z trudem, toczy się jednak dalej, powoli powraca do normy. W dodatku, mógł jeszcze zostać nakręcony o tym film. Trudno jednak sądzić, by Herzog naprawdę wierzył, że na pustyniach Kuwejtu rozegrała się ostateczna walka pomiędzy siłami Światła i Ciemności, a ich upostaciowaniem byli generał Schwarzkopf* i Saddam Husajn; że właśnie czas się skończył i że gdzieś nieopodal na pustynnej oazie zakwitło Niebiańskie Jeruzalem. W tej filmowej hermeneutyce znaków czasu chodzi chyba o coś innego.

Tekst Apokalipsy służy tu jako narzędzie interpretacji wydarzeń historycznych. Herzog nie jest oczywiście pierwszym, który posługuje się tą matrycą wyobrażeniową. Robiono to już przed nim wielokrotnie i, co ciekawe, w podobnych sytuacjach. Dwa przykłady z niedalekiej przeszłości: oto poeci opisujący grozę polskiej rzeczywistości II wojny w porównaniach i obrazach zaczerpniętych wprost z Apokalipsy, zupełnie serio dostrzegający w wydarzeniach, które działy się na ich oczach, widome znamiona czasów ostatecznych; oto Francis Ford Coppola przedstawiający w swoim filmie wojnę wietnamską w duchu spełniającej się apokalipsy, którego tytuł Czas Apokalipsy ( w oryginale jeszcze mocniej: Apocalypse Now), wyraźnie steruje wrażliwością odbiorców i podpowiada, czy wręcz narzuca, klucz interpretacyjny do zrozumienia pokazanego stanu wojny.

Jest tak, jak gdyby niemożliwe przyciągało niemożliwe: jak gdyby po to, by opisać naturę świata niemożliwego, choć przecież całkiem realnego, świata, który „wypadł z formy”, trzeba było koniecznie sięgnąć do niemożliwego” języka prorockiej wizji, bo tylko taki język może temu zadaniu sprostać.

(…)

Jedna z możliwych interpretacji byłaby więc następująca: Apokalipsa św. Jana to nie jest scenariusz przyszłych wydarzeń historycznych, tego, co wydarzy się w trudnej do przewidzenia i wyobrażenia przyszłości. Apokalipsa jest opowieścią o świecie w którym teraz mieszkamy, w którym mieszkaliśmy i mieszkać będziemy. Widziana w tej perspektywie, wojna, każda wojna, okazuje się czymś daleko głębszym, niż sugeruje to sławna formuła Clausewitza; wojna rozumiana jest tu nie tylko i nie przede wszystkim jako wydarzenie natury militarnej i politycznej, ale jako sytuacja, w której wyjątkową intensywnością dochodzi do fundamentalnego pogwałcenia porządku powinności, elementarnego zanegowania sensu, wyzwolenia sił zła. Wojna jest szkłem powiększającym, które wydobywa na jaw potencje, które tkwią immanentnie w „normalnej”, zwyczajnej, codziennej rzeczywistości. Jest taką sytuacją, w której proroctwo Janowe aktualizuje się empirycznej historii. Spod obrazów wielogłowych bestii i spadających z nieba krwawych deszczów przebija myśl o trwałej obecności zła w świecie, o tym, że jest to stan nieuleczalny. Porządek społeczny jak i nasza egzystencja to kruche konstrukcje ustawicznie zagrożone rozpadem. Apokalipsa wciąż i na nowo spełnia się w historii. Ten scenariusz na trwale wpisany jest w struktury naszej rzeczywistości.

Toteż dokument Herzoga nie jest w żadnym razie utworem terapeutycznym, jakąś przestrogą (tacy naiwni nie jesteśmy), ale raczej trzeźwym świadectwem ontologicznej ułomności tego świata. (...)

Dariusz Czaja, Lekcje ciemności
s. 286-290

* To faktycznie byłaby chybiona alegoria, o ile Saddam Husajn ewentualnie nadawałby się na reprezentanta sił Ciemności, to raczej jako jakiś pomniejszy diabeł, o samym Schwarzkopfie wiem niewiele, ale to właśnie on był marionetką, której sznurki porusza Ktoś ukryty w rzeczywistym Mroku.


A tu jeden z moich ulubionych publicystów, właśnie wieści początek III wojny światowej. Czy ma rację, tego nie wiem, ale jako, że tak poza tym proroctwem, pod którym wahałbym się podpisać, ogólne przesłanie artykułu odsłania nagą rzeczywistość barbarzyństwa w jakie popada świat, w czym Polska odgrywa niezbyt chlubną rolę, polecam:

Katalizowana nihilizmem III Wojna Światowa


Trudno jest dziś wyrokować, jaką datę przyszli historycy uznają za dzień rozpoczęcia III Wojny Światowej. Z praktycznego punktu widzenia jednakowoż, jej konwencjonalna faza, rozpoczęła się w chwili zainicjowania przez reżim kijowski tak zwanej „operacji antyterrorystycznej” na wschodzie Ukrainy. 
 
Jednym z rezultatów tej operacji jest stopniowe „roztapianie się” granicy państwowej z Federacją Rosyjską. Pozbawieni jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, separatyści przyjęli taktykę opanowywania ukraińskich punktów granicznych, których personel, w obliczu nadchodzącego ataku, umyka najczęściej w cywilnym przebraniu, porzucając sprzęt, broń i umundurowanie. Stanowiska graniczne przechodzą pod kontrolę powstańców, co umożliwia im ewakuację kobiet i dzieci z obszarów walk, oraz uzyskanie nieoficjalnej pomocy od swych rosyjskich rodaków z terenu Federacji.
 
Proces ten powoduje zmniejszanie się dystansu dzielącego wojska rosyjskie z terenu Federacji od nacierającej w kierunku wschodnim ukraińskiej „gwardii narodowej” wzmocnionej zachodnimi najemnikami i doradcami z NATO. Zetknięcie tych dwu sił będzie zapewne iskrą wywołującą konflikt nuklearny.
 
