sobota, 16 grudnia 2023

Ta smutna kropla nicości, którą nazywamy człowiekiem


Niepodległościowcy to często ludzie żądni władzy, którzy w państwach zaborczych najmniejszego nawet w niej udziału zdobyć nie mogą: dążą więc do własnego państwa, w którym by udział ten mieli i — o ile się da — wprost panowali. Stąd niechęć Polaków, w państwach zaborczych mających głos i znaczenie, do idei niepodległości.

H o m e r  i  L a  R o c h e f o u c a u l d . Homer wiedział mniej więcej wszystko co wiedział La Rochefoucauld, ale z tego nie robił odkrycia. Véron mu zarzuca „niższość moralną”: pobudki egoistyczne u bohaterów, Andromacha po śmierci Hektora. Ale to jest właśnie rzetelne. Véron chciałby mieć poezję opartą na ignorancji psychologicznej.

11 XI. Dwa wpływy na mnie, a raczej dwie kulturalne potęgi, które pozwoliły mi sobie uświadomić i zaspokoić pewne moje głębsze potrzeby: stoicyzm Epikteta i Flaubert. Jedno i drugie było pomocą w wyzwoleniu się spod ucisków: Epiktet przez wytężenie sił, by o zło z zewnątrz nie dbać i z siebie samego wykrzesać wszystko co człowiekowi niezbędne; Flaubert przez ironiczne wyniesienie się ponad  b r z y d o t ę  nękającej mnie rzeczywistości. Jedno i drugie weszło w skład tej szkicowej „etyki” , którą sobie pod koniec 1907, w Paryżu, zacząłem wypracowywać.
A Goethe? Goethe był ideałem absolutnym, przedstawicie­lem tej formy życia, której bym pragnął, gdybym się mógł rozwijać swobodnie, bez potrzeby walki z cierpieniem.
Migał mi też właściwie tylko z daleka i przez mgłę, zawsze niedościgniony. Dzisiaj, gdy z najgorszym uciskiem jakoś sobie dałem radę, Goethe się zbliżył.

Ponieważ najsilniejszy jest instynkt samozachowawczy, więc i wysiłkiem największym jest pokonanie instynktu samozachowawczego, — i tośmy zwykli nazywać „boha­terstwem” w węższym znaczeniu. Bohaterstwem w znacze­niu szerokim jest jednak  w s z e l k i  wysiłek tryumfujący nad instynktami. Także Flaubert był bohaterem trwając, nikomu nie znany, w swej samotni, szlifując swe zdania i po Świętym Antonim zmuszając się do pisania Pani Bovary wbrew swej naturze.

22 II 1914. Celem pisarza serio, tego „wielkiego”, jest powiedzieć pokoleniu o rzeczach wiecznych, i jego dzieło trwa, jeśli nie wiecznie, co nie jest sprawą ludzką, to wieki. Celem tego mniej serio jest powiadomić wieczność o po­ koleniu — i, naturalnie, o swojej własnej osobie — i dzieło jego mrze z pokoleniem.

24 VI. Tak jak woda rozpuszcza sól tylko do pewnej określonej granicy, potem zaś następuje to co technicznie nazywamy „nasyceniem”, tak samo świadomość wchłania tylko pewne ograniczone quantum poczucia niebezpieczeń­stwa i, wchłonąwszy, jest nasycona: ciągle pod tym jednym wrażeniem człowiek pozostawać nie może. I tak jakoś automatycznie wytwarza się ów spokój żołnierzy w polu i nawet przed akcją.

17 XI. Chłodno i abstrakcyjnie to się nazywa „miłość kultury”; naprawdę jest to ukochanie w człowieku jego zdolności oderwania się od siebie samego, od celów utyli­tarnych, by zainteresować się pięknem — oczywiście także moralnym — które się kontempluje lub tworzy. Ta zdol­ność stwierdzana u ludzi — czy to będzie beztrosko szczęśliwe zatopienie się malarza w tym, co maluje, czy ofiarny czyn żołnierza na froncie — jest zawsze tym, co najbardziej mnie wzrusza; entuzjazm zaś budzi to, że niektórzy potrafią w tym zajść aż tak daleko. A co podtrzymuje i krzepi, to że się może  s ł u ż y ć  tej sprawie; że się jest ogniwem w łańcuchu, łącznikiem, który przyjmuje sygnał i podaje go dalej. C ’ est un cri répété par mille sentinelles', przecież nawet udział swój w wojnie rozumia­łem jako stanięcie na posterunku nie tyle może nawet ojczyzny, ile tak właśnie pojętej „uskrzydlonej” kultury.

8 XII. Cechą, która mnie dziś w charakterach ludzkich najbardziej uderza, jest brak ostrych konturów, prostolinijnej logiki, niesprzeczności wewnętrznej. W ogóle: niepokoi mnie człowiek. Zagadnieniem stała mi się najpierw kobieta, ale tu zaintrygowany rychło doszedłem do przeświad­ czenia, że człowieczeństwo samo w sobie już jest zagadką.

I jak wobec ludzi się zachowywać: czy traktować ich raczej według ich cnót, czy według ich błędów? „Według cnót oczywiście” , powiada głos, którego chętnie się słucha; z dobrocią, a nie z bezwzględnością. Ale oto trudność niemała: pobłażliwość dla błędów jest przyjmowana jako aprobata tych błędów. Ludzie nie przyjmują do wiadomo­ści uznania częściowego; widzą je pełnym, a zastrzeżeń nie dostrzegają.

Nie tylko chlebem człowiek żyje, ale i złudzeniem swej duszy.

Odkrywać nowe światy? a po co? By w nie wnosić stare cierpienia?

Z a j m o w a ć  się  t y m  w y ł ą c z n i e  d o  c z e g o  j e s t e ś ­m y  s t w o r z e n i. „Człowiek dopiero wtedy się uspokaja, gdy raz na zawsze powziął postanowienie, że będzie robił to tylko, co się mieści w jego naturze” (Goethe).
„Twórca w sferze ducha zawsze odczuwa niepokój sumienia, gdy się wda w sprawy obce jego życiowemu zadaniu” (Dessoir, Aesthetik und allgemeine Kunstwissen­ schaft, str. 268).

To że jesteśmy śmiertelni, to z nas — by w zupełnie innej intencji użyć obrazu Krasińskiego — czyni „synów świat­łości”. Im większa śmiertelności świadomość, tym silniejszy pęd ku wyżynie. Śmierć podkopuje bezwzględność dążeń nie tylko egoistycznych, ale w ogóle wszystkich realnych; sprawia, że szukamy zaspokojenia w jakichś mniej prymi­tywnych dziedzinach.

21 II 1917. „Kto zwiększa poznanie, zwiększa i gorycz” (Eklezjasta I, 18). Ale to można sensownie odwrócić: kto zwiększa mą gorycz, ten poważnie zwiększa moje poznanie.

Z okazji optymizmu Rollanda i innych objawów podob­nych (Maeterlinck i postdekadentyzm).
Trzeba umieć się  p r z e c i w s t a w i ć  tej wierze, że z każdej rzeczy da się wycisnąć jakiś ekstrakt dobra, że byle spojrzeć mądrze, to bz n a c z y  wyrozumiale (takie równanie jest znamienne dla tej koncepcji), to rdzeniem rzeczywistości i spraw ludzkich staje się dobro. Mieć odwagę pomyś­leć: „ostatnim słowem może tu równie dobrze być zło”; tę odwagę miał Tacyt. Pomyśleć tak o polityce (to jest łatwe!) ale także i o miłości, o kobiecie, którą się kocha...

Opanowywać swoje odruchy, to właściwie nie czyni czło­wieka ani trochę lepszym czy szlachetniejszym. Bo cóż, że ja swoim reakcjom łeb ukręcę, jeśli ten odruch we mnie powstał, moja wyobraźnia tym właśnie przedmiotem się zajęła, moje pragnienie ku niemu się dało pociągnąć, cała moja istota, jak woda w próżnię, rzuciła się w tym właśnie kierunku! To, czym ja  naprawdę j e s t e m,  jest przez ten proces w całości już określone; późniejsze opanowanie może mieć znaczenie tylko praktyczne. Nie wystarcza opanowanie, potrzebne jest
p r z e o b r a ż e n i e . Wstrząs, który duszę rozbija i robi z niej coś całkiem innego. Inne ją pociągają przedmioty, inne w niej powstają pragnienia.

I nie jest na to potrzebny żaden cud. Przez rodzaj filtracji czy katharsis szereg instynktów naturalnych, początkowo dość mętnych, staje się źródłem wartości: żądza władzy, żądza sławy, miłość zmysłowa. Zachodzi rodzaj amorçage, wzięcia na haczyk przez cel bardzo taki sobie, a potem cel ten znika, i mój ruch za haczykiem, by zachować sens, musi sobie dorobić cel wyższy, już nie taki sobie. Przykład subtelniejszy: egotyzm. Całą treść, która mnie dotąd urze­kała jako moja, dziś, przemieniony, mogę dostrzec jako treść świata: przewrót równie radykalny jak prosty.

10 IV. Nasz sąd o człowieku to walny czynnik kształ­towania tego człowieka. Człowiek nie jest czymś skoń­czonym, — i sam się nie zna. To co ja, swoją interpretacją, z jego wnętrza na jaw wydobywam, to dla niego może się stać miarodajne jako określenie własnej istoty.

(Kwiecień). Goethe: co mi u niego jest nienawistne, to to jego zadowolenie ze wszystkiego, ta sytość duchowa. Ale gdzie dla niego jest przeciwwaga? Kto mu jest równy, a wolny od tej nieprzyjemnej domieszki?

(Wiosna-lato). Nie rozumieć,  n ie  c h c i e ć  zrozumieć, może być czasem nakazem samozachowawczym pierwszej wagi i mocy.

(Lato). „Sofizmat, który mnie zgubił, to sofizmat więk­ szości ludzi, którzy skarżą się, że im brak siły, gdy za późno już, by jej użyć. Cnota z naszej tylko winy jest taka trudna, i gdybyśmy zawsze byli rozsądni, rzadko byśmy się musieli nią wykazywać. Ale łatwe do przezwyciężenia skłonności pociągają nas (inous entraînent) bez oporu; ulegamy lekkim pokusom, których ryzyko lekceważymy. Nieznacznie się wplątujemy w sytuacje niebezpieczne, od których łatwo nam się było uchronić, ale z których się wyplątać nie można bez bohaterskich wysiłków, które napełniają nas lękiem; i tak się w końcu staczamy w prze­paść i mówimy do Boga: Dlaczego mnie stworzyłeś tak słabym? Ale on, chociaż tego nie chcemy, odpowiada naszym sumieniom: Uczyniłem cię za słabym, by się wydźwignąć, bo dość silnym, by się w otchłań nie stoczyć” (Rousseau, Wyznania, ks. II).
Proza nie jest nieskazitelna. Ale analiza świetna. I nau­ka moralna na całe życie.

9 VIII. „Ja nic z tego nie rozumiem, jakie to głupie!” (Zasłyszane dziś, 9 sierpnia 1917, z ust dziesięcioletniej dziewczynki.) Dwudziestopięcioletnie też tak potrafią. W ogóle, kie­dy kobieta nic nie rozumie z tego, co się do niej mówi, ma dwa sposoby reagowania: ten tu jest normalny.
Ale kiedy ją rozmówca interesuje, wtedy mówi: „Jaki pan mądry!”

(Bez daty). O wartości książki stanowi nie tylko to co w niej jest, ale także to co by w danych warunkach łatwo w niej być mogło, a czego nie ma. Cześć autorowi, który panował nad swym materiałem, miał siłę ochronić się przed zalewem.

Nie gardź sobą, że bitwę przegrałeś. Trzeba pewnej siły, by się zapędzić aż tam, gdzie się bitwy przegrywa.

26 I 1918. Stare pytanie, „czy lepiej strach budzić, czy miłość” , z punktu widzenia użyteczności praktycznej ja rozsądziłbym na rzecz strachu. Kto się ciebie boi, ten będzie robił co ty chcesz, „bo inaczej źle będzie” . Kto cię kocha, zawsze znajdzie tysiąc sposobów wytłumaczenia sobie i tobie, że to, czego on chce, jest pożyteczne i dobre także dla ciebie.

29 I. Robiłem sobie kiedyś zapiski z „psychologii ulega­nia pokusom” . Dziś u Hóffdinga (Psychologia indywidual­ na w zarysie, V, 2) znajduję to oto: „Pokusa musi stać się bardzo silna, aby mogła być zwyciężona” . Dokładnie to, co ja tam mówiłem. Bo faktycznie też było tak, że ja częściej ulegałem pokusom lekkim, na których mi nie zależało i których doniosłości nie spostrzegałem: przy nich wola spała; pokusy silne budziły ostrą reakcję.

13 n . C o ś  o  s z t u c e  n a k ł a n i a n i a; n i e z b y t  m o ­r a l n i e. Chcąc wolą drugiego człowieka pokierować zgod­nie z naszym życzeniem, lepiej dać mu szereg racji pozor­nych niż odsłonić swoją prawdziwą. Pomijam już, że racja prawdziwa jest najczęściej egoistyczna, a jeśli nawet nie, to prawie zawsze jest odzwierciedleniem naszej indywidualno­ści, czymś o ważności ograniczonej; ale są jeszcze inne powody. Po pierwsze, kto ujawnił swą rację prawdziwą, ten w paru słowach powiedział wszystko, rzucił swój atut i nie ma już nic do dodania. Tymczasem, by na wolę tamtego oddziałać, trzeba nim po wiele razy zachwiewać, uderzyć z tej strony, i z tej jeszcze, i znowu z tamtej; pierwsze uderzenie, chociażby najsilniejsze, nie podziała; trzeba stopniowo, wielu naciskami, wywołać pożądany stan uczu­ciowy i przez niego wpłynąć na wolę. Powód drugi: moc sugestywna tkwiąca w tym, co nie dopowiedziane, w tajem­ niczości. Poza racją prawdziwą raz ujawnioną nic więcej nie ma; twój partner poznał cię do dna i gotów powiedzieć: co? tylko tyle? Tymczasem jeśli prawdziwą ukryjesz a dasz tysiąc pozornych, partner doskonale wyczuje, że ty coś najgłębszego, ostatecznego, chowasz dla siebie; to mu się w wyobraźni wyolbrzymi, i ty mu odpowiednio w wyobraź­ni urośniesz. A nie mówię już o tym, że krótkie wyłożenie swojej racji prawdziwej może być wzięte za dowód przeko­nania letniego; że jestem swą sprawą co się zowie „przeję­ty”, w to ludzie wierzą, gdy dużo najróżniejszych argumen­tów z siebie wyrzucam i wszystko najróżniejsze do niej odnoszę.

