niedziela, 20 grudnia 2015

Książka pustelnika

 — Czyż macie mnie za wroga ludzi, z powodu że usunąłem się w ciszę samotności? Nie uciekłem przed światem, wynalazłem sobie tylko schronisko i miejsce ciche, gdzie by mi nic nie przeszkadzało w rozmyślaniach i nie rozpraszało uwagi.

— Czyż samotności nie pożałowaliście kiedy i czy nie przyszła na was nigdy godzina trwogi, czy serce wasze nie zatęskniło ani razu za ludźmi?

— Teraz już nie tęsknię i nie czuję trwogi. Dawno temu, w młodości, uczułem wielką ochotę zostania pustelnikiem. Dziwnych przeczuć i niejasnych myśli byłem wtedy pełen. Czułem, że tylko odosobnienie zupełne nasyci zupełnie głód mej duszy: ale pojąłem niedługo, że musi się do pustelni przynieść ze sobą wiele doświadczenia, że młode serce, gdy samotne, cierpi, że wreszcie człowiek osiągnąć może panowanie nad sobą i niezależność jedynie po długim obcowaniu ze swymi bliźnimi.

— Wiem — odparł stary górnik — że musi się mieć wrodzone, naturalne powołanie do każdego zawodu, a także uświadamiam sobie to, że w miarę przybywających lat i gromadzenia doświadczeń życiowych, człowiek coraz więcej dąży do wycofania się spośród społeczeństwa. Ale to odosobnienie, zdaje mi się, nie tylko nie przeszkadza pracy, ale jej nawet sprzyja. Ludzi pędzi naprzód wielki wichr nadziei ku wspólnemu celowi. Nie ulegają mu, zdaniem moim, tylko dzieci i starcy. Niezaradność i niewiedza wyklucza pierwsze, podczas gdy drudzy czują, iż wyczerpali całą nadzieję, cel zaś, o ile się osiągnąć da, osiągnęli i nie czując się wpleceni w łańcuch spraw ludzkich, cofają się w głąb własną, znajdując w niej dostateczne pole do pracy i skupionego przygotowywania się do innego, wyższego życia i obcowania z innymi istotami. Ale zdaje mi się, że u was, panie, działały jeszcze inne, bardziej osobiste pobudki, żeście usunęli się całkowicie spośród ludzi, wyrzekłszy się wygód i przyjemności świata. Zdaje mi się, że czasem mimo wszystko napięcie waszego ducha słabnie i że w tych godzinach czujecie się bardzo nieszczęśliwym.

— Tak było nieraz dawniej, ale zdołałem uwolnić się od tego przez wielką regularność życia i pracowitość. Prócz tego staram się utrzymać zdrowie i nie czuję żadnego braku. Codziennie przez kilka godzin chodzę po górach, grzejąc się w słońcu. Powracam potem do jaskini i zajmuję się przez oznaczoną liczbę godzin wyplataniem koszyków i rzeźbą. Za moje wyroby uzyskuję od mieszkańców odległych miejscowości środki żywności, zresztą mam książki, a przy nich czas mija szybko. W okolicach, o których mówiłem, mam kilku znajomych, którzy wiedzą, gdzie mieszkam. Od nich dowiaduję się, co nowego zaszło na świecie, oni też mnie pochowają, gdy wybije moja godzina i zabiorą do siebie książki moje.

Poprowadził ich bliżej ku swemu siedzeniu, pod ścianę skalną. Ujrzeli tam kilkanaście leżących na ziemi książek. Była też i cytra, a na ścianie wisiała całkowita zbroja, jak się zdawało bogatej roboty. Stół składał się z pięciu wielkich płyt kamiennych złożonych razem na kształt skrzyni. Na wierzchu wykute były w pozycji leżącej dwie postaci, mężczyzna i kobieta, a dokoła biegł rzeźbiony wieniec róż i lilii. Poniżej był napis:
„Fryderyk i Maria Hohenzollern zawrócili z tego miejsca do swej prawdziwej ojczyzny”.
Pustelnik zapytał swych gości, skąd pochodzą i w jaki sposób dostali się w te okolice. Był bardzo uprzejmy i otwarty i widać było, że doskonale zna świat i ludzi. Stary górnik rzekł:

— Widzę, że niegdyś uprawialiście panie zawód rycerski, zbroja zwiastuje mi to.

