Brandstaetter – Przypadki mojego życia

Wybór 

Neoscholastyka

Ongi była to metoda scholastyków, którzy przechadzając się po klasztornych krużgankach, zawiązywali coraz to nowe węzły na powrozach opasujących ich zakonne suknie. Potem, gdy zagadnienie wolności stało się zagadnieniem najważniejszym i nader złożonym, niecierpliwi naprawiacze ludzkości poświęcali się nauce gromadzenia — w najdogodniejszych warunkach — roju aniołów na końcu rozpalonej do białości szpilki.

Stary mężczyzna na plaży

Jest koniec kwietnia, nad morzem jest jeszcze chłodno.
Stary mężczyzna przychodzi codziennie rano na pustą plażę, patrzy przed siebie, po czym przechadza się nad brzegiem mo­rza. Siedzę go z okna mojego hotelowego pokoju. Dzisiaj nie przyszedł. Czekałem przez dłuższą chwilę, a gdy się nie zjawił z żalem odszedłem od okna, uboższy o jeszcze jednego czło­wieka, który na przekór mojemu pragnieniu nieodwołalnie od­dalił się ode mnie.

Na moście w Mostarze

Na moście w Mostarze wśród gromady cudzoziemskich gapiów stało dwóch młodzieńców: jeden nagi, smagły, w kąpie­lowej przepasce na biodrach, nacierał ciało oliwą, drugi w ko­lorowej koszuli i w dżinsach głośno zachwalał sportowe zalety swego przyjaciela, doskonałego pływaka, który za sto dinarów gotów jest skoczyć z mostu z wysokości pięćdziesięciu metrów w spienione nurty Neretwy płynącej wartko skalistym kanio­nem. Widzów chętnych zobaczenia niecodziennego widowiska było wielu, ale mimo wysiłków obrotnego impresaria tylko nieliczni spośród nich składali na jego ręce datki dla odważ­nego pływaka. Ponieważ Neretwa pełna jest u podnóża mostu utajonych i niewidocznych mielizn i tylko w jednym miejscu jej głębia sięga kilku metrów, skok do rzeki jest przedsięwzię­ciem wielce ryzykownym, i jedynie od celnego oka i zręczności pływaka zależy bezpieczne wykonanie salta w sam środek głę­biny. Jak mi opowiadano, już niejeden niedoświadczony śmia­łek roztrzaskał się o zdradziecką mieliznę. Ale mimo tylu spodziewanych emocji, mogących przyprawić o dreszcz widzów spragnionych mocnych wzruszeń, tylko niewielu spośród nich — jak wspomniałem — kwapiło się do złożenia datku. Pły­wak, natarłszy się oliwą — czynność tę wykonał niezwykle starannie — wyprostował się, odgarnął z czoła kruczoczarne włosy i spytał impresaria:
— Ile?
— Pięćdziesiąt dinarów — odparł smutnie młodzieniec w dżinsach. — Będziesz skakał?
Pływak obrzucił widzów lekceważącym spojrzeniem, wzru­ szył ramionami i machnąwszy niedbale ręką, rzekł tonem nie ukrywanej wyższości:
— Będę...
Stanął na kamiennej poręczy mostu, wyprostował się, po­ chylił ku dołowi i jak błyskawica skoczył w zieloną przepaść.
Na moście zerwała się burza oklasków. Pływak podpłynął do brzegu, wdrapał się na skałę, a chociaż oklaski wciąż trwały, szedł powoli pod górę, pogardliwie odwrócony plecami do za­chwyconych widzów.

Kamienny księżyc

Idę przez kamienny most w Mostarze, rozpięty nad rzeką Neretwą. Śliskie i wytarte kamienie, którymi most jest wybru­ kowany — mieszkańcy nazywają go kamiennym księżycem — mają barwę starej kości słoniowej. Zbudował go w szesnastym wieku architekt Hajrudin na rozkaz Sulej mana II. Sułtan po­ stawił warunek, że most przerzucony przez skaliste i strome brzegi, porośnięte oliwkami, piniami i krzakami oleandrów, nie może posiadać przęseł, przy czym zagroził budowniczemu śmiercią, gdyby nie wywiązał się ze swojego trudnego zadania.

Hajrudin przez długich dziesięć lat budował most, a gdy wresz­cie udało mu się skończyć budowę, która jak zmora ciążyła nad jego życiem, przerażony groźbą Sulejmana, nie czekając na jego osąd, uciekł w góry, albowiem jak każdy prawdziwy artysta nie wiedział, czy stworzone przez niego dzieło jest do­ bre czy złe.

