niedziela, 16 sierpnia 2026

Ernest Wilimowski

 1920 rok. Właśnie zakończyła się I wojna światowa i rozstrzyga się, do kogo należeć będzie Górny Śląsk. 20 kwietnia rodzi się klub powstańców śląskich Ruch Hajduki Wielkie: przyszły Ruch Chorzów i przyszły klub rudego Ernsta. Podobno początkowo ma mieć barwy Górnego Śląska, żółto-niebieskie, ale akurat trwają walki na Ukrainie i te kolory mogą się źle kojarzyć – zamiast żółci będzie biel. Klub powstaje w dniu urodzin Wojciecha Korfantego i Adolfa Hitlera. Dzięki pierwszemu może się narodzić, przez drugiego będzie musiał upaść.


Rok po powstaniu Ruchu odbywa się plebiscyt: osiemdziesiąt pięć procent mieszkańców Kattowitz chce, aby ich miasto należało do Niemiec. Powstańcy śląscy i mocarstwa mają jednak inne zdanie i dlatego Kattowitz zmieni się niebawem w Katowice, a Ernst w Ernesta.

Rozpoczyna się spolszczanie wschodniego Górnego Śląska. Ale nie idzie to łatwo, gdy przez wieki region był niemczony. Historyk Józef Krzyk opisuje na przykład, jak jesienią 1922 roku urząd wojewódzki prosi pierwszego prezydenta Katowic Alfonsa Górnika o listę osób do odznaczenia za zorganizowanie pierwszych wyborów do Sejmu Śląskiego; Górnik odpowiada, że wszystko musiał zrobić sam, bo w magistracie nikt poza nim nie zna polskiego. Zresztą nawet gdyby nieznający polskiego go znali, napotkaliby kolejną przeszkodę w spolszczaniu tych ziem: trudno napisać coś po polsku, bo w urzędzie nie ma ani jednej maszyny do pisania z polskimi czcionkami.

Polskość spada na Katowice niespodziewanie. Wiele osób otrzymuje obywatelstwo polskie, nie czując się Polakami – doświadczają tego, co ich sąsiedzi, którzy do niedawna posiadali obywatelstwo niemieckie, nie czując się Niemcami.
*
powiedzieć”.Jest rok 1927. Wilimowski zaczyna grać w trampkarzach 1. FC Katowice, drużyny mniejszości niemieckiej. W tym roku powstaje liga polska, do której trafiają dwa zespoły ze Śląska: Ruch Hajduki Wielkie oraz właśnie 1. FC Katowice. Już w pierwszym sezonie dochodzi do symbolicznej rywalizacji o mistrzostwo kraju między proniemieckim 1. FC a ostoją polskości, Wisłą Kraków (ostoją, mimo że Piłsudski, fan Cracovii, patrząc na koszulki Wisły – białą gwiazdę na czerwonym tle – spyta: „A cóż to za bolszewickie barwy?”). Gdy pierwszym mistrzem zostaje Wisła, Ernest ma jedenaście lat.

1934 rok. Wilimowskiego nigdy nie interesowała polityka i dlatego, gdy w 1934 roku opuszcza 1. FC Katowice i zaczyna seniorską karierę w Ruchu, nie myśli o tym, że Ruch jest klubem propolskim, a „efcyj” proniemieckim. Pewnie myśli trzeźwo: że w Polsce w proniemieckim zespole trudniej robi się karierę. Ernesta interesuje tylko kopanie piłki. Polski futbol nie jest zawodowy, Ernest musi pracować jako goniec w hucie.

1934 rok. Wilimowski mówi o sobie, że jest Ślązakiem: nie Niemcem, nie Polakiem, tylko Ślązakiem. Jego śląskość zawiera w sobie dużo i z niemieckości, i z polskości. Nie jest ich sumą. Nie jest ich wariantem. Jest oddzielną narodowością z własną mową, tradycją i pamięcią. Śląskość Wilimowskiego od wieków pasie się na niemieckości i polskości, jest dzięki nim bogatsza, tłustsza. Nie da się jego śląskości oddzielić od niemieckości i polskości. Państwo narodowe jest dla niego kłopotliwe, a ostatnio w kółko mówi się o narodach. Katowice leżą w przeciągach historii: w XX wieku dwukrotnie będą miastem niemieckim, dwukrotnie polskim. W dobie nacjonalizmów Polaków, Niemców, Włochów, całej Europy, na tożsamość śląską nikt nie zwraca uwagi, odmawia się jej prawa do istnienia, Ślązaków uznaje się za niedoskonałych Polaków bądź Niemców. Tożsamość ta była zawsze tożsamością pogranicza, nie aspirowała do stworzenia swojego państwa, odnajdywała się w byciu pomiędzy, byciu częścią większej całości. Ale to czas wyborów narodowościowych i od Ernesta wymagają, żeby był albo Polakiem, albo Niemcem.