Wiedział o tym dobrze Antoniusz — ten z Szekspira — nie wiedział Brutus. Moraliści tu w ogóle skłonni są błądzić. Na dalszą metę ziarno tak przez nich zasiane może nieraz i wzejdzie; odwaga cywilna w wypowiadaniu nagiej prawdy, surowa rzeczowość w ograniczaniu się do istoty sprawy, to  t a k ż e  są siły; ale skutek doraźny jest żaden. Ja sam miałem tę ambicję: najskrupulatniej podać swą rację istotną, bez dodatków i bez osłonek, w całej jej indywidualnej „względności”; nieraz też, nie bez wysiłku, tak i czyniłem. Ale przeciwnik, sam egoista i w swych racjach więcej niż względny, nigdy nie omieszkał się rzucić na egoizm i względność tej mojej, i zdruzgotać mnie w imię wszystkich świętości: jak można, jak można być takim? takim cynikiem, takim potworem! Nie, nie mówcie uczci­wie swych racji!

21 V. Coraz żywiej odczuwam niebezpieczeństwo Goethe­go jako wzoru wychowawczego. Po pierwsze: to jest nieosią­galne; to był szczęśliwy traf, raz na lat tysiąc, gdzie usposobienie człowieka i warunki zewnętrzne tak się zeszły, że wytworzyły jeden wielki akord bez dysonansów. Po drugie sama treść tego wzoru: „pełnia życia”, „paganizm”, „piękne użycie”; to wszystko może prowadzić na najroz­maitsze manowce. Osłabienie napięcia woli, wysiłku as­cetycznego; pokusa zbytniej tolerancji wobec zmysłowych, hedonistycznych stron życia. Za wzór trzeba brać raczej ludzi, którzy musieli  o s t r z e j  w a l c z y ć, i to w warunkach bardziej podobnych do naszych. Ludzi, którzy mieli w pro­gramie z d z i a ł a ć  c o ś  o k r e ś l o n e g o, rozwiązać jakieś problemy, — i musieli  o g r a n i c z a ć  się, ograniczać...

„Świat składa się przeważnie z gminu, a ci nieliczni, którzy nad gmin wyrastają, dochodzą do głosu tylko wtedy, gdy są gminowi potrzebni, by mógł na nich się wesprzeć” (Machiavelli, Principe XVIII).

W zastosowaniu brutalnym: idealizm Mickiewicza i Słowackiego dlatego znalazł posłuch, że potrzebował go, jako argumentu, nasz gmin szlachecki dochodzący swych praw na zaborcach. Mniejszy gwałt sobie zadam, gdy powiem: tak było z filozofią francuską wieku XVIII, przed Rewolucją.

Twoja bezinteresowna myśl zawsze przepadnie, jeśli się przypadkiem nie stanie bronią w rękach jakiejś strony walczącej.

29 V.  A p o s t o ł o w i e   m i ł o ś c i. Jeżeli ci Paweł po­ wtarza: „kochaj ludzi” , to jakże często znaczy to „kochaj Pawła, Pawłu bądź bratem”. Wielkie będzie jego zdziwie­ nie jeśli ci strzeli do głowy zastosować się do tego wskaza­nia także w stosunku do Piotra, z którym Paweł ma spór o trzy grosze.

6 VI. Co były warte podstawy materializmu Strindberga, widać po jego nawróceniu. Memento: ludzkie przekonania to piaski; wiatr je nawiał i wiatr je rozwieje.

10 VI. Jeśli się ktoś chwali, że nie popełnił czegoś złego, co mógł był popełnić, i z wielką elokwencją argumentuje, że przecież „nie godziło się”, „nie uchodziło”, znaczy to, że swej cnoty żałuje. Nie poszedł za swym interesem, bo się krępował; teraz korci go stracona sposobność. Więc pró­buje się przekonać, że przecież „nie można było inaczej”.

Zakopane, 15 VIII. Nie sztuka jest żyć złudzeniami, ale wyzbyć się ich i żyć, to jest sztuka; a jeszcze większa: zostać bez złudzeń a kochać szlachetność i piękno. Dlatego najwspanialszym dowodem wielkości i wzniosłości ludzkie­ go ducha są dla mnie poeci pesymistyczni. Być takim pesymistą jak Leopardi, a jednak kochać piękno i tworzyć: to   jest jakaś wielkość, jakieś zwycięstwo.

9 X. Liryzm jest pięknością jedyną; w nim ta smutna kropla nicości, którą nazywamy człowiekiem, znów paruje w przestrzeń i ginie.

12 X. Ci, którzy kosztem reszty tak chwalą samą tylko  l o g i c z n o ś ć  niektórych umysłów przodujących w myś­leniu, są jak ludzie, którzy by w samochodzie cenili tylko hamulec.

13 X. Natchnienie i przezwyciężenie: dwie odmiany za­ panowania istoty wyższej w człowieku.

Z książki Kłopot z istnieniem Henryka Elzenberga 



Czy przeglądałeś się w lustrze, gdy między tobą a śmiercią leży jeszcze dystans wyobraźni?


W cieniu klasztorów, pod wpływem zmęczenia i bezmiaru pustki rozlewającej się po tkankach, głuchy smutek i niema melancholia rodziły w duszach mnichów ową próżnię, w średniowieczu zwaną acedią. Jest to eleatyczny wstręt, wynik opustoszenia serca i znieruchomienia świata, religijny spleen. Znudzenie — nie Bogiem, lecz z Boga, spadające, jak się zdaje, na samotników z boskiej pustyni. Acedia mieści w sobie prawdy przeczute w niedzielne popołudnia wśród przygniatającego milczenia klasztorów. Acediajest tym wszystkim, co nie wibruje Bogiem. Duszą Baudelaire’a przeniesioną w Średniowiecze.

Pierwsze porywy ekstazy tworzą sobie krajobraz boski, sielankowo-idealny, podkreślony akordami mistycznymi; eleatyczny wstręt acedii deformuje pejzaż fantomatycznie i z metafizyczną gwałtownością wysysa z bytu wszystkie soki, wprowadzając do niego czczość. Nuda pełna trucizny, którą my tylko, śmiertelnicy dotknięci przekleństwem braku łaski, możemy pojąć. Acedia nowoczesna nie jest już klasztornym osamotnieniem (choć każdy z nas w duszy nosi klasztor), lecz pustką i bezsilnym spazmem wyjałowionego Boga.

To prawda, że także w klasztornym spleenie niebo bywa wyjałowione, ale jałowość tę łagodzą oczekiwanie przyszłej pełni oraz wszelkie obietnice możliwej ekstazy. Bógjejr — nawet wówczas, gdy zdaje się bezbarwny, nie niosący pociechy albo nieobecny. Nasza acedia przekształca Go w ornament zwątpień. W każdym sceptycyzmie absolut jest tylko ozdobą.

Nieważne, jaki wybierzesz sposób autodestrukcji. Ktoś zaszywa się w bibliotece, ktoś inny — w knajpie. Rezultat w obu wypadkach identyczny. Sposób autodestrukcji mówi jedynie coś o rodzaju człowieka. Powiedz mi, jaką dla siebie wybierasz ruinę, a powiem ci, kim jesteś. Innymi słowy, powiedz mi, czym wypełniasz swoją samotność

—    książkami, kobietami, ambicjami... We wszystkich przypadkach punktem wyjścia jest nuda, dojścia zaś
—    zniszczenie. Czy to, żejeden człowiek chce się rozpłynąć w pasmach lazuru, a drugi w uścisku z robactwem, zmienia cokolwiek w przekleństwie ludzkiej kondycji? Niebo zasypane robakami.

Od Baudelaire’a dowiadujemy się, że robaki nie mają oczu ani uszu. Nie pomyśleliśmy o tym. Nie pomyśleliśmy, że życie to tylko ekstaza robactwa w słońcu. Szczęście? Menuet robaków.

Czy przeglądałeś się w lustrze, gdy między tobą a śmiercią leży jeszcze dystans wyobraźni? Pytałeś wtedy twych oczu, bardziej znieruchomiałych niż piramidy? I czy zrozumiałeś wówczas, że nie możesz umrzeć? Źrenice rozszerzone pokonaną grozą zapominają o odpowiedziach i pytaniach. Wtedy z ich znieruchomienia rodzi się pewność udzielająca się ciału i tętnu, dziwaczna i krzepiąca w swej lapidarnej tajemnicy: nie możesz umrzeć. To właśnie milczenie oczu pozwala nam napotkać własne spojrzenie, egipski spokój snu wobec zgrozy śmierci.

Ilekroć zawładnie tobą lęk przed śmiercią, spojrzyj w lustro, zapytaj swych oczu, a zrozumiesz, dlaczego nie możesz umrzeć — nigdy. Oczy wiedzą wszystko, bo splamione są nicością, która upewnia nas, że nic już nie może się zdarzyć.

Cioran Świeci i łzy

Beckett, czyli apoteoza podczłowieka


Przebywać w stanie natchnienia bez myśli, pustego zapału, łączyć szeroki oddech z nijakością, ekstazę z brakiem, żyć w liryczności bez wierszy... rejterować na progu wypowiedzenia, poznać owo spazmatyczne milczenie w obliczu Słowa...
*
Nigdy nie zapomnę emocji, z jaką dawno temu czytałem u Barns’a następującą „anegdotę”: chore dziecko (siedmio-, ośmioletnie) popadło w całkowitą niemotę. Czuwał nad nim ojciec. Pewnego dnia dzieciak przełamał to swoje milczenie tylko po to, aby powiedzieć te słowa (jakie słowa!): „Ojcze, umieranie jest takie nudne”.
*
Nie bez kozery zakon trapistów powstał we Francji. Ktoś jednak powie: czy Włoch lub Hiszpan nie mówi o wiele więcej od Francuza? Niewątpliwie. Ale tamci nie słyszą się, gdy mówią, Francuz natomiast smakuje swą elokwencję i nigdy nie zapomina, że mówi; jest tego w najwyższym stopniu świadom. Tylko on mógł uznać milczenie za skrajną formę ascezy.
*
„Milczenie zbliża człowieka do Boga i na ziemi upodabnia go do aniołów” (Serafin z Sarowa).
Święty ma rację mówiąc, że milczenie zbliża nas do Boga. Albowiem wtedy właśnie, gdy wszystko w nas umilknie, jesteśmy w stanie Go dostrzec - Jego, to znaczy kogoś lub coś, co nie wytrzymuje analizy, lecz mimo wszystko zapełnia nasze milczenie.

Wszelkie milczenie, którego jesteśmy świadomi, które kultywujemy bądź którego się spodziewamy, sprowadza się do możliwości przeżycia mistycznego.

Milczenie sięga dalej od modlitwy, bo nigdy nie jest głębsze niż wtedy, gdy nie możemy się modlić...

Św. Serafin z Sarowa spędził piętnaście lat w całkowitym zamknięciu. Drzwi jego celi nie otwierały się nawet przed biskupem co pewien czas wizytującym pustelnię. Dopiero po tym długim okresie samotności i milczenia zaczął czynić cuda.

*
W książce Ma vie chez les Brahmanes [Moje życie u braminów] autorka opowiada o wizycie u wykształconego sannjasina udającego się właśnie w góry na czas pory deszczowej. Kobieta idzie do niego w towarzystwie swego guru. We troje siedzą na werandzie w domu sannjasina. Przez trzy godziny nie zamieniają ani słowa i tak też się rozstają.

Co za lekcja!

Powyższą historię przeczytałem dziś rano i nie może ona wyjść z mego umysłu. Nęka mnie, głęboko wzburza - i wiem, dlaczego. Otóż wszystko, co robimy, wszystko, co ja robię, jest dokładną jej odwrotnością: wierzę w zalety milczenia, trochę rzeczywistości przysądzam sobie jedynie wtedy, gdy milczę, i mówię, mówię, mówimy wszyscy. Prawdziwy kontakt między dwiema osobami, między ludźmi w ogóle, nawiązuje się tylko drogą niemej obecności, pozornej niekomunikacji, którą jest każda prawdziwa komunia; poprzez tajemną bezsłowną wymianę podobną do wewnętrznej modlitwy.

Nadmiar przenikliwości prowadzi do blagierstwa.

Wczoraj, od 21.00 do 2.00 nad ranem gadałem bez ustanku u przyjaciół, zresztą bardzo miłych ludzi. A dzień przedtem wstrząsnęła mną owa historia z milczącym sannjasinem!

22 stycznia Nie ma chyba większego absurdu niż szukać mądrości gdzieś daleko. Jeśli nie znajdę jej w mojej klitce pod dachem, tym bardziej nie znajdę jej na himalajskich wyniosłościach.

Nie tylko wiodę egzystencję marginalną; sam jestem marginalny jako istota. Żyję na peryferiach gatunku i nie wiem, z kim bądź czym miałbym się stowarzyszyć.

„Lepsza zaprawdę jest mądrość od ćwiczeń, od mądrości medytacja! Od medytacji zaś wyrzeczenie się owoców swych czynów, a to prowadzi do wiecznego spokoju” (Bhagawadgita)

Nie można by żyć, gdyby nie przywiązywało się wagi do tego, co jej nie ma.

Próbowałem w życiu z dziesięć, ze dwadzieścia razy przeczytać Gitę. Za każdym razem byłem mniej lub bardziej zawiedziony. Dopiero teraz mam wrażenie, że ją zrozumiałem, tzn. że jestem na tym samym poziomie, co kwestie przez nią poruszane. Jeśli idzie o ich przeżywanie, przekładanie ich na doświadczenie, dojdę do tego może w innej egzystencji... bo na pewno nie w tej.

Bhagawadgita. Sekret jej żywotności tkwi w mnóstwie sprzeczności, niezborności, niekonsekwencji, jakie ona zawiera. Zaspokoją one wszelkie wymagania i wszelkie gusta; są tam rzeczy dla aktywnych i gnuśnych, dla świętych i letnich pod warunkiem uznania prymatu brahmana i zlekceważenia całej reszty, skądinąd przystosowując się do niej zależnie od okoliczności.

