czwartek, 27 sierpnia 2026

Cerizay, Rothesay, Shinafoot czyli Polacy internowani przez Polaków

 Już kilka dni po objęciu stanowiska premiera Sikorski zwrócił się do władz francuskich z prośbą o wydzierżawienie w Paryżu więzienia dla oficerów i polityków winnych klęski wrześniowej. Francuzi odmówili, ale polscy przywódcy znaleźli inne rozwiązanie. W Cerizay koło Angers powstał Ośrodek Zborny Rezerwy Oficerów, gdzie kierowano ludzi związanych z poprzednim reżimem. Pensjonariusze obozu nazywali go Wiśniczem, była to czytelna aluzja do przedwojennego Zakładu Karnego w Nowym Wiśniczu i do znaczenia francuskiego słowa cerise (wiśnia). Złośliwi spolszczali nazwę obozu na Sereza, sugerując analogię do Berezy Kartuskiej.

Do Cerizay wysyłano na ogół ludzi mających faktycznie na sumieniu poważne grzechy. Byłego dowódcę polskiego lotnictwa Ludomiła Rayskiego oskarżano o poważne zaniedbania, chociaż generał pół roku przed wybuchem wojny podał się do dymisji, nie udało się już odrobić straconego czasu. Koncepcje Rayskiego były błędne, mało efektywne i nieekonomiczne, choć nigdy nie udowodniono mu korupcji. Z podobnych względów osadzono w Cerizay Mieczysława Abczyńskiego – byłego dyrektora Państwowych Zakładów Lotniczych.

Analizując listę rezydentów obozu, można odnieść wrażenie, że przepustką do Cerizay było posiadanie stopnia wojskowego i przynależność do piłsudczykowskiej elity, i to niekoniecznie do pierwszego czy drugiego szeregu. Większość dawnych prominentów internowano w Rumunii, a pozostali omijali Francję i ekipę Sikorskiego. Do Cerizay trafiali ludzie nienależący bezpośrednio do najwyższego szczebla władzy, jak generał Stanisław Rouppert (legionista, lekarz Piłsudskiego, prezes CWKS Legia i członek MKOL), generał Stanisław Kwaśniewski (prezes Ligi Morskiej i Kolonialnej) czy porucznik Ludwik Łubieński (szef kancelarii Józefa Becka). Łącznie do klęski Francji w obozie izolowano 69 oficerów.

„Zebrała się wówczas w Paryżu – wspominał Karol Popiel – stosunkowo liczna grupa wojskowych, bądź nienadających się do wykorzystania w nowych okolicznościach, bądź niezdolnych do służby czynnej. Trzeba się było nimi zająć i zagwarantować im znośne warunki życia – stworzono więc specjalny obóz w Cerizay. Panowała w nim całkowita swoboda, oficerowie mieszkali w luksusowych willach z pełnym utrzymaniem, dostawali nadto pół pensji i nie mieli żadnych obowiązków”.

Nie jest to do końca prawda. Oficerowie faktycznie mieszkali w pensjonatach łub kwaterach prywatnych, ale na własny koszt. Rzeczywiście dostawali połowę pensji, ale nie mogli opuszczać miejsca pobytu, musieli ponadto codziennie meldować się w komendanturze obozu. Zgadzało się tylko jedno, nie mieli żadnych obowiązków, zostali skazani na bezczynność.

Chyba najbardziej skompromitowanym oficerem osadzonym w Cerizay był generał Stefan Dąb-Biernacki. Jeszcze przed wybuchem wojny zasłynął skandaliczną i brutalną pacyfikacją dziennikarzy w Wilnie, a podczas kampanii wrześniowej wykazał się kompletną nieudolnością zasługującą na sąd polowy. Dwukrotnie (!) zbiegł z pola walki, prezentując nie „tylko niekompetencję, ale zwykłe tchórzostwo”. To jednak nie przeszkadzało mu w zachowaniu dobrego mniemania o własnych umiejętnościach.

Do Cerizay zsyłano na podstawie rozkazu, chociaż niewykluczone, że niektórych osadzonych planowano z czasem postawie przed sądem. Uniemożliwiła to katastrofa Francji; w dniach klęski nikt nie pamiętał o izolowanych. Rezydenci obozu dotarli do Anglii na własną rękę i z reguły ponownie zostali internowani. Ekipa Sikorskiego nie porzuciła bowiem pomysłu odosobnienia przeciwników politycznych. Ale tym razem odbyło się to na znacznie większą skalę.

