Cyna i miedź to jest brąz
na berle siedzi to puchacz
to co jest to jest dola
jednak przeklęty sen niech będzie
co każe szukać łoża na pełnej zdrady ziemi
kto zaśnie na gałęzi
prócz powieszonego
ale ja znam jednego co będzie szedł do końca
i przed końcem nie zjedzą go wszy
o tobie mówię: ty
na bujnym balkonie sosny
zejdź
idź
ubierz przystrój to wszystko
cały ciemny ten teatr
kształtem człowieczym
idź
i pokaż im
i pokaż jej: gasnącej jesiennej planecie
jak płoną ci źrenice
poszedłem
tak jak tu jest czarno na białym
czyli biało na czarnym
i do pierwszych dochodząc brzasków
tam dopiero przymknąłem powieki
Edward Stachura
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
piątek, 18 grudnia 2015
Psy wyszczekały jesień ...
Psy wyszczekały jesień i Bruno
to ja zawyję
o, ludzie, bracia
opadają nam liście z drzew
dzisiaj ach dzisiaj
w samo południe
zadrżała mi ręka
kiedy zapalałem papierosa
to za przegub chwyciła mnie lekko
muza wszelkiej niepewności
w wolnej chwili zejdź mi z oczu barwna wstęgo
zejdź mi z pięt żółwiu chyżonogi
zejdź mi z ust mowo urywana
odsuńcie się wszyscy wy i wy
i ty jaka tylko jesteś nowino
niech nie dochodzą mnie słuchy też
szmery szelesty pomruki
gromy dudnienie i skowyt
- nawoływania wielostronne
w tej wolnej chwili
niech mnie spowinie mgła
Edward Stachura
Odtrącony od życia ...
Odtrącony od życia zwycięskiej biesiady,
W zadumie dni swe pędzę, w samotności skryty.
Z codziennymi troskami odbywam narady,
I co dzień klęsk bezbarwnych plon zbieram obfity.
Lecz los, który mi przypadł, mądry jest i słuszny
I sprawiedliwe wszystko, co wziąłem w udziele,
Bo nie zrozumiesz nigdy, człecze małoduszny,
Ile pereł znajduję w swym szarym popiele.
Leopold Staff
W zadumie dni swe pędzę, w samotności skryty.
Z codziennymi troskami odbywam narady,
I co dzień klęsk bezbarwnych plon zbieram obfity.
Lecz los, który mi przypadł, mądry jest i słuszny
I sprawiedliwe wszystko, co wziąłem w udziele,
Bo nie zrozumiesz nigdy, człecze małoduszny,
Ile pereł znajduję w swym szarym popiele.
Leopold Staff
Zbladła twarz Don Żuana...
Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga - orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest - noclegiem - i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
„Śpi snem wiecznym" - szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej - w pozgonnym rozpędzie.
„Śpi snem wiecznym..." Snu nie ma i nigdy nie będzie!
„Szczęśliwy! Już nie cierpi!" - tak mówiono wkoło -
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
I zaczęło się nowe - nieznane cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słuchał ich wcale.
Szli ludzie - dotąd żywi... Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność rozumiał pogrzebu
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.
Bolesław Leśmian
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga - orszak szedł pośpiesznie,
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest - noclegiem - i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
„Śpi snem wiecznym" - szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej - w pozgonnym rozpędzie.
„Śpi snem wiecznym..." Snu nie ma i nigdy nie będzie!
„Szczęśliwy! Już nie cierpi!" - tak mówiono wkoło -
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
I zaczęło się nowe - nieznane cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słuchał ich wcale.
Szli ludzie - dotąd żywi... Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność rozumiał pogrzebu
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.
Bolesław Leśmian
Nic
w nocy
słowo
słowo
nic
rozrasta się krzewi
gwałtownie
w dzień
traci swą
żarłoczność
wślizguje się w życie
jak nóż w mięso
Tadeusz Różewicz
środa, 16 grudnia 2015
Cisza
W ciszy znajduje się cudowna siła jasności, oczyszczenia,
skupienia na tym, co istotne. Dietrich Bonhoeffer
Wielu ludzi tęskni dziś za ciszą. Jest ona według Petera
Handkego utraconym prawem człowieka dzisiejszych czasów. Jest to
zrozumiałe, jeśli sobie uświadomimy, że hałas wedle statystyk
jest uważany za główną przyczynę obniżenia jakości życia.
Dostęp do ciszy jednak nie otwiera się mechanicznie wraz z ustaniem
zewnętrznego tła dźwiękowego. Także jeśli na przykład u
siebie w domu zadbamy o zewnętrzną ciszę, wyłączając telefon i
komórkę, radio i telewizor, to jeszcze nie oznacza, że wewnętrzna
cisza automatycznie się załączy. Gdy stanie się cicho i
znikną wszelkie odciągające uwagę elementy, nieświadome może
ujawnić się szybciej, a my poczujemy wyraźnie, co się z nami
dzieje. Cisza działa jak lustro, w którym można jaśniej spojrzeć
na to, co zachodzi w naszym wnętrzu, niż wtedy, gdy ciągle
jesteśmy czymś zajęci.
Kiedy zamiast oczekiwanego spokoju odczujemy niepokój i
nieprzyjemne uczucie, niektórzy z nas pomyślą, że cisza nie jest
ich przeznaczeniem. Tym jednak nie należy się przejmować. Nie jest
niczym niezwykłym, że zbawienne działanie ciszy nie od razu da się
odczuć. Nie można przeskoczyć za jednym zamachem z krzątaniny
i nerwowości w ciszę. Dla doświadczenia wewnętrznej ciszy
potrzeba - mówiąc obrazowo - drogi dojazdowej. Jeśli na przykład
chcemy rozkoszować się pięknym widokiem ze szczytu góry, najpierw
trzeba pokonać drogę dojazdową, by dotrzeć na szczyt, który
chcemy zdobyć. Marsz drogą asfaltową wydaje się z początku
nieatrakcyjny, bo nie ma nic wspólnego z pięknym widokiem. Lecz ta
asfaltowa droga prowadzi nas do celu. Na takiej asfaltowej drodze do
ciszy przyjmujemy postawę uważną, nasłuchującą. Może się
zdarzyć, że postrzegamy za wiele, co przeczy ciszy: zauważamy
mnogość własnych myśli, odczuwamy niepewność, nerwowość albo
smutek, a możliwe, że pojawiają się wewnętrzne obrazy,
wyobrażenia czy wspomnienia. Na własnej drodze do ciszy pozwalamy
istnieć temu wszystkiemu, co się w nas pojawi. Nie musimy tego
oceniać, lecz wsłuchiwać się w to, co istnieje poza tym. W ten
sposób cisza prowadzi nas ku uważności. Nasz oddech jest naszym
dobrym towarzyszem w drodze, a my postrzegamy, jak przychodzi i
odchodzi. Możemy dać sobie tyle czasu, ile potrzebujemy, by powoli,
lecz z każdą chwilą coraz bardziej, zbliżyć się do siebie
samych. Cisza umożliwia nam wejście w kontakt ze sobą i
pozostanie w nim. Święty Antoni radzi: „Wejdź w ciszę, a
cisza wszystkiego cię nauczy". W ciszy chodzi o to, by pozostać
ze sobą niezłomnie w takim zakresie, jaki jest możliwy. W byciu w
ciszy następuje niepostrzeżenie jasność, oczyszczenie i
skupienie na tym, co najistotniejsze. I nawet jeśli spotkamy w ciszy
samotność, której chętnie byśmy uniknęli, to ona jest właśnie
„wartościowym wsparciem, by zawrzeć ze sobą samym przyjaźń"
(przysłowie tybetańskie). Przyjaźń jest warta tego, by nie bać
się drogi dojazdowej do ciszy. Stopniowo możemy zdawać się
świadomie stale od nowa na działanie ciszy. Taka postawa może na
przykład rano pomóc nam zrezygnować z włączenia radia, a
wieczorem -może raz w tygodniu albo raz w miesiącu - telewizora czy
innych rozpraszających uwagę urządzeń. Szukamy umyślnie
spokojnych miejsc i pozwalamy, by przemówiły do nas cichą
atmosferą kościoły czy kaplice. Dajemy sobie czas, by w ciszy
obejrzeć zachód słońca lub nasłuchujemy w ciszy, która powstaje
nawet wtedy, gdy pada deszcz.
Karin
Seethaler, Siła kontemplacji. Uleczy nas cisza, przełożyła:
Barbara Grunwald- Hajdasz, Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów
W drodze
wtorek, 15 grudnia 2015
Oda do nicości
Je i płacze
Zapewne jest groteskowy
Usiłuje zapchać w sobie tę otchłań choćby strawą
O samotności pustych mieszkań!
O zwątpienie w sens początku i końca:
Tępa rozpacz starców i ich nienawiść do samych siebie
i dzika rozpacz młodości jej samouwielbienie
jej samozatrata i zwątpienie sięgające samego dna
O samotności straszna i wspaniała
O nasze pragnienie życia i nasza nienawiść do życia
I ty lepka nudo która bierzesz nas w swoje posiadanie
w samym środku szczęśliwego dnia
O przepaści która otwierasz się nagle pod stopami
o niegodny żalu nad samym sobą
Więc po to cała ta udręka pośpiechu ta oszukana dyscyplina dni
żeby zapchać tę dziurę
to piekło osłaniane własnym ciałem nieustającą gadaniną
ucieczką w tłum
Julia Hartwig
Zapewne jest groteskowy
Usiłuje zapchać w sobie tę otchłań choćby strawą
O samotności pustych mieszkań!
O zwątpienie w sens początku i końca:
Tępa rozpacz starców i ich nienawiść do samych siebie
i dzika rozpacz młodości jej samouwielbienie
jej samozatrata i zwątpienie sięgające samego dna
O samotności straszna i wspaniała
O nasze pragnienie życia i nasza nienawiść do życia
I ty lepka nudo która bierzesz nas w swoje posiadanie
w samym środku szczęśliwego dnia
O przepaści która otwierasz się nagle pod stopami
o niegodny żalu nad samym sobą
Więc po to cała ta udręka pośpiechu ta oszukana dyscyplina dni
żeby zapchać tę dziurę
to piekło osłaniane własnym ciałem nieustającą gadaniną
ucieczką w tłum
Julia Hartwig
Świat zewnętrzny
Coś martwego jest we mnie, gdzieś tam w głębi duszy,
Brak mi radości, coś mnie jakby trupem czyni,
Bez kawałeczka zimy nigdzie się nie ruszam,
W centrum Paryża żyję niczym na pustyni.
W ciągu dnia kupić piwo wyjdę sobie czasem,
W supermarkecie stoi kilku starszych gości,
Ich nieobecne oczy omijam z łatwością,
Nie mam także ochoty rozmawiać przy kasie.
Nic mi do tych, dla których zawsze byłem chory;
Do psucia atmosfery również miałem talent,
Doznawałem poczucia pustki do tej pory,
A także niepowodzeń, cierpienia i żalu.
Nic nie przerywa nigdy sennego marzenia,
Które jest moim dzisiaj i przyszłość mi plecie.
Ja sam, według lekarzy, jestem sobie winny.
Prawda, trochę się wstydzę, milczeć powinienem;
Ponuro obserwuję płynące godziny,
Pory roku mijają gdzieś w zewnętrznym świecie.
Michel Houellebecq
tłum. Maciej Froński
Brak mi radości, coś mnie jakby trupem czyni,
Bez kawałeczka zimy nigdzie się nie ruszam,
W centrum Paryża żyję niczym na pustyni.
W ciągu dnia kupić piwo wyjdę sobie czasem,
W supermarkecie stoi kilku starszych gości,
Ich nieobecne oczy omijam z łatwością,
Nie mam także ochoty rozmawiać przy kasie.
Nic mi do tych, dla których zawsze byłem chory;
Do psucia atmosfery również miałem talent,
Doznawałem poczucia pustki do tej pory,
A także niepowodzeń, cierpienia i żalu.
Nic nie przerywa nigdy sennego marzenia,
Które jest moim dzisiaj i przyszłość mi plecie.
Ja sam, według lekarzy, jestem sobie winny.
Prawda, trochę się wstydzę, milczeć powinienem;
Ponuro obserwuję płynące godziny,
Pory roku mijają gdzieś w zewnętrznym świecie.
Michel Houellebecq
tłum. Maciej Froński
Cisza
Noc bezszelestna. W lesie
nic nie słychać, żadnych odgłosów.
Robactwo pracuje.
Ptaki drapieżne pełnią swą powinność
z pewnością,
lecz ja nic nie słyszę.
Boję się tylko ciszy. Przedziwnej,
prawie niespotykanej na tym świecie,
gdzie nikt nie wie, jak dźwięczy jego własny głos,
nikt nie pragnie
zostać przez chwilę sam na sam ze sobą.
Jutro,
znów odłóżmy na jutro autentyczne życie.
Nie dręczy mnie fakt, że istnieję,
lecz niezwykłość
tego tutaj i teraz o tak niemej porze.
Cisza w tym domu,
pod bandażem lasu.
Czyżby nastał koniec świata?
José Emilio Pacheco
tłum. Krystyna Rodowska
nic nie słychać, żadnych odgłosów.
Robactwo pracuje.
Ptaki drapieżne pełnią swą powinność
z pewnością,
lecz ja nic nie słyszę.
Boję się tylko ciszy. Przedziwnej,
prawie niespotykanej na tym świecie,
gdzie nikt nie wie, jak dźwięczy jego własny głos,
nikt nie pragnie
zostać przez chwilę sam na sam ze sobą.
Jutro,
znów odłóżmy na jutro autentyczne życie.
Nie dręczy mnie fakt, że istnieję,
lecz niezwykłość
tego tutaj i teraz o tak niemej porze.
Cisza w tym domu,
pod bandażem lasu.
Czyżby nastał koniec świata?
José Emilio Pacheco
tłum. Krystyna Rodowska
Do Szekspira
Szekspirze, któryś zstąpił do dusz naszych głębi
I znasz krwi naszej żądze i nasz lęk gołębi,
Znasz nas od dna do szczytu!
Coś zszedł w noce bezsenne władców krwią pijanych
I w marzenia promienne kobiet zakochanych,
Stęsknionych do błękitu!
Przed którym groby żadnych nie miały tajemnic,
Ileż duchów dla ciebie z mrocznych wyszło ciemnic,
Z posłań swoich się zwlekło!
I niebo uchylało przed tobą obłoków
I tobie wydawało część swoich wyroków,
A zbrodnie swoje - piekło!
Kto rzekł, żeś ty przeminął? Inne stroje jeno!
Dla twojego teatru cały świat dziś sceną,
Twojego głosu żąda!
I każdy z nas, niepomny, czym jego istnienie,
Nagle teraz znów widzi swoje przeznaczenie,
Znowu w niebo pogląda.
I oto Ryszard Trzeci opuszcza swe łoże,
Jakieś światło się świeci nocą w Elsinorze,
Cezar wstał o północy,
Patrzy na swoją gwiazdę, co w dali dogasa,
I żałośnie zabrzmiały trąby Fortynbrasa,
Wzywające pomocy.
Szekspirze! Ty, którego nic tu nie przeraża,
Chodź! Weźmy jakąś czaszkę z wielkiego cmentarza,
W który świat dziś zmieniony,
I patrząc w nią, słuchajmy, jako szumią drzewa
I ptak wśród nich ukryty jak po nocy śpiewa
Dla kochanków z Werony!
Daj głos władcom wygnanym, ogarniętym trwogą,
Skamieniałym z rozpaczy, co płakać nie mogą,
I własnej klęski sprawcy!
I tym, co jak król Anglii w deszczu ognia stoją,
Uśmiechnięci, bo ufni w dobrą sprawę swoją
I w miłosierdzie Zbawcy.
Będziemy iść za tobą spokojnie, bo któż by
Wątpił, że się spełniają proroctwa i wróżby?
I nie potop ze stali,
Ale ten ma zwyciężyć, który pysznych kruszy,
I będzie, że z "Makbeta" las jak wojsko ruszy
I mordercę powali.
Jan Lechoń
I znasz krwi naszej żądze i nasz lęk gołębi,
Znasz nas od dna do szczytu!
Coś zszedł w noce bezsenne władców krwią pijanych
I w marzenia promienne kobiet zakochanych,
Stęsknionych do błękitu!
Przed którym groby żadnych nie miały tajemnic,
Ileż duchów dla ciebie z mrocznych wyszło ciemnic,
Z posłań swoich się zwlekło!
I niebo uchylało przed tobą obłoków
I tobie wydawało część swoich wyroków,
A zbrodnie swoje - piekło!
Kto rzekł, żeś ty przeminął? Inne stroje jeno!
Dla twojego teatru cały świat dziś sceną,
Twojego głosu żąda!
I każdy z nas, niepomny, czym jego istnienie,
Nagle teraz znów widzi swoje przeznaczenie,
Znowu w niebo pogląda.
I oto Ryszard Trzeci opuszcza swe łoże,
Jakieś światło się świeci nocą w Elsinorze,
Cezar wstał o północy,
Patrzy na swoją gwiazdę, co w dali dogasa,
I żałośnie zabrzmiały trąby Fortynbrasa,
Wzywające pomocy.
Szekspirze! Ty, którego nic tu nie przeraża,
Chodź! Weźmy jakąś czaszkę z wielkiego cmentarza,
W który świat dziś zmieniony,
I patrząc w nią, słuchajmy, jako szumią drzewa
I ptak wśród nich ukryty jak po nocy śpiewa
Dla kochanków z Werony!
Daj głos władcom wygnanym, ogarniętym trwogą,
Skamieniałym z rozpaczy, co płakać nie mogą,
I własnej klęski sprawcy!
I tym, co jak król Anglii w deszczu ognia stoją,
Uśmiechnięci, bo ufni w dobrą sprawę swoją
I w miłosierdzie Zbawcy.
Będziemy iść za tobą spokojnie, bo któż by
Wątpił, że się spełniają proroctwa i wróżby?
I nie potop ze stali,
Ale ten ma zwyciężyć, który pysznych kruszy,
I będzie, że z "Makbeta" las jak wojsko ruszy
I mordercę powali.
Jan Lechoń
Milczenia
Jest milczenie gaju, co wiatrem dyszał,
A teraz w ciszy tonie,
I jest dzwonnicy cisza,
Kiedy przeciągłe umilkło podzwonne.
I jest samotnego stawu milczenie,
Gdzie ktoś utonął. Ani
Traszka tędy nie przemknie,
Ani żaba nie pluśnie w tej otchłani.
Lecz pustego domu cisza zaklęta,
Gdzie się człowiek urodził,
Żył i miał huczne święta –
Ta wszystkie cisze swą pustką przechodzi!
Nie ma już pieśni, które pamiętamy.
Dom się, ten dom znajomy,
Z oślepłymi oknami,
Zdaje – umarły? W modłach zatopiony?
Jakby już żadna nie istniała siła,
Co by przemogła cienie,
By przeszłość pozwoliła
Żywemu „Teraz” rozbić grobu odrętwienie.
Thomas Hardy
przełożył Zygmunt Kubiak
A teraz w ciszy tonie,
I jest dzwonnicy cisza,
Kiedy przeciągłe umilkło podzwonne.
I jest samotnego stawu milczenie,
Gdzie ktoś utonął. Ani
Traszka tędy nie przemknie,
Ani żaba nie pluśnie w tej otchłani.
Lecz pustego domu cisza zaklęta,
Gdzie się człowiek urodził,
Żył i miał huczne święta –
Ta wszystkie cisze swą pustką przechodzi!
Nie ma już pieśni, które pamiętamy.
Dom się, ten dom znajomy,
Z oślepłymi oknami,
Zdaje – umarły? W modłach zatopiony?
Jakby już żadna nie istniała siła,
Co by przemogła cienie,
By przeszłość pozwoliła
Żywemu „Teraz” rozbić grobu odrętwienie.
Thomas Hardy
przełożył Zygmunt Kubiak
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Mój spokój
idę osypującym się piaskiem
między żwirem wybrzeża i wydmą
letni deszcz pada na moje życie
na mnie na moje spustoszone życie
biegnące ku swojemu początkowi ku swojemu końcowi
mój spokój jest tam w cofającej się mgle
kiedy nie będę już stąpać po długich ruchomych progach
i żyć w przestrzeni
otwierających się i zamykających drzwi
S. Beckett
tłumaczenie: Julia Hartwig
między żwirem wybrzeża i wydmą
letni deszcz pada na moje życie
na mnie na moje spustoszone życie
biegnące ku swojemu początkowi ku swojemu końcowi
mój spokój jest tam w cofającej się mgle
kiedy nie będę już stąpać po długich ruchomych progach
i żyć w przestrzeni
otwierających się i zamykających drzwi
S. Beckett
tłumaczenie: Julia Hartwig
piątek, 11 września 2015
Św. Grzegorz z Nyssy miał ciało za „martwą i wstrętną szatę"
Człowiek
to dusza, która nosi ciało. Dopiero kiedy dusza „rozbierze się"
z ciała, pozna istotę rzeczywistości. Toteż św. Grzegorz z Nyssy
miał ciało za „martwą i wstrętną szatę". „Jak bowiem
ktoś - czytamy w Dialogu z siostrą Makryną —
mający na sobie potarganą odzież, gdy zostanie z niej obnażony,
już nie widzi na sobie nieprzyzwoitości tego, co odrzucił: tak
samo i my, gdy zwleczemy ową martwą i wstrętną szatę, narzuconą
nam ze skór zwierzęcych [...], razem ze zdjęciem szaty odrzucamy
od siebie wszystkie skutki przyobleczenia siebie w zwierzęcą skórę.
A tym, co nasza natura otrzymała razem z nierozumną powłoką, są:
spółkowanie, zapłodnienie, urodzenie, brud, karmiąca pierś,
jedzenie, wypróżnianie się, stopniowy wzrost do dojrzałości,
rozkwit, starość, choroba, śmierć". Nietrudno odgadnąć, że
analogię stworzył chorobliwy wstyd za własne ciało, wywołany
niewczesną tęsknotą do „formy anioła".
Ryszard
Przybylski
Pustelnicy
i demony
Subskrybuj:
Posty (Atom)