Kupowałem wtedy książki, maniakalnie.
I maniakalnie czytał pan wszystko, jak leci?
Maniakalnie to czytałem we wcześniejszym okresie mojego życia, kiedy nie miałem przewodnika, który by mi coś podsunął.
A rodzice?
Ojciec zbierał albumy i książki historyczne, a te mnie nudziły. Współczesna literatura nie bardzo go wciągnęła, ale może mu robię krzywdę, bo nigdy specjalnie go nie egzaminowałem, patrzyłem na to, co trzyma na półkach. Moja mama natomiast czytała dużo i nie pojmowałem, dlaczego podoba jej się na przykład Witaj, smutku Saganki czy Zielone lata Cronina.
Ale rzeczywiście, w pierwszym okresie czytałem wszystko i gdy wyjeżdżaliśmy do dziadków do Komorowa, to zapisałem się do lokalnej biblioteki, skąd wypożyczałem książki w ciemno. Było więc i coś dla dzieci, i coś o zwierzętach, i kryminał, i obyczaj. Poznałem wtedy autora Tadeusza Kosteckiego, prawnika, który na boku bawił się w pisanie kryminałów. Zafascynowałem się jego książkami. Postanowiłem, że przeczytam wszystko, co napisał. Proszę sobie wyobrazić moje rozczarowanie, kiedy przeczytałem wszystko Kosteckiego i dowiedziałem się, że on też sporo wydał pod pseudonimem.
A nawet pod wieloma pseudonimami: Krystyn T. Wand, Tadeusz Kryswan, W.T. Christine.
I dawaj teraz szukać! Niczym myśliwy zacząłem go tropić. Zachwyciłem się też Agathą Christie, wchłonąłem całego Sherlocka Holmesa Doyle’a. Przeczytałem wszystkie dostępne kryminały, z niezbyt dobrymi włącznie, hurtem, bez żadnej selekcji. Później babcia od strony mamy kupiła mi Zagubioną przyszłość Krzysztofa Borunia i Andrzeja Trepki. To było następne zetknięcie z polskim science fiction, które mnie oszołomiło. Napisali trylogię – pozostałe dwie części babcia mi dokupiła, bo zobaczyła, jaki byłem zachwycony tą pierwszą. Wpadłem w kolejny szał czytania. Choć rodzime SF literacko były takie sobie, bardziej pochłaniała mnie tematyka i inność w stosunku do poetyki i tematyki Puca, Bursztyna i gości. Potem odkryłem Raya Bradbury’ego i przeczytałem wstrząsającą dla mnie książkę: 451 stopni Fahrenheita. Tu dotknąłem czegoś więcej niż tylko przygodówki.
W 1966 roku Truffaut nakręcił na podstawie tej powieści film pod tym samym tytułem. Świetnie pamiętam czołówkę: cała była czytana. To miało związek z fabułą, w której kluczową rolę odgrywa zakazanie pisma.
Koncepcja istnienia świata, w którym książki są zakazane, a strażacy pracują nie po to, by gasić pożary, tylko po to, by palić książki, powodowała, że czytałem 451 stopni Farenheita z wypiekami na twarzy. To dystopijna opowieść o każdym społeczeństwie totalitarnym. Fabularnie ważny jest moment przełamywania się jednego ze strażaków, który doznaje wewnętrznego niepokoju. Zadaje sobie pytanie, co tak właściwie pali, i kradnie jedną z książek. Robi wrażenie jego dochodzenie do odwagi i powrót do źródeł, wartości zniszczonych przez system.
Pamiętam jeszcze Złego Tyrmanda, którego przeczytałem pod kołdrą z latarką, bo mama uważała, że to nie dla mnie. No i tak jechałem przez literaturę.
A późniejsze literackie miłości?
Śladem science fiction jednym z najważniejszych polskich autorów był dla mnie Stanisław Lem. Czytałem go w każdej postaci, bo pisał nie tylko powieści. Łączył wszystko co najważniejsze: poczucie humoru, literackie wizje i głębokie rozważania filozoficzne. Połknąłem Wysoki Zamek, także dlatego, że to lwowska książka.
