czwartek, 2 stycznia 2014

Czytanie intensywne


"Czytać należy intensywnie. Czasami powinieneś czytać z intensywnością większą od tej, z jaką pisano tekst, który czytasz. Czytać należy gorliwie, z pasją, z uwagą i bezlitośnie. Autor może paplać, lecz ty czytaj rozumnie; każde słowo, jedno po drugim, tam i z powrotem, wsłuchując się w książkę, wypatrując śladów, które prowadzą w gąszcz, uważając na tajemnicze sygnały, które sam autor mógł przeoczyć, gdy kroczył naprzód w puszczy swojego dzieła. Nigdy nie należy czytać lekceważąco, od niechcenia, jak ktoś, kogo zaproszono na królewską ucztę, a on tylko dłubie końcem widelca w potrawach. Czytać trzeba elegancko, wielkodusznie. Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar. Pomyśl: tylko człowiek umie czytać".
Sándor Márai, Księga ziół, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2006, s.38-39.

Problem jest taki, że są książki, które nie zasługują na takie intensywne czytanie. Z drugiej strony, umysł posiada tendencję do lekceważenia rzeczy niezrozumiałych. Ale to właśnie książki z których możemy się czegoś nowego nauczyć są dla nas przy pierwszym zetknięciu mniej lub bardziej niezrozumiałe. Może więc powinniśmy pójść za radą Maraia i czytać intensywnie nie zważając na początkowe trudności i wątpliwości, obdarzając autora wiarą, że jednak ma nam coś do przekazania. I dopiero gdy ponad wszelką wątpliwość ustalimy, że trudność zrozumienia tekstu nie wypływa z naszych ograniczonych możliwości intelektualnych, ale jest wynikiem konfuzji myśli piszącego, możemy sobie darować czytanie intensywne.

Wydaje się tu operować &22, gdyż przepaść intelektualna między nami a autorem może być tak wielka, że nasze ustalenie „ponad wszelką wątpliwość” konfuzji autora będzie wypływało z naszej ignorancji. Ale tu &22 akurat nie jest zbyt groźny i nie ma większego egzystencjalnego znaczenia, gdyż skoro książka jest dla nas ponad wszelką wątpliwość niezrozumiała, jest w najwyższym stopniu wątpliwe by nawet kilkukrotne intensywne jej przeczytanie mogło coś zmienić w naszej ocenie. Przepaść jest zbyt wielka, i tego czego potrzebujemy to raczej czasu, nowe doświadczenia życiowe być może poszerzą nasze horyzonty i nasze zrozumienie poprawi się na tyle, że ponowna lektura tego samego dzieła po paru latach już będzie bardziej owocna.

Cezar i Cycero


"Ich style! Obaj przecież pisali. Jest może błędem wnioskować o naturze człowieka na podstawie stylu, ale trudno nie wnioskować o ludziach na podstawie tak szczególnych stylów.
Najkrótsze w dziejach sprawozdanie urzędowe ze stoczonej wojny, mianowicie veni, vidi, vici, uchodzi tylko za dowcip, albowiem zawiera trzy słowa. W książkach Cezara są opisy innych kampanii wojennych, liczące niewiele więcej słów. Użycie nie trzech, ale - powiedzmy trzydziestu wyrazów stanowi mało istotną różnicę. A jakoś nikt nie uważa tych dłuższych sprawozdań za igraszki filuta.

Cezar tak pisał. Był zwięzły w słowie i myśli. Proces pisania nie służył mu, jak pewnym autorom, na przykład Cyceronowi, do porządkowania niegotowej myśli. Cezar musiał najpierw rozumieć, później dopiero pisał. O każdej rzeczy wiedział wszystko, czego potrzebował, by wyrazić konkretny sąd. Jeśli nie wiedział - nie zaczynał zdania. Cycero - inaczej. Zaczynał swoje sławne okresy, ufając intuicji. Dopiero z gęstwiny języka wyłaniał mu się sens, poszukiwany jakby po omacku. Stąd owe długie kołowania, loty spiralne i zawiłe ewolucje nad tematem. styl Cezara to szybkie marsze do zamierzonego celu po drogach prostych, czyli najkrótszych. Nie wolno się wahać, nie wolno błądzić, styl powinien oznajmiać nieomylność piszącego. Zbyteczne są także upiększenia literackie. Świadczyłyby o niepoważnych słabostkach autora, czego należy uniknąć. W ogóle autor czyni najlepiej, jeśli wyzbędzie się cech subiektywnych. Niech po prostu nie istnieje jako autor, niech ustąpi miejsca bohaterowi, którym właśnie jest sam. Nie powinno być widać, że autor pisze, powinno być widoczne, że działa. Wszelka subiektywność może się wydawać sporna i zachęcać co dyskusji, trzeba zatem stworzyć coś bezosobowego, całkowicie obiektywnego i przez to bezapelacyjnego. Więc zaimek "ja" nie będzie używany, nie będzie używana pierwsza osoba. Lepiej brzmi: "Cezar zrobił, Cezar powiedział, Cezar sądził", niż: "zrobiłem, powiedziałem, sadziłem". Narrator nie mówi do siebie. jego relacja utożsamia się niejako z rzeczywistością dzięki zastosowaniu odpowiedniej formy językowej.

