sobota, 4 stycznia 2014

Z czego rodzi się melancholia


Utrata Boga, powiadał Kierkegaard, a zatem centralnej wartości, przemienia czas w jednolitą monotonię nieznającą celu i przekształca wszystkie uczucia w melancholię, nieokreśloną żałobę po stracie czegoś, czego nie można nawet zidentyfikować. Melancholia rodzi się wtedy, kiedy nie można chcieć, to znaczy dążyć do celu, ponieważ nie wie się i nie chce wiedzieć, czego się chce. Ale naszym przeznaczeniem jest stawiać czoła owemu przygnębiającemu smutkowi, jeśli nie chcemy żywić megalomańskich złudzeń co do szczęścia i autentyczności; nowoczesna literatura i myśl nauczy nas bowiem, że naszym losem jest płynąć po morzu, z dala od rodzinnego miasta, jak w wierszu Hoffmannstahla, albo z prądem rzeki, podczas gdy życie spogląda na nas z brzegu.
Nie można uniknąć melancholii, ponieważ rodzi się ona z ostatecznej i nieokreślonej utraty. W tym ciągłym i trwałym rozdzieleniu stajemy się obcy sobie samym, pozostawiamy strzępy własnej indywidualności na brzegach, które umykają do tyłu - jeżeli 'ja' nie jest wyłącznie samoświadomością, lecz również dialogiem, czyli wciąż zmiennym rezultatem naszej relacji z innymi, to stawanie się i przemiany tej relacji pozwalają nam istnieć także poza nami, pozwalają utracić i odnaleźć część nas w rzeczywistości zewnętrznej, w świecie: nie wiemy nawet, gdzie są te cząstki nas samych, które zgubiliśmy po drodze. W podobnej tęsknocie, zawsze niedopowiedzianej, tkwi może jedyne prawdziwe życie, jakie jest nam dane [...]".

Claudio Magris, Nieobecne życie [w:] Tegoż, Itaka i dalej, tłum. J. Ugniewska, Pogranicze, Sejny 2009, s. 39



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.