Ciekaw jestem, czy lubicie bajki? Bo ja nie bardzo. Bajki budzą nadzieje, które nigdy się nie spełniają. Coś tam niby obiecują słuchaczowi, co się nigdy nie sprawdza. Wolę już tę zwykłą, życiową, nawet szarą prawdę, bardziej ją lubię niż wspaniałe bajki. Ale jedną jedyną, na zasadzie wyjątkowego wyjątku, muszę wam opowiedzieć. Będzie to bajka o fartolu.
W pewnym mieście, zupełnie nieważne w którym, żył chłopiec imieniem Jasio. Żył i pędził szczęśliwe dzieciństwo jedynaka pod opieką kochających go rodziców. Miał swój własny pokój wypełniony rozumnymi zabawkami, wielkie półki uginały się pod ciężarem uczonych książek przeznaczonych dla poważnej młodzieży. Rodzice pragnęli, żeby wyrósł na zupełnie wyjątkowego człowieka, więc Jasio bawił się zawsze sam w domu i bawił się pożytecznie przy pomocy rozumnych zabawek i uczonych książek. Najpierw chciał zostać konduktorem autobusowym, więc rodzice, pobłażliwi dla jego zachcianek, kupili mu czapę, dziurkacz do biletów i wielką torbę. Jasio całe dnie sprzedawał na niby bilety oraz anonsował przystanki. I rodzice mówili, oto jakie praktyczne skłonności, praktyczne, skromne i rzeczowe. Później Jasiowi znudziło się to konduktorowanie. Zaczął bawić się w dyrektora. Rozsądny ojciec kupił mu zaraz przeróżne segregatory, terminarze, a oprócz tego prawdziwy telefon do rozmów wewnątrzdomowych. Jasio pisywał o[k]ólniki, wydawał polecenia, konferował przez telefon. I rodzice cieszyli się, że w synu budzą się wyższe ambicje, że wdraża się w tajniki rządzenia ludźmi. Niech będzie dobrym, sprawiedliwym dyrektorem, mówili, to zupełnie wystarczy. Ale po pewnym czasie Jasio przestał rubrykować specjalne bruliony, zaczął śpiewać, uczyć się znaków nutowych, brzdąkać na pianinie, którego nikt już nie używał od kilku lat.
Jednym słowem, Jasio bawił się teraz w kompozytora. Cały dom nucił jego melodie, goście z przejęciem słuchali kompozycji fortepianowych, w końcu występował nawet w szkole, a kiedyś to nawet podczas jakiejś akademii. I promienieli dumą szczęśliwi rodzice, i mówili kiwając dobrotliwie głowami, wreszcie odnalazł siebie, wreszcie obudziło się powołanie. Nich będzie uczciwym artystą.
Czasem do Jasia przychodził jego rówieśnik, Karolek. Rodzice odnosili się do Karolka życzliwie, bo przy Karolku syn ich lepiej jadł. Więc Karolek razem z Jasiem bawił się najpierw w konduktora, potem w zwierzchnika, a na końcu w artystę. Ale bawił się jakoś czujnie, w napięciu, nie popełniał omyłek i tylko dziwnie się uśmiechał. Czasem trochę otwierał usta, jakby chciał coś ważnego powiedzieć albo przestrzec czy pouczyć. Lecz w końcu zamykał te usta i nic nie mówił. I wszyscy go chwalili, że taki grzeczny, ustępliwy, dalekowzroczny.
Nie będę wam wszystkiego opowiadał, bo to nudne. Jasio w końcu wyrósł, stał się poważnym panem i zaczął uprawiać zawód artysty. Nawet mu się jakby trochę powodziło, ale nigdy do końca. Już ten sukces niby się zaczynał, już zdawało się, że wybuchnie płomieniem, ale jakoś gasł ni z tego, ni z owego i Jasio musiał zaczynać od nowa. Za każdym razem pełen ufności, lojalny wobec kolegów, usłużny, rycerski, wystrzegający się zawiści oraz intryg. Chętnie ustępował miejsca słabszym, gorliwie wychwalał konkurentów, pomagał szlachetnie rywalom. I jakoś tak powolutku zaczął tracić swoje terminy w salach koncertowych, wypadać z planów domów wydawniczych drukujących nuty, a nawet dyrygenci przestali wypytywać, czy komponuje coś nowego. Z biegiem czasu koledzy przestali go lubić i szanować, a niektórzy udawali nawet, że go nie poznają. Więc Jasio postanowił czekać cierpliwie na zwycięstwo swojej prawdziwej sztuki. Czekał bardzo długo i pewnie by czekał do dzisiaj, ale zwykły niedostatek zmusił go do szukania nowego zajęcia.
