sobota, 4 stycznia 2014

Arseniusz


Arseniusz tymczasem, wierny myśli, która go do Sketis przygnała, starał się przede wszystkim szukać Boga w samotnej modlitwie. Nie mieszał się do dyskusji teologicznych, do których nie miał przygotowania ani talentów intelektualisty. Do lokalnej polityki (bywa taka w każdej grupie ludzi, nawet i wśród pustelników) również nie mieszał się zupełnie; powiadał, że jest cudzoziemcem i jako taki nie powinien się do niczego wtrącać, jeśli chce znaleźć pokój wewnętrzny. Spalał go żar tęsknoty, który nie pozwalał mu rozmieniać się na drobne. Nie miał też złudzeń: zaczynać musiał w połowie życia od zera. Cała dotąd nabyta wiedza była na nic; chyba tylko tyle z niej miał pożytku, ze ćwiczonym umysłem łatwiej odróżniał teraz ziarno od plewy. Ale jak być mnichem, tego musieli go nauczyć ci egipscy analfabeci. Wobec tego siadał u ich stóp, słuchał i pytał, z tą samą naturalnością i tym samym spokojem, z jakimi dawniej kłaniał się cesarzowi. Niektórzy sąsiedzi, przekonani, że przecież arystokrata powinien być dumny, dziwili się: Jakże to ty, wykształcony w łacinie i grece, radzisz się tego prostaka Kopta co do swoich myśli? Odpowiadał spokojnie: — W łacinie i grece mnie wykształcono, ale alfabetu tego prostaka jeszcze się nie nauczyłem.

I przez cały czas miał świadomość, że czterdzieści lat życia zmarnował. Czterdzieści lat, które mógł oddać Bogu, stracił na ucztach i zadawaniu szyku w pałacu cesarskim. Im głębiej zanurzał się w modlitwę, tym większa wydawała mu się ta strata. Teraz więc sypiał godzinę dziennie albo wcale, żeby i na sen czasu nie tracić. Organizmu żelaznego nie miał. Przyszły choroby.

Mieszkał już wtedy zupełnie sam, bardzo daleko od centrum osady; miał paru uczniów, ale im także kazał mieszkać w pewnym oddaleniu i co jakiś czas przychodził do nich albo oni do niego. Praca ręczna szła mu nie najlepiej i wpadł w skrajną nędzę. Ale kiedy dotarła do niego wiadomość, ze jakiś bogaty krewny zostawił mu spadek, nie przyjął; wolał swoją nędzę, o której już wiedział, że jest pełna Boga. Kiedyś uczniowie znaleźli go chorego i zupełnie pozbawionego jakichkolwiek potrzebnych w chorobie rzeczy. Dawne eleganckie posłanie musiało się już zedrzeć, bo teraz nie miał nawet zwykłego prześcieradła, i kiedy w tym stanie po raz pierwszy w życiu musiał skorzystać z jałmużny, mimo wszystko przeżył to bardzo. Zorientował się, ze za bardzo, więc odtąd sam czasem prosił o jałmużnę, zwłaszcza gdy przynoszono mnichom owoce. Raz kosz fig, przywieziony przez jakąś poczciwą duszę, nie wytrzymał transportu i dotarł na miejsce w postaci nieświeżej miazgi; bracia mieszkający w centrum osady i rozdzielający starcom dary pielgrzymów wciąż jeszcze nie rozumieli swojego arystokraty i nie posłali mu nic z tej nieapetycznej jałmużny w obawie, że się obrazi. Wobec tego nie przyszedł w niedzielę do kościoła, wyjaśniając, ze widocznie jest wyklęty; odtąd rozumieli lepiej.

Post i umartwienie zmysłów, na przykład węchu, uważał także za formę zadośćuczynienia za czterdzieści lat odjętych Bogu. Milczenie może też byłoby pokutą, gdyby nie było taką radością i szansą. Niemniej, kiedy Arseniusz powtarzał znane powiedzenie: Często żałowałem mowy, ale nigdy milczenia, mógł mieć na myśli przede wszystkim lata zmarnowane na próżnych rozmowach. Niesłychanie surowy dla siebie, dla uczniów miał ogromną wyrozumiałość; jeśli karcił, to żartem, mówiąc na przykład uczniowi, którego zastał na próżnowaniu, że chyba leży tu sobie jakiś świecki człowiek. Potrafił ucznia przeżywającego trudności zwolnić czasowo ze wszystkich mniszych obowiązków, by odpoczął i doszedł do siebie. Widział w młodych pustelnikach dobrą wolę, o ileż wcześniej owocującą niż u niego! Toteż jeśli tylko pracowali nad sobą uczciwie i nie wymagali codziennego prowadzenia za rękę, przyjmował ich i formował z całym oddaniem, miarkując wymagania do ich sił. Jednego rodzaju ludzi znieść nie potrafił: gapiów.

