Tylko naiwni wierzą jeszcze, że tak naprawdę podróżujemy jedynie wtedy, gdy fizycznie przemieszczamy się w geograficznej przestrzeni. A więc wtedy, gdy rozbudzone zmysły upewniają nas o realności chwili. Kiedy właściwe czasowi podróżnemu natężenie uwagi skrapla żywe doświadczenie w doznania o dużym stopniu intensywności. Kiedy wczepieni mocno w czas teraźniejszy oswajamy dla siebie inny, nieznany nam wcześniej fragment świata. Tymczasem rzecz jest dużo subtelniejszej natury. Podróż, choć da się ją bez wątpienia kartograficznie obrysować i precyzyjnie zaznaczyć w kalendarzu, wykracza poza tempus praesens rzeczywistej wędrówki. I to, by tak rzec, w obie strony.
Każda podróż zaczyna się przecież od oczekiwania, od jakiejś wizji tego, co chcemy zobaczyć, co poznać chcemy. Przygotowując się do wyjazdu, przenosimy się zatem do jakiegoś egzotycznego „tam”, mimo że nogi nasze wciąż tkwią w oswojonym „tu”. Studiowanie opisów, tekstów, komentarzy związanych z miejscem, do którego się wybieramy, oglądanie zdjęć, a zwłaszcza porywające jazdy palcem po mapie (tak, mapy, mapy nade wszystko!), to nic innego jak kreślenie figur w czasie przyszłym. Znamy takich, co nigdzie nie wyjechali, ale są tak zaprawieni w ćwiczeniach wyobraźni, że zdaje im się, iż byli niemal wszędzie. I trudno powiedzieć, czy jakoś tam racji nie mają.
Dariusz Czaja
Gdzieś dalej, gdzie indziej
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czaja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czaja. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 maja 2016
Tylko naiwni wierzą jeszcze, że tak naprawdę podróżujemy jedynie wtedy, gdy fizycznie przemieszczamy się w geograficznej przestrzeni
wtorek, 17 czerwca 2014
Czas apokalipsy
W podzielonej na trzynaście odsłon
opowieści filmuje Herzog krajobraz po bitwie. Kamera wydobywa ślady
po niegdysiejszym życiu. Oto miejsce, w którym stał las, teraz
zamienione w jezioro ropy. Nagie szkielety zwierząt, spalone
samochody, ruiny domów, podziurawione pociskami bunkry, nieczynne
urządzenia przemysłowe, zdezelowane obiekty, niedawno jeszcze
latające, jakaś smutna resztka po tym, co kiedyś było radarem.
Ciężarówki – widma snujące się po drogach. Oglądamy narzędzia
z izby tortur. Słuchamy opowieści kobiety, której dziecko z
przerażenia oniemiało. Inna chce coś powiedzieć, ale straciła
mowę widząc na własne oczy śmierć najbliższych. Obraz z „krainy
milczenia i ciemności” - by przywołać tytuł jednego z
pierwszych dokumentów Herzoga. Niedookreślona tytułowa ciemność
stopniowo, kadr po kadrze, zaczyna przywodzić na myśl ciemność
otchłanną, piekielną znaną z klasycznej ikonografii. Co warto
przy okazji zauważyć: dojmujący i niepowątpiewalny realizm tych
po-wojennych obrazów stoi w sprzeczności z przekłamanym,
całkowicie aseptycznym i odrealnionym obrazem rzeczywistości tej
„dziwnej wojny” znanym nam z telewizyjnych przekazów.
Ze szczególną predylekcją, w której
pomieszana jest groza z fascynacją, filmuje Herzog żywioły.
Grafitowe połacie spopielałej ziemi, gęste od czarnego dymu
powietrze, strumienie ognia wydobywające się z dogaszonych szybów,
wulkaniczna lawa, którą tu naśladują rozlewiska pulsującej ropy.
Wszystko to filmowane z lotu ptaka, można by rzec: z nieziemskiej
perspektywy, oglądane jakby nie-ludzkim okiem. Czasem obraz
puszczony jest na zwolnionych klatkach, co potęguje jeszcze
wrażenie. Jego siłę wzmacnia również sugestywne tło muzyczne
(Schubert, Wagner, Mahler, Part) . Niektóre z tych wizyjnych kadrów
komentowane są fragmentami z Apokalipsy św. Jana.
Części piątej, zatytułowanej
Rezerwat Szatana, towarzyszą końcowe fragmenty rozdziału
16:
„I nastąpiły błyskawice i głosy,
i gromy, i wielkie trzęsienie ziemi, jakiego nie było, odkąd
ludzie są na ziemi, trzęsienie ziemi tak wielkie. Miasto wielkie
rozpadło się na trzy części i miasta narodów runęły […] A
wszelka wyspa zniknęła i nie można było znaleźć gór” (Ap 16,
17-19)
W części siódmej, komentarzem do
obrazu ognia wydobywającego się z płonącego szybu są słowa:
„Piąty anioł zatrąbił. I
widziałem gwiazdę, która z nieba spadła na ziemię, i dano jej
klucz do studni przepaści. I otworzyła studnię przepaści, i
wydobył się dym z głębi jak dym z wielkiego pieca, i pociemniało
słońce i powietrze od dymu ze studni. […] I w owe dni szukać
będą ludzie śmierci, ale jej nie znajdą, i będą chcieli umrzeć,
ale śmierć będzie od nich uciekała (Ap 9, 1-2, 6).
Nie ma więc wątpliwości, jakie
znaczenie filmowej wizji stara się nadać Herzog. Nawet bez tych
cytatów, wprowadzonych tu nazbyt może ostentacyjnie, trudno byłoby
o pomyłkę. Scenografia zupełnie jak z biblijnej wizji Końca:
czarne od dymu słońce, pokrywające ziemię popioły, ogniste
jeziora. I towarzyszące tym znakom tortury, cierpienie, wszechobecny
brak nadziei...
W pierwszym odruchu można by przypisać
autorowi naiwność. Co to za bowiem apokalipsa, skoro – jak
widzieliśmy – po wojnie ktoś posprzątał, szyby wygaszono i
życie, choć z trudem, toczy się jednak dalej, powoli powraca do
normy. W dodatku, mógł jeszcze zostać nakręcony o tym film.
Trudno jednak sądzić, by Herzog naprawdę wierzył, że na
pustyniach Kuwejtu rozegrała się ostateczna walka pomiędzy siłami
Światła i Ciemności, a ich upostaciowaniem byli generał
Schwarzkopf* i Saddam Husajn; że właśnie czas się skończył i że
gdzieś nieopodal na pustynnej oazie zakwitło Niebiańskie
Jeruzalem. W tej filmowej hermeneutyce znaków czasu chodzi chyba o
coś innego.
