piątek, 25 września 2026

Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

 "Na moście w Mostarze


Na moście w Mostarze wśród gromady cudzoziemskich gapiów stało dwóch młodzieńców: jeden nagi, smagły, w kąpie­lowej przepasce na biodrach, nacierał ciało oliwą, drugi w ko­lorowej koszuli i w dżinsach głośno zachwalał sportowe zalety swego przyjaciela, doskonałego pływaka, który za sto dinarów gotów jest skoczyć z mostu z wysokości pięćdziesięciu metrów w spienione nurty Neretwy płynącej wartko skalistym kanio­nem. Widzów chętnych zobaczenia niecodziennego widowiska było wielu, ale mimo wysiłków obrotnego impresaria tylko nieliczni spośród nich składali na jego ręce datki dla odważ­nego pływaka. Ponieważ Neretwa pełna jest u podnóża mostu utajonych i niewidocznych mielizn i tylko w jednym miejscu jej głębia sięga kilku metrów, skok do rzeki jest przedsięwzię­ciem wielce ryzykownym, i jedynie od celnego oka i zręczności pływaka zależy bezpieczne wykonanie salta w sam środek głę­biny. Jak mi opowiadano, już niejeden niedoświadczony śmia­łek roztrzaskał się o zdradziecką mieliznę. Ale mimo tylu spodziewanych emocji, mogących przyprawić o dreszcz widzów spragnionych mocnych wzruszeń, tylko niewielu spośród nich — jak wspomniałem — kwapiło się do złożenia datku. Pły­wak, natarłszy się oliwą — czynność tę wykonał niezwykle starannie — wyprostował się, odgarnął z czoła kruczoczarne włosy i spytał impresaria:
— Ile?
— Pięćdziesiąt dinarów — odparł smutnie młodzieniec w dżinsach. — Będziesz skakał?
Pływak obrzucił widzów lekceważącym spojrzeniem, wzru­ szył ramionami i machnąwszy niedbale ręką, rzekł tonem nie ukrywanej wyższości:
— Będę...
Stanął na kamiennej poręczy mostu, wyprostował się, po­ chylił ku dołowi i jak błyskawica skoczył w zieloną przepaść.
Na moście zerwała się burza oklasków. Pływak podpłynął do brzegu, wdrapał się na skałę, a chociaż oklaski wciąż trwały, szedł powoli pod górę, pogardliwie odwrócony plecami do za­chwyconych widzów."
(...)
Dobroczynna dłoń

Przed domem Bernarda da Quintavalle w Assyżu, przyja­ciela i ucznia świętego Franciszka, beztrosko drepcze gromada szarych gołębi. Są miłe i łagodne. Ale oto z piętra dobroczynna dłoń rzuca im okruchy chleba. Gołębie, chociaż są do­brze podpasione, drapieżnie rzucają się na pokarm, wyrywają go sobie z dziobów i zawzięcie walczą o każdy kęs. Nie rozu­miem, dlaczego te żarłoczne ptaki urosły do rozmiarów sym­bolu pokoju. Ale oto dobroczynna dłoń znika w oknie, a wte­dy gołębie natychmiast łagodnieją i beztrosko drepcząc po bruku są znowu symbolami pokoju.
Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

Pozostałości z czasów wojny

Mąż właścicielki mieszkania signory Stelli, od której odnajmowaliśmy w Rzymie dwa pokoje, był dobrotliwym i łagod­nym wariatem. Tylko niekiedy wpadał w furię. Tłukł talerze, a potem znowu był spokojny i łagodny jak dziecko.
Pewnego razu, po takim napadzie powiedziałem do Stelli:
— Dlaczego mąż się nie leczy?
— Jemu nic nie jest. On jest normalnym człowiekiem. To są pozostałości z czasu wojny.
— Przecież on nie był na wojnie...
— Właśnie ponieważ nie był na wojnie jest wariatem.
Spojrzałem zdumiony na Stellę.
— Nie chcąc iść na wojnę, przez kilka lat udawał wariata.
Z czasem to udawanie przeszło u niego w przyzwyczajenie, przyzwyczajenie w nałóg, i dlatego ilekroć coś mu nie dogadza, udaje wariata. Proszę się nie bać., On wie, że udaje.

Większy wybór z książki Brandstaettera – Przypadki mojego życia

https://varapanyo.blogspot.com/p/brandstaetter-przypadki-mojego-zycia.html



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.