— Tak, odparł pustelnik, niebezpieczeństwa i zmienne losy wojny, duch poetycki, unoszący się nad wojskiem pancernym, skusiły mnie, wyrwały młodzieńcem ze świata marzeń i rozstrzygnęły o moim losie. Właśnie może długi pobyt wśród zgiełku, zwalczanie rozlicznych niebezpieczeństw i całe to, nie moje, otoczenie zaostrzyły jeszcze tęsknotę za ciszą. Liczne wspomnienia to ciekawi, interesujący towarzysze, a to tym więcej, im dalszy jest punkt, z którego na nie spoglądamy. Wtedy dopiero, innymi niejako patrząc oczyma, dostrzega się prawdziwy związek zdarzeń ze sobą, głęboką mądrość ich następstwa i co oznaczać miały w istocie. Zmysł, który nazwę historycznym, budzi się dopiero późno i rozwija raczej pod cichym wpływem wspomnień niż pod naporem natrętnej i zgiełkliwej rzeczywistości. Najbliższe nam wydarzenia wydają się tylko luźno związane z poprzedzającymi, ale gdy się je zestawi z rzeczami, jakie się wydarzyły dużo wcześniej, związek harmonijny występuje wyraźnie. Zaprawdę, wtedy tylko, gdy się jest w stanie objąć okiem długie pasmo dni, nie biorąc, z jednej strony, wszystkiego dosłownie, z drugiej znów, nie gubiąc się w dowolnych fantazjach i nie mącąc naturalnego porządku rzeczy, wtedy dopiero dostrzega się tajemne złańcuchowanie się przeszłości z przyszłością i wtedy dopiero uczy się człowiek tworzyć dzieje ludzkości, z nadziei i wspomnień. Ale tylko temu, kto całą przeszłość objął wzrokiem duszy, udać się może wyrazić proste i wielkie prawo życia ludzkiego na ziemi. Zwykle dochodzimy do niepełnych jedynie i niedokładnych formuł i możemy się uważać za szczęśliwych już wtedy, gdy uda nam się zdobyć miarę przydatną do własnego użytku, formułę, w którą zamknąć można własne, krótkie życie. Pewnie trafi wam to jednak do przekonania, gdy powiem, że samo staranne badanie kolei życia jest już rozkoszą wielką i pozwala wznieść się ponad wszelkie zło ziemskie. Młodzi czytają historię z ciekawości, jak bajkę, dla dorastających jest ona niebiańską pocieszycielką i przyjaciółką przygotowującą ich, za pomocą mądrych rozmów, do wyższych, ogólniejszych przeznaczeń i dającą im w obrazowej formie pogląd na zaginiony, nieznany osobiście świat. Kościół jest domem nietykalnym historii, a ciche podwórko jej kwiatowym ogródkiem. Historię pisać powinni tylko starzy, bogobojni ludzie, którzy własne przeżyli dzieje i nie mają innej nadziei, jak przekazać je potomnym. Opisy te nie będą napełnione goryczą i przejrzyste będą, bo promień padający kędyś od kopuły prześwietli prawdziwym i pięknym blaskiem, a ponad wzburzone groźnie wody uniesie się Duch Święty i nastanie cisza niezmącona.

— Jakże sprawiedliwe i jasne są słowa wasze, czcigodny panie — odezwał się stary górnik. — Należałoby, zaprawdę, więcej trudu poświęcać na wierne zapisywanie wszystkiego, co w danym czasokresie godne jest zapamiętania, a to ze względu na przyszłe pokolenia, by im zostawić pamiątkę oraz testament. Istnieje tyle rzeczy dalszych, na które nikt pracy nie szczędzi, a zaniedbuje się rzeczy najbliższe nam, najważniejsze, bo dzieje własne, koleje życia krewnych i bliźnich naszych, wreszcie rodzaju ludzkiego losy, których ukrytą celowość ujęliśmy sobie w pojęcie Opatrzności. Nie dbamy o nie i bez żadnej uwagi dozwalamy im się zacierać w pamięci. Jak za skarbami i świętościami, poszukiwać będzie wiedza wieków przyszłych, za najdrobniejszą wzmianką tyczącą się wydarzeń minionych, a nawet dzieje najskromniejszego, pojedynczego człowieka przestaną być obojętne, bo bez wątpienia odbiły się na nim dążenia i tęsknoty współczesnych.

— Co jeszcze gorsze — mówił dalej hrabia Hohenzollern — to to, że nawet ci nieliczni, którzy podjęli się zanotowania czynów i wydarzeń swego czasu, nie zastanowili się dokładnie nad swym przedsięwzięciem i nie starali się nadać zapiskom i spostrzeżeniom zaokrąglenia i porządku, ale chwytali na traf, chwytali, co im wpadło pod rękę, najważniejsze sprawy nieraz przemilczając. Każdy doskonale wie z własnego doświadczenia, że tylko to może dokładnie i wyraźnie opisać, co dobrze zna, co sobie uświadomił dobrze tak w częściach, jak i w całości, tak pod względem przyczyn, jak też i skutków, o czym wie, jaki ma cel i do czego służy. Inaczej nie powstanie opis, ale chaotyczna mieszanina niepełnych, niezrozumiałych notatek. Każcie małemu dziecku opisać maszynę albo rolnikowi okręt, a pewnie z ich słów żaden człowiek nie odniesie najmniejszej korzyści. Tak się ma rzecz z większością dziejopisów. Są oni dobrze wprawnymi opowiadaczami i najczęściej piszą aż do znudzenia rozwlekle, ale to nie przeszkadza, że zapominają nieraz o rzeczach najciekawszych, o tym co dziejopisarskie zapiski czyni historią i rozliczne pojedyncze fakty wiąże w jednolity łańcuch życia. Gdy nad tym wszystkim myślę, to mi się nieraz wydaje, że prawdziwy dziejopis powinien by być zarazem poetą, bo tylko poeci posiadają w pełni sztukę stwarzania całokształtu z fragmentów, posągów z piasku. W ich opowieściach i bajkach podziwiałem tyle razy z prawdziwą rozkoszą głębokie odczucie ducha życia, jego istotnej treści. Zaprawdę więcej jest prawdy w tych baśniach niźli w uczonych kronikach. Chociaż zmyślone są ich osoby i losy tychże, to jednak idea, która te utwory wydała, jest prawdziwa, bo jest dziełem przyrody samej. Rzecz to zgoła obojętna, tak ze względu na samą rozkosz użycia, jako też i nauczanie, czy osoby powieści, w których losach wyczuwamy losy własne, w rzeczywistości żyły czy też nie. Żądamy, by nam dano prawdziwego, wielkiego ducha zjaw współczesnych, a jeśli autor dał nam to, to przypadkowa egzystencja tych wszystkich figur, które są jedynie środkami pomocniczymi piszącego, nic nas nie obchodzi.