Tekst Apokalipsy służy tu jako
narzędzie interpretacji wydarzeń historycznych. Herzog nie jest
oczywiście pierwszym, który posługuje się tą matrycą
wyobrażeniową. Robiono to już przed nim wielokrotnie i, co
ciekawe, w podobnych sytuacjach. Dwa przykłady z niedalekiej
przeszłości: oto poeci opisujący grozę polskiej rzeczywistości
II wojny w porównaniach i obrazach zaczerpniętych wprost z
Apokalipsy, zupełnie serio dostrzegający w wydarzeniach, które
działy się na ich oczach, widome znamiona czasów ostatecznych; oto
Francis Ford Coppola przedstawiający w swoim filmie wojnę
wietnamską w duchu spełniającej się apokalipsy, którego tytuł
Czas Apokalipsy ( w oryginale jeszcze mocniej: Apocalypse
Now), wyraźnie steruje wrażliwością odbiorców i podpowiada,
czy wręcz narzuca, klucz interpretacyjny do zrozumienia pokazanego
stanu wojny.
Jest tak, jak gdyby niemożliwe
przyciągało niemożliwe: jak gdyby po to, by opisać naturę świata
niemożliwego, choć przecież całkiem realnego, świata, który
„wypadł z formy”, trzeba było koniecznie sięgnąć do
niemożliwego” języka prorockiej wizji, bo tylko taki język może
temu zadaniu sprostać.
(…)
Jedna z możliwych interpretacji byłaby
więc następująca: Apokalipsa św. Jana to nie jest scenariusz
przyszłych wydarzeń historycznych, tego, co wydarzy się w trudnej
do przewidzenia i wyobrażenia przyszłości. Apokalipsa jest
opowieścią o świecie w którym teraz mieszkamy, w którym
mieszkaliśmy i mieszkać będziemy. Widziana w tej perspektywie,
wojna, każda wojna, okazuje się czymś daleko głębszym, niż
sugeruje to sławna formuła Clausewitza; wojna rozumiana jest tu nie
tylko i nie przede wszystkim jako wydarzenie natury militarnej i
politycznej, ale jako sytuacja, w której wyjątkową intensywnością
dochodzi do fundamentalnego pogwałcenia porządku powinności,
elementarnego zanegowania sensu, wyzwolenia sił zła. Wojna jest
szkłem powiększającym, które wydobywa na jaw potencje, które
tkwią immanentnie w „normalnej”, zwyczajnej, codziennej
rzeczywistości. Jest taką sytuacją, w której proroctwo Janowe
aktualizuje się empirycznej historii. Spod obrazów wielogłowych
bestii i spadających z nieba krwawych deszczów przebija myśl o
trwałej obecności zła w świecie, o tym, że jest to stan
nieuleczalny. Porządek społeczny jak i nasza egzystencja to kruche
konstrukcje ustawicznie zagrożone rozpadem. Apokalipsa wciąż i na
nowo spełnia się w historii. Ten scenariusz na trwale wpisany jest
w struktury naszej rzeczywistości.
Toteż dokument Herzoga nie jest w
żadnym razie utworem terapeutycznym, jakąś przestrogą (tacy
naiwni nie jesteśmy), ale raczej trzeźwym świadectwem
ontologicznej ułomności tego świata. (...)
Dariusz Czaja, Lekcje ciemności
s. 286-290
* To faktycznie byłaby chybiona
alegoria, o ile Saddam Husajn ewentualnie nadawałby się na
reprezentanta sił Ciemności, to raczej jako jakiś pomniejszy
diabeł, o samym Schwarzkopfie wiem niewiele, ale to właśnie on
był marionetką, której sznurki porusza Ktoś ukryty w rzeczywistym
Mroku.
A tu jeden z moich ulubionych
publicystów, właśnie wieści początek III wojny światowej. Czy
ma rację, tego nie wiem, ale jako, że tak poza tym proroctwem, pod
którym wahałbym się podpisać, ogólne przesłanie artykułu
odsłania nagą rzeczywistość barbarzyństwa w jakie popada świat,
w czym Polska odgrywa niezbyt chlubną rolę, polecam:
Katalizowana nihilizmem III Wojna Światowa
Trudno
jest dziś wyrokować, jaką datę przyszli historycy uznają za
dzień rozpoczęcia III Wojny Światowej. Z praktycznego punktu
widzenia jednakowoż, jej konwencjonalna faza, rozpoczęła się w
chwili zainicjowania przez reżim kijowski tak zwanej „operacji
antyterrorystycznej” na wschodzie Ukrainy.
Jednym
z rezultatów tej operacji jest stopniowe „roztapianie się”
granicy państwowej z Federacją Rosyjską. Pozbawieni
jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, separatyści przyjęli taktykę
opanowywania ukraińskich punktów granicznych, których personel, w
obliczu nadchodzącego ataku, umyka najczęściej w cywilnym
przebraniu, porzucając sprzęt, broń i umundurowanie. Stanowiska
graniczne przechodzą pod kontrolę powstańców, co umożliwia im
ewakuację kobiet i dzieci z obszarów walk, oraz uzyskanie
nieoficjalnej pomocy od swych rosyjskich rodaków z terenu Federacji.
Proces
ten powoduje zmniejszanie się dystansu dzielącego wojska rosyjskie
z terenu Federacji od nacierającej w kierunku wschodnim ukraińskiej
„gwardii narodowej” wzmocnionej zachodnimi najemnikami i
doradcami z NATO. Zetknięcie tych dwu sił będzie zapewne iskrą
wywołującą konflikt nuklearny.
Na
razie jednak na wschodzie Ukrainy kontynuowane jest ludobójstwo
dokonywane przez lotnictwo, artylerię, wojska rakietowe i pancerne,
oraz grupy terrorystyczne banderowców wspieranych zachodnimi
najemnikami.
Rosyjska
telewizja pokazuje te wydarzenia na bieżąco. Przedstawia ataki
rakietowe z użyciem zabronionego białego fosforu (nota bene
znajdującego się jedynie na wyposażeniu zbrodniczej US Army i
bandyckiego Israel Defense Forces[i]),
które spowodowały całkowitą likwidację ludności atakowanych wsi
pod Słowiańskiem, ostrzał lotniczy cywilnych centrów miast
regionu i „odstrzeliwanie” cywilów, jak przysłowiowe kaczki,
przez wprowadzanych do miast snajperów, palenie ludzi żywcem
przez grasujące sotnie „prawego sektora” i tym podobne
zbrodnie. W dobie rozwiniętej telefonii komórkowej
umożliwiającej każdemu natychmiastowe robienie zdjęć i
nakręcanie filmów, materiału dokumentalnego niebudzącego żadnej
wątpliwości jest pod dostatkiem. Każdego posiadającego
sumienie człowieka muszą wstrząsać obrazy konających w kałużach
krwi kobiet, czy przerażonych maluchów, ukrywających się w
piwnicach przed ostrzałem nazistowskich bandytów; każdego,
za wyjątkiem zachodnich nadludzi i aspirujących do tego towarzystwa
polskojęzycznych „europejczyków”.
