Arseniusz tymczasem, wierny myśli,
która go do Sketis przygnała, starał się przede wszystkim szukać
Boga w samotnej modlitwie. Nie mieszał się do dyskusji
teologicznych, do których nie miał przygotowania ani talentów
intelektualisty. Do lokalnej polityki (bywa taka w każdej grupie
ludzi, nawet i wśród pustelników) również nie mieszał się
zupełnie; powiadał, że jest cudzoziemcem i jako taki nie powinien
się do niczego wtrącać, jeśli chce znaleźć pokój wewnętrzny.
Spalał go żar tęsknoty, który nie pozwalał mu rozmieniać się
na drobne. Nie miał też złudzeń: zaczynać musiał w połowie
życia od zera. Cała dotąd nabyta wiedza była na nic; chyba tylko
tyle z niej miał pożytku, ze ćwiczonym umysłem łatwiej odróżniał
teraz ziarno od plewy. Ale jak być mnichem, tego musieli go nauczyć
ci egipscy analfabeci. Wobec tego siadał u ich stóp, słuchał i
pytał, z tą samą naturalnością i tym samym spokojem, z jakimi
dawniej kłaniał się cesarzowi. Niektórzy sąsiedzi, przekonani,
że przecież arystokrata powinien być dumny, dziwili się: Jakże
to ty, wykształcony w łacinie i grece, radzisz się tego
prostaka Kopta co do swoich myśli? Odpowiadał spokojnie: — W
łacinie i grece mnie wykształcono, ale alfabetu tego prostaka
jeszcze się nie nauczyłem.
I przez cały czas miał świadomość,
że czterdzieści lat życia zmarnował. Czterdzieści lat, które
mógł oddać Bogu, stracił na ucztach i zadawaniu szyku w pałacu
cesarskim. Im głębiej zanurzał się w modlitwę, tym większa
wydawała mu się ta strata. Teraz więc sypiał godzinę dziennie
albo wcale, żeby i na sen czasu nie tracić. Organizmu żelaznego
nie miał. Przyszły choroby.
Mieszkał już wtedy zupełnie sam,
bardzo daleko od centrum osady; miał paru uczniów, ale im także
kazał mieszkać w pewnym oddaleniu i co jakiś czas przychodził do
nich albo oni do niego. Praca ręczna szła mu nie najlepiej i wpadł
w skrajną nędzę. Ale kiedy dotarła do niego wiadomość, ze jakiś
bogaty krewny zostawił mu spadek, nie przyjął; wolał swoją
nędzę, o której już wiedział, że jest pełna Boga. Kiedyś
uczniowie znaleźli go chorego i zupełnie pozbawionego jakichkolwiek
potrzebnych w chorobie rzeczy. Dawne eleganckie posłanie musiało
się już zedrzeć, bo teraz nie miał nawet zwykłego prześcieradła,
i kiedy w tym stanie po raz pierwszy w życiu musiał skorzystać z
jałmużny, mimo wszystko przeżył to bardzo. Zorientował się, ze
za bardzo, więc odtąd sam czasem prosił o jałmużnę, zwłaszcza
gdy przynoszono mnichom owoce. Raz kosz fig, przywieziony przez jakąś
poczciwą duszę, nie wytrzymał transportu i dotarł na miejsce w
postaci nieświeżej miazgi; bracia mieszkający w centrum osady i
rozdzielający starcom dary pielgrzymów wciąż jeszcze nie
rozumieli swojego arystokraty i nie posłali mu nic z tej
nieapetycznej jałmużny w obawie, że się obrazi. Wobec tego nie
przyszedł w niedzielę do kościoła, wyjaśniając, ze widocznie
jest wyklęty; odtąd rozumieli lepiej.
Post i umartwienie zmysłów, na
przykład węchu, uważał także za formę zadośćuczynienia za
czterdzieści lat odjętych Bogu. Milczenie może też byłoby
pokutą, gdyby nie było taką radością i szansą. Niemniej, kiedy
Arseniusz powtarzał znane powiedzenie: Często żałowałem mowy,
ale nigdy milczenia, mógł mieć na myśli przede wszystkim lata
zmarnowane na próżnych rozmowach. Niesłychanie surowy dla siebie,
dla uczniów miał ogromną wyrozumiałość; jeśli karcił, to
żartem, mówiąc na przykład uczniowi, którego zastał na
próżnowaniu, że chyba leży tu sobie jakiś świecki człowiek.
