czwartek, 13 sierpnia 2026

Niewolnica swego losu

 

Telefon z Poznania. W słuchawce miły, stłumiony głos:

– Kilka lat temu poznałam autentyczną historię. Gdyby była wymyślona, byłaby złym melodramatem. Ponieważ jest prawdziwa, jest tragicznym dowodem na to, że nikt sam nie wybiera swego losu, ale też nie jest wolny od skutków swoich decyzji na tym marginesie rzeczywistości, jaki mu zostawiono. Nie wiem, kto ma do niej prawa autorskie: historia czy ta kobieta, która nie umiała powiedzieć „nie”? Pan rozstrzygnie, jak ją wykorzystać. Opiszę ją panu tak, jak ją sama poznałam od członków jej rodziny… Po tygodniu otrzymałem tekst. Pani Barbara Leszczyńska zastrzegła się, że streszczenie historii, na którą składały się dramatyczne wybory i stany emocjonalne, nigdy nie odda autentycznej siły tego dramatu. Oto co napisała:

„Jest rok 1942. Okupacja w Wielkopolsce. Pewnego dnia w Kościanie rozstrzelano na rynku trzech synów i ojca. Z ośmioosobowej rodziny zostają przy życiu cztery kobiety: matka i trzy siostry.

Piętnastoletnią Wandę wywożą do Rzeszy. Na miejscu zostaje kilkuletnia siostrzyczka wraz z matką i starszą od Wandy siostrą, którą od wywiezienia ocaliła jej nieobecność w domu. Wanda najpierw trafia do bauera. Jest drobna, wątła, chorowita. Władze przekazują ją do pracy w charakterze pomocy domowej w zamożnym domu niemieckim, do miasta N. Ojciec tej rodziny jest oficerem na froncie wschodnim w pobliżu Stalingradu. W domu żona z dwoma synkami – rocznym i trzyletnim. Dziewczyna sprząta, wykonuje wszelkie posługi, a także pilnuje dzieci. Mimo iż ma tu lepsze warunki, zżera ją poczucie obcości, tęsknota za domem i brak kontaktu z resztą ocalonej rodziny. Na początku 1943 roku umiera matka niemieckich chłopców. Ich ojciec od dłuższego czasu nie pisze, nie ma kontaktu z domem i nie wie, że jego dzieci zostały sierotami. Niespełna szesnastoletnia dziewczynka zostaje sama w całym domu z dwojgiem obcych jej dzieci. Nie wie nic o tym, że ojciec tych dzieci jest w kotle stalingradzkim, a potem w niewoli, nie wie, czy on w ogóle żyje. Nie potrafi nawiązać żadnego kontaktu z rodziną dzieci. Jak umie, chowa te dzieci, chroni dom. W tym czasie miasto N. przeżywa szereg nalotów alianckich. Wanda musi schodzić z dziećmi do schronu, szczęśliwie ten dom nie ulega zniszczeniu. Przez urząd zawiadamia o sytuacji rodzinę dzieci, ale ta ma swoje kłopoty, okazuje nieludzką obojętność wobec losu obu chłopców. Obowiązki przerastają siły dziewczyny, szuka możliwości przekazania tego ciężaru na barki jakiejś instytucji, ale w chaosie wojennym nikt się do tego nie kwapi. Któregoś dnia w 1944 roku w czasie jednego z cięższych nalotów, kiedy musi się schronić wraz z dwójką chłopców w głębi metra, próbuje wykorzystać tę okazję i po prostu uciec, porzucając dzieci.
Starszy wyczuł instynktownie, co im zagraża, uczepił się spazmatycznie jej spódnicy i nie dał zrobić kroku. Płakał, powtarzał wciąż: «Mama – nie! Mama – nie!» Obaj znali teraz więcej słów polskich niż niemieckich. Wanda kilkakrotnie podejmuje próbę ucieczki, ale zawsze coś staje jej na drodze. Najczęściej napotyka czujne spojrzenie starszego.