1934 rok. Rodzi się piłkarz Ernest Ezi Wilimowski. W swoim pierwszym sezonie w barwach Ruchu zdobywa mistrzostwo Polski, zostaje ligowym królem strzelców, a w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” otrzymuje tytuł najpopularniejszego piłkarza. Po paru klubowych meczach do reprezentacji powołuje go Józef Kałuża, a Ernest staje się najmłodszym polskim reprezentantem w historii kadry.

W tym samym roku Ezi występuje w symbolicznym meczu: Polska mierzy się z III Rzeszą, a współcześni okrzykną to spotkanie najważniejszą imprezą na ziemiach polskich w dziejach.


Tego dnia asystentem trenera niemieckiej reprezentacji jest Sepp Herberger: będzie nim jeszcze dwa lata, aż Niemcy dadzą plamę na igrzyskach w nazistowskim Berlinie. Wtedy trener odejdzie, a Sepp zajmie jego miejsce.

Mimo porażki polskiej reprezentacji młodziutki Wilimowski strzela w tym meczu bramkę. Według wyliczeń międzynarodowej organizacji statystycznej Rec.Sport.Soccer Statistics Foundation w całej karierze strzeli ich przeszło pół tysiąca. Długo będzie utrzymywał się w dziesiątce najskuteczniejszych zawodników wszech czasów, wypchną go z niej dopiero Messi i Ronaldo. Fritz Walter, jedna z legend niemieckiego futbolu, powie o nim: „To chyba jedyny piłkarz na świecie, który zdobywał więcej bramek, niż miał szans”.
Ezi potrafi minąć kilku przeciwników. Dryblingu uczy się wytrwale. Po treningach w klubie skrzykuje paru synków i gra przeciwko nim w pojedynkę. Gdy Ernest zdobywa bramki podczas normalnych spotkań, przeciwnicy często wpadają w furię. Wilimowski robi z piłką, co chce. Dryblując, przebiega pół boiska, zwalnia przed bramką, a gdy bramkarz wybiega, kiwa też jego i zatrzymuje się z piłką na linii bramkowej. Gdy podbiegają rywale – lekko trąca futbolówkę, a ta powoli wtacza się do bramki. Wówczas rudzielec o odstających uszach głośno się śmieje. Na przykład w 1939 roku podczas ligowego meczu Ruchu z Unionem-Touring Łódź aż dziesięciokrotnie ma okazję do śmiechu – tyle bramek potrafi strzelić w jednym spotkaniu.

1936 rok. Wilimowski umie cieszyć się z goli, potrafi też cieszyć się życiem. Lubi kobiety i alkohol, najbardziej likiery, choć twierdzi, że pije mało, bo ma słabą głowę. Po latach historyk sportu Andrzej Gowarzewski, jedyny polski dziennikarz, który spotykał się z Wilimowskim po skończeniu przez niego kariery, wytłumaczy mi jednak, że jowialność Eziego była tylko fasadą – w rzeczywistości był dobrym człowiekiem, który przez całe życie musiał borykać się z brakiem pewności siebie, nieśmiałością. Jego żarty były toporne: ot, brał czyjś rower i wrzucał go do basenu, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Swobodny i radosny był tylko na boisku. Poza nim często cierpiał.

W czerwcu 1936 roku Ruch Chorzów pokonuje Wisłę Kraków, z którą walczy o mistrzostwo kraju. Następnego dnia ten sam Ruch (aktualny mistrz) przegrywa towarzyski mecz z Cracovią (grającą w niższej klasie rozgrywek) – 9 : 0. Dlaczego tak się stało? Po meczu z Wisłą chorzowscy piłkarze wypili tyle, że napastnik Ruchu Teodor Peterek przyznał, że podczas spotkania z Cracovią nie widział piłki, a Wilimowski – widział cztery.