Pustelnik pokazał gościom swe książki. Były to stare dzieła historyczne i poezje. Henryk przewracał kartki wielkich, pięknie ilustrowanych tomów. Ciekawość jego wzrastała na widok poematów, tytułów, pośpiesznie czytał ustępy krótkie, wpatrywał się w obrazki pięknie wykonane, rozrzucone to tu, to tam, jakby wcielone w kształty słowa przeznaczone do wspierania i pobudzania wyobraźni czytelnika. Pustelnik zauważył jego wnętrzną ochotę czytania i objaśniał niektóre ciekawsze ryciny. Przedstawiały one różnorodne sceny z życia. Walki, obchody pogrzebowe, uroczystości weselne, katastrofy okrętowe, jaskinie i pałace, królów, bohaterów, księży, młodzieńców i starców, mężczyzn i kobiety w cudzoziemskich strojach oraz rzadkie zwierzęta. Henryk nie mógł się dosyć napatrzyć i uczuł wielką chęć zostać u pustelnika, który go pociągał ogromnie i uczyć się z tych wszystkich książek. Tymczasem stary górnik spytał, czy nie ma przypadkiem więcej jaskiń, pustelnik objaśnił, że jest w pobliżu kilka bardzo wielkich i ofiarował się zaprowadzić go tam. Górnik chętnie się zgodził, a pustelnik spostrzegłszy, z jakim zaciekawieniem Henryk książki przegląda, zaproponował mu, by został i bliższą z nimi zawarł znajomość. Pozostał z radością i podziękował serdecznie za pozwolenie. Przewracał kartka po kartce z rozkoszą niewysłowioną. Wreszcie wpadła mu w rękę książka pisana językiem obcym, jak mu się wydało podobnym nieco do łaciny lub włoskiego języka. Zapragnął gorąco nauczyć się tego języka, gdyż książka spodobała mu się ogromnie, chociaż nie mógł pojąć ani słowa. Nie miała tytułu, natomiast szukając, Henryk znalazł w niej kilka obrazków. Wydały mu się dziwnie znane, a gdy wpatrzył się lepiej, dojrzał na jednym z nich postać własną, dosyć wyraźnie widzialną pośród figur innych. Przeraził się i pomyślał, że śni, ale po ponownym przyjrzeniu się przestał wątpić. Nie chciał wierzyć swym zmysłom, gdy dostrzegł na innym obrazku jaskinię, pustelnika, górnika i siebie. Powoli, na coraz to nowych obrazkach znalazł Arabkę, swych rodziców, landgrafa i księżnę turyngską, swego przyjaciela kapelana dworskiego i jeszcze kilku swych znajomych. Tylko ubiory były inne, wydawało się, że pochodzą z innego wieku. Ogromnej liczby figur nie znał po nazwisku, a jednak wydały mu się znajome. Widział siebie w różnych okolicznościach. Przy końcu książki widział siebie jakby wyższym i szlachetniejszym z rysów twarzy. W rękach trzymał gitarę, a księżna podawała mu wieniec. Widział się później na cesarskim dworze, na okręcie, trzymał w objęciach piękną dziewczynę, walczył z dziko wyglądającymi ludźmi, rozmawiał uprzejmie z Saracenami i Murzynami. Poważny człowiek jakiś towarzyszył mu często. Czuł głęboką cześć dla tego człowieka i radował się na widok, że idzie z nim pod ramię. Ostatnie obrazki były ciemne i niezrozumiałe; Henryka zastanowiło i zdziwiło kilka postaci, co niby zjawy senne wyglądały. Zachwycał się nimi równocześnie i bał ich. Książka nie miała zakończenia, jak się zdawało. Zmartwiło go to bardzo i nie pragnął teraz niczego goręcej, jak tego, by książkę ową móc czytać i posiadać na własność wyłączną. Oglądał obrazki bez końca i zmartwienie jego nie miało granic, gdy usłyszał kroki i rozmowy powracających. Dziwna wstydliwość go opanowała. Nie śmiał zdradzić się ze swym odkryciem, zamknął książkę i zapytał tylko pustelnika, w jakim jest pisana języku. W prowansalskim.

— Dawno już tej księgi nie czytałem — odrzekł pustelnik — i nie mogę sobie dokładnie przypomnieć treści. O ile pamiętam, jest to opowieść o przedziwnych losach jednego poety i w owej książce jest przedstawiona i wielbiona poezja we wszystkich jej formach. Brak niestety końca owego manuskryptu, który przywiozłem z Jerozolimy, jako spadek i pamiątkę po przyjacielu.

Pożegnali się serdecznie z pustelnikiem. Henryk był wzruszony do łez. Jaskinia wydała mu się tak ciekawa, pustelnik tak miły.

Wszyscy uścisnęli pustelnika, który, jak się zdawało, również był wzruszony. Henryk zauważył, że spogląda nań badawczo. Słowa, którymi go żegnał, były też dziwnie znaczące. Wydawało się, jakby wiedział o jego odkryciu i do niego właśnie odnosiły się te wyrazy. Odprowadził towarzystwo do bram jaskini, prosząc wszystkich, a zwłaszcza chłopca wiejskiego, by nie mówili o nim chłopom, gdyż byłby wystawiony na ich ciągłe odwiedziny.


Przyrzekli mu to. W chwili, gdy rozstawali się, polecając się jego modlitwie, rzekł: 


— Może niewiele czasu upłynie, a zobaczymy się i będziemy z uśmiechem wspominać o dzisiejszej naszej rozmowie. Otoczy nas dzień wiekuisty i cieszyć się będziemy, że spotkaliśmy się jak przyjaciele, tam, w dolinie łez i prób i że ożywiały nas podobne myśli i przeczucia. Są one tutaj, na ziemi aniołami chroniącymi nas od zboczenia z dobrej drogi. Jeśli będziecie mieli oczy ustawicznie wpatrzone w niebo i wieczność, traficie bez wątpienia do prawdziwej ojczyzny, nie zszedłszy na manowce.