Pascal

Podczas przejażdżki po jeziorze wpłynąłem między gęste szuwary. Łódź dziobem zaryła się w sitowie i ścięła kilka trzcin, które upadły na jej dno. Podniosłem jedną z nich i przypomniawszy sobie Pascala, ze współczuciem śledziłem kroplę wody, ściekającą po złamanej łodydze.

Medytacje na marginesie „Myśli” Pascala

1. Był pyłkiem uwięzionym w czasie i przestrzeni, których nie wybrał ani nie pożądał, i za którymi nigdy nie tęsknił. Teraz unosi się w słonecznej smudze, wpadającej przez okno do wnętrza pokoju. Wystarczy je zasłonić, a smuga zgaśnie, a wraz z nią zniknie pyłek doskonały i rozpadną się w gruzy czas i przestrzeń, których nie pożądał ani nie wybrał, i za którymi nigdy nie tęsknił.

Pyłek doskonały.

2. Piszesz, mistrzu, że wielkość człowieka jest wielka w tym, że zna swoją nędzę. Nie zawsze, Błażeju. Wielu z nas żyje tak, jakby miało żyć wiecznie. Spośród nich wywodzą się tyrani, nieświadomi swej własnej nędzy, którzy chcą uszczęśliwić ludzi wbrew ich woli. Godność człowieka rodzi się w chwili, gdy bu­dzi się w nim lęk metafizyczny. Tyran nigdy nie przeżywa lę­ków metafizycznych, gdyż uważa się za Boga nawet wówczas, gdy w Niego nie wierzy.

Błażeju, mistrzu, nie żyłeś w dwudziestym wieku.

3. Myśli Pascala należy czytać o zmierzchu, gdy lekki półmrok, zacierając nieco kontury naszych rozmyślań, nadaje im właś­ciwy wymiar i otwiera nieskończone przepaście, przerażające nas swoją głębią i wieloznacznością. To uczucie miał prawdo­podobnie na myśli Baudelaire w sonecie Otchłań:

Pascal miał swoją przepaść, która za nim szła.
Ach, wszystko jest przepaścią, czyn, żądza, sen, słowo!
Czuję, jak moje włosy stromo na głowie się jeżą
I jak wiatr przerażenia raz po raz je muska.
W górze, w dole, wszędzie głębiny,
Milczenie, przestrzeń straszliwa, przemożna...
Na dnie moich nocy mądry Palec Boży
Maluje nieustannie wielokształtny koszmar.
Boję się snu, jak inni boją się wielkiej czeluści,
Pełnej mglistych lęków, które prowadzą w nieznane.
Ze wszystkich okien widzę Nieskończoność...

Ten koszmarny lęk ogarnął mnie po przeczytaniu
Pascalowskiego zdania: „Jezus nie widzi w Judaszu swojego nieprzyja­ciela, ale rozkaz Boga, którego kocha, i daje temu świade­ctwo, skoro nazywa go przyjacielem...”

Czyżby Judasz był narzędziem Bożych rozkazów? Niedocieczona jest logika Pana i nie wolno jej mierzyć miarą bezradnej logiki ludzkiej, która jest jednowymiarowa i omylna. „Pascal miał swoją przepaść, która za nim szła...”
Każdy człowiek ma swoją przepaść, która za nim idzie...

Czas odzyskany

Anzelm dokonał w sobie niezwykłego odkrycia: stwierdził mianowicie, że coraz mniej zaprząta sobie głowę przyszłością, natomiast coraz częściej wraca myślami do przeszłości. Pod­czas gdy przyszłość kurczyła się w jego świadomości do krót­kich odcinków czasu, przeszłość przeobrażała się w bezbrzeżny żywioł, nieomal o transcendentnych wymiarach. Było to uczu­cie podnoszące na duchu, pocieszające i wzniosłe, i dzięki niemu Anzelm uwierzył, że cofając się w przeszłość nie tylko ją poszerza i wydłuża w piękną i szczęśliwą nieskończoność, ale odzyskuje czas, który ongi lekkomyślnie stracił.

W klasztorze San Marco we Florencji

Szedł pospiesznie sprężystym krokiem od celi do celi, jakby przeprowadzał inspekcję koszar. Nie wchodził do żadnej z ceł, lecz przystawał na progu, rzucał wzrokiem na fresk i natych­miast szedł dalej, do następnej. Po powrocie do domu — do Londynu, może do Edynburga, może do Glasgow — będzie opowiadał słuchającej go z ospałym napięciem rodzinie o fres­ kach Fra Angelica, które oglądał w klasztorze San Marco we Florencji.