Ludzie będą mówili, że to przez ten wybryk Ernest został zawieszony przez PZPN – kara zaś uniemożliwiła mu wyjazd na igrzyska w 1936 roku do hitlerowskiego Berlina. W rzeczywistości chodziło jednak najpewniej o konflikt między Ruchem a PZPN. Temu ostatniemu nie podoba się, że Ślązacy zdominowali piłkarską ligę: wygrywają ją w latach 1933, 1934, 1935, 1936, 1938, a w 1939 też pewnie by wygrali, ale wojna uniemożliwia dokończenie sezonu. Ezi staje się kozłem ofiarnym, na olimpiadę zabraniają pojechać tylko jemu. Traci w ten sposób jedyną w życiu szansę startu na igrzyskach. Polska kadra spisuje się na nich dobrze, zajmuje czwarte miejsce – z najważniejszym zawodnikiem w składzie byłaby spora szansa zająć nawet pierwsze.

Po jednym z meczów Ruchu Ezi, strzeliwszy sześć goli, mówi dziennikarzom: „Napiszcie, że tak gra alkoholik, niech to dotrze do Warszawy”.

Zbliża się mundial 1938 roku. Zabraknie na nim wielu drużyn: Hiszpanie pogrążeni są w wojnie domowej, Japończycy walczą w Mandżurii, Brytyjczycy przez większość międzywojnia bojkotują FIFA (Anglia zadebiutuje na mundialu dopiero w 1950 roku, Szkocja cztery lata później), Związek Radziecki nie uczestniczy jeszcze w międzynarodowej piłce, piłkarscy giganci Argentyna i Urugwaj boleśnie odczuwają skutki kryzysu gospodarczego lat trzydziestych i nie stać ich na dopłynięcie do Europy. Startują za to Niemcy, a Anschluss Austrii zapewnia im dopływ piłkarskiej krwi (w 1941 roku wiedeński Rapid zostanie nawet mistrzem Niemiec). Hitler zażądał, aby w reprezentacji wprowadzić parytet między zawodnikami niemieckimi i austriackimi: pięć do sześciu lub sześć do pięciu. Sam Führer nie jest kibicem piłkarskim, na meczu był tylko raz (w 1936 roku, Niemcy przegrały wtenczas z Norwegami 2 : 0, a zdenerwowany wódz wyszedł przed końcowym gwizdkiem).

W tym czasie fala autorytaryzmu i totalitaryzmu zalewa kontynent: w latach dwudziestych sprzyjał temu chaos polityczny, w trzydziestych również gospodarczy. Mecze piłkarskie przypominają wojny zastępcze, skrzą się od znaczeń, podtekstów. W 1934 roku to nie Niemcy grali z Polakami, to Führer grał z Marszałkiem, Hitler z Piłsudskim, nadludzie z podludźmi, Aryjczycy ze Słowianami. Podczas finału mundialu w tym samym roku to nie Włosi wygrali z Czechosłowakami, to Mussolini pokonał Masaryka, faszyzm demokrację. Świat zrozumiał, że coubertinowski idealizm i chęć oddzielenia sportu od polityki to mrzonki: mundial 1934 roku u Mussoliniego, olimpiada 1936 roku u Hitlera nie pozostawiały wątpliwości. Albo mecz z przedednia wybuchu II wojny światowej między Francją a Węgrami: to starcie obrońców porządku wersalskiego z jego największymi kontestatorami, walka zadowolonego z siebie mocarstwa z niewielką republiką, która po swoim niedawno utraconym imperium odczuwa bóle fantomowe, pojedynek demokracji z autorytaryzmem. I tak dalej, i tak dalej. Wszystkie największe imprezy piłkarskie od końca I wojny światowej do 1930 roku wygrywają ustroje demokratyczne; po 1930 roku – wyłącznie autorytarne.