Gita jest rozciągliwa; każdy możeją naciągać w swoją stronę. Podobniejest z Tao-te-kingiem, z Ewangeliami i w ogóle z każdą księgą natchnioną, która się nie starzeje, bo zwraca się do każdego.
*
Spotkałem Hirscha, dyrektora handlowego u Gallimarda; nie widziałem go od dawna. „Co pan porabia?” - pyta mnie. „Usunąłem się ze świata” - odpowiadam. On na to: „A czy świat usunął się z pana?”.
*
Wczoraj o tej porze gadałem w kawiarni. Dziś napawam się milczeniem, świadomością korzyści z nicniemówienia, automatycznej przewagi nad kimś, kto roztrwania się w słowach. To, co nazywamy życiem duchowym, to może nic innego jak tylko nieme oczekiwanie. Należę do największych gadułów, jacy kiedykolwiek istnieli. Powinienem więc odkryć zalety milczenia. Szkoda, że tak późno to spostrzegłem.
*
Słuchając kantaty Bacha u G.M.: niewątpliwie mam w sobie jakąś religijność wyrażającą się w bardzo wyraźnym poczuciu własnego upadku, w pewności, że żyję na poziomie egzystencjalnym niższym od tego, do którego byłem przeznaczony. (Przez poziom rozumiem porządek metafizyczny.)
*
Niedawno w bocznej alejce Ogrodu Luksemburskiego spostrzegłem Becketta czytającego gazetę, niemal jak któraś z jego postaci. Siedział na krzesełku, minę miał jak zwykle zaabsorbowaną i nieobecną. Wydawał się też jakby trochę chory. Nie śmiałem do niego podejść. Co miałbym mu powiedzieć? Bardzo go lubię, ale lepiej, jeśli nie będziemy ze sobą rozmawiać. On jest tak dyskretny! A przecież rozmowa wymaga jakiegoś minimum luzu i kabotyństwa. Jest grą. Sam nie jest do niej zdolny. Wszystko u niego zdradza człowieka niemego monologu.
*
Przed chwilą zgasiłem światło i położyłem się. Świat zewnętrzny, którego słyszę jedynie niewyraźny szum, przestał istnieć. Istnieję już tylko ja i ... Tu jest sedno rzeczy. Nieważne. Eremici żyli po trzydzieści, czterdzieści lat w tym nadmiarze milczenia i niemej rozmowy z samym sobą. Czemuż nie mam odwagi na codzienne powtarzanie takiego seansu, podczas którego przewyższamy samych siebie, a więc jesteśmy daleko od doznania goryczy i upadku! Ważne jest tylko owo przejście od „ja” do „się” mające wartość tylko wówczas, gdy można je w każdym momencie odnawiać w taki sposób, żeby „ja” na koniec całkowicie rozpuściło się w tamtym, w swej wersji bezosobowej.
*
Do pewnego japońskiego teologa żyjącego, zdaje się, w miejscu ustronnym napisałem, że najgorsze, co spotkało nas po utracie raju, to utrata samotności. Jak zazdroszczę temu człowiekowi, z pewnością nieznającemu plagi wizyt!

3   października 1966

Dziś około 11 wieczorem spotkałem Becketta. Weszliśmy do baru. Mówiliśmy o tym i o owym, o teatrze, potem o naszych rodzinach. Spytał, czy pracuję. Mówię, że nie, tłumaczę, jak złowieszczy wpływ na moją pisarską aktywność ma buddyzm, z którym nie przestaję obcować. Cała filozofia indyjska działa na mnie jak środek znieczulający. Potem powiedziałem mu, że wreszcie wyciągnąłem wnioski z własnych teorii, że sam się przekonałem o tym, co napisałem, stając się własnym uczniem. I że gdybym znów chciał być pisarzem, musiałbym przebyć drogę odwrotną do tej, którą przeszedłem.

Nie wiem, ale musiałem wyglądać jakoś smutno i żałośnie, bo przy rozstaniu Beckett klepnął mnie dwa razy po plecach jak kogoś, kogo uważa się za zagubionego i komu chcemy okazać trochę sympatii, a jednocześnie dać do zrozumienia, że nie powinien się przejmować i że wszystko będzie dobrze. W rzeczy samej zasługiwałem na litość i otuchę. Jakże jestem bezbronny w tym świecie! Co gorsza, nie widzę powodów, aby nim nie być.
*
Beckett pisze mi w związku z Demiurgiem: „W Pańskich ruinach czuję się bezpieczny„.

*

17 marca Wczoraj wieczorem Beckett opowiadał mi, że pewna studentka z Nicei napisała do niego prosząc, by zaprotestował przeciwko sposobowi interpretowania jego utworów na wydziałach filologicznych, że to coś haniebnego itd. Niewątpliwie chodziło jej o uprawianą na uniwersytetach krytykę strukturalistyczną.

Czytanie książki dla przyjemności i czytanie jej dla napisania recenzji to czynności radykalnie sobie przeciwne. W pierwszym wypadku wzbogacamy się, wchłaniamy w siebie samą substancję tego, co czytamy; jest to przyswajanie. W drugim pozostajemy na zewnątrz książki, nawet jesteśmy jej wrodzy (choćbyśmy ją podziwiali!), bo nie wolno nam jej spuścić z oka nawet na moment, przeciwnie, musimy o niej bez przerwy myśleć i transponować wszystko, co mówimy, na język niemający nic wspólnego z językiem autora. Krytykowi wzbroniony jest luksus samozapominania się, w każdej chwili musi być świadomy; otóż świadomość do tego stopnia pobudzona prowadzi w końcu do zubożenia. Krytyk zabija to, co analizuje. Z pewnością się odżywia, ale trupami. Zrozumieć utwór i wyciągnąć z niego korzyść może tylko po wyrwaniu z niego zasady życiowej. Dla mnie przekleństwem jest konieczność kontemplowania czegokolwiek po to, by o tym mówić. Patrzeć, nie wiedząc, że się patrzy, czytać, nie rozważając tego, co się czyta - oto tajemnica. Wszystko, co nazbyt świadome, jest zgubne dla aktu, jakiegokolwiek. Nie uprawia się miłości z traktatem erotycznym pod ręką. A jednak coś takiego widzimy obecnie prawie wszędzie. Ogromna waga, jakiej nabrała krytyka, ma z tym zjawiskiem wyraźny związek.
*
23    października
Te setki tysięcy studentów.

Gdy pomyślę, że przez tyle lat musiałem tak się męczyć, by zapomnieć to wszystko, czego nauczył mnie uniwersytet, by zatrzeć ślady, jakie we mnie pozostawił! Nie, nie ślady: brudne plamy.

Samuel Beckett. Nagroda Nobla. Cóż za upokorzenie dla człowieka tak dumnego! Jaki smutek - być zrozumianym.

Beckett, czyli anty-Zaratustra.

Wizja post-człowieczeństwa (tak jak się mówi: postchrześcijaństwo).

Beckett, czyli apoteoza podczłowieka.

24   października O.c. opowiada mi o zgonie Sorina Pavela, człowieka kojarzącego mi się zawsze ze Stawroginem. A więc, będąc w Sybinie, idzie do swego lekarza, który diagnozuje zapalenie płuc. S.P. natychmiast udaje się do knajpy i wypija dwanaście kufli lodowatego piwa. Jeszcze tego wieczora umiera na atak serca.

O.C. mówi, że Sorin Pavel był „nieudacznikiem”. Ja na to, że wszyscy interesujący Rumuni, których znałem, byli nieudacznikami i że to, co się przez to rozumie, jest autentycznym sposobem, w jaki Rumun daje z siebie maksimum i w jaki przejawia się duch narodu.
*
Wczoraj wieczorem odwiedziny przyjaciela z Sybina; nie widziałem go od jakichś trzydziestu lat. Wrażenie katastrofalne. W swoim czasie był to czarujący, śmieszny, miły postrzeleniec; teraz jest groteskowym, przykrym maniakiem. Przez cały wieczór plótł jakieś banialuki. Nie dało się z niego wydusić nic istotnego, bądź tylko konkretniejszego,o nim i w ogóle o nikim. Przywiózł ze sobą konserwy i biszkopty, i powiedział mi, że wydaje tylko jednego franka dziennie na jedzenie, tzn. na kawę, którą pija wieczorami. Przez trzy godziny przebywania u mnie nic, tylko liczył: jak pojechać tam a tam, nie wydając takiej a takiej sumy itd. Przypominał mi postacie z Martwych dusz. A przecież jest lekarzem, przeczytał kupę książek (jego sybińska biblioteka była znakomita), jest pierwszym w Rumunii (prawdę mówiąc, jedynym) psychoanalitykiem. I oto miałem przed sobą zwykłą lichotę; po jego odejściu dopadła mnie taka chandra, że przysiągłem sobie, iż nigdy już nie wrócę do kraju. Nie zniósłbym seryjnych rozczarowań. To doświadczenie przynajmniej uleczyło mnie chyba z wszelkiej home sickness.
Kontakt z podczłowiekiem zawsze ma w sobie coś płodnego.
*
Wczoraj wieczorem byłem na Cieniach morza Yeatsa. Pusta sala. Dzisiejsza młodzież nie może polubić sztuki tak z gruntu, tak bez reszty poetyckiej. I ja ją rozumiem. Trzeba minimum cynizmu, który by korygował nadmiar poezji, inaczej autorowi grozi bezbarwność, infantylność, wzniosłość, bezkrwistość. Beckett, ilekroć czuje groźbę liryzmu czy metafizyczności, każe swym postaciom czknąć kilka razy i taki zwrot przeciwko sobie, pozwalający „bohaterowi” wziąć się w garść, jest czymś niebywale trafnym i aktualnym. Yeats jest wielkim poetą, ale jego teatr to tylko bardzo dobry Maeterlinck.
*
„Zdradziecka pustka luster niezapominających niczego” (Arthur Symons).

W związku z artykułem o Becketcie telefoniczna dyskusja z Paulem Valetem. Zgodziliśmy się co do tego, że nadczłowiek Nietzschego jest śmieszny (bo teatralny), a postacie Becketta - nigdy.
Atmosferą, w jakiej żyją bohaterowie Becketta, nie jest tragizm, lecz beznadzieja.

To nędza, nie tragedia.

W środku dnia spuszczam żaluzje, zamykam szczelnie okna i kładę się, przykrywając głowę. Ten kontakt z nocą i półsen dobrze mi robią, to stan, w którym łączę się z czymś bardzo pierwotnym, bliskim materii, a w każdym razie początków. Najlepsza kuracja. Wszystko, co zmniejsza aktwność świadomości, jest zbawienne.

Cioran Zeszyty

Stan, gdy wola neguje samą siebie, jest stanem absolutnego spokoju

 

Schopenhauer nazywago kwietywem (czyli brakiem motywów woli), a także porównuje to z dalekowschodnią koncepcją nirwany. Jest to dobrowolna rezygnacja z aktywnego dążenia, zawieszenie wszelkiego pożądania. Człowiek wtedy przestaje chcieć czegokolwiek. „Wola odwraca się teraz odżycia: jego rozkosze, w których dostrzega afirmację życia, budzą w nimz grozę. Człowiek dochodzi dostanu dobrowolnego wyrzeczenia, do rezygnacji, do pełnego spokoju i całkowitej bezwolności”. Ten stan całkowitego spokoju jest stanem ascezy.

Człowiek wyrzeka się wszystkiego.To wyrzeczenie pragnień i pożądań, zapobiegliwych działań i troski, przyjęcie wszystkiego, jakim jest, uwolnienie od jakiegokolwiek dążenia, czyli właściwie zamarcie życia przy ciągłym jednak jego trwaniu, jest najdoskonalszym stanem, jaki człowiekowi może się przydarzyć. Przydarzyć, bo nie umiemy go racjonalnie zaprogramować. Nirwana jest rodzajem łaski, zdarza się że w sposób niczym w świecie przedstawień niespowodowany. Kwietyw znajduje się poza zasadą racji dostatecznej. Jest to stan świętości. Dlatego też naukę o negacji woli nazywa Schopenhauer nauką o zbawieniu. Asceza ta jest dobra dla człowieka, bowiem wybawia go od cierpień. Schopenhauer w Świecie poświęcił długie rozważania żywotom pustelników, ascetów, świętych należących do różnych tradycji kulturowych i religijnych.

Stan uśpienia woli nie jest związany ani nie jest też wynikiem żadnej określonej religii. Jest to dla Schopenhauera pojęcie filozoficzne wolne od związkówz jakimkolwiek wyznaniem. Zasada ascezy jako najważniejsza prawda mądrości życia wynika z metafizyki woli i odkrycia tego, że cierpienie stanowi niezbywalną właściwość zindywidualizowanej woli. Stan nirwany jest bliższy śmierci niż życia. Ale skoro „lepiej byłoby w ogóle nie istnieć”, to jest to też najlepsza z możliwych form życia, właśnie dlatego, że tak bliska śmierci.Już Platon pisał, że filozofowie przygotowują się do śmierci, a sami za życia są bardziej martwi niż żywi.W myśl mądrości życia Parergów to anachoreta na pustyni jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Idea wyrzeczenia przypomina mądrość stoicką, nie należy jednak zapominać o tym, jak przy wszystkich zbliżeniach wiele dzieli Schopenhauera od stoików. On sam podkreślał, że stoicyzm zasadniczo mylili się, chcąc uczyć o szczęściu, bowiem szczęście dla człowieka jest w ogóle niedostępne, jedyne, co można osiągnąć w życiu, to ograniczenie cierpienia.

Zaniechanie błędnej pogoni za szczęściem uważa Schopenhauer za najważniejszy wniosek płynący z metafizyki woli.„Jeden jest tylko błąd przyrodzony, mianowicie, że jesteśmy po to, byśmy byli szczęśliwi. Jest nam przyrodzony, gdyż pokrywa się z samym naszym istnieniem, a cała nasza istota jest tylko jego parafrazą”.