Na razie jednak na wschodzie Ukrainy kontynuowane jest ludobójstwo dokonywane przez lotnictwo, artylerię, wojska rakietowe i pancerne, oraz grupy terrorystyczne banderowców wspieranych zachodnimi najemnikami.
 
Rosyjska telewizja pokazuje te wydarzenia na bieżąco. Przedstawia ataki rakietowe z użyciem zabronionego białego fosforu (nota bene znajdującego się jedynie na wyposażeniu zbrodniczej US Army i bandyckiego Israel Defense Forces[i]), które spowodowały całkowitą likwidację ludności atakowanych wsi pod Słowiańskiem, ostrzał lotniczy cywilnych centrów miast regionu i „odstrzeliwanie” cywilów, jak przysłowiowe kaczki,  przez wprowadzanych do miast snajperów, palenie ludzi żywcem przez grasujące sotnie „prawego sektora” i tym podobne zbrodnie. W dobie rozwiniętej telefonii komórkowej umożliwiającej każdemu natychmiastowe robienie zdjęć i nakręcanie filmów, materiału dokumentalnego niebudzącego żadnej wątpliwości jest pod dostatkiem. Każdego posiadającego sumienie człowieka muszą wstrząsać obrazy konających w kałużach krwi kobiet, czy przerażonych maluchów, ukrywających się w piwnicach przed ostrzałem nazistowskich bandytów;  każdego, za wyjątkiem zachodnich nadludzi i aspirujących do tego towarzystwa polskojęzycznych „europejczyków”.
 
Obok zmasowanej i totalnie zakłamanej propagandy medialnej, unijną rzeczywistość charakteryzuje jeszcze jedna wspólna cecha- bezmyślna zwierzęca nienawiść do Rosji i Putina. Mieszkająca w Paryżu znana amerykańska pisarka, Diana Johnstone[ii] tak te zjawisko charakteryzuje:
 
„Media nie wymagają od nas zrozumienia Putina, a jedynie  nienawiści do niego.”
 
Na polskojęzycznych blogach zjawisko to demonstruje się tym, że „putinożercy” nigdy nie próbują merytorycznej dyskusji ze swymi adwersarzami, a jedynie kierują na nich strumień inwektyw i oskarżeń.   Dyżurujący na każdym blogu agenci wpływu pilnie baczą, czy blogerzy nie podejmą przypadkiem wysiłku samodzielnego myślenia i oceny sytuacji. W przypadku takiego zagrożenia, natychmiast w stosunku do „nieprawomyślnego” autora pada komentarz: „to agent Putina”, lub w zależności od specyfiki danego środowiska internautów, „to komunista”, „to bezbożnik”, „to Żyd”, itd.,itd. Internauci oddychają wtedy z ulgą, nie muszą już myśleć, mogą pluć na autora i wygrażać mu do woli. I być może trudno ich potępiać, w końcu, jeśli wszystkie media jednemu panu służą, wszystkie „elity” są całkowicie zaprzedane, to co ma począć prosty człowiek?
 
Teoretycznie obywatel IIIRP może mieć oparcie w służącym prawdzie (Bogowi) Kościele Katolickim. Niestety Jego pasterzy charakteryzuje mała spostrzegawczość.
 
W momencie powstania III RP, hierarchowie, tak jak postkomunistyczna nomenklatura, z niezwykłą łatwością przestawili się na „nowe postrzeganie rzeczywistości”, która od momentu „transformacji ustrojowej” mogła być „jedynie słuszna”. 
 
Tym też należy zapewne tłumaczyć fakt, że nasi duszpasterze nie spostrzegli gigantycznej pauperyzacji społeczeństwa wynikającej z rabunku jego mienia przez zachodnie koncerny. Entuzjastycznie przyklasnęli „integracji europejskiej”, której wynikiem było pozbawienie Polski tak długo oczekiwanej niepodległości. Nie przejmują się masową emigracją Polaków, która stanowiąc formę „miękkiego” ludobójstwa, prowadzi do szybkiej zagłady Narodu.
 
Dlatego też zapewne „twarde” ludobójstwo mające dziś miejsce na Ukrainie, nie robi na nich żadnego wrażenia. Tak jakby w sąsiadującym z Polską kraju nic znaczącego się nie działo, koncentrują się na rutynowej celebrze i działalności teologicznej.   Przez to, te „książęta” dwu-milenijnego Kościoła wyrosłego na dodatek na wspaniałej kulturze i cywilizacji greko-romańskiej, coraz bardziej upodobniają się do afrykańskich szamanów, którzy ku uciesze Buszmenów w rytualnych podskokach biegają wokół baobabu.
 
I tak jak biblijni faryzeusze, którzy swój problem wynikający ze sprzeniewierzenia się służbie Bogu, postanowili rozwiązać poprzez próbę zabicia GO, tak współcześni ich naśladowcy, tytułami świętych pragną zagwarantować sobie, to że Boża Sprawiedliwość nie będzie kwestionowała „jedynie słusznych i nie podlegających dyskusji” decyzji, które podejmują.
 
Narastający obecnie globalny konflikt, zmusi ich jednak nie za długo do jasnego opowiedzenia się po stronie Dobra lub Zła.
 
Ostatnio, Rosyjska Cerkiew Prawosławna, oficjalnie zwróciła się do Stolicy Apostolskiej z prośbą o wpłynięcie na grekokatolicki kościół unicki, by nie wspierał on aktywnie odradzającego się ruchu banderowskiego i by nie współpracował jawnie z amerykańskim reżimem w Białym Domu. Omówione to było szczegółowo w wywiadzie oficjalnego rzecznika Cerkwi dla Al.-Jazeery. W odpowiedzi, strona watykańska nie zaprzeczyła swej wiedzy na temat przytoczonych faktów, a jedynie stwierdziła, że nie ma wpływu na działania grekokatolików. Wydawałoby się, że jeśli Watykan nie ma wpływu na kościół banderowców, to przynajmniej powinien przestać go firmować swym autorytetem, ale jak na razie na to się nie zanosi.
 