Jest 17.30, 5 czerwca 1938 roku. Polska gra dziś z Brazylią o awans do najlepszej ósemki mistrzostw świata. Będzie to jeden z najbardziej dramatycznych meczów w dziejach polskiej piłki i najważniejszy mecz Wilimowskiego. Polska jest dobra, Brazylia jest bardzo dobra i dlatego tę pierwszą skazuje się na pożarcie. Bałkański prozaik Miljenko Jergović napisze, że grający tego dnia brazylijscy piłkarze nazywali się jak bohaterowie antycznych mitów: Leônidas, Batatais, Herkules. A Polacy? Zwyczajnie jakoś, Dytko, Piontek, Szczepaniak. Z takim nazwiskiem trudniej stać się legendą.
Mecz rozgrywany jest w Strasbourgu, bo ten akurat jest francuski, choć jeszcze dwadzieścia lat temu nazywał się Straßburg, a za dwa lata znowu wróci do niemieckiej nazwy, aby za kolejnych pięć porzucić ją ponownie na rzecz francuskiej. Akurat jest jednak francuski i dlatego odbywa się tutaj mecz trzeciego mundialu w dziejach, którego gospodarzem jest Francja. Szwedzki sędzia wybiega w typowym stroju arbitra z tych czasów: to elegancka biała koszula, marynarka i krótkie spodenki. Rozbrzmiewa pierwszy gwizdek.

„Przegląd Sportowy” napisze: „Start Brazylijczyków był tak mocny, że beznadziejny wydawał się wszelki wysiłek”.
I rzeczywiście: Leônidas, największa gwiazda Brazylii, szybko strzela pierwszą bramkę. Dzieje się to, co nieuniknione.
Kilka minut później na bramkę pędzi Wilimowski, mija Brazylijczyków: jednego synka, drugiego, trzeci powala Ernesta. Karny. Do piłki podchodzi poznański Niemiec Friedrich Egon Scherfke. Pięknie wygląda, wygląda, jakby miał strzelić. Będą wspominać (za historykiem Thomasem Urbanem): „Dla młodych graczy było zaszczytem rozbieganie jego nowych butów piłkarskich. Zazwyczaj w owym czasie sikano na skórę, by ją zmiękczyć. Ale nie Scherfke – on był zbyt kulturalny”. Friedrich, przez złośliwych zwany Frycem, trafia i mecz rozpoczyna się na nowo.

Polacy nie cieszą się jednak długo, bo Brazylijczycy szybko odpowiadają jedną, później drugą bramką.

3 : 1 – z takim rezultatem Polacy schodzą na przerwę, którą spędzą w narożniku boiska, wokół trenera Kałuży. Mówią między sobą, że tego meczu wygrać się nie da. Przed chwilą zaczęło kropić.

Druga połowa. Deszczyk szybko zmienia się w ulewę. Trener Kałuża drze się wniebogłosy. Brazylia zaczyna się gubić, deszcz nam pomaga, im szkodzi. Brazylijczykom odpadają od butów skórzane paski antypoślizgowe. Pół wieku później Wilimowski zdradzi Gowarzewskiemu, komu Polacy zawdzięczali swój łut szczęścia: „Spadały im te paski, próbowali naprawiać. Nam robił to dobry szewc. Górka z Katowic. Trzymały znakomicie…”.

W Polaków wstępuje nadzieja.

„Przegląd Sportowy”: „Już pierwsze odsłony drugiego aktu zwiastowały jakąś zmianę. Nagle ciągi polskie zaczęły się lepiej zazębiać, zaczęto wygrywać pojedynki i atak, kombinując krótko, przedostawał się dobrze do przodu. W 8 min Wilimowski stał się wreszcie sobą”.

Nadzieja przekłada się na gole: Ezi strzela na 2 : 3, po kilku minutach na 3 : 3. Mówi: „Wygramy, wygramy. Tylko dajcie suchą koszulkę”.

Na trybunie siedzi Sepp Herberger, trener niemieckiej reprezentacji. Przeciera oczy ze zdumienia. Przyszedł na mecz, żeby obserwować Brazylijczyków, a obserwuje radosnego Ernesta. Za cztery dni kibice obserwować będą z kolei smutnego Seppa, gdy Niemcy odpadną z mistrzostw.
„Przegląd Sportowy”: „Zaczynamy wierzyć, że przecież najtajniejsze sny się ziszczą, i w tym momencie złośliwy reżyser – los – płata nowego figla”.