(...)

Szkockie niepokoje

Sikorski mógł przekonać polityków, a jego podwładni sterroryzować prezydenta, ale nie potrafił zdobyć uznania kadry oficerskiej. Francuska katastrofa pogłębiła rozdźwięk i już nie tylko zajadli piłsudczycy krytykowali Naczelnego Wodza.

„Wyraźne oznaki agitacji – donosił porucznik Missor generałowi Modelskiemu – objawiły się już w Le Verdón i na statku »Clan Fergusson«, kiedy to pułkownik Scieżyński, podpułkownik Pęczkowski i szereg innych oficerów z Cenzay rozpoczęło głośną i publiczną krytykę rządu i Naczelnego Wodza w związku z zarządzeniami odnoszącymi się do ewakuacji wojska i emigracji cywilnej we Francji. Upadek wszelkiej dyscypliny ujawnił się na statku w sposób zastraszający przy równoczesnym braku jakiejkolwiek reakcji ze strony polskiego dowództwa”.

A jak miało zareagować dowództwo? Białe pozostaje białym, a czarne czarnym. Zbyt mało czasu upłynęło od katastrofy nad Sekwaną, aby zmienić zdanie na temat Sikorskiego. Tym bardziej że oficerów internowanych w Cerizay pozostawiono własnemu losowi.

„Po przybyciu do Glasgow – kontynuował Missor – zauważyliśmy dużą ruchliwość, którą okazywali tak zwani serizejczycy. Odbywali oni gdzieś na mieście jakieś narady, jednak byli jeszcze zdezorientowani i prawdopodobnie nie mieli ustalonej linii działania. W dalszym ciągu prowadzili wytężoną agitację, atakując zarządzenia władz wydane w związku z ewakuacją i warunkami, w jakich przebywali w Glasgow oficerowie polscy”.

Dodatkowym problemem stał się nadmiar oficerów, kadra oficerska stanowiła aż jedną czwartą składu osobowego armii. Nietypowo również kształtowały się stosunki wśród szeregowców, przeważali inteligenci, a więcej niż połowa miała przynajmniej małe matury. Ludzie ci byli ambitni, mieli własne zdanie i głośno je wyrażali. Atmosferę zatruwała również sprawa zakwaterowania w namiotach, a nie na kwaterach prywatnych.

„Mieszkam w namiocie pułkownika Ciastonia – zapisał w swoim dzienniku porucznik rezerwy Stefan Mękarski. – W namiocie mieszka nas ośmiu [...]. Barłogi nasze rozłożone są w kolisko. Nogi podczas spania schodzą się w »gwiazdę«. W namiocie jest dużo ludzi, waliz, koców, menażek, niedojedzonego chleba »szkockiego« i margaryny. Przykrywamy się wszystkimi możliwymi kocami, płaszczami i ubraniami. Lipiec w Szkocji jest zimny, zresztą jesteśmy na wysokości Wilna”.

Oficerów zmuszano do wykonywania prac dotychczas zarezerwowanych dla szeregowców. Nic dziwnego, że protestowali, kadra nie była przyzwyczajona do prac porządkowych i sanitarnych.

„Dość wspomnieć – relacjonował Missor – że na 52 oficerów grupy podpułkownika Przybylskiego codziennie wyznaczano do służby aż 27 oficerów i że oficerom prócz spełniania najcięższych robót obozowych nakazano pewnego dnia oczyszczenie lasu z ekskrementów, co spotkało się z odmową wykonania rozkazu”.

Dochodziło do kłótni i awantur, pojawiły się antagonizmy pomiędzy oficerami zawodowymi a rezerwistami. Pewnego dnia młodsi oficerowie „zwymyślali majora, dowódcę plutonu” słowami „świnia” i „łobuz”, za co dostali kilka dni aresztu. To nie był wyjątek, starszych oficerów nazywano „leśnymi dziadkami”, oskarżając ich o wszystkie nieszczęścia.

„Rano trzepiemy koce – notował Mękarski – wynosimy je do lasu, o ile nie pada deszcz, czyścimy ubrania, golimy się i myjemy odrobiną wody, po którą chodzimy prawie kilometr drogi do Douglas. Nie mamy naczynia odpowiedniego na wodę, więc przynosić ją musimy w menażkach, manierkach i czajnikach. Obawiamy się wszy. Jedzenie jest dziwnie marne, źle przyrządzone. Łój w zupie i mięsie cuchnie obrzydliwie. Największą przykrością jest czyszczenie menażek. Nie ma wody ciepłej, zimnej, więc czyścimy je trawą”.

