W każdej z tych historii tkwił morał, który
matka wypowiadała na końcu, po trzyćwierciowej pauzie, niby
dystych, lub zachęcała, abym sam go wyciągnął, sprawdzając przy
tej okazji moje skłonności normy moralne. Wśród matczynych
opowieści – oprócz tych średniowiecznych o rycerzach i królach,
o pięknej Cygance i ostatnim z Abenserażów – była także bajka
z podwójnym morałem, bajka ezopowa, której wartości moralnej i
uczuciowej nie należałoby lekceważyć. Z bajki tej, powiadam,
wynikały dwie nauki: jedna – wprost z jej treści, druga – ze
skrytego lęku mojej matki, zaniepokojonej wszechobecnym wpływem,
jaki wywierały na mnie czarodziejskie, fantastyczne opowieści
jesiennego deszczu – a przykład ojca przekonał ją raz na zawsze,
jak wielkim grozi to niebezpieczeństwem. Była to bajka o krowie,
której zabrano ukochane cielę. Historia ta powtarzała się
trzykrotnie, za każdym razem w identyczny sposób, i zawsze kończyła
się tak samo tragicznie: przychodzą kupcy, sprytni handlarze,
wyprowadzają cielę o sarnich oczach, a jego matka roni łzy,
ciepłe, duże, krowie łzy i ryczy żałośnie, bardzo żałośnie.
Wreszcie rozchorowała się ze smutku, przestała jeść, ze
zmartwienia straciła mleko.
Widząc, że nie chce nawet ziół leczniczych i
długo już nie pożyje, chłop zabił biedną krowinę – tu moja
matka zniża głos do oktawy oddającej głębokie wzruszenie, które
tak zapiera jej dech, aż zatraca się rytm opowieści.
Czy znacie koniec tej pięknej bajki, czy wiecie co
stało się z sercem krowy-matki? Na jej sercu znaleziono trzy duże,
głębokie, śmiertelne rany, jak gdyby zadane nożem rzeźnickim –
a każda rana to jedno uprowadzone cielę.
Taki jest koniec bajki o krowie ze zranionym sercem.
Danilo Kiš, Ogród,
popiół, [w:] tegoż, Cyrk
rodzinny, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska,
Czarne, Wołowiec 2006, s.283.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.