wtorek, 30 czerwca 2015

Celem życia monastycznego jest osiągnięcie doskonałości



  Chociaż Kasjan był raczej nauczycielem doskonałości niż teologiem w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, był jednak pierwszym, który uporządkował doktrynę ascetyczną i mistyczną mnichów egipskich i zaadoptował ją dla potrzeb monastycyzmu zachodniego. W jego czasach powstają już albo anonimowe zbiory wypowiedzi najsłynniejszych Ojców Pustyni {Apoftegmaty), albo pobożne opowiadania o ich życiu i cnotach {Opowiadania dla Lausosa). Pomimo że nie przedstawił, w sensie ścisłym, syntezy doktrynalnej, pozostawił wszelkie potrzebne elementy do jej zbudowania. Jego naukę można zatem w skrócie przedstawić następująco: celem życia monastycznego jest osiągnięcie doskonałości; w zależności od stanu i przygotowania duszy istnieją jednak trzy podstawowe stopnie doskonałości: bojaźń, nadzieja i miłość Boga {Rozmowa XI). Poprzez miłość Boga i czystość serca (najwyższy stopień doskonałości) dusza dochodzi do kontemplacji, która daje przedsmak wiecznej szczęśliwości i buduje w ludzkich sercach królestwo Boże {Rozmowa I). Głównymi przeszkodami na drodze do doskonałości są: przeciwstawne pragnienia ciała i ducha {Rozmowa IV), wady główne {Reguły życia mnichów V-XII, Rozmowa V), pokusy {Rozmowa VII), szatan {Rozmowa VIII). Podstawowym zaś środkiem do pokonania tych przeszkód jest: modlitwa (Rozmowa III), pokuta (Rozmowa XX), post (Rozmowa XXI), umartwienia (Rozmowa XXIV). Bardzo ważną rolę w przezwyciężaniu trudności odgrywają również cnoty, zwłaszcza cnota roztropności (Rozmowa II), cierpliwości (Rozmowa VI), czystości (Rozmowa XII). Miejsce szczególne w pismach Kasjana zajmuje modlitwa. W Rozmowie LX omawia cztery podstawowe rodzaje modlitwy [orationum species] (prośby [obsecrationes], modlitwy ustne [orationes], wspólne błagania [postulationes], dziękczynienia [gratiarum actiones]), zaznaczając, że modlitwą doskonałą jest „modlitwa płomienna", którą „sam Duch Święty, bez naszego udziału, zanosi do Boga" i której nie można „wyrazić słowami czy nawet objąć myślą" (XI,15,2). Ten właśnie rodzaj modlitwy, „przekraczający wszystko, co podlega zmysłom" (XI,25), Kasjan zaleca mnichom, uważając go za najwyższą formę kontemplacji.


Za: Jan Kasjan, Rozmowy z Ojcami tom 1, Rozmowy I-X, tytuł oryginału: Collationes Patrum XXIV, przekład i opracowanie: Ks. Arkadiusz Nocoń, seria: źródła monastyczne 28, starożytność 20, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2002

Plan Coudenhove-Kalergi – ludobójstwo narodów Europy


Tym artykułem zamierzamy udowodnić raz na zawsze, że to nie jest spontaniczne zjawisko. Co chcą przedstawić jako nieuchronny wynik współczesnego życia, to w rzeczywistości plan pomyślany przy stole i przygotowywany przez dziesięciolecia, by całkowicie zniszczyć oblicze kontynentu.

Pan-Europa

 

Niewielu wie, że jednym z głównych inicjatorów procesu integracji europejskiej, był również człowiek który opracował plan ludobójstwa narodów Europy. Jest to mroczny człowiek, o którego istnieniu nie wiedzą masy, ale elita uważa go za założyciela Unii Europejskiej. Nazywa się Richard Coudenhove-Kalergi. Jego ojciec był austriackim dyplomatą o nazwisku Heinrich von Coudenhove-Kalergi (z koneksjami z bizantyjską rodziną Kallergis), matka Japonką – Mitsu Aoyama. Dzięki bliskim kontaktom ze wszystkimi europejskimi arystokratami i politykami, dzięki relacjom arystokraty-dyplomaty ojca, i poruszaniu się za kulisami, z dala od świateł i rozgłosu, udało mu się zwrócić uwagę najważniejszych głów państw na jego plan, czyniąc ich zwolennikami i kolaborantami „projektu integracji europejskiej”.

a
Człowiek za ludobójstwem białych Europejczyków – Richard Coudenhove-Kalergi.

W 1922 założył w Wiedniu ruch „pan-europejski”, którego celem było ustanowienie Nowego Porządku Świata, opartego na federacji krajów, pod kierownictwem Stanów Zjednoczonych. Do pierwszych zwolenników należeli czescy politycy Tomáš Masaryk i Edvard Beneš, oraz bankier Max Warburg, który zainwestował pierwsze 60.000 marek. Austriacki kanclerz Ignaz Seipel i następny prezydent Austrii, Karl Renner, wzięli na siebie odpowiedzialność kierowania ruchem „pan-europejskim”. Później swoją pomoc zaoferowali francuscy politycy tacy jak Léon Bloum, Aristide Briand, Alcide De Gasperi i inni.

Istota planu Kalergi:

 

W książce Praktyczny idealizm [Practical Idealism], Kalergi pisze, że mieszkańcami przyszłych „Stanów Zjednoczonych Europy” nie będą narody starego kontynentu, a rodzaj podludzi, produkty mieszania ras. Wyraźnie oświadcza, że narody Europy powinny krzyżować się z azjatycką i kolorowymi rasami, tworząc wielonarodowe stado, bez żadnej jakości i łatwo kontrolowane przez elitę rządzącą.

Kalergi głosi zniesienie prawa do samostanowienia, a następnie eliminację narodów przy wykorzystaniu etnicznych ruchów separatystycznych i masowej migracji. Żeby Europę kontrolowała elita, chce zamienić ludzi w jedną jednorodną mieszankę czarnych, białych i Azjatów. Ale kto tworzy tę elitę? Kalergi dokładnie to opisuje:
Człowiek przyszłości będzie rasy mieszanej. Dzisiejsze rasy i klasy będą stopniowo znikać ze względu na eliminację przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Eurazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna z wyglądu do starożytnych Egipcjan, zastąpi różnorodność narodów i różnorodność jednostek. Zamiast niszczyć europejski judaizm, Europa, wbrew jej woli, uszlachetniła i wykształciła tych ludzi, popędzając ich do przyszłego statusu wiodącego narodu poprzez ten sztuczny proces ewolucyjny. Nic dziwnego w tym, że naród który uciekł z getta-więzienia, stał się duchową szlachtą Europy. Tym sposobem litościwa troskliwa Europa stworzyła nową rasę arystokratów. To się wydarzyło, gdy upadła europejska arystokracja feudalna z powodu emancypacji Żydów [z powodu działań podjętych przez rewolucję francuską].
Chociaż żaden podręcznik nie wymienia nazwiska Kalergi, jego pomysły stanowią główne zasady Unii Europejskiej. Pogląd, że narody Europy powinny być wymieszane z Afrykańczykami i Azjatami, żeby zniszczyć naszą tożsamość i stworzyć jedną rasę Metysów, stanowi podstawę całej polityki wspólnoty, której celem jest ochrona mniejszości. Nie z powodów humanitarnych, a z powodu dyrektyw wydawanych przez bezwzględny reżim który spiskuje największe ludobójstwo w dziejach. Europejską Nagrodę Coudenhove-Kalergi przyznaje się co 2 lata Europejczykom, którzy wyróżnili się w promowaniu tego zbrodniczego planu. Do laureatów tej nagrody należą Angela Merkel i Herman Van