Potrafił ucznia przeżywającego trudności zwolnić czasowo ze
wszystkich mniszych obowiązków, by odpoczął i doszedł do siebie.
Widział w młodych pustelnikach dobrą wolę, o ileż wcześniej
owocującą niż u niego! Toteż jeśli tylko pracowali nad sobą
uczciwie i nie wymagali codziennego prowadzenia za rękę, przyjmował
ich i formował z całym oddaniem, miarkując wymagania do ich sił.
Jednego rodzaju ludzi znieść nie potrafił: gapiów.
Jak to: ten cenny czas, którego Bóg
mu użyczył jeszcze na drugą połowę życia, miałby teraz iść
na to, zęby amatorom sensacji pokazywać się w roli świątobliwego
pustelnika? To byłaby z ich strony krzywda, wyrządzona mu na stare
lata, z jego strony zaś bluźnierstwo, a przynajmniej oszustwo: miał
bowiem wciąż świadomość, że przecież jest ledwo u początku
drogi do monastycznej świętości. Modlił się: Panie, pozwól
mi zacząć! Ale gapie i amatorzy sensacji wcześnie o nim
usłyszeli, a przychodzili już wówczas do Sketis całymi gromadami;
najmowali przewodników i krążyli po celach co słynniejszych
starców. Chcieli ich widzieć, bo a nuż trafią na jakiś cud
właśnie przez nich czyniony? I chcieli, przynajmniej co
pobożniejsi, otrzymać od nich jakąś naukę. W dodatku za życia
Arseniusza Sketis była dwukrotnie plądrowana przez Beduinów z
głębi pustyni, toteż ci z mnichów, którzy (jak on) ocaleli,
musieli się w końcu przenieść bliżej Aleksandrii, a tam już
gapie mieli blisko i poręcznie. Arseniuszowi było wszystko jedno,
czy jako łowca sensacji puka do niego mnich czy świecki, arcybiskup
Aleksandrii czy rzymska pątniczka wysokiego rodu, która uparła
się, że zobaczy go na własne oczy. Zamykał drzwi; a jeśli
zamknąć drzwi nie zdążył, to odpowiadał ostro. Może w swojej
selekcji odwiedzających mylił się czasem; może niejednego
autentycznego poszukiwacza Boga odprawił razem z poszukiwaczami
sensacji? Teksty chyba to czasem sugerują. Jedno pewne: segregował
ich nie wedle godności, ani świeckiej, ani kościelnej. Arcybiskup
Teofil, zawsze chętny do zdobienia się cudzą sławą, na
wiadomość, że sam wielki Arseniusz (taki ród i taka świętość!)
przeniósł się w pobliże miasta, pośpieszył przyłączyć go do
grona swoich monastycznych wielbicieli. Został odprawiony dwa razy;
za pierwszym razem żartem, gdyż Arseniusz, kiedy dostojnicy
kościelni z arcybiskupem na czele przyszli do niego niby to po naukę
duchową, spytał ich najpierw, czy przyrzekają zachować to, co im
powie; a kiedy mu to solennie obiecali, naukę dał im taką: Jeżeli
usłyszycie, że gdzieś jest Arseniusz, to tam nie idźcie. Teofil
nie czuł się związany taką obietnicą, ale kiedy wybierał się
do starca po raz drugi, na wszelki wypadek najpierw posłał do niego
gońca z pytaniem, czy zostanie wpuszczony. Odpowiedź brzmiała:
Otworzę ci, jeśli przyjdziesz, ale w takim razie będę musiał
otwierać wszystkim; a jeśli tak, to stąd odchodzę. Teofil nie
chciał mieć sławy kogoś, kto Arseniusza wygnał; a po prawdzie
tez na nic mu był człowiek, który tak wyraźnie oznajmia, że go
nie ceni wyżej od innych. Więcej nie przyszedł.
Arseniusz mimo to przeniósł się
nieco później w okolice Kairu. Żył 95 lat, więc przez 55 walczył
o swoje milczenie. Bóg widzi, że was miłuję — mówił
współbraciom pustelnikom — ale nie potrafię przebywać
jednoczę' śnie z Bogiem, którego cały dwór niebieski ma jedne
wolę, i z ludźmi, z których każdy chce czego innego. Są
tacy, którzy to potrafią, bo inaczej nie byłoby świętych
świeckich; ale jego dar był inny: samotne łzy przed Bogiem.
Za:
Małgorzata Borkowska OSB, Twarze Ojców Pustyni, Wydawnictwo
ZNAK, Kraków 2001
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.