Zło tkwi w zindywidualizowaniu woli, zatem im mniej jednostkowych pragnień, tym mniej zła. Anachorera jest lepszy od innych przez znaczne uwolnienie się od pożądań własnej woli. Jest modelem mniejszego cierpienia, bowiem skoro cierpie nie płynie z niespełnienia pragnień woli, to im mniej chcemy, tym mniej cierpimy. Uspokajając siebie, powoduje też wtórnie mniej cierpień innych. Znów altruizm ma korzenie w egoizmie.

Schopenhauer pisał, że życie szczęśliwe jest niemożliwe, nieistnieje, natomiast możliwe jest tylko życie heroiczne. Największym heroizmem jest spokojne spojrzenie na świat zła bez lamentacji i bez buntu. Jest nim spokojne przyjęcie prawdy bycia. W tym heroizmie tkwi też głęboki racjonalizm filozofii Schopehauera. Istotą filozofii jest zadawanie kłamu złudzeniom.

Przyjęcie prawdy o złej naturze świata, czoć przykre dla człowieka, jest jednak znacznie lepsze niż poddawanie się iluzorycznej pogoni za szczęściem, która może tylko mu przysporzyć dodatkowych cierpień. Brak złudzeń może uchronić przed większym cierpieniem płynącym ze wzrostu woli życia. Wycofanie okazuje się jedyną racjonalną postawą wobec świata.

Hanna Buczyńska-Garewicz
Ze wstępu do książki W poszukiwaniu mądrości życia

piątek, 15 grudnia 2023

Cioran o psychoanalizie i jej twórcy


Psychoanaliza zostanie kiedyś zdyskredytowana, nie ma co do tego żadnych wątpliwości; niemniej to ona chyba zniszczyła we mnie resztki naiwności. Po niej nigdy już nie będziemy niewinni.
*
Słynny „popęd agresji”, przedstawiany przez Freuda jako wielkie odkrycie, jest jednym z podstawowych elementów grzechu pierworodnego. W samym swym sednie psychoanaliza jest dłużniczką teologii. I tu, i tam ta sama bezlitosna wizja człowieka.
*
Blake: „Lepiej udusić dziecko w kołysce niż nosić w sercu niezaspokojone pragnienie”.
Jest już w tym cała psychoanaliza.
*
Głęboka przyczyna antysemityzmu: Żydzi robią wokół siebie zbyt wielki szum, są nadmiernie obecni, nie pozwalają o sobie zapomnieć - bodaj z kalkulacji, ze zręcznej taktyki. Przypominam sobie, co powiedział o nich doktor Druard, typ Francuza umiarkowanego, w „starym stylu”: zajmują zbyt dużo miejsca.
Ich wybujała duma, cena za talenty. Właśnie wybujałość jest tym, co ich łączy z Niemcami. Nigdy nie umieją zatrzymać się na czas, we wszystkim idą aż do końca, z tą swoją wyjątkową w dziejach pasją dla przesady. (Myślę tu zwłaszcza o Freudzie, który zarówno w swych pismach, jak i uczynkach zachowywał się jak założyciel sekty. Psychoanaliza nie jest metodą, lecz pozorem religii. Zresztą nie bez kozery psychoanalityk zastąpił spowiednika.)
*
Powodzenie mają tylko teorie z pozoru wyjaśniające wszystko (jak psychoanaliza), a w rzeczywistości nic. To samo można powiedzieć o niejednej teorii politycznej: ideologia rozpowszechnia się tylko w tej mierze, w jakiej dotyka wszystkich sfer życia i miesza się w to, co jej nie dotyczy. W ten sposób staje się wytłumaczeniem uniwersalnym, a raczej uniwersalnym gwahem.
*
Czytam w „Weltwoche”:
Psychoanaliza w Niemczech. Pewien pan w starszym wieku nie może poruszać prawym ramieniem. Badania nie wykazują żadnych organicznych upośledzeń, ich wyniki są wręcz wyborne. Psychoanalityk nie dochodzi do żadnej konkluzji, jego pytania ani odpowiedzi pacjenta nie dają żadnego wyniku. Wtedy zbity z tropu psychoanalityk robi niebywały numer: wrzeszczy „Heil Hitler!”. A wówczas prawe ramię owego poczciwca wędruje w górę w przepisowym pozdrowieniu nazistowskim.
*
Psychoanaliza się przydaje; dowodzi, że można głosić byle co i że zawsze znajdą się ludzie gotowi to przełknąć. Wytwórnia dywagacji.
Nigdy nie widywano podobnej łatwości hipotez.

*
Społeczeństwo „permisywne” - to znaczy społeczeństwo bez zakazów. Ale społeczeństwo bez zakazów na dłuższą metę rozpada się, gdyż terminy społeczeństwo i zakazy są wzajem powiązane. Dlatego społeczeństwo lepiej sobie radzi z terrorem niż z anarchią. Brak wolności daje się pogodzić z niejaką pomyślnością; totalna wolność jest jałowa i sama siebie niszczy. Na tym polega dramat.

Tak samo jest ze stłumieniem w życiu jednostkowym. Stłumienie to ma swoje niedogodności, jednak niedogodności o wiele większe występują wtedy, gdy go nie ma, gdy nic już nie jest ukryte, pogrzebane, zinterioryzowane. Psychoanaliza, pragnąc wyzwolić ludzi, jedynie ich spętała, przykrępowała - do ich powierzchni, do pozorów. Wyzuła ich z tajemnic, wydziedziczyła z wewnętrznych treści, tkanki, substancji. Stłumienie ma dobre strony. Psychozy zaś, będące skutkiem jego eliminacji, są o wiele poważniejsze od skutków samego stłumienia.
*
Wręcz maniackie we współczesnych biografiach jest omawianie życia seksualnego ludzi! Czytam książkę o Pavesem: w pierwszym rozdziale roztrząsane są niemiłe aspekty przedwczesnego wytrysku, przypadłości, na którą cierpiał Pavese. W ,,Le Monde” artykuł R.M. o impotencji Kafki. Psychoanaliza zanieczyściła wszystko. W każdym razie chyba zniszczyła gatunek zwany „biografią wewnętrzną”.
*
„Istota wielokształtnie przewrotna” - tak Freud cudownie zdefiniował dziecko.
*
Freud - jego psychologia, jego postawa założyciela religii. Jego nietolerancja, machinacje, lęk przed „herezją”; zdrady, dezercje, dramatyczne stosunki z uczniami, potrzeba uczniów itd. Fascynujące i wstrętne.
*
Ilekroć natrafiam na psychoanalityczną egzegezę jakiegoś autora (zresztą czegokolwiek), przestaję czytać. Irytuje mnie ta łatwość formułowania tak arbitralnych hipotez na temat czyichś tajemnic. Zresztą najczęściej nie chodzi o tajemnice, lecz o dość zwyczajne niedostatki, które ta złowroga metoda komplikuje niewyobrażalnie.

Niemniej wszyscy jesteśmy psychoanalitykami w naszych osądach, a głównie w rozmowach. Można odrzucać jakąś doktrynę en bloc, a sekretnie być nią przepojonym; to właśnie zdarza się nam wszystkim. Nie znam nikogo, kto byłby od tego wolny, kto by nie ulegał tej zarazie. W tym sensie prawdą jest teza, że Freud zdominował naszą epokę. Nasze odruchy są freudowskie i marksistowskie. To liczy się bardziej od tego, co myślimy świadomie.
*
Zaburzenie pamięci na Akropolu Freuda. Nie do wiary, w jak wielkiej mierze wszystko, co wymyślił ten człowiek, jest bredzeniem. Bredzeniem zręcznym. Łatwość hipotez posunięta aż do obłędu. Człowiek rzuca się w pierwsze z brzegu objaśnienie; im mniej prawdopodobne, tym bardziej urzeka. Arbitralność i awanturnictwo w przebraniu nauki. Moda na psychoanalizę przypomina modę na mesmeryzm, na fizjognomikę (Lavater), na magnetyzm zwierzęcy itd. Mamy potrzebę wyjaśniania wszystkiego z jednego, nader ograniczonego punktu widzenia, pragniemy wynieść do rangi powszechnej zasady jakieś szczęśliwe odkrycie bądź bzika. Mania filozoficzna jest zgubna dla Prawdy.
*
Uczniowie trzynasto-, czternastoletni czytają Freuda. Ta pseudonaukowa pornografia, w której tak zabłysnął, wywołuje we mnie mdłości. Ale pasjonuje młodych, gnuśników, pseudolekarzy, wszelkiego autoramentu niezrównoważeńców, a także tych, którzy pragną uzyskać klucz do całej masy zjawisk, do których, prawdę mówiąc, żadnego klucza nie ma. A jednak wszyscy jesteśmy psychoanalitykami - dlatego że sposób wyjaśniania proponowany przez tę rzekomą naukę jest kuszący, pozornie skomplikowany i głęboki, a w gruncie rzeczy łatwy i całkiem arbitralny. Stosowanie go stało się już niemal potrzebą. Wytłumaczenia teologiczne były o wiele bardziej interesujące, ale już nie są w modzie. Zlikwidowanie psychoanalizy oznaczać będzie krok w stronę wolności intelektualnej.
Uwolnijcie nas od psychoanalizy, a my sami uwolnimy się od chorób, o jakich ona mówi.
*
Marthe Robert o Freudzie: „heroiczna trywialność jego wykładu”.
O ile Freud jako człowiek i pisarz interesuje mnie, o tyle nie znoszę jego doktryny, której monstrualna przesada budzi we mnie wstręt.

Freud miał wiele bystrości, lecz bardzo mało poczucia humoru. Chcę przez to powiedzieć, że nie stać go było na odpowiedni dystans wobec własnego dzieła. Jest on prorokiem, przywódcą sekty, reformatorem „religijnym”. Ustawicznie mieszał swe posłannictwo z prawdą, z wielką szkodą dla tej ostatniej. Nie sposób wyobrazić sobie umysłu mniej obiektywnego, ma się rozumieć wśród ludzi nauki. Było w nim coś z fanatyka, z człowieka Starego Przymierza.

*


Marthe Robert pisze o Freudzie, że znalazł prawdę, „prawdę uniwersalną, najprostszą i najbardziej brzemienną w konsekwencje, jaka kiedykolwiek kryła się w historii ducha”.
To twierdzenie monstrualnie przesadzone, niemal obłędne, zamyka jej studium poświęcone „Freudowi w Wiedniu„ i zamieszczone w jej książce Sur le papier. Jest to ostatnie zdanie książki. Autorka uważała je więc za bardzo ważne. Nie jest to teza rzucona ot tak, od niechcenia. Pomińmy na razie tę śmieszną bzdurę i przejdźmy do prawdziwego problemu. Freud nienawidził Wiednia z powodu panującego w nim antysemityzmu. Marthe Robert dość dokładnie opisuje to zjawisko. Zapomina jednak o położeniu innych mniejszości. Z punktu widzenia Serba czy Rumuna Żydzi cieszyli się w dwój monarchii sytuacją uprzywilejowaną. Wszystkie te ludy, traktowane jak niewolnicy, zasługiwały na bodaj krótki opis własnej sytuacji. Nie ma tu o nich ani słowa. Nie mam ochoty mówić o tym więcej, bo wprawdzie antysemityzm mnie mierzi, ale jeremiady drugiej strony nie nastrajają lepiej.
*
Im więcej czytamy o Freudzie, tym bardziej się przekonujemy, że mamy do czynienia z założycielem sekty, z nietolerancyjnym prorokiem przebranym za naukowca.
*
Każdego ranka po wstaniu z łóżka mój ojciec opowiadał swoje sny matce; taki miał zwyczaj. Ten rytuał budził we mnie wstręt, nie widziałem dlań uzasadnienia. I pomyśleć, że od czasów Freuda jest to powszechna praktyka, zwłaszcza wśród tych, którzy powinni być jej niechętni - „intelektualistów”!

(Dziś rano Michaux długo opowiadał mi przez telefon o swych snach i o snach w ogóle, czyniąc to z głęboką powagą. A przecież należy do nielicznych niepodzielających skrajnych poglądów psychoanalityków, naiwniaków, którzy parają się subtelnościami i z tego żyją.)
*
Ilekroć czytam teksty Freuda, a zwłaszcza jego listy, uderza mnie jego zdolność do wiary. Sam mieni się niewierzącym, ale ton, jakim mówi o swych odkryciach, o swej metodzie i szkole jest tonem założyciela sekty. W XVIII wieku, w Galicji, byłby chasydzkim rabinem.

Jeśli kogokolwiek kiedykolwiek wyleczył, to nie dzięki swej analizie, lecz dzięki swej szczególnej, silnej osobowości. Im więcej go czytam, tym mocniej w niego wierzę, choć jednocześnie pogłębiają się moje wątpliwości co do słuszności jego przesadnych tez. Umysł subtelny, a zarazem ograniczony, miał wszelkie wady i zalety zbawiciela przebranego za naukowca. Zresztą jego supersztuczką jest przedstawianie jako nauki tego, co było jedynie teorią, zespołem hipotez i zmyśleń.

Freud cytuje przypadek pewnego duńskiego psychoanalityka, który cierpiał na uporczywe migreny i leczył się u innego psychoanalityka -bez rezultatu. Kilka miesięcy spędzonych u Freuda dało wyleczenie. Chętnie w to wierzę. Był on wszak uczniem, więc codzienny kontakt z Mistrzem mógł mieć jedynie zbawienne skutki. Czyż jest lepsza kuracja niż widywanie tego, kogo uważa się za największego geniusza wszystkich czasów i kto interesuje się waszymi trudnościami, konfliktami, nędzami? Żadna choroba nie oparłaby się tak wyjątkowej euforii. Cudotwórca niezwykle zręczny, a jednak więzień własnej gry i własnych złudzeń. Czynić cuda w stylu swojej epoki - to nie każdemu jest dane.
*
Freuda uderza odrzucenie metafizyki, wszelkiej metafizyki. W liście do pewnego Niemca, autora doktoratu o snach, mówi, że jest nieufny wobec skłonności Niemców do metafizyki, będącej - jak twierdzi - tylko przeżytkiem dawnych wierzeń, jakimś survival i nuisance (sam cytuje te angielskie słowa).