W rezultacie ćwierci wieku takiej polityki, szumnie niegdyś reklamowane „pokolenie jp2” osiągnęło status białych murzynów Europy, którzy nie są nawet w stanie wyobrazić sobie godnej człowieka egzystencji. Możliwość zdobyci stanowiska na zachodnim zmywaku, lub wyścielenia swymi siostrami łóżek zachodnich nadludzi, czy choćby miejscowych murzynów, Arabów i Turków w pełni zadowala ich aspiracje.
 
Ponieważ nikt im tego nie oznajmił, to nie wiedzą oni, że żyją nie w suwerennej ojczyźnie, ale w kolonii euroatlantyckiego imperium zła (US&UE), którego struktury programowo wcielają w życie wszystkie „wartości” przeczące prawu naturalnemu i Boskim Przykazaniom.
 
Nie wiedzą, że imperium to od lat eksploatuje słabszych, sieje wojny i zniszczenie, pogrążając miliony w nędzy i rozpaczy.
 
Nie wiedzą, że największym ich wrogiem jest zachodnia oligarchia finansowa, germańska Unia Europejska i neokonserwatywne[iii] (neobolszewickie) Stany Zjednoczone.
 
Nie wiedzą, że w ich imieniu grupki polskich najemników, ramię w ramię z neonazistowskimi banderowskimi bandytami, amerykańskimi i zachodnioeuropejskimi mordercami, dokonują ludobójstwa na kobietach i dzieciach wschodniej Ukrainy.
 
Informacje o tym dochodzą nie tylko ze strony mediów rosyjskich, ale i zachodnich[iv] i nie ważne jest czy są tych najemników setki czy tysiące. Ta hańba kładzie się długim cieniem na całym tysiącletnim Narodzie Polskim, który w przeciwieństwie do swych obecnych zachodnich panów, nigdy dotąd w historii nie splugawił się taką zbrodnią.
 
Oczywiście trudno spodziewać się by ci, dla których honor człowieka jest pojęciem nieznanym, przejmowali się tą hańbą, ale nie wiedzą oni jeszcze jednego.
 
Nie wiedzą, że również w ich imieniu rozpoczęła się III Wojna Światowa. Władze III RP gorliwie i aktywnie wspierają amerykańskie przygotowania do ataku nuklearnego na Rosję.  Dziewiątego czerwca tego roku ukazała się w prasie pozornie nieistotna notatka[v]. Dotyczy ona konstrukcji tak zwanych DOL (drogowych odcinków lotniskowych), których budowę realizuje się teraz na autostradzie A4. Mają one pełnić rolę lotnisk  dla samolotów wojskowych. Okazuje się, że III RP, która przez ćwierć wieku „wolności i dobrobytu”, wybudowała zaledwie parę odcinków nędznych autostrad, a resztę kraju pozostawiła autentyczną pustynią komunikacyjną, potrafiła stworzyć już 21 takich DOL-ów. Należy założyć, że nie mają one służyć polskiemu lotnictwu, które nie dysponuje zapewne nawet tuzinem zdolnych do lotu maszyn bojowych. Będą one służyć amerykańskim bandytom w ataku na Rosję.
 
Chciałbym być złym prorokiem, ale przypuszczam, że Rosja nie pozostawi w stanie funkcjonalnym tej wojennej infrastruktury naszego państwa służącej jej wrogowi. Dwadzieścia jeden nuklearnych ataków na nasze terytorium, przypieczętuje następującą obecnie powolną agonię naszego społeczeństwa. I zapewne, co bystrzejsi jego przedstawiciele, dopiero na Sądzie Bożym, dowiedzą się tego, czego nie wiedzą dziś.


[i] http://en.wikipedia.org/wiki/Israel_Defense_Forces
 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Fotografia i pamięć


"Austerlitz próbuje zatrzymać czas, używając żywego i plastycznego języka, ale dokonuje tego także za pomocą fotografii. Często widzimy go z aparatem fotograficznym i słyszymy komentarz narratora o wykonywaniu przezeń zdjęć. W samym tekście dużo się mówi o fotografii. Ważna jest szkolna sekwencja, w której wspomina Austerlitz swoją przyjaźń ze szkolnym kolegą i godziny spędzane w ciemni: 'Przy pracy fotograficznej szczególnie fascynował mnie moment, gdy na naświetlanym papierze cienie rzeczywistości wyłaniają się, by tak rzec, z niebytu, zupełnie jak wspomnienia, (...) które też nocą nagle się w nas wynurzają, i choć chciałoby się je zatrzymać, zaraz znowu zapadają w ciemność, nie inaczej niż odbitka, pozostawiona długo w wywoływaczu' (A, 97). W momencie rozstania Austerlitza z narratorem i przekazania mu kluczy do swojego mieszkania, również - nieprzypadkowo - pojawia się wątek fotograficzny. Narrator nie tylko dostaje pozwolenie mieszkania w nim, ale, co znaczące, może on 'studiować czarno-białe fotografie, jedyne, co pozostanie z jego życia' (A, 354). Ciekawy jest domysł jednego z interpretatorów, wedle którego to właśnie narrator ilustruje tekst swojej opowieści zdjęciami zrobionymi przez siebie, jak i tymi, które pochodzą z archiwum prywatnego Austerlitza.

