sobota, 27 czerwca 2026

Żydzi z Siemiatycz

 

[fragmenty „Pamiętników” Henryka Ciecierskiego z Bacik k. Siemiatycz],

Hersz Belkes

Hersz Belkes, bogaty siemiatycki właściciel fabryki kafli, brzozowych ćwieków do butów i szewskich kopyt, a prócz tego właściciel domu i składów w Warszawie – nie zawsze był wielki.

Pamiętam go jeszcze w 1888 roku, jak Żydzi mawiali „mizernym łapserdakiem, kapcanem”, który się zgodził u mnie z paroma jeszcze wspólnikami, do malowania w Słowiczynie drzwi, okien, wytapetowania pokoi itp. robót we dworze. Własnoręcznie wtedy Herszek pędzlem farbą chlapał i klajstrem paćkał po tapetach. Obdarł mnie wtenczas, niedoświadczonego młodzika, haniebnie.

Bawił się on także w owych czasach i drobniutkimi, lokalnymi dostawami, czego kto w śpiących wówczas, zapadłych Siemiatyczach potrzebował.

Raz na przykład dostarczył popu Hereminowiczowi trochę owsa i otrzymał od niego kwit na piętnaście rubli. Lecz że batiuszka nie wypisał należnej sumy literami, więc zmyślny Herszek, by go na przyszłość nauczyć rozumu, dopisał do cyfry zero i z piętnastu urosła należność do stu pięćdziesięciu.

Gdy później przy ogólnym obrachunku batiuszka rozbudowany ten kwit zobaczył, zrobił się z tego zera wielki harmider i „gewałt”. Reb Hersz został szpetnie aresztowany, a sąd przysięgłych w Bielsku uznał go winnym fałszerstwa w celach zysku i artysta trafił do więzienia.

To stanowiło przełom w jego życiu. Hersz, jakby los wielki wygrał na loterii: koza stała się dla niego szczęściem. I jak ongi mądry, dobry prałat Faria kształcił w ponurych podziemiach zamku If więzionego tam hrabiego de Monte Christo, tak za jakieś łajdactwo skazany kaflarz, towarzysz niedoli przez zły los prześladowanego Herszka, siedzący z nim w jednej celi, z nudów stał się jego mistrzem i twórcą późniejszej jego fortuny.

Wyjaśniał mu kaflarz fachowo technikę roboty kafli i we wszystkie potrzebne do dobrej ich produkcji wtajemniczał wiadomości. Herszunio był pojętny jak jamnik i – strzygąc swymi szpiczastymi uszami satyra – wchłaniał w siebie dawane mu przez kolegę nauki.

Wyszedłszy wreszcie z więzienia, rozejrzał się po Siemiatyczach, od których najbliższe trzy stacje kolei (Wysokie Litewskie, Bielsk Podlaski i Sokołów) o całe sześć mil były odległe, a i sąsiednie miasteczka leżały również od kolei daleko i zrozumiał, że popyt na kafle w tych miasteczkach i licznych jeszcze wtedy okolicznych dworach ma zapewniony i on tylko będzie stanowić cenę.

Glina pod Siemiatyczami okazała się doskonała. Zaczął od ręcznego wyrobu kafli z paroma tylko majstrami. Kafle rozchwytano prosto z pieca.

Rozwijał szybko przedsiębiorstwo, które rosło jak na drożdżach. Dołączył do niego wkrótce fabryczkę kołków do butów, a wreszcie i szewskich kopyt i po latach kilku stanęła pokaźna, pierwsza w Siemiatyczach fabryka parowa.

Pan Hersz Belkes na starość obrastał w pierze, jak dobrze utrzymana gęś na zimę i rosła jego pozycja u współziomków. Został – zdaje się – stałym członkiem rady kahalnej.

Także i w mieście, honorowany ogólnie, już za polskich czasów został wybrany na członka rady miejskiej. Ale bądźmy sprawiedliwi: nie wszyscy też goje warci byli u nas być jej członkami.