Dobroczynna dłoń

Przed domem Bernarda da Quintavalle w Assyżu, przyja­ciela i ucznia świętego Franciszka, beztrosko drepcze gromada szarych gołębi. Są miłe i łagodne. Ale oto z piętra dobroczynna dłoń rzuca im okruchy chleba. Gołębie, chociaż są do­brze podpasione, drapieżnie rzucają się na pokarm, wyrywają go sobie z dziobów i zawzięcie walczą o każdy kęs. Nie rozu­miem, dlaczego te żarłoczne ptaki urosły do rozmiarów sym­bolu pokoju. Ale oto dobroczynna dłoń znika w oknie, a wte­dy gołębie natychmiast łagodnieją i beztrosko drepcząc po bruku są znowu symbolami pokoju.
Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

Pozostałości z czasów wojny

Mąż właścicielki mieszkania signory Stelli, od której odnajmowaliśmy w Rzymie dwa pokoje, był dobrotliwym i łagod­nym wariatem. Tylko niekiedy wpadał w furię. Tłukł talerze, a potem znowu był spokojny i łagodny jak dziecko.
Pewnego razu, po takim napadzie powiedziałem do Stelli:
— Dlaczego mąż się nie leczy?
— Jemu nic nie jest. On jest normalnym człowiekiem. To są pozostałości z czasu wojny.
— Przecież on nie był na wojnie...
— Właśnie ponieważ nie był na wojnie jest wariatem.
Spojrzałem zdumiony na Stellę.
— Nie chcąc iść na wojnę, przez kilka lat udawał wariata.
Z czasem to udawanie przeszło u niego w przyzwyczajenie, przyzwyczajenie w nałóg, i dlatego ilekroć coś mu nie dogadza, udaje wariata. Proszę się nie bać., On wie, że udaje.

Krzyż i pieniądze

Podczas pobytu w Wiedniu spotkałem moją dawną znajomą austriacką zakonnicę, siostrę Marię Teresę. Rozmawialiśmy o zbliżającej się pielgrzymce Ojca Świętego do Polski.
— Po co Papież — powiedziała siostra podrażnionym gło­ sem — tak często podróżuje po świecie. Te wojaże pochłaniają olbrzymie sumy pieniędzy. Czy pan wie, że Jego ostatni pobyt w Republice Federalnej Niemiec kosztował w przelicze­niu na nasze pieniądze sto trzydzieści milionów szylingów?
— Święty Paweł także wiele podróżował — odparłem.
— Tak — usłyszałem w odpowiedzi — ale jego wszystkie podróże razem nie kosztowały sto trzydzieści milionów szy­ lingów.
— Kosztowały może więcej...
— Nie rozumiem...
— Za te podróże święty Paweł zapłacił swoją głową. Chyba siostra przyzna, że ta cena się opłacała choćby dlatego, że dzięki niej siostra jest dzisiaj pobożną zakonnicą w wiedeńskim klasztorze...
Siostra Maria Teresa nerwowym ruchem dłoni poprawiła na szyi łańcuszek z wiszącym nań krzyżykiem, który się zaplątał w fałdach jej zakonnej sukni.

Wspomnienie o pewnym samochodzie

Widziałem w roku 1912, po raz pierwszy w życiu, w Karlsbadzie, samochód jadący ulicami uzdrowiska. Za kierownicą siedział pan w cyklistówce na głowie, w kratkowanym ubraniu. Pamiętam jego dumny, pewny siebie wyraz twarzy. Tłum zdu­mionych ludzi — a wśród nich ojciec mój i ja — przyglądał się przejeżdżającemu samochodowi, który ciężko sapiąc znikł za zakrętem ulicy, którą po latach ja teraz idę, niczemu już się nie dziwiąc, albowiem po wielu doświadczeniach i klęskach, zrozumiałem, że postęp bez Boga, jest podstępem szatana.

Weimar

Zwiedzając dom Goethego w Weimarze, zatrzymałem się przed fotelem, w którym umarł wielki poeta. Obok mnie przy­ stanął mężczyzna w sile wieku i głęboko westchnąwszy, przyglą­dał się bezcennej pamiątce.
— Wzruszające... — szepnąłem.
— Tak... — odrzekł drżącym głosem.
Gdy wyszliśmy z pokoju, powiedział mi, że jest z zawodu tapicerem i że takich wygodnych foteli dzisiaj już nikt nie wyrabia.

Wyznanie psa na pogrzebie Mozarta

Ujrzałem karawan, jadący w śnieżnej zadymce ku bramie cmentarnej. Nikt za nim nie szedł. Pobiegłem za trumną, chociaż nie umiałem wytłumaczyć sobie powodu, dla którego towa­rzyszyłem samotnemu karawanowi. Znacznie później ludzie, opisując ów pogrzeb, zaprzeczyli mojemu udziałowi w smutnym obrzędzie. Kłamali, na dowód czego mogę powołać się na woź­nicę, który ujrzawszy mnie, powiedział do grabarza:
— Na tym świecie tylko kundle mają serce...
— Tak sądzisz? A mnie się wydaje, że ten pies zna się na dobrej muzyce — odparł grabarz śmiejąc się.

