Utrata
Boga, powiadał Kierkegaard, a zatem centralnej wartości, przemienia
czas w jednolitą monotonię nieznającą celu i przekształca
wszystkie uczucia w melancholię, nieokreśloną żałobę po stracie
czegoś, czego nie można nawet zidentyfikować. Melancholia rodzi
się wtedy, kiedy nie można chcieć, to znaczy dążyć do celu,
ponieważ nie wie się i nie chce wiedzieć, czego się chce. Ale
naszym przeznaczeniem jest stawiać czoła owemu przygnębiającemu
smutkowi, jeśli nie chcemy żywić megalomańskich złudzeń co do
szczęścia i autentyczności; nowoczesna literatura i myśl nauczy
nas bowiem, że naszym losem jest płynąć po morzu, z dala od
rodzinnego miasta, jak w wierszu Hoffmannstahla, albo z prądem
rzeki, podczas gdy życie spogląda na nas z brzegu.
Nie
można uniknąć melancholii, ponieważ rodzi się ona z ostatecznej
i nieokreślonej utraty. W tym ciągłym i trwałym rozdzieleniu
stajemy się obcy sobie samym, pozostawiamy strzępy własnej
indywidualności na brzegach, które umykają do tyłu - jeżeli 'ja'
nie jest wyłącznie samoświadomością, lecz również dialogiem,
czyli wciąż zmiennym rezultatem naszej relacji z innymi, to
stawanie się i przemiany tej relacji pozwalają nam istnieć także
poza nami, pozwalają utracić i odnaleźć część nas w
rzeczywistości zewnętrznej, w świecie: nie wiemy nawet, gdzie są
te cząstki nas samych, które zgubiliśmy po drodze. W podobnej
tęsknocie, zawsze niedopowiedzianej, tkwi może jedyne prawdziwe
życie, jakie jest nam dane [...]".
Claudio
Magris, Nieobecne życie [w:] Tegoż, Itaka i dalej,
tłum. J. Ugniewska, Pogranicze, Sejny 2009, s. 39
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.