Gdy ktoś o lepszej pamięci zwracał któremuś siemiatyckiemu Żydowi uwagę, że Herszek był przecież skazany za fałszerstwo kwitu i siedział w więzieniu, a teraz Żydzi go szanują i wybierają na odpowiedzialne stanowiska – to współplemiennik jego uśmiechał się tylko drwiąco i pobłażliwie i odpowiadał zwykle tak mniej więcej: „po pierwszego – kiedy to tam było! Kto to teraz, takie stare rzeczy pamięta? A po drugiego: za co jego posadzili te ruskie, te grube ludzie? Za jaki tryf Za jakie pfe?”.

Jak to za co? Za dopisanie zera do kwitu batiuszki.
„O!… Nu, a teraz powiedz pan sam: co jest zero? Zero to jest nul. A co jest nul? Jedno z drugim całkiem nic!… Un siedział za nic! Na to może Herszek teraz z ramieniem sobie kiwać: das Gewesene ist fur den Juden Nichts!” (To, co było, jest dla Żyda niczym – żydowskie przysłowie, odpowiadające naszemu „co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr”).

„Belkes, Belkes… Prawda, un był kiedyś łapserdak, całkiem bidny kapcan… Ale teraz, teraz, chwalić Pana Boga, un bałabaste jest, szejne morejne, un cały pan, osoba!… Un już dzisiaj wie, co to mandarynki i radio. Azoj!”.

By dać świadectwo prawdzie, dodać trzeba, że owo dopisanie zera było ostatnim epizodem tego rodzaju w życiu mizernego Herszka, a fortunę swą zdobył, wyszedłszy z kozy, inteligencją i pracą.

Josel Rodzynnik

Josel Rodzynnik to siemiatycki malarz, tapeciarz i introligator, a w ostatnich, powojennych (chodzi o I wojnę światową przyp. red.) latach, dostawca i obrabiacz żydowskich kamieni grobowych. Średniego wzrostu, szczupły, ciemny szatyn o podłużnej twarzy i rysach jakby trochę murzyńskich. Głowa nieco kędzierzawa, nos rozpłaszczony i wydatne wargi. Ale tę niezbyt ładną fizjonomię zdobiły i ożywiały dobre, pogodne i wesołe oczy.

Całe życie był biedny, ale nigdy nikt mu nie zarzucił najmniejszej nawet nieuczciwości lub złośliwości. Mieszka w nędznym, wynajętym mieszkaniu, a jedynym jego szyldem na frontowej ścianie są różnobarwne plamy po wytartych pędzlach.

Wielokrotnie, z całą ufnością, załatwiałem przez niego różne interesa w Warszawie, powierzając mu pieniądze bez kwitu i samodzielne, zależne wyłącznie od jego rozsądku i uczciwości, zamówienia. I nigdy się na nim nie zawiodłem.

Podczas jednej takiej delegacji zdarzyło się z nim zabawne qui pro quo. Posłałem go z listem do malarza Łukaszewicza po obraz dany do odrestaurowania. W liście prosiłem, by go artysta wręczył panu J. Rodzynnikowi, malarzowi.

Josel był przyzwoicie ogarnięty. Artysta prosi go siadać i bada dyskretnie: „Czy można zapytać, co kolega najczęściej maluje?” – „Drzwiów, oknów, podłogi. Różnie, jak się trafi” – odpowiedział skromnie Josel. Artysta się zdetonował, a Josel, zorientowawszy się w sytuacji, mówi: „Pan pewno miszli, że ja i na płótnie maluję landszafty tak, jak pan? Timczasem nie, bo tego u nas nikt nie potrzebuje. Siemiatycze to nie Warszawa! U nas na ten towar nie ma odchód”.

I gospodarz z gościem roześmieli się wesoło.

Nieraz brał Josel u mnie na kredyt, bez kwitu, opał lub cegłę na detaliczną sprzedaż w miasteczku i zawsze się uczciwie wypłacał. Także przy pracy, poza dawaniem mu specjalnych wskazówek, nigdy go nie trzeba było pilnować, bo robił, jak potrafił, ale zawsze sumiennie i życzliwie.