Tak powiedzieli, a ja, obwąchując świeżą mogiłę, wciąż nie wiedziałem, po co tutaj przybiegłem.

Ten piekielny Freud

Jeden z moich przyjaciół, o którego przyjaznych uczuciach wątpiłem, przesłał mi serdeczne życzenia noworoczne. Wzruszony jego pamięcią, na przekór moim wątpliwościom, postano­wiłem natychmiast odwzajemnić się równie serdecznym życze­niem. Wyszukałem wśród moich zbiorów szczególnej piękności reprodukcję, napisałem na niej kilka ciepłych słów i wrzuciłem ją do skrzynki pocztowej.
Wieczorem nagle uświadomiłem so­bie, że była to reprodukcja obrazu Pocałunek Judasza pędzla jakiegoś renesansowego malarza. Zrobiło mi się bardzo przy­kro, ale kartki, z powodu późnej pory, nie mogłem już z po­czty wycofać.

Gdy na drugi dzień opowiedziałem o tym zdarzeniu Anzelmowi — przy czym dodałem mój komentarz:
— Freud ma słuszność, pomyłka nie jest przypadkiem — Anzelm, który jest przeciwnikiem psychoanalizy, pokiwał głową i powiedział z karcącym wyrzutem:
— Gdyby nie ten piekielny Freud, nigdy by ci się taki przypadek nie zdarzył.

Na koralowej rafie

Spienione morze wyrzuciło Hieronima na bezludną koralową rafę. Hieronim na kawałku papieru podał jej położenie i napisał kilka błagalnych słów o szybki ratunek. Papier włożył do butelki, szczelnie ją zakorkował i wrzucił do morza. Będąc jednak pesymistą, wiedział, że jej nikt nigdy nie wyłowi. Gdy wbrew przewidywaniom Hieronima butelkę wyłowili marynarze, pospieszyli mu na ratunek i wylądowali na wyspie, nasz rozbitek odmówił udania się na pokład i wyraził chęć pozosta­nia na samotnej rafie, gdyż ocalenie uważał za cios zadany jego światopoglądowi.

Firanki

Marta poświęciła się pracy charytatywnej. Dogląda chorych, pomaga biednym, wspiera głodnych. Codziennie odwiedza ludzi potrzebujących wsparcia i opieki, rozdziela między nich pieniądze i przynosi im żywność, odzież i przedmioty codziennego użytku. Wczoraj, wziąwszy z sobą trochę pościelowej bie­lizny, kilka ręczników, koszulę i sweter, poszła do pewnej biednej kobiety mieszkającej na przedmieściu.
Kobieta rozłożyła na stole otrzymane dary i dokładnie je obejrzawszy, spytała z wyrzutem:
— A gdzie są firanki?

Westchnienie

W pewnym towarzystwie rozmawiano o nawróceniu na wia­rę katolicką jakiegoś szczepu afrykańskiego żyjącego w głębi buszu.
— Jakie to piękne! — zawołała w euforii starsza dama. — Byleby już tylko więcej nie jedli mięsa ludzkiego!
— Przynajmniej w piątki — dodała szybko jej przyjaciół­ka, głęboko wzdychając.

W połowie drogi

Prawdą daleko nie zajedziesz. Kłamstwem łatwiej osiągniesz swój cel. Ale mimo to lepiej jest nie osiągnąć celu i głosząc prawdę, utknąć w połowie drogi. To jest także nie lada zwy­cięstwo.

Gorycz Syzyfa

Zarząd kamieniołomów, w których pracował szofer imie­niem Syzyf, polecił mu przewieźć kilka granitowych bloków na szczyt góry. Umieszczono je na ciężarówce. Syzyf puścił w ruch motor, włączył gaz i ruszył przed siebie. Gdy po go­dzinnej jeździe stanął na szczycie góry, a robotnicy sprawnie za pomocą dźwigów wyładowali granitowe bloki, Syzyf pomyślał z goryczą:
— Ot, prysnął jeszcze jeden mit.

Herostrates

Pragnąc zwrócić na siebie uwagę świata, postanowił podpalić świątynię Artemidy. Gdy był już gotów do wykonania za­miaru — przygotował w tym celu kilka kanistrów z benzyną — w świątyni wybuchł pożar od uderzenia pioruna. Herostra­tes z narażeniem życia skoczył do wnętrza płonącego przy­bytku i ugasił pożar.