Fotografia to istotna i, jak wspomniałem, z całą pewnością niedekoracyjna część książki Sebalda. Ale czym one są w istocie? Jaka jest ich rola w tekście? Posłuchajmy najpierw ciekawej uwagi pisarza na temat fotografii: 'Dziwne rzeczy zdarzają się, kiedy włóczysz się po świecie bez celu, kiedy jedziesz gdzieś i wtedy właśnie chcesz zobaczyć, co stanie się dalej. Wówczas z rzeczami dzieje się coś, w co nie jesteś w stanie później uwierzyć. To, co następuje później, jest bardzo ważne: konieczne jest, by w jakiś sposób zatrzymać je, udokumentować. Oczywiście, możesz to zrobić pisząc, ale słowo pisane nie jest przecież prawdziwym dokumentem. Fotografia jest prawdziwym dokumentem par excellence'. Sebald powtarza tu lekcję Barthesa. Fotografia może zniekształcać, deformować, ukazywać rzeczy fragmentarycznie, z jednego tylko punktu widzenia, ale zawsze poświadcza istnienie tego, co przed obiektywem. Fotografie nie tyle wskrzeszają miniony czas, ile wyposażają minione rzeczy w istnienie. Poświadczają istnienie tego, co zapisało się w światłoczułej materii. Fotografia to certyfikat obecności, barthesowskie 'to-co-było'.

Fotografię, twierdzi Sebald, łączy intymna więź z pisaniem, tym czymś jest sztuka poszukiwania (w oryginale przeprowadzonego po niemiecku wywiadu jest znaczące 'proustowskie' recherche). Poszukiwania, czyli jak rozumiem: przywoływania, ewokowania, wywoływania z niebytu, wyprowadzania rzeczy z nicości. W cytowanym wywiadzie Sebald dopowiada jeszcze: 'Sądzę, że czarno-biała fotografia, albo raczej szare strefy czarno-białej fotografii, zaznaczają to terytorium, które lokuje się między śmiercią i życiem'.

Czy zatem w przeciwieństwie do słowa, wpadającego wciąż w pułapkę autoreferencyjności, fotografia odsłania u Sebalda to, co istnieje naprawdę? Czy w tekście istnieje między nimi jakieś ostre napięcie? Nie takie to proste. Ta relacja zdaje się subtelniejsza, bardziej dialektyczna. Przecież to jasne, że i słowo, i obraz fotograficzny są zamiast. Nie są kopią rzeczywistości, ale jej lepszym czy gorszym przedstawieniem. Ale równie oczywiste jest, że fotografia ma tę przedziwną moc uobecnienia. Język, chce czy nie, grzęźnie w figuracjach, fotografia przywołuje 'naocznie' to, co było. Ale w tym wypadku, co jest przedmiotem jej uobecnienia? Rzeczywistość, o której się opowiada, przyszpila słowem w narracji? W jakiejś części tak, ale nie tylko. Gdyby to był jedynie obrazowy ekwiwalent słowa, wtedy pomieszczone w książce zdjęcia nie wykraczałyby poza funkcję ilustracyjną. Czytając, mamy przecież pewność, że jest w nich zdeponowany jakiś niedookreślony 'nadmiar'.

Rozumienie fotografii u Sebalda przypomina to, co mówił o niej Francis Bacon: 'Fotografie zawsze mnie prześladowały. (...) Sądzę, że chodzi o to niewielkie odejście od rzeczywistości, które sprawia, że rzeczywistość uderza mnie jeszcze mocniej. Obraz fotograficzny sprawia, że zastanawiam się nad rzeczywistością głębiej, niż gdybym na nią patrzył'.

Pomieszczone w książce fotografie wzmacniają więc efekt realności wywołany już za pomocą wyrafinowanej strategii narracyjnej i finezyjnego użycia słowa, ale też - co chyba ważniejsze - wywierają na czytelniku nacisk, przymus wręcz wypełniania stref niedookreślonych w samych przedstawieniach. Wydaje się, że Sebald przenosi na niego swoją własną metodę twórczą: otwiera pole wyobraźni, prowokuje do domysłów, inspiruje do kreowania własnych ciągów dalszych. Zwracając uwagę na samo medium, unika pułapki naiwności, przejawiającej się w traktowaniu znaków jako przejrzystych. Przedstawianie zawsze jest konstrukcją - sztuczną, przesłaniającą rzecz, do której się odnosi, 'nierealną' - ale użytek, jaki z niej zrobimy, może stać się dotknięciem żywej tkanki życia".

Dariusz Czaja, "Anamneza i melancholia", "Kronos" nr 2/2008, s. 308-309

środa, 18 grudnia 2013

Bacon – świadek rzeczywistości infernalnej



Ukrzyżowania Bacona, to dla niego „żywe” ucieleśnienie zła, diabelskie signum temporis. Domaga się ona, wręcz wymusza na widzu, postrzeganie i interpretację w perspektywie eschatologicznej:

"To jest absolutnie doskonałe unaocznienie zła. To niejako potwierdzenie w sztuce intuicji manichejskich. Zło, które w taki sposób manifestuje się za pośrednictwem formy artystycznej, zdaje się posiadać substancjalne, osobowe istnienie. Albowiem jedynie posiadając substancjalny byt, zło zdolne jest nasycić formę artystyczną. Taka niepokojąca rzeczywistość artystyczna zaistniała dopiero w naszych czasach, sztuce dawnej obce były takiego rodzaju doświadczenia. Zło ucieleśniało się w sztuce dopiero w realizacjach Bacona. Wydaje mi się, że fakt, iż zaistniała taka możliwość, stanowi znamię czasów ostatecznych. Zło w sztuce Bacona jest tak nieskończenie groźne właśnie dlatego, że zdaje się zawierać byt substancjalny. Obrazy Ukrzyżowań Bacona wydobywają z aktu ukrzyżowania aspekt infernalny nie mający żadnego zakorzenienia w metafizycznym przezwyciężeniu zła. Ukazują coś, co można nazwać złem absolutnym. I to jest mistrzowsko zrealizowane. I dlatego jest tak groźne. To jest coś co może napawać tylko lękiem”.*

Malarstwo Bacona jest widomym „dowodem” na bliskość i realność eschatonu, Sądu Ostatecznego. Sytuacja w której zaistniała możliwość realizacji i funkcjonowania osobowego zła w sztuce jest – powiada artysta – zapowiedzą nadejścia czasów ostatecznych. „Bacon to wspaniały malarz, świadek rzeczywistości infernalnej, a XX wiek, było nie było, był najbardziej infernalny w całej historii naszego gatunku”.**