Zawsze pogodny i w dobrym humorze, jeżeli i miał kiedy jakie zmartwienie, to nie dawał tego po sobie poznać. Nigdy nie próbował mnie naciągnąć i raz tylko, przed weselem starszej córki, poprosił mnie o drobną pożyczkę. Pieniądze mi uczciwie zwrócił, nie przynaglany do tego upomnieniami.

Żydowskie wesele

W pierwszych dniach stycznia 1929 roku zaprosił mnie Josel na ślub i wesele swej najmłodszej córki, którą wydawał za czeladnika stolarskiego. Jeszcze w dzień ślubu prosił nieśmiało służbę moją w mieście, by mi przypomniano o tej inwitacji: „Bo choć ja bidny Żyd, ale ja bardzo Dziedzica proszę, żeby przijechał”.

Pojechałem, naturalnie, z przyjemnością. Josel był rozczulony moim przyjazdem, delikatnie i troskliwie pomógł mi wysiąść i zaprowadził nie do swojego, a do sąsiedniego, na wieczór ten odstąpionego mu domu. Siedziało w nim kilkadziesiąt Żydóweczek przy stole zastawionym cukierkami, jabłkami, słodkim, lekkim ciastem jajecznym pokrojonym w kostki, a także kilkoma flakonami krajowych likierów.

Byli tam i państwo młodzi. Panna młoda Chane, wysmukła, o regularnych rysach, bardzo ładna bruneteczka, odznaczała się wspaniałymi, wschodnimi, czarnymi, trochę tragicznymi oczami Judyty. W sukience jasno szafirowej z białym wyglądała prześlicznie. Pan młody, Chaim Wyssak, już w europejskim ubraniu, przedstawiał się przyzwoicie. Był to wesoło uśmiechnięty blondynek, bez wyraźnych cech semickich. Robił dodatnie wrażenie.

Przywitałem zebranych słowami: „Niech będzie pochwalony Pan Bóg!”. Złożyłem życzenia młodej parze i siadłem śród barwnego bukietu cór siemiatyckiego światka rzemieślniczego i biedniejszego kupiectwa. Wszyscy byli dla mnie bardzo uprzejmi i gościnnie częstowano mnie czym chata bogata. Jedna panienka obierała jabłuszka i, nadziane na koniec noża, podawała mi je uprzejmie, z gracją, przez stół, z wdzięcznym uśmiechem i milutkim dygiem.

Raptem rozległ się śpiew. To jedna z siedzących przy stole dziewic zaczęła nucić żydowskie piosenki po hebrajsku i w żargonie, nie wstając, bez ruchu, rzadko nawet podnosząc powieki. Szkoły jej było mocno brak, ale głos był ładny i ciepły. Śpiew ten przypominał przeważnie smętne (powiedziałbym po rosyjsku: „zaunywnyje”) melodie tureckie i arabskie, których tak lubiłem słuchać na Wschodzie. W niektórych piosenkach chór dziewiczy podchwytywał „refrain”, zwłaszcza w śpiewkach o wesołym, jakby skandowanym, bachicznym tempie.

Poprosiłem, by zaśpiewano „Majufes”. Po odrobince zażenowania i wstydliwych ceregieli (że to niby ośmieszona, typowo żydowska staroświecczyzna), usłyszałem nareszcie tę pieśń w całości, przez właściwe, rasowe śpiewaczki zaprodukowaną. Jest ona dla mnie naprawdę ładna i ma dużo w sobie południowo-wschodniego temperamentu i charakteru.

Niezmordowana owa śpiewaczka zapytała mnie nieśmiało, czy pozwolę zaśpiewać „Chrysanthemes” po rosyjsku – „bo ja, przepraszam bardzo, ale tego po polsku nie znam”. Odpowiedziałem, że proszę bardzo, bo przecież pani tu rosyjskiej demonstracji chyba nie robi. „- Ach, nie! Niech Bóg zabroni!” – i zaśpiewała głębokim głosem, wcale ładnie i z uczuciem, ten utwór pełen melancholii.

Ubrano w welon pannę młodą i na krótko posadzono ją na krzesełku obok narzeczonego. Po przyjeździe rabina (po którego kazałem posłać konie) wyprowadzono państwa młodych śród szpaleru dziewic na podwórko pod baldachim. Przed opuszczeniem izby rzucano na nich confetti na szczęście, a jeden z usługujących tragarzy obchodził z talerzem gości, zbierając nikle, jako datki.