Po strzale figlarza Perácio polski bramkarz Madejski nie opanowuje piłki (nie nosi rękawic, nosi za to czapkę): ta odbija się od poprzeczki, od jego pleców i wpada do bramki. Dwadzieścia minut do końca, 4 : 3 dla Brazylii, zegar tyka, Polacy, mimo dobrych akcji, nie potrafią strzelić gola. I nagle…
„Przegląd Sportowy”: „Piontek przypomniał sobie nareszcie, jak to idzie się na przebój, choćby trzeba było wypruć z siebie kiszki. Goni za piłką, mija dwóch przeciwników, jeszcze starczy siły na strzał… odbitka… Szerfke lekko muska piłkę… tłok pod bramką, znów piłka wraca w pole… pod nogi Wilimowskiego i… tu dosięga ją los. Jest znów 4 : 4! Do końca gry zostały tylko sekundy i jakieś ich ułamki”.
Rzesze Polaków przy radioodbiornikach wariują. Wariuje też siedemnastoletni Kazimierz Górski. Stoi pod szeroko otwartym oknem sąsiada, który akurat słucha audycji. Stoi na ulicy z innymi, dla których też zabrakło miejsca w środku. Górski będzie wspominał, że po golu Eziego na 4 : 4 musiał pomóc kibicującemu obok starszemu wiekiem panu, który zasłabł z emocji.

Gwizdek, koniec regulaminowego czasu gry, teraz trzydzieści minut dogrywki, mecz zaczyna się od początku. Ulewa słabnie.

„Przegląd Sportowy”: „W chwili, gdy wydawało się, że nic już nie przerwie normalnego biegu, że akcje potoczą się teraz spokojnym, równym łożyskiem, następował jakiś nieoczekiwany zakręt, a wraz z nim spadały kaskady przeżyć, które odbijały się echem wielkiej radości lub bolesnym rozczarowaniem”.

Leônidas strzela na 5 : 4, po chwili strzela raz jeszcze, robi się 6 : 4 dla Brazylii. Walka na całego. Gdy będzie po wszystkim, obrońca Gałecki, pokazując na siniaka na policzku, powie dziennikarzowi: „Niech pan patrzy, jak ci murzyni farbują”. „Murzyni” i Polacy muszą padać już z sił, miną jeszcze lata, zanim na mundialach pojawi się nowatorski przepis: możliwość zmieniania zawodników podczas meczu.

Sześciopalczasty Ernest przed samym końcem zdobywa jeszcze gola, ale na wyrównanie i na kolejne „kaskady przeżyć” nie starcza sekund. Sędzia gwiżdże po raz ostatni. Po meczu Leônidas ma stwierdzić: „Jeśli ktoś powie, że Polacy nie potrafią grać w piłkę – napluję mu w twarz”.
Nazajutrz w „Przeglądzie Sportowym” czytamy: „1725 kuponów ważnych nadesłano na nasz konkurs. Zasadniczego warunku, jakim było odgadnięcie rezultatu meczu Brazylia–Polska, nie spełnił nikt. Najbliższy prawdy był p. Jan Kochan z Poznania”.

Ostatni mecz z białym orłem na piersi Wilimowski rozgrywa w niedzielę 27 sierpnia 1939 roku. Hitler planował pokonywać Polskę już od wczoraj, ale ostatecznie przesunął początek wojny z soboty na piątek i dlatego Polska podejmuje dziś wicemistrzów świata, a od niedawna również swoich sąsiadów, Węgrów. Plotka głosi, że poprzedniego dnia Ezi leżał jeszcze pijany na stole bilardowym w katowickiej knajpie. Rano, wciąż podchmielony, wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy, żeby jakoś dotrzeć na mecz z Węgrami.

Część trybun już w kolorze zieleni, to mundury. Ernest, choć nie wie, że dziś żegna się z polską reprezentacją na zawsze, dobrze się z nią żegna. Węgrzy szybko wychodzą na prowadzenie 2 : 0. Po jakimś czasie Polska nabiera jednak rozpędu, Ezi strzela pierwszego gola, potem drugiego, po faulu na Wilimowskim elegancki sędzia dyktuje karny i robi się 3 : 2 dla biało-czerwonych. Zwycięskiego gola na 4 : 2 Ernest strzela tak, jak lubi najbardziej: wymija wszystkich, czeka na linii bramkowej, śmieje się… Horror z happy endem: rzadkie w kinie, częste w meczach Wilimowskiego.
Polacy cieszą się ze zwycięstwa, ale nie spoczywają na laurach: kolejne spotkania rozegrać mają 3 września z Bułgarią i 6 września z Jugosławią.