Czasem wraca, słysząc płacz młodszego. Daje za wygraną, zostaje, nie ma sumienia opuścić maleństw, dla których przecież jest jedyną bliską osobą. Zostaje z dziećmi w zasobnym mieszkaniu, nie tykając żadnych kosztowności. Wszystko utrzymuje jak za życia matki dzieci. Staje się jakby jej spadkobierczynią. Wytrzymuje jeszcze cały rok, wciąż tęskniąc do kraju i rodziny, z którą nie ma żadnego kontaktu. Rok 1945 i koniec wojny. Wanda widzi, że wszyscy wywiezieni wracają, a ona jest przywiązana niejako moralnie do tego obcego domu. Dzieci urosły, mówią do niej «mama». Wciąż szuka sposobu uwolnienia się od przymusowej sytuacji, ale w powojennym chaosie przeciąga się to do wiosny 1946 roku. Któregoś dnia w drzwiach mieszkania staje zwolniony z niewoli pan tego domu. Zamiast żony zastaje nieznaną dziewczynę i dzieci, które go nie znają. Dowiaduje się, że jest wdowcem. Chwile obustronnej nieufności, rezerwy. Wanda odczuwa ulgę. Oświadcza Niemcowi, że jej rola jest skończona, przestaje być niewolnikiem narzuconego jej losu, wreszcie wraca do domu. Dzieci śledzą rozmowę, tulą się do niej, nie chcą jej odstąpić nawet na krok. Dla nich to jest mama, a ten, co się zjawił, to obcy człowiek, którego się boją. Niemiec docenia rolę, jaką w życiu jego dzieci odegrała ta szczupła dziewczyna. To ona właściwie jest bardziej u siebie niż on. Widzi stan domu, przywiązanie dzieci, uświadamia sobie to wszystko i budzi się w nim wdzięczność dla tej młodziutkiej niewolnicy, która musiała przejąć obowiązki matki i pani domu. Jest od niej prawie dwa razy starszy. W pewnym momencie pada (autentyczne!) przed nią na kolana i błaga, żeby nie opuszczała jego dzieci, domu i jego samego. Prosi w imieniu dzieci, by je ocalić od powtórnej straty matki. Ona ich nie urodziła, ale one o tym nie wiedzą. Niech Wanda się zastanowi, czy może wymazać ze swego życia te lata, które im poświęciła w najgorszym okresie? Ona go pyta, czy może zapomnieć, co z jej rodziną zrobili jego pobratymcy?
On broni się: nie odpowiada za całą wojnę. Po pewnym czasie dziewczyna wyraża zgodę na małżeństwo z nim. Mimo tej decyzji myśli wciąż o swoim domu, o rodzinie. Matka, dwie siostry i dwie wdowy po zabitych braciach nic o jej losie nie wiedzą. Pięć kobiet czeka na powrót wywiezionej przed laty dziewczynki. Tylko ona wie, że nie jest tą, na którą czekają. Ze strachem – bo zdaje sobie sprawę z tego, że połączyła swoje życie z wrogiem – decyduje się w 1947 roku na pierwszy list.

Opisuje w nim swoje dzieje. Odpowiedź jest natychmiastowa i bezpardonowa: Cała nasza rodzina wyklina cię i nie chce mieć z tobą nic wspólnego! Ojciec i bracia oddali życie za ojczyznę, a córka, która była tego świadkiem, łączy swoje życie z wrogiem? Niech będzie zapomniana… To był dla niej cios, który spowodował, że zamilkła na długie lata.
Żyć z piętnem wyklętej przez rodzinę nie było lekko, mimo iż mąż okazał się oddanym człowiekiem, dzieci ją ubóstwiały, uważały za swoją matkę. Mijają lata. Rodzi dwóch własnych synów. Jest szczęśliwa w życiu rodzinnym. Czasem tylko myśl o najbliższych, którzy ją wyklęli, nie pozwala jej zasnąć. W wyobraźni przeżywa życie sióstr. Czy wyszły za mąż? Czy mają dzieci? Czy matka nie choruje? Piętnaście lat po pierwszym liście pisze następny. Już przestała liczyć na odpowiedź, kiedy nadszedł list od najmłodszej siostry. Ona nie ma do niej takiej urazy jak reszta rodziny, a po śmierci matki czuje potrzebę kontaktu z siostrą… Nawiązują korespondencję, wymieniają fotografie, opisują swoje mieszkania. Wanda decyduje się na podróż ze swym mężem do rodzinnego miasteczka. Widzi się tylko z młodszą siostrą. Reszta rodziny nadal nie chce jej znać.

Dwaj przybrani synowie są już dorośli i w ocenie Wandy lepsi dla niej niż jej rodzeni. Ci wyrośli w dobrobycie i pokoju, są egoistami, nie zapłacili żadnej ceny za swe życiowe szanse.
Od czasu kiedy usłyszałam tę historię, minęło kilka lat i w życiu ludzi mogło się wiele zmienić. W tym streszczeniu może się to wydać ckliwą i banalną historyjką, ale ponieważ zdarzyło się to naprawdę, dla mnie wciąż istotne są pytania, jakie się z tym wiążą. Czy dziewczyna miała moralne prawo, by mimo tragedii swej rodziny tak ułożyć sobie życie?
Czy fakt, że była niewolnicą swego losu, nie zwalniał jej od wyrzutów sumienia wobec niemieckich dzieci? Czy pamięć o rodzinie nie powinna przeważyć nad odruchem humanitaryzmu? Może wybrała łatwiejsze wyjście, wiążąc się z tym Niemcem? A z drugiej strony, czy rodzina w Polsce miała prawo tak ją potraktować, nie wnikając głębiej w dramat wyboru Wandy? Zastanawiam się, czy ta najmłodsza siostra, nawiązując łączność z Wandą, nie złamała zakazów rodzinnych powodowana nadzieją na dolarowe dowody rodzinnych więzi. Czy wolno jej było złamać ten zakaz? Wiele jest pytań, ale żeby na nie móc odpowiedzieć, trzeba by zgłębić nie tyle same fakty, ile stany emocjonalne, które o tych faktach decydowały. Muszę się przyznać, że mając za sobą ogromną tragedię osobistą z czasów okupacji, często nad tym rozmyślam i dotąd nie znalazłam ostatecznej odpowiedzi na żadne z tych pytań…” Poprosiłem mą korespondentkę, by postarała się skontaktować mnie z rodziną niewolnicy swego losu. Po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź, że rodzina nie zgadza się na spotkanie.

Andrzej Mularczyk
Polskie miłości 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.