Lecz nie język decyduje o wszystkim. Jeśli rzeczywistość ma się przedstawiać wiarygodnie, ujęcie jej musi być pod każdym względem obiektywne. Cezar wiedział, jakim wrogiem propagandy jest jawna tendencja. Więc to, co się dzieje ulega streszczeniu możliwie bezstronnemu, zawsze beznamiętnemu. Trzeba dobrze naśladować prawdę, zachować tę zimną obojętność, którą mają same fakty. Niedogodne fakty można czasami pominąć, ale czytelnik tego nie zauważy, jeżeli wzbudzimy w nim wrażenie, że narratorowi nie zależy na ukrywaniu jednej rzeczy, a wynoszeniu drugiej. Narratorowi w ogóle na niczym nie zależy. Jest pozbawiony uczuć, tak jak tafla lustrzana. Jest urządzeniem czysto technicznym.

Stylista Cycero był całkowitą odwrotnością Cezara. Cycero to zalotny aktor, samo "ja", moje piękne "ja", same wdzięki, pląsy, czary i umizgi. Inna próba owładnięcia czytelnikiem. Cezar pisał cedząc starannie myśl i częstując czytelnika użyteczną esencją. Co scedził, należało przyjąć do wiadomości. Szerszej współpracy czytelnika Cezar nie oczekiwał. Cycero zapraszał do współpracy, odsłaniał własne wnętrze i pokazywał, jak skomplikowane mechanizmy tam działają. Taki kokiet! Bo nie o to mu najbardziej szło, by coś zakomunikować, lecz przede wszystkim o to, ażeby widziano jego piękne wnętrze. Więc budował jeszcze na pokaz różne dekoracje, jeszcze przystrajał to swoje wnętrze, udawał, że ma więcej, niż miał. Żadna sprawa nie była u niego tak jednoznaczna i rozstrzygnięta jak u Cezara. Ach, nie! - zdawał się mówić. - Niczegośmy dotychczas nie załatwili, mój intelekt nieustannie pracuje, rozważmy to lepiej, bądźcie łaskawi wziąć udział w pracach mego wspaniałego umysłu, za chwilę się dowiecie, o ile jestem mądrzejszy. Oto aluzja ukryta w każdym okresie cycerońskim, w stronicowych zdaniach które zawierają przeważnie pewną historię własną, jakoś się wikłają, jątrzą, potrafią umknąć jakimś katastrofom, tworzą cały teatr, czasem grają dramat, czasem komedię. Pompatyczność, patos i żonglerka są mania tego stylu. Melodia, rytm, napuszenie i bogata wystawa mają oszołomić czytelnika. Niezliczone reminiscencje i cytaty z poezji winny ciągle przypominać: o tej sprawie wiadomo mi znacznie więcej, niż chwilowo powiedziałem, rozporządzam dodatkowym zapasem wiedzy, widzę względność rzeczy, doceńcie, czego dokonałem, przezwyciężając sceptycyzm i głosząc określony pogląd. Możecie spokojnie zaufać memu wyborowi.

W jednym z listów Cycero zwierzył się bratu, iż podobno Cezar ocenił niepochlebnie pewne dzieło Cycerona. Był poruszony i zadał pytanie: co właściwie nie podobało się Cezarowi? Treść? A może styl?

Sam nie wyrzekł nigdy złego słowa o stylu Cezara. Podkreślał nawet, że to wręcz znakomity sposób pisania."

Jacek Bocheński, Boski Juliusz: zapiski antykwariusza, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1991, s. 132-134.

Brak odwagi


W czym leży moje własne zepsucie? Namyśliwszy się bowiem przez chwilę, z pewnością dalej będę robić swoje, jak dotąd. Może brak mi stanowczości, żeby stawić czoło nie tyle nudzie garnków, patelni i tej samej poduszki co noc, ile historii tak nudnej, kiedy ją opowiadać, że równie dobrze mogłaby to być historia milczenia. Brak mi odwagi, by przestać mówić, by na powrót rozpłynąć się w ciszy, skąd przyszłam”.