Pojawienie się artystycznej manifestacji zła w sztuce sugeruje niedwuznacznie realną obecność Antychrysta w świadomości współczesnej. Nie znaczy to rzecz jasna, że Bacona łączyły jakieś związki z tą personą.*** Chodzi jedynie o to, że zło pojawiło się w jego sztuce naocznie i w postacie osobowej. Nie medium jest tu ważne (artysta może być osobą „pozytywną”, choć bez wapienia z tragicznym znamieniem), ale końcowa wizja artystyczna. Konsekwencją inkarnacji Chrystusa stała się możliwość zaistnienia w sztuce jego Oblicza. Obecnie sztuka ujawniła również możliwość do tej pory niezrealizowaną albo zrealizowaną w sposób niepełny: sportretowania Antychrysta. Malarstwo Bacona jest tego wyrazem. Może na tę intuicję naprowadzić poeta w utworze z angielskim malarzem w roli głównej, kiedy mówi, że w jego obrazie ukrzyżowany Bóg zmienił się w mięsny ochłap.

Bacon osiągnął transformację
ukrzyżowanej osoby
w wiszące martwe mięso
wstał od stolika i powiedział cicho
tak oczywiście jesteśmy mięsem
jesteśmy potencjalną padliną
kiedy idę do sklepu rzeźniczego
zawsze myślę jakie to zdumiewające
że to nie ja wiszę na haku.****

Tu dochodzimy do sfery prawdziwie niepojętej, stajemy na progu rzeczywistości trudnej do dyskursywnego ogarnięcia. Na granicy niedającej się wyjaśnić w kategoriach przyczynowych czy logicznych – alchemii sztuki. Nie ma bowiem żadnych dobrych racji by z rzeczywistości zasadniczo infernalnej sztuka mogła wyciągnąć pierwiastki nacechowane wartościami dodatnimi, pozytywnymi. W jaki sposób w świecie opanowanym przez zło możliwe jet piękno? Jak dochodzi do tej alchemicznej bez mała transmutacji? Jak to się dzieje, że w zwałach popiołu dostrzec można światło? Nowosielski kwestionuje rutynowy sposób myślenia o tych sprawach, odwraca tradycyjną hierarchię: „Nie stawiajmy sprawy na łowie: nie to jest istotne, w jaki sposób zło może zaistnieć w świecie piękna, lecz to, w jaki sposób piękno może zaistnieć w uniwersalnym środowisku zła. Dla mnie istotne jest to, w jaki sposób świadomość ludzka przetwarza elementy zła na dobro i piękno”. ******

* Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym Nowosielskim. S 11
** czy Bóg się wycofał? Jerzy Nowosielski w rozmowie z D.Suską, w: oblicza śmierci we współczesnej sztuca polskiej. Katowice 2001., s.147
*** Nowosielski mówi jednoznacznie: „Jego malarstwo jest rzeczywiście satanistyczne, chociaż sam Bacon był bardzo dobrym człowiekiem, i to nie jego wina, że tak mu wyszło. To był jego los – przypadło mu świadczenie o realności zła w rzeczywistości empirycznej” . Tamże, s 147
**** Różewicz, Francis Bacon, czyli Diego Velasquez na fotelu dentystycznym, w: zawsze fragment, Wrocław 19966
***** Podobne pytania stawia Klaus Berger w swoim o złu i diable: „Pytanie o zło na świecie stawiane jest często w duchu teodycei „Jak Bóg mógł do tego dopuścić?” A najwyższy już czas, żeby spytać odwrotnie: skoro istnieje tak wiele zła, to skąd się bierze dobro i piękno? - K. Berger, Po co jest diabeł, przełożył S. Wolski, Poznań 2007, s129. Nawiasem mówiąc: drugie pytanie w istocie jest zasadne, ale pod warunkiem, że nie uchyla pierwszego.

Za: Dariusz Czaja, Lekcje ciemności
ss. 112-114

środa, 4 grudnia 2013

Filozofia jako ćwiczenie duchowe



Weź, czytaj. Weźmy zatem jeszcze jedną książkę do ręki. I poczytajmy. Mam na myśli porywającą książkę Pierre’a Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe. Rzecz, która nie tylko demonstruje – na historycznych przykładach – różne formy lektury duchowej, ale której zawartość można potraktować jako żywe potwierdzenie prawdziwości wniosków Watersa. Świadczy ona też dowodnie, że świat, który badacz z Harvardu opłakuje w swojej diatrybie, nie wszystek umarł. Nawiasem mówiąc, to kolejne wydarzenie wydawnicze, które –  można odnieść nieodparte wrażenie – przeszło u nas bez echa. Odnotowane zapewne przez filozofów (zakładam że tak!), ale przez przedstawicieli innych dziedzin humanistyki – już raczej nie. A wielka szkoda. Zasadniczy przekaz tej arcywybitnej książki wychodzi daleko poza granice dyscypliny. Rzecz dotyczy bowiem nie tylko pewnego rozdziału historii filozofii starożytnej (z licznymi wypadami w przyszłość), ale jest także instruktywną lekcją jak uprawiać dzisiaj z pożytkiem „wielką humanistykę”. Chodzi o typ refleksji szerokiej, śmiało przekraczającej granice dyscyplin szczegółowych i pól badawczych. W przypadku Hadota odnosi się do takiego typu spojrzenia, które choć jako swój cel główny ma analizę pewnego wąskiego wycinka świata starożytnego, nigdy nie traci z pola widzenia szerokiego horyzontu odniesień. Które penetruje przeszłość nie zapominając o miejscu i czasie, z których zadaje się pytania. Powalająca erudycja nie służy tu nigdy jałowym popisom, a precyzyjny wywód nie jest zagrzebaną w szczegółach antykwaryczną rozprawą, ale zawsze – choć niezwykle dyskretnie – ma na uwadze nasze „tu i teraz”. 