I zdarzyło się, że został dyrektorem. Wziął się więc z zapałem do roboty. Zaczął przeprowadzać różne potrzebne zmiany w swojej instytucji, usiłował również poprawić sytuację pracowników. Ale znowuż jakoś się pokiełbasiło i wszystko spełzło na niczym. Zwierzchnicy oskarżyli go o różne przestępstwa, pracownicy wcale się za nim nie ujęli, bo mieli również wiele zastrzeżeń. Więc znalazł się znowu na bruku i zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak się stało.
Ponieważ jednak trzeba z czegoś żyć, wystarał się o pracę konduktora autobusowego. Dziurkował bilety, zapowiadał przystanki, bardzo często pomagał wsiadać i wysiadać niedołężnym starcom lub dzieciom w wieku przedszkolnym.
Wykonywał te niezbyt ambitne czynności wyjątkowo starannie i nawet z pewnym zapałem. Czasem tylko widząc roztargnione dziecko, które zapomniało poprosić drobnych u mamy, albo ubogiego staruszka, pozwalał im przejechać dar-mo jeden albo dwa przystanki. Pewnego razu taką babcię bez biletu zatrzymał kontroler. Ja zapłaciłam, powiedziała staruszka, ludzie widzieli, ale pan konduktor biletu nie wydał. A ja jestem stara, słaba, co ja mogę?
Więc wyrzucono Jasia, a właściwie już Jana, i z tej posady, posady konduktora autobusowego. Teraz Jan zniechęcił się już ostatecznie. Przestał zabiegać o pracę, jął żyć z dnia na dzień, tułać się bez celu po tej resztce życia, która mu została. Wylegiwał się na słonecznych miejscach pod ścianami, zjadał przeróżne, często obrzydliwe odpadki, bezwstydnie dopijał w barach cudze piwo. Jego nowi kompani, tacy sami bezdomni włóczędzy, usiłowali objaśnić mu jego życie. Za dużo miałeś zdolności, powiadali jedni. Tacy bardzo zdolni giną od razu na po-czątku. Talent rozbraja, nie daje odporności, talent, bracie, rozpieszcza. Nie, to nie to, mówili inni. Najgorsza rzecz być jedynakiem. Jedynak nie ma przyszłości, musi pójść na dno. Czasem ktoś odzywał się z zadumą, pewnie zaczynałeś interesy w zły dzień, w piątki lub środy, w takie dni, co nie dzielą się przez trzy albo na psa urok, tfu, tfu, w ogóle trzynastego.
Pewnego razu, kiedy Jan, czyli dawniej Jasio, siedział sobie na krawężniku przed jakimś gmachem, zajechała wspaniała limuzyna obryzgując siedzącego troszeczką błota. Z tej limuzyny wydobył się wspaniały pan we wspaniałym cylindrze i jął wspaniale stąpać w stronę gmachu. Wtedy Jan zerwał się z chodnika i zabiegł drogę panu w cylindrze. Uczynił to instynktownie, wiedziony jakimś nakazem albo może przeczuciem. Więc zabiegł tak raptownie drogę i stał teraz odrobinę przestraszony, nie wiedząc, co dalej uczynić. Pan w cylindrze podniósł brwi i chciał ominąć natręta. Karolku, nie poznajesz, szepnął cicho Jan. Pan w cylindrze podniósł brwi jeszcze wyżej, opuścił je nisko i znowu podniósł. To chyba pomyłka. Bardzo przepraszam. Nie. Nie pomyłka. Pamiętasz nasze sznycelki z groszkiem. Pamiętasz zabawy w konduktora, w zwierzchnika i w artystę. Nie wiadomo dlaczego pan w cylindrze, czyli dawniej Karolek, zmieszał się trochę, spojrzał lękliwie w lewo, w prawo. Któż nie pamięta szczęśliwego dzieciństwa. Ale mnie się bardzo spieszy, powiedział szybko. Nie bój się Karolku, niczego od ciebie nie chcę. W ogóle niczego już nie chcę. Powiedz mi tylko, jakim sposobem wspiąłeś się tak wysoko. To wszystko, o co cię proszę. Pan w cylindrze uśmiechnął się odrobinę spokojniej. Trzeba mieć trochę fartolu. Fartol w życiu to najważniejsza rzecz. A co to jest ten fartol, spytał Jan. Pan w cylindrze uśmiechnął się jak kiedyś w dzieciństwie, tym swoim dziwnym uśmiechem. Fartol to jest takie nowe szczęście. Zupełnie inne niż dawniej. Czy czegoś jeszcze potrzebujesz? Nie, dziękuję, to wszystko, odparł Jan i zamyślił się głęboko, odprowadzając wzrokiem pana w cylindrze, dawnego Karolka.
Bo zrozumiał, że fartol to takie szczęście aktywne, czyli czynne. Że szczęściu trzeba wychodzić naprzeciw, że trzeba zabiegać koło szczęścia, że trzeba szczęściu pomagać. I wtedy każdemu trafi się w życiu trochę fartolu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.