Nie ma co mówić o oczywistościach, które po drodze łyknąłem: Trylogii, Winnetou i innych obowiązkowych Tomkach Wilmowskich. Z młodzieżowych powieści uwielbiałem jeszcze pisarstwo Niziurskiego, który miał świetną zakrętkę i rodzaj odjazdu, bardzo wciągające.
Niziurski kapitalnie nazywał swoich bohaterów – Wieńczysław Nieszczególny, Chryzostom Cherlawy, Zygmunt Gnacki.
Imponowało mi też, jak w pół kroczku zbaczał z oczywistych opisów i na określenie czegoś używał odrobinę innego słowa. To nadawało specyficznej aury. Najbardziej lubiłem Niewiarygodne przygody Marka Piegusa. Drugi autor, który mnie zaciekawił odjazdem, był, o dziwo, Niemcem. Nie przypuszczałem, że Niemiec może mieć abstrakcyjne poczucie humoru. I to był błąd. Mówię teraz o piszącym także dla młodzieży Erichu Kästnerze.
35 maja… Kästnera czytałam w wydaniu z 1957 roku z rysunkami Bohdana Butenki.
Rewelacyjna powieść. Czytałem też inne jego książki: Emil i detektywi, Latająca klasa. Autor niby młodzieżowy, ale z anarchistycznym odlotem. Kiedy już mówimy o poczuciu humoru, to tak za Gomułki – to ważne, bo wtedy było wkoło strasznie ponuro – sięgnąłem po W oparach absurdu. Słonimskiego i Tuwima potrafiłem recytować z pamięci. A potem czytałem wszystko tych autorów, co wpadło mi w ręce. Do dziś pamiętam wielkie oczy, jakimi patrzyłem na Wspomnienia warszawskie Słonimskiego w księgarni przy ulicy Solec – przecenione, w twardej oprawie, za pięć złotych. Zastanawiałem się, co za osioł to przecenił, a jednocześnie byłem zadowolony, bo tanio.
I jeszcze jedna postać – Sławomir Mrożek, którego zacząłem smakować od jego śmiesznych rysunków, a potem dowiedziałem się, że on też pisze. Przeczytałem parę humoresek, a w radiu słyszałem Dziewońskiego czytającego jego felietony. Szkoda, że nie poznałem Mrożka.
Ale Słonimskiego pan poznał.
Przelotnie. Mam autograf Słonimskiego na wydaniu W oparach absurdu. Lecz nie mogę mówić o znajomości, wtedy byłem szczyl, nie te progi. I prawda jest taka, że literatura była dla mnie zainteresowaniem pobocznym. Po pierwsze, po uszy siedziałem w muzyce, a po drugie, rodzice oczekiwali, bym skończył szkołę. Więc mało miałem czasu na resztę zainteresowań. Ale jeszcze poznałem, na ile można poznać, Melchiora Wańkowicza. Przejęty uczestniczyłem w kameralnym spotkaniu – dziesięć, piętnaście osób; ktoś to prywatnie zorganizował i zaprosił autora. Były lata 70., już studiowałem. Słuchałem opowieści Wańkowicza z rumieńcami na twarzy, bo w komunistycznym świecie jawił mi się jako gość mocno zbuntowany. Korowody nieprzyjemności z władzami – i wyroki, i procesy, i zakazy, i cenzury. Opowiadał, że ma specjalną półkę, którą nazywa „Powązki” – leżały tam książki, których mu nie pozwolili wydać. To wszystko, co i jak mówił, wydawało mi się niesamowicie odważne i niepodległe. Notabene później poznałem panią Ziółkowską, która była do śmierci jego asystentką i bliską osobą, jak sądzę, po śmierci żony. Ona wyjechała do Kanady i napisała książkę Blisko Wańkowicza, którą od razu kupiłem.
Głos
Wojciech Mann w rozmowie z Katarzyną Kubisiowską
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.