Rozstali się w podniosłym nastroju, spotkali u wejścia swych bojaźliwych towarzyszy i rozmawiając o różnych rzeczach, powrócili niebawem do wsi, gdzie matka Henryka, zaniepokojona już o syna, powitała ich z radością.


Novalis
Henryk von Ofterdingen 

tłumaczenie: F. Mirandola

Gdyż wszystko teraz jest inaczej ...

W prastarych tedy czasach, w okolicach dzisiejszego cesarstwa greckiego, jak opowiadają podróżnicy, którzy napotkali tam jeszcze owe legendy pośród ludzi, istnieli poeci, co potrafili za pomocą dziwnych dźwięków, wydobywanych z nieznanych narzędzi, budzić tajemne siły drzemiące po lasach i w pniach ukryte ujarzmiać demony, co potrafili w skalistych pustaciach wskrzeszać obumarłe nasiona roślin, w bujne ogrody zaklinać ugorzyska, co srogie kiełznali potwory, a w zdziczałych ludziach obudzali  instynkty porządku i obyczajności, skłonności do sztuk i zamiłowanie pokoju. Poeci ci umieli przemieniać rwące potoki górskie w cicho szemrzące rzeki, a nawet martwe głazy zmuszali do rytmicznego, tanecznego ruchu. Podobno głosili oni też wyroczne słowa, spełniali kapłańskie obrzędy i byli ustawodawcami i lekarzami, bo swą sztuką czarnoksięską zniewolili sobie nawet wyższe istoty, uczyli się od nich tajemnic przyszłości, poznawali naturalny ustrój wszystkich rzeczy, nawet wnętrzne moce i lecznicze siły liczb, roślin, słowem wszystkich tworów ziemi. Jak mówi legenda, od tego dopiero czasu nastały w świecie rozliczne urządzenia oraz zbudziły się sympatie i różnorodne dźwięki, a przed tą erą wszystko było dziczą, chaosem i srogą nienawiścią. Dziwne jest tylko, że choć, co prawda, pozostały piękne pamiątki po onych dobroczynnych ludziach i przetrwały aż do naszych czasów, to jedno z dwojga — albo właściwa im moc i sztuka władania, albo też owa delikatna wrażliwość przyrody musiała zaginąć, gdyż wszystko teraz jest inaczej.


Novalis
Henryk von Ofterdingen 

tłumaczenie: F. Mirandola

Rozum, na błędne drogi skierowany przez własny interes, zatamowany w swobodnym locie przez ogromną liczbę coraz to nowych przypadków i zawikłań i oślepiony nimi

— Gdybyś młodzieńcze — ciągnęli dalej kupcy — nawet nie jął się zajęcia swego ojca i raczej, jakeśmy słyszeli, poświęcił się zgłębianiu wiedzy, to nie potrzebujesz przez to jeszcze zostać księdzem i zrzekać się używania słodkich uciech tego świata. Właśnie źle się dzieje, że nauki spoczywają w rękach tego stanu, tak odciętego od świata i jego spraw, a książęta otaczają się radą mężów nieżyjących w łonie tego samego społeczeństwa i przez to w gruncie rzeczy niedoświadczonych. Są oni w samotności pogrążeni, nie biorą udziału w życiu współczesnym i przeto myśli ich kierują się ku rzeczom nie tego świata, a poglądy nie odpowiadają stanowi rzeczy danej chwili. W Szwabii jednak natrafisz na prawdziwie mądrych i doświadczonych mężów świeckich i jakikolwiek dział ludzkiej wiedzy obierzesz, jakiekolwiek nauki przyswoić byś sobie zechciał, nie zbraknie ci na najlepszych nauczycielach i doradcach.

Po chwili Henryk, któremu na myśl przyszedł przyjaciel i nauczyciel jego stary, kapelan książęcy, rzekł:

— Jakkolwiek nieświadomy wielu rzeczy tego świata, nie mogę się z wami spierać o kwestię nieudolności kleru w sądzie o rzeczach świeckich i kierowaniu nimi, to jednak sądzę, że wolno mi zwrócić uwagę waszą na naszego przezacnego kapelana, który, jak mi się wydaje, jest wzorem męża mądrego, którego nauki i rady nie ulecą nigdy z mej pamięci.

— Czcimy — odrzekli kupcy — owego godnego człowieka całym sercem, mimo to jednak na opinię twoją, że jest to mąż mądry, możemy się zgodzić jedynie o tyle, o ile mówisz o mądrości, która dotyczy bogobojnego żywota. Jeśli natomiast uważasz go za równie doświadczonego w rzeczach ziemskich, jak jest biegły i uczony w rzeczach zbawienia, to wybacz, ale zdania twego podzielać nie możemy. Przez to jednak nie sądzimy, by święty mąż miał ponieść jakikolwiek uszczerbek w sławie tak dobrze zasłużonej, twierdzimy jedynie, że nazbyt jest on zatopiony w nauce o rzeczach pozazmysłowych, by miał dążyć do poglądu na sprawy chwili bieżącej i szukać w tym chwały.