Exercices spirituels et philosophie antique – taki jest tytuł oryginału – to, powierzchownie rzecz ujmując, rutynowy zbiór rozpraw i studiów poświęconych dziełom starożytnych filozofów. Ale strategia przyjęta przez autora sprawia, że mamy przed sobą dzieło odkrywcze. Książkę, która odsłania rzeczy nowe, albo słabo dotąd podkreślane w studiach nad filozofią starożytną. Hadot, w swoich studiach, stara się uwydatnić w tekstach filozofów starożytnych cechę często prześlepianą przez badaczy współczesnych: rys autorefleksyjny i egzystencjalny. Tak przedstawia swój punkt wyjścia: „W badaniach mych doszedłem do wniosku, że liczne trudności w rozumieniu filozoficznych dzieł autorów starożytnych pochodzą często stąd, iż interpretując je, dopuszczamy się podwójnego anachronizmu: sądzimy, że, jak wiele dzieł nam współczesnych, mają one za cel przekazanie informacji o określonej treści pojęciowej oraz że wprost dostarczają nam wiedzy na temat myśli i psychiki ich autora. W istocie jednak są one bardzo często ćwiczeniami duchowymi, które autor uprawia sam i które daje  do uprawiania czytelnikowi. Są po to, by kształtować dusze. Mają wartość psychagogiczną”.*

W swoich wnikliwych i precyzyjnie skonstruowanych rozprawach Hadot nie referuje tylko filozoficznych poglądów, uzupełniając je o kompetentny komentarz, ale zastanawia się nad samą istotą filozofowania, rozprawia o istocie i zadaniach filozoficznych dociekań. Wprowadzona przez niego operacyjna kategoria ćwiczeń duchowych jest w tych poszukiwaniach nadzwyczaj istotna. Co znamienne: Hadot ma pełną świadomość niewspółmierności terminu „duchowy” z przyzwyczajeniami nazewniczymi epoki. Ale mimo to nie waha się go zachować –  w jego wielowymiarowości i głębi. Wskazuje, że niektóre bliskoznaczne określenia – „psychiczny”, „intelektualny”, „etyczny”, „moralny” – owszem, obejmują pewne aspekty rzeczywistości ku którym termin „duchowy” kieruje, ale on sam jest dużo bardziej pojemniejszy znaczeniowo. W ćwiczeniach duchowych, to oczywiste, bierze udział myśl, ważne są aspekty dyskursywne i retoryczne; mają one, także bez wątpienia, wyraźny wymiar etyczny, wiążą się bowiem z okiełznaniem namiętności. Wszelako, powiada on, przymiotnik „duchowy” jest znaczeniowo bogatszy, obejmuje głębsze spektrum doświadczeń.  Ćwiczenia duchowe – czy chodzić będzie o Sokratesa, Senekę, czy Marka Aureliusza – odnoszą się nie tylko działań rozumowych. To dużo głębsze akty egzystencjalnej natury. Są one równoważne przekształcaniu widzenia świata i przemianie osobowości tego, który ćwiczeniom się poddaje. W pojęciu rzeczywistości „duchowej” idzie o przeniesienie w jakiś wyższy wymiar, transcendowanie w stronę pewnego rodzaju Całości. Przy okazji przypomina autor, że Exertitia spiritualia Ignacego Loyoli – tytuł dzieła najszybciej bodaj przychodzący na myśl w kontekście wyrażenia „ćwiczenia duchowe” – to zaledwie późny (nowożytny) etap w historii gatunku,  chrześcijańska refrakcja daleko starszej tradycji grecko-rzymskiej.

Jeśli z tego punktu widzenia spojrzeć na wybitne dzieła filozoficzne starożytności, to okaże się, że filozofia, w swoim pierwotnym kształcie, jawi się nie – jak to często chcemy widzieć – jako procedura abstrakcyjna, konstrukcja teoretyczna, czy dyskursywna metoda dochodzenia do poznań pewnych, ale właśnie jako ćwiczenie duchowe, czyli jako pewien sposób kształtowania życia, jako próba, bądź seria prób wewnętrznego przekształcenia człowieka. Tak rozumiana filozofia nie wyklucza żadnego z jej składników doktrynalnych czy teoretycznych. Nie tylko nie wyklucza, ale wzbogaca je o jeszcze jeden istotny wymiar. Toteż kategorię filozoficznie rozumianych ćwiczeń duchowych trzeba by umieścić nie w sąsiedztwie  terminów takich jak „badanie”, czy „dociekanie”, ale raczej w pobliżu takich wyrażeń jak: „uczenie się życia”, „uczenie się śmierci”, „uczenie się czytania”, czy takich jak „konwersja” i „metanoia”.

W tak zakreślonych zadaniach filozofii starożytnej przegląda się znakomicie współczesna idea humanistyki Watersa. Istotne podobieństwa dotyczą radykalnie duchowego rozumienia obydwu aktywności i mocnej egzystencjalnej domieszki w praktyce poznawczej. Ale analogie odnaleźć można nawet i na niższych piętrach.

W jego wywodach, jak pamiętamy, figura książki i sam gest czytania, wydają się szczególnie uprzywilejowane. Służą jako wyrazisty i poręczny model wzbogacającego humanistycznego spotkania. Znakomite studium Hadota o przemianach idei ćwiczeń duchowych w myśli antycznej kończy zastanawiający fragment, który i od tej strony zaskakująco spokrewnia jego spokojne, stonowane uwagi z rozpalonym dyskursem Watersa. W zakończeniu Ćwiczeń duchowych zastanawia się on nad możliwościami odrodzenia tego typu filozofowania współcześnie. Pisze, że mechaniczne naśladowanie antycznych wzorów z pewnością nie ma większego sensu. Ale podkreśla równocześnie, że nie sposób zapomnieć, iż wartością każdej kultury jest ciągłość „starych” idei, pomysłów, odkryć, otwarcie na ich wzbogacającą re-petycję.

