"Na moście w Mostarze
Na moście w Mostarze wśród gromady cudzoziemskich gapiów stało dwóch młodzieńców: jeden nagi, smagły, w kąpielowej przepasce na biodrach, nacierał ciało oliwą, drugi w kolorowej koszuli i w dżinsach głośno zachwalał sportowe zalety swego przyjaciela, doskonałego pływaka, który za sto dinarów gotów jest skoczyć z mostu z wysokości pięćdziesięciu metrów w spienione nurty Neretwy płynącej wartko skalistym kanionem. Widzów chętnych zobaczenia niecodziennego widowiska było wielu, ale mimo wysiłków obrotnego impresaria tylko nieliczni spośród nich składali na jego ręce datki dla odważnego pływaka. Ponieważ Neretwa pełna jest u podnóża mostu utajonych i niewidocznych mielizn i tylko w jednym miejscu jej głębia sięga kilku metrów, skok do rzeki jest przedsięwzięciem wielce ryzykownym, i jedynie od celnego oka i zręczności pływaka zależy bezpieczne wykonanie salta w sam środek głębiny. Jak mi opowiadano, już niejeden niedoświadczony śmiałek roztrzaskał się o zdradziecką mieliznę. Ale mimo tylu spodziewanych emocji, mogących przyprawić o dreszcz widzów spragnionych mocnych wzruszeń, tylko niewielu spośród nich — jak wspomniałem — kwapiło się do złożenia datku. Pływak, natarłszy się oliwą — czynność tę wykonał niezwykle starannie — wyprostował się, odgarnął z czoła kruczoczarne włosy i spytał impresaria:
— Ile?
— Pięćdziesiąt dinarów — odparł smutnie młodzieniec w dżinsach. — Będziesz skakał?
Pływak obrzucił widzów lekceważącym spojrzeniem, wzru szył ramionami i machnąwszy niedbale ręką, rzekł tonem nie ukrywanej wyższości:
— Będę...
Stanął na kamiennej poręczy mostu, wyprostował się, po chylił ku dołowi i jak błyskawica skoczył w zieloną przepaść.
Na moście zerwała się burza oklasków. Pływak podpłynął do brzegu, wdrapał się na skałę, a chociaż oklaski wciąż trwały, szedł powoli pod górę, pogardliwie odwrócony plecami do zachwyconych widzów."
(...)
Dobroczynna dłoń
Przed domem Bernarda da Quintavalle w Assyżu, przyjaciela i ucznia świętego Franciszka, beztrosko drepcze gromada szarych gołębi. Są miłe i łagodne. Ale oto z piętra dobroczynna dłoń rzuca im okruchy chleba. Gołębie, chociaż są dobrze podpasione, drapieżnie rzucają się na pokarm, wyrywają go sobie z dziobów i zawzięcie walczą o każdy kęs. Nie rozumiem, dlaczego te żarłoczne ptaki urosły do rozmiarów symbolu pokoju. Ale oto dobroczynna dłoń znika w oknie, a wtedy gołębie natychmiast łagodnieją i beztrosko drepcząc po bruku są znowu symbolami pokoju.
Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...
Pozostałości z czasów wojny
Mąż właścicielki mieszkania signory Stelli, od której odnajmowaliśmy w Rzymie dwa pokoje, był dobrotliwym i łagodnym wariatem. Tylko niekiedy wpadał w furię. Tłukł talerze, a potem znowu był spokojny i łagodny jak dziecko.
Pewnego razu, po takim napadzie powiedziałem do Stelli:
— Dlaczego mąż się nie leczy?
— Jemu nic nie jest. On jest normalnym człowiekiem. To są pozostałości z czasu wojny.
— Przecież on nie był na wojnie...
— Właśnie ponieważ nie był na wojnie jest wariatem.
Spojrzałem zdumiony na Stellę.
— Nie chcąc iść na wojnę, przez kilka lat udawał wariata.
Z czasem to udawanie przeszło u niego w przyzwyczajenie, przyzwyczajenie w nałóg, i dlatego ilekroć coś mu nie dogadza, udaje wariata. Proszę się nie bać., On wie, że udaje.
Większy wybór z książki Brandstaettera – Przypadki mojego życia
https://varapanyo.blogspot.com/p/brandstaetter-przypadki-mojego-zycia.html
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.