— Czyżby jednak ta wyższa wiedza — spytał Henryk — nie miała zarówno czynić zdolnym do sprawiedliwego kierowania ludzkimi sprawami? Czyżby właśnie ta wolna od wpływów postronnych dziecięca naiwność wskazać nie mogła pewniejszej drogi poprzez labirynt kwestii niż rozum, na błędne drogi skierowany przez własny interes, zatamowany w swobodnym locie przez ogromną liczbę coraz to nowych przypadków i zawikłań i oślepiony nimi? Nie wiem, ale wydaje mi się, że stoją otworem dwie drogi, którymi dojść można do jasnego poglądu na całokształt dziejów ludzkich. Pierwsza żmudna, długa, wijąca się w tysiącznych skrętach droga doświadczenia, i druga, krótka, jeden krok tylko, droga rozmyślań. Podróżnik udający się do celu drogą pierwszą musi wyszukiwać wszystko, jedno po drugim, za pomocą długich obliczeń, podczas gdy drugi istotę każdego wydarzenia i każdej rzeczy odkrywa bezpośrednio i ujmuje ją od razu w całym kompleksie przyczyn i skutków, tak wyraźnie, że z wszystkimi otaczającymi mógłby ją porównać, jak różne figury wykreślone na tej samej tablicy. Wybaczyć raczcie, że przemawiam tu wobec was jak dziecko, któremu się coś roi. Jedynie zaufanie w dobroć waszą i pamięć o mym nauczycielu, który ukazał mi z oddali tę drugą, to jest swoją własną drogę, dały mi śmiałość odezwania się.

— Przyznajemy ci chętnie — odrzekli dobrotliwie kupcy — że podążać za biegiem twych myśli nie jesteśmy w stanie, mimo to cieszy nas mocno, że zachowałeś tak gorącą pamięć o swym czcigodnym nauczycielu i tak dobrze, o ile sądzić możemy, zapamiętałeś jego nauki. Wydaje nam się przy tym, iż masz skłonności poetyckie. Mówisz z taką łatwością o tym, co się dzieje w twej duszy, i nie brak ci nigdy wyszukanych wyrażeń oraz stosownych porównań. Także widzimy, że lubujesz się w cudowności, która jest żywiołem poety.


Novalis
Henryk von Ofterdingen 

tłumaczenie: F. Mirandola

Znikome są rzeczy wszystkie tej ziemi, choć wydawały się niedoświadczonemu tak konieczne, tak niezbędne

W niewesołym usposobieniu opuścił Henryk ojca i miasto rodzinne. Poznał teraz, co znaczy rozłąka. Nie doznawał tego uczucia, myśląc o podróży, uczuł za to tym silniej gorycz rozłąki w chwili, gdy nagle oderwał się od świata, w którym żył dotąd, w chwili, gdy został wyrzucony falą na obcy brzeg. Niezmierny jest ból młodego serca, gdy czyni to pierwsze doświadczenie, gdy przekonywa się po raz pierwszy, że znikome są rzeczy wszystkie tej ziemi, choć wydawały się niedoświadczonemu tak konieczne, tak niezbędne, tak zrosłe z jego najwnętrzniejszym bytem.

Jako pierwsza zjawa śmierci, niezapomniana pozostaje pierwsza rozłąka. Długo potem niby strach nocny krąży dokoła duszy, krąży ciągle, gasi jedną po drugiej radość z dnia i jego zjawisk, aż przemieni się w tęsknotę. I rośnie ta tęsknota za stałym, pewnym, zmianom niepodległym lądem, a śmierć przemienia się w drogowskaz upragniony, w miłego towarzysza podróży, co pociechy szepce słowa.

Novalis
Henryk von Ofterdingen 

tłumaczenie: F. Mirandola

Dedykacja

Tęsknotę wielką obudziłaś we mnie
Spojrzenia w bezdeń, w samo serce świata.
I pójdę, z dłonią w dłoni ducha-brata
Od trosk daleki, w światłość poprzez ciemnie.

Dusza, co przeczuć piła czar tajemnie,
Kwiaty z niw rwała, kędy baśń polata,
Na szczyty pójdzie, skąd wichr orły zmiata
I w przedświtowym mroku nie zadrzemnie.

Bo już nie ciężą mi kajdany ziemi,
Tyś moim wzlotem jest i Jutrem ty!
Miłość mię  skrzydły objęła jasnemi,

Idę za graniem, co mi w piersi drży…
Kochanko, drogi wiedziesz mię tajnemi!
Tyś twórczy duch, co dzieło moje śni.

Wieczyście jedna, co westchnienie nowa,
Nad ziemią płynie pieśń, mocarna pani.
Zaświatów ciszę ziemi niesie w dani…
Jej tchnieniem młodość jasna i tęczowa.

Przymierza z duchy wielkimi odnowa,
Wśród rozpętania ponęta przystani,
Daje blask oczom, sercom daje słowa,
Wesele cichym i tym, co spłakani.

Z jej boskiej piersi piłem nektar życia,
Duch mój wziął od niej wszystko, czym dziś jest…
Poczułem chwilę skrzydeł rozpowicia…
Pogrążon jeszcze w mrokach, wziąłem chrzest
Zaziemskich tęsknot… Anioł zbiegł skrzydlaty
I poniósł mię daleko, w inne światy.

 Novalis
Henryk von Ofterdingen

Kędy na pustce, z dala od osiedli ...

Oto bór tajny, kędy w szczytach jedli*
Pogwary wiodą bogi puszcz odwieczne,
Kędy na pustce, z dala od osiedli,
Na graniach wichry się skłębiają sprzeczne;
Gdzie drzewiej ciche, bosko-niebezpieczne
O śmierci jasne rozhowory wiedli
Dusza i słońce, bożek purpurowy,
Nim noc im zwiła wieńce snu na głowy.