John Maxwell Coetzee, W sercu kraju. Przeł. M. Konikowska

Bo czy żył naprawdę?


„Bo czy żył naprawdę podczas tych ciemnych, smętnych godzin, które spędzał w biurze, omawiając bilanse, polisy, ubezpieczenia, wyroki, inwestycje? Jedyny zakątek prawdziwego życia zapewniała mu noc, kiedy zasypiał, a świadomość otwierała wrota snów, podobnie chyba jak Zygmuntowi zamkniętemu w kamiennej samotnej wieży, zagubionemu w lesie. Tamten też przekonał się, że prawdziwe życie, życie bogate, wspaniałe, powolne jego kaprysom, to życie pełne kłamstw rodzących się w ukryciu myśli i pragnień – we śnie i na jawie – kłamstw pozwalających mu wyrwać się z celi i dusznej monotonii więzienia”.


Mario Vargas Llosa, Zeszyty don Rigoberta. Przeł. F. Łobodziński].

Bohater naszych czasów


– Tak, taki był mój los od samego dzieciństwa! Wszyscy czytali na mej twarzy oznaki złych skłonności, których nie było, ale przypuszczano, że są, i one się we mnie zrodziły. Byłem skromny, oskarżono mnie o obłudę: stałem się skryty. Odczuwałem głęboko dobro i zło, nikt mnie nie pieścił, wszyscy dokuczali: stałem się zawzięty; byłem pochmurny – inne dzieci były wesołe i gadatliwe, czułem się wyższy od nich – a uważano mnie za coś niższego. Stałem się zawistny. Byłem gotów kochać cały świat – nikt mnie nie zrozumiał: i nauczyłem się nienawidzić. Moja bezbarwna młodość upłynęła na walce z sobą i ze światem; lękając się szyderstwa, najlepsze moje uczucia chowałem w głębi serca i tam umarły. Mówiłem prawdę – nie wierzono mi: zacząłem oszukiwać, dobrze poznawszy świat i sprężyny kierujące społeczeństwem stałem się biegły w nauce życia i widziałem, jak inni bez tej biegłości są szczęśliwi czerpiąc darmo te korzyści, o które tak niestrudzenie walczyłem. I wówczas w piersi mojej zrodziła się rozpacz – nie ta rozpacz, którą się leczy lufą pistoletu, lecz rozpacz zimna, bezsilna, ukryta pod maską uprzejmości i dobrodusznego uśmiechu. Stałem się moralnym kaleką: jedna połowa mej duszy przestała istnieć, wyschła, wyparowała, umarła, odciąłem ją i odrzuciłem – podczas gdy druga drgała i żyła otwarta dla każdego, a nikt tego nie zauważył, ponieważ nikt nie wiedział o istnieniu tej połowy, która zginęła”.


Michaił Lermontow, Bohater naszych czasów. Przeł. W. Rogowicz

środa, 1 stycznia 2014

Nisargadatta Maharaj: Czekaj w milczeniu serca


Pytający: Czy przebywasz w Najwyższym Nieznanym?
Nisargadatta Maharaj: A gdzieżby indziej?
P: Co pozwala ci tak mówić?
M: Żadne pragnienie nie powstaje w moim umyśle.
P: Jesteś zatem nieświadomy?
M: Oczywiście, że nie! Jestem w pełni świadomy, ale skoro żadne pragnienie czy strach nie wkraczają do mego umysłu, jest w tym doskonała cisza.
P: Kto poznaje tą ciszę?
M: Cisza poznaje samą siebie. To cisza milczącego umysłu, kiedy namiętności i pragnienia zostały uciszone.
*

P: Przyszedłem tutaj raczej by być z tobą, niż słuchać. Mało można wyrazić słowami, znacznie więcej można przekazać milczeniem.
M: Najpierw słowa, potem milczenie. Trzeba być dojrzałym do milczenia.
P: Czy mogę żyć w milczeniu.
M: Nieegoistyczna praca prowadzi do milczenia, gdyż kiedy się jej oddajesz, nie musisz prosić o pomoc. Obojętny na rezultaty, chcesz pracować nawet przy użyciu w najwyższym stopniu nieadekwatnych środków. Nie troszczysz się o to by być dobrze obdarowany i wyposażony. Ani też nie prosisz o rozpoznanie czy pomoc. Po prostu robisz to co musi być wykonane, pozostawiając sukces i porażkę nieznanemu.
*