Kompleks Herostratesa

Istnieje koniunktura na — tak, i koniunktura na — nie. Są ludzie, którzy korzystają z każdej — obojętnie jakiej — koniunktury, byleby zasłużyć na gromkie oklaski. Te z góry lub tamte z dołu. W ludziach, w których kompleks Herostratesa dochodzi do głosu, szczerość przekonań nie ma większego zna­czenia. Znaczenie mają tylko oklaski.

Piękny opis czyli jak powstaje legenda

Eustachy w swoich pamiętnikach wzruszająco opisał wiejską posiadłość, a zwłaszcza wspaniały, wiekowy park hrabiego Odrowąża, przy czym nie omieszkał wspomnieć o serdecznej gościnie, z jaką służba pałacowa podejmowała tłumy uchodźców uciekających w pamiętnym wrześniu przed niemieckim na­jeźdźcą. Los zrządził, że Anzelm był wówczas wśród owych głodnych i spragnionych uchodźców i stał bezradnie przed kratą szczelnie zamkniętej bramy, spoza której przemówił do nich wysoki fagas w czarnym ubraniu, trzymający na smyczy pięknego psa:
— Nikogo nie ma w pałacu, proszę państwa. Pan hrabia wyjechał. My sami nie mamy co jeść... Proszę tutaj nie wysta­wać... Państwo denerwują mi psa...

Anzelm, przeczytawszy wspomnienie Eustachego, przypomniał sobie tę scenę. Z początku chciał sprostować legendę, ale po namyśle zaniechał tego zamiaru, aby nie mącić sielanko­wego opisu Eustachego zgrzytliwym opowiadaniem o fagasie w czarnym ubraniu, zatroskanym o spokój nerwowego psa.

„Lacrimae Christi”

Gdy dowiedział się, że jestem Polakiem, serdecznie się ze mną przywitał, zaprosił do siebie do domu, przyniósł z piwnicy butelkę wina, napełnił nim dwie pojemne szklanki i powiedział:
— Kocham Polaków. Jesteście szlachetnym narodem. Prosit.
—-Prosit.
— Mam wobec Polaków — zaczął mówić cichym głosem dług dozgonnej wdzięczności. Mój syn służył podczas wojny w Polsce jako żołnierz Wehrmachtu. Był bardzo młody, miał zaledwie osiemnaście lat, gdy go wcielili do wojska. Pod­ czas jednej z walk z oddziałem AK w okolicy Kielc (mit den Einheiten der polnischen Nationalarmee — tak powiedział) Kurt został wzięty do niewoli, a ponieważ jego kompania spaliła w okolicy jakąś wieś, Polacy postanowili w odwet rozstrze­lać dziesięciu jeńców niemieckich, wśród których znajdował się nasz syn.

Oczy starca zaszły łzami. Wytarł je ręką i ciągnął dalej:
— Kurt, dowiedziawszy się o wyroku, upadł na kolana przed dowódcą kompanii i błagał o darowanie mu życia. Tłumaczył, że jest jedynym synem starych rodziców i że musi dla nich żyć... I niech pan sobie wyobrazi, stał się cud... Ten szla­chetny oficer, wzruszony łzami Kurta, puścił go wolno... Po­lacy są wspaniałym narodem, drogi panie... Kocham Polskę jak własny kraj... — zakończył opowiadanie i uścisnął serde­cznie moją dłoń.

Odpowiedziałem równie serdecznym uściskiem dłoni i tak siedzieliśmy naprzeciw siebie, ja — dumny z zachowania się polskiego oficera, starzec — szczęśliwy, że może jego rodakowi okazać serdeczność i gościnę. Nachylając butelkę nad moją szklanką, sięgnął jeszcze do wspomnień i dodał z westch­nieniem:
— Ale mój Kurt, zanim szczęśliwie wrócił do domu, przeżył ciężkie czasy. Najgorsze było Powstanie Warszawskie. To było piekło. Pan przecież wie... Proszę, niech pan pije... To jest lekkie wino... Bardzo lekkie... Lacrimae Christi... — nalegał i patrzył na mnie wciąż jeszcze wilgotnymi od łez oczami.
— Co panu jest? — spytał, widząc, że siedzę bez ruchu.
Ale nic nie odpowiedziałem.