Kędy się serce wydziera, na szczyty!
Gdzie orle szumy po nicości chodzą.
Kędy głos każdy nie-wieczny, zabity…
I z tęsknot blaski, widzenia się rodzą…
I śmiech szatana brzmi niesamowity,
Że w dole gazdy skiby płotmi grodzą,
Że się po ziemi człowiek władczo patrzy…
Od tchnienia śmierci co dnia w duszy bladszy.


*jodły

Franciszek Mirandola
Poręba, w lipcu 1904

Joseph Joubert II


(…) Książka, która odsłania umysł warta jest więcej niż ta która odsłania jedynie swój temat.

Ludzie inteligentni często traktują interes w sposób w jaki ignoranci traktują książki: nic nie rozumieją.

Ci którym świat nie wystarcza: święci, zdobywcy, poeci, i wszyscy miłośnicy książek.

Ciemny punkt w jego umyśle tak samo trudno mu znieść, jak ziarnko piasku w jego oku.

Jestem jak Montaigne, „niepasującym do ciągłej dysputy”.

Nikczemni ludzie nie mają w sobie nic ludzkiego, poza namiętnościami: są one prawie ich cnotami.

Maksymy, ponieważ to co jest odizolowane, może być lepiej dostrzeżone.

Oddechem umysłu jest uwaga.

Papier jest cierpliwy, ale czytelnik nie.

… zbudowali swą władzę na martwych ciałach.

Zwierzęta lubią ludzi, którzy do nich mówią.

Wolter miał duszę małpy, i umysł anioła.

Wolność. Wolność zrobienia czegoś dobrze. Nie ma potrzeby innych rodzajów wolności.
Prawdy. Prawdy uczące nas działać i żyć dobrze. Nie ma potrzeby innych rodzajów prawd.

Złudzenie, skutkiem którego osobistym szczęściem zdaje mu się to, co w istocie jest dobrem gatunku

Egoizm tak głęboko tkwi w każdym człowieku, że tylko wówczas można liczyć z pewnością na jego współdziałanie, gdy osobiście go dotkniemy. Chociaż każdy osobnik ze względu na pochodzenie należy przede wszystkim do swego gatunku, a nie do siebie samego, to jednak intelekt, skierowany w większości ku celom osobistym, nie może działać zgodnie z celami gatunku, poświęcając interes osobisty. Dlatego też natura, ku osiągnięciu celu własnego, obcego interesom osobnika — daje mu złudzenie, skutkiem którego osobistym szczęściem zdaje mu się to, co w istocie jest dobrem gatunku. Złudzenie to stanowi instynkt, który najczęściej objawia się jako poczucie gatunku, ofiarując istocie to, co jest dla gatunku pożytecznym. Ponieważ jednak wola osobnika jest indywidualną, a więc ilekroć ma działać zgodnie z celami gatunku, ulega złudzeniu i sądzi, że służy celom własnym. (...)

Tu możemy nawiasowo w zrozumiały sposób objaśnić istotę wewnętrzną każdego instynktu w ogóle. Polega on na tym, że indywiduum działa zawsze na ślepo ku dobru swego gatunku. Oczywista bowiem, że troskliwość, z jaką owad szuka określonego miejsca na złożenie jajek, nie lękając się przy tym żadnych niebezpieczeństw, troskliwość ta — jest zupełnie analogiczna z ostrożnością, z jaką mężczyzna dobiera sobie kobietę o odpowiednich cechach. Przy tym mężczyzna tak gorliwie do celów swoich dąży, że lekceważy wskazówki rozsądku i wchodzi w nierozumne związki, tracąc przy tym majątek, honor, a nawet życie. Takim jest działanie instynktu; posiadają go głównie zwierzęta, zwłaszcza niższe, ale i człowiek też go ma, prawie jedynie w wypadkach, o których tu mówimy. Gdyż bez instynktu płciowego człowiek, jako istota rozumna, nie chciałby służyć celom cudzym ze szkodą własnej osoby. Aby więc go otumanić, instynkt płciowy przybiera maskę rozkoszy osobistej i w ten sposób osiągnięty zostaje cel natury. Za pomocą tego fortelu wyjaśnić można to dziwne zjawisko, że każdy zakochany, osiągnąwszy cel, odczuwa pewne rozczarowanie i dziwi się, że jego nadzieje w części tylko sprawdzone zostały. Tu przypomnieć wypada doskonałą myśl Platona, że lubieżność jest żądzą najbardziej jałową.

Wszystko to rozjaśnia w pewnym stopniu instynkt zwierząt. Niewątpliwie zwierzęta, pracując tak gorliwie, z taką abnegacją na korzyść gatunku, znajdują się też pod wpływem złudzenia w postaci rozkoszy osobistej.

Pod wpływem tego złudzenia ptak buduje gniazdo, owad szuka odpowiedniego miejsca dla jajek lub poluje na zdobycz, jemu samemu niepotrzebną, ale użyteczną dla przyszłych gąsienic; na koniec pszczoły, osy i mrówki, pod wpływem tegoż złudzenia, zajmują się budową swoich zdumiewających mieszkań i bardzo skomplikowanym gospodarstwem. Wszystkie te twory znajdują się w pewnym złudzeniu, które im nakazuje działać na korzyść gatunku w postaci interesu osobistego.

Oto, jak mi się zdaje, jedyne objaśnienie wewnętrznego, czysto podmiotowego procesu, leżącego w zasadzie wszystkich przejawów instynktu. Filozoficzny zaś proces instynktu objaśnić można rozmaicie. Ja objaśniam go w ten sposób: u zwierząt obdarzonych w znacznym stopniu instynktem, jak np. u owadów, znajdujemy wielką przewagę systemu ganglinowego (subiektywnego) nad systemem grzbieto-mózgowym (obiektywnym); wskutek tej przewagi zwierzę kieruje się nie tyle rozumieniem obiektywnym, ile wyobrażeniem subiektywnym, które powstaje w mózgu i budzi chcenia; stąd wynika pewne złudzenie, które porywa zwierzę.(...)