P: Ale milczenie, rozumowanie jest normalnym stanem umysłu. Umysł po prostu nie potrafi przestać pracować.
M: To może być stan nawykowy, ale nie musi on być stanem naturalnym. Normalny stan nie może być bolesnym, podczas gdy nawyk często prowadzi do chronicznego bólu.
*

M: Jeżeli szukasz Niezmiennego, wyjdź poza doświadczenie. Kiedy mówię: pamiętaj „jestem” cały czas, mam na myśli „stale do niego powracaj”. Żadna poszczególna myśl nie może być naturalnym stanem umysłu, tylko milczenie. Nie idea milczenia, ale milczenie samo w sobie. Kiedy umysł jest w swym naturalnym stanie, powraca do milczenia spontanicznie po każdym doświadczeniu, czy raczej, każde doświadczenie wydarza się na tle milczenia.
*

M: Gdybyś tylko potrafił zachować ciszę, wolną od wspomnień i oczekiwań, byłbyś zdolny dostrzec piękny wzór wydarzeń. To twój niepokój przyczynia się do chaosu.
*

M: Jesteś wplątany w sieć werbalnych definicji i sformułowań. Wyjdź poza swe koncepcje i idee; w milczeniu pragnienia i myśli odkrywa się prawdę.
*

P: Z tyłu mego umysłu cały czas ma miejsce jakaś aktywność. Rozliczne słabe myśli kłębią się i wibrują i ten bezkształtny obłok jest zawsze ze mną. Czy tak samo jest z tobą? Co dzieje się z tyłu twego umysłu?
M: Gdzie nie ma umysłu, nie ma też jego tyłu. Cały jestem frontowy, bez tyłu. Pustka mówi, pustka pozostaje.
P: Czy żadna pamięć nie pozostała?
M: Nie pozostała żadna pamięć o przeszłych przyjemnościach czy bólach. Każdy moment jest nowo narodzony.
*

M: Po dojściu tak daleko, porzuć wszelkie myśli, nie tylko o świecie, ale także o sobie. Pozostań ponad wszystkimi myślami, w milczącej przytomności bycia. To nie jest progres, bo to do czego dochodzisz, jest już tam w tobie, czekając na ciebie.
P: Zatem mówisz, że powinienem spróbować zatrzymać myślenie i pozostać stabilnie przy idei „jestem”.
M: Tak, i jakiekolwiek myśli przyjdą do ciebie w połączeniu z „jestem”, opróżnij je wszelkiego znaczenia, nie zwracaj na nie uwagi.
*

P: Co sprawia, że czynimy postęp?
M: Milczenie jest głównym czynnikiem. W spokoju i milczeniu wzrastamy.
P: Umysł jest tak absolutnie niespokojny. Jaki jest sposób na jego uciszenie?
M: Zaufaj nauczycielowi. Weźmy mój przykład. Mój Guru nakazał mi zwrócenie się ku poczuciu „jestem” i niezwracanie uwagi na nic innego. Ja tylko byłem posłuszny. Nie podążałem za jakimś szczególnym sposobem oddychania, czy medytacją, czy studiowaniem pism. Cokolwiek się działo, odwracałem od tego uwagę i pozostawałem przy poczuciu „jestem”, to może wyglądać na zbyt proste, nawet toporne. Moim jedynym motywem robienia tego był nakaz Guru. A jednak to zadziałało! Posłuszeństwo jest potężnym rozpuszczalnikiem wszelkich pragnień i leków. Po prostu odwróć się od wszystkiego co zajmuje twój umysł; rób to co jest do zrobienia, ale unikaj nowych zobowiązań; utrzymuj się pustym, dostępnym, nie stawiaj oporu temu co przychodzi nieproszone.
*

M: Na końcu osiągniesz stan nie-utrzymywania, radosnego nie-przywiązania, wewnętrznej swobody i wolności, niedający się opisać, a jednak cudownie realny.
*

P: Jak mam osiągnąć doskonałość?
M: Zachowuj ciszę. Wykonuj swoją pracę w świecie, ale wewnętrznie zachowuj ciszę. Wtedy wszystko do ciebie przyjdzie. Co do realizacji, nie polegaj na swojej pracy. Może przyniesie pożytek innym, ale nie tobie. Twoja nadzieja leży w zachowaniu milczenia twego umysłu i ciszy w twoim sercu, ludzie zrealizowani są bardzo cisi.
*