Natychmiast przychodzi nam na myśl Koło Wiedeńskie, Schlick i inni, logicy pozytywistyczni, zaciekli wrogowie wszelkiej spekulacji metafizycznej. Faktem jest, że Austria wydaje się mało do niej skłonna; czy dała bodaj jednego metafizyka? Freud, podobnie jak główni członkowie Koła Wiedeńskiego, był Żydem. Austria odebrała tym Żydom, przybyłym w większości z Galicji, wymiar religijny, uczyniła ich mniej głębokimi, ale za to bardziej przenikliwymi.
*
Przeczytałem właśnie list Freuda do Thomasa Manna o Napoleonie. Rzadko zdarzało mi się czytać coś równie arbitralnego, ewidentnie fałszywego, fantazyjnego. Jest to całkiem po prostu zdumiewające. Wyjaśniać Napoleona poprzez jego zawiść wobec brata Józefa, zawiść, która później przekształciła się w czułość, która z kolei przeniosła się na Józefinę; potem w jej odepchnięciu zobaczyć pośrednią przyczynę upadku Napoleona... wszystko to jest obłąkańczo wręcz dowolne.

Prawie byłbym zapomniał fragmentu o jego przywiązaniu do matki, bardzo wcześnie owdowiałej ... Jest w tym wszystko. Jesteśmy w konfuzji.

Psychoanaliza to przedsięwzięcie wariackie - dlatego właśnie odniosła sukces, ale dlatego również czeka ją upadek. Najbardziej interesujący w tej awanturze jest sam Freud, osobowość, bohater, nie uczony.

Z uporem konstruując hipotezy i opierając na nich terapię, w końcu uzyskuje się jakieś rezultaty, tzn. iluzje wyleczeń - bo w istocie do tego sprowadza się psychoanaliza.
*
W całym freudyzmie interesujący jest bodaj tylko Freud.

Cioran Zeszyty


czwartek, 14 grudnia 2023

Cioran o Simone Weil


Wczoraj wieczorem długa dyskusja z węgierskim poetą (Pildusky) o Simone Weil, którą uważa on za świętą. Mówię mu, że i ja ją podziwiam, lecz że święta to ona nie była, miała w sobie zbyt wiele owej pasji i nietolerancji, których tak nie lubiła w Starym Testamencie, choć przecież z niego wyszła i do niego jest podobna mimo całej swojej dla niego pogardy. To Ezechiel albo Izajasz w spódnicy. Gdyby nie wiara i ograniczenia, jakie ona implikuje bądź narzuca, jej ambicja nie znałaby wędzidła. Uderza u niej wola narzucania innym za wszelką cenę własnego punktu widzenia, przy czym bywa szorstka, a nawet brutalna wobec rozmówcy. Powiedziałem także węgierskiemu poecie, że jej energia, zdecydowanie i zaciekłość przypominają jakiegoś Hitlera... Tu mój poeta wytrzeszczył oczy i wbił we mnie wzrok, jak gdyby doznał właśnie iluminacji. Ku memu zdziwieniu rzekł: „Ma pan rację ...”.
*
Listy Simone Weil do o. Perrina, pisane podczas wojny i opublikowane w Czekaniu na Boga. Rzadko zdarzało mi się czytać coś tak mocnego pod względem absolutnych wymagań wobec siebie. Szacunek dla Prawdy dosięga tu wymiaru tragicznego.
*
Jest u Simone Weil coś z Antygony, co uchroniło ją przed sceptycyzmem i przybliżyło do świętości.
*
Simone Weil - ta niezwykła kobieta, tak niebywale pyszna, a szczerze mająca się za skromną. Taki brak znajomości siebie u kogoś tak wyjątkowego przyprawia o zmieszanie. Co się tyczy siły woli, ambicji i iluzji (tak, tak - iluzji!), mogłaby rywalizować z każdym spośród wielkich deliryków historii współczesnej. (Nasuwa mi się ktoś w rodzaju Sorany Gurian, dodatkowo wyposażonej w geniusz.)
*
Z pokolenia Sartre-Bataille zajmuje mnie chyba tylko Simone Weil.
*
Z około trzydziestu uczniów Simone Weil tylko dwóch dopuszczono do matury (w liceum Saint-Etienne, zdaje się).
Coś mi to przypomina: moich uczniów z Braszowa spotkał podobny los. Dostałem nawet upomnienie z ministerstwa.
Już to z irytacją, już to z zachwytem czytam biografię Simone Weil. Jej bezmierna pycha uderza mnie jeszcze bardziej niż jej inteligencja.
*
„Ilekroć myślę o ukrzyżowaniu Chrystusa, popełniam grzech zawiści” (Simone Weil).
Zdumiewa mnie pycha tej nieznośnej kobiety ocierającej się o świętość.

Jej wola męczeństwa, jej wzniosła bezczelność. Ale czymże jest męczennik? Mieszaniną świętego i prowokatora.

„A więc jedynie Bóg ma moc wynagradzania wysiłków pozostających bez nagrody na tym świecie, wysiłków daremnych . ..„ (Simone Weil). „Miłość do Boga jest czysta wtedy, gdy radość i cierpienie wzbudzają w nas taką samą wdzięczność” (Simone Weil).

Nie znam tej miłości, bo nie mogę powiedzieć, aby moje próby rozszerzały mnie, wprawiały w ową energiczną euforię, jakiej zaznaje prawdziwy wierzący w obliczu wszelkich przeciwności, a nawet uderzeń losu. Zrozumiałem, że nie mam „powołania” duchowego, gdy ujrzałem, jak bardzo wszystko u mnie - zarówno cierpienia, jak i radości - przechodzi w gorycz. W tym sensie Sylogizmy goryczy - książka, która odsłania mnie najbardziej - są moim oskarżeniem.
*
Przeczytałem właśnie esej Simone Weil o Iliadzie. Wizja fałszywa. Jak ona może twierdzić, że świat grecki zaczyna się epopeją, a kończy Ewangelią? Co wiąże Achillesa i kompanię z rybakami z Judei? ...

Mówić o czułości w związku z Iliadą! ... Simone Weil jest śmieszna: znajdować litość w Iliadzie, a okrucieństwo - tylko w Starym Testamencie!

W materii okrucieństwa wart jest Pac pałaca. Bóg zbrojnych zastępów nie jest okrutniejszy - o, bynajmniej! - od Zeusa i jego bandy.

Czyngis-chan kazał sprowadzić największego taoistycznego mędrca swoich czasów, który towarzyszył mu w wyprawie na Samarkandę, Bucharę. Traktował Chińczyka bardzo dobrze. A jeśli idzie o to, ile mógł zrozumieć z mądrości tak subtelnej ... Jednakże okrucieństwo doskonale można pogodzić z pewnym zmysłem metafizycznym.
*
Me głębokie zainteresowanie Żydami i wszystkim żydowskim. Przypadki, co do jednego. Simone Weil, Kafka. Postacie z innego świata. Tylko oni mają w sobie jakąś tajemnicę. Nie-Żydzi są zbyt oczywiści. ...

Te dwie niezwykłe Żydówki: Edyta Stein i Simone Weil.
Lubię ich pragnienie, ich srogość wobec samych siebie.
*
Opublikowano tomik „poezji” Simone Weil. Cóż za błąd! Nie miała w sobie nic z poetki. Imitatorka Valery’ego, nie-poezji. W jej prozie nie ma ani szczypty liryzmu. Jest za to jędrność i wszechwładna ścisłość.
*
Tym, czego brakuje Simone Weil, jest humor. Gdyby jednak go miała, nie zrobiłaby takich postępów w życiu duchowym, humor odcina bowiem od doświadczenia absolutu. Mistyka i humor nie chadzają w parze.

Gorsza od humoru jest ironia. Humor umniejsza wartość wszystkich naszych doświadczeń. Od biedy jeszcze zezwala na jakieś wypady w tajemnicę. Bywali nawet święci nie gardzący środkami nastręczanymi przez humor. Powiedzmy tak: świętość godzi się ze sporadycznymi napadami humoru, a nawet ironii. Tym jednak, czego nie może tolerować bez ryzyka samozniszczenia, jest ironia jako system, stałe nastawienie umysłu jako dar, talent i automatyzm. Albowiem jest ona zupełnym przeciwieństwem ekstazy.

Cioran Zeszyty

Sacrum - poszukiwanie oparcia w „czymś więk­szym od nas”


W antropologii współczesności Eliadego sacrum odgrywa podstawową rolę. Owa antropologia jednak ma osobliwą strukturę i powołana jest do szczególnej roli. Stanowi ona z jednej strony próbę rekonstrukcji archaicznych form kul­tury, których przykłady znajdował uczony w reliktowych postaciach szamanizmu czy w tradycji wierzeń i praktyk hinduskich. Eliade nadaje jednocześnie owej rekonstrukcji dodatkowy sens. To, co archaiczne, jest zarazem tym, co wieczyście ludzkie. Centralna pozycja zajmowana w kulturze przez sacrum odpowiada duchowej strukturze człowieka, wszelkiego „gatunkowego” człowieka. Rekonstrukcja war­stwy archaicznej stanowi zatem obnażenie głębokiej warstwy człowieczeństwa, jest jego „metapsychoanalizą”. Z tej swego rodzaju teorii prawdziwego humanizmu wyprowadza Eliade kolejny człon antropologii, który jest krytyką rzeczywisto­ści kulturowej, w jakiej żyje współczesny Europejczyk czy Amerykanin. Uczony przechodzi więc od analizy przeszłości przez uniwersalizację odkrytych prawidłowości do osądu naszej epoki.

Powiedzmy od razu: wobec europejskiej kultury współ­czesnej Eliade uprawia wyłącznie „teorię negatywną”. Za swoje zadanie uznał on obnażanie słabości i ostrzeganie przed grożącą katastrofą. Cywilizacja współczesna jest zdesakralizowana we wszystkich swoich ideologiach i instytu­cjach. Jest ona skrajnie spragmatyzowana, wytworzyła przy tym szczególne imitacje sacrum. Miraże jej technicznych sukcesów w przekonaniu ich apologetów mają wyzwalać i wzmagać człowieka, mają też na swój sposób realizować owo zjednoczenie z bytem, którego szukano w sacrum. Ta nowoczesna namiastka religii zwalnia przy tym człowieka od konieczności tej uprawy wewnętrznej, na której zbudowane było przeżycie sacrum.
Rzecz w tym jednak, powiada Eliade, że jest to tylko mnożenie pozorów. W istocie kultura współczesna kryje zdegradowane i upokorzone sacrum pod postacią rozbu­chanego profanum. Można powiedzieć, że Eliade odwraca perspektywę Freuda. Dla Freuda wszelkie sacrum jest zawsze jakby „wyjściowym strojem” skrywającym profanum, które stanowi sedno wszystkiego. Eliade zaś mówi, że tandetny charakter i sentymentalizm, zwłaszcza popularnych form kultury współczesnej, to jeden ze śladów gwałtu zadanego rzeczywistej strukturze duchowej człowieka. Jest to pisk duchowości skrępowanej. Na innym biegunie bezdomność duchowa wyraża się podatnością na masowe psychozy po­lityczne.

Według Eliadego współczesność musi wyrwać się rady­kalnie z systemu swojej kultury. Bez trudu dostrzec można w tych poglądach wątki, które powtarzają się w ruchach kon­testacyjnych naszej doby. Sam Eliade spodziewa się zwrotu w kulturze, widzi to przy tym raczej jako perspektywę naro­dzin nowej religijności niż renesans którejś z religii zinsty­tucjonalizowanych.

Eliade jest teoretykiem, a także apostołem kultury zorien­towanej według przeżycia sacrum, kultury, która umożliwia takie przeżycie i która przesycona jest jego klimatem. Wśród opozycji, jakie zachodzą między nią a naszą cywilizacją, zwrócić należy uwagę na różne rodzaje myślenia, artykulacje treści w nich występujących. Współczesna cywilizacja w tym wszystkim, co jest dla niej witalne, ucieka się do wyraża­nia dyskursywnego. Oczywista jest sytuacja nauki, poza nią samą jednak postać dyskursywną czy pseudodyskursywną ma także wszystko, co składa się na swoistą wiarę epoki. Jest to czas mowy publicystycznej. W stworzonym przez Eliadego modelu kultury zasadnicza rola przypada symbo­ lowi i mitowi.

Na to, jak Eliade pojmował swoją interwencję w kul­turę współczesną, rzucają światło słowa, które powiedział w związku z jedną ze swych prac: „Chciałbym, aby książka Le chamanisme et les techniques archatgues de l ’extase była lekturą poetów, dramaturgów, krytyków literackich, malarzy. Może wyciągnęliby z niej większe korzyści niż orientaliści i religioznawcy”. Eliade nie przeliczył się, stawiając na takich czytelników. To w takich kręgach trwa wciąż szeroka popularność jego pism. Czy jednak intelektualną modę na Eliadego można uznać za wyraz lub zapowiedź jego głębszego wpływu na ży­ciowe orientacje współczesnych ludzi? Niewątpliwie mamy tu do czynienia z jakąś prawdziwą potrzebą. Wątek sacrum przewija się dziś w ogólności w refleksjach nad życiem i jego sensem. Oznacza on poszukiwanie oparcia w „czymś więk­szym od nas” (żeby sparafrazować pewien tytuł Alberta Moravii), w czymś pozadyskusyjnym, w czymś, co nie byłoby przy tym kolejnym konformizmem społecznym.

O sacrum mówić można jednak tylko wtedy, gdy ludzie rzeczywiście natrafiają w swym doświadczeniu na obecność tego nieprzekraczalnego. Można wątpić, czy hermeneutyczne wyprawy w głąb przeszłości, podejmowane pod przewodem Eliadego, uświadomią naszych współczesnych w tej kwestii. Jest prawdą, że myśl tego uczonego pozostaje jednak pod urokiem odległej epoki, kiedy to przyroda objawiała czło­ wiekowi absolut.