Miłość jest wrogą nie tylko warunkom zewnętrznym, ale nawet i samej osobie zakochanych. Często kochamy takie osoby, które nas przyciągają tylko pod względem płciowym, ale mimo tej antypatii dążymy do połączenia się z przedmiotem miłości. 
Zaślepienie to oczywiście minie natychmiast, gdy wola gatunku spełnioną zostanie, lecz wówczas będzie już za późno. Tylko to zaślepienie tłumaczy nam, dlaczego żony szlachetnych mężczyzn bywają nieraz uosobieniem smoków i diabłów. Łatwo też zrozumieć, dlaczego starożytni wyobrażali Amora z przepaską na oczach. Często znamy doskonale te wszystkie wady naszej narzeczonej, wady, które nam zapowiadają na przyszłość niezliczone cierpienia, z goryczą widzimy to wszystko, a jednak nie możemy zwalczyć swej namiętności.

I ask not, I care not,
If guilt's in thy hearth,
I know, that I love thee,
Whatever thou art .

Na koniec miłość często bywa połączona z nienawiścią ku osobie ukochanej: i Platon słusznie nazywa to uczucie miłością wilka do jagnięcia. Nienawiść ta potęguje się, gdy przedmiot miłości pozostaje głuchy na błagania i cierpienia kochanka.

I love and hate her!
Niekiedy rzecz ta sięga tak daleko, że się kończy gwałtowną śmiercią jednego lub obojga zakochanych. Jeden lub dwa takie wypadki bywają corocznie. Dlatego można się zgodzić z Mefistofelesem Goethego, gdy ten mówi, że nie masz większej klątwy jak miłość odepchnięta.

„Na miłość odepchniętą — na ból najpiekielniejszy — przekleństwo rzucam!”

Nie tylko Petrarka całe życie ciągnął okropny ciężar odepchniętej miłości, ale on tylko napełnił puste lasy jękiem i żalem; tylko on miał godny zazdrości dar opowiadania innym swych cierpień. Do niego zastosować można piękne wiersze Goethego.
Und wenn der Mensch in seiner
Qual verstummt,
Gab mir ein Gott zu sagen, wie
ich leide*.

Geniusz gatunku prowadzi stałą walkę z opiekuńczymi geniuszami jednostki i wiecznie łamiąc szczęście osobiste, całe narody nawet zatraca (patrz np. Henryk VI, część III Szekspira). Nie darmo też starożytni uosabiali geniusz gatunku w postaci Kupidyna; bożek ten, pomimo swej niewinnie dziecięcej postaci zewnętrznej, słynął u Greków i Rzymian jako demon okrutny i kapryśny, rozkazujący bogom i ludziom.

Tu deorum hominumque tyranne Amor!

Zabójcze strzały, przepaska na oczach i skrzydła, oto jego cechy; te ostatnie oznaczały niestałość i rozczarowanie, które zazwyczaj przychodzą po zaspokojeniu. Tu zauważę nawiasowo, że chociaż moja teoria nie przypadnie do smaku tym, którzy są zaślepieni szaloną namiętnością, to jednakże, jeżeli na takich ludzi jakiekolwiek argumenty rozumnie działać mogą, prawda odkryta przeze mnie najlepiej może ich otrzeźwić.

*A kiedy człek uciszy się w swej męce, trzeba mi boga, by wyrazić swe cierpienie. 

Schopenhauer
Psychologia miłości

Dzicy gardzą wszystkim, co nie przynależy do rodziny lub szczepu

W Mandavaca zastaliśmy zacnego starego misjonarza, który spędził lat 20 w Bosques del Casiquiare i miał ciało tak skłute przez moskity, że trudno było dostrzec jego białą skórę. Opowiadał nam o swym opuszczeniu i bezradności wobec wielu zbrodni, jakie się dzieją w misjach Mandavaca i Vasiva. W tej ostatniej pożarł niedawno pewien indyjski alcalde jedną ze swych żon, wypasłszy ją poprzód należycie. Ludożerstwo nie jest w Guajanie wywołane głodem ani przesądami wiary, jak na wyspach południowych, ale żądzą zemsty nad pokonanym lub „zboczeniem smaku”. Zwyciężywszy nieprzyjacielską hordę, zjadają podczas uczty zwłoki jednego z poległych. Napadłszy nocą bezbronną rodzinę albo zabłąkanego w lesie wędrowca, kroją ciało i niosą w triumfie do domu. Dzicy gardzą wszystkim, co nie przynależy do rodziny lub szczepu i polują jak na zwierzynę na członków innej hordy. Znają obowiązki względem rodziny, ale nie mają pojęcia o ludzkości całej. Toteż bez miłosierdzia mordują dzieci i kobiety szczepu wrogiego i pożerają je z apetytem po bitwie lub napadzie. Nie macie panowie pojęcia — mówił stary misjonarz — jak zepsute są te famiglia de Indios. Przyjmuje się na przykład do wsi ludzi innego szczepu, wydają się łagodni, uczciwi i pracują dzielnie. Bierze się ich na wycieczkę (entrada) w celu chwytania tubylców i nagle ogarnia ich szał, rozbijają, zabierają wszystko i kryją kawałki zwłok! — Mieliśmy w pirodze pewnego Indianina, zbiegłego z nad Río Guaisia, który w ciągu kilku tygodni tak się ucywilizował, że nam pomagał ustawiać instrumenty podczas nocnych obserwacji. Był z pozoru dobroduszny, rozumny, tak że chcieliśmy go wziąć na stałe za pomocnika. Ku wielkiemu zdumieniu, dowiedzieliśmy się od niego, w rozmowie prowadzonej przez tłumacza, że „mięso małpy manimonda jest co prawda czarniejsze, ale zdaniem jego smakuje jak mięso ludzkie”. Zaręczał, że członkowie jego szczepu „zjadają jeno dłonie ludzkie, podobnie jak łapy niedźwiedzie, zaś resztę odrzucają”. Mówiąc to, wyrażał gestami wielki apetyt. Spytaliśmy go, czy i tu, w misji ma ochotę na cheruvichahenę (mięso ludzkie), a on odparł spokojnie, że tu jadł będzie to, co los padres.