P: Ale ty mówisz o poznawalnym
M: O niepoznawalnym jedynie cisza mówi. Umysł może mówić tylko o tym co zna. Jeżeli gorliwie przebadasz poznawalne, rozpłynie się i pozostanie tylko niepoznawalne. Ale z pierwszym poruszeniem wyobraźni i zainteresowania, niepoznawalne jest zaciemniane i poznawalne wysuwa się naprzód. Poznawalne, zmienne, jest ty z czym żyjesz – z niezmiennego nie masz pożytku. To tylko wtedy gdy doznasz przesytu zmiennym i zatęsknisz do niezmiennego, będziesz gotowy odwrócić się , i wkroczyć w to, co może być opisane, kiedy wdziane z poziomu umysłu, jako pustka i ciemność.
*

M: Gdy raz znalazłeś się ponad osobą, nie potrzebujesz żadnych słów.
P: Co może zabrać mnie ponad osobę? Jak wyjść poza świadomość?
M: Słowa i pytania pochodzą z umysłu i tam cię trzymają. By wyjść poza umysł, musisz być milczącym i cichym. Spokój i milczenie, milczenie i spokój – to droga poza. Przestań zadawać pytania.
P: Gdy już przestanę zadawać pytania, co mam robić?
M: Co możesz zrobić, jak tylko czekać i obserwować?
P: Ale na co mam czekać?
M: Na wyłonienie się centrum twego bytu w świadomości. Trzy stany – snu głębokiego, śnienia i przebudzony, wszystkie są w świadomości, zamanifestowane; to co nazywasz nieświadomością również się pojawi – w odpowiednim czasie; całkowicie poza świadomością leży niezamanifestowane. A poza wszystkim, i wszystko przenikające, jest serce bytu bijące w rytmie zamanifestowane-niezamanifestowane; zamanifestowane-niezamanifestowane; (saguna-nirguna).
*

P: Jakie są oznaki postępu na ścieżce duchowej?
M: Wolność od niepokoju; poczucie swobody i radości, głęboki spokój wewnętrzny i mnóstwo wolnej energii.
P: Jak to osiągnąłeś?
M: Odnalazłem wszystko w świętym towarzystwie mojego Guru – sam z siebie nic nie zrobiłem. Powiedział mi bym zachowywał ciszę i to robiłem – na tyle na ile potrafiłem.
*

P: Nie potrafię zrozumieć dlaczego mój wewnętrzny spokój jest niestabilny.
M: Spokój, poza wszystkim innym, jest stanem umysłu.
P: Poza umysłem jest milczenie. Nie można o tym nic powiedzieć.
M: Tak, wszelka mowa o milczeniu jest ledwie hałasem.
*

P: To prawdy poszukuję, nie spokoju.
M: Nie możesz zobaczyć prawdy, inaczej jak będąc spokojnym. Cichy umysł jest esencjalny dla właściwej percepcji, która z kolei wymagana jast dla samo-realizacji.
*

M: Ludzie którzy rozpoczynają swą praktykę są tak gorączkowi i niespokojni, że muszą być bardzo zajęci by utrzymać się na ścieżce. Absorbujący plan zajęć jest dla nich dobry. Po jakimś czasie uspokajają się i odwracają od wysiłku. W spokoju i milczeniu skóra „ja” zanika i wewnętrzne i zewnętrzne stają się jednym. Rzeczywista praktyka odbywa się bez wysiłku.
*

P: Ten świat, z taką ilością cierpienia w nim obecnego – jak możesz widzieć go jako nieistotny. Cóż za brak litości!
M: To ty jesteś bezlitosny, nie ja. Jeżeli twój świat jest tak pełen cierpienia, zrób coś z tym, nie dodawaj do tego jeszcze chciwości czy indolencji. Nie jestem wiązany przez twój snopodobny świat. W moim świecie nasiona cierpienia, pragnienie i lęk nie są zasiewane, i cierpienie nie rośnie. W moim świecie panuje wolność od przeciwieństw, od wzajemnie wyróżniających się sprzeczności; dominuje harmonia; jego spokój jest jak skała; ten spokój i milczenie są mym ciałem.
*

M: Zachowuj ciszę, niezaniepokojony, a mądrość i moc same do ciebie przyjdą. Nie musisz za tym tęsknić. Czekaj w milczeniu serca i umysłu. To bardzo łatwe być cichym, ale gotowość do tego jest rzadka. Wy ludzie chcecie zostać supermenem przez jedną noc. Pozostań bez ambicji, bez najmniejszego pragnienia, eksponowany, wrażliwy, bez ochrony, niepewny i samotny, całkowicie otwarty na życie i witający się z nim tak jak się dzieje, bez egoistycznego przekonania, że wszystko musi zapewnić ci przyjemność czy korzyść , materialną, czy tak zwaną duchową.
*

M: Żaden wysiłek cię tam nie zabierze, tylko czystość zrozumienia. Prześledź swe błędne rozumowania i porzuć je wszystkie. Nie ma nic do szukania ani do odnalezienia, gdyż nic nie uległo zagubieniu. Rozluźnij się i obserwuj „jestem”. Rzeczywistość jest za tym. Zachowuj ciszę, zachowuj milczenie; a rzeczywistość wyłoni się, czy raczej to cię do niej zabierze.