Jak to: ten cenny czas, którego Bóg mu użyczył jeszcze na drugą połowę życia, miałby teraz iść na to, zęby amatorom sensacji pokazywać się w roli świątobliwego pustelnika? To byłaby z ich strony krzywda, wyrządzona mu na stare lata, z jego strony zaś bluźnierstwo, a przynajmniej oszustwo: miał bowiem wciąż świadomość, że przecież jest ledwo u początku drogi do monastycznej świętości. Modlił się: Panie, pozwól mi zacząć! Ale gapie i amatorzy sensacji wcześnie o nim usłyszeli, a przychodzili już wówczas do Sketis całymi gromadami; najmowali przewodników i krążyli po celach co słynniejszych starców. Chcieli ich widzieć, bo a nuż trafią na jakiś cud właśnie przez nich czyniony? I chcieli, przynajmniej co pobożniejsi, otrzymać od nich jakąś naukę. W dodatku za życia Arseniusza Sketis była dwukrotnie plądrowana przez Beduinów z głębi pustyni, toteż ci z mnichów, którzy (jak on) ocaleli, musieli się w końcu przenieść bliżej Aleksandrii, a tam już gapie mieli blisko i poręcznie. Arseniuszowi było wszystko jedno, czy jako łowca sensacji puka do niego mnich czy świecki, arcybiskup Aleksandrii czy rzymska pątniczka wysokiego rodu, która uparła się, że zobaczy go na własne oczy. Zamykał drzwi; a jeśli zamknąć drzwi nie zdążył, to odpowiadał ostro. Może w swojej selekcji odwiedzających mylił się czasem; może niejednego autentycznego poszukiwacza Boga odprawił razem z poszukiwaczami sensacji? Teksty chyba to czasem sugerują. Jedno pewne: segregował ich nie wedle godności, ani świeckiej, ani kościelnej. Arcybiskup Teofil, zawsze chętny do zdobienia się cudzą sławą, na wiadomość, że sam wielki Arseniusz (taki ród i taka świętość!) przeniósł się w pobliże miasta, pośpieszył przyłączyć go do grona swoich monastycznych wielbicieli. Został odprawiony dwa razy; za pierwszym razem żartem, gdyż Arseniusz, kiedy dostojnicy kościelni z arcybiskupem na czele przyszli do niego niby to po naukę duchową, spytał ich najpierw, czy przyrzekają zachować to, co im powie; a kiedy mu to solennie obiecali, naukę dał im taką: Jeżeli usłyszycie, że gdzieś jest Arseniusz, to tam nie idźcie. Teofil nie czuł się związany taką obietnicą, ale kiedy wybierał się do starca po raz drugi, na wszelki wypadek najpierw posłał do niego gońca z pytaniem, czy zostanie wpuszczony. Odpowiedź brzmiała: Otworzę ci, jeśli przyjdziesz, ale w takim razie będę musiał otwierać wszystkim; a jeśli tak, to stąd odchodzę. Teofil nie chciał mieć sławy kogoś, kto Arseniusza wygnał; a po prawdzie tez na nic mu był człowiek, który tak wyraźnie oznajmia, że go nie ceni wyżej od innych. Więcej nie przyszedł.

Arseniusz mimo to przeniósł się nieco później w okolice Kairu. Żył 95 lat, więc przez 55 walczył o swoje milczenie. Bóg widzi, że was miłuję — mówił współbraciom pustelnikom — ale nie potrafię przebywać jednoczę' śnie z Bogiem, którego cały dwór niebieski ma jedne wolę, i z ludźmi, z których każdy chce czego innego. Są tacy, którzy to potrafią, bo inaczej nie byłoby świętych świeckich; ale jego dar był inny: samotne łzy przed Bogiem.

Za: Małgorzata Borkowska OSB, Twarze Ojców Pustyni, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2001

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.