Alexander von Humboldt
Podróż po rzece Orinoko
tłumaczenie: F. Mirandola

Wrogowie książek

Ogromną przeszkodą dla kultury są również w wielu okolicach podzwrotnikowych małe termity, czyli comeje. Pożerają przeraźliwie wszystko, papier, tektury, pergamin, niwecząc całe archiwa i biblioteki. W licznych prowincjach hiszpańskiej Ameryki nie ma pisanego dokumentu starszego nad sto lat. Cóż się ma tedy stać z kulturą danego kraju i ludu, jeśli przeszłość nie będzie złączona z chwilą bieżącą i trzeba ponawiać walki i klęski, okupując tym na nowo doświadczenie?

Alexander von Humboldt
Podróż po rzece Orinoko
tłumaczenie F. Mirandola

Wydaje się jakby słabe stworzenie pociągało silne tym więcej, im większe mu okazuje zaufanie

Jaguary w okolicach Atures są tak zuchwałe, że porywają po wsiach świnie biednym Indianom. Pewien misjonarz opowiedział pewne zdarzenie, świadczące o łagodności tych z pozoru dzikich zwierząt. Kilka miesięcy przed naszym przybyciem pewien jaguar, którego uważano za młodego, choć był wielki, bawił się z dzieckiem i zadrasnął je przypadkiem. Owo wyrażenie „bawił się” wygląda dziwnie, jednak miałem sam dowody czegoś podobnego. Dwoje dzieci indyjskich, chłopiec i dziewczynka, siedziało w trawie. Około drugiej po południu przybiegł z lasu jaguar i zaczął wokoło skakać jak kot. Malcy nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa, a jaguar zbliżył się i zaczął klepać łapą chłopca po głowie. Zrazu czynił to lekko, potem jednak coraz mocniej, i krew pociekła od zadraśnięcia pazurem. Widząc to, chwyciła dziewczynka gałąź i zaczęła bić jaguara, który uciekł niezwłocznie do lasu. Na krzyk dzieci przybiegli starsi i spostrzegli umykającego jaguara. Sam widziałem oboje dzieci. Chłopak był bystry i wydawał się inteligentny. Pazur jaguara zdrapał mu tylko trochę skóry na czole i głowie. Skądże się wzięła owa sympatia dla dzieci u zwierza, którego dość łatwo zresztą oswoić, który atoli na wolności jest krwiożerczy i okrutny? Można by wprawdzie przypuszczać, że uważał malców za swą zdobycz i bawił się nimi, jak kot ptakiem z przyciętymi skrzydłami, dlaczegóż jednak uciekł przed bijącą go dziewczynką? Jeśli zaś nie zbliżył się do dzieci pod przymusem głodu, to po cóż w ogóle przybiegł? Nienawiść i sympatia zwierząt kryje dużo tajemnic. Zdarzało się, że lew rozszarpywał dwa czy trzy psy wpuszczone do klatki, zaś od razu pieścić zaczął czwartego, który, śmielszy od tamtych, chwycił go za grzywę. Wydaje się jakby słabe stworzenie pociągało silne tym więcej, im większe mu okazuje zaufanie.

Alexander von Humboldt
Podróż po rzece Orinoko
tłumaczenie: F. Mirandola

sobota, 19 grudnia 2015

Joseph Joubert I


Uszy i oczy są bramami i oknami duszy.
… Rodzą się starcami.
Czy słuchasz zachowujących ciszę?
… Gdzie oskarżyciele prawie zawsze są winnymi.
Koniecznym jest by było coś świętego.
W tych czasach gdy umysły są niespokojne.
Namiętności przychodzą jak ospa i szpecą pierwotne piękno.
Musi wyznać swą mroczność.
Jeden lubi mówić to co wie, a drugi to co myśli.
Wyobraźnia jest okiem duszy.
Bóg jest miejscem gdzie nie pamiętam reszty.
Kompensować absencję pamięcią.
Jasność umysłu nie jest dana we wszystkich wiekach.
I wtedy znak sprawia, że zapominamy o oznaczanej rzeczy.
Wiek w którym ciało stało się subtelne, a umysł stał się toporny.
Cienie na murze, osądy, przypuszczenia.

Ucisz płacz i westchnienia


Pociesz, jeśli możesz,
Ucisz płacz i westchnienia
Lecz cóż, nadzieję zmoże
Siła mego wspomnienia.

Kruk go strzeże, zziębnięty,
Nie wie, że bagna w puszczy
Są strasznym lodem ścięte,
Który nigdy nie puści.

Pod błotem, co zakrzepło,
Pod czarnym szkłem się chowa
Gdzieś w wielkiej głębi ciepło
Zamilczanego słowa.


Warłam Szałamow
tłumaczył Leszek Engelking