Skoro mędrzec jest skrajną rzadkością, to cała ludzkość składa się z głupców


Wspomnieliśmy o postaci mędrca. Charakterystyczne dla filozofii stoickiej jest czynienie z niej pewnej normy transcendentalnej. Normę tę daje się jednak zrealizować niezwykle rzadko, tylko wyjątkowo. Mamy tu do czynienia z echem Uczty Platona. Sokrates przestawia się tam jako ktoś, kto wie, że nie jest mądry. Sytuuje to go pomiędzy bogami, którzy są mądrzy i wiedzą, że są mądrzy, a ludźmi, sądzącymi, że są mądrzy, lecz niewiedzącymi, że nimi są. Ten status pośredni to status filozofa, kogoś, kto wie, że nie jest mądry, kogoś kto kocha mądrość, aspiruje do mądrości właśnie dlatego, że wie iż jest jej pozbawiony; to status Erosa, który kocha piękno, ponieważ wie, że mu go brakuje, Erosa nie będącego zatem ani bogiem, ani człowiekiem, lecz pośrednim między nimi dajmonem. Postać Sokratesa to odpowiednik postaci Erosa i postaci filozofa. (…)

Stąd wniosek, że skoro mędrzec jest skrajną rzadkością, to cała ludzkość składa się z głupców. Wśród ludzi panuje zepsucie, niemal powszechne odejście od Rozumu. A jednak stoicy zachęcają ludzi do filozofowania, to znaczy do ćwiczenia się w mądrości. Dlatego też – choć prawdą jest, że istnieje wykluczające przeciwstawienie: mądrość – nie-mądrość, a wskutek tego ani jedna, ani druga nie jest stopniowalna – w obrębie stanu nie-mądrości, istnieją, jak w Uczcie Platona, dwie kategorie ludzi: nie-mądrzy, nieświadomi swego stanu (głupi) oraz nie-mądrzy, świadomi swego stanu i próbujący wznieść się ku nieosiągalnej mądrości (filozofowie). Z logicznego punktu widzenia mamy tu przeciwstawienie wykluczające między mędrcem a głupcami, nieświadomymi swego stanu. Przeciwstawienie to dopuszcza istnienie trzeciej kategorii: nie-mądrych i nie-głupich, czyli filozofów.

Pierre Hadot, Twierdza Wewnętrzna
ss. 85 i 86 odpowiednio (pominięte zostały przypisy)
tłumaczenie: Piotr Domański

Unikaj na wszelkie możliwe sposoby obcowania z ludź­mi


191.
Jeśli chcesz znaleźć drogę, która prowadzi do życia wiecznego, trwaj w milczeniu i unikaj na wszelkie możliwe sposoby obcowania z ludź­mi. Wtedy przyjdzie do ciebie sam Chrystus, który jest naszą drogą, gdyż mówił: „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem" O 14, 6). Ale szukaj Go niestrudzenie z ufnością i bojaźnią Bożą, gdyż niewielu Go znajduje. Bądź przeto gorli­wa, byś nie pozostała za owymi nielicznymi i razem z wieloma nie poszła na mękę wieczną.

193.
Milczenie i powściągliwość, cichość i modli­twa oczyszczają duszę i umysł.

194.
Bóg, który obiecał, że da ci wieczne zbawie­nie, i posyłał do twego serca zadatek Ducha Świętego, powiedział ci także, że powinnaś oczyścić swoje wnętrze ze wszystkich namięt­ności i złych myśli, jeżeli chcesz zdobyć króle­stwo Boże.

195.
Uważaj na to, co ci teraz powiem: jeśli spę­dziwszy całe życie w klasztorze, nie nabędziesz żadnej cnoty, pewnego dnia otrzymasz świadectwo swego serca, że nie przeszłaś ze śmierci do życia i nie należysz do tych, którzy dostąpią zbawienia. Nie łudź się więc nadzie­ją, że zdobędziesz królestwo niebieskie. Kto jest niegodny królestwa niebieskiego, pójdzie na wieczną mękę, razem z szatanem, który jest mu ojcem, i demonami, którzy są mu braćmi.

197.
Nie bądź podobna do tych, którzy grzebią swoich zmarłych (por. Łk 9, 60). Ludzie ci raz opłakują swoich zmarłych, kiedy indziej upija­ją się z ich powodu; bądź raczej podobna do skazanych na śmierć, gdyż ludzie ci myślą tyl­ko o chwili śmierci.