Jeszcze jedna rozmowa ze Szmulikiem

Ten Rosenfeld to był żydowski policjant w getcie. Wie pan, co on raz do mnie powiedział? „Słuchaj, Szmulik, co ty tak na mnie patrzysz? Ty myślisz, że ja nie wiem, co ty myślisz? Ty myślisz, że ja jestem wściekły pies. Nie, ja nie jestem wściekły pies, ja tylko chcę żyć. A chcąc żyć, muszę zabijać takich jak ty, no to zabijam, i dlatego wy mnie uważacie za wściekłego psa. Tylko tak na mnie nie patrz. Rozumiesz?” Tak powiedział i poszedł.
— Uratował się? — spytałem.
— Ja przed kilka roki dowiedziałem się, że on mieszka teraz w Nowym Jorku, że ma żonę i dzieci, i wielki sklep i jest bardzo bogaty. Jak ja się o tym dowiedział, tak powiedziałem do mojego syna: „Jadę do Nowego Jorku”. A mój syn na to: „Po co?” „Zabiję Rosenfelda. Muszę go zabić”. Mój syn złapał mnie za rękaw i mówi: „Niech tato nie jedzie. Po co tato ma go zabijać? Niech go Pan Bóg zabije”. Tak ja nie pojechał.
— A Pan Bóg go zabił? — spytałem.
— Jeszcze nie — uśmiechnął się smutnie i dodał: — Nu, ja czekam...

Sens życia

— Według zwyczaju panującego w Chinach — powiedział raz Anzelm do ojca Eliasza — prawdziwy poeta powinien na łożu śmierci napisać wiersz i wyrazić w nim cały sens swojego życia.
— Bzdura — odparł ojciec Eliasz. — Jeżeli tego nie robił przez całe życie w każdym napisanym przez siebie utworze, na pewno mu się to nie uda w obliczu śmierci. Ale jeżeli się uparł, że musi taki wiersz naskrobać, niech skrobie i prosi w nim Boga o przebaczenie za wszystko, co dotychczas napisał. Może tym sposobem zdoła w przedśmiertnym wierszu wyrazić cały sens swojego życia.

Niczego nie można przewidzieć

Filip umarł na anewryzm serca podczas kłótni z wydawcą o wysokość honorarium za napisaną przez siebie rozprawę o znaczeniu Pisma Świętego dla rozwoju ludzkości. Ojciec Eliasz, któremu Anzelm opowiedział o tym wypadku, głęboko westchnął i rzekł:
— Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie. Któż mógł przewidzieć, że ten stary grzesznik umrze w tak nabożnych okolicznościach.

Cud księdza Michała

Ksiądz Michał co tydzień zamieszczał w pewnym tygodniku swoje rozmyślania na temat Ewangelii. Polikarp przeczytawszy wczoraj kolejną medytację, powiedział do Anzelma:
—- Ksiądz Michał znowu dokonał cudu. Zamienił wino w wodę.

Pusty orzech

Za oknami szalała śnieżna zadymka. Na stole stał wiklinowy koszyk z orzechami.
— Wszystko, co Narcyz pisze — mówił Polikarp — jest może słuszne, ale nie wzbudza zaufania czytelnika. Dlaczego?
Otóż, kochany Anzelmie, Narcyz nie posiada charakteru. Za­ leżnie od okoliczności zmienia światopoglądy jak rękawiczki.
Nie byłoby to wprawdzie niczym odosobnionym ani nadzwy­ czajnym w naszej chwiejnej epoce, gdyby nie przeświadczenie Narcyza o swoich niewzruszonych i niezłomnych zasadach.

Polikarp sięgnął ręką do koszyka i długo w nim przebierał palcami. Wyjął duży orzech i włożył go między szczypce dziadka do orzechów.

— Ta pewność Narcyza jest nieco denerwująca — ciągnął dalej mistrz, mocując się bezskutecznie z dziadkiem — bo nasz pisarz, niepomny swoich poprzednich i dość pospiesznych wcieleń, często nakłada na siebie togę Katona i woła do swo­ ich czytelników: Gnothi seauton! Jest to wezwanie nader pięk­ne, ale byłoby jeszcze piękniejsze, gdyby je Narcyz zechciał skierować również do samego siebie, co byłoby dowodem, że dostrzegł swoją skromną osobę w tłumie tych, których pragnie umoralnić.

Polikarp ścisnął kurczowo szczypce i poczerwieniał z wysiłku. Orzech pękł. Mistrz spojrzał tryumfalnie na Anzelma.
Na stół posypały się łupiny. Orzech był pusty.
— No, tak — powiedział Polikarp — należało się tego spodziewać.