Pewien klasyk napisał, że byt kształtuje świadomość. I miał rację, wśród oficerów narastało rozgoryczenie, które koncentrowało się na osobie Naczelnego Wodza. Pojawiały się niewybredne dowcipy, podwładni pozwalali sobie na żarty z generała, i to niemal oficjalnie, w dużym gronie.

„Nie może być inaczej – zauważał Missor – jeśli taki Scieżyński bezkarnie w gronie kilkunastu oficerów, tłumacząc im wiadomości z gazety angielskiej, na zwróconą uwagę przez któregoś z oficerów, że na zdjęciu w tej gazecie generał Sikorski ma już czapkę angielską, a więc prawdopodobnie zgubił już czapkę francuską, odpowiedział dosłownie: »Jak pan śmie tak mówić, Naczelny Wódz może zgubić armię, ale nie może zgubić czapki«„.

Ktoś zauważył, że „ta armia była chora i to bardzo ciężko chora na duszy”, a w raportach brytyjskich zwracano uwagę, że „Polacy rozpijają się w nieprawdopodobny sposób i dostrzec można wrogość wojska wobec oficerów”. Chociaż wyżsi oficerowie nie mieli w szkockich obozach specjalnych udogodnień. Też stali w kolejkach po zupę i mieszkali w kilkuosobowych namiotach.

Sytuacja wymagała szybkiej interwencji, ale Naczelny Wódz, zajęty rozgrywkami politycznymi, nie znajdował czasu na wizytę w Szkocji. A może rozmyślnie grał na zwłokę? Chciał uniknąć konfrontacji i czekał na spacyfikowanie nastrojów? Dla najbardziej zajadłych przeciwników miał bowiem rozwiązanie wzorowane na metodach z Cerizay, ale tym razem lepiej dopracowane.

Rothesay na wyspie Bute

Sikorski wreszcie pojawił się w Szkocji i osiągnął sukces. Ten człowiek miał jednak charyzmę i potrafił przekonać niezdecydowanych. Dla nieprzejednanych przeciwników przygotowano obóz izolacyjny w Rothesay na wyspie Bute (Wyspie Węży) niedaleko Glasgow.

„[...] Rothesay jest niewielką miejscowością turystycznowypoczynkową – opisywał stolicę wyspy Janusz Meissner. – Maleńki port oraz śródmieście z rynkiem i town hallem (ratuszem) otaczają szeregi jednakowych pensjonatów z jednakowymi ogródkami. W każdym ogródku jest grządka astrów i nagietek, łysiejący żywopłot z ligustru i kawałek wydeptanego trawnika, na którym stoją koszykowe albo metalowe fotele. W niektórych – także gliniane muchomory i krasnoludki pomalowane olejną farbą. Każdy pensjonat, czyli »private hotel«, prowadzą dawno przekwitłe Szkotki, na których urodzie (nawet zanim uwiędły) dobry Pan Bóg musiał poczynić nieliche oszczędności”.

Premier nie ukrywał swych zamiarów i na posiedzeniu Rady Narodowej zapowiedział, że skoro nie ma sądownictwa polskiego, to „ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym”. I słowa dotrzymał, nie tylko zresztą w stosunku do intrygantów.

Generał, mówiąc o obozie koncentracyjnym, nie miał jednak na myśli obozu zagłady. W tym czasie nazywano tak obozy izolacyjne przypominające angielski wynalazek z czasów wojny z Burami. Na Wyspie Węży nie stosowano również metod znanych z Berezy Kartuskiej; osadzonych tam nie bito ani nie zmuszano do pracy.

Obozy Sikorskiego miały stanowić odstraszający przykład dla jego przeciwników i stanowić realną groźbę dla korpusu oficerskiego. Do osadzenia wystarczył rozkaz przeniesienia, a pobyt był bezterminowy. O zakończeniu izolacji decydował kolejny rozkaz i zdarzało się nawet, że zwalniani oficerowie obejmowali stanowiska w armii.

Profesor Kot zaproponował otoczenie obozu drutem kolczastym, okazało się to jednak niepotrzebne. Ucieczka z Bute bez ważnych dokumentów nie wchodziła w rachubę, groziło to uznaniem za niemieckiego szpiega czy dywersanta. Miejscowych Szkotów uprzedzono, że w obozie znajdują się skazani za malwersacje finansowe, alkoholizm, zboczenia seksualne i tchórzostwo. Mimo to tubylcy nie przyjęli wrogiej postawy wobec osadzonych, a płeć piękna nawet sobie ceniła obecność polskich oficerów.

