wtorek, 1 września 2026

Żyjemy w środowisku sprężonego powietrza i można śmiało powiedzieć, że sprężone powietrze wymaga szczelnego zamknięcia

 (...)

Innym powszechnym błędnym przekonaniem jest to, że każdy, kto kwestionuje istnienie Globu, automatycznie wierzy, że Ziemia jest płaska. To nieprawda. Wiele osób podziela pogląd w tym stylu: Nie wiem, jaki kształt ma Ziemia, ale na pewno nie żyjemy na wirującej kuli lecącej w kosmosie. To stanowisko jest intelektualnie uczciwe, ponieważ istnieje zbyt wiele niewiadomych, aby stworzyć kompleksowy i idealnie precyzyjny model naszego domu. W dalszej części tej książki będę używać ogólnego terminu sceptycy Globu, odnosząc się do tych, którzy taki Glob kwestionują. Chodzi o to, że nawet jeśli koncepcja Globu nie jest odpowiednia, Ziemia może być po prostu „czymś innym”, czego jeszcze nie odkryto. Być może binarne ujęcie „Glob” czy „Płaskość” tworzy fałszywą dychotomię i pomija inne kreatywne możliwości, które albo nie są brane pod uwagę, albo wykraczają poza obecne ludzkie pojmowanie.


W tym kontekście rozważmy następujące wypowiedzi Stevena A. Younga, który, dla przypomnienia, posiada tytuł magistra nauk ścisłych i doktorat z fizyki teoretycznej. Publicznie przyznał się do bycia sceptykiem Globu w swojej książce z 2024 roku, A Fool's Wisdom:

Pierwszy raz usłyszałem o „płaskiej ziemi” około 1999 roku… Oczywiście, moi znajomi ze studiów i ja śmialiśmy się z pomysłu ludzi, którzy wierzą, że ziemia jest płaska, jak mogą tak tkwić w przeszłości?… Nie myślałem o tym ponownie przez wiele lat. W latach 2015– 2016 temat pojawiał mi się kilka razy w Internecie, a ostatecznie z polecenia znajomego postanowiłem sprawdzić, w co tak naprawdę wierzą ci ludzie. Spodziewałem się, że będzie to jakaś dziwna sekciarska rzecz w stylu scjentologii, ale znalazłem po prostu solidne, weryfikowalne badania naukowe, które podważają wiele teorii, których nas uczono o naszym świecie. W większości nie było żadnych bzdur, tylko konkretne fakty i trudne pytania, które prowokują do myślenia i są niepodważalne. Jako osoba pochodząca z naukowego środowiska, byłem pod wrażeniem, jak skrupulatne i dobrze uzasadnione były badania nad płaską ziemią; było to jak powiew świeżego powietrza zobaczyć, jak skutecznie stosowana jest metoda naukowa. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nie uczyłem się niczego z tego na uniwersytecie; to naprawdę sprawy fundamentalne. Zajęło mi kilka miesięcy oglądania prezentacji, przeprowadzania eksperymentów i prowadzenia wielu ognistych rozmów z ludźmi, ale w końcu doszedłem do punktu, w którym byłem w 100% pewien, że nasz świat nie jest planetą wirującą w kosmosie. Mogę nie wiedzieć w 100%, czym on jest, ale wiem w 100%, czym nie jest, i nie jest to wirująca kula. [podkreślenie dodane]

Young opowiada o swojej drodze, a także o wyzwaniach, jakie niesie ze sobą angażowanie środowiska akademickiego:

Proces nawrócenia jest jednokierunkowy; nikt nigdy nie wraca do wiary w kulę, nie ma „byłych płaskoziemców”, o ile wiem, ponieważ tak naprawdę nie ma powodu, by wierzyć, że się kręcisz, skoro wiesz, że się nie kręcisz. Ale jak dojść do takiego wniosku? Cóż, zacznijmy od zadania sobie pytania: skąd wiesz, że jesteś na wirującej kuli lecącej w kosmosie? Musisz spróbować udowodnić istnienie kuli ziemskiej, co wydaje się całkiem łatwym zadaniem… ale okazuje się, że jest to w rzeczywistości zupełnie niemożliwe. Wielu opowie ci tę samą historię: zostanie „płaskoziemcą” jest wynikiem porażki przy próbach udowodnienia istnienia kuli ziemskiej. Ironią jest to, że płaskoziemcy są traktowani jako najgłupsi ludzie w społeczeństwie, skończoni idioci… symbol ignorancji, szaleństwa i błędnego myślenia, grupa ludzi, których nie warto nawet słuchać. Kula ziemska jest tak zakorzeniona w zbiorowej świadomości, że powszechnie uważa się ją za niepodważalny fakt rzeczywistości. Aby wykonać tę pracę, potrzebna jest postawa neutralności, brak przywiązania do jakiegokolwiek konkretnego wyniku, wystarczy po prostu przeanalizować wszystkie dowody za i przeciw wirującej ziemi… Wyraźnie pamiętam dzień, w którym zdałem sobie sprawę, że nie wiruję w przestrzeni; było to najgłębsze przebudzenie w moim życiu, prawdziwe doświadczenie oświecenia, nowy świt, ostateczne „wyjście poza umysł” i „dojście do zmysłów”… [podkreślenie dodane]

Kiedy w 2016 roku zabrałem się za próbę udowodnienia [istnienia Globu], myślałem, że to będzie dziecinnie proste, z moim godnym zaufania doktoratem i zaawansowanymi umiejętnościami matematycznymi, a ponieważ ciągle latałem „dookoła globu” samolotami, bez wątpienia mogłem to udowodnić, i to z łatwością! Ale im więcej szukałem i im bardziej się starałem, tym bardziej mi się nie udawało. Szukałem dowodów na istnienie globu każdego dnia przez wiele lat, to była obsesja, ciągle myślałem, że może coś przeoczyłem, jakiś test, który to potwierdza… Uważnie śledziłem debatę w internecie, ale przez wszystkie te lata nie znalazłem ani jednego powodu, by wierzyć w istnienie Globu. Argumenty za istnieniem Globu słabną z każdym rokiem, a liczba „płaskoziemców” stale rośnie.

Jasne jest, że naukowcy nie podejmują tego tematu na poważnym poziomie; albo całkowicie go ignorują, albo stosują ataki ad personam, aby oczerniać i umniejszać badaczy, jakby cały temat był poniżej ich godności, obrazą dla ich intelektu, niewartą podjęcia rozmową. To intelektualne omijanie, po prostu cię blokują, oczerniają, zachowując status normalnych.⁵ [podkreślenie dodane]

Young jest jednym z wielu profesjonalistów, którzy podzielają takie poglądy, w tym piloci i naukowcy. Aplikacja „Flat Earth Sun, Moon & Zodiac Clock” Davida Weissa dostępna pod adresem https://theflatearthpodcast.com/. zawiera filmy z udziałem takich specjalistów, a także wiele innych podstawowych informacji związanych z koncepcją Płaskiej Ziemi (w szczególności zobacz playlistę filmów z odpowiedziami na często zadawane pytania w sekcji „Piloci i naukowcy?”).

Young nie wspomina o dokładnej naturze testów, które przeprowadził podczas procesu „konwersji”, ale wielu sceptyków Globu używa kamery, teleskopu lub lornetki, aby sprawdzić, czy mogą obserwować odległe obiekty, które powinny być zasłaniane przez fizyczną krzywiznę Globu. To jak próba zobaczenia czegoś, co znajduje się za zakrętem – jest to niemożliwe, ponieważ na drodze stoi jakaś fizyczna struktura. To prosty sposób na przetestowanie Globu. Mimo zakładanej niemożności zbyt często ludzie twierdzą, że widzą takie obiekty – i to prawdopodobnie jeden z powodów, dla których sceptycyzm Globu zyskuje na popularności. W rzeczywistości podobne przypadki zostały przedstawione w sądzie w Stanach Zjednoczonych w sprawie wygranej sceptyka Globu w 2019 roku.
(...)

Steven A. Young popiera tę podstawową ideę, odwołując się do swojej wiedzy z zakresu fizyki teoretycznej:

 Prawdopodobnie najsilniejszym argumentem przemawiającym za stacjonarną, zamkniętą przestrzenią jest kwestia ciśnienia powietrza. Żyjemy w środowisku sprężonego powietrza i można śmiało powiedzieć, że sprężone powietrze wymaga szczelnego zamknięcia. Powietrze o ciśnieniu barometrycznym wynoszącym 14,7 funta na cal kwadratowy musi być zamknięte w szczelnym pojemniku. Kiedy powietrze ani woda nie mogą przedostać się do środka ani wydostać, taki stan nazywa się hermetycznym zamkniętym. Model Globu zakłada, że powierzchnia „planety ziemi” jest szeroko otwarta na zimną próżnię kosmiczną, ale gdyby tak było, atmosfera zostałoby natychmiast odessana z planety, aby wyrównać ciśnienie z otaczającą próżnią (która jest również nieskończenie większą przestrzenią). Nie można mieć stabilnej, sprężonej atmosfery, która nie jest zamknięta; gazy zawsze rozproszą się w obszarze niskiego ciśnienia. Są ludzie, którzy próbują twierdzić, że „grawitacja jest pojemnikiem”, że w jakiś sposób utrzymuje gazy na zewnątrz planety w „studni grawitacyjnej”, pomimo nieskończonej próżni wokół; to czysta desperacja. Teoretyczne pojęcie „jonosfery” również nie wystarcza, aby pomieścić sprężone powietrze; ono również zostałoby zassane w przestrzeń kosmiczną.¹⁴ Często używana analogia do wyjaśnienia tego zjawiska jest następująca: otwierając puszkę napoju gazowanego, słychać głośny dźwięk. Ciśnienie wewnątrz puszki jest wyższe niż ciśnienie powietrza na zewnątrz, więc po otwarciu puszki gaz gwałtownie uchodzi z puszki, aby osiągnąć stan równowagi (czyli nastepuje dyfuzja na zewnątrz).

Porównaj to z tym, co zakłada model Globu. Sugeruje on, że Ziemia nie jest zamkniętym systemem, a wszystkie ziemskie gazy mogą spokojnie znajdować się obok układu o ekstremalnie niskim ciśnieniu („próżni kosmicznej”). W jakiś sposób ziemskie gazy nie dyfundują gwałtownie do próżni niskiego ciśnienia. "Globaliści" twierdzią, że grawitacja utrzymuje gazy atmosferyczne wbrew temu gradientowi ciśnienia. To rzekomo dzieje się to na najwyższych wysokościach, gdzie „siła grawitacji” byłaby najsłabsza, ponieważ jest ona daleko od środka masy Ziemi. Jednak ta siła utrzymuje atmosferę wbrew ogromnej różnicy ciśnień wytworzonej przez ogromną (rzekomą) próżnię kosmiczną. Sceptycy Globu nie uznają tego argumentu.¹⁵ Często sceptycy Globu wskazują, że grawitacja jest rzekomo wystarczająco silna, aby powstrzymać oceany Ziemi przed spadnięciem z Globu, ale jednocześnie nie jest wystarczająco silna, aby utrzymać owada, który leci w górę wbrew sile grawitacji. A jednak pomimo tego wszystkiego, zwolennicy tej teorii twierdzą, że grawitacja jest wystarczająco silna, aby utrzymać atmosferę Ziemi w obliczu różnicy ciśnień wytworzonej przez próżnię kosmiczną, która znajduje się tuż obok atmosfery. Dla sceptyków teorii Globu, zamknięty firmament jest znacznie bardziej sensownym wyjaśnieniem.¹⁶ 
(....)

Cały artykuł 

Z szablą na czołgi

Mit:

Polscy ułani szarżowali w 1939 roku z szablami i lancami na czołgi. Możemy podziwiać ich heroiczną odwagę, jednak jest to dowód nie tylko na brak przygotowania sił zbrojnych Rzeczypospolitej do nowoczesnej wojny, ale nawet na polską głupotę. Nic dziwnego, że niemiecka i sowiecka propaganda wykorzystała to jako powód do wspólnego zlikwidowania Polski. Można o tym przeczytać w podręcznikach szkolnych, obecne jest to również w kulturze masowej.

Chyba najwięcej szkód spowodował film Lotna Andrzeja Wajdy, wyprodukowany w 1959 roku. Był to jeden z pierwszych filmów o 1939 roku, nakręcony po odwilży (i jeden z pierwszych w PRL filmów kolorowych), zyskał więc wielkie znaczenie jako pokazujący prawdę o kampanii polskiej. Była to jednak prawda specyficzna – zgodna z linią komunistycznej propagandy: etos polskiego żołnierza jest ukazany lekceważąco, oficerowie są źli i zawistni, a kluczową sceną filmu jest szarża polskiej kawalerii na niemieckie tygrysy i próba odcięcia im lufy szablą. Artyście wolno więcej?

Opis szarży polskiej kawalerii na niemieckie czołgi jako pierwszy zamieścił w reportażu włoski korespondent wojenny Indro Montanelli. Jego reportaże zostały później zebrane w książce, bardzo szybko wycofanej przez cenzurę. Niemcy uważali bowiem, że ma ona wydźwięk propolski i antyniemiecki. Co interesujące, książka była zabroniona również przez – zdominowane przez komunistów – władze Włoch „sprzymierzonych”.

2 września Indro Montanelli trafił na pobojowisko, zobaczył poległych polskich ułanów, porzucone szable i niemieckie czołgi, napisał więc relację, że duch bojowy Polaków jest tak wielki, iż rzucają się oni z szablami na czołgi. Faktycznie: 1 września wieczorem, pod Krojantami na Pomorzu, 18. Pułk Ułanów szarżował na niemiecki 76. Pułk Zmotoryzowany. Szarża była jednak w pełni regulaminowa, gdyż polscy kawalerzyści atakowali walczących pieszo żołnierzy niemieckich, zmusili ich do ucieczki i dopiero pod sam koniec pościgu dostali się pod ogień karabinów maszynowych (tak bowiem – po dostaniu się w zaskakujący ostrzał – kończyła się większość szarż w historii wojen). Wśród karabinów maszynowych były również trzy zamontowane na samochodach pancernych, ale Polacy nawet się do nich nie zbliżyli, tylko od razu rozpoczęli odwrót. Walka zakończyła się polskim sukcesem, bo Niemcy zostali tego dnia zatrzymani.

Polacy w 1939 roku – ani w żadnym innym – nie szarżowali na czołgi. Często jednak związek taktyczny kawalerii walczył przeciwko związkowi pancernemu. Nie oznacza to jednak atakowania szablami czołgów, tylko zupełnie coś innego.

Podstawowym sposobem walki kawalerii była walka piesza. Konie kawaleryjskie służyły przede wszystkim w marszu. Przed bitwą pozostawiano je w zakrytym miejscu pod opieką koniowodnych – z reguły jeden lub dwóch pilnowało sześciu koni. Podczas marszów ułan czy szwoleżer nie zawsze podróżował w siodle. Mniej więcej połowę czasu maszerował, prowadząc konia za uzdę. Dzięki temu i konie, i żołnierze zachowywali siły do walki. Konie były dla kawalerii tym, czym ciężarówki i autobusy dla piechoty zmotoryzowanej – środkiem transportu. Dlatego też nazwą lepiej oddającą sposób walki byłaby „piechota konna”, a nie kawaleria, ułani czy szwoleżerowie. Wojsko Polskie o tym wiedziało i dlatego ostatnie dziesięć pułków kawaleryjskich sformowanych w II Rzeczypospolitej nosiło nazwę „strzelcy konni”.

Dlaczego jednak w II Rzeczypospolitej formowano nowe pułki kawalerii? Czy nie zdawano sobie sprawy, że to przestarzała formacja? Ależ tak, była taka świadomość. Wiedziano również, że brygada piechoty zmotoryzowanej jest tańsza w wystawieniu i utrzymaniu od brygady kawalerii. Ale kawaleria była potrzebna. Przede wszystkim na wschodzie Polski, gdzie garnizony piechoty były rzadko rozrzucone, nie było dróg, a niebezpieczeństwo nagłego ataku Armii Czerwonej pozostawało wysokie. Potrzebne były formacje wojska o większej mobilności niż piechota i o większej zdolności pokonywania bezdroży. Co więcej, bardzo wielu polskich poborowych potrafiło zajmować się końmi, więc nie trzeba było ich dodatkowo szkolić.

Inne armie również miały kawalerię, niektóre nawet całe dywizje i korpusy. Kawalerię mieli także Niemcy, chociaż w 1939 roku nieco mniej niż Polacy. W Niemczech były bowiem lepsze drogi, ale brakowało koni. A dokładniej – niemiecka armia potrzebowała tak wielu koni taborowych i artyleryjskich, że nie wystarczyło ich dla kawalerii. Gdy jednak po 1941 roku Niemcom przyszło walczyć przeciwko Armii Czerwonej, kawaleria okazała się im bardzo potrzebna, więc formowali nowe związki taktyczne nawet pod sam koniec wojny.

Polacy mieli w 1939 roku 11 brygad kawalerii, w których skład wchodziło 39 pułków. W tych pułkach służyło niespełna 30 tys. żołnierzy – dość mało jak na milionową armię. Były to doskonale wyszkolone i bardzo dobrze wyposażone wojska. Ich uzbrojeniem była – obok broni ręcznej – również broń maszynowa, artyleria, działa przeciwpancerne i przeciwlotnicze oraz samochody pancerne i czołgi. Gdy przychodziło im walczyć z niemieckimi i sowieckimi czołgami, używali do tego dział polowych, min, armat przeciwpancernych, granatów, karabinów przeciwpancernych. Szabel nie używali – były one zresztą przytroczone do siodeł koni, które stały kilometr czy dwa za polem walki. Lance natomiast służyły wyłącznie jako broń paradna.

Doskonałym przykładem walki polskich kawalerzystów z niemieckimi czołgami jest bój pod Mokrą, stoczony 1 września przez niemiecką 4. Dywizję Pancerną i polską Wołyńską Brygadę Kawalerii. Pierwsze niemieckie uderzenie zatrzymało się pod ogniem polskiej artylerii konnej. Kolejne poszło głębiej, ale zatrzymał je bezpośredni ogień armat przeciwpancernych. Próba oskrzydlenia została powstrzymana przez polski pociąg pancerny. Gdy Niemcom zdawało się, że polskie odwody są związane walką, rzucili wszystkie siły do decydującego natarcia. Doszło do zażartej walki na najmniejszym dystansie z użyciem granatów i karabinów przeciwpancernych. Wówczas do walki weszły polskie czołgi, zadecydowały o losach bitwy i odrzuciły wroga. 4. Dywizja Pancerna porzuciła na polu walki setkę czołgów – trzecią część siły bojowej. I chociaż później większość z nich naprawiono, to przez dwa dni dywizja nie mogła ruszyć z miejsca.

Bój pod Mokrą nie był jedynym starciem, w którym polska kawaleria odniosła sukces nad niemieckimi – czy też sowieckimi – czołgami. Jeśli kawaleria nie została zaskoczona, to miała dość duże szanse wyjścia zwycięsko ze starcia. Jeszcze częściej polskie brygady kawalerii walczyły przeciwko niemieckiej piechocie, a raz – przeciwko niemieckiej kawalerii. 1 września, tuż przy samej granicy, szwadrony Mazowieckiej Brygady Kawalerii starły się ze szwadronami Wschodniopruskiej Brygady Kawalerii. Bitwa miała przebieg typowy dla starć kawaleryjskich – Polacy zaatakowali w szyku konnym, Niemcy równie rycersko stanęli do walki, w ruch poszły szable, jedna ze stron oddała pole, a druga ruszyła w pościg, dostała się pod ogień karabinów maszynowych, a wówczas wykonała szybki odwrót.

Szarża oznacza ostatnią fazę gwałtownego ataku, najczęściej z wykorzystaniem broni białej. Polska kawaleria wykonała kilkanaście szarż przeciwko Niemcom i kilka przeciwko Sowietom. Nigdy nie atakowano czołgów, tylko piechotę, kawalerię, tabory i biwaki. Niemcy – którzy wystawili do wojny przeciwko Polsce 13 pułków kawalerii i kilkadziesiąt mniejszych pododdziałów – także wykonywali szarże. Wszystko wskazuje na to, że częściej niż Polacy. Wynikało to z przebiegu działań wojennych – szarżuje się najczęściej na przeciwnika zdezorientowanego, często wykonującego manewr odwrotowy. Oczywiście gdybyśmy byli równie perfidni co propaganda niemiecka lub sowiecka, moglibyśmy uznać liczne szarże niemieckie za dowód na zacofanie militarne Wehrmachtu…

Brygady kawalerii na tle innych polskich związków taktycznych najdłużej utrzymały zwartość organizacyjną. Wynikało to z wielu czynników: kawalerzyści byli doskonale wyszkoleni i bardzo zgrani – służba w kawalerii trwała bowiem ponad trzy lata, stany pokojowe były zbliżone do wojennych, a oficerów i podoficerów było więcej niż w piechocie. Kawaleria była również szybsza od piechoty, mniej zależna od dróg i z większą łatwością „organizowała” potrzebne zaopatrzenie. Co jednak najważniejsze, kawalerzyści byli mniej zmęczeni od piechurów. Zmęczony żołnierz potrafi spać na stojąco – o czym na własnej skórze przekonał się podczas służby wojskowej jeden z autorów – ale trudno maszerować z zamkniętymi oczami. Kawalerzyści natomiast mogli spać podczas marszu, licząc na inteligencję konia i uwagę towarzyszy broni. Dlatego właśnie kawaleria walczyła do samego końca.

I chociażby z tego powodu dowiodła, że w 1939 roku miała na polu walki duże znaczenie.


Mity polskiego września 1939

Sławomir Koper & Tymoteusz Pawłowski

1 września 1939 roku Słowacja napadła na Polskę. Kwadrans po Wehrmachcie

 

We wrześniu 1939 roku Polska padła ofiarą agresji nie tylko ze strony Niemiec i Związku Radzieckiego, ale także – co dziś pamięta się znacznie rzadziej – ze strony sprzymierzonej z III Rzeszą Słowacji.

Państwo słowackie, powołane do życia 14 marca 1939 roku pod przywództwem księdza Jozefa Tisy, szybko znalazło się w silnej zależności od Niemiec. Polska, licząc jeszcze na utrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków, uznała jego niepodległość już następnego dnia po jej ogłoszeniu. Wkrótce jednak okazało się, że rząd w Bratysławie związał swój los z Hitlerem.

Latem 1939 roku Słowacy intensywnie przygotowywali się do udziału w agresji na Polskę. Modernizowano drogi prowadzące ku granicy, gromadzono informacje wywiadowcze o polskich jednostkach, a Niemcom udostępniano linie kolejowe i lotniska. Z lotnisk na terytorium Słowacji startowały później samoloty Luftwaffe uczestniczące m.in. w bombardowaniach Krakowa i Warszawy.