Gdy w 1939 roku Niemcy nacierają na Polskę, Ernest jest akurat w szczytowej formie. Takich jak Wilimowski Niemcy nazywają Wasserpolacken – „rozwodnionymi Polakami”. Nie mają do nich nazistowskiego stosunku. Na początku września niemieckie wojsko wkracza do Katowic, które opuściło kilkanaście lat temu.

Dla Eziego nadchodzą lata trudnych wyborów. Dwa z nich zadecydują o tym, że na jego pogrzebie zabraknie wieńca PZPN. Wybory te oddalą również ów pogrzeb w czasie.
O pierwszym opowie Miljenko Jergović w powieści osadzonej w 1938 roku; napisze o Ślązakach: „Oni, wśród Polaków Niemcy, wśród Niemców Polacy […]. Kiedy znowu wybuchnie wojna i zmusi ich, by swoją podwójność albo potrójność zredukowali do niepodzielnej jedności, wybierając z rozsądku przynależność do tych, wśród których będą mieli większe szanse przeżycia, Górnoślązacy staną się albo zbrodniarzami, albo męczennikami, a potem wraz z końcem wojny znikną, jakby ich nigdy nie było i jakby tacy ludzie, Niemcy i Polacy zarazem, nie mogli na tym świecie istnieć”.
Wilimowski musi się więc zredukować. I podjąć pierwszy wybór: przeżyć tę wojnę jako Niemiec czy Polak? Bo najważniejsze to przeżyć, a Ślązakiem nie ma obecnie prawa być.

Ernest wypełnia volkslistę, bo na Górnym Śląsku volkslisty, wbrew późniejszym wyobrażeniom, się nie podpisuje. To kwestionariusz z pytaniami, na które odpowiadają osoby na wcielonych do Rzeszy terenach (wyznanie, język, krewni i tak dalej). Na podstawie odpowiedzi niemiecki urzędnik nadaje im jedną z kilku kategorii narodowościowych. Kwestionariusz wypełnia się powszechnie, za odmowę udzielenia odpowiedzi można trafić do aresztu, a nawet do obozu koncentracyjnego. Ernest Wilimowski staje się teraz Ernstem Willimowskim, jedna literka ubywa mu z imienia, jedna przybywa w nazwisku. Wypełnia volkslistę (po wojnie takich jak on propaganda nazwie „giętkimi narodowo”) i zaczyna grać w piłkę w niemieckich klubach. To zrobi wielu i tamtym będzie wybaczone. Ale on jest sześciopalczastym wirtuozem i dlatego to niejedyny dylemat, przed którym staje.
Podczas wojny część europejskich krajów kontynuuje rozgrywki ligowe jawnie, część podziemnie. Wiele ma też reprezentacje narodowe. Niemcy mierzą się podczas pierwszych trzech lat wojny z kilkunastoma drużynami: sojusznikami, satelitami, krajami neutralnymi, nawet z okupowaną Danią.

W 1941 roku Ezi otrzymuje z Berlina intratną ofertę – zgłasza się do niego niemiecki selekcjoner Sepp Herberger. Chce, żeby grał w reprezentacji III Rzeszy. Willimowski teraz musi zadecydować, czy choć jeszcze jakiś czas temu grywał z białym orłem na piersi, teraz zmieni go na czarnego. Może zostać gwiazdą Niemiec lub odmówić i nią nie zostać. Zgoda to większa szansa na przeżycie, odmowa to większa szansa na wyjazd na front. Na froncie są jego rówieśnicy, a on nie, bo gra w niemiecką piłkę. Na froncie się umiera, czasem zostaje się bohaterem, bywa, że jedno i drugie. Bohaterem Willimowski woli zostać dzięki ostrzałowi bramki, a nie radzieckich pozycji; woli służyć Rzeszy, strzelając bramki, niż mordując jej przeciwników.