Rezydenci obozu dostawali zmniejszone pobory, poddawano cenzurze ich korespondencję, najgorsza była jednak bezczynność.

„Znajduję się w tutejszym obozie – pisał rotmistrz Marcisz – tylko z powodu postawionych mi zarzutów związanych z ewakuacją z Francji. Oczekuję na załatwienie mojej sprawy osiem miesięcy. Ustawiczne wyczekiwanie wyczerpało mnie nerwowo i fatalnie odbija się na moim zdrowiu. Kampanię wrześniową w Polsce odbyłem z wyróżnieniem, a we Francji pracowałem z całym oddaniem. Ojca mego aresztowano w Wilnie i wywieziono w głąb Rosji, a w lutym 1940 r. resztę mojej rodziny, w tym jedynego pięcioletniego syna Jerzego. Przydzielenie mnie do tutejszego obozu jest w najwyższym stopniu krzywdzące”.

Poważny procent izolowanych oficerów właściwie nie znał przyczyn odosobnienia. Oficjalnie kierowano tam alkoholików, hazardzistów i pederastów, co oczywiście stwarzało możliwości nadużyć.

„Mam 46 lat – twierdził kapitan Sergiusz Niedzielski – jestem żonaty i mam dwoje małoletnich dzieci. Oświadczono mi, że jestem przysłany tutaj dlatego, że ciąży na mnie zarzut pijaństwa, karciarstwa i erotomanii. Oświadczam, że w ogóle nie piję alkoholu, w karty grać nie umiem, a co się tyczy zarzutu erotomanii, to oświadczam, że zboczenia takiego nie mam, a przypisywany mi zarzut polega widocznie na anonimowym doniesieniu, złośliwym i bezpodstawnym”.

Pułkownika Janusza Meissnera skierowano na wyspę Bute za wydanie pierwszego numeru czasopisma satyrycznego „Polski Spitfire” (drugiego już nie zdążył), porucznika rezerwy Stefana Mękarskiego za to, że był posłem BBWR, a w jego lwowskiej gazecie niemieccy przemysłowcy przed wojną (!) kupowali reklamy. Na Wyspę Węży trafił również kapitan Jerzy Niezbrzycki, który na swoje nieszczęście przyznał kiedyś, że szef Biura Rejestracyjnego pisywał przed wojną artykuły na polecenie Śmigłego-Rydza.

„Znakomita większość – pisał niedoszły satyryk – polskiej »Rezerwy Sił Zbrojnych«, jak oficjalnie nazywa się »zesłanych« na Wyspę Węży, stanowią oficerowie, ale nie brak też bardziej ważnych osobistości, do których należą na przykład były wojewoda Grażyński, paru sanacyjnych dziennikarzy i polityków. Oficerowie to przeważnie byli legioniści z I Brygady lub z II Oddziału Sztabu albo osobnicy niepewni politycznie, jak ja, i wreszcie inwalidzi lub renciści w stanie spoczynku”.

Kompletna bezczynność niszczyła psychikę osadzonych. Czuli się zupełnie nieprzydatni, odrzuceni, nie wiedzieli, jak długo pozostaną w obozie:

„Od roku jestem stale poniżany i krzywdzony – meldował Sikorskiemu porucznik rezerwy kawalerii Stanisław Dergiman. – Mimo usilnych starań z mej strony, aby dowiedzieć się o stawiane mi zarzuty, nikt dotychczas nie tylko, że mi ich nie skonkretyzował, ale nawet nie przesłuchano mnie”.

Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że warunki w Rothesay były bardziej niż przyzwoite. Oficerowie dostawali znacznie wyższe uposażenie niż w Cerizay, można było starać się o przepustkę na wyjazd z wyspy. Ale trwała wojna i wielu izolowanych chciało walczyć, a nie spędzać bezczynnie czas.

„Dla mnie była to wyspa odosobnienia – wspominał podhalańczyk, ówczesny major Władysław Dec. – Drutu kolczastego naokoło wyspy nie było. Ale była woda. Bez specjalnej przepustki od »dwójki« obozowej nie sprzedawano biletu na przejazd poza wyspę. Bez pieczątki »dwójki« nie można było nadać telegramu. Listy oddawało się do cenzury. Poza tym warunki były doskonałe. Pobory, co prawda, były obcięte do połowy, wystarczały na opłacenie mieszkania, jedzenia i prania, na zakup papierosów i gazet, no i na małą czarną”.