Homar w witrynie

Anzelm i Polikarp, przechodząc wieczorem obok wytwornej restauracji, przystanęli przed oszkloną witryną, w której leżał na tacy olbrzymich rozmiarów homar o potężnych szczypcach i długich wąsach. Od czasu do czasu ociężale się poruszał, wy­konywał całym ciałem kilka ruchów pełnych dostojeństwa i natychmiast nieruchomiał.
Polikarp powiedział:
— Ale dumny...
— Z czego to wnosisz? — spytał Anzelm.
— Z ruchu jego szczypiec — odparł lekceważąco Polikarp, który nie lubił głupich pytań.
Gdy po kilku godzinach wracali tą samą drogą, homara już nie było w witrynie.
— Spójrz — powiedział — nie ma go.
— Tak, nie ma go — potwierdził Polikarp. — Ugotowali go i zjedli.
— A był z siebie tak dumny... — westchnął sentymentalnie Anzelm, który miał czułe serce.
— A wiesz z czego był dumny? — spytał rzeczowo Poli­karp, którego drażnił jałowy sentymentalizm Anzelma.
— Bo miał piękne szczypce — odparł Anzelm.
— Jesteś naiwny — rzekł Polikarp. — Był dumny, ponie­waż zdawało mu się, że go po to umieszczono w witrynie na wytwornej tacy, aby go przechodnie podziwiali. Myślał, że właściciel restauracji w ten sposób składa mu należny hołd.
Nie wierz ludziom i miej się na baczności, Anzelmie, gdy cię zbytnio honorują, gdy cię wystawiają na widok publiczny i sadzają na honorowym miejscu. To wszystko czynią po to, aby cię później wrzucić do ukropu, ugotować i smacznie zjeść. Mnie podobne wypadki już kilkakrotnie się zdarzyły, ale za­wsze cało wychodziłem z opresji, bo wiem, do czego w rękach bliźnich służy wytworna taca i pięknie oszklona witryna.

Krótki traktat o zbawiennych skutkach złudzenia

Pan Nikt w przepełnionej po brzegi sali wygłosił przemówienie, w którym jasno i dobitnie określił swój pogląd na bieżące zagadnienia. Wśród publiczności w pierwszym rzędzie foteli siedziała siwa hrabina, która słuchając wywodów wielkiego męża stanu, przez cały czas jego przemówienia kiwała potaku­jąco głową. Pan Nikt po wygłoszeniu referatu, w przerwie ze­brania spytał jednego ze znajomych, czy zna damę, która z tak wielkim zapałem potakiwała jego oracji. Ku swojemu rozcza­rowaniu dowiedział się, że owe potakujące ruchy głową są ner­wowym tikiem, na który starsza pani cierpi od wielu lat. Mimo to pan Nikt poczuł w sercu głęboką wdzięczność dla hrabiny, gdyż ruchy jej głowy — niezależenie od tego jakiej były na­tury — uskrzydlały jego wyobraźnię podczas wygłaszania mowy, podnosiły go na duchu, dodawały odwagi i umacniały w przekonaniu, że to, co mówi, jest bardzo mądre i słuszne.

Godna podziwu przedmiotowość

Ilekroć Kalikst z godną pochwały przedmiotowością surowo oceniał swoje dzieła, wyczuwało się pod naskórkiem jego samokrytyki zachwyt dla własnych błędów.

Wizerunek wzorowego obywatela

Tam, gdzie należało potakiwać, pan Nikt potakiwał. Tam, gdzie należało przeczyć, przeczył. Nigdy się nie dziwił. Nigdy nie uśmiechał się drwiąco. Nigdy niczego się nie domyślał.
Nigdy nie miał snów. Nigdy o niczym nie marzył. Nigdy nie tęsknił. Nigdy nie patrzył z ukosa. Nigdy pierwszy nie przestawał klaskać. Nigdy nie czytał książek zakazanych. Nigdy nie czytał między wierszami. Nigdy nie robił aluzji. Nigdy o ni­czym nie myślał. Zawsze zachowywał się tak, jakby nie istniał.

Oto wizerunek wzorowego obywatela, o którym marzą od niepamiętnych czasów wszyscy dyktatorzy świata.

O takim, który się nigdy nie spóźniał

Z początku był wyznawcą katolickiego światopoglądu.
W roku 1945 powiedział do mojego przyjaciela:
— Już więcej nie będzie można żyć w Polsce...
Ale żył. Wkrótce napisał kilka nędznych, ale prawomyślnych podręczników szkolnych o polskiej literaturze i zaczął płodzić niezliczone recenzje, które weszły do repertuaru „dziejów załgania w Polsce”. Był bardzo oburzony na pewnego pisarza, który odmówił powrotu do kraju. A potem wszystko potoczyło się według odwiecznych schematów: w porę rozcza­rował się. Zawsze wszystko czynił w porę. W porę pisał prawomyślne podręczniki, w porę wycofał się „na z góry upa­trzone pozycje”, w porę najgłośniej wiwatował na cześć owego pisarza, którego ongi potępił za odmowę powrotu do kraju.