Obok
zmasowanej i totalnie zakłamanej propagandy medialnej, unijną
rzeczywistość charakteryzuje jeszcze jedna wspólna cecha-
bezmyślna zwierzęca nienawiść do Rosji i Putina. Mieszkająca
w Paryżu znana amerykańska pisarka, Diana Johnstone[ii]
tak te zjawisko charakteryzuje:
„Media
nie wymagają od nas zrozumienia Putina, a jedynie nienawiści
do niego.”
Na
polskojęzycznych blogach zjawisko to demonstruje się tym, że
„putinożercy” nigdy nie próbują merytorycznej dyskusji ze
swymi adwersarzami, a jedynie kierują na nich strumień inwektyw i
oskarżeń. Dyżurujący na każdym blogu agenci wpływu
pilnie baczą, czy blogerzy nie podejmą przypadkiem wysiłku
samodzielnego myślenia i oceny sytuacji. W przypadku takiego
zagrożenia, natychmiast w stosunku do „nieprawomyślnego” autora
pada komentarz: „to agent Putina”, lub w zależności od
specyfiki danego środowiska internautów, „to komunista”, „to
bezbożnik”, „to Żyd”, itd.,itd. Internauci oddychają
wtedy z ulgą, nie muszą już myśleć, mogą pluć na autora i
wygrażać mu do woli. I być może trudno ich potępiać, w
końcu, jeśli wszystkie media jednemu panu służą, wszystkie
„elity” są całkowicie zaprzedane, to co ma począć prosty
człowiek?
Teoretycznie
obywatel IIIRP może mieć oparcie w służącym prawdzie (Bogowi)
Kościele Katolickim. Niestety Jego pasterzy charakteryzuje mała
spostrzegawczość.
W
momencie powstania III RP, hierarchowie, tak jak postkomunistyczna
nomenklatura, z niezwykłą łatwością przestawili się na „nowe
postrzeganie rzeczywistości”, która od momentu „transformacji
ustrojowej” mogła być „jedynie słuszna”.
Tym też
należy zapewne tłumaczyć fakt, że nasi duszpasterze nie
spostrzegli gigantycznej pauperyzacji społeczeństwa wynikającej z
rabunku jego mienia przez zachodnie koncerny. Entuzjastycznie
przyklasnęli „integracji europejskiej”, której wynikiem było
pozbawienie Polski tak długo oczekiwanej niepodległości. Nie
przejmują się masową emigracją Polaków, która stanowiąc formę
„miękkiego” ludobójstwa, prowadzi do szybkiej zagłady Narodu.
Dlatego
też zapewne „twarde” ludobójstwo mające dziś miejsce na
Ukrainie, nie robi na nich żadnego wrażenia. Tak jakby w
sąsiadującym z Polską kraju nic znaczącego się nie działo,
koncentrują się na rutynowej celebrze i działalności
teologicznej. Przez to, te „książęta”
dwu-milenijnego Kościoła wyrosłego na dodatek na wspaniałej
kulturze i cywilizacji greko-romańskiej, coraz bardziej upodobniają
się do afrykańskich szamanów, którzy ku uciesze Buszmenów w
rytualnych podskokach biegają wokół baobabu.
I tak
jak biblijni faryzeusze, którzy swój problem wynikający ze
sprzeniewierzenia się służbie Bogu, postanowili rozwiązać
poprzez próbę zabicia GO, tak współcześni ich naśladowcy,
tytułami świętych pragną zagwarantować sobie, to że Boża
Sprawiedliwość nie będzie kwestionowała „jedynie słusznych i
nie podlegających dyskusji” decyzji, które podejmują.
Narastający
obecnie globalny konflikt, zmusi ich jednak nie za długo do jasnego
opowiedzenia się po stronie Dobra lub Zła.
Ostatnio,
Rosyjska Cerkiew Prawosławna, oficjalnie zwróciła się do Stolicy
Apostolskiej z prośbą o wpłynięcie na grekokatolicki kościół
unicki, by nie wspierał on aktywnie odradzającego się ruchu
banderowskiego i by nie współpracował jawnie z amerykańskim
reżimem w Białym Domu. Omówione to było szczegółowo w
wywiadzie oficjalnego rzecznika Cerkwi dla Al.-Jazeery. W
odpowiedzi, strona watykańska nie zaprzeczyła swej wiedzy na temat
przytoczonych faktów, a jedynie stwierdziła, że nie ma wpływu na
działania grekokatolików. Wydawałoby się, że jeśli Watykan
nie ma wpływu na kościół banderowców, to przynajmniej powinien
przestać go firmować swym autorytetem, ale jak na razie na to się
nie zanosi.
W
rezultacie ćwierci wieku takiej polityki, szumnie niegdyś
reklamowane „pokolenie jp2” osiągnęło status białych murzynów
Europy, którzy nie są nawet w stanie wyobrazić sobie godnej
człowieka egzystencji. Możliwość zdobyci stanowiska na
zachodnim zmywaku, lub wyścielenia swymi siostrami łóżek
zachodnich nadludzi, czy choćby miejscowych murzynów, Arabów i
Turków w pełni zadowala ich aspiracje.
Ponieważ
nikt im tego nie oznajmił, to nie wiedzą oni, że żyją nie w
suwerennej ojczyźnie, ale w kolonii euroatlantyckiego imperium zła
(US&UE), którego struktury programowo wcielają w życie
wszystkie „wartości” przeczące prawu naturalnemu i Boskim
Przykazaniom.
Nie
wiedzą, że imperium to od lat eksploatuje słabszych, sieje wojny i
zniszczenie, pogrążając miliony w nędzy i rozpaczy.
Nie
wiedzą, że największym ich wrogiem jest zachodnia oligarchia
finansowa, germańska Unia Europejska i neokonserwatywne[iii]
(neobolszewickie) Stany Zjednoczone.
Nie
wiedzą, że w ich imieniu grupki polskich najemników, ramię w
ramię z neonazistowskimi banderowskimi bandytami, amerykańskimi i
zachodnioeuropejskimi mordercami, dokonują ludobójstwa na kobietach
i dzieciach wschodniej Ukrainy.
Informacje
o tym dochodzą nie tylko ze strony mediów rosyjskich, ale i
zachodnich[iv]
i nie ważne jest czy są tych najemników setki czy tysiące. Ta
hańba kładzie się długim cieniem na całym tysiącletnim Narodzie
Polskim, który w przeciwieństwie do swych obecnych zachodnich
panów, nigdy dotąd w historii nie splugawił się taką zbrodnią.
Oczywiście
trudno spodziewać się by ci, dla których honor człowieka jest
pojęciem nieznanym, przejmowali się tą hańbą, ale nie wiedzą
oni jeszcze jednego.
Nie
wiedzą, że również w ich imieniu rozpoczęła się III Wojna
Światowa. Władze III RP gorliwie i aktywnie wspierają
amerykańskie przygotowania do ataku nuklearnego na Rosję.