Najbardziej sugestywne studia Eliadego dotyczą tamtego czasu. Nasz świat natomiast uformował się w tyglu historii i techniki. Może już nie wierzymy dzisiaj w racjonalizację dziejów i we wszechmoc technicznych procederów, jednak aktywność człowieka w tych dziedzinach sprawiła, że przy­roda została odczarowana. Nawet „niebo gwiaździste nad nami” nie jest już hierofanią. Nie potrafimy „zobaczyć”, że świat nie jest maszynerią. Żeby sobie to uświadomić, potrzebujemy zawiłych dróg intelektualnych. Chcąc czy nie chcąc jesteśmy dziećmi (prawda, że podbuntowanymi) techniki i socjotechniki. Pooświeceniowa pokora wyraża się abstrakcyjnie.
Już zresztą judaizm i chrześcijaństwo wyrwały człowieka z solidarności z przyrodą, przesuwając wszystkie akcenty na dramat stosunków międzyludzkich i rozpoznając w Bogu tego, który nadaje im sens. O naszej dobie powiedziano już, że z całej religijności - jako powszechnie odczuwana rzeczywistość - pozostała jej tylko etyka. Jest to ostatnia prawdziwie uniwersalna nić, która łączy człowieka współ­czesnego z transcendencją, ażeby być ściślejszym, coraz powszechniej - jedynie z domysłem transcendencji i z nie­ jasną implikacją sacrum zawartą w zobowiązaniu moralnym.

Zobowiązanie moralne jest tym, co nieredukowalne, nieuzasadnialne i nieprzekraczalne. Jest przy tym zarazem przymu­sem i wolnością. Hańba i klęska, które spotkały w naszym stuleciu różne „inżynierie społeczne” wraz z relatywizmem rozmaitych historycznych norm wtórnych (względnych świę­tości różnych środowisk lokalnych) przyniosły bardzo ważne efekty. Sprawiły, że przeżywanie zobowiązania moralnego nabrało mocy ogólnej, objęło wszystkich bliźnich, nabyło czystości imperatywu kategorycznego. Innym rysem bardzo współczesnym jest to, że intuicja etyczna obywa się bez wsporników symbolicznych. Jeśli objawia się tu sacrum, to w samotności sumienia. To oddala nas od wzorów, które przechowuje pamięć historyczna.

Marcin Czerwiński z wstępu do Sacrum, mit, historia Eliadego

Czy stanę się kiedyś tak czysty, że będę się mógł przeglądać jedynie we łzach świętych?


Dziwne, że w tym samym czasie może istnieć wielu świętych. Próbuję wyobrazić sobie spotkanie między nimi i jakoś nie pomaga mi ani polot, ani wyobraźnia. Św. Teresa, pięćdziesięciodwuletnia, sławna i podziwiana, spotyka się w Medina del Campo z liczącym sobie dwadzieścia pięć lat św. Janem od Krzyża, nieznanym, lecz jakże namiętnym! Hiszpańska mistyka to chwila boska w dziejach ludzkości.

Dialog świętych? Mógłby go napisać Szekspir z sercem dziewczątka albo Dostojewski zesłany na niebiańską Syberię. Przez całe życie będę błądził po śladach Świętych.

Być może nikt w większej mierze niż Dżalal ad-Din Rumi nie uczynił z muzyki i tańca dróg do Boga — on, święty już od dawna kanonizowany przez wyznawców. Jego spotkanie z Szams ad-Dinem, mędrcem-fantastą, bezimiennym pielgrzymem, oryginałem i dziwakiem, jakkolwiek nieuczonym, promieniuje dziwnym czarem. Zaraz gdy się poznali, zamknęli się w mieszkaniu Dżalal ad-Dina w Konyi na trzy miesiące i nie wychodzili z niego ani na chwilę. Mam nieodpartą pewność, że powiedziano tam wówczas wszystko. W tamtych czasach ludzie pielęgnowali tajemnice jak ogródki. Mogłeś zwrócić się do jakiegoś Boga, kiedy chciałeś, a on zagrzebywał twe westchnienia w swojej nicości. Nasza sytuacjajest żałosna, bo nie mamy do kogo się zwrócić. Doszliśmy do tego, że ze swych udręk spowiadamy się śmiertelnikom. Kiedyś ten świat musiał być w Bogu... Historia dzieli się na dwie części: dawną, gdy ludzi przyciągała rozwibrowana nicość Bóstwa, i obecną, kiedy niebyt świata wyzuty jest z boskiego tchnienia.

Cioran
Święci i łzy

wtorek, 12 grudnia 2023

Cały rozwój człowieka polega na nieustannym sądzeniu siebie


O  p r o w a d z e n i u  t y c h  z a p i s e k . Skąd u mnie ta mania zapisywania? już raz sobie to pytanie stawiałem.
Otóż obecnie tak to rozumiem: Właściwie cały rozwój człowieka polega na nieustannym sądzeniu siebie. W tej chwili czuję i myślę w sposób taki a taki; postęp, to będzie: wykryć słabość w tym myśleniu i czuciu i choć trochę wznieść się ponad nie. Z każdej takiej walki z so­bą i próby wychodzi się nieco dojrzalszym. Otóż póki ja­kaś myśl pozostaje we mnie nie wypowiedziana, szkicowo się tylko jakoś zarysowując, jest rzeczą dla mnie nie­ możliwą osądzić ją rzetelnie: jest nieuchwytna i za ma­ło ode mnie się oddzieliła. Trzeba ją ująć w kształt wy­ raźny i rzucić poza siebie, niczym obraz na płótno.
Spisywanie jest to po prostu dostarczanie sobie rzetel­ nych dokumentów do wiecznego procesu, jaki sam so­bie wytaczam.

22 XII. Zwycięstwo idei w walce z innymi nie jest lep­szym dowodem słuszności niż zwycięstwo na polu bitwy: o jednym i drugim rozstrzyga siła. A siłę idei co stanowi? przystosowanie do mentalności epoki, tak że jeśli mental­ność jest marna, to idea gorsza zwycięża. Są podłoża, na których ten oto grzybek się rozrasta, a inny nie chce. W Odrodzeniu np. grzybek platoński się rozrósł, co nie dowodzi jego wyższości nad tamtym, Arystotelesowym, którego wyparł.

Kraków, 11 VI. Wymaga się od poetów, żeby myśleli „po obywatelsku”, pełnili tzw. służbę „dla kraju” , dla Polski; to niedorzeczność. Oni sami są tą Polską, w nich ona żyje, przez nich nabiera wartości. Niech więc tylko żyją, niech tworzą, niech z nich tryska i płynie to co najlepsze, a o „służbie obywatelskiej” to już pomyśli kto inny.

15 VI. Pobudką moją do filozofowania jest zawsze umi­łowanie tego co jest, czy to w niższej formie przywiązania do bytu, czy to w wyższej — ukochania piękności. Kiedy silnie żyję, a nachodzi mnie myśl o śmierci; kiedy cieszę się silnym życiem poza mną, a przed oczyma mi stanie obraz przyszłej powszechnej zagłady; kiedy znajdę się wobec pięknej przyrody, pięknej sztuki, pięknej poezji, i pomyślę, że cała ta piękność ma swój wyznaczony koniec w znisz­czeniu: wtedy dreszcz z tej myśli zrodzony, lęk, niepokój czy melancholia każą mi się skłonić ku filozofii i próbować, czy w niej nie da się znaleźć czegoś takiego, co by śmierć i zniszczenie pozwoliło przyjąć spokojnie. Innych mniej wzruszeniowych powodów do filozofowania widzę u siebie raczej niewiele. Nie odpowiada ono u mnie ani potrzebie bezinteresownego poznania, ani estetycznej potrzebie wprowadzenia ładu w świat; estetyczne potrzeby pchają mnie ku sztuce wyłącznie.

2 X. Dlaczego pocieszamy cierpiących? Chyba częściej przez obojętność na cierpienie niż przez współczucie. On cierpi, ja nie współczuję: tej obojętności się wstydzę. Więc, by ją usprawiedliwić, móc pozwolić sobie na nią i nadal, bagatelizuję cierpienie. „To nic; jeszcze nie jest tak strasznie; wszystko się w końcu ułoży”: mówię to niby do niego, w gruncie rzeczy na użytek mój własny. Człowiek współczujący prawdziwie nie pociesza płaczącego, tylko z nim płacze.

10 I. „Zrozumieć” człowieka znaczy dla mnie: dojrzeć na jakiej linii toczy się jego walka wewnętrzna między dobrem a złem, ściśle mówiąc: między tym, co stanowi jego siłę a tym co stanowi jego słabość. Tudzież stopień uświado­ mienia tej walki.

Niskie instynkty występują zawsze, gdy słabnie natężenie wysiłku.

T r a g i z m  s z t u k i  g r e c k i e j . „Sztuka grecka sztuką tragiczną”? Może i tak, ale całkiem inaczej, niż o tym w Narodzinach tragedii.

Patrzenie na najidealniej pomyślaną rzeźbę grecką z epoki najidealniej klasycznej nie daje ukojenia: tego mianowicie, którego doznajemy w zapomnieniu o prawie indywidualizacji i o bolesnych każdej — więc także i na­szej — indywidualności  g r a n i c a c h . Tego można doznać, kiedy się patrzy na madonnę Fra Angelica; tam się czuje, że ta oto określona postać jest tylko symbolem czegoś nieokreślonego, nieskończonego. W politeizmie greckim to nie istnieje; każda rzeźba grecka — choćby to była Afrody­ta Knidyjska — jest aż surowa tą swoją nieubłaganą określonością. Mówi nam: jesteś niewolnikiem swych granic, istotą ograniczoną w świecie istot ograniczonych, świecie nieuleczalnie w sobie rozdartym; jakkolwiek wysoko byś zaszedł w kraj boskości i doskonałości, wszędzie, między Olimpijczykami samymi, znajdziesz to właśnie: rozdarcie i ograniczoność. Rzeźby greckie, te — pogodnie lub majestatycznie — najspokojniejsze przedstawiają bogów i ludzi w takim jakimś stanie spokoju, w którym czuć ową nieubłaganą, ostateczną indywidualizację; i to jest tragicz­ne. Ten tragizm, to nieodwołalność:  jesteś, czym jesteś, nie jest ci dana żadna możność odrodzenia, prze­obrażenia; spokój posągów greckich to spokój tego „raz na zawsze”, i z tej może racji miewa się czasem poczucie, jakby sztuka ta odsłaniała jakąś jednak głębię metafizyczną.


Henryk Elzenberg Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu 

sobota, 9 grudnia 2023

Grypa –wszystko mówiąca statystyka z ostatnich 8 lat

 




Czy to prawda, czy nauka?

W oficjalnej danych bazie

wystąpiła wielka luka

drwiąca z nas w swoim przekazie.


Może chochlik coś pokręcił,

żeby zmylić wiernych władzy?

Albo troll numer wykręcił –

już nie król, lecz myśmy nadzy.

M. W.


Teraz to chyba największy sceptyk zrozumie dlaczego, gdy mi wyznaje, że miał kowida, odpowiadam: ja także ciężko przechodziłem grypę. Wystarczy spojrzeć na tę grafikę i zastanowić się co było przyczyną dziwnego zaniku przypadków grypy w latach 2020 – 2021? Znajdą się z pewnością i tacy, którzy powiedzą, że grypę zwalczył dystans społeczny, maskowanie, kwarantanna i lockdowny. No pięknie!

Do 14.02.2022 w całych Niemczech odnotowano 12 387 078 potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem, w tym 120 580 ofiar śmiertelnych. Źródło.

Na jakiej podstawie rozpowszechniane są takie informacje? Na podstawie nieadekwatnego testu PCR! Już wielokrotnie pisałem, że ten test stosujący doskonałą technikę powielania próbki do testowania, nie daje żadnych miarodajnych wyników, jeśli chodzi o samą infekcję. Stwierdza jedynie obecność części kodu genetycznego, który znaleziono także u osób chorych. Nie jest to żaden dowód infekcji, możliwości zarażenia innych osób ani rozwoju jakiejkolwiek choroby.

„Grypa” to naturalny proces detoksykacji organizmu w odpowiedzi na nadmierną toksyczność w komórkach*. „Wirusy” to szczątki umierających komórek.**

Jeśli podoba Wam się to, co tutaj piszę, bardzo pomogłoby dalszemu rozpowszechnianiu tych artykułów, gdybyście je udostępniali Waszym znajomym na mediach społecznościowych.


Autor artykułu Marek Wójcik

Mail: worldscam3@gmail.com

https://www.world-scam.com


Grypa, czyli przestań wierzyć w możliwość zarażenia się wirusem
 

Nie chodzi o to, że nie wiemy wystarczająco dużo o wirusie grypy.
Wiemy więcej niż wystarczająco. Mikroskopijny wirus związany z tą chorobą został tak wyczerpująco przebadany, że naukowcy wiedzą o jego maleńkim cyklu życiowym więcej niż o jakimkolwiek innym mikroorganizmie. Ale to było powodem do ignorowania wielu niezwykłych faktów dotyczących tej choroby, w tym faktu, że nie jest ona zaraźliwa.

Cały artykuł →

** To akurat bynajmniej nie jest takie proste i pewne.



czwartek, 7 grudnia 2023

Stawiać sobie cel wyżej niż ma się nadzieję zajść?

 


Jest pewien stopień zamożności dla rozwoju subtel­niejszego w nas człowieczeństwa korzystny, a można go określić mniej więcej jako zabezpieczenie od głodu Vi pewność jutra. Nędza człowieczeństwu nie sprzyja; dopiero kto wygrzebie się z nędzy zaczyna być wrażliwy na co innego niż na swój bezpośredni interes. Usunięcie nędzy i dla każdego człowieka byt zapewniony: oto zatem pierw­sze zadanie. Ale drugim czynnikiem ujemnym jest znowuż nadmierne bogactwo, za którym idzie komfort i możność używania materialnego, z kolei wywołując nadmierne przywiązanie do „dóbr tego świata”. Można tedy powiedzieć:
znieść nędzę i zapobiec, żeby się ludzie nie bogacili ponad swe rzeczywiste potrzeby, tj. nie wychodzili ponad stan zwany kiedyś honesta paupertas, oto wszystko co jest do zrobienia. Ale nie, jest coś jeszcze głębszego: sam zmysł posiadania. Radykalnym na niego sposobem byłoby usunięcie wszelkiego posiadania w ogóle, własności prywat­nej. Alias: ustrój komunistyczny. Niestety chęć odgrodze­nia się od innych ludzi przez osiąganie tego co im niedo­stępne, czyli pewien i na tym polu przejawiający się instynkt arystokratyczny, to rzecz ludziom wrodzona, i z tym walka byłaby ciężka.