Za: Meterikon Mądrość Matek Pustyni, przekład: Bogusław Widła, „PROMIC” - Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 2010


Zazwyczaj nie jest się samotnym w samotności


'Oni' nie byli już moimi bliźnimi, usiłowałem nie rozumieć słów, jakie wypowiadali ludzie w restauracji. Dzięki temu wszystko było tylko gwarem albo dźwiękami obcego języka. Wszystko to formowało się, stanowiło już tylko nietrwałe zjawy, rodzaj iluzji niebytu. Tamci przechodzili ulicą, czymś takim jak ulica, w czymś takim jak przestrzeń, po raz pierwszy i ostatni. I ja jeden już tylko istniałem rzeczywiście. Reszta była magmowata, była 'tym wszystkim'. Znów byłem pod murem niepojętego. Gdzie się znajdujemy? Gdzie się znalazłem? Tak, talerze, noże i widelce, i autobusy, i przechodnie mogą być rzeczami albo mogą być czymś, z czym nie wiadomo już co zrobić, czym nie sposób się już posługiwać! Ja jeden istnieję. W miarę jak inni przechodzili i zacierali się, czułem się jedyny w tym wirze, który rzeczywisty być nie mógł. Rzeczywistość stawała się rodzajem pustej przestrzeni, którą zapełniałem. Euforyczne rozrastanie się własnego ja, im zaś bardziej wydawało mi się, że 'to wszystko' istnieje zaledwie, tym mocniej utwierdzało mnie to w mojej pewności bycia. Ale musiałem pohamować tę euforię, nie zniszczyć, ale naprawdę pohamować. W przeciwnym razie nabrałbym takich wymiarów, że zajmując całą przestrzeń, którą można by nazwać egzystencjalną, znalazłbym się znów przyparty do niewidzialnych murów niepojętego. Nie wiem, czy udaje mi się powiedzieć dokładnie to, co chcę powiedzieć. Nie ma słów dla tego stanu. Chcę powiedzieć może co innego lub również co innego. Swoisty rozum powiadał mi, że nie mogę być sam jeden. Inni są 'ja' zupełnie tak samo jak ja, szeptał mi wciąż rozum, który usiłowałem przytłumić. Bo kiedy czuję się sam, kosmicznie sam, jak gdybym był swoim własnym stwórcą, swoim własnym bogiem, władcą zjawisk, w tym właśnie momencie czuję się wolny od niebezpieczeństwa. Zazwyczaj nie jest się samotnym w samotności. Zabieramy ze sobą resztę. Jesteśmy odizolowani, izolacja nie jest samotnością absolutną, która jest kosmiczna, inna samotność, mała samotność jest tylko socjalna. W samotności absolutnej nie ma już nic prócz niej. Torturę zadają nam właśnie wspomnienia, obrazy, obecność innych. I nudzą. Istnieje samotność nudna i nie do zniesienia, to ta, w której odwołujemy się do innych, wzywamy ich, potrzebujemy ich, uciekamy przed nimi, wierzymy bowiem w ich egzystencję. To innych się boimy, toteż rzucamy się na nich, jakby po to, żeby ich rozbroić. Ale że nie byłem bogiem, nie zmyślałem wszystkich tych przelotnych zjaw i całej tej pozorności, 'ono' ofiarowywało mi je, ono mi je przedstawiało. Owo ono. Ono przecież było ich wynalazcą. Poddawałem się, próbowałem nie poddawać się, próbowałem trzymać się na uboczu, żeby tylko patrzeć nie przystępując do gry, ale byłem zmuszony brać ją pod uwagę".

Eugène Ionesco, "Samotnik", tłum. J. Rogoziński, PIW, Warszawa 1977, s. 47-48.

Czym chciałbym być


"Bardzo lubię sztukę spokojną, chociaż sam jestem bardzo niespokojny. Uważam, że jest dość płodne, jeśli człowiek pisze przeciwko sobie. Jeżeli jest histerykiem i pisze sonety, to trzyma to na uwięzi jego temperamenty, jego animozje, jego maluczkie, ludzkie rzeczy. Człowiek jest nie tylko tym, czym jest, ale tym, czym chciałby być. Otóż ja na pewno w tym, co robię, tak mi się wydaje, pokazuję to, czym ja chciałbym być i czym, niestety, nie jestem".

Herbert nieznany: Rozmowy, Zeszyty Literackie, Warszawa 2008, s. 29.