Samotnych zabijała nuda i beznadzieja dnia codziennego. Ile można grać w karty albo pić alkohol? Chociaż oba zajęcia miały swoich namiętnych wielbicieli.

„W sitting roomie – notował Stefan Mękarski – rodacy bez przerwy cały dzień grają w kierki. Przebywanie wśród tych oficerów stało się prawdziwym karcianym obozem koncentracyjnym. Schreyer wyprowadził się wcześniej, a ja dostałem za współtowarzysza porucznika Popławskiego. Ten okazał się delirycznym pijakiem, który codziennie gramolił się na drugie piętro [...]. Łącznik, porucznik Dmowski, asystujący codziennie w kabaretowym »Wintergarden«, jakiejś szkockiej wesołej wdówce, współczuł mi tkliwie. Poradziłem sobie w ten sposób na razie, że zaprzęgnąłem się do pracy w adiutanturze Komendy Obozu, w której spędzam obecnie cały dzień do piątej po południu. Redaguję rozkazy dzienne, dyktuję Schreyerowi do maszyny komunikaty prasowe Libickiego i przyglądam się rewii naszych wyspiarzy defilujących od rana do wieczora po przepustki [...]”.

Pensjonariusze Wyspy Węży tworzyli zadziwiającą mieszankę. Trafiali tam „fałszerze”, „nałogowi alkoholicy i pederaści”, „były właściciel domu publicznego” oraz oczywiście „ozonowcy lub podejrzani o sprzyjanie poprzedniemu rządowi”. Nic dziwnego, że wśród przypadkowych pensjonariuszy „nastroje były fatalne, pijaństwo panowało na całej linii, zupełnie zniknęło morale”. Pojawiła się „nienawiść względem władzy, rozdrażnienie w najwyższym stopniu”.

Zdarzali się jednak ludzie zadowoleni z odosobnienia. Historycy i dziennikarze raczej o tym nie wspominają, ale wielu internowanych, za zgodą władz emigracyjnych, przeniosło się do Rothesay wraz z rodzinami i prowadziło spokojne życie.

„Przywiózł rodzinkę zdrową i zadowoloną były minister pełnomocny Libicki – pisał Mękarski – pełen najlepszego samopoczucia i dobrze spełnionego obowiązku. Włóczy się z wózkiem niemowlęcia Wyżeł [Ścieżyński – S.K.] z okazałą blondynką, panowie generałowie Rouppert, Kwaśniewski, Korytowski również ocalili familijkę, podobnie ex-wojewoda Grażyński, pułkownicy Rusin i Szymański, pan major Kaziukiewicz i tylu, tylu innych. Aż podziw bierze nad czułym instynktem rodzinnym, jakim ci ludzie odznaczyli się podczas burzy wrześniowej w Polsce. To byli ludzie, którzy mieli charakter rodzinny. Polsce służyli z zapałem, ale i o rodzinie nie zapomnieli”.

Oni się nie buntowali, zadomowili się na wyspie, prowadząc codzienne, pokojowe życie. Wojna pozostała gdzieś daleko, wypłacanego żołdu starczało na mieszkanie i wyżywienie rodziny. Chyba niewielu z nich marzyło o powrocie do czynnej służby.

Oficerowie sprowadzali nie tylko rodziny. Były premier Marian Zyndram-Kościałkowski zamieszkał na wyspie ze swoją przyjaciółką, aktorką Marią Balcerkiewiczówną (para później zawarła związek małżeński), młodsze szarże nie pozostawały w tyle. Pewien porucznik z Gdyni przybył na Bute z siostrą swojej żony i oburzał się, gdy odmówiono mu zgody na wspólne zamieszkanie z partnerką. A przecież nie stać go było na wynajęcie dwóch mieszkań!

Inne problemy miał porucznik Geller. Przez kilkanaście lat mieszkał w Paryżu i tam dostał powołanie do wojska. Na wyspie pojawił się razem z żoną (wiedeńską Żydówką nieznającą języka polskiego).

„W Anglii otrzymał kategorię »E«, ma tysiąc chorób, nienawidzi Europy, przysięga na Amerykę, w której pragnie kontynuować żywot europejski. Ale na razie rząd polski za angielskie pieniądze utrzymuję pana Gellera i Żydówkę z Wiednia, płaci im mieszkanie i »holiday« na wyspie Bute. Pan Geller obnosi swój gniew na »kancelarię«: w sobotę nie wypłacono mu punktualnie poborów. »Czy ja mam szukać płatnika? Ja mam dostawać pieniądze punktualnie«... Pan Geller »robi« wrażenie ciężko skrzywdzonego, który za ciężką pracę jest wyzyskiwany”.