Nie wiemy, co zdaniem Eziego będzie on reprezentował, jeśli zgodzi się być gwiazdą Hitlera: Niemcy weimarskie, republikańskie, kraj o bliskiej mu kulturze i języku czy III Rzeszę, która eksterminuje całe narody? Czy Willimowski zastanawia się wtedy nad tym, czym jest hitleryzm, czy słyszał o hitlerowskich zbrodniach? Ale jeśli zdaje sobie z nich sprawę, to czy nie tym większa musi być jego chęć uchronienia siebie i najbliższych? Gdy jego matka trafi do nazistowskiego obozu, jemu uda się ją wyciągnąć i uratować jej życie tylko dzięki swojej piłkarskiej pozycji. Niemiecki historyk Thomas Urban poda: „Nie wstąpił do NSDAP ani żadnej organizacji nazistowskiej. […] W przeciwieństwie do innych niemieckich reprezentantów kraju, Wilimowski nigdy publicznie nie wypowiadał się na temat reżimu Hitlera. Był bardzo ostrożny”. Jeśli mamy pretensje do Willimowskiego, że grał dla Hitlera, to czy grający dla Stalina bracia Starostinowie lub setki innych radzieckich sportowców budzą w nas równie dużą odrazę? Albo czy mamy pretensje – zdając sobie sprawę z innej skali problemu – do polskich piłkarzy, którzy brylowali na mistrzostwach świata 1982 roku, uwiarygadniając reżim, który niedawno wprowadził stan wojenny?

Ale niemieckość nie była nigdy Eziemu obca; była mu podobnie bliska – albo bliższa – jak polskość. Matka była Ślązaczką ducha niemieckiego, ojczym polskim patriotą; chodził do niemieckiej szkoły, potem polskiej; grał w niemieckim klubie, następnie w polskim. Niemieckość i polskość były jednak tylko didaskaliami jego śląskości i w tym tkwił niewidoczny dramat. Wiemy, że Ezi grałby w międzywojennej reprezentacji Niemiec, gdyby międzywojenne Katowice należały do Niemiec. Wiemy też, że niezbyt interesowała go polityka. Czy Willimowski miał obowiązek umierać bądź ryzykować życie za Polskę tylko dlatego, że gdy miał kilka lat, zmieniły się granice i Kattowitz zmieniło się w Katowice? Czy to jego wina, że w 1942 roku chciał zapewnić bezpieczeństwo sobie i swojej matce?
Jest rok 1942. Trwają walki o Stalingrad i trwa mecz III Rzeszy ze Szwajcarią. Teraz układ jest prosty: czym lepiej Ernst będzie kopał piłkę dla drużyny, która ma przetrwać tysiąc lat, tym większa szansa, że sam przetrwa ich jeszcze kilka. A kopie popisowo: blisko półtorej bramki na mecz.
Tego dnia Ślązak strzela słynącej z jednej z lepszych defensyw świata Szwajcarii cztery bramki – tyle, ile cztery lata wcześniej Brazylii. III Rzesza dzięki Willimowskiemu pokonuje Szwajcarów. W przyszłym miesiącu Ezi sięgnie po klubowy Puchar Niemiec i zostanie królem strzelców turnieju.
W tym czasie Willimowski po raz ostatni jest wielką gwiazdą. Wciąż śmieje się jak dawniej i kiwa rywali jak synków.

1954 rok. Mundial odbywa się w Szwajcarii, bo poza Szwajcarami nikt w zrujnowanej Europie nie kwapi się, aby organizować kosztowną imprezę. Córka Eziego, Sylvia Haarke, powie przeszło pół wieku później (cytat za Pawłem Czado): „Ojciec miał wtedy trzydzieści osiem lat. Jak na piłkarza nie był pierwszej młodości, ale nadal był świetnym zawodnikiem. Nadrabiał techniką i przebojowością. Był bardzo zawiedziony, że trener Sepp Herberger nie powołał go wtedy do reprezentacji Niemiec. Nie czuł się gorszy od innych. Bardzo długo przeżywał, że turniej w Szwajcarii musiał oglądać jako zwykły kibic”.

Willimowski nikomu nie jest na rękę. Polacy milczą na jego temat, bo podczas wojny podjął takie, a nie inne decyzje. Niemcom z RFN też jest nie w smak – tylko przypominałby swoim istnieniem o tym, o czym Niemcy chcieliby zapomnieć. Wszyscy wolą mieć święty spokój i zignorować istnienie genialnego piłkarza.

