— Pana współpracownik opowiadał mi o pana zasługach, że pana ówczesny zastępca był pół-Żydem, że pewne pismo żydowskie nazwało pana „białym krukiem w czarnym mundurze” i że jako ekspert Reichsführera Himmlera zaopiniował pan, że partyzantów norweskich w mundurach alianckich należy traktować jako żołnierzy, i że to ocaliło wiele istnień ludzkich. Panie profesorze, ta ekspertyza była przede wszystkim dobra dla Trzeciej Rzeszy, ponieważ łagodziła jeden ze zbrodniczych absurdów, który tylko wzmagał opór i przyśpieszał waszą klęskę. Ale jakiż pan stawiał warunek: mundury! Wyobraźmy sobie partyzantów norweskich chodzących przed gmachem Gestapo w Oslo w mundurach angielskich… Ale ja przyjechałem w sprawie najstraszliwszej broni, jaką kiedykolwiek wymyślono, groźniejszej niż bomba atomowa, i mimo pozorów, okrutniejszej. Myślę o masowej sterylizacji. Byłoby to zabicie wszystkich pokoleń w przyszłości, wszystkich, którzy mogliby się kiedykolwiek narodzić, starcie całych narodów. Streszczę panu dokument, który znam. W jednym z niemieckich pism medycznych w roku 1941 zostały opublikowane rezultaty badań niejakiego doktora M. nad sokiem tropikalnej rośliny Caladium seguinum. Powoduje on zupełną bezpłodność. Artykuł ten znalazł późniejszy oskarżony w jednym z procesów norymberskich doktor Pokorny. Uznał ją za „nową, skuteczną broń”. „Wróg musi być nie tylko pokonany, ale i zniszczony” — napisał do pana. Chcąc bowiem uruchomić sterylizację narodów Wschodu, zwrócił się do pana jako do najpewniejszego kanału, żeby ominąć drogę służbową i dotrzeć natychmiast, bezpośrednio do Heinricha Himmlera.
Gdy to mówię, spostrzegam, że profesor doktor Hoehn najpierw zaczyna lekko podrygiwać, potem twarz mu się rozjaśnia, jeszcze chwila i wybucha radosnym, wesołym śmiechem.
— Cha, cha — zaśmiewa się profesor Hoehn — pan wie, że ten Pokorny, co pisał ten list, to wariat? Gdyby pan go widział! To była mała gnida! To nie był człowiek, a mała kiełbaska! Później dowiedziono, że to był typ nienormalny.
— Na tle współczesnej polityki to właśnie było normalne. Najlepszy dowód, że przekazał pan pismo Himmlerowi.
— Nic z tym nie miałem wspólnego. To przyszło do mojego sekretariatu, oni to odesłali bez mojej wiedzy. Będzie wielką dewaluacją pana książki, jeśli pan potraktuje to poważnie. Za wielki zaszczyt, jak Pokorny zobaczy z nieba, że z małej kiełbaski robi pan wielką szynkę.
— Interesujące jest, że to pana tak śmieszy.
— Jakiś malutki lekarzyna prowincjonalny, zielarz, snuje jakieś wariackie brednie. Zwariowany bezsens. Teraz też tacy istnieją.
— Ma pan rację — odpowiadam — doktor M. obecnie jest najsłynniejszym homeopatą Niemiec Zachodnich i ma jedną z najpotężniejszych firm farmaceutycznych. W tym nie ma nic śmiesznego, że były one rozważane z całą powagą, jak inne bronie biologiczne.
Profesor Hoehn poważnieje:
— Ile pan ma lat? — pyta mnie.
— Czterdzieści trzy — odpowiadam.
— To okropne, ludzie, którzy dziś o tych sprawach piszą, nie są w stanie znać różnych związków, faktów.
— O czym pan mówi w tej chwili?
— Z początku, gdy przyszedł führer, była pewna koncepcja. Trzeba by badać, co było zaplanowane wtedy, i co postanowiono potem, kiedy zdecydowano się prowadzić wojnę z Francją i Rosją. Kiedy patrzy się z odległości na przeszłość, wtłacza się wszystkie okresy w jeden schemat.