Ale jak je ożywić, jak je rewitalizować? Sugeruje Hadot, że istnieje pewna sprawdzona droga: egzystencjalny zwrot ku „starym prawdom”, co oznacza umieszczenie ich we własnym doświadczeniu, włączenie we własne życie. Przy czym, co charakterystyczne, ów gest powtórzenia, powtórzenia na nowo, tego co już kiedyś wypowiedziane, rozpoczyna się właśnie od lektury: „każda epoka powinna podejmować to zadanie, uczyć się czytać i odczytywać na nowo te ‘stare prawdy’. Życie spędzamy na ‘czytaniu’, czyli na dokonywaniu egzegez, nawet egzegez egzegez (...), spędzamy swe życie na ‘czytaniu’ lecz nie umiemy już czytać, czyli zatrzymać się, uwolnić od swych trosk, wrócić do siebie samych, odłożyć na bok swoje poszukiwania subtelności i oryginalności, medytować spokojnie, przetrawiać, pozwolić tekstom, by do nas mówiły. Jest to ćwiczenie duchowe jedno z najtrudniejszych”.** A wieńczący ten passus cytat z rozmów Goethego z Eckermannnem podkreśla jeszcze wagę tego wyzwania, któremu na imię czytanie. Goethe: „Ludzie nie wiedzą, ile czasu i wysiłku kosztuje, żeby nauczyć się czytać. Mnie trzeba było na to osiemdziesięciu lat, i nawet nie potrafię powiedzieć, czy mi się to udało”. *** Komu jak komu, ale Goethemu bym w tej kwestii wierzył......

* P.Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe, tłum. P.Domański, Warszawa 2003, s.5.
** Tamże, s.67-68.
*** Tamże, s.68.

Dariusz Czaja – fragment eseju
Antropologia jako ćwiczenie duchowe


niedziela, 2 grudnia 2012

Dariusz Czaja o Cioranie

Teksty rumuńskiego myśliciela to w istocie rozpisane na akapity deklinacje słowa „rozpacz”. Rozpacza on za rajem utraconym, za światem, który naprawdę jest, który odsłania całą grozę, pełnię bezokolicznika „być”. Rozpacz jest u niego kategorią religijną najczystszej wody, a Bóg jest jednym z imion tej rozpaczy. Jednakże tylko tępy głuszec albo cymbał brzmiący dostrzeże w dziele Ciorana katechizm bezbożnego ateizmu, a jego samego obsadzi w roli prymitywnego proroka nicości i absurdu. A pośrednim dowodem na fałszywość tej tezy jest nie tylko to, że w pewnym miejscu charakteryzując rozpacz, przywołuje on biblijną frazę z Koheleta, jak gdyby tylko ten język był w stanie nazwać ją po imieniu. Sprawa jest bardziej skomplikowana. Choć Cioran powtarzał będzie do znudzenia, że nie potrafi uwierzyć, że obcy jest mu religijny rytuał i katechizmowe dogmaty, to przecież w samym rdzeniu jego wątpliwości, w samym ciężarze i bezwzględności podejmowanych pytań jest coś dogłębnie religijnego.

Lekcje Ciemności s. 246

czwartek, 29 listopada 2012

Wiara jako protektor

W książce Lekcje ciemności, pan Czaja w dość czarnych barwach odmalowuje ludzką naturę i jej skłonność do złego:

Wiemy już na pewno, że nic co ludzkie nie jest nam obce. Ale formuła ta czytana z perspektywy obozowych doświadczeń jest już tylko perwersyjnym odwróceniem dumnego emblematu nowożytnego humanizmu. Pora przestać mylić pobożne życzenia z twardą rzeczywistością i stwierdzić odważnie: człowiek nie jest z natury dobry i nigdy nie był. Teraz po Auschwitz (i dodajmy: Kołymie) wiemy już, że normalność od bestialstwa dzieli papierowa ściana.

Po głębszej analizie laboratoryjnej okazało się, że mimo cywilizacyjnego gorsetu nasza podatność na zło jest organiczna, że nasza skłonność do złego jest naturalna – wymagają tylko stosownych okoliczności, by mogły się ujawnić w pełni.

O ile możemy zgodzić się z tą wizją, to musimy przyczepić się jednej sprawy – choćby ze względów dydaktycznych. Interesuje nas bowiem rola wiary w świadomym istnieniu. I tutaj, pan Czaja, dał się ponieść emocjom i odmalowując ludzką egzystencję mrocznymi kolorami ze swej pesymistycznej palety, nieopatrznie zachlapał czarną farbą pewne jaśniejsze miejsca, przez co, prawdopodobnie mimowolnie, postawił człowieka w labiryncie istnienia na pozycji straconej. To, że jednak jest wyjście, wynika choćby z faktu, że zarówno Budda jak i Jezus, zadali sobie trud wygłaszania swoich Nauk, gdyby człowiek stał na przegranej pozycji, byłby to z ich strony daremny wysiłek. Pan Czaja pisze:

...przed przedzierzgnięciem się przyzwoitego człowieka w potwora – w sprzyjających tej przemianie warunkach – nie chroni ani tradycja, ani kulturowe nawyki, ani rozum, ani wiara religijna. Nic. Monstrualność to wciąż utajona w nas, najczarniejsza potencja.

Naszą niezgodę na te słowa zobrazujmy fragmentem apoftegmatów Ojców Pustyni:

Abba Zenon przechodził kiedyś przez Palestynę. Kiedy zmęczył się, usiadł obok pola, na którym rosły ogórki, aby posilić się. Nieprzyjaciel poddał mu myśl: „Weź sobie jeden ogórek i zjedz. Cóż to jest”. Odparł jednak na ten pomysł: „Złodzieje idą na potępienie. Wypróbuj zatem, czy zdołasz znieść męki piekielne”. Stał na skwarze przez pięć dni i piekł się na słońcu, mówiąc sobie: „Nie mogę wytrzymać tego cierpienia”. Rzekł zatem: „jeśli nie możesz wytrzymać mąk, więc nie zrywaj i nie jedz”.