W Rothesay przebywało jednocześnie około sześciuset osadzonych, a przez obóz przewinęło się łącznie tysiąc pięciuset oficerów, w tym dwudziestu generałów! To porażająca liczba świadcząca o skali opozycji przeciwko Sikorskiemu, a przy okazji o manii prześladowczej władz emigracyjnych. Czy naprawdę dla tych ludzi nie można było znaleźć innego zajęcia? Przecież toczyła się wojna.

Na wyspie internowano całkiem pokaźną grupę byłych prominentów z byłym wojewodą śląskim (i naczelnikiem ZHP) Michałem Grażyńskim, byłym premierem Marianem Zyndramem-Kościałkowskim i szefem Związku Młodej Polski Edmundem Galinatem na czele. Ale największe zamieszanie towarzyszyło pobytowi w Rothesay osławionego generała Stefana Dęba-Biernackiego. Internowanie w Cerizay nie przyniosło efektów i jeszcze przed zesłaniem na Wyspę Węży generał oficjalnie buntował się przeciwko Sikorskiemu:

„W obozie w Broughton – raportował porucznik Missor – agitacja przeciwko Naczelnemu Wodzowi i rządowi prowadzona jest jawnie i publicznie. Kieruje nią pułkownik Ścieżyński, który zdaniem naszym jest najbardziej niebezpiecznym osobnikiem na tamtejszym terenie. Na skutek obserwacji i wywiadu [...] ustaliliśmy, że organizacja ta przedstawia się następująco: całością kieruje generał Dąb-Biernacki (dowodem jawne odprawy odbywane przez niego w namiocie), obecnie jeżdżą do niego do Peebles [inny ze szkockich obozów wojskowych – S.K.], jego zastępcą i kierownikiem politycznym jest Kościałkowski”.

W lipcu 1940 roku Dąb-Biernacki napisał do Sikorskiego list, zarzucając mu odsunięcie doświadczonych dowódców, fałszywe informowanie Francuzów o przebiegu kampanii wrześniowej, podział oficerów na lepszych i gorszych, a także utratę armii we Francji. Naczelny Wódz zareagował natychmiast: Biernacki stanął przed sądem polowym, zdegradowano go do szeregowca i skazano na dwa i pół roku więzienia. Wyrok uzasadniono „złamaniem dyscypliny wojskowej i usiłowaniem wywołania fermentu w szeregach żołnierskich”. Polskie Siły Zbrojne nie dysponowały własnymi więzieniami, wobec czego generał trafił do angielskiego kryminału. Zwolniony po śmierci Sikorskiego, wyjechał do Irlandii, gdzie zajął się pszczelarstwem (był z wykształcenia inżynierem rolnikiem). Szanując wyrok sądu, zabronił tytułować się generałem.

„Siedzimy na wyspie Bute – notował z rezygnacją Mękarski – tak jak siedzieliśmy w obozach na Węgrzech i we Francji w Vichy. Dostajemy regularnie w soboty funty, mamy na sobie mundur, mamy bieliznę, ciepłe miękkie łóżko, kominek pani Morrisonowej, do którego dorzucamy co chwila kamienie węgla i szczapy drewna. Ciepło nam jest. Dostajemy jajko na śniadanie, wypijamy x gorących herbat dziennie. Gramy w brydża, chodzimy na czarną do kawiarni i do kina na idiotyzmy amerykańskich kowbojów. Wegetujemy, wspaniale przeżywamy w luksusie najstraszliwszą wojnę w dziejach na prawie bezpiecznej wyspie”.

Przez długi czas stosunki z miejscowymi Szkotami układały się bez zarzutu. Szczególnie z miejscową płcią piękną, izolowani poszukiwali bowiem towarzystwa kobiet, a Szkotki były chętne. Tym bardziej że Polacy uchodzili za dżentelmenów, co na wyspiarkach wywierało nieprawdopodobne wrażenie. Osadzeni z reguły legitymowali się wyższym wykształceniem, byli ludźmi inteligentnymi o dużej kulturze osobistej. Nawet bariera językowa nie stanowiła specjalnego problemu.