Jednocześnie nasilała się antypolska propaganda. Szczególnie aktywni byli minister propagandy Aleksander Mach oraz paramilitarna Gwardia Hlinki.

1 września 1939 roku o godz. 5:00, bez wypowiedzenia wojny, wojska słowackie przekroczyły granicę Polski.

Do działań przeciwko Polsce skierowano Armię Polową „Bernolák”. W jej skład wchodziły trzy dywizje: „Jánošík”, „Škultéty” i „Rázus”, a także zgrupowanie manewrowe „Kalinčiak”. Nie wszystkie te siły uczestniczyły jednak w walkach w takim samym zakresie. Słowackie wojska liczyły łącznie około 50 tys. żołnierzy.

Walki toczyły się m.in. w rejonie Zakopanego, Nowego Targu, Krynicy, Muszyny, Przełęczy Dukielskiej i Łupkowa. Słowacy zajęli m.in. Czorsztyn i Tylicz, a na dalszym etapie działań operowali również w kierunku Krosna i Sanoka.

Choć udział Słowacji nie miał decydującego znaczenia dla wyniku kampanii, lokalnie stanowił realne wsparcie niemieckiej ofensywy na południu Polski.

Według danych wojskowych Słowacy stracili 18 zabitych, 46 rannych i 11 zaginionych. Do niewoli wzięli około 1350 polskich żołnierzy.

„Jesteśmy dumni, że przyjaźń słowacko-niemiecką mogliśmy przypieczętować walką i krwią Słowaków” – stwierdził słowacki minister propagandy Aleksander Mach w przemówieniu wygłoszonym 4 października 1939 roku.

Po zakończeniu działań wojennych Niemcy przekazali Słowacji łącznie około 770 km kwadratowych terytorium należącego przed wojną do Polski lub zajętego przez nią jesienią 1938 roku. Obszary te zamieszkiwało ponad 34 tys. osób.

Wśród terenów przejętych przez Słowację znalazło się 26 wsi Spiszu i Orawy, które znajdowały się w granicach Polski jeszcze przed 1938 rokiem. Rozpoczęła się tam intensywna słowakizacja. Usuwano polskich księży i nauczycieli, zamykano polskie szkoły oraz niszczono polskie książki i inne ślady polskiej kultury.

Represjom towarzyszyły demonstracyjne akcje wymierzone w polską tożsamość narodową. W Jurgowie urządzono nawet symboliczny „pogrzeb Polski”.

Okupacja słowacka nie miała skali niemieckiego terroru, jednak na anektowanych terenach władze konsekwentnie prowadziły politykę słowakizacji i usuwania śladów polskości.

Współpracując z gestapo i niemiecką strażą graniczną, słowackie służby zwalczały również polskie podziemie i kurierów przedostających się przez południową granicę. Na zajętych terenach miejscową ludność żydowską objęto ponadto słowackim ustawodawstwem antyżydowskim i deportacjami.

Po zakończeniu wojny Słowacja ponownie znalazła się w granicach Czechosłowacji, jednak kwestia Spiszu i Orawy nie została rozwiązana od razu. Wiosną i latem 1945 roku dochodziło tam do napięć, incydentów i starć.

Dopiero w lipcu 1945 roku Wojsko Polskie [LWP? md] ostatecznie obsadziło tereny należące do Polski przed wojną, przywracając w praktyce granicę sprzed 1939 roku. Napięcia i antypolskie wystąpienia utrzymywały się jednak jeszcze przez pewien czas.

Historia udziału Słowacji w agresji na Polskę przypomina, że we wrześniu 1939 roku nasz kraj stanął do walki nie tylko z Hitlerem i Stalinem, ale również z południowym sąsiadem, który w sojuszu z III Rzeszą wybrał rolę agresora.

Eugeniusz Wiśniewski

kresy/1-wrzesnia-1939-roku-slowacja-napadla-na-polske-kwadrans-po-wermachcie

Propaganda antropologicznej rozpusty

 


Lewacka ofensywa na szkołę. Czy to jeszcze nasze dzieci czy już dzieci państwowe?

Barbara Nowacka kontynuuje realizację unijnego planu objęcia wszystkich polskich uczniów ideologiczną propagandą w obszarze seksualności. Jej wielkim sojusznikiem jest nowe „osiągnięcie” rządu Donalda Tuska, czyli transkrypcja pseudo-małżeństw jednopłciowych.

Od 1 września obowiązkowym przedmiotem w polskiej szkole stała się edukacja zdrowotna. Wynalazek Barbary Nowackiej został tym razem rozbity na dwie części. Przymusowa dla wszystkich jest partia większościowa, która obejmuje szeroko pojętą tematykę zdrowotną czy związaną z bezpieczeństwem.

Teoretycznie dobrowolna jest partia mniejsza, dotycząca seksualności. To efekt naprawdę znaczącego oporu społecznego, który wybuchł w 2025 roku. Początkowo Barbara Nowacka chciała wprowadzić do szkół jednolitą, obowiązkową edukację zdrowotną. Przeciwko temu zaprotestowało wiele środowisk – przede wszystkim rodzice, wsparci jednak również przez biskupów, licznych nauczycieli i część polityków. Powód tego oporu był bardzo prosty.

PROPAGANDA ANTROPOLOGICZNEJ ROZPUSTY

Edukacja zdrowotna w tych miejscach, w których opowiada o związkach między ludźmi oraz o seksualności, odwołuje się do antropologii progresywnej. Nie ma tu miejsca dla Boga; małżeństwo nie jest uprzywilejowane; poczęcie nie jest naturalnym elementem aktu seksualnego. Związki i seksualność zostają sprowadzone do roli funkcjonalnego narzędzia, stają się sposobem maksymalizacji przyjemności i zadowolenia z życia. W tej perspektywie możliwa staje się aprobata rozwodów, wolnych związków, antykoncepcji, homoseksualizmu czy nawet aborcji.

Narracja, którą zamieszczono w edukacji zdrowotnej, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową – stanowi raczej świadome odcięcie się od antropologii katolickiej na rzecz antropologii świeckiej i liberalnej.

Właśnie dlatego tylu ludzi protestowało przeciwko koncepcji narzucenia edukacji zdrowotnej wszystkim, bez możliwości rezygnacji z zajęć. Barbara Nowacka zrobiła krok wstecz. W ubiegłym roku szkolnym edukacja zdrowotna pojawiła się w szkołach i domyślnie zostali nią objęci wszyscy uczniowie. Można było jednak wypisać się z zajęć, składając specjalną deklarację.

SKUTECZNA TAKTYKA NOWACKIEJ

W ten sposób Nowacka zrealizowała swój pierwotny cel, wprowadzając do szkół edukację zdrowotną z komponentem liberalnej seksualności, uspokajając zarazem protesty. W tym roku następuje intensyfikacja ministerialnego nacisku na uczniów. Niestety, taktyka Nowackiej okazała się skuteczna, bo reakcje krytyczne ograniczyły się tym razem do dość nielicznych manifestacji czy dyskusji w mediach. Zabrakło większego poruszenia społecznego, które pozwoliło zatrzymać plany rządowe poprzednim razem.

Na czym polega sukces Nowackiej? Po pierwsze, edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem groźnym wyłącznie w swoim komponencie stricte seksualnym, a więc tym, który jest dziś nieobowiązkowy. Elementy progresywnego światopoglądu w odniesieniu do związków i seksualności są rozsiane również w innych partiach tego przedmiotu. Sztandarowym przykładem jest zagadnienie depresji, które proponuje się ilustrować… depresję poporodową. Analogicznych zabiegów jest więcej. Uczeń, o ile tylko natrafi na liberalnego nauczyciela, może zostać skonfrontowany z ideologicznymi treściami nawet wtedy, jeżeli decyzją rodziców zostanie wypisany z części nieobowiązkowej.