6 IV. Często się zdarza, że coś aprobujemy instynktow­nie, a czując, że to coś przez ogół jest potępiane, wykonuje­ my najniemożliwsze sztuki logiczne, by wykazać, że z ogól­nie przyjętymi pojęciami o dobrem i złem nie jesteśmy jednak w niezgodzie. Ale tak nic się nie wskóra. Należy szczerze i odważnie w sobie samym zbadać  p s y ch i c z n e  przyczyny, dla których się daną rzecz aprobuje, psy­chiczne potrzeby, którym stanowisko nasze czyni zadość, — i wydobycie na jaw, śmiałe i bez obsłonek, tych potrzeb, będzie uzasadnieniem właściwym.

15 V. Każdy pogląd ma wartość o tyle, o ile jest prze­zwyciężeniem swej antytezy, nie zaś naiwnym, bezpośred­nim odbiciem naszego usposobienia. Głupi pesymizm jest ten, który płynie prosto z temperamentu, mądry ten, który się utrzymuje po poznaniu i zgłębieniu wszy­stkich racji przemawiających za optymizmem; i tak samo na odwrót. Głupi jest ironiczny sceptycyzm snobów, któ­rzy nigdy w nic nie wierzyli, i głupia wiara tego, kto wątpić nigdy nie miał sposobności; ale jest i mądry sceptycyzm (tego, kto przeszedł przez wiarę), i mądra wiara: tego kto wątpił i pokonał swe wątpliwości.

Śmierć tym większym bywa postrachem, im życie jest uboższe i bardziej wegetatywne; a im bardziej duchowe, kulturalne, bogate w siły i w pełni rozwinięte, tym lęk przed śmiercią jest mniejszy. A nie przeciwnie, jakby można pomyśleć. To, co się w nas boi śmierci, to organizm, roślina; w chwilach zaś gdy życie jest najcenniejsze, myśli się o śmierci z taką pogodą, że niemal jako o koronie życia. Stąd wniosek: „im piękniejsze twe życie, tym mniej go będziesz żałował”.
Ślepe przywiązanie do życia to przejaw nędzy życiowej.
A najpiękniejszą czarę z największą satysfakcją się w końcu rozbija.

28 VI. Typową formą siły moralnej jest odwaga; jej typowym przeciwieństwem strachliwość. Istota duchowa w człowieku strachu nie zna; strach jest cechą istoty żyjącej, biologicznej, cechą „ciała” i tego co z ciała. To, co we mnie się boi, to moje trzewia.
Zastanawiałem się często, dlaczego kłamstwo powszech­ nie uchodzi za rzecz najnikczemniejszą. Czy nie dlatego, że prawie zawsze kłamie się z tchórzostwa, z obawy?
Kłamstwo nie z tchórzostwa nie jest nikczemne i może podlegać dyskusji. [ Zgodnie z Dhammą nie  zawsze należy mówić prawdę, ale nigdy nie należy kłamać].

27 X. H i s t o r y k o m  i  k r y t y k o m   k u   p r z e s t r o ­d z e.  Nie ma pocieszniejszego widowiska, jak człowiek rozsądny sądzący wielkiego.

Dlaczego pan profesor Wielowiedzki, który u siebie w ga­binecie z tak okazałym gestem odsłaniał mi skarby swej myśli, w książce tak się wydaje biedny i lichy? Dziwne pytanie! Toć do książki wszedł tylko Wielowiedzki, a pan profesor został w gabinecie.

A znowuż profesor Nieblagowski był w obejściu prosty i przystępny, śmiał się ze śmieszkami, i z dziećmi koziołki wywracał. Wszyscy podziwiali tę jego skromność, i że mu tak zupełnie profesura w głowie nie przewróciła. Gdy znowu raz dobra jego znajoma, pani Niewinnicka, wykrzykiwała:
„Ach, co za skromność!” — obruszył się wreszcie Nie­ blagowski i zawołał: „A właśnie że nie skromność, tylko zarozumiałość!” — „Jak to?” — Niewinnicka spytała.

Profesor chwilę pomyślał, i rzecze tak: „Był sobie Bartłomiej i był Maciej. Obaj zostali profesorami w Psiej Wólce, którą to godność zwyczajnie bakalarstwem zwać się przyjęło. Ale gdy Bartłomiej od dnia onego chodził nadęty i na brata rodzonego nie spojrzał, Maciej jak przedtem z ludziskami się kumał i nic sobie z bakalarstwa robić nie zdawał. Przy­chodzili chłopi i mówili: »Hej Macieju! Nie taki ty jak Bartłomiej; ani to trocha pyszny ani zarozumiały; poczciwy a skromny, i tyła«. A na to Maciej: »Zaraz wam pokażę, że to Bartłomiej skromny a ja pyszny. Boć to tak: jeżeli mnie bakalarstwo w głowie nie przewróciło, to tylko jednego dowodzi: że dla mnie być Maciejem znaczy więcej niż być bakałarzem«” . Tak mówił Nieblagowski i dodał: „Niech teraz pani na miejscu imienia  M a c i e j  moje wstawi, a zoba­czy pani, że jestem nie tylko nie skromny, ale prawdziwie zarozumiały” . „Aa! — Niewinnicka na to — dla pana być Nieblagowskim znaczy więcej niż być profesorem?” Profe­sor skłonił się, trochę zmieszany: „Właśnie żeby tego nie wymówić, opowiedziałem powiastkę o Macieju” .

29 X. Człowiek poświęcający się dla drugich czuje bezpo­średnio tylko swoje poświęcenie, i według niego mierzy wyświadczone przez siebie dobro. Zdaje mu się, że każde jego poszczególne poświęcenie odbiło się echem szczęścia w tamtej osobie, że cokolwiek on sobie odjął, to tamtemu dodał. Zapomina nieszczęsny, że bywają poświęcenia bez­owocne. A zaś ten, który był przedmiotem poświęcenia, odczuł bezpośrednio tylko odniesioną korzyść, — a że ta często wielka nie była, więc i poświęcenia tak sobie bardzo nie waży. Stąd wymagania, jakie za słuszne uważa dob­roczyńca, tak niesłychanie przerastają obowiązki, do jakich się poczuwa obdarowany. I to jest jedno ze źródeł owej niewdzięczności, na którą zwykli utyskiwać rodzice i wy­chowawcy.

Druga przyczyna nieporozumienia jest ta, że człowiek, który chce drugiemu wyświadczyć dobro, daje mu to, co by sam rad otrzymał. Święta naiwności! Toć tamten pragnie czegoś zupełnie innego! To, co bywa ofiarowane jako dobro, jest przyjęte jako rzecz obojętna. A biada temu, kto pragnąc uniknąć skutków nieporozumienia, daru nie przy­jmie! Nie m a gorszej obrazy: — twój dar jest mi obojęt­ny, — to, co ty uważasz za dobro, dla mnie jest przed­ miotem lekceważenia, — gardzę twoją skalą ocen, — to znaczy tobą. A więc pozostaje przyjąć, i splamić się niewdzięcznością. Aby tego jednego uniknąć, radzi Spino­za nie iść między ludzi: i słusznie.

A teraz jeszcze mała poprawka. Powiedziałem, że każdy daje to, co by sam rad otrzymał: gdybyż tak było! Byłaby przynajmniej jakaś rzetelność i styczność z rzeczywistością. Ale zazwyczaj bywa jeszcze gorzej: daje się to, co przez konwencję towarzyską bywa za dobro uznane. Młodzień­cowi dostarcza się koni, a pannie tancerzy. Nieraz daje się to, czego by się samemu właśnie nie chciało, i czyni wybranej osobie tę zniewagę, że się sobie przyznaje in­dywidualność wyniesioną ponad konwencje, a jej nie.

A przeciwnie, młodość, która jeszcze nie zdążyła przesiąk­nąć psychiką konwenansową, najsilniej łaknie  s w o j e g o  szczęścia  i  s w o j e g o  dobra. Lekceważenie jej odrębności, jakie zdradza rodzaj darów, więcej budzi niechęci niż sam dar — wdzięczności. [Warto też pamiętać, że wdzięczność za otrzymaną pomoc nie jest cechą powszechną wśród ludzi i jest to jedna z cech charakterystycznych ludzi szlachetnych (będących w zdecydowanej mniejszości). Innym aspektem dialektyki ofiarodawca/beneficjent rozpoznanym przez moralistów jest problem że gdy usługi tak wielkie, że niemożliwe by się za nie w pełni odwdzięczyć mogą budzić nawet niechęć i wrogość wobec ofiarodawcy. VB]

2 XI. Rany miłości własnej żywiej się odczuwa niż jej zadośćuczynienia. Jedno z pism sportowych, „La Vie au grand air”, zwróciło się ostatnio do szeregu znakomi­ tych atletów, mistrzów walki na pięści, z pytaniem, ja­ka chwila ich kariery najżywiej im utkwiła w pamięci.
Wszyscy wymienili chwile swoich wielkich porażek, ani jeden — chwili zwycięstwa.

3 XI. Rozkosz intelektualna w poznaniu przyczyn nie­szczęścia może być tak silna, że przeważa samo wrażenie nieszczęścia.

Nie ma takiego probierza siły żywotnej człowieka jak jego stosunek do śmierci.

Gdy w człowieku stwierdzimy zrównoważenie intelektu, uczuciowości, zmysłowości i wyobraźni — tak że inte­lekt nie jest na służbie serca, pożądania czy nerwów — to natychmiast mamy wrażenie, że oto intelekt przewa­ża. Dlaczego? Odpowiedź pierwsza: tak jesteśmy przy­zwyczajeni do przewagi tamtych czynników, że samo  w y z w o l e n i e  się myśli imponuje nam jako dowód wiel­kiej jej siły. Odpowiedź druga: że równowagę uważamy za coś, co wyłącznie dzięki sile intelektu można osiąg­nąć. Odpowiedź trzecia: intelekt jest, naszym zdaniem, czymś wyższym z natury więc gdy przestaje być sługą, musi panować.

Stawiać sobie cel wyżej niż ma się nadzieję zajść, to jest sensowne tylko u kogoś, dla kogo ów cel nie jest dobrem najwyższym, i kto wyżej ceni samo dążenie. [Niekoniecznie, to może być po prostu realistyczna ocena naszych obecnych możliwości, a skoro cel jest dla nas czymś najistotniejszym, po prostu musimy mu niemu dążyć, być może z czasem, gdy poczynimy jakieś postępy pojawi się też i realna nadzieja na jego osiągnięcie. VB]

(Bez daty). Kultura nie rodzi się z potrzeb. Właśnie działanie dla czego innego niż dla zaspokojenia jakiejkol­wiek potrzeby jest źródłem, sensem i istotą kultury. [Otóż każde działanie ma na celu zaspokojenie pewnych potrzeb, zatem chodzi tu raczej o podwyższenie jakości naszych potrzeb. VB]

23 II . Jaki jest cel wykształcenia klasycznego? Dać czło­wiekowi kulturę? Raczej: dać kulturze człowieka.

23 II. O b r o n a   r o m a n t y z m u. Gdybym miał teraz wygłosić wykład wstępny, to zamiast l’antiquité comme école d’art wybrałbym temat „romantyzm w opinii współ­czesnej” , i byłaby to jego obrona. Romantyzm jako marze­nie o rzeczach niemożliwych, zbyt wielkich i zbyt pięknych, żeby były możliwe — najpiękniejszej miłości, najszlachet­ niejszej przyjaźni, bohaterstwie, wzniosłości, nawet i po­ezji w życiu — taki romantyzm  z a s ł u g u j e  na gorącą obronę. Jeżeli niebo nam dało wielkie aspiracje, nie wol­no im się sprzeniewierzać za karę, że są „nierealne” (to znaczy, że przedmioty ich są niedościgłe). Niebez­pieczne? temu nikt nie zaprzeczy; ale życie uszlachet­niają. Raz muszą, u każdego z nas, przejść przez ogień krytyki, ale to jest stadium przejściowe. Kto je raz prze­nicował i z kabotyńskich domieszek oczyścił, niech do nich wraca i nie wątpi, że dzięki nim stanie się lepszy. Kto się zatrzymuje w stadium krytycznym, popełnia odstępstwo i zdradę. Bo nie wolno mi się zadowolić tym co niższe, gdy już raz, chociażby tylko in my mind’s eye, widziałem to wyższe.

28 IV. „Cóż nam po filozofii albo religii, która nie pomaga żyć? Cóż to obchodzi życie, czy Bóg stworzył zło, czy je tylko toleruje?” (James). — Odwracam: co mnie po życiu, które nie pozwala filozofować? I co to Pana Boga obchodzi, czy jakiemuś yankesowi żyje się gładko czy z drobnymi zahaczeniami?

Z książki Elzenberga Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Trzeba stać ponad swymi namiętnościami i spoglądać na nie z wysoka


Trzeba stać ponad swymi namiętnościami i spoglądać na nie z wysoka. — Inaczej: człowiekowi w życiu wolno tak cierpieć, jak cierpi aktor od nieszczęść odtwarzanej przez siebie postaci.
*
W szkicu sceptycznym (15 I) zatrzymałem się na tym, że ból zakłada istnienie podmiotu. Ale kiedy czuję jakiś gwałtowny ból fizyczny, ból zębów dajmy na to, mogę przez pewien wysiłek wziąć ten ból za przedmiot zewnętrzny, siebie samego postawić poza nim, i wtedy ból objawia mi się rzeczywiście jako zjawisko czyste, a nie jako coś, do istnienia czego wymagany byłby mój podmiot. Wrażenie ma się wtedy takie, jak gdyby moja świadomość była z jednej strony, ból z drugiej; nie ma identyfikacji mojego ja z żadnym zjawiskiem; przeciwnie: czuję istnienie swego „ja”  n i e z a l e ż n i e  od bólu.

[W rzeczywistości doświadczenie jest niepersonalne, i choć faktycznie ból jest tylko obiektem w polu świadomości, sama świadomość także jest niepersonalna, moje "ja" jest zupełnie niepotrzebne do tego by pewna jednostka (puggala) funkcjonowała poprawnie, przeciwnie gdyż myślenie i dokonywanie osądow wartościujących także nie wymaga żadnej osoby (sakkaya) moje "ja" wpływa negatywnie na jakość tychże osądów. VB] ↓
*
Śmierć jest wielkim złem, ale jeżeli nie ma „mnie”, to mojej śmierci też nie ma; „mnie” znaczy tu tyle co „świadomości mojego bytu jednostkowego”.