Dziewiątego czerwca tego roku ukazała się w prasie pozornie
nieistotna notatka[v].
Dotyczy ona konstrukcji tak zwanych DOL (drogowych odcinków
lotniskowych), których budowę realizuje się teraz na autostradzie
A4. Mają one pełnić rolę lotnisk dla samolotów
wojskowych. Okazuje się, że III RP, która przez ćwierć
wieku „wolności i dobrobytu”, wybudowała zaledwie parę
odcinków nędznych autostrad, a resztę kraju pozostawiła
autentyczną pustynią komunikacyjną, potrafiła stworzyć już 21
takich DOL-ów. Należy założyć, że nie mają one służyć
polskiemu lotnictwu, które nie dysponuje zapewne nawet tuzinem
zdolnych do lotu maszyn bojowych. Będą one służyć
amerykańskim bandytom w ataku na Rosję.
Chciałbym
być złym prorokiem, ale przypuszczam, że Rosja nie pozostawi w
stanie funkcjonalnym tej wojennej infrastruktury naszego państwa
służącej jej wrogowi. Dwadzieścia jeden nuklearnych ataków
na nasze terytorium, przypieczętuje następującą obecnie powolną
agonię naszego społeczeństwa. I zapewne, co bystrzejsi jego
przedstawiciele, dopiero na Sądzie Bożym, dowiedzą się tego,
czego nie wiedzą dziś.
[i]
http://en.wikipedia.org/wiki/Israel_Defense_Forces
[iv]
http://www.globalresearch.ca/polands-hand-in-ukraine-security-advisor-to-former-polish-president-in-anti-terrorist-operation-in-slavyansk/5386588
[v]
http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35798,16120049,Samoloty_beda_mogly_ladowac_na_autostradzie_A4.html
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Fotografia i pamięć
"Austerlitz
próbuje zatrzymać czas, używając żywego i plastycznego języka,
ale dokonuje tego także za pomocą fotografii. Często widzimy go z
aparatem fotograficznym i słyszymy komentarz narratora o wykonywaniu
przezeń zdjęć. W samym tekście dużo się mówi o fotografii.
Ważna jest szkolna sekwencja, w której wspomina Austerlitz swoją
przyjaźń ze szkolnym kolegą i godziny spędzane w ciemni: 'Przy
pracy fotograficznej szczególnie fascynował mnie moment, gdy na
naświetlanym papierze cienie rzeczywistości wyłaniają się, by
tak rzec, z niebytu, zupełnie jak wspomnienia, (...) które też
nocą nagle się w nas wynurzają, i choć chciałoby się je
zatrzymać, zaraz znowu zapadają w ciemność, nie inaczej niż
odbitka, pozostawiona długo w wywoływaczu' (A, 97). W momencie
rozstania Austerlitza z narratorem i przekazania mu kluczy do swojego
mieszkania, również - nieprzypadkowo - pojawia się wątek
fotograficzny. Narrator nie tylko dostaje pozwolenie mieszkania w
nim, ale, co znaczące, może on 'studiować czarno-białe
fotografie, jedyne, co pozostanie z jego życia' (A, 354). Ciekawy
jest domysł jednego z interpretatorów, wedle którego to właśnie
narrator ilustruje tekst swojej opowieści zdjęciami zrobionymi
przez siebie, jak i tymi, które pochodzą z archiwum prywatnego
Austerlitza.
Fotografia
to istotna i, jak wspomniałem, z całą pewnością niedekoracyjna
część książki Sebalda. Ale czym one są w istocie? Jaka jest ich
rola w tekście? Posłuchajmy najpierw ciekawej uwagi pisarza na
temat fotografii: 'Dziwne rzeczy zdarzają się, kiedy włóczysz się
po świecie bez celu, kiedy jedziesz gdzieś i wtedy właśnie chcesz
zobaczyć, co stanie się dalej. Wówczas z rzeczami dzieje się coś,
w co nie jesteś w stanie później uwierzyć. To, co następuje
później, jest bardzo ważne: konieczne jest, by w jakiś sposób
zatrzymać je, udokumentować. Oczywiście, możesz to zrobić
pisząc, ale słowo pisane nie jest przecież prawdziwym dokumentem.
Fotografia jest prawdziwym dokumentem par
excellence'.
Sebald powtarza tu lekcję Barthesa. Fotografia może zniekształcać,
deformować, ukazywać rzeczy fragmentarycznie, z jednego tylko
punktu widzenia, ale zawsze poświadcza istnienie tego, co przed
obiektywem. Fotografie nie tyle wskrzeszają miniony czas, ile
wyposażają minione rzeczy w istnienie. Poświadczają istnienie
tego, co zapisało się w światłoczułej materii. Fotografia to
certyfikat obecności, barthesowskie 'to-co-było'.
Fotografię,
twierdzi Sebald, łączy intymna więź z pisaniem, tym czymś jest
sztuka poszukiwania (w oryginale przeprowadzonego po niemiecku
wywiadu jest znaczące 'proustowskie' recherche).
Poszukiwania, czyli jak rozumiem: przywoływania, ewokowania,
wywoływania z niebytu, wyprowadzania rzeczy z nicości. W cytowanym
wywiadzie Sebald dopowiada jeszcze: 'Sądzę,
że czarno-biała fotografia, albo raczej szare strefy czarno-białej
fotografii, zaznaczają to terytorium, które lokuje się między
śmiercią i życiem'.
Czy
zatem w przeciwieństwie do słowa, wpadającego wciąż w pułapkę
autoreferencyjności, fotografia odsłania u Sebalda to, co istnieje
naprawdę? Czy w tekście istnieje między nimi jakieś ostre
napięcie? Nie takie to proste. Ta relacja zdaje się subtelniejsza,
bardziej dialektyczna. Przecież to jasne, że i słowo, i obraz
fotograficzny są zamiast. Nie są kopią rzeczywistości, ale jej
lepszym czy gorszym przedstawieniem. Ale równie oczywiste jest, że
fotografia ma tę przedziwną moc uobecnienia. Język, chce czy nie,
grzęźnie w figuracjach, fotografia przywołuje 'naocznie' to, co
było. Ale w tym wypadku, co jest przedmiotem jej uobecnienia?
Rzeczywistość, o której się opowiada, przyszpila słowem w
narracji? W jakiejś części tak, ale nie tylko. Gdyby to był
jedynie obrazowy ekwiwalent słowa, wtedy pomieszczone w książce
zdjęcia nie wykraczałyby poza funkcję ilustracyjną. Czytając,
mamy przecież pewność, że jest w nich zdeponowany jakiś
niedookreślony 'nadmiar'.
Rozumienie
fotografii u Sebalda przypomina to, co mówił o niej Francis Bacon:
'Fotografie zawsze mnie prześladowały. (...) Sądzę, że chodzi o
to niewielkie odejście od rzeczywistości, które sprawia, że
rzeczywistość uderza mnie jeszcze mocniej. Obraz fotograficzny
sprawia, że zastanawiam się nad rzeczywistością głębiej, niż
gdybym na nią patrzył'.
