czwartek, 17 września 2026

Mieczysław Pajewski: Rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda


   Z Kentem Hovindem miałem problem przez wiele lat. Czułem jakąś tajemnicę. Mamy kreacjonistę, który mówi o sobie, że ma stopień doktora. Znany jest z wielu wykładów dostępnych w radiu i w telewizji. Ale żaden inny kreacjonista, który publikuje teksty kreacjonistyczne, nie cytuje Hovinda. A prenumeruję od wielu lat sporo czasopism kreacjonistycznych z kilku krajów, to coś wiem na ten temat. Kreacjoniści czasami nie zgadzają się w pewnych sprawach. Wówczas toczą polemiki. Czasami się zgadzają i wówczas wzajemnie się cytują. Kreacjoniści wydają czasopisma na różnym poziomie naukowym. Są popularyzujące kreacjonizm, można je nazwać popularnonaukowymi (takich jest większość), ale są też takie, które starają się zachować zasady porządnego czasopisma naukowego (teksty są recenzowane, autorzy opierają się na badaniach własnych i cudzych, w tym ostatnim przypadku sporządzają dokładne przypisy i bibliografie). Hovinda żaden kreacjonista nigdy nie cytował ani aprobatywnie, ani polemicznie. Tak jakby Hovind nie istniał.  Choć od dawna wiedziałem, że w internecie można znaleźć wiele wykładów Hovinda, nigdy żadnego nie wysłuchałem do końca. Przerywałem po kilku minutach. Facet mnie wkurzał. Swoich przeciwników, ewolucjonistów, nie traktował poważnie. Kpił sobie z nich. Ale żeby tylko to – ostatecznie, dlaczego kreacjoniści mają nie kpić z ewolucjonistów? Argumentował też niepoważnie.

Czasami trafiał celnie, ale potrafił też wypowiadać półprawdy i całe nieprawdy.

Właśnie te półprawdy i nieprawdy mnie zrażały do dalszego wysłuchiwania jego wykładów. Uważałem, że gdy kreacjonista polemizuje z ewolucjonistami, to musi bardzo uważać na to, co mówi. Bo przeciwnik natychmiast podchwyci nasze błędy i nas skompromituje. A odnosiłem wrażenie, jakby Hovind zupełnie się tym nie przejmował.
Uważałem więc, że Hovind robi sprawie kreacjonizmu więcej szkody niż pożytku. I że właśnie dlatego w liczących się czasopismach kreacjonistycznych nikt się do niego nie odwołuje.

  Zmieniłem swoje widzenie Hovinda niedawno, gdy czytałem tekst „Skacz żabo, skacz”, który jest zapisem jednego z jego wystąpień. Jednego z wielu wystąpień. Bo Hovind nie pisze, on mówi. I mówi nie do kamery, to też, ale przede wszystkim do sporych zgromadzeń osób, które zechciały przyjść go posłuchać.

Standardem uprawiania nauki jest prowadzenie jakichś badań i przynajmniej na końcu przygotowywanie publikacji, która musi być sporządzona zgodnie z tzw. warsztatem naukowym. W takiej publikacji każde słowo jest ważne i każde twierdzenie powinno być uzasadnione. Hovind niczego takiego nie robi. On tylko mówi i nie dba o ścisłość. Jemu zależy tylko na wywołaniu odpowiedniej reakcji audytorium. Tą reakcją ma być śmiech, a przynajmniej uśmiech. Ale nie tylko.

Ważniejszy cel ma charakter religijny. Słuchacze utwierdzają się w wierze w Stwórcę, który stworzył niebo i ziemię. Ostatecznym celem Hovinda bowiem nie jest obalanie ewolucjonizmu. Jego celem jest nawracanie wątpiących i utwierdzanie wierzących. Narzędziem do realizowania tego celu jest ewangelizacja. Robi tę ewangelizację zwalczając ewolucjonizm i ateizm, czyli głosząc kreacjonizm. Ale kreacjonizm jest tylko środkiem osiągania wyższych celów, nie jest celem samym w sobie. Hovind uprawia kreacjonistyczną ewangelizację.

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jeden element, którego uświadomienie pozwoliło mi napisać, że rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda. On się zachowuje, jakby prowadził jednoosobowy kabaret. A właściwie to rzeczywiście jest kabaret, tylko taki, który ma poważny cel, którego celem nie jest tylko pośmianie się słuchaczy. Zresztą, kto powiedział, że celem wszystkich kabaretów jest tylko pośmianie się? Że pod warstwą dowcipu i śmiechu nie mogą się kryć bardzo poważne sprawy? Najlepsze kabarety są właśnie takie – pozwalają się odprężyć, ale i dają okazję do głębszych przemyśleń.

Hovind przedstawia, bardziej lub mniej udanie, w dowcipnej formie swoją walkę z ewolucjonizmem. W tej walce stoi samotnie naprzeciw całej zgrai ewolucjonistów i ateistów, którzy wyprodukowali mnóstwo kłamliwych podręczników. I ich wszystkich gromi. A nawet nie musi tego robić sam. Może to robić czasami jego córka, która chodzi jeszcze do szkoły. Ewolucjoniści okazują się głupsi od dziecka, które zdroworozsądkowo myśli.

Hovind specjalizuje się w nowej odmianie jednoosobowego kabaretu – religijnym kabarecie antyewolucjonistycznym. Tłumaczy to, dlaczego nie dba o szczegóły. Nie musi, tak jak „posiedzenia rządu” R. Górskiego i M. Wójcika nie są wiernym odzwierciedleniem prawdziwych posiedzeń rządu Donalda Tuska ani jak „Ucho prezesa” nie jest prawdziwym obrazem tego, co się dzieje w siedzibie władz PiSu. Tłumaczy to też, dlaczego autorzy kreacjonistyczni nie cytują Hovinda i dlaczego nie ma sensu polemizowanie z tym, co mówi Hovind. Ostatecznie rzecznik rządu Tuska nie prostował „kłamliwej” tezy, że premierowi w głowie tylko „haratanie w gałę”, a rzecznik prasowy prezydenta RP nie tłumaczy nikomu, że prezydent nie siedzi całymi godzinami pod drzwiami prezesa Kaczyńskiego.

Wyobraźmy sobie, że dawna rzecznik rządu publicznie stwierdza, że premier nie przychodził na posiedzenia rządu z piłką pod pachą i że grał w nią tylko raz w tygodniu, a nie codziennie. Nawet ona czegoś takiego by nie zrobiła. Kabaretowe haratanie w gałę było zmyśleniem, ale – i na tym polega wielkość kabaretu – było to „prawdziwe zmyślenie”, choć zwrot ten wygląda na wewnętrznie sprzeczny.
Przedstawiało ona postawę premiera w przesadzonej formie, ale coś było na rzeczy.

Radzę w ten właśnie sposób przyglądać się widowiskom organizowanym przez Kenta Hovinda. Choć przesadza, wyjaskrawia i niekiedy zapędza się za daleko, w ogólnym rozrachunku ma rację. Ewolucjonizm – pogląd, że wszystko się samo zrobiło, podobnie jak opowieść Münchhausena, że ciągnąc sam siebie za włosy potrafił wyciągnąć się z bagna – jest po prostu śmieszny.

Mieczysław Pajewski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.