„Panie z rothesayańskiego towarzystwa – zauważył Mękarski – zbierają się wzajemnie w ocenie swoich sukcesów: »Mój Polak! Mój Polak jest doktorem, mój Polak jest adwokatem, mój Polak jest pułkownikiem – prześliczny, elegancki, mocny Polak«... A w »Regal« nieliczne jeszcze Szkotki, pietruszkujące samotnie przy stolikach, ze smutkiem pełnym zazdrości patrzą na swoje szczęśliwe rywalki i marzą niecierpliwie o swoim Polaku. Ile z nich pojedzie na stałe do Polski? Ilu z nich zostanie na stałe w Szkocji?”.

Na dłuższą metę jednak internowanie na wyspie Bute fatalnie odbijało się na psychice osadzonych. Zdarzały się choroby psychiczne oraz samobójstwa. Zanotowano przypadki targnięcia się na życie po otrzymaniu rozkazu udania się do Rothesay. Obóz miał fatalną opinię, a niektórym śmierć wydawała się lepszym rozwiązaniem niż bezterminowa izolacja.

„Po pułkowniku Kreissie – notował Mękarski po dwudziestu miesiącach pobytu na Wyspie Węży – oszalał w Rothesay geograf, porucznik Stanisławski. Generała Korytkowskiego odesłano wczoraj do szpitala w Aberfeldy, dostał ciężkiego rozstroju nerwowego. Kapitan Sobański zwierzył mi się dzisiaj z obawy o generała Janusza de Beauraina. Obawia się o stan nerwów jego.

Doktor Brinckenhoff mówi, że w Rothesay jest czterdzieści siedem wypadków ciężkich schorzeń na tle nerwowym. Uważa, że ludzie powinni uciekać z Rothesay jak z miejsca zapowietrzonego. W Rothesay potrzebny jest psychiatra, a nie internista. Naczelny »lekarz«, doktor Eiseler, boi się o swą posadę i funty. Nie chce odsyłać ludzi z Rothesay do szpitala, bo twierdzi, że rothesayańczyków niechętnie widzą władze szpitalne. Brinckenhoff twierdzi też, że 99% jego pacjentów przyznaje się, że uprawia onanię, a pozostały 1%, który temu przeczy – kłamie...

Rothesay staje się groźnym miejscem. Miejscem zagłady”.

Władze w Londynie postanowiły rozwiązać problem konfliktów wśród internowanych i na Bute powstał kolejny obóz w miejscowości Thignabruaich. Przeszło przez niego około dwustu oficerów, kryminalistów i homoseksualistów oraz ludzi przejawiających „patologiczną nienawiść” do Naczelnego Wodza i jego otoczenia. Pensjonariusze otrzymywali jednakowe pobory (bez względu na stopień wojskowy), pilnował ich pluton żandarmerii. Oczywiście, wśród izolowanych umieszczono agentów rządowych pilnie śledzących poczynania kolegów, ale to było normą również w Rothesay. Jak zwykle nie brakowało także osobistych wysłanników profesora Kota.

Obozy na Wyspie Węży funkcjonowały ponad dwa lata, a ich kres położyła interpelacja w angielskiej Izbie Gmin. Dwaj posłowie labourzystowscy wnieśli sprawę na forum parlamentu, co zmusiło ekipę Sikorskiego do rezygnacji z izolowania przeciwników. Ale wyrządzonych szkód nie dało się już naprawić, wielu zwalnianych nie potrafiło przystosować się do warunków służby wojskowej. Miesiące (czy lata) kompletnego lenistwa i beznadziei zrobiły swoje.

„W obozie wśród tych sześciuset oficerów, zaledwie jakieś dziesięć procent – to element, który rzeczywiście powinien być usunięty z wojska, bo przynosi mu ponad wszelką wątpliwość ujmę. Ale zasadniczo cały obóz – to ludzie dobrzy, często bardzo wartościowi, także zasłużeni i tragicznie bezczynni, nie zużytkowani”.

Stefana Mękarskiego zwolniono z Rothesay w lipcu 1942 roku. Do wojska już nie wrócił, do końca wojny utrzymywał się z prac zleconych dla polskich instytucji. Po zakończeniu wojny pozostał w Wielkiej Brytanii, nie widział dla siebie miejsca w kraju rządzonym przez komunistów. Pracował jako dziennikarz, działał w polskich organizacjach emigracyjnych, był współpracownikiem Radia Wolna Europa. Nigdy nie zobaczył już swojego ukochanego Lwowa, zmarł w Londynie w 1985 roku.