Po drugiej stronie sieni czekał w izbie rabin z asystą. Rabin był to człowiek przyzwoity i rozumny. Powiedzieliśmy sobie parę komplementów i wielebny „rebe” zaprowadził mnie na podwórko, gdzie obok niego, naprzeciw państwa młodych, stanąłem pod baldachimem. Asysta przyświecała paroma bez lichtarzy, wprost w ręku trzymanymi świecami. Dość długo trwały czytane śpiewnym głosem modlitwy rabina i asysty, podczas których parokrotnie podawano nowożeńcom w szklance czerwone wino. Po ceremonii, która trwała chyba z pół godziny, że to było ciemno, śnieżno i nierówno pod nogami, wracałem z rebem do mieszkania pod rękę.

Aż tu nagle, jak nie zaczną goście i gawiedź prażyć w nas śnieżkami! Myślałem, że nas zbombardują! Asysta rabina i poważniejsi Żydzi wrzasnęli groźnie: „Jingern, ir zołt niszt uf den rebe und uf den puryc szmejsen! Sza! Sza!”. I prawda: bombardowanie zaraz ustało.

Tłumaczono mi z zakłopotaniem, że – W zimowy ślub tak musi być „na szczęście” i że ta zabawka przeznaczona była właściwie dla państwa młodych, „ale te łobuzy po cziemku źle trafiali”. Zapytałem ciekawie, czym się rzuca „na szczęście”, gdy jest błoto? Odpowiedziano mi monosylabowym dźwiękiem: „Nnu!”…, który miał chyba wyrażać wszelkie możliwości.

Gdym już siadał do sanek, kochany Josel, żegnając mnie, podał mi spory jakiś pakiet, mówiąc: „To ciasto weselne dla Panienki” (niby dla naszej córki). Było to owo smaczne, słodkie ciasto jajeczne, po żydowsku „lejheh” zwane. Córka była rozczulona pamięcią starego, poczciwego Żyda, którego wszyscy lubimy i szanujemy.

Chciałbym, żeby mnie on przeżył, bo gdyby mnie wyprzedził, to bym z pewnością bardzo odczuwał brak tego starego rówieśnika, tego poczciwego Żyda, którego niedzisiejsza umysłowość już się tak rzadko śród jego współplemieńców spotyka.

Pani Szajkowa Ochrymowska z Bielska

Bywając w Bielsku Podlaskim, często zatrzymywałem się w zajeździe pani Szajkowej Ochrymowskiej, Żydówki dawnej daty, osiemdziesięciokilkuletniej staruszki. Gdy była panną, jeździła konno i jak sama mówiła – „parlowała” po francusku, bo była „z wielgiej familii” białowieskich kupców leśnych.

Bardzo grzeczna, w starym stylu, wiedziała jak z kim rozmawiać, zawsze też zachowywała się z pewną godnością i taktem, rzekłbym nawet: z dystynkcją. Ceny numerów zależne były od pozycji, stopnia zamożności i miękkości lub twardości gościa. Za jeden i ten sam pokój zamożniejszy ziemianin płacił więcej, a mizerniejszy – wiele mniej. Jak tam z kogo dało się zedrzeć.

Jednak trzeba przyznać, że gdy gość wyjeżdżając nie zgadzał się zapłacić zbyt wygórowanego rachunku i stawał okoniem, to pani Szajkowa bez gniewu z ceny spuszczała: „Nu, cóż robić? Za drogo? Niech wielmożny Pan zapłaci po swojemu. Niech będzie moja krziwda. Niech będzie tak!”.

Czasem przekomarzałem się, mówiąc że zdziera, że za ten sam pokój pan Dziubandowski i pan Zadarnoski mniej płacili.