I tak, widzimy, że wiara uchroniła tego mnicha od kradzieży. Dajmy bardziej skrajny przykład: sytuacji gdzie stoję przed alternatywą zabić albo dać się zabić, być w plutonie egzekucyjnym albo samemu przed nim stanąć.

Budda dał nam pewien standard postępowania – fundamentalne pięć wskazań – i zapewnił, że prawdziwy człowiek nie złamie tych wskazań nawet za cenę życia. Pierwszym z nich jest wskazanie „nie zabijaj”. Bez wątpienia, bycie rozstrzeliwanym wiąże się z pewnym dyskomfortem:) Nie mniej jednak skoro wierzę, że zabijanie jest najprostszą drogą do piekła, byłoby skrajnym irracjonalizmem z mojej strony gdybym dokonał wyboru i zamiast dać się rozstrzelać, co mimo wszystko jest jeno chwilowym dyskomfortem, wybrał piekło.

Jeżeli dokonam innego wyboru, to nie możemy mówić, że wiara nie uchroniła mnie od stania się zabójcą, ale raczej o tym, że brak odpowiednio mocnej wiary przekształcił mnie w mordercę.

I tak, choć siły ciemności drzemią w nas i rzeczywiście mogą zostać zaktywizowane, przeobrażając człowieka w bestię, nie należy także zapominać o potencjale boskości, jaki każdy człowiek dzieli z Jezusem, a o którym on sam przypomniał, gdy zarzucano mu przypisywanie sobie boskości. Nie tylko piekło jest w nas, ale i niebo. Może to mały dysonans powoływać się na Sartre'a mówiąc o niebie, nie mniej, człowiek jest tym co sam z siebie zrobi. Jest świat Brahmy i jest przyjazność, współczucie, radość, równowaga, które tam prowadzą. I nie ma takiej możliwości by ten kto w znacznym stopniu rozwinął w sobie te cztery brahmavihary nagle przemienił się w potwora. Pewne percepcje zanikają wraz z treningiem duchowym a pewne się pojawiają. Jest powód i przyczyna na skalania umysłu u istot i jest powód i przyczyna na oczyszczenie istot ze skalań umysłu.

To co tu piszę jest oczywiście podyktowane wiarą, i to ta wiara, jeżeli znajdzie odzwierciedlenie w działaniu, ochrania mnie od zejścia do niższych światów i przejścia na stronę sił ciemności. Jakkolwiek niesprzyjające byłyby okoliczności, wiara w absolutną wartość pięciu wskazań jest dla człowieka drogowskazem pozwalającym dokonywać mu odpowiednich wyborów i unikać bólu. Wiara w Buddę daje nam odpowiednią perspektywę dzięki której możemy zobaczyć to co będzie umykało z pola świadomości niewierzącym: czasami droga do uniknięcia cierpienia wiedzie przez akceptację bólu a nie przez paniczne jego unikanie za wszelką cenę. I to jest bardzo trudne do zrozumienia dla istot u których występuje wręcz imperatywna tendencja do natychmiastowego minimalizowania bólu i przemieszczania się po linii najmniejszego oporu - dokonywania wyboru teraźniejszego najmniejszego bólu.

Widzimy to choćby przy podejmowaniu decyzji o odejściu w bezdomność. Jak nas zapewnia Budda, odejście w bezdomność, gdy żyje się zgodnie ze standardami Dhammy i Vinaji prowadzi do dużej przyjemności takiej jak choćby odrodziny w niebie. Nie mniej jednak do uzyskania tej przyjemności dochodzi się przez rezygnację z bezpośrednich przyjemności jakie oferuje nam świeckie życie. I tu się okazuje, jak bardzo trudno zrezygnować z takiej bezpośredniej przyjemności. Oczywiście mało kto ma jasność, że jest ofiarą tej bezwzględnej teleologii i dokonywana jest racjonalizacja: gdzie sobie i innym tłumaczę dlaczegóż to w obecnej mojej sytuacji, absolutnie nie mogę odejść w bezdomność. Owszem, kiedyś później … kto wie. Bardzo skutecznym lekarstwem na takie racjonalizacje jest oczywiście wiara, tyle, że właśnie tej wiary brakuje współczesnym buddystom, którzy nie potrafią nawet utrzymać pięciu wskazań, nie zdając sobie sprawy, po jak wąskiej ścieżce i nad jaką głęboką przepaścią idą. Takie Sutty z uwagi na swoją niepoprawność polityczną, rzadko są cytowane, niemniej Budda jasno określił, że więcej ludzi po śmierci ciała odradza się w piekle, niż z powrotem uzyskuje ludzki status. Trudno w to uwierzyć … Nie mniej, to wiara właśnie w takie Sutty wyrabia u nas percepcję niebezpieczeństwa i wręcz zmusza do przestrzegania pięciu wskazań. A te, jak to rozpoznaliśmy, są naszym protektorem, chroniącym nas od zejścia do niższych światów. Tyle, że obecnymi czasy można się spotkać z buddystami, którzy nawet i w niższe światy nie wierzą:) I tak koło się zamyka. Można by rzec, że niewiara w niższe światy jest jednym z warunków by się w nich znaleźć.

Pustynia



Pustynia nie jest miejscem gotowych odpowiedzi. Przeciwnie, jest miejscem zadawania pytań. Jest miejscem oddalenia się od ludzi, przestrzenią samotności. Językiem pustyni nie jest słowo, ale dojmujące milczenie. Ale te okoliczności nie powinny być przeszkodą. Pustynia jest przynajmniej szansą napotkania Istotnego. „Pozytywne” rozwiązania, zdaje się, wyczerpały już swoją moc.

Dariusz Czaja, Lekcje ciemności