Pomieszczone
w książce fotografie wzmacniają więc efekt realności wywołany
już za pomocą wyrafinowanej strategii narracyjnej i finezyjnego
użycia słowa, ale też - co chyba ważniejsze - wywierają na
czytelniku nacisk, przymus wręcz wypełniania stref niedookreślonych
w samych przedstawieniach. Wydaje się, że Sebald przenosi na niego
swoją własną metodę twórczą: otwiera pole wyobraźni, prowokuje
do domysłów, inspiruje do kreowania własnych ciągów dalszych.
Zwracając uwagę na samo medium, unika pułapki naiwności,
przejawiającej się w traktowaniu znaków jako przejrzystych.
Przedstawianie zawsze jest konstrukcją - sztuczną, przesłaniającą
rzecz, do której się odnosi, 'nierealną' - ale użytek, jaki z
niej zrobimy, może stać się dotknięciem żywej tkanki życia".
Dariusz
Czaja, "Anamneza i melancholia", "Kronos" nr
2/2008, s. 308-309
środa, 18 grudnia 2013
Bacon – świadek rzeczywistości infernalnej
Ukrzyżowania
Bacona, to dla niego „żywe” ucieleśnienie zła, diabelskie
signum temporis. Domaga się ona, wręcz wymusza na widzu,
postrzeganie i interpretację w perspektywie eschatologicznej:
"To jest absolutnie doskonałe unaocznienie zła. To niejako potwierdzenie w sztuce intuicji manichejskich. Zło, które w taki sposób manifestuje się za pośrednictwem formy artystycznej, zdaje się posiadać substancjalne, osobowe istnienie. Albowiem jedynie posiadając substancjalny byt, zło zdolne jest nasycić formę artystyczną. Taka niepokojąca rzeczywistość artystyczna zaistniała dopiero w naszych czasach, sztuce dawnej obce były takiego rodzaju doświadczenia. Zło ucieleśniało się w sztuce dopiero w realizacjach Bacona. Wydaje mi się, że fakt, iż zaistniała taka możliwość, stanowi znamię czasów ostatecznych. Zło w sztuce Bacona jest tak nieskończenie groźne właśnie dlatego, że zdaje się zawierać byt substancjalny. Obrazy Ukrzyżowań Bacona wydobywają z aktu ukrzyżowania aspekt infernalny nie mający żadnego zakorzenienia w metafizycznym przezwyciężeniu zła. Ukazują coś, co można nazwać złem absolutnym. I to jest mistrzowsko zrealizowane. I dlatego jest tak groźne. To jest coś co może napawać tylko lękiem”.*
Malarstwo Bacona jest widomym „dowodem”
na bliskość i realność eschatonu, Sądu Ostatecznego.
Sytuacja w której zaistniała możliwość realizacji i
funkcjonowania osobowego zła w sztuce jest – powiada artysta –
zapowiedzą nadejścia czasów ostatecznych. „Bacon to wspaniały
malarz, świadek rzeczywistości infernalnej, a XX wiek, było nie
było, był najbardziej infernalny w całej historii naszego
gatunku”.**
Pojawienie się artystycznej
manifestacji zła w sztuce sugeruje niedwuznacznie realną obecność
Antychrysta w świadomości współczesnej. Nie znaczy to rzecz
jasna, że Bacona łączyły jakieś związki z tą personą.***
Chodzi jedynie o to, że zło pojawiło się w jego sztuce naocznie i
w postacie osobowej. Nie medium jest tu ważne (artysta może być
osobą „pozytywną”, choć bez wapienia z tragicznym znamieniem),
ale końcowa wizja artystyczna. Konsekwencją inkarnacji Chrystusa
stała się możliwość zaistnienia w sztuce jego Oblicza. Obecnie
sztuka ujawniła również możliwość do tej pory niezrealizowaną
albo zrealizowaną w sposób niepełny: sportretowania Antychrysta.
Malarstwo Bacona jest tego wyrazem. Może na tę intuicję
naprowadzić poeta w utworze z angielskim malarzem w roli głównej,
kiedy mówi, że w jego obrazie ukrzyżowany Bóg zmienił się w
mięsny ochłap.
Bacon osiągnął transformację
ukrzyżowanej osoby
w wiszące martwe mięso
wstał od stolika i powiedział cicho
tak oczywiście jesteśmy mięsem
jesteśmy potencjalną padliną
kiedy idę do sklepu rzeźniczego
zawsze myślę jakie to zdumiewające
że to nie ja wiszę na haku.****
Tu dochodzimy do sfery prawdziwie
niepojętej, stajemy na progu rzeczywistości trudnej do
dyskursywnego ogarnięcia. Na granicy niedającej się wyjaśnić w
kategoriach przyczynowych czy logicznych – alchemii sztuki. Nie ma
bowiem żadnych dobrych racji by z rzeczywistości zasadniczo
infernalnej sztuka mogła wyciągnąć pierwiastki nacechowane
wartościami dodatnimi, pozytywnymi. W jaki sposób w świecie
opanowanym przez zło możliwe jet piękno? Jak dochodzi do tej
alchemicznej bez mała transmutacji? Jak to się dzieje, że w
zwałach popiołu dostrzec można światło? Nowosielski kwestionuje
rutynowy sposób myślenia o tych sprawach, odwraca tradycyjną
hierarchię: „Nie stawiajmy sprawy na łowie: nie to jest istotne,
w jaki sposób zło może zaistnieć w świecie piękna, lecz to, w
jaki sposób piękno może zaistnieć w uniwersalnym środowisku zła.
Dla mnie istotne jest to, w jaki sposób świadomość ludzka
przetwarza elementy zła na dobro i piękno”. ******
* Mój Chrystus. Rozmowy z Jerzym
Nowosielskim. S 11
** czy Bóg się wycofał? Jerzy
Nowosielski w rozmowie z D.Suską, w: oblicza śmierci we
współczesnej sztuca polskiej. Katowice 2001., s.147
*** Nowosielski mówi jednoznacznie:
„Jego malarstwo jest rzeczywiście satanistyczne, chociaż sam
Bacon był bardzo dobrym człowiekiem, i to nie jego wina, że tak mu
wyszło. To był jego los – przypadło mu świadczenie o realności
zła w rzeczywistości empirycznej” . Tamże, s 147
**** Różewicz, Francis Bacon, czyli
Diego Velasquez na fotelu dentystycznym, w: zawsze fragment, Wrocław
19966
***** Podobne pytania stawia Klaus
Berger w swoim o złu i diable: „Pytanie o zło na świecie
stawiane jest często w duchu teodycei „Jak Bóg mógł do tego
dopuścić?” A najwyższy już czas, żeby spytać odwrotnie: skoro
istnieje tak wiele zła, to skąd się bierze dobro i piękno? - K.
Berger, Po co jest diabeł, przełożył S. Wolski, Poznań 2007,
s129. Nawiasem mówiąc: drugie pytanie w istocie jest zasadne, ale
pod warunkiem, że nie uchyla pierwszego.
Za: Dariusz Czaja, Lekcje ciemności
ss. 112-114
środa, 4 grudnia 2013
Filozofia jako ćwiczenie duchowe
Weź, czytaj.
Weźmy zatem jeszcze jedną książkę do ręki. I poczytajmy. Mam na
myśli porywającą książkę Pierre’a Hadot, Filozofia jako
ćwiczenie duchowe. Rzecz, która nie tylko demonstruje – na
historycznych przykładach – różne formy lektury duchowej, ale
której zawartość można potraktować jako żywe potwierdzenie
prawdziwości wniosków Watersa. Świadczy ona też dowodnie, że
świat, który badacz z Harvardu opłakuje w swojej diatrybie, nie
wszystek umarł. Nawiasem mówiąc, to kolejne wydarzenie wydawnicze,
które – można odnieść nieodparte wrażenie – przeszło
u nas bez echa. Odnotowane zapewne przez filozofów (zakładam że
tak!), ale przez przedstawicieli innych dziedzin humanistyki – już
raczej nie. A wielka szkoda. Zasadniczy przekaz tej arcywybitnej
książki wychodzi daleko poza granice dyscypliny. Rzecz dotyczy
bowiem nie tylko pewnego rozdziału historii filozofii starożytnej
(z licznymi wypadami w przyszłość), ale jest także instruktywną
lekcją jak uprawiać dzisiaj z pożytkiem „wielką humanistykę”.
Chodzi o typ refleksji szerokiej, śmiało przekraczającej granice
dyscyplin szczegółowych i pól badawczych. W przypadku Hadota
odnosi się do takiego typu spojrzenia, które choć jako swój cel
główny ma analizę pewnego wąskiego wycinka świata starożytnego,
nigdy nie traci z pola widzenia szerokiego horyzontu odniesień.
Które penetruje przeszłość nie zapominając o miejscu i czasie, z
których zadaje się pytania. Powalająca erudycja nie służy tu
nigdy jałowym popisom, a precyzyjny wywód nie jest zagrzebaną w
szczegółach antykwaryczną rozprawą, ale zawsze – choć
niezwykle dyskretnie – ma na uwadze nasze „tu i teraz”.
Exercices
spirituels et philosophie antique – taki jest tytuł oryginału
– to, powierzchownie rzecz ujmując, rutynowy zbiór rozpraw i
studiów poświęconych dziełom starożytnych filozofów. Ale
strategia przyjęta przez autora sprawia, że mamy przed sobą dzieło
odkrywcze. Książkę, która odsłania rzeczy nowe, albo słabo
dotąd podkreślane w studiach nad filozofią starożytną. Hadot, w
swoich studiach, stara się uwydatnić w tekstach filozofów
starożytnych cechę często prześlepianą przez badaczy
współczesnych: rys autorefleksyjny i egzystencjalny. Tak
przedstawia swój punkt wyjścia: „W badaniach mych doszedłem do
wniosku, że liczne trudności w rozumieniu filozoficznych dzieł
autorów starożytnych pochodzą często stąd, iż interpretując
je, dopuszczamy się podwójnego anachronizmu: sądzimy, że, jak
wiele dzieł nam współczesnych, mają one za cel przekazanie
informacji o określonej treści pojęciowej oraz że wprost
dostarczają nam wiedzy na temat myśli i psychiki ich autora. W
istocie jednak są one bardzo często ćwiczeniami duchowymi, które
autor uprawia sam i które daje do uprawiania czytelnikowi. Są
po to, by kształtować dusze. Mają wartość psychagogiczną”.*
W swoich
wnikliwych i precyzyjnie skonstruowanych rozprawach Hadot nie
referuje tylko filozoficznych poglądów, uzupełniając je o
kompetentny komentarz, ale zastanawia się nad samą istotą
filozofowania, rozprawia o istocie i zadaniach filozoficznych
dociekań. Wprowadzona przez niego operacyjna kategoria ćwiczeń
duchowych jest w tych poszukiwaniach nadzwyczaj istotna. Co
znamienne: Hadot ma pełną świadomość niewspółmierności
terminu „duchowy” z przyzwyczajeniami nazewniczymi epoki. Ale
mimo to nie waha się go zachować – w jego wielowymiarowości
i głębi. Wskazuje, że niektóre bliskoznaczne określenia –
„psychiczny”, „intelektualny”, „etyczny”, „moralny” –
owszem, obejmują pewne aspekty rzeczywistości ku którym termin
„duchowy” kieruje, ale on sam jest dużo bardziej pojemniejszy
znaczeniowo. W ćwiczeniach duchowych, to oczywiste, bierze udział
myśl, ważne są aspekty dyskursywne i retoryczne; mają one, także
bez wątpienia, wyraźny wymiar etyczny, wiążą się bowiem z
okiełznaniem namiętności. Wszelako, powiada on, przymiotnik
„duchowy” jest znaczeniowo bogatszy, obejmuje głębsze spektrum
doświadczeń. Ćwiczenia duchowe – czy chodzić będzie o
Sokratesa, Senekę, czy Marka Aureliusza – odnoszą się nie tylko
działań rozumowych. To dużo głębsze akty egzystencjalnej natury.
Są one równoważne przekształcaniu widzenia świata i przemianie
osobowości tego, który ćwiczeniom się poddaje. W pojęciu
rzeczywistości „duchowej” idzie o przeniesienie w jakiś wyższy
wymiar, transcendowanie w stronę pewnego rodzaju Całości. Przy
okazji przypomina autor, że Exertitia spiritualia Ignacego
Loyoli – tytuł dzieła najszybciej bodaj przychodzący na myśl w
kontekście wyrażenia „ćwiczenia duchowe” – to zaledwie późny
(nowożytny) etap w historii gatunku, chrześcijańska
refrakcja daleko starszej tradycji grecko-rzymskiej.
Jeśli z tego
punktu widzenia spojrzeć na wybitne dzieła filozoficzne
starożytności, to okaże się, że filozofia, w swoim pierwotnym
kształcie, jawi się nie – jak to często chcemy widzieć – jako
procedura abstrakcyjna, konstrukcja teoretyczna, czy dyskursywna
metoda dochodzenia do poznań pewnych, ale właśnie jako ćwiczenie
duchowe, czyli jako pewien sposób kształtowania życia, jako próba,
bądź seria prób wewnętrznego przekształcenia człowieka. Tak
rozumiana filozofia nie wyklucza żadnego z jej składników
doktrynalnych czy teoretycznych. Nie tylko nie wyklucza, ale wzbogaca
je o jeszcze jeden istotny wymiar. Toteż kategorię filozoficznie
rozumianych ćwiczeń duchowych trzeba by umieścić nie w
sąsiedztwie terminów takich jak „badanie”, czy
„dociekanie”, ale raczej w pobliżu takich wyrażeń jak:
„uczenie się życia”, „uczenie się śmierci”, „uczenie
się czytania”, czy takich jak „konwersja” i „metanoia”.
W tak
zakreślonych zadaniach filozofii starożytnej przegląda się
znakomicie współczesna idea humanistyki Watersa. Istotne
podobieństwa dotyczą radykalnie duchowego rozumienia obydwu
aktywności i mocnej egzystencjalnej domieszki w praktyce poznawczej.
Ale analogie odnaleźć można nawet i na niższych piętrach.
W jego
wywodach, jak pamiętamy, figura książki i sam gest czytania,
wydają się szczególnie uprzywilejowane. Służą jako wyrazisty i
poręczny model wzbogacającego humanistycznego spotkania. Znakomite
studium Hadota o przemianach idei ćwiczeń duchowych w myśli
antycznej kończy zastanawiający fragment, który i od tej strony
zaskakująco spokrewnia jego spokojne, stonowane uwagi z rozpalonym
dyskursem Watersa. W zakończeniu Ćwiczeń duchowych zastanawia
się on nad możliwościami odrodzenia tego typu filozofowania
współcześnie. Pisze, że mechaniczne naśladowanie antycznych
wzorów z pewnością nie ma większego sensu. Ale podkreśla
równocześnie, że nie sposób zapomnieć, iż wartością każdej
kultury jest ciągłość „starych” idei, pomysłów, odkryć,
otwarcie na ich wzbogacającą re-petycję.
Ale jak je
ożywić, jak je rewitalizować? Sugeruje Hadot, że istnieje pewna
sprawdzona droga: egzystencjalny zwrot ku „starym prawdom”, co
oznacza umieszczenie ich we własnym doświadczeniu, włączenie we
własne życie. Przy czym, co charakterystyczne, ów gest
powtórzenia, powtórzenia na nowo, tego co już kiedyś
wypowiedziane, rozpoczyna się właśnie od lektury: „każda epoka
powinna podejmować to zadanie, uczyć się czytać i odczytywać na
nowo te ‘stare prawdy’. Życie spędzamy na ‘czytaniu’, czyli
na dokonywaniu egzegez, nawet egzegez egzegez (...), spędzamy swe
życie na ‘czytaniu’ lecz nie umiemy już czytać, czyli
zatrzymać się, uwolnić od swych trosk, wrócić do siebie samych,
odłożyć na bok swoje poszukiwania subtelności i oryginalności,
medytować spokojnie, przetrawiać, pozwolić tekstom, by do nas
mówiły. Jest to ćwiczenie duchowe jedno z najtrudniejszych”.**
A wieńczący ten passus cytat z rozmów Goethego z
Eckermannnem podkreśla jeszcze wagę tego wyzwania, któremu na imię
czytanie. Goethe: „Ludzie nie wiedzą, ile czasu i wysiłku
kosztuje, żeby nauczyć się czytać. Mnie trzeba było na to
osiemdziesięciu lat, i nawet nie potrafię powiedzieć, czy mi się
to udało”. *** Komu jak komu, ale Goethemu bym
w tej kwestii wierzył......
* P.Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe, tłum. P.Domański, Warszawa 2003, s.5.
* P.Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe, tłum. P.Domański, Warszawa 2003, s.5.
** Tamże, s.67-68.
*** Tamże, s.68.
Dariusz
Czaja – fragment eseju
Antropologia jako ćwiczenie duchowe
niedziela, 2 grudnia 2012
Dariusz Czaja o Cioranie
Teksty
rumuńskiego myśliciela to w istocie rozpisane na akapity deklinacje
słowa „rozpacz”. Rozpacza on za rajem utraconym, za światem,
który naprawdę jest, który odsłania całą grozę, pełnię
bezokolicznika „być”. Rozpacz jest u niego kategorią religijną
najczystszej wody, a Bóg jest jednym z imion tej rozpaczy. Jednakże
tylko tępy głuszec albo cymbał brzmiący dostrzeże w dziele
Ciorana katechizm bezbożnego ateizmu, a jego samego obsadzi w roli
prymitywnego proroka nicości i absurdu. A pośrednim dowodem na
fałszywość tej tezy jest nie tylko to, że w pewnym miejscu
charakteryzując rozpacz, przywołuje on biblijną frazę z Koheleta,
jak gdyby tylko ten język był w stanie nazwać ją po imieniu.
Sprawa jest bardziej skomplikowana. Choć Cioran powtarzał będzie
do znudzenia, że nie potrafi uwierzyć, że obcy jest mu religijny
rytuał i katechizmowe dogmaty, to przecież w samym rdzeniu jego
wątpliwości, w samym ciężarze i bezwzględności podejmowanych
pytań jest coś dogłębnie religijnego.
Lekcje
Ciemności s. 246
czwartek, 29 listopada 2012
Wiara jako protektor
W książce Lekcje ciemności, pan
Czaja w dość czarnych barwach odmalowuje ludzką naturę i jej
skłonność do złego:
Wiemy już na pewno, że nic co
ludzkie nie jest nam obce. Ale formuła ta czytana z perspektywy
obozowych doświadczeń jest już tylko perwersyjnym odwróceniem
dumnego emblematu nowożytnego humanizmu. Pora przestać mylić
pobożne życzenia z twardą rzeczywistością i stwierdzić
odważnie: człowiek nie jest z natury dobry i nigdy nie był. Teraz
po Auschwitz (i dodajmy: Kołymie) wiemy już, że normalność od
bestialstwa dzieli papierowa ściana.
Po głębszej analizie
laboratoryjnej okazało się, że mimo cywilizacyjnego gorsetu nasza
podatność na zło jest organiczna, że nasza skłonność do złego
jest naturalna – wymagają tylko stosownych okoliczności, by mogły
się ujawnić w pełni.
O ile możemy zgodzić się z tą
wizją, to musimy przyczepić się jednej sprawy – choćby ze
względów dydaktycznych. Interesuje nas bowiem rola wiary w
świadomym istnieniu. I tutaj, pan Czaja, dał się ponieść
emocjom i odmalowując ludzką egzystencję mrocznymi kolorami ze
swej pesymistycznej palety, nieopatrznie zachlapał czarną farbą
pewne jaśniejsze miejsca, przez co, prawdopodobnie mimowolnie,
postawił człowieka w labiryncie istnienia na pozycji straconej. To,
że jednak jest wyjście, wynika choćby z faktu, że zarówno Budda
jak i Jezus, zadali sobie trud wygłaszania swoich Nauk, gdyby
człowiek stał na przegranej pozycji, byłby to z ich strony daremny
wysiłek. Pan Czaja pisze:
...przed przedzierzgnięciem się
przyzwoitego człowieka w potwora – w sprzyjających tej przemianie
warunkach – nie chroni ani tradycja, ani kulturowe nawyki, ani
rozum, ani wiara religijna. Nic. Monstrualność to wciąż utajona w
nas, najczarniejsza potencja.