Shinafoot

Każda armia świata potrzebuje jednostek karnych dla skazanych za przestępstwa kryminalne. Polskie Siły Zbrojne nie były wyjątkiem i w Shinafoot (na północ od Glasgow i Edynburga) powstał obóz dyscyplinarny, w którym metody resocjalizacji faktycznie przypominały Berezę Kartuską.

„Na czele obozu dyscyplinarnego w Shinafoot – pisał były podoficer Maciej Feldhuzen – stanął kapitan Korkiewicz. Alkoholik, psychopata, sadysta, który własnoręcznie maltretował więźniów. Zakładano im od tyłu kajdanki na ręce i wieszano na poprzeczce u sufitu, a pan kapitan Korkiewicz sam wiszących dusił za gardło, bił po twarzach i kopał w brzuch. Działo się to w roku pańskim 1941, a więc Lagerfuhrer Korkiewicz nie był odosobniony w biciu skutych i bezbronnych żołnierzy polskich, bo robiło to samo, równolegle z nim, w tym samym dniu i o tej samej godzinie, wielu innych jego kolegów, Lagerfiihrerów na terenie Polski i Niemiec”.

Niestety, w każdej armii trafiają się psychopaci. Ludzie o sadystycznych skłonnościach wykorzystywani są często do służby w jednostkach karnych, co władze traktują jako dodatkową szykanę wobec skazanych. A metody stosowane w Shinafoot rzeczywiście przypominały najgorsze obyczaje sanacji.

„Było tam wszystko – wspominał chirurg Adam Majewski – jak w Berezie Kartuskiej: i druty kolczaste, i baraki, i »żabka«, i wybijanie zębów, i dozorcy sadyści, i komendant obozu, w którego kancelarii nasz więzień często szorował podłogę i bywał przy tym bity i kopany. Żandarmi byli specjalnie dobrani. Ludność szkocka wielokrotnie podchodziła do drutów, jednak kontaktu z więźniami nie nawiązała, bo straż przeszkadzała. Poza tym Szkotom wytłumaczono, żeby się nie zbliżali, bo tu siedzą szpiedzy i dywersanci niemieccy”.

Okoliczni farmerzy wspominali o biciu i głodzeniu więźniów oraz innych obozowych szykanach, a miejscowi strażnicy nie wahali się używać broni. Głośnym echem odbiła się sprawa zastrzelenia przez wartownika szeregowca Edwarda Jakubowskiego. Podobno skazany obraził strażnika, wobec czego ten użył broni. Dochodzenie sądowe uwolniło jednak zabójcę od odpowiedzialności.

Adam Majewski operował kiedyś wyrostek sponiewieranemu młodemu żołnierzowi:

„Chłopak dosłownie się trząsł, ilekroć któryś z żandarmów zbliżał się do niego, rzucał przy tym na nas spojrzenia dzikiego zwierzęcia. Żołnierze od dawna coś przebąkiwali o jakimś polskim obozie koncentracyjnym na terenie Szkocji, ale nie wierzyłem w to. [...] Prawdy zacząłem się dowiadywać, gdy podano żołnierzowi narkozę i zaczął gadać. Wołał: – Nie bijcie mnie, nie wyłamujcie mi rąk”.

Podobno chłopak zadarł ze swoim dowódcą i trafił do obozu. Bliższych szczegółów tej sprawy nie znamy, ale komendant Korkiewicz stanął w 1942 roku przed sądem polowym. Sąd uwolnił go jednak od zarzutów.

Obóz w Shinafoot stał się przyczyną nieporozumień do dzisiaj pokutujących w naszej publicystyce. Relacje z Wyspy Węży i Shinafoot często się mieszają i w ten sposób pojawiły się informacje, że to w Rothesay stosowano metody rodem z Berezy Kartuskiej. Nic bardziej mylnego, to były dwie zupełnie różne sprawy, niemające ze sobą żadnego związku.

Do Shinafoot kierowano zresztą nie tylko przestępców w ścisłym rozumieniu prawa. Aby tam trafić, wystarczyło zarażenie chorobą weneryczną, co Sikorski uważał za równoznaczne z dezercją. Nie on jeden, podobne zdanie miała niemiecka generalicja podczas pierwszej wojny światowej. Jednym z żołnierzy mających z tego powodu problemy był kapral Adolf Hitler, zdołał jednak udowodnić, że zaraził się jeszcze przed wojną. Uniknął kary na szczęście dla siebie, ale był sprawcą tragedii dla całego świata.

Sławomir Koper

Polskie piekiełko 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.