Ernst jest zły, rozczarowany, sfrustrowany. Tak, ma już przeszło trzydziestkę na karku, ale dalej kopie. Od lat gra w niemieckich klubach. Gra dobrze, choć jego gwiazda po wojnie nie zaświeciła już tak jasno jak przed wrześniem. Trochę dlatego, że na siłę chce się o nim zapomnieć, trochę dlatego, że pierwsze powojenne lata w zrujnowanych Niemczech to nie najlepszy czas dla futbolu (nie ma nawet ogólnokrajowej ligi: Bundesliga w RFN ruszy dopiero w 1963 roku). Mundial byłby dla niego pożegnaniem z wielką piłką, no i może odkułby się za ten trzydziesty ósmy. A jaki żal musi czuć po mistrzostwach w Szwajcarii, gdy Niemcy zdobywają pierwsze w dziejach złoto, a w finale nazwanym przez historyków Cudem w Bernie pokonują uznawaną przez niektórych za najlepszą drużynę wszech czasów reprezentację Węgier Ferenca Puskása.Willimowski od tego momentu wie już, że nigdy nie skonsumuje swojego talentu. Gdy wybuchła wojna, która uniemożliwiła rozwój jego kariery, miał dwadzieścia trzy lata. Co to są dwadzieścia trzy lata? Gdyby Boniek skończył w tym wieku wielką karierę, nigdy nie zdobyłby trzeciego miejsca na mundialu 1982 roku i nie zostałby gwiazdą Juventusu; Lato nie zostałby królem strzelców mundialu osiem lat wcześniej i również nie zdobyłby tam medalu; uznany przez PZPN za najlepszego piłkarza pierwszego półwiecza istnienia związku Gerard Cieślik, skończywszy karierę w wieku dwudziestu trzech lat, nie zdobyłby ani jednego mistrzostwa Polski i nie pokonałby w legendarnym meczu w 1957 roku 2 : 1 Związku Radzieckiego, strzelając obie bramki. Ezi ma powody do żalu. Gowarzewski powie później w reportażu radiowym Jak pijak grał w piłkę: „Ponad wszelką wątpliwość był najlepszym piłkarzem w historii polskiej piłki. Gdyby doszło do mistrzostw świata 1942 roku, niewykluczone, że nie mówilibyśmy dziś o Pelém, tylko o Wilimowskim”.
Gdy Ernst zawiesi buty na kołku, będzie się imał różnych zajęć: zostanie właścicielem restauracji, a nawet dozorcą w fabryce maszyn do szycia.

1974 rok. Mundial w Niemczech Zachodnich za pasem. Trenerem kadry jest Kazimierz Górski, a kadra niebawem odniesie największy sukces w dziejach polskiego futbolu. Ale teraz Górski odbiera dopiero klucze do hotelowego pokoju. Recepcjonista informuje go, że w barze czeka na niego jakiś człowiek. Trener nikogo się nie spodziewa, ale idzie do baru i spotyka starszego mężczyznę. Rozmowę z nim opisze w książce Pół wieku z piłką.

„– Wilimowski jestem, nie wiem tylko, czy pan ze mną pomówi, nie odpędzi – wyrażanie myśli nie szło mu najlepiej, akcent miał twardy, obco brzmiący.

– Ja nie mam w zwyczaju nikogo odpędzać, czym mogę panu służyć?

– Wie pan, kim jestem?

– Tak, widywałem pana przed wojną na meczach – zastanawiałem się, czy mu nie powiedzieć, jak wysoko ceniłem sobie jego grę, ale powstrzymałem się, czekając na to, co mi sam ma do powiedzenia.

[Młody Górski był fanem Wilimowskiego, potrafił jeździć ze Lwowa do Chorzowa tylko po to, aby zobaczyć, jak gra].

– Bo tak źle o mnie mówili i pisali u was, to nie tak było, ja nic złego nie zrobiłem.

– Dlaczego mnie pan to mówi? […]

– Nie wierzą mi, a pan były piłkarz oraz wielki trener… Zrozumie mnie.

– Ja się zajmuję sportem, mam przed sobą ważne zadanie, udział w mistrzostwach świata drużyny, którą kieruję, nie potrafię panu pomóc.

– Rozumiem, życzę panu powodzenia.

– Panie Wilimowski, jeśli pan nic złego nie zrobił, jak mi pan mówi, dlaczego pan nie wrócił do kraju, może nie od razu, na fali emocji, ale potem, i spróbował się wytłumaczyć, oczyścić z zarzutów?

– Bałem się – w tym momencie zjawił się recepcjonista, prosząc mnie do telefonu. Kiedy skończyłem rozmowę, wręczył mi złożoną w czworo kartkę papieru, na której skreślono kilka słów po niemiecku: – »Chciałem pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. E. W.«”.

Zbigniew Rokita
Królowie strzelców
Piłka w cieniu imperium 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.