Pan Dziubandowski z Biszewa i pan Zadarnoski z Mierzynówki? To co innego. To półpanki. Całkiem inny gatunek. Nu, a z kogo brać, jak nie z pana? Taki gość, taka osoba, to nie co dzień się trafi. Ja mam takiego gościa jak pan tylko jednego na cały powiat! Nieboszczyk ojciec nie był taki skąpy. To był Pan! On był zawsze dla Szajkowej taki grzieczny. Pan się gniewa? Nu, to co ja mam robić? Proszę dać trochę mniej”.
I w taki oto sposób kołatała pani Szajkowa do próżności i innych swych klientów. Nawet za żyda pana Szajki, króla małżonka, który zmarł przed Wielką Wojną, mówiło się zawsze zajazd, czy hotel „pani Szajkowej”. Duszą bowiem zajazdu była pani Szajkowa, a mąż się tylko po domu i po podwórzu plątał.

Był to blady, suchy, zgryźliwy Żyd, o ostrych rysach, spode łba spoglądający milczkiem na gości. Kiedyś, w końcu 1904 roku, gdy zaczęło rewolucyjnie grzmieć w spodach Rosji, Żydzi lgnęli do tych podziemnych ruchów* (* Gdy w 1905 r. byłem wybrany z powiatu Bielskiego do Grodna, na wyborcę do Dumy, zaszedłem raz do Domu Ludowego (Narodnyj Dom) w Grodnie. Tam, tyłem do mnie odwrócony, koślawy Źydek, Gruensztejn z Brześcia, o minie żulika, perorował wobec pogardliwie nań spoglądających Rusinów: „- Słuszajtie, gaspada, bratja, ruskije krestjanje, pamieszczyki eto naszi i waszi krowopijcy!”. A któryś z mądrzejszych Rusinów na to: „tfu, wriot, kak Brechun, durnyj, podłyj Żydionok!” – i splunąwszy, odszedł), podsycając fermenty, ale się w pierwsze, bojowe szeregi, przez ostrożność, nie wysuwając. Pan Szajko chadzał wówczas po hotelu, groźny jak gradowa chmura i jak złowrogi prorok przebąkiwał, błyskając złymi oczami: „Ny, już grzmi, pan słyszy? Trzięszie szie szwiat!… Wszistko szie teraz odmieni! Kto był na dole, ten będzie na górze. A kto był na górze, ten pójdzie całkiem na spód, on na dole będzie!” – i pan Szajko robił palcem gwałtowny ruch z góry na dół, wyrażający spadanie czyjeś w otchłań, a nogami naśladował zawzięte, wściekłe rozdeptywanie spadającego z wyższych szczebli drabiny społecznej pod jego nogi nieszczęśnika.

Ten niedoszły Trocki, będący w porównaniu z tamtym, płomiennym – kurzącą tylko smrodliwie trociczką, przecenił, na szczęście, ówczesne siły rewolucyjne. Zrozumiawszy to, już się później od podobnych miłych proroctw, dla bezpieczeństwa, powstrzymywał.

Z panią Szajkową pogniewałem się raz i trwałem długo w gniewie, omijając jej zajazd. Poprosiłem ją kiedyś, by kupiła dla mych koni pud owsa. I nie miałbym pretensji, gdyby mi podała w rachunku tyle a tyle za owies, a tyle dla siebie, za fatygę kupna. Byłoby to dopuszczalne, a nawet słuszne. Ale ona oszukała mnie po prostu na cenie, podając o dziesięć kopiejek więcej niż zapłaciła. Ta drobna nieuczciwość, po tylu latach znajomości, doprowadziła do zerwania między nami dyplomatycznych stosunków. Teraz, po latach dziesięciu od tego zdarzenia, znowu kwitnie między nami filadelfia i arkadyjskie panują stosunki. Tyle, że nie „flirtuję” z panią Szajkową jak naiwny Daphnis z niewinną Chloe, lecz jak zgrzybiały Filemon z matroną Baucydą.

Pani Szajkowa jest zdeklarowanym wrogiem nowinek. Niedawno wpadłem na parę godzin do Bielska (naturalnie – do Urzędu Skarbowego!) i załatwiwszy interes, odwiedziłem staruszkę.