Eliade o naukowcach


"Od dwóch dni bacznie przypatruję się uczonym. Na myśl, że kiedyś mógłbym stać się podobny do któregoś z nich, mój sarkazm mięknie, przeradza się w smutek. Ci ludzie prawdopodobnie wiedzą bardzo dużo o czymś bardzo małym, bo też tak ktoś definiował uczonego: to człowiek wiedzący coraz więcej o coraz mniejszym wycinku. Jeden wie wszystko o jakichś kamieniach, drugi - prawie wszystko o jakichś papierach. To ludzie opętani, jeśli zaś trwonią dnie i noce na żmudne badania, czynią to nie gwoli szukania prawdy i eliminowania błędu, lecz po pierwsze dlatego, że nic innego i inaczej robić nie potrafią; pasjonuje ich własna praca, są owładnięci namiętnością podobną do pasji kolekcjonera znaczków czy muszel. Naukowcy całego świata to w większości zwyczajni rzemieślnicy, niestrudzeni wyrobnicy. Próżno szukać na ich twarzach szlachetnego znużenia myślą, pasji całościowego zrozumienia świata; widać na nich tylko przemęczenie fizyczne, skromność lub butę, nieśmiałość lub oderwanie. Czyżby naprawdę Arystoteles, Galileusz, Leonardo da Vinci czy Leibniz po to się narodzili, myśleli, miotali się i cierpieli, aby teraz mógł spokojnie prosperować taki rodzaj ludzi!?..."

Mircea Eliade, "Moje życie: fragmenty dziennika 1941-1985", tłum. I. Kania, KR, Warszawa 2001, s. 37-38.

Sekret polega na uleganiu


"Ora et labora. Módl się i pracuj. Nulla dies sine linea czyli ani jednego dnia bez nakreślenia choćby jednej linii, jak nakazywał sobie (choć nie po łacinie, bo był Grekiem) rysownik Apelles. Te staroświeckie zalecenia ozdabiały jeszcze szkolne ściany kiedy chodziłem do niższych klas u Zygmunta Augusta. Samą wolą niedaleko się zajedzie i sekret polega bardziej na uleganiu niż na działaniu. Przede wszystkim uleganiu tym skłonnościom, które ujawniły się po raz pierwszy kiedy mieliśmy lat szesnaście czyli o spełnienie, świadome, umysłowych zapowiedzi tylko niejasno najpierw wyczuwanych. O zakreślenie wielkiego łuku łączącego wczesną młodość i wiek dojrzały albo późny. Czy też dzieje naszego umysłu przypominają łamigłówkę, która powinna być powoli, stopniowo, układana z rozrzuconych klocków. Tylko tak zawrzemy przymierze ze swoją pasją, poddamy się jej, i długie godziny pracy będą lekkie. Lata w Berkeley spędziłem kształcąc się w dziedzinach już jakby czekających na mnie kiedy byłem chłopcem, przy czym sala wykładowa dostarczała podniety ale zużywała tylko procent od prywatnie dla mnie potrzebnej tzw. znajomości przedmiotu.

Z wahań, rozterek, rozczarowań, prób, układa się całość bardziej logiczna niż spodziewaliśmy się. [...]".

Czesław Miłosz,
Ziemia Ulro, Instytut Literacki, Paryż 1985, s. 36-37.

Bakcyl czy wirus?


"Po otrzymaniu Nagrody Wielkiej, fundowanej przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, powiedział Pan, że wszystko, co Pan dotychczas robił było usiłowaniem wpuszczenia bakcyla prawosławia do kultury polskiej. Jest w tym jakaś przewrotność czy troska o stan polskiej kultury?

Oczywiście, że troska. Jestem Polakiem, ale troszkę Ukraińcem, troszeczkę Niemcem. Kocham ten kraj i boleję nad tym, że jest on kształtowany jednostronnie przez potrydencką mentalność rzymskokatolicką. A to jest kalectwo kultury tego narodu.

Jest Pan, zdaje się, osamotniony w swoich zabiegach, a proponowany przez Pana bakcyl jest traktowany raczej jako wirus.

Możliwe, że jestem w całym tym interesie Konradem Wallenrodem, ale ja tkwię w kulturze polskiej, jestem jest współtwórcą. Wszystko, co piszę i robię, zmierza do tego, by z prawosławiem wejść do polskiej duszy, do środka, a nie pozostawać na marginesie".

Między Krakowem a Poczajowem: Z Jerzym Nowosielskim rozmawia Anna Radziukiewicz [w:] Jerzy Nowosielski, Sztuka po końcu świata: Rozmowy, wybór i układ K. Czerni, Znak, Kraków 2012, s. 284.