Drugi problem polega na kształcie tej nieobowiązkowości. Tak jak w poprzednim roku szkolnym, z komponentu dotyczącego edukacji seksualnej trzeba się aktywnie wypisać – domyślnie każdy uczeń jest objęty tym komponentem, jako normalną częścią całości edukacji zdrowotnej. Można zakładać, że pewna część rodziców nie zachowa wystarczającej czujności i nie złoży formularza, co zwiększy zasięg oddziaływania propagandy progresywnej krzewionej przez rząd. Brak większych protestów sprawił, że ministerstwo nie czuło się zobowiązane by w jakiś sposób ułatwić wypisanie się z przedmiotu. Jest bardzo możliwe, że w ubiegłym roku wielu uczniów chciało rezygnować z edukacji zdrowotnej, bo zyskiwali wtedy godzinę wolną. Teraz wypisanie się już nic im nie da – nie otrzymają wolnego czasu.

LEWACKI UNIJNY TARAN IDZIE DALEJ

Prawdopodobny wzrost liczby uczniów uczestniczących w całości edukacji zdrowotnej i przyzwyczajenie społeczeństwa do obecności tego przedmiotu ma swój oczywisty skutek: jeżeli tylko obecna koalicja rządząca zachowa władzę, to będzie próbowała objąć wszystkich uczniów obowiązkiem uczestnictwa w całym przedmiocie – i może jej się to udać. Nawet jeżeli w kraju wybuchną spore protesty, to można zakładać, że z powodu przyzwyczajenia do nowego przedmiotu nie będą mieć już takiej siły, by faktycznie zmusić rządu do zmiany decyzji. Dlatego jedynym możliwym scenariuszem przeciwdziałania planom Nowackiej, obok protestów prowadzonych ze świadomością granic ich skuteczności, jest działanie na rzecz odsunięcia lewicowego rządu od władzy i naprawa systemu edukacji po osiągnięciu takiego rezultatu.

Barbara Nowacka dąży konsekwentnie do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, bo w ten sposób realizuje unijne wytyczne. Unia Europejska rozwija wspólny projekt edukacyjny, znany jako Europejski Obszar Gospodarczy. Jego celem jest częściowe ujednolicenie sposobu nauczania dzieci we wszystkich państwach członkowskich, co zakłada głęboką ideologizację szkoły – również w aspekcie seksualności. Oficjalny światopogląd unijny jest przecież skrajnie sekularystyczny – nie zna Boga ani prawa naturalnego. Z perspektywy wiodących socjotechników brukselskich, ludzkie związki można rozumieć wyłącznie hedonistycznie, a takie metody jak antykoncepcja czy nawet zabijanie dzieci poczętych są zupełnie zwykłą formą regulacji poczęć, ba, więcej – są „prawem” człowieka. Obecny lewicowy rząd Polski przyjmuje wyższość unijnego prawa, dlatego jest gotów pogwałcić konstytucyjne gwarancje dotyczące swobody rodziców w wychowywaniu dzieci. Polska ustawa zasadnicza uchodzi za drugorzędny dokument wobec woli przywódców Unii Europejskiej.

HOMOZWIĄZKI JAKO PREZENT DLA NOWACKIEJ
Tak samo dzieje się w przypadku transkrypcji aktów „małżeńskich” zwieranych przez pary jednopłciowe poza granicami Polski. W listopadzie 2025 roku Trybunał „Sprawiedliwości” Unii Europejskiej orzekł, że wszystkie kraje członkowskie mają obowiązek wpisywać do swojego systemu prawnego takie akty. W marcu tego roku za wiążący uznał ten werdykt Naczelny Sąd Administracyjny. Już w maju w Warszawie dokonano pierwszej transkrypcji takiego aktu. Symbolicznie: chodziło o związek zawarty przez dwóch mężczyzn w Berlinie. Rafał Trzaskowski, autoryzując ich homoseksualne „małżeństwo”, w oczywisty sposób pogwałcił polską konstytucję, przyjmując nadrzędność de facto niemieckiego prawa.

Później analogicznych transkrypcji dokonano także w wielu innych urzędach stanu cywilnego w różnych miejscach kraju. Od niedzieli 23 sierpnia funkcjonuje jako legalne rozporządzenie ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, które przewiduje nową formułę transkrypcji; rząd oczekuje, że wszystkie samorządy będą dokonywać takich aktów, jak Trzaskowski. Jeszcze w sierpniu zrobiono to między innymi w Gdańsku. W ten sposób w polskim systemie prawnym, wbrew konstytucji, pojawiły się homozwiązki.

To ma swoje znaczenie również dla systemu edukacji. Przecież w ramach edukacji zdrowotnej uczy się dzieci o tym, jak wyglądają związki intymne między ludźmi. Jeszcze do niedawna od strony formalnej takie związki były tylko jednego rodzaju: małżeństwo między mężczyzną a kobietą. W roku szkolnym 2026/2027 sytuacja jest już inna. Nauczyciel może poinformować dzieci, że nad Wisłą żyją i współżyją ze sobą również pary jednopłciowe, ciesząc się prawną ochroną rządu Donalda Tuska; a co za tym idzie, że homoseksualność jest rzeczą zupełnie normalną, a może nawet godną pochwały. Nie wiem, czy koordynacja działań Nowackiej i Gawkowskiego jest przypadkowa, czy celowa – ale w każdym przypadku skutki są dokładnie te same. Wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej w progresywnym ujęciu, wespół z pseudo-legalizacją zawartych za granicą homozwiązków, konstytuuje potężny wyłom w ciągłości cywilizacyjnej Polski. Po tysiącu lat już nie doktryna chrześcijańska, ale rewolucyjna ideologia dyktuje rozumienie małżeństwa i seksualności. Nawet jeżeli żyjemy dziś w wolnym kraju, to pod względem poszanowania dla prawa naturalnego w tym obszarze sytuacja jest gorsza niż w okresie okupacji sowieckiej. Nie jest to zaskakujące, jako że unijna ideologia, której hołduje Barbara Nowacka, wyrasta z rewolucyjnego ducha, który zrodził również marksizm; niemniej rozpoznanie tego stanu rzeczy powinno mobilizować Polaków do intensywnego przeciwdziałania.

POTRZEBA SŁUSZNEGO GNIEWU

[Jak można zaśmiecać swój umysł gniewam? Jeżeli coś dobrego da się zrobić, to można to zrobić i bez gniewu VB]

To, co można zrobić w rozpoczynającym się roku szkolnym, to przede wszystkim bardzo konsekwentne wypisywanie dzieci z komponentu seksualnego edukacji zdrowotnej. Kto tylko może, niech informuje o tym innych rodziców i zachęca ich do podjęcia odpowiednich kroków. Potrzebne są też nowe protesty, wyraziste i szeroko zakrojone, podobne do tych, które przeszły przez Polskę w 2025 roku. Nie chodzi nawet o to, by „pokazać Nowackiej”, co myślą o niej konserwatywni Polacy, bo przecież Nowacka dobrze to wie; chodzi o to, by uświadomić bliźnim skalę problemu i zmaksymalizować słuszny gniew, tak, by wyborcza odpowiedź na haniebne postępowanie obecnej władzy była w 2027 roku jeszcze silniejsza, torując drogę do władzy prawicowym formacjom. Czy te formacje będą skłonne do wypalenia gorącym żelazem ideologicznego zepsucia prawa, które wprowadził obecny rząd – to już problem osobny, zależny w dużej mierze od konkretnego składu takiego hipotetycznego rządu.

Paweł Chmielewski

1 września 2026 Paweł Chmielewski 

Planowany chaos

 

Jak można zaplanować chaos? Przecież to sprzeczność! Cechą chaosu jest nieprzewidywalność, a co za tym idzie brak planowania. A jednak. Jak inaczej nazwać dyplomację Trumpa? Stworzony przez niego chaos przebiega zgodnie z planem. Łatwo można mu zarzucić niezrównoważenie psychiczne i martwić się, że ma dostęp do broni jądrowej. Jak każde zmartwienie niczego nie wyjaśnia i nie zmienia.

Planowanie chaosu nie zostało wymyślone przez Donalda Trumpa – on wykorzystuje ten pomysł Deep State dla własnych celów. Jakie są jego cele?* Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Jednak po kolei jak ja to widzę.
[Trump to przede wszystkim marionetka, jego osobiste zamiary nie mają większego znaczenia VB]

Chaos został zaplanowany i jest wprowadzany w życie przez siły globalistyczne na całym świecie. Także, a nawet głównie w państwach będących mocarstwami światowymi. Celem jest władza nad światem. Jest to utopia, ponieważ współpraca największych potęg na globie jest zapewniona tak długo, jak długo poszczególni władcy – Xi, Putin, Trump – widzą w tym korzyści wzmacniające ich własną władzę. Żaden z nich nie odda zwierzchnictwa szarym eminencjom stojącym za tymi wojnami, sztucznie wywołanymi katastrofami, czy masową migracją. [Nonsens, to "szare eminencje" mają rzeczywistą władzę, żeby coś oddać, to wpierw trzeba to mieć VB]

Dlatego widzimy ciche zrozumienie i pewien poziom współpracy między nimi. Dlaczego niedawną wizytę szefa CIA w Moskwie utrzymywano do końca w tajemnicy i dotychczas nie wyjaśniono powodów tej eskapady? Opinia publiczna była w tej sytuacji najmniejszym zmartwieniem dla Trumpa. Ważniejsze było zaskoczenie globalistów.

Tutaj dotykamy tematu, który jest przedmiotem sporu wielu politycznych analityków. Jedni uważają, że Trump to człowiek całkowicie podporządkowany głębokiemu państwu, inni z kolei, że walczy z nimi na śmierć i życie. Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku. Globaliści (inne określenie dla głębokiego państwa) są na tyle silni, że nie można ich zwalczać, stawiając przyłbicę (bo przy łbie) otwarcie przeciwko nim. Tak postąpił 65 lat temu John F. Kennedy i wiemy, czym się to skończyło. [65 lat temu Kennedy mógł ewentualnie mieć jakieś złudzenie co do swojej pozycji, ale dla Trumpa, który wcale taki głupi nie jest, Kennedy jest żywym czy raczej martwym przykładem, że goście z Banku Centralnego mają ograniczone poczucie humoru, i dowcip z drukowaniem rządowych pieniędzy im się nie spodobał VB]

Penetracja sił zbrojnych, przekupione parlamenty i całkowite opanowanie władzy w państwach koalicji chętnych to bez wątpliwości największe sukcesy globalistów. Odwalili kawał dobrej roboty. Niestety nie wystarczy to na przechwycenie władzy nad całym światem.

Dokładnie o północy 31 grudnia 2019 r. zaczęło się od „wymyślonego” Covid-19, plandemii uderzającej w cały świat – 193 członków ONZ – tego samego dnia pod wpływem skrajnego strachu, otulonej głębokim i przytłaczającym stanem terroru. Ten stan terroru umożliwił wprowadzenie zabójczej szczepionki – zabójczej jak w „sekwencjonowaniu populacji”, zgodnie z wytycznymi „Granic Wzrostu”. Podsumowując, fałszywa plandemia, narzucona strachem (najlepszą bronią tyranów), uzasadniała wprowadzenie wielowymiarowej trucizny zwanej „szczepionką” – która miała – i nadal ma – różne skutki dla różnych ludzi, ras, krajów, regionów, różnych poligonów doświadczalnych, aby ukryć niszczycielskie skutki, wszystkie służące głównemu celowi i głównemu celowi – masowym szkodom dla ludzi, chorobom, prowadzącym do przyspieszonej śmierci, tj. redukcji populacji.

Powyższy cytat pochodzi z wczorajszego artykułu Petera Koeniga na globalresearch.ca: Chaos dla życia i śmierci – a może dla przebudzenia? Źródło.

Ludzkość jest atakowana ze wszystkich stron i kątów. Większość nawet tego nie zauważa. Przepraszam, to po prostu natura, ale będzie lepiej. Nie, nie będzie. Nie sama z siebie. Wolność, choć jest prawem człowieka, może przetrwać tylko wtedy, gdy my, ludzie, będziemy o nią codziennie pracować i walczyć.

Jak z tym walczyć? Zacząć trzeba przede wszystkim od rozróżnienia prawdy od fałszu. Tego się trzeba nauczyć. Nie jest łatwo poświęcić swój cenny czas na sprawdzanie wiarygodności informacji. Jednak w dobie permanentnej manipulacji jest to jedyna droga, by znaleźć w tym chaosie jakiś porządek.

==========================================

Autor artykułu Marek Wójcik
31. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/planowany-chaos

Jan Gross to kłamca, manipulant i ignorant

 

Jan Gross i spółka, „Akcja Reinhardt” – a Grzegorz Braun


Ponury bajarz polsko-żydowskiego pochodzenia Gross zmyślił hagadę, którą zatytułował „Złote żniwa”. Opowiada w niej, jak to polscy wieśniacy mieszkający w okolicach niemieckich obozów koncentracyjnych w Treblince, Sobiborze i Bełżcu bogacili się, wykopując na terenach dawnych obozów szczątki pomordowanych Żydów i odzyskując z tych szczątków kosztowności. Według Grossa kosztowności było tyle, że „zrewolucjonizowały miejscową gospodarkę”.

Ten kłamca, manipulant i ignorant, z dyplomem socjologa rodem z głębokiej komuny, nie słyszał albo udaje, że nie słyszał o tzw. „Akcji Reinhardta”, opisanej szczegółowo przez zeznającego na Procesie Norymberskim zbrodniarza wojennego Rudolfa Hessa. Nazwa akcji pochodzi od imienia Heydricha. Czym była ta „Akcja Reinhardta”?

„Nazwą tą („Akcja Reinhardta”) określano zbieranie, sortowanie i spieniężanie wszystkich rzeczy odbieranych żywym i wymordowanym Żydom. Nazwa pochodzi od imienia Heydricha, który był pierwszym realizatorem akcji eksterminacji Żydów” [1].

Jakie wyniki dawała ta akcja, dowiadujemy się z rozmaitych źródeł. Przebieg jej opisuje również komendant obozu w Auschwitz, Rudolf Hess:

„Przy wyładowywaniu transportów żydowskich cały bagaż zostawał na rampie, aż do chwili, gdy wszystkich Żydów zaprowadzono do obozu lub do miejsca zagłady. Potem specjalne drużyny transportowe przewoziły bagaż początkowo do sortowni Kanada I, gdzie go sortowano i dezynfekowano. […] Jednak w 1942 r. Kanada I nie mogła nadążyć z sortowaniem rzeczy. Mimo że wciąż wznoszono dodatkowe szopy i baraki, a więźniowie sortowali dniem i nocą, mimo że zwiększano nieustannie liczbę pracujących i załadowywano codziennie wysortowanym materiałem wiele wagonów – często do 20, wciąż piętrzyły się stosy bagażu. Przystąpiono więc w 1942 r. do wybudowania magazynu Kanada II na zachodnim krańcu odcinka budowlanego II w Brzezince, jak również odwszalni i łaźni dla przybywających więźniów. Trzydzieści nowo wybudowanych baraków było wypełnionych po brzegi zaraz po wykończeniu, a góry niesortowanego bagażu piętrzyły się między barakami. […] Przedmioty wartościowe przejmował specjalny oddział komendy obozu, po czym fachowcy odpowiednio je sortowali. Podobnie działo się ze znalezionymi pieniędzmi […]. Eichmann powiedział mi kiedyś, że kosztowności i dewizy sprzedawano w Szwajcarii; zarzucono kosztownościami cały szwajcarski rynek. Zwykłe zegarki wysyłano tysiącami do Sachsenhausen. Znajdował się tam wielki warsztat zegarmistrzowski zatrudniający setki więźniów – założony pod bezpośrednim kierownictwem Maurera z D II. W warsztacie tym sortowano zegarki i naprawiano je. Najwięcej zegarków zostało oddanych do dyspozycji frontowych oddziałów SS i armii dla celów służbowych. Złote zęby przetapiali w sztaby lekarze dentyści w rewirze SS i odsyłali je co miesiąc do Głównego Urzędu Sanitarnego. W plombowanych zębach także znajdowano kamienie szlachetne olbrzymiej wartości. Obcięte włosy kobiece wysyłano do pewnej fabryki w Bawarii dla celów zbrojeniowych. W związku z kosztownościami Żydów wytworzyła się w obozie ogromnie trudna sytuacja, której nigdy już nie udało się całkowicie opanować. Wpłynęło to demoralizująco na członków SS, którzy nie zawsze byli na tyle silni, aby potrafili zwalczyć w sobie pokusę łatwego wzbogacenia się kosztownościami Żydów. Najcięższe kary pozbawienia wolności, a nawet wyroki śmierci, nie działały dostatecznie odstraszająco. Akcja Reinhardta była prowadzona nadzwyczaj metodycznie według dokładnych instrukcji Himmlera” [1].

W dalszym ciągu książki cytowane są instrukcje Himmlera, wskazujące, w jaki sposób należy pozyskiwać „ruchomą i nieruchomą własność po przesiedlonych Żydach” i co z nią zrobić, a nawet nakaz, by w przyszłości pozyskane w ramach Akcji dobra określać „mieniem złodziei, paserów i spekulantów”. Niemcy, jak zawsze i w tej materii, byli skrupulatni, a instrukcje przewidywały, jak i co pozyskiwać i co następnie ze zgromadzonym mieniem zrobić:

„a) Wszelką gotówkę w banknotach niemieckich należy wpłacać do Banku Rzeszy w Berlinie-Schöneberg na konto Głównego Urzędu Gosp. i Admin. SS 158/1488.

b) Dewizy (w monetach lub nie), metale szlachetne, klejnoty, kamienie szlachetne i półszlachetne, perły, złote zęby i złom złoty należy dostarczyć Głównemu Urzędowi Gosp. i Admin. SS. On jest odpowiedzialny za bezzwłoczne przekazanie Bankowi Rzeszy Niemieckiej.

c) Zegarki wszelkiego rodzaju, budziki, pióra wieczne, ołówki, maszynki do golenia ręczne i elektryczne, scyzoryki, nożyczki, latarki kieszonkowe, portfele i sakiewki przyprowadzi Główny Urząd Gosp. i Admin. SS do porządku w specjalnych warsztatach, gdzie też będą oczyszczone i wycenione, ażeby mogły być jak najszybciej wysłane do oddziałów frontowych. Wojsko otrzyma je odpłatnie przez kantyny. Należy ustalić 3–4 kategorie cen i dopilnować, ażeby każdy dowódca i żołnierz mógł nabyć najwyżej jeden zegarek. Od sprzedaży należy wyłączać złote zegarki, których zużytkowanie zastrzegam sobie.

Całkowity wpływ przypadnie Państwu (niemieckiemu).

d) Bieliznę męską łącznie z obuwiem należy posortować i oszacować. Po pokryciu własnego zapotrzebowania dla więźniów obozów koncentracyjnych, a wyjątkowo dla oddziałów SS, należy rzeczy wymienione przekazać Związkowi Volksdeutschów, za zapłatą.

e) Suknie kobiece, bieliznę wraz z obuwiem, ubrania dziecięce należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą.

Bieliznę czysto jedwabną należy oddać według instrukcji Gł. Urzędu Gosp. i Adm. SS Ministerstwu Gospodarki Rzeszy. To samo stosuje się do bielizny pod lit. d.

f) Pierzyny, koce wełniane itp., materiały na ubrania, szale, parasole, laski, termosy, ochraniacze na uszy, wózki dziecięce, grzebienie, torby ręczne, paski skórzane, torby na zakupy, fajki, okulary od słońca, lustra, noże, łyżki, widelce itp., plecaki, walizki skórzane i inne należy oddać organizacji Volksdeutschów. Kwestia opłaty będzie później uregulowana. […]

g) Pościel, jak: prześcieradła, podpinki, poduszki, ręczniki, prześcieradła kąpielowe, kapy stołowe, należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą. […]

h) Okulary i szkła wszelkiego rodzaju należy oddać urzędowi sanitarnemu do zużytkowania. (Okulary w złotej oprawie muszą być oddane wraz z metalami szlachetnymi bez szkieł). […]

i) Futra w dobrym gatunku wszelkiego rodzaju, przerobione lub nie, należy dostarczyć Gł. Urzędowi Gosp. i Admin. SS. Futra tanie (baranie, zajęcze, królicze itd.) należy za uwiadomieniem Gł. Urzędu Gosp. i Admin. SS B II dostarczyć do Zakładu Odzieżowego Broni SS w Ravensbrück koło Fürstenbergu. […]

Należy surowo przestrzegać, ażeby przy oddawanych ubraniach i okryciach odpruto gwiazdę żydowską” [1].

Akcja Reinhardta zakończyła się dnia 19 października 1943 roku i prowadzący ją na terenie Generalnej Guberni SS-Gruppenführer Odilo Globocnik złożył Himmlerowi sprawozdanie. Oto wyjątki z tego dokumentu:

„[…] Dnia 19.10.1943 roku zakończyłem przeprowadzoną przeze mnie w Generalnej Guberni »operację Reinhardta« i rozwiązałem wszystkie żydowskie obozy. W toku „operacji Reinhardta” w Lublinie w okresie od dnia 1 kwietnia 1942 roku do dnia 15 grudnia 1943 roku Rzesza Wielkoniemiecka otrzymała nabytki »operacji Reinhardta« wymienione w zestawieniu. W kruszcach szlachetnych zebrano: 236 sztab złota o wadze 2 909,68 kg, liczonych po 2 800 marek niemieckich, 2 143 sztab srebra o wadze 18 733,69 kg, liczonych po 40 marek niemieckich, 15,14 kg platyny liczonych po 5 000 marek niemieckich. Dewizy w złocie obejmują walutę 34 krajów. […] Wykaz kosztowności, biżuterii i innych przedmiotów obejmuje 44 pozycje. Na wstępie 15 883 pierścieni złotych z brylantami i diamentami, liczonych po 1 500 marek niemieckich. Dalej 130 dużych brylantów po 1 000 marek niemieckich; 2 511,87 karatów brylantów po 100 marek niemieckich; 13 458,62 karatów diamentów po 50 marek niemieckich; 114 kg pereł oszacowanych na 6 milionów marek niemieckich. Jest też 103 614 zegarków (Reparaturuhren) po 2 marki za sztukę, 60 125 zegarków po 10 marek, 2 343 budzików po 4 marki i 6 943 budzików wymagających naprawy po 1 marce; 29 391 par okularów po 3 marki niemieckie. Materiały włókiennicze stanowiły odzież, bieliznę, pierze i szmaty w ilości 1 901 wagonów, ocenionych w sumie na 26 000 000 marek niemieckich. Łączna wartość wszystkich nabytków do dnia 15 grudnia 1943 roku wyniosła 178 745 960,59 marek niemieckich” [1] [2].

Wykaz powyższy podpisali, prócz Globocnika, Sturmbannführer Wippern jako kierownik zarządu i Oberscharführer SS Rzepa jako kierownik kasy „Akcji Reinhardta”.

Wszystkie ujawnione wykazy i zestawienia zrabowanych rzeczy oraz przedmiotów osobistego użytku pomordowanych ofiar nie dają pełnego obrazu, ponieważ znaczna ich część została rozkradziona. Jeden z SS-manów, należący do zbrojnej załogi obozu oświęcimskiego, SS-Untersturmführer Fritz Bergmann, opowiadał w obecności świadka Artura Mayera, że SS odebrało Żydom w Oświęcimiu kosztowności o wartości około 1 miliarda (1 000 000 000) marek niemieckich, ale w rzeczywistości wartość tych rzeczy była o wiele większa.

Instrukcja dotycząca „Akcji Reinhardta” obowiązywała we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych, określała szczegółowo rodzaj postępowania ze zrabowanym uśmierconym Żydom mieniem. Kłamca, manipulant i ignorant Gross ośmielił się napisać, że mienia pozostawionego przez SS-manów Żydom była taka ilość, iż nawet w pozostałych po spaleniu tych nieszczęśników w krematoriach popiołach można było wygrzebać fortunę.

Jeżeli już ktoś mógł się wzbogacić na procederze okradania zwłok żydowskich (oprócz Rzeszy Niemieckiej i SS-manów pilnujących obozów zagłady i okradających Rzeszę z zadekretowanych dla niej pożydowskich dóbr), to „pinkertowcy”: grabarze żydowscy z zakładu pogrzebowego Towarzystwo Ostatniej Posługi, należącego do żydowskiej rodziny Pinkerta – odkopywali oni zwłoki Żydów zmarłych w getcie i okradli je ze złotych protez, plomb, biżuterii, grabili rytualną odzież – tałesy i tahirimy. Żydowskie źródła (wydane na Zachodzie) podkreślają bardzo zyskowny charakter tego procederu – pinkertowcy mieli się wzbogacić nawet na krwi swoich współziomków. Icchak Cukierman „Antek”, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, twierdzi, że w pierwszych dniach powstania w getcie warszawskim w kwietniu 1943 r. pinkertowcy grabili opuszczone domy żydowskie (A. Cukierman, „Nadmiar pamięci”, Warszawa 2000). Po wydostaniu się z getta i dołączeniu do oddziału Gwardii Ludowej w lasach wyszkowskich przestępcza grupa, powszechnie znienawidzona wśród samych Żydów, została wymordowana – jak przypomina dr Wojciech Muszyński, historyk IPN – przez członków Żydowskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej. Pinkertowcy mieli do czynienia ze zwłokami Żydów, których nie dosięgła „Akcja Reinhardta”, więc niepozbawionych jeszcze dobytku. Gross, zaciekły w swojej antypolskiej propagandzie, udając naukowca – historyka, zapomina o faktach, rozwijając swoje ponure antypolskie hipotezy i domniemania.

Gross i Lewinkopf dali przykład, inni może dostali podobne polecenia albo zwietrzyli, że na opluwaniu Polaków można zbić „kasę”. No i wysypali się jak grzyby po deszczu: Martin Gray, Janka Hescheles, Miriam (Mary) Berg, Misha Defonseca z hagadą „Przeżyć z wilkami”. Ta ostatnia przesadziła, żądając w sądzie od swojego wydawcy 22 mln dolarów, których jej za książkę nie dopłacił. Jeśli nie dopłacono jej 22 mln dolarów, to ile już dostała? Można zarobić na pluciu na Polin? Można i to nieźle. Problem jednak pojawił się nowy: wydawca, broniąc się, wysypał, że autorka nie jest i nigdy nie była żydówką, za jaką w książce się podaje, tylko „katoliczką” z Amsterdamu, naprawdę nazywa się Monique De Wael i że nigdy noga jej nie stanęła w Polsce.

Ale książka poszła w świat, o fałszerstwie mało kto wie, a Polacy dostali nowy listek laurowy do wawrzynowego wieńca sławy światowych arcymistrzów antysemityzmu. Nawet w Polsce niektóre odmóżdżone osobniki traktują te koszmarne baśnie jako prawdę historyczną. Takich „baśniopisarzy” opluwających na Zachodzie naród polski było więcej. Przychodziło to im tym łatwiej, że „polscy” ambasadorowie ze szkoły Geremka, w imię plemiennej solidarności, zamiast bronić dobrego imienia Polaków, robili własne geszefty i współpracowali z opluwaczami. W psychologii znany jest fenomen nienawiści obdarowanego do dobroczyńcy. Niekiedy nienawidzący nie wytrzymuje wewnętrznej niespójności między tym, co ma w pamięci, a tym, co głosi. Być może właśnie ten konflikt był przyczyną samobójstwa Lewinkopfa-Kosińskiego, autora „Malowanego ptaka”? Oczywiście wredne bajania Kosińskiego zostały rozsławione przez stosowne media na całym świecie i rozeszły się w milionach egzemplarzy.

Badająca sprawę uratowania się rodziny Lewinkopfów świetna dokumentalistka i publicystka Joanna Siedlecka opisała ją w książce „Czarny ptasior” i została za to obwołana antysemitką, bo opisała, jak było naprawdę.

Żydzi i inni filosemici plwający na Polaków mają się dobrze, wspomagani przez pełniących obowiązki Polaków polskich polityków. Tu zatrzyma się ekshumację, bo wykopaliska wskazują na zbrodnię Niemców, a nie Polaków. Ówdzie „ministra” RP albo prezydent USA „pomyli się” i powie „polski obóz koncentracyjny”. I tak, z pomocą obieranych przez nas przedstawicieli narodu, utrwala się fałszywa legenda Polaków antysemitów, winnych zagłady Żydów. Kiedy ktoś, jak Grzegorz Braun, obdarzony odwagą cywilną, powie głośno, że pokazywane jako autentyki krematoria w Auschwitz budzą wątpliwości, czy kiedykolwiek mogły funkcjonować – robi się klangor na cały świat. Po dokładniejszej analizie wypowiedzi okazuje się, że Braun nie kwestionuje niczego z zagłady Żydów, tylko ma wątpliwości co do autentyzmu budowli; co do tego, czy nie są one po prostu nieudolnymi rekonstrukcjami. Historycy, zamiast moczyć spodnie na sam dźwięk tego hasła, powinni zdobyć się na odwagę i szukać prawdy tam, gdzie ona się znajduje. Zatopieni i przyzwalający na kłamstwo znajdą się wcześniej czy później w sytuacji, kiedy zmuszeni zostaną do taplania się w oszustwie.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
31.08.2026 wolnemedia/jan-gross-i-s-ka-akcja-reinhardt-i-grzegorz-braun

Przypisy
[1] Z książki „Nie oszczędzać Polski” Tadeusza Cypriana i Jerzego Sawickiego, profesorów prawa karnego. Cyprian i Sawicki byli reprezentantami Polski na Procesach Norymberskich i w przeciwieństwie do Grossa wiedzieli, o czym piszą.

[2] 1 Reichsmarka (RM) z 1943 roku miała siłę nabywczą odpowiadającą dzisiejszym około 3,50–4,50 euro, weźmy średnią 4,0 euro. 178 745 960 ówczesnych Reichsmarek miałoby dzisiaj wartość około 715 milionów euro.

Kategorie: O Polskę. Tagi: Akcja Reinhardt, Braun, Jan Gross, Kosiński, Lewinkopf, Żydzi. Autor: Mirosław Dakowski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.