Włącza się pan Schuetze:
— Miałem awantury z ojcem, w młodości nie mogłem mu wybaczyć, że w tym uczestniczył. On mi odpowiedział: „Ty nie rozumiesz, to były takie czasy”.
— Był pan współpracownikiem i przyjacielem Heinricha Himmlera — zwracam się do Hoehna.
— Znajomość trwała do pewnego czasu, potem się skończyła. To był dziwny, komiczny człowiek. On miał… (Hoehn przerywa, brak mu słów) …on był… (Znów nie może sformułować myśli i scharakteryzować Himmlera). Jeśli siedziało się naprzeciw niego… (robi gest w moim kierunku, siedzę bowiem naprzeciw Hoehna) …miało się wrażenie, że jest skromnym, poważnym nauczycielem. Był oczytany. Dużo czytał. To pierwsze wrażenie. Ale kiedy się zaczynało z nim rozmawiać naprawdę, jego widzenie nie było głębokie. Przytoczę panu jedną z naszych rozmów, którą zapamiętałem szczególnie. Himmler pyta mnie, dlaczego nie wystąpię z Kościoła, ja zarzucam mu, że i on jest fideistą, bo po cóż mówi nad grobem towarzysza, że „on patrzy na nas z nieba”, na co on zasępia się i mówi: „Tak, my jesteśmy ciągle niedoskonali. Jeśli istnieje nieśmiertelność, to tylko ta, że żyjemy w naszych dzieciach”. Odpowiadam mu: „Cóż to za życie, jeśli syn będzie bandytą, a córka kurwą?”. Himmler nie wiedział nic o religiach świata, nie orientował się, skąd pochodzi jego własny pogląd o „życiu w dzieciach”. Kieruję rozmowę na buddyzm, na zen. Himmler był uważnym słuchaczem. Zwracam mu uwagę, że skoro jest świadomym zaryjszczonym Aryjczykiem, powinien znać Bhagawatgitę, pomnik kultury aryjskiej. Himmler przyznaje się, że nie zna. Telefonuję do księgarni i każę wysłać; wysłali. Po pewnym czasie wraca w naszej rozmowie temat religii. Pytam, czy przeczytał te książki. „Tak — zapala się Himmler — ten buddyzm, wisznaizm, to niezwykła sprawa. Czy tego nie można wprowadzić jako religię dla SS?”. Osłupiałem: „Chciałby pan w Kancelarii Rzeszy stać w mundurze SS z miseczką na ryż i prosić o grosze?”. Himmler się nie obraził. Mówię więc: „Jakąś wielką karmę musiał pan wziąć na siebie jako Reichsführer- -SS”. Na to Himmler: „Jeden musi wziąć tę karmę i ja to właśnie zrobiłem”. Jego mania spirytualistyczna, duchowa, splatała się z manią militarystyczną. Cierpiał, okropnie cierpiał, że tak mało germańsko wyglądał. To nie były żarty, to było cierpienie, które przeradzało się w to, że czuł niższość wobec byle żołnierza, i dlatego wszystko robił tak skrajnie. Wierzył, że w ciągu trzech generacji wyhoduje rasę blondynów z niebieskimi oczyma. Gdyby spojrzał na pana, zaraz pan by odczuł, że myśli, co i kiedy dałoby się wyhodować z pana…
Hoehn przygląda mi się badawczo.
— Pana oceniłby nienajgorzej, że może już w drugim pokoleniu… Raz mówi do mnie: „Musimy podnieść prestiż nieślubnych matek. Trzeba je popierać, wchodzimy w ostatnią bitwę, może wtedy nam zabraknie trzech dywizji, które można by stworzyć z tych nieślubnych dzieci”. Innym razem w samym ogniu wojny pojechał zobaczyć grób Hunów i cieszył się, że wszyscy mają długie czaszki. Była tam też czaszka psa. Himmler powiedział: „To jest ksiądz, który ich nawracał na katolicyzm”. Przy tym drobnomieszczański styl, gust, szczotka na głowie, te jego sentencje: Rosja to był „wschodni wieloryb”, „nikt, kto pił alkohol, nie powie mi, że drugiego dnia jest mu lepiej”. Himmler żył w przekonaniu, że mechanizm dziejów to walka dobra ze złem — brunetów z blondynami. Była to ucieczka od rzeczywistości — do sag, mitów. Jak się z nim rozmawiało, wiedziało się, że jest jeszcze druga strona, której on nie dał rozmówcy poznać i której ja osobiście nie poznałem nigdy. Prywatnie Himmler MIAŁ DUŻO SERCA. Pisał bardzo, bardzo miłe listy urodzinowe. Kiedy poznał moją żonę, był iście po kawalersku szarmancki. Co dwa mniej więcej miesiące otrzymywałem zaproszenie do wspólnego z nim obiadu. Kiedy spotkaliśmy się w czasie wojny, powiedział, że po zwycięstwie da mi, jaki tylko zechcę, majątek. Mówił: „My jesteśmy nowi ludzie, musimy być czyści, zwalczać przestępstwa”. Dlatego gdy się pisze książki o Himmlerze — powiedzą to panu wszyscy, którzy go znali, zresztą coraz ich mniej, bo wymierają, i wymrą niedługo — więc gdy się pisze książki o Himmlerze jako o krwawym psie — to nie jest to Himmler. Świat Himmlera, świat nierealny, utopijny, był tak dziwny, że dziś normalny człowiek powiedziałby, że to śni. Był to świat dziwnie rozdwojony. On w obie strony tego rozdwojenia szedł bardzo daleko. Do dziś myślę o nim — jako o nich, ponieważ Himmler to byli dwaj ludzie.
— Jaki był ceremoniał obiadów u Himmlera? — pytam.
— Zaczynały się o pierwszej. Były najskromniejsze ze skromnych. Były tak proste, że aż prostackie. Nigdy się człowiek nie mógł najeść. To było menu nauczyciela ze wsi. Wołowina z kartofelkami; nigdy nie podano wina.
— W jakim wcieleniu może żyć teraz Himmler? — pytam Hoehna.
— Nie żyje w swoich dzieciach. Może fazę świni i psa przebył… Może… w prymulce?
— Trzeba zniszczyć wszystkie prymulki — odpowiadam.
— Tego proszę nie notować. Żeby pan wszedł w tamtą atmosferę i przekonał się, jakie listy adresowano do mnie, opowiem panu, że napisały do mnie dwie kobiety, że chcą być zapłodnione przez führera i mieć od niego dziecko. Odpisałem, obracając w żart, że owszem, ja mogę je zapłodnić. Proszę sobie wyobrazić, przyjechały. Liczyły, że może tak znajdą protekcję. Były okropnie brzydkie. Pisały jeszcze wiele razy, upierając się przy swojej manii, jakby chciały być zapłodnione przez Boga.
— Kompleks Matki Boskiej? Trzeba było kazać je aresztować. Skoro były brzydkie, była to obraza wodza — mówię. — Przepraszam, że zepsuję nastrój i powrócę do poprzednich wątków. Jest pan twórcą formuły, że państwo faszystowskie „nie będzie rządzone, lecz dowodzone”. Jeszcze w 1944 roku napisał pan: „przysięga wodzowi obowiązuje nie tylko, kiedy wódz żyje, ale także poza jego śmierć”. Minęło prawie dwadzieścia osiem lat od śmierci wodza. Jest pan wierny temu, co pan wtedy napisał?
— Oczywiście nie — śmieje się profesor.
— Dziękuję za rozmowę — mówię.
— Zapraszam na obiad. Zje go z panem szef od public—relations — uprzedza mnie Hoehn i dodaje: — To będzie lepszy obiad niż u Himmlera, zapewniam. À propos — dodaje. — Była tu delegacja z Polski. Mój instytut bardzo im się podobał. Profesor F. zaprosił mnie do was.
— I przyjął pan zaproszenie?
— Nie.
— Dlaczegóż to?
— Brak czasu. Wyślę pana Schuetze.
Żegnamy się.
***
(...)
— Kobiety też walczyły. Jedna kobieta, strzelec wyborowy, broniła sama jedna jakiegoś banku, chyba Polskiego.
— Wrócę do dzieci.
— Dzieci też walczyły. Jest wiele książek polskich, albumów, niektóre tu mam i zaraz mogę je wyjąć, są tam zdjęcia dzieci uzbrojonych w granaty, a nawet pistolety maszynowe. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie zdarzały się wypadki, że strzelano do dzieci nieuzbrojonych, myśląc, że są uzbrojone.
— Czyli potwierdza pan, że strzelano do nieuzbrojonych dzieci?
— Żołnierze opowiadali: „Dzieci do nas strzelają, więc my strzelamy do dzieci”.
— A egzekucje?
— Ja potępiam te egzekucje nie od dziś, ale wtedy także. Dochodziły mnie meldunki i wtedy odwoływałem egzekucje, ale tylko wtedy, gdy dochodziły mnie meldunki.
— Generale Reinefarth, pańskie nazwisko zostanie na zawsze symbolem czegoś straszliwego, od czego nie uwolni pana uniewinniający wyrok żadnego sądu. Jak pan to przyjmuje?
— Jest ustalone, że 5 i 6 sierpnia 1944 roku zdarzyły się różne rzeczy, o których ja nie wiedziałem, a których dokonały oddziały, które były już przedtem. Przestępstwa wojenne zostały dokonane, to jest ustalone, ale ja to wiem z przewodu sądowego. Byli to ludzie Dirlewangera i Kamińskiego, którzy myśleli, że nadeszła godzina zemsty. Ale przecież Bach kazał Kamińskiego rozstrzelać, poza tym wystąpił do Himmlera z wnioskiem o cofnięcie masowych rozstrzeliwań ludności.
— Obaj wiemy, że Kamiński nie za 5 i 6 sierpnia został rozstrzelany. Co do meldunku von dem Bacha, to uderza motywacja: że rozstrzeliwania wzmagają opór i solidarność ludności, że mogłyby doprowadzić do rozluźnienia dyscypliny wojskowej i że panowie nie mają wystarczającej ilości amunicji, by zabić milion ludzi. Motywacja, nazwałbym ją: techniczna.
— Ten list napisał von dem Bach, a nie ja. Postawił na czele kwestie techniczne, a nie ludzkie, bo inaczej Himmler by go nie zrozumiał, nie zostałby przekonany.
— Po prostu Himmler nie zrozumiałby, o co chodzi?
— Nie wiem, ale przez to nie chcę powiedzieć, żebym kiedykolwiek od Himmlera otrzymał rozkaz rozstrzeliwania ludności, która nie walczy.
— Czy mówi panu coś nazwisko Lurie?
— Nie.
— Nie przypomina sobie pan tego nazwiska z akt?
— Moje akta mają około 70 000 stron.
— Pani Lurie była w ciąży. Pańscy podkomendni zapędzili ją w grupie kilku tysięcy na podwórze fabryki na Woli wraz z trojgiem małych dzieci. Trzymając się za ręce podeszli do ściany. Dzieci zginęły od salwy, ona, ranna, wygrzebała się w nocy spod stosu trupów. Potem urodziła dziecko, które przeżyło w jej łonie śmierć rodzeństwa.
— Jest różnica między prawem polskim a niemieckim. Niemieckie uznaje winnym tego, kto wydał zbrodnicze rozkazy lub nie ingerował, jeśli wiedział o zbrodniach. W polskim prawie dowódca odpowiedzialny jest za wszystko, co wydarzyło się na obszarze dowodzenia, nawet jeśli o tym nie wiedział.
— Zna pan prawo polskie?
— Nie. Mój sędzia śledczy zna i on mi to wytłumaczył.
— Wspomniał pan o Himmlerze. Był pan jego podkomendnym.
— Tak, ale bliżej poznałem go pod koniec 1944 i na początku 1945 roku.
— W jakich okolicznościach?
— Był moim dowódcą w Górnym Renie.
— Jakim go pan pamięta?
— Bardzo ciężko go scharakteryzować. Osobiście, zaznaczam, osobiście, nie zauważyłem niczego, co dawałoby podstawę, żeby go nazwać krwawym psem, choć nie twierdzę, że tak nie było. W Górnym Renie — zaznaczam, nie dotyczyło to mordów, tylko sytuacji wojskowej — gdy zaprzeczyłem zdaniu Himmlera, on zmienił rozkaz. Miał skłonność do przesady, wyolbrzymiania lub miniaturyzacji, niewidzenia. W Norymberdze pytano mnie o to samo, o co pan pyta. Odpowiedziałem to samo. Nie miał poczucia humoru i trudno było z nim dyskutować. W momencie, kiedy otrzymałem od Himmlera rozkaz: „zakończyć powstanie w Warszawie”, nie miał on pojęcia o jego sile i potędze. Dał mi jeden batalion policji porządkowej i jeden batalion Wehrmachtu i z tymi dwoma batalionami kazał mi w czterdzieści osiem godzin stłumić powstanie. To ukazuje jego wyobrażenie o tym powstaniu.
— Gdy przybył pan do Warszawy, co pan zobaczył?
— Pojechałem do dowództwa 9. Armii, tam powiedzieli mi, jak jest, i powiedzieli, że to, czym rozporządzam, to trochę za mało, i te dwie doby. No i trwało to dwa miesiące. Opowiem panu o tym piekle — „casus przekładanego ciastka”. Niemcy atakują pięciopiętrowy dom. Wypierają powstańców ku górze, zajmują parter, pierwsze i drugie piętro. Wtedy nadchodzą Polacy. Atakują Niemców od parteru, odbierają go, wypierają nas wyżej, zajmują pierwsze piętro. Niemcy, naciskani od dołu przez powstańców, zabierają ich kolegom trzecie piętro. Potem przychodzi odsiecz niemiecka, która atakuje parter. Ma pan przekładaniec: Polacy — Niemcy — Polacy — Niemcy.
— Co jeszcze pan zapamiętał, co chciałby pan powiedzieć?
— Dostałem ataku czerwonki. Leżałem w swojej kwaterze. Zameldował się oficer, komunikując, że jego oddział po wielodniowych walkach zajął kościół, gdzie znalazł jakąś relikwię, i oficer postawił przed moim łóżkiem skórzany futerał. Na futerale było na małej plakietce nazwisko. Kazałem go postawić na szafie. Arcybiskup Warszawy był poza Warszawą i von dem Bach nawiązał z nim kontakt, ale arcybiskup powiedział, że nie ma świętego o tym nazwisku. Wtedy otworzyłem futerał, w środku było naczynie. Okazało się, że nazwisko na futerale należało do jego fabrykanta i było reklamą firmy. Nazwisko na naczyniu brzmiało „CHOPIN”. W mgnieniu oka przypomniał mi się, bo zawsze pasjonowałem się muzyką i sam gram, testament Chopina: „Ciało w Paryżu, serce w Warszawie”. Chopin w sercu został Polakiem.
— Co pan gra? Jaki jest pański repertuar?
— Beethoven, Mozart. (Po chwili). Nie byłem w Warszawie nigdy przedtem i nie widziałem Warszawy niezniszczonej. Gdziekolwiek wchodziliśmy, była zburzona. Mój sędzia śledczy, który nigdy nie był w Warszawie, po przewodzie sądowym mógłby się poruszać z zamkniętymi oczyma po Warszawie.
— Po Warszawie, której nie ma, bo pan ją zburzył. Pan, panie Reinefarth, nie może znaleźć się w tym mieście, w Polsce.
— Sam nie zrobiłbym tego.
— Dlaczego?
— Żeby swoją obecnością nie jątrzyć starych ran. Nie byłbym mile widziany.
— To byłoby dla pana niebezpieczne. Wie pan, że Warszawa jest odbudowana?
— Tak, oczywiście. Czytam o tym, widziałem masę zdjęć.
— Pańskie dzieło zostało unicestwione, Warszawa jest piękna.
— Moim przeznaczeniem w życiu było widzieć ruiny. Ruiny i ruiny. Takie przeznaczenie. Pewnej nocy, kiedy szliśmy ulicami, usłyszałem, że w ruinach ktoś gra na fortepianie, i to znakomicie. Poszedłem w tamtym kierunku. W domu całkowicie odkrytym, odsłoniętym z muru — jedyne, co ocalało, to był fortepian. Przy nim siedział niemiecki pułkownik i grał. Wysłałem adiutanta po skrzypce, które zawsze woziłem ze sobą, i zagraliśmy razem.
— Jaki utwór?
— Nie mogę sobie przypomnieć. Musieliśmy obaj dobrze go znać, bo graliśmy bez nut. Było ciemno.
— A pożary?
— W ich świetle nie dostrzegłoby się nut.
— Czy była to pieśń triumfu?
— Nie!…
Reinefarth jest poruszony pytaniem, daje mi do zrozumienia, że wątpi, czy go rozumiem.
— …To było z czystej miłości do muzyki. Pragnienie, by usłyszeć coś innego niż działa.
— Czy słyszał pan o polskim poecie Norwidzie i jego wierszu „Fortepian Chopina”?
— Przyznam, że nie.
— Zostawmy to. Scena, którą pan opisał, to czysta literatura. Ale czy to nie potworne, że mówi się o sercu Chopina, o muzyce, wobec setek tysięcy pomordowanych?
— Tak jest w życiu. Takie sprzeczności są częste. Dwa kilometry od zachodniej linii walk w Warszawie spotkałem bryczkę weselną, trzy minuty od frontu — on w czerni, ona w bieli, dwa konie, jak w najgłębszym pokoju, musiałem dwa razy spojrzeć, żeby uwierzyć. Wymyślić tego nie można, trzeba to przeżyć.
— Nie bali się?
Generał Reinefarth bierze czarno-zielone pudełko cygar i generalskim gestem, jakby był w sztabie i jeszcze oblegał Warszawę, kładzie je na teczce z aktami:
— To jest Warszawa (generał sunie palcem po konturze pudełka), a tu wokół zupełna cisza. (Przesuwa płasko dłoń po teczce).
— Pan nie zrozumiał mnie. Nie walki budziły lęk, ale widok panów w mundurach SS.
Reinefarth wraca do poprzedniego tonu, zamyka się w sobie:
— Nie znam stosunków w GG, nie byłem tam przedtem.
Podnoszę się lekko z miejsca i zapisuję nazwę cygar: Brasil.
— Interesuje pana marka cygar? — pyta Reinefarth. — Proszę — podaje mi pudełko.
— Dziękuję, zanotowałem pański gest, te cygara przedstawiały w pana rękach miasto, które pan atakował, a w którym ja mieszkam. Jak pan żyje? Jakie jest pana życie?
— Jestem adwokatem. Pracuję dużo, jak na moje siedemdziesiąt lat. Dopóki człowiek może pracować, nie staje się stary. To jest mój właściwy zawód i uważam go za najpiękniejszy. Generałem policji byłem niedługo.
— W Polsce mówi się, że ma pan piękny ogród.
— Piękny? Składa się z paru drzew i łąki.
— Jakie są to drzewa?
— Trochę krzaków bzu, parę jabłonek, jedna wiśnia, jedna grusza, to wszystko.
— Wygląda pan młodo, jak na siedemdziesiąt lat, ale czas idzie szybko. Czy wobec wieczności, czegoś niezbadanego, co jest poza nami — czy wraca pan myślą do swojej przeszłości, do wojny?
— Jak spotykam ludzi, którzy walczyli, bo tak tu w Niemczech ludzie nie mówią dużo o wojnie, nie lubią mówić o wojnie.
— To zmiana. Kiedyś było inaczej.
— Boże! Czy kiedykolwiek jakiś naród, ci, którzy chodzą po ulicy, ci, co dają się zastrzelić, chcą wojny?
— Czy tę wiedzę zdobył pan jako wyższy dowódca?
— Skąd mogę wiedzieć, skąd ja to wiem?
— Dlaczego osiadł pan na wyspie Sylt?
— Jedyna rzecz, jaka została mojej rodzinie, to domek na Sylt.
— Stracili państwo coś na wschodzie?
— W Cottbus koło Berlina. Tu był domek na wakacje, teraz jest głównym domem.
— Czy ma pan pamiątkowy mundur generalski?
— Nie. Musiałem go oddać, kiedy dostałem się do niewoli. Został zamieniony na jeniecki: ufarbowany na czarno amerykański mundur.
— Jak wysoką pensję pobierał pan jako generał SS i policji?
— Pod koniec 1600 marek.
— To było dużo. Za dwa miesiące to wypada 3200 marek?
Reinefarth, nie rozumiejąc, odpowiada:
— Tak, to było bardzo dużo. Można to było wszystko oszczędzić, ale nic nie można było kupić. Jako żołnierz nic nie wydawałem, wszystko gromadziło się w banku, zbierało i zbierało, aż wszystko przepadło.
— Ile przepadło?
— Nie wiem, nie byłem w domu. Po wojnie szukałem pracy, na początku obrabiałem kamienie bazaltowe na lotnisku, byłem pomocnikiem ogrodnika, to było trudne, bo nie rozróżniałem kwiatów. Pocieszeniem było to, że to nie żołnierka.
— Dużo ludzi na całym świecie jest przekonanych, że wy, byli oficerowie SS, tworzycie dziś podziemną organizację.
— Nie sądzę. Ale jeśli taka organizacja istnieje, jest znana wywiadowi niemieckiemu. Ja na skutek tych dwudziestu lat procesu, najdłuższego, o jakim słyszałem, miałem zawał. Ale zaszkodziło mi nie tyle postępowanie toczące się przeciw mnie, ciągła niepewność przez tak długi czas — ile że musiałem patrzeć, jak przeżywa to żona. Ona nie wiedziała nic poza tym, co ja jej opowiadałem, i nagle ją to uderzyło, i przez dwadzieścia lat ona ciągle żyła tym, tą niepewnością, co ze mną się stanie. To ją „wzięło”, obciążyło psychicznie. Tak samo dzieci głęboko przeżywały. Z kolei ja przeżywałem to, że oni tak to przeżywają.
— A te 35 tysięcy z dni 5 i 6 sierpnia, bo po to przyjechałem, żeby panu je przypomnieć? Niech pan wskaże winnych, kogo pan obwinia, skoro nie siebie.
— To nie jest ustalone w liczbach. Nie wiadomo do dziś dokładnie, jakie oddziały rozstrzeliwały. Nie wierzę w 35 tysięcy, bo to nawet technicznie było niemożliwe, za mało było ludzi po naszej stronie, a przecież tam walczono i ci ludzie nie czekali, trzeba byłoby ich chwytać.
Wróciliśmy do punktu wyjścia. Jest dokładnie godzina piąta. Patrzymy na zegarki. Reinefarth mówi:
— Ponieważ była mowa o dwóch godzinach rozmowy, tyle zarezerwowałem czasu.
Wychodzimy przez biuro. Reinefarth mówi:
— U mnie taki sam labirynt jak w Warszawie, oczywiście, jaki był wtedy dla mnie. Pogodę na drogę będziecie mieli nienajlepszą. Morze niespokojne. Do widzenia.
***
— Zgoda. Nazwę to, że miał wiadomości. My w tajemnicy przeciwstawialiśmy się teoriom rasowym, które wyrządziły nieobliczalne szkody. Moc, prężność nie zależy od rasy i klasy. Podgrupa „C” wydała broszurę pt. „Podczłowiek”, o narodach słowiańskich, mierzącą w Rosjan, i moja podgrupa „D” po jednym dniu dystrybucji ją wycofała, ponieważ godziło to w godność generała Własowa. Potem długo dyskutowałem z generałem Własowem, chcąc naprawić zło wyrządzone przez broszurę. Zresztą w tej rozmowie nie odrzucałem pojęcia nadczłowieka, ale w klasycznym nietzscheańskim sensie. To Himmler ujrzał ludzi jako zwierzęta czy rośliny różnych gatunków.
Następuje jeszcze jeden nawrót do Himmlera, wydaje się on fascynować dawnych podwładnych bardziej niż Hitler.
— Himmler to był Bawarczyk, nie znał Wschodu, nie rozumiał go, był agronomem, miał ciągle nowe pomysły, od manufaktur po ziołolecznictwo. Przecież on kazał założyć ogród ziołowy SS.
— Co hodowano?
— Rycynusy, coś jeszcze.— Wyhodował rośliny, wyrosłe na trupach ludzkich.
— Nie wiem. Chyba raczej nie uznawał nawozów sztucznych. Pasjonował się średniowieczem, archeologią. On wolałby nie zabijać, a zmieniać wszystko, wychować, przerobić, skrzyżować z innymi. Bawarski kierownik szkoły. Wygląd i dusza drobnomieszczanina. Wygląd normalny. Patrząc na niego, nikt, nie tylko ja, nie mógłby przypuścić, że dokonał mordu na milionach ludzi. Absolutna władza korumpuje absolutnie.
Krzysztof Kąkolewski
Co u pana słychać?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.