Czy jest to już koniec jego ideologicznej kariery? Czy wy­czerpał już wszystkie możliwości swoich duchowych wcieleń? Nie traćmy nadziei. Ponieważ ma silnie rozwinięte poczucie punktualności, wszystko zrobi w porę. On się nigdy nie spóźni.

Rozmyślania o człowieku kąpiącym się w wannie

Chciał płynąć przeciw prądowi. Ale nie mógł. W wannie nie ma prądów. Czy to jego wina?

Obłomow

Anzelm czuł do Obłomowa żywą sympatię, albowiem w tym zbyt opasłym młodzieńcu była wielka wiara w niemoc człowie­ka. W dobie zarozumiałych i dufnych w siebie pyszałków, któ­rym się zdaje, że wszystkiego potrafią dokonać i wszystko po­trafią zdobyć, bezradne rozmyślania Obłomowa w pozycji leżą­cej mają w sobie coś z gwałtownego protestu przeciw szaleń­stwu ludzkiej wszechmocy.

Cyrk

Najtragiczniejsze są te epoki w historii ludzkości, w których źli toczą walkę ze złymi o dobro, głupcy z głupcami o mądrość, a niewolnicy z niewolnikami o wolność. Wtedy nie wia­domo, po jakiej stronie się opowiedzieć i jaką poprzeć. Wydaje mi się, że w takich okolicznościach najlepiej jest przyjąć postawę widza siedzącego w cyrku i przyglądającego się popi­som clownów bijących się wzajemnie po twarzy. Jest to nie­wątpliwie pozycja klerka, ale cóż w takim wypadku może uczy­nić bezradny człowiek, świadomy piekła, które go zewsząd otacza?

Bajka o prawdzie

Pewnego razu powiedział do mnie mój dziadek:
— Kochaj prawdę, gdy wychodzi z ust prawdy, ale miej się na baczności przed prawdą, gdy wychodzi z ust kłamstwa.

Król i błazen

Król powiedział raz do swojego błazna:
— Człowiekiem prawdziwie mądrym jest ten, który myśli za niemy ślących.
A na to błazen:
— Mylisz się, królu. Znałem takich, którzy myśląc za niemyślących robili tak wielkie głupstwa, że niemyślący woleli po­ legać na własnej głupocie niż na mądrości swoich myślących opiekunów.

O poznaniu prawdziwych wartości

Przykładając wagę do ludzkich pochwał, jesteś jak głupiec, który podąża przed siebie śladem innym głupców. Porzuć karawanę głupców... Porzuć... Wiedz, że prawdziwa wartość jest zawsze nie nagrodzona. Po tym ją poznasz.

Belle époque

Jadąc z moją żoną samochodem przez Dolny Śląsk, po drodze w jakiejś wsi, której nazwa wypadła mi z pamięci, ujrza­łem stojący na placyku pomnik wyobrażający krowę.
— Co to jest? — zdumiony spytałem naszego kierowcę.
— Krowa — odparł kierowca. — Dawała sto litrów mleka dziennie. Wdzięczna gmina postanowiła ją uczcić i w tym celu wzniosła ku jej chwale pomnik. Nic państwo o nim nie słysze­li? Pisano o tym w gazetach.
— No, no... — powiedziałem do żony — taka krowa ma pomnik, podczas gdy Słowacki, Krasiński i Norwid nie doczekali się jeszcze w naszej ojczyźnie pomników...
Na to moja żona:
— Gzy zapomniałeś, że żyjemy w belle époquel W epoce deifikacji Nadprodukcji? Przecież Słowacki, Krasiński i Nor­wid nie dawali mleka...

Tęsknota za pustynią

Miał dość radia i telewizji, książek, prasy, filmów i teatrów, tej apokaliptycznej góry słomy i sieczki, codziennie mielonej we wszystkich mass-mediach, tego bełkotu dyskutujących dziewczynek o dezintegracji i wychowaniu, tego potwornego wymądrzania się jednogodzinnych geniuszów, ich okropnego języka przypominającego lepką papkę, miał dość statystyk i podsumowań, perspektyw i słowa „aktualność” odmienianego codziennie we wszystkich przypadkach.
Tęsknił za pustynią bezbrzeżną i bezludną, na której Chry­stus pokonał szatana.

Powtórz tę zwrotkę...

Gdy cię skrzywdzą, niesprawiedliwie ocenią, oplwają, obrzucą błotem, złośliwie przemilczą — nie martw się ani nie smuć, ani nie złorzecz, ale powtórz za Borysem Pasternakiem tę jego mądrą i pełną godności zwrotkę:

Z tłumem, co biegnie w wszystkie strony,
Wśród bezimiennych ludzi stoję.
Przez wszystkich jestem zwyciężony
I właśnie w tym zwycięstwo moje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.