Naszą niezgodę na te słowa
zobrazujmy fragmentem apoftegmatów Ojców Pustyni:
Abba Zenon przechodził kiedyś przez
Palestynę. Kiedy zmęczył się, usiadł obok pola, na którym rosły
ogórki, aby posilić się. Nieprzyjaciel poddał mu myśl: „Weź
sobie jeden ogórek i zjedz. Cóż to jest”. Odparł jednak na ten
pomysł: „Złodzieje idą na potępienie. Wypróbuj zatem, czy
zdołasz znieść męki piekielne”. Stał na skwarze przez pięć
dni i piekł się na słońcu, mówiąc sobie: „Nie mogę wytrzymać
tego cierpienia”. Rzekł zatem: „jeśli nie możesz wytrzymać
mąk, więc nie zrywaj i nie jedz”.
I tak, widzimy, że wiara uchroniła
tego mnicha od kradzieży. Dajmy bardziej skrajny przykład: sytuacji
gdzie stoję przed alternatywą zabić albo dać się zabić, być w
plutonie egzekucyjnym albo samemu przed nim stanąć.
Budda dał nam pewien standard
postępowania – fundamentalne pięć wskazań – i
zapewnił, że prawdziwy człowiek nie złamie tych wskazań nawet za
cenę życia. Pierwszym z nich jest wskazanie „nie zabijaj”. Bez
wątpienia, bycie rozstrzeliwanym wiąże się z pewnym
dyskomfortem:) Nie mniej jednak skoro wierzę, że zabijanie jest
najprostszą drogą do piekła, byłoby skrajnym irracjonalizmem z
mojej strony gdybym dokonał wyboru i zamiast dać się rozstrzelać,
co mimo wszystko jest jeno chwilowym dyskomfortem, wybrał piekło.
Jeżeli dokonam innego wyboru, to nie
możemy mówić, że wiara nie uchroniła mnie od stania się
zabójcą, ale raczej o tym, że brak odpowiednio mocnej wiary
przekształcił mnie w mordercę.
I tak, choć siły ciemności drzemią
w nas i rzeczywiście mogą zostać zaktywizowane, przeobrażając
człowieka w bestię, nie należy także zapominać o potencjale
boskości, jaki każdy człowiek dzieli z Jezusem, a o którym on sam
przypomniał, gdy zarzucano mu przypisywanie sobie boskości. Nie
tylko piekło jest w nas, ale i niebo. Może to mały dysonans
powoływać się na Sartre'a mówiąc o niebie, nie mniej, człowiek
jest tym co sam z siebie zrobi. Jest świat Brahmy i jest
przyjazność, współczucie, radość, równowaga, które tam
prowadzą. I nie ma takiej możliwości by ten kto w znacznym stopniu
rozwinął w sobie te cztery brahmavihary nagle przemienił
się w potwora. Pewne percepcje zanikają wraz z treningiem duchowym
a pewne się pojawiają. Jest powód i przyczyna na skalania umysłu
u istot i jest powód i przyczyna na oczyszczenie istot ze skalań
umysłu.
To co tu piszę jest oczywiście
podyktowane wiarą, i to ta wiara, jeżeli znajdzie odzwierciedlenie
w działaniu, ochrania mnie od zejścia do niższych światów i
przejścia na stronę sił ciemności. Jakkolwiek niesprzyjające
byłyby okoliczności, wiara w absolutną wartość pięciu
wskazań jest dla człowieka drogowskazem pozwalającym dokonywać
mu odpowiednich wyborów i unikać bólu. Wiara w Buddę daje nam
odpowiednią perspektywę dzięki której możemy zobaczyć to co
będzie umykało z pola świadomości niewierzącym: czasami droga
do uniknięcia cierpienia wiedzie przez akceptację bólu a nie przez
paniczne jego unikanie za wszelką cenę. I to jest bardzo trudne
do zrozumienia dla istot u których występuje wręcz imperatywna
tendencja do natychmiastowego minimalizowania bólu i przemieszczania
się po linii najmniejszego oporu - dokonywania wyboru teraźniejszego
najmniejszego bólu.
Widzimy to choćby przy podejmowaniu
decyzji o odejściu w bezdomność. Jak nas zapewnia Budda, odejście
w bezdomność, gdy żyje się zgodnie ze standardami Dhammy i Vinaji
prowadzi do dużej przyjemności takiej jak choćby odrodziny w
niebie. Nie mniej jednak do uzyskania tej przyjemności dochodzi się
przez rezygnację z bezpośrednich przyjemności jakie oferuje nam
świeckie życie. I tu się okazuje, jak bardzo trudno zrezygnować z
takiej bezpośredniej przyjemności. Oczywiście mało kto ma
jasność, że jest ofiarą tej bezwzględnej teleologii i dokonywana
jest racjonalizacja: gdzie sobie i innym tłumaczę dlaczegóż to w
obecnej mojej sytuacji, absolutnie nie mogę odejść w bezdomność.
Owszem, kiedyś później … kto wie. Bardzo skutecznym lekarstwem
na takie racjonalizacje jest oczywiście wiara, tyle, że właśnie
tej wiary brakuje współczesnym buddystom, którzy nie potrafią
nawet utrzymać pięciu wskazań, nie zdając sobie sprawy, po jak
wąskiej ścieżce i nad jaką głęboką przepaścią idą. Takie
Sutty z uwagi na swoją niepoprawność polityczną, rzadko są
cytowane, niemniej Budda jasno określił, że więcej ludzi po
śmierci ciała odradza się w piekle, niż z powrotem uzyskuje
ludzki status. Trudno w to uwierzyć … Nie mniej, to wiara właśnie
w takie Sutty wyrabia u nas percepcję niebezpieczeństwa i wręcz
zmusza do przestrzegania pięciu wskazań. A te, jak to
rozpoznaliśmy, są naszym protektorem, chroniącym nas od zejścia
do niższych światów. Tyle, że obecnymi czasy można się spotkać
z buddystami, którzy nawet i w niższe światy nie wierzą:) I tak
koło się zamyka. Można by rzec, że niewiara w niższe światy
jest jednym z warunków by się w nich znaleźć.
Pustynia
Pustynia nie jest miejscem gotowych
odpowiedzi. Przeciwnie, jest miejscem zadawania pytań. Jest miejscem
oddalenia się od ludzi, przestrzenią samotności. Językiem pustyni
nie jest słowo, ale dojmujące milczenie. Ale te okoliczności nie
powinny być przeszkodą. Pustynia jest przynajmniej szansą
napotkania Istotnego. „Pozytywne” rozwiązania, zdaje się,
wyczerpały już swoją moc.
Dariusz Czaja, Lekcje
ciemności
Subskrybuj:
Posty (Atom)