*
Kto powiada: „Jestem szczęśliwy”, ten już jest na drodze do nieszczęścia: bo słowo  j a  już wymówił.
*
Nie tak całkiem dobrze jest być kochanym. Kiedy ja silę się na to, żeby z siebie to nieszczęsne  j a wykorzenić, wyplenić, wyszarpnąć, wypalić, ktoś drugi tę moją osobę bierze za cel swoich dążeń i przypomina mi: ,jesteś” — kiedy ja nie chcę być.
[Ale "jesteś" może być i faktycznie jest skierowane do pewnej jednostki (puggala) która nie koniecznie musi dźwigać brzemię osobowości. Dla takiej jednostki bycie lub nie bycie kochanym jest obojętne samo w sobie, choć inklinacje ku samotności prawdopodobnie skłoniłyby ją do preferowania samotności, inklinacje do nauczania i dzielenia się swym doświadczeniem skłaniają do preferowania "bycia kochanym" gdyż to znacznie ułatwia przekaz Dhammy.VB
*

Pisarz, którego myśl stale i niewymuszenie obraca się w sferze wysokiej, byle z drugiej strony posiadał sprawność we władaniu językiem, tym samym już będzie dobrym stylistą. Tego rodzaju, zdaje mi się czasami, jest styl Platona, albo Pascala. Żadnego wysiłku  w k i e r u n k u  stylu — i to jest jeszcze jeden możliwy sens słynnej „prostoty” klasycznej. Zupełnie przeciwna jest postawa takiego Flauberta, któremu styl przedstawia się jako coś realnego, jako prawdziwa entitas, do której się dąży.

*
Człowiek przyrodzoną ma skłonność do podziwia­ nia tego co sam wymyśli; ale obawa przed zarozumiałością i pychą nie pozwala mu tej skłonności swobodnie się oddać. Wynagradzamy to sobie w taki oto sposób: w wiel­kiego jakiegoś pisarza wczytujemy swoje własne myśli i potem cały podziw, na jaki on rzeczywiście zasługuje za co innego, oddajemy mu za te właśnie myśli, któreśmy w niego wczytali; i tak bez wyrzutu sumienia możemy sami siebie podziwiać ile nam się żywnie podoba, i rozpływać się w uwielbieniu własnej mądrości.
*
Człowiek „wykształcony” jest to człowiek zewsząd od istoty rzeczy przedzielony mgłą i chmurami cudzych pojęć, tak nieraz gęstymi, że ani jeden promień się nie przedrze.
Oryginalność nie polega na tym, żeby rzeczy widzieć przez mgłę taką albo inną, przez Nietzschego raczej niż przez Schopenhauera; nie polega też na utrzymywaniu się w nie­ znajomości cudzych pojęć — ale na tym, że się okiem i ręką sięga poprzez te mgły i chmury, i uderza bezpośrednio w firmament. Ile razy mnie się zdarzyło uczuć pod ręką tę twardą opokę? ile razy innym w mym otoczeniu? Tłuczemy się z cudzymi pojęciami, które nam latają koło głowy — i na tym koniec.
*
Jak powstaje  p rz e k o n an ie,  w pewnych przynajmniej wypadkach. Jest hipoteza, którą też za hipo­tezę uważamy. Na tej podstawie coraz więcej budujemy wniosków, coraz więcej z niej wyciągamy praktycznych zastosowań, i w miarę tego staje się nam nasza hipoteza coraz cenniejszą. Z nią runąłby cały gmach, więc ona musi już być nienaruszalna: i oto geneza pewności.
*
Tak jak jeden Atman, tak jest jedna piękność — a wszelka wielość typów, to gra Mai.
*
Rozprawiamy o pewnym na ogół źle widzia­nym zjawisku społeczno-kulturalnym, i ja go bronię. Na to mię pyta interlokutor: „No i na cóż się to przy­da?” Powinienem był odpowiedzieć: „Właśnie że się na nic nic przyda, to jest swoista przydatność”. Przekona­łem się w tej dyskusji, po raz pierwszy wygłaszając część swoich zapatrywań, jak trudno było słuchającemu zro­zumieć to stanowisko myślowe. Nie mógł stanąć na moim gruncie, tak głęboko w nim było zakorzenione myślenie utylitarne.
*
Życie, to coś niby dramat na cześć bogów. Jak ta tetralogia, którą odgrywało się w święto Dionizosa i przed jego ołtarzem.
*
Nieprawda że — jak chce Schopenhauer — im silniej­ sze pragnienie, tym silniejsza przyjemność. Rzecz spra­wia tym większą przyjemność, im mniej nieodparcie czu­liśmy jej potrzebę, im mniej ona była natarczywa, im­peratywna.
*

Ludzie zwykli drugim przypisywać te pobudki i w ogóle te przejścia wewnętrzne, które znają z własnego doświad­czenia. Są na to ilustracje z nizin duchowych; ale oto ilustracja ze szczytów. Nietzsche wszystkim filozofom, nawet takiemu Spinozie, jako źródło ich teorii filozoficz­nych przypisuje jakieś chęci, namiętności, dążenia do pewnych stanów uczuciowych, i zdaje mu się, że dopiero wtedy dotarł w samą głąb sprawy i na wskroś zrozumiał myśliciela, gdy pod jego filozofię podłożył jakiś motyw tego rodzaju. Otóż jest to wyraźnie przeniesieniem na drugich własnego determinizmu wewnętrznego: bo to właś­nie Nietzsche traktował pojęcia filozoficzne jako środki do osiągnięcia pewnych stanów uczuciowych a uniknięcia innych. Stworzył sobie np. teorię powrotu, bo mu, jak sam powiada, była potrzebna möglichst hohe Form der Bejahung. Jego argumentowanie za poglądami albo prze­ciw polega zazwyczaj na wykazywaniu ich podkładu szla­chetnego albo nędznego, i w tym jest genialny; czysto abstrakcyjne natomiast jego argumentacje, dość zresztą rzadkie, najczęściej się nie dadzą utrzymać.
*
Neoslawizm. Czyż byłoby rzeczą możliwą wzniecić dziś w ludach słowiańskich poczucie tej słowiańskości w takim stopniu, by zrobił się z niego hamulec dla walki między nimi? Na to trzeba by, by uczucie słowiańskie stało się silniejsze niż narodowe. Ale czyż w idei słowiań­skiej jest tyle siły? bardzo wątpię, gdyż idea ta jest zwy­czajnym rozwodnieniem idei narodowej. Żadna zaś idea nie może być wyparta przez formę siebie samej bledszą od siebie.

*
Niepodległość nie jest celem sama dla siebie, tylko narzędziem działania i osiągania celów innych, właściwych. Nie jest ona przy tym narzędziem jedynym i wystar­czającym, gdyż oprócz niej są potrzebne jeszcze znaczne siły duchowe. Niepodległość bez siły duchowej na nic się nie przyda, jest płonna.

Wielu Polaków marzy o odzyskaniu niepodległości bez przyczynienia się własnego, przez sam tylko zbieg okolicz­ności w stosunkach międzypaństwowych. Ale taka niepod­ległość — w której osiągnięciu nie brała udziału żadna cenna siła w narodzie — z góry będzie podejrzana o ową płonność. Czy więc w ten sposób niepodległość otrzymy­wać warto? Czy warto przyjąć ją jako podarunek, jeśli się samemu nie poczyniło poważnych w tym kierunku wysił­ ków? — Tylko znów kwestia: siła duchowa narodu nie jest stale ta sama, może wzrastać lub maleć. Czy niepodległość nie jest warunkiem korzystnym dla jej wzrastania? Gdyby tak, to to by prowadziło do wniosku, że warto otrzymać niepodległość jaką bądź drogą.

Mam wrażenie takie: siłom duchowym niepodległość zdaje się dawać większe mo żliw oś ci rozwoju, ale niewola większą podnietę. Wynikałoby stąd, że stan swój najwyższy winien naród osiągnąć w chwili następują­cej bezpośrednio po otrzymaniu niepodległości, gdy trwa jeszcze podnieta z czasów niewoli, a już otworzyły się możliwości. Ale klasyczny przykład państewek bałkańskich nie zdaje się tego potwierdzać.

Z książki 

Henryka Elzenberga Kłopot z istnieniem

czwartek, 23 listopada 2023

Rozwój duchowy nie jest naszą misją; jest to wysiłek, który podejmujemy wbrew światu


Komentarze do The Unquiet Grave

Warta zanotowania książka: Cyril Connolly, The Unquiet Grave, a World Cycle by Palinuros. Pierwsza publikacja 1944; drugie wydanie przejrzane i poprawione — czerwiec 1951.

„Jeżeli naszą misją w życiu jest rozwijać się duchowo...” — Rozwój duchowy nie jest naszą misją; jest to wysiłek, który podejmujemy wbrew światu.

„Gdy się zastanawiamy nad życiem, spostrzegamy, że tylko poprzez samotne obcowanie z naturą możemy zdobyć pojęcie o jego bogactwie i o jego znaczeniu. Wiemy, że w takiej kontemplacji tkwi nasza osobowość prawdziwa, a jednak żyjemy w czasach, w których się nam mówi coś wręcz przeciwnego, każąc nam wierzyć, że społeczna i kooperacyjna działalność ludzkości jest jedyną drogą, na której życie można rozwijać”. — W dalszym ciągu Connolly przeciąga strunę, szkodząc przez to słuszności swej tezy. (...)

8 VII. „Dzisiaj państwo ma oblicze łaskawe dla Upo­wszechniania Kultury, ale dla tych, którzy kulturę tworzą, nie ma śladu sympatii ani wyrozumiałości, z tym wyni­kiem, że stajemy się narodem komentatorów, krytyków i objaśniaczy, z których większość stanowią byli artyści.
Wszystko dla Baru Mlecznego, nic dla krowy” (Connolly).

Z tego widać, że to, co się z kulturą dziś w świecie dzieje, w znacznym stopniu jest niezależne od wszelkich prze­wrotów społecznych. W Anglii rządzą przecież inni ludzie niż u nas.

„Im doskonalszy artysta, tym zupełniej będą w nim oddzieleni człowiek, który cierpi, i umysł, który tworzy” (Eliot, u Connolly’ego).

Znane stanowisko poromantyczne; na ogół wydaje się, że zwyciężyło. Ale to nie jest takie proste; pod jakimiś warunkami krzyk bólu w stylu Musseta może być najświet­niejszą poezją. Tylko że jest tu do utrzymania jakaś linia, którą znaleźć jest trudno; np. cierpienie przechodzące w gniew, agresywne, jest artystycznie mniej niebezpieczne niż cierpienie o odcieniu żałości.

„Nigdy [...] nie czyńcie żadnych ustępstw tym dziewięć­ dziesięciu dziewięciu częściom siebie samych, które są takie jak u wszystkich, kosztem tej jednej, która jest jedyna” (Connolly).

Nie o jedyność tu chodzi, tylko o rzetelność, prawdę, istotność; o to co nie przystosowane, nie sfałszowane. "Przystosowanie”, pod wpływem nauk przyrodniczych, stało się terminem pochwalnym, także w zakresie stosun­ ków ludzkich. Powinno być raczej potępiającym: kto się przystosowuje, ten się sprzeniewierza, zatraca.

„Nauka i etyka [...] ta dwoistość dnia dzisiejszego” (tamże).

Wypowiedź ta postawiła w moich oczach pewnego rodzaju kropkę nad i, „przygwoździła” pewien doniosły fakt kulturalny, który mi był znany i w moim życiu odegrał rolę centralną, ale którego sobie nigdy nie nazwałem tak lapidarnie, bo nigdy tak nie włączyłem do samego ogniska mej świadomości. Najbliższy tego byłem zapewne, gdym się buntował przeciw Poincaremu za jego zdanie o niezachodzeniu na siebie sfery nauki i sfery etyki (czy moralności) i o rzekomej niemożliwości antagonizmu. „Nie ma nauki nieetycznej, tak jak nie ma etyki naukowej”: co za stronniczość pod pozorami olimpijskiej sprawiedliwości! Dlaczego, protestowałem, nie uczciwie tak: „nie ma nauki nieetycznej tak jak nie ma etyki nienaukowej”? To znaczy: „tak jak etyka nie jest kompetentna, by oceniać prawdę albo fałsz zdań naukowych, tak samo nauka nie jest kompetentna, by oceniać słuszność lub niesłuszność sądów etycznych”. To ostatnie jest oczywiste, ale niektórzy uczeni nie tylko tego nie chcą zrozumieć, ale jeszcze bałamucą prostaczków.

U mnie samego centralny był oczywiście zawsze, i w pełni świadomy, antagonizm: wartościowanie przeciw poznaniu naukowemu. Ale traktowałem to zawsze jako swoją raczej osobistą koncepcję; Connolly nasuwa mi myśl, że coś podobnego stanowi rdzenną przeciwstawność kulturalną naszej epoki.

9 VII. „Prawie wszyscy ludzie żyją w niewoli z tego powodu, który Spartiaci podawali jako powód niewo­li Persów: że nie umieją wymówić sylaby «nie». Umieć wypowiedzieć to słowo i umieć żyć sam: to dwa je­dyne sposoby zachowania swej wolności i odrębności” (Chamfort).

9 VII. „Wielu ludzi nie śmie się zabić jedynie i wyłącznie ze strachu przed tym, co powiedzą sąsiedzi” (Connolly).

10 VII„Literatura [...]: ucieczka nie od życia, tylko w  g ł ą b  życia” (Connolly). — To mi się wyjątkowo podoba.

„Odwaga jest nie po prostu jedną z cnót, ale postacią  k a ż d e j  cnoty w punkcie krytycznym” (C. S. Lewis u Connolly’ego).

16 VII. W tym tragedia: nie wystarczy w myślach nadać sens życiu, by ono go faktycznie dla nas nabrało; trzeba się tym sensem podzielić z jakimś chociaż ułamkiem ludzkości.

Sens non partagé n’ est pas sens. Dlaczego? nie mam pojęcia.

2 VIII. Dla niektórych dobrze znanych mi ludzi rzeczy­wistość po to tylko istnieje, by uczeni ją mogli poznawać, a poznanie tylko po to, by logicy mogli rozbierać jego formalny mechanizm.

Elzenberg H. Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu