niedziela, 27 września 2026

Henryk Elzenberg - Nauka i barbarzyństwo


W głęboką grążą się ciemnoić, którzy hołdują niewiedzy;
w jeszcze głębszą, którym wiedza wystarcza.
lia-Upaninad, 9

Może to niepedagogiczny i godny potępienia postępek:
z zastrzeżeniami wobec nauki wyrywać się w kraju, gdzie u tylu jeszcze ludzi trzeba wywalczyć najprostsze dla nauki zrozumienie. Nie mówiąc już jednak o tym, że takich wychowawczych zabiegów nie wymaga chyba publiczność, dla której ten artykuł jest przeznaczony, trudno przecież jakoś się godzić, by wzgląd na maruderów myślowych miał nam uniemożliwiać dyskusję o sprawach najbardziej istotnych i z polskiej literatury teoretycznej robić jakieś wieczne przed­ szkole. Skromna ta uwaga może wystarczy, by uchronić mnie od zbyt ostrych potępień za prawdziwą czy urojoną broń daną do ręki nieuctwu; rozstrzygający jednak powód, dla którego bez zbytniej obawy przystępuję do swoich rozważań, jest ten, że ostrze ich tylko bardzo pośrednio kieruje się przeciw nauce samej. Godzi ono, co prawda, w pewien wcale znaczny odłam uczonych, jak również - czego się nie myślę zapierać - w pewien jednostronny kult nauki; przeciw jednak nauce samej zwraca się tylko o tyle, o ile nieproporcjonalny jej rozwój kosztem innych form ludzkiej twórczości mógł w epoce, w której żyjemy, dla pewnych krytykowanych tu zjawisk stworzyć sprzyjające podłoże.

Dwie są grupy ludzi, którzy w nauce dopatrują się rysów ujemnych. Jednym, interesującym się głównie właściwym zagadnieniem poznawczym, sam dostarczany przez nią obraz świata wydaje się niedoskonały: uważają go to za zbyt schematyczny, to za dostosowany wyłącznie do po­trzeb i wymagań praktyki, to za uzyskany przez rodzaj jakby zanegowania przedmiotu, o którego poznanie cho­dziło, to po prostu za nie ujmujący „rzeczywistości” istot­nej: tego typu są zarzuty Bergsona i innych irracjonalistów, po części Hegla oraz kierunków mających swój punkt wyjścia w Heglu.

Drudzy podejrzewaliby ją raczej o zły wpływ na duchowość człowieka: ci mówią o stępiającej wrażliwość, zacieśniającej widnokrąg naukowej specjaliza­cji, o podcinaniu niezbędnych do życia i twórczości instyn­któw, o tym wreszcie, że owa wyłączna miłość prawdy, którą się uczeni tak szczycą, zbyt może często przesłania małoduszną raczej ucieczkę przed zagadnieniami żywymi, wszystkim, co niepokojące i płodne, głębią życia i jego powagą. Ta grupa oskarżycieli to filozofowie kultury; jak tam Bergson, tak tu może Nietzsche dał formuły najdobit­niejsze. Zastrzeżenia wysunięte poniżej - choć ich teorety­czny punkt wyjścia biegunowo od nietzscheańskiego się różni - są tego drugiego typu: grzechy, które się w nich wytyka uczonym, są grzechami przeciw kulturze.

Dwukrotnie już oto użyłem tego wyrazu „kultura”; oznacza on pojęcie dla szkicu niniejszego centralne, i trud­no mi nie wyjaśnić znaczenia, w jakim myślę się nim posługiwać. Niestety pierwsze to wyjaśnienie pociągnie za sobą konieczność paru innych, bardziej zawiłych, i mimo że w rozprawce takiej jak ta, nie mogącej wnikać w rdzeń każdej sprawy, niebezpiecznie jest sięgać do kwestii ostate­cznych, zawsze spornych i trudnych, godzi się nam i o bezpieczeństwie zapomnieć w interesie jasności wykładu. Przez kulturę mianowicie chcę tu rozumieć sumę rzeczy, których stworzenie jest w zakresie możności człowieka, a które są rzeczami wartościowymi; ale wprowadzone tą definicją w krąg rozważań pojęcie wartości samo może rozmaicie być pojmowane. Co dzień można się spotkać ze zdaniem, że wartościowymi stają się rzeczy przez jakiś stosunek swój do nas; a do częściej wyznawanych poglądów na to, jaki to by mógł być stosunek, należy ten, który go upatruje w „korzystności” albo „użyteczności”, albo jeszcze nieco inaczej, w fakcie, iż rzecz „zaspokaja nasze potrzeby”. Kto by tak brał istotę wartości, ten i nasze określenie kultury musiałby rozumieć w ten sposób, że jest to suma moż­liwych wytworów działalności człowieka, zaspokajających jego potrzeby: rozminięcie się najzupełniejsze z tym, co myśmy zamierzali powiedzieć. My bowiem rozumieliś­my wartość jako coś niezależnego i od nas, i od takie­ go czy innego między nami a przedmiotem stosunku, coś co tkwiłoby w przedmiocie i wtedy, gdyby istniał on na świecie sam jeden. Rozróżnienie to było niezbędne, gdyż tylko przy tym drugim ujęciu możliwe są i mają sens wszystkie wnioski, do których tu będziemy zmierzali. Jeśli całe znaczenie kultury leży w tym, że zaspokaja ona nasze potrzeby, to nigdy w żaden sposób nie wykażemy, że powinna ona być raczej niż nie być; cienia bowiem racji nie widać, by potrzeby gatunku homo raczej miały być za­ spokajane niż potrzeby gatunku felis tigris albo taenia echinococcus. Zupełnie co innego, kiedy kulturę sprowadzi­my do wartości bezwzględnych. Rzecz obdarzona taką wartością nie może już bez szkody być albo nie być; taka rzecz powinna być²; jest to właściwość nieodłączna od jej pojęcia; a jeśli powinna być, winna również przez nas, w miarę naszej ludzkiej możności, być wprowadzana w ist­nienie, „tworzona”, jak brzmi wyrażenie potoczne. I jeśli takich rzeczy zespołem jest kultura, to nie ma już mowy, by wolno nam ją było tworzyć albo nie tworzyć; tworzyć ją jest teraz, po pierwsze, naszą powinnością - ponieważ obejmuje ona tylko wartości, które stworzyć jest w naszej mocy, po drugie, naszą powinnością jedyną³, ponieważ
obejmuje je wszystkie. I to byłby nasz wniosek: kultura jako nakaz i imperatyw, cel i powołanie człowieka, kopuła, za której filary winniśmy uważać siebie i drugich, swoje życie i swoje działanie.

Pozostaje trudność - trudność niemała, wszelkiej najskromniejszej próbie patosu kres kładąca ironicznym pytaniem: czy takie niezależne od nas wartości są czymś, co istnieje naprawdę? Jeśli nie, to i wniosek upada; a kto wie, czy nie przyjdzie się zgodzić, że taka przecząca odpowiedź jest tą, którą w kołach filozoficznych słyszy się dziś najpospoliciej. Wbrew wszystkiemu jednak, co na jej ko­rzyść zwolennicy jej potrafią przytoczyć, zdaje się, że argumenty silniejsze ma za sobą odpowiedź twierdząca.

Nie mogę ich tu ani przytaczać, ani, tym mniej, badać stopnia ich siły: to tylko niechaj tu stwierdzę, jako dla dalszego ciągu niezbędne, że o jakimś udowodnieniu tezy negatywnej nie ma i mowy, i że w najgorszym wypadku sprawa jest po prostu wątpliwa. I to nam zupełnie wystar­czy, gdyż - wbrew znanej i skądinąd rozsądnej zasadzie mądrości praktycznej - wątpliwość jest tu dostateczną podstawą, by stworzyć to, o co nam idzie: nakaz nie wstrzymywania się, lecz działania. Rzecz bowiem - jeśli ją dobrze rozumiem - przedstawia się w sposób następujący.

Jeżeli się od tworzenia kultury uchylimy, to kultury nie będzie: za nas nikt jej nie wywiedzie z niebytu. Jeśli ją tworzyć będziemy, to i wtedy nie uzyskamy pewności, czyśmy stworzyli kulturę rzeczywistą, czy tylko jej pozór, bo wartości w niej ujawnione może wszak są czystą naszą fantazją; może jednak i nie są, a wtedy podjęty w ich służbie wysiłek przecież nas doprowadził do celu, i nasz na los nie sprawdzonej nadziei budowany gmach stanął na­ prawdę. Czyli że, w razie wysiłku, są szanse stworzenia kultury; w razie wstrzymania się, nie ma żadnej. Wniosek może być tylko jeden: wysiłek podjąć. Jest w tym oczywiś­cie ryzyko: bo jeśliśmy się pomylili, jeśli dla naszej budowli nie ma w świecie poza nami oparcia, to cała nasza praca jest na nic: zawisamy w próżni wraz z naszym dziełem, i mozół nasz i trud poszły na marne. Przyjąć ryzyko, zgodzić się na to, że może budujemy w powietrzu i na fundamencie z ułudy wznosimy gmach z urojenia, to jest święty obowiązek każdego świadomego współtwórcy kul­tury, a zarazem jego godność i cnota: jak metafizyk lub mistyk rzuca on przed siebie cale swe życie, nie wiedząc, czy rzuca je w próżnię, czy na podwalinę czegoś wiecznego.

Cnota, dodajmy nawiasem, ostro go przeciwstawiająca typowi uosobionemu w uczonym: tego bowiem obowiąz­kiem jest nie budować, gdy podstawa jest choć trochę wątpliwa. Ale o uczonych, ich psychologii i ich intere­sach - jeszcze za chwilę; by móc nimi zająć się bliżej, musimy przedtem stwierdzić pewne następstwa tego, coś­my ustalili dotychczas.

Leżą one zresztą na dłoni. Nie można tworzyć świado­mie rzeczy wartościowych bez wydawania odpowiednich sądów „wartościujących" czy też, prościej, „oceniających” (oba te wyrazy znaczą to samo)⁴. Z chwilą zaś kiedy je wydajemy, musimy się w nich chronić od błędu i dbać o ich poprawność nie gorzej niż przy innych swych czynnościach poznawczych; za czym znowuż idzie konieczność nie mniej ścisłej w ich formułowaniu metody. Jeśli z jakichkolwiek powodów nie zechcemy wydawać ich wcale, zbraknie nam wzoru i planu, według których moglibyśmy tworzyć kul­turę; jeśli je wydawać będziemy, ale niemetodycznie i myl­nie, to i kultura nasza będzie pomyłką. Oceniać i opraco­wywać nasze oceny, są to zatem dwa nakazy pochodne, „które pociąga za sobą obowiązek tworzenia kultury: i tu oto docieramy dó punktu, gdzie o te zagadnienia wartości zahacza się wreszcie sprawa konkretna, którąśmy tu zamie­rzali omówić. Jeśli bowiem tak rzeczy się mają, to każda siła, która nas czy to od wydawania ocen, czy to od ich opracowywania chce odwieść, jest, w granicach, w jakich to czyni, groźbą wymierzoną w kulturę. A sił takich da się wymienić niemało. Jedną z nich, i nie najmniej potężną, stanowi bierny opór tych ludzi, którzy w hierarchii warto­ści, gdyby ją chcieć przeprowadzić na serio, znaleźliby się na szczeblach dla ich miłości własnej mało pochlebnych; w interesie tych możliwych ofiar hierarchii jest, by sądów o wartości lepiej nie było. Ale siła ta, rzecz prosta, nie może występować we własnym imieniu, i byłaby wieczyście skazana na bronienie się samą tylko inercją, gdyby nie trafili się sojusznicy walczący w imię haseł bardziej godzi­wych, i które wziąć za swoje można bez wstydu. Takim ratującym pozory sojusznikiem tego, co gorsze, są na przykład skrajne formy demokratyzmu: tkwiąca w każdej wielkiej idei znana skłonność do rozszerzania się i uogól­niania bez miary występuje w nich jako pęd do zniesienia wszystkich możliwych hierarchii we wszystkich możliwych dziedzinach - a więc i w tej najważniejszej, o której mówimy w tej chwili. Ale czynnik to zbyt namacalny i zbyt często już wyciągany na światło, by zastanawianie się nad nim raz jeszcze mogło się opłacić myślowo. Mniej na pierwszy rzut oka uchwytne, a przez to tym godniejsze zbadania, są te sploty okoliczności, dzięki którym w niezaszczytny ów sojusz zostaje wciągnięta potęga najmniej, zdawałoby się, na to podatna: sama najwyższe swe szczyty tylko dzięki ludzkiej woli kultury osiągająca nauka.

By zrozumieć możność konfliktów między myśleniem naukowym a myśleniem oceniającym, trzeba sobie przede wszystkim zdać sprawę, że są to rzeczywiście dwie różne, samoistne postacie myślenia. Niewątpliwa ta prawda nie zawsze dostatecznie jest uznawana; musimy więc przypomnieć nie tylko ją samą, ale choćby najkrócej także racje, które nam ją narzucają. Różnica, o którą chodzi, nie tkwi w sposobie, w jaki z twierdzeń już uzyskanych i przyjętych za podstawę wywodu uzyskuje się twierdzenia dalsze; swoistych form wnioskowania myślenie oceniające nie wykazuje. Tym bardziej różni się ono od naukowego naturą twierdzeń pierwszych, nie będących wnioskami, „podstawowych” w pełnym znaczeniu. W nauce twier­dzenia te są to sądy albo spostrzegawczo-zmysłowe, albo spostrzegawczo-introspekcyjne, albo wreszcie aprioryczne;
w myśleniu oceniającym - pominąwszy ten lub ów może aksjomat pomocniczy, będący a priori, ale nie będący oceną - należą one do jakiejś kategorii zupełnie odmiennej, nie mieszczącej się w żadnej z trzech wymienionych. Nie są a priori; przeciwnie, w jakimś szerokim znaczeniu można by je nazwać empirycznymi: na podstawie zetknięcia się z rzeczą stwierdzają, że jest ona taka a taka, dobra czy zła, piękna czy brzydka. Nie są jednak i spostrzegawcze, i to w żadnej z możliwych dwóch odmian: wartości nie stwier­dza się ani zmysłami, ani w drodze introspekcyjnej. Nic innego nie pozostaje jak, chcąc je określić, sięgnąć po termin niezadowalający co prawda, ale przecież zdolny dostarczyć jakiejś orientacji choć przybliżonej, i nazwać je intuicyjnymi. Intuicja tkwi u podstawy wartościowania; ustalać i umacniać fundamenty jakiejś dyscypliny wartoś­ciującej to opracowywać nie spostrzeżenia ani dane introspekcyjne, nawet - w głównej części zadania - nie dane a priori, lecz intuicje. Główne tedy czynności umysłu, wymagane z jednej strony w nauce, z drugiej w ocenianiu, są różne; a różnicę tę pogłębiają towarzyszące myśleniu właściwemu liczne przeżycia, kształtujące dwie samodziel­ne, wyraźnie się jedna od drugiej odcinające odmiany już nie tylko intelektów, lecz ludzi.

Z różnicy tej wynika między innymi, że żaden cel, do osiągnięcia którego niezbędne jest wartościowanie, nie może być osiągnięty środkami samej tylko nauki; że więc nie wystarcza ona również do ugruntowania kuItury i że gdyby nie jej własna potrzeba oparcia się o wolę do kultury, i najwspanialszy jej rozwój mógłby współistnieć z barbarzyństwem niczym nie zamąconym. Nie do tego jednak - doniosłego zresztą - wyniku zmierzaliśmy, rozgraniczając nasze dwie postacie myślenia. Szło nam, jak się rzekło, o wykazanie, że możliwe są między nimi konflikty; czego pierwszym oczywiście warunkiem było stwierdzić, że są to dwie rzeczy między sobą nieidentyczne. Drugi warunek będzie spełniony, jeśli wykażemy, że w razie spotkania się ich w jednym umyśle, jedna drugiej może wejść w drogę, i że w interesie dzielności i skuteczności myślenia może wtedy być: jedną z nich stłumić. Jednostkami, w których umyśle spotkanie takie może nastąpić, są z natury rzeczy tylko uczeni; powodów zaś, które sprawiają, że myślenie oceniające może bruździć naukowemu — tylko ten wypadek nas tu obchodzi - można zdaje się przytoczyć dwa; wszystkie inne, czasem wymieniane, są nieistotne.

Pierwszy polegałby na tym, żc wobec zachodzącej róż­nicy trudną jest rzeczą obie formy myślenia, w ich skoń­
czonej i metodycznej postaci, opanować równorzędnie i równomiernie. Nie niemożliwą bynajmniej: przy odpowie­dnim wysiłku można w sobie wyrobić obie sprawności, czy to, że, tak jak artysta uprawia niekiedy dwie sztuki, będzie się poświęcało swe siły raz nauce, raz ocenianiu, czy to, że się jedno z drugim połączy w jakiejś dyscyplinie złożonej, naukowo-oceniającej, takiej, jakimi w ujęciu wielu swych przedstawicieli bywają, a w niektórych swych gałęziach być muszą, dyscypliny humanistyczne. Ale tak zdwojone zada­nie wymaga i nakładu sił zdwojonego, tak że nawet dla tęgich umysłów może być praktycznie bardziej wskazane jednej z dwóch sprawności się wyrzec na rzecz wydoskona­lenia się w drugiej. I to byłaby jedna kolizja, w skutkach swych o tyle ograniczona, że z jej powodu jednostka zrzeka się nie oceniania w ogóle i związanych z ocenianiem form życia, lecz jedynie tej czynności bardziej specjalnej, jaką jest metodyczna współpraca nad tworzeniem systemu war­tości. Ale oto co w swych konsekwencjach sięga głębiej, w samą treść człowieczeństwa. Rzecz uznana za wartościową - chcę powiedzieć wartościową dodatnio - jest nie w sposób konieczny co prawda, ale przecież dla ogółu ludzi i przy  reagowaniu normalnym, rzeczą, której urzeczywistnienia się pragnie; i na odwrót: wartość ujemna jest zazwyczaj przedmiotem obawy. Ktoś tedy, kto wydaje oceny, chociaż by skądinąd nie wiedział, co to jest interes albo namiętność, w jednym się przynajmniej nie różni od czło­wieka interesu lub namiętności: pragnie on, by pewne rze­czy istniały, a pewne nie istniały, by fakty miały się tak, a nie inaczej. I jeżeli taki człowiek swych pragnień nie potrafi utrzymać na wodzy, to grozi mu, podobnie jak tamtym, że zamkną mu one oczy na prawdę, że fakty bę­dzie on gotów przyjąć do wiadomości lub ich nie przyjąć, zależnie od ich stopnia zgodności z tym, co mu te prag­nienia dyktują. Taki zaś stosunek do prawdy to jedno z najcięższych przewinień, jakich może się dopuścić czło­wiek nauki: i dlatego ma on powody, na równi z interesem i namiętnością, lękąć się i wartościowania jako trzeciej równorzędnej pokusy. I tu również, jak przy konflikcie pierwszym, trudność nie jest nie do zwalczenia: od tego istnieje samokrytycyzm i dyscyplina moralna, by wpływ pragnień na działalność poznawczą opanować i unieszkodliwić. Jest to jednak wtedy ogromny ciężar dodatkowy, który uczony, obok tylu innych, bierze na siebie; nie dziw więc, że woli on czasem w ogóle przestać patrzeć na rzeczy pod kątem dobra i piękna i wyłupić sobie oko, które go gorszy, niż przez styczność z niebezpiecznym tym światem mnożyć sobie trud i udrękę. Taki byłby drugi ów konflikt, o wiele niewątpliwie groźniejszy: tu bowiem w interesie nauki skazujemy się na coś więcej niż na rezygnację z pewnej sprawności; tu ubożymy się jako ludzie, okalecza­my się cali. - W ten to sposób myślenie oceniające bywa wypierane przez naukowe z umysłu i życia jednostki.

Jakże teraz to tak swoiste, tak ciasnych kół dotyczące zjawisko dochodzi do tego, by rozszerzyć się na teren zbiorowy? Tylko przez procesy psychologiczne. Tłumienie swej myśli oceniającej, o ile je już praktykuje, ma uczony prawo uważać tylko za swą osobistą, związaną ze swym powołaniem, higienę; nic dalszego od słuszności niż stąd przechodzić do zakazów i potępień ogólnych i tej samej ofiary żądać od ludzi, których treścią życia nie jest po­ znanie.
Zbyt często jednak bywa inaczej: tłumienie ocenia­nia u siebie pociąga u wielu uczonych potępienie go bezwarunkowe, które potem już dość naturalnie — w sprawach tak ogólnych każdy ma skłonność wychodzić ze sztandarem na rynek - przekazują otoczeniu jako zasadę.
Rozsądnego po temu powodu nie ma oczywiście żad­nego; żadna z racji przemawiających za tym, by oceniania się wyrzec, nie przemawia za tym, by nim pogardzać. Ale w sprawach ludzkich, jak wiemy, często właśnie powód najmniej rozsądny jest powodem działającym faktycznie; i pod wpływem najrozmaitszych czynników irracjonalnych - czy będą to jakieś subtelne a żywotne konieczności psychiczne, czy trywialne zgoła słabostki - dzieje się tak i w naszym wypadku. Wybór jednej specjalności raczej niż drugiej, sąsiedniej i konkurencyjnej, nie powinien powodo­wać pogardy dla tej, którą się pozostawiło na boku; w rzeczy samej jednak nie mniej naiwnie niż wilk morski wędrowanie po lądach, tenisista - grę w piłkę nożną, a niejeden autor lichych dramatów - pisanie choć najlep­szych powieści, potrafi nieraz i uczony mieć za nic każdą obcą sobie postać myślenia za to tylko, że on wybrał naukę: i to byłoby pierwsze, dość nieciekawe, ale jakże nieraz istotne źródło jego uczuć ujemnych. Nie o wiele ciekawsze jest źródło dalsze. Gdy z dwóch bliskich sobie rzeczy jedna jest cenna, nie wynika stąd dla drugiej nic hańbiącego; inaczej jednak sądzi ów dziwny, wiecznie nam grożący symplizm myślowy, dzięki któremu uczony tak sobie czasem lubi porozumować: myślenie naukowe jest cenne, więc myślenie oceniające jest czymś pozbawionym racji i sensu. Poważniejszy jest powód trzeci; na szczęście dla honoru uczonych zdaje się on być powodem naczel­nym - ale i tu nie znać racjonalności. Przez to, że nam rzecz jakaś przeszkadza w osiągnięciu jakichś celów spec­jalnych o ważności ograniczonej, nie staje się ona złem absolutnym; że jednak, by z siebie wydobyć niezbędny do jej odrzucenia wysiłek, przekonanie o jej szkodliwości częściowej mało kiedy jest bodźcem dość silnym, chętnie sobie dodajemy energii w ten sposób, że tę absolutną ujemność po prostu sobie wmawiamy: i tak czynią i z ocenianiem ci, którym ono przeszkadza. Tak na drogach irracjonalnych doszedłszy do swej wielkiej pogardy, rozumowe jej uzasadnienie bierze sobie uczony gotowe od jednej z licznych teorii, według których sąd o wartości jest „subiektywny”, „dowolny”, „niemożliwy do uzasadnie­nia”, „zawsze jednakowo słuszny albo niesłuszny”, i jak zresztą jeszcze brzmieć mogą te ściślejsze lub mniej ścisłe formuły, o których sens dokładny mało się troszczy szer­mujący nimi niespecjalista, chcący haseł, a nie definicyj. Postępując tak, uczony godzi sam w siebie: oceniając bowiem ujemnie myślenie oceniające, tym samym ocenia ujemnie własną dodatnią ocenę myślenia naukowego; ale to tak bijące w oczy następstwo dziwnie jakoś zwykło pozostawać poza polem jego widzenia. Przeciwnie, zbyt często widzimy, jak mniej lub więcej świadomie, czasem słowem, częściej przykładem, narzuca on swe uprzedzenia i laikom, nie mającym w tej sprawie tych, co on interesów spejalnych, i albo ich usiłuje przekonać, by nie oceniali w ogóle, albo im powiada mniej więcej tak: jako niepowo­łani do wyższych zadań poznawczych, bawcie się, jeśli już macie ochotę, w tę dla was nieszkodliwą grę w stopnie, byleście jej nie brali na serio, i ocen swych nie próbowali, broń Boże, uzasadniać czy opracowywać, czy traktować z jakąkolwiek metodą. To ostatnie postawienie sprawy jest gorsze, bo w dziedzinę życia najistotniejszą wnosi demora­lizację i rozkład, ale groźne dla kultury są oba, bo każde godzi w jeden z niezbędnych warunków jej realizacji.

W taki to sposób może uczony stać się czymś w rodzaju rzecznika barbarzyństwa na arenie zbiorowej; by jednak zrozumieć, dlaczego dziś właśnie może to być niebezpieczne, musimy wziąć pod uwagę jeszcze jeden ważny współ­ czynnik: stopień wpływu uczonego na ogół. Rzecz cała pozostaje niegroźna, póki wpływ ten działa w granicach wyznaczonych jego kompetencją istotną, poza tymi zaś granicami dochodzą prawidłowo do głosu autorytety właś­ciwe. Wiemy wszyscy, że taki stan rzeczy jest możliwy: w wielu epokach - nawet takich, w których nauka kwitła - spełniała ona swą funkcję bez wchodzenia w uprawnienia nie swoje, i nikomu na myśl nie przychodziło przyznawać jej jakieś słowo ostatnie bez względu na naturę zagadnień. Ale wiemy równie dobrze, że stan ten nie jest jedynym możliwym: nieraz - w wyniku przesunięć, których tajem­niczy mechanizm nie tu miejsce usiłować prześwietlić - bywa tak, że cześć dla nauki doprowadza do wyznaczenia jej roli przodującej i kierowniczej, i że się wytwarza stała przewaga, hegemonia nauki w kulturze. Przewaga dla kultury fatalna: wtedy bowiem nawet aberracje uczonych dla ogółu stają się wzorem; a gdy te aberracje dotyczą samych pierwszych podstaw kultury, barbarzyństwo może stanąć u progu: drzwi są więcej niż przez pół uchylone.

Otóż taka właśnie przewaga zaznaczyła się wyraźnie w epoce nowoczesnej po Odrodzeniu. Elitę tego okresu olśniła i urzekła nauka swym, rozpoczętym juz w wieku XVlI, a w ostatnich stu latach przyjmującym tempo zgoła zawrotne, rozwojem teoretycznym; szeroki ogół wpadł w zachwyt nad cudami jej zastosowań; tak u ogółu, jak u elity powaga jej stała się większa niż zapewne kiedykolwiek w historii. Jest to dziś - w krajach Zachodu bardziej oczywiście niż w Polsce, której odrębne warunki były źródłem naszych wahań na wstępie - przeświadczenie zarazem rozpowszechnione i w jakiś szczególny sposób żywotne, że nauka nie jest jednym z działów kultury, ale jej działem naczelnym, lub że wprost cała kultura może być z nauką utożsamiona. Wytworzyła się i, wbrew wszelkim oporom, rozwija się na ogół i krzewi pewna jakby religia nauki, a w związku z tym autorytet uczonych wykracza coraz dalej poza granice, w których jest autorytetem legalnym. I oto przyczyna, dla której także w sprawie myśli oceniającej wpływ uczonych trafia na grunt tak podatny: interwencja ich na rzecz barbarzyństwa staje się skuteczna dopiero dzięki ich przodownictwu w kulturze.

Spustoszeń tym wywołanych - bo o spustoszeniach tu mówić jest niewielką chyba tylko przesadą - nie będę już opisywał w szczegółach. Najgłębiej sięgnęły one, jak dotąd, w zakresie życia artystycznego; tu niewiara w skalę warto­ści zdążyła nam już wejść w krew i poczucie, i nie tylko eklektycznych odbiorców, ale nieraz i samych twórców zbić z tropu. W dziedzinie etycznej natomiast rzecz jest nieco zamaskowana przez istnienie grupy norm i przepisów powszechnie do dziedziny tej zaliczanych, a które wpły­wom niwelacyjnym stawiają opór nie do złamania; są to wszystkie - praktycznie tak ważne - normy i przepisy podyktowane względem na pożytek zbiorowy, w mniema­niu ogółu stanowiące rdzeń etyki tzw. społecznej. Dla nas jednak - zgodnie ze stanowiskiem, któreśmy sformułowali na wstępie - cała ta rzekoma etyka, właśnie jako dotycząca pożytku, jest zespołem sądów nie o wartości, ale o czymś z gruntu odmiennym, a tym samym i jej oporność nie stanowi przeciw nam argumentu. By proces niwelacyjny także w dziedzinie etycznej stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, należałoby wziąć pod uwagę przedmioty, przy których ocenie, jak przy ocenie dzieł sztuki, wzgląd utyli­tarny odpada; na przykład: to, czego interes jest źródłem norm utylitarnych; albo: w każdym poszczególnym działa­niu to, co ono ma na widoku jako swój cel ostateczny; albo: stany duszy czysto wewnętrzne, nie ujawniające się w czynach. Wtedy łatwo byśmy stwierdzili, że szczerby i wyłomy są tu nie mniejsze niż w dziedzinie piękna czystego, i że ślepota na wartość, będąca heroiczną ofiarą ludzi wiedzy czystej, dotknęła i w tej sferze znaczną część zbiorowości - w której życiu jest już tylko kalectwem.

„Pamiętnik Warszawski" R. 2 (1930), nr 4/5, s. 104-115; przedruk w tomie Wartość i człowiek, Toruń 1966, s. 150-159.

2 Teza ta, gdy to pisałem, byta wyznawana przez aksjologów najpoważniejszych, m. in. przez M, Hartmanna; nieodłączną cechą tego, co wartośćowe, było u nich tzw. Seiruollen, traktowane nawet niekiedy jako definicja wartości. Nie jest jednak przekonująca. Nie liczy się z tym, że wartość ma stopnie, od bardzo wysokich do bardzo niskich; a choć wolno może powiedzieć, że nawet rzecz minimalnie wartośćową źle jest niszczyć, „wytrącać z istnienia", to nie miałoby chyba dobrego sensu powiedzenie, że każda rzecz minimalnie wartośćowa „powinna być" bez zastrzeżeń, tzn. także wejść w istnienie, jeżeli jeszcze nie istnieje. Znacznie mocniej narzuca się koncepcja, że to, co już istnieje, powinno stać się tak wartościowe, jak tylko można. I tak też chyba wypadnie rozumieć kulturotwórczą działalność ludzką; nie jako wprowadzanie w istnienie coraz to nowych przedmiotów wartośdowych (na wzór jakiegoś muzeum, które byśmy chcieli wzbogacać), ale jako przekształcenie tego, co istnieje, w kierunku najwyższej osiągalnej wartości.

3 Twierdzenie to może się wydać rażące i przejaskrawione. Przestanie nim może być, jeśli sobie uprzytomnimy, po pierwsze, że mowa tu o powinościach nie poszczególnych jednostek (te obowiązków będą zawsze miały w bród), ale ludzkości wziętej jako całość; po drugie, że zgodnie z rozumieniem najpospolitszym, do kultury jest tu włączona także moralność. Nie głoszę więc „kulturalizmu" z jakimś immoralistycznym zadęciem.

4 Niezupełnie. W Estetyce jako dyscyplinie wartościującej wprowadziłem rozróż­nienie, które na ogół spotkało się z aprobatą. Zob. w tym tomie i. 34, przyp. 1.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.