Dzień dobry pani Szajkowa. Jak widzę, trzymamy się jeszcze oboje dobrze na tym świecie…
Aj, daj Pan pokój. Już mnie starej ciężko żyć. Nie to, co dawniej. A jak pan przijechał? Z masziną, koleją?
Nie, autobusem i zaraz wracam do domu.
Żieby on ręce i nogi połamał!
Kto? Kto ma ręce i nogi połamać?
Ten autobus! Bo prziez te diabelskie nowość, to teraz nikt u mnie nie nocuje. Każdy pan wpadnie tylko do Bielska, jak po ogień, na jedną minutkę, a najwięcej na wojnę z Urziędem Skarbowym (niech jego kaduches!) ( Febra. Jest stare przysłowie żydowskie: „er denkt dus ist a tuches und dus ist a kaduches”) i raz dwa ucieka do domu, a mój hotel i moja stajnia pustkami stoją, a moje samowary, to już czarne i zielone od brudu, bo ich nie ma dla kogo czyścić i nastawiać. Niech te autobusy ręce i nogi połamią!”.
Koniuchy i koniokrady

O trzech słyszałem u nas znakomitych – „de nomine” koniuchach, a – jak „vox populi” głosił – „de professione occulta”: koniokradach – paserach.

W Ciechanowcu był Żyd, niejaki Dówke, w Boćkach Ićko Zelman, Kowalikiem zwany, w Siemiatyczach Kapłan, znany wszystkim pod nazwiskiem Bobel. Sprawców tego rzemiosła było u nas i więcej, jak np. uważny, wolno mówiący, chudy, jednooki Lejzor Szerszenowski i drobny, ruchliwy, z czarną krótką bródką, o twardym, złym spojrzeniu bezczelnego żulika Ićko Marmur, ale to już nie były szczupaki, a tylko płotki mizerne „minorum gentium”.

Zdaje mi się, że działalność Dówki skończyła się między rokiem 1875 a 1880. Pobierał on od licznych wtedy okolicznych dworów i dworków roczną pensję lub ordynarię w ziarnie, czy opale, jako haracz za zapewnienie nietykalności danej stajni. Zamożniejsza szlachta zagonowa, atawistycznie i tradycyjnie kochająca się w dobrych koniach, również mu się opłacała.

I nasz ojciec także odstawiał temu hersztowi stałą ordynarię i choć nie znaliśmy co to stróż nocny i nikt u nas w stajniach nie sypiał, nigdy koni na noc nie zamykano. Kiedyś nam jednak z nocnego pastwiska koń zginął. Oburzony plenipotent, pan Tomasz Czarkowski (przydomek „Sęk Ten”) zaraz pojechał do Ciechanowca, do sławetnego Dówki i gorzko mu wyrzucał jego nielojalność.

Iii, po jakiemu to? Toć odstawiamy Dówce rzetelnie i akuratnie ordynarię i dzięki pobikrowskiemu drzewu Dówke surowego nie jada zimą i nie marznie, a to chyba dlatego, żebyśmy mieli spokój?! A tu nam teraz koń zginął. Co to za cygańska sprawiedliwość?
To powiedziawszy, splunął rozsierdzony hersztowi pogardliwie pod nogi: „tfu!… do diabła z taką robotą, kapcanie!”.

Ja bardzo psziepraszam wielmożnego Pana – sumituje się zawstydzony Żyd – ale to sze widno z tym kuniem zrobiuła miłka, aszibka. Mnie to samemu bardzo nieprzijemnie jest i wielgi wstyd… Ale kuń sze znajdzie… Ja to mówie – Dówke! Straty z tego trafunku dla dworu nie będzie. Un zginął w nocy z pastwiska przez cziste aszibke: nie poznali, że to dworski kuń i z tego wiszedł ten cały szmej-drej. Ale Dówke swoj honor trzima…
Rzeczywiście, w parę dni późnią, raniutko, znalazł się koń za folwarkiem, widać w nocy u zagrody uczepiony. Był tylko bardzo głodny i widocznie zgoniony. (…)

Opracował: Adam Wołk

„Henryk Ciecierski. Pamiętniki”. Wydawnictwo Acana. Kraków 2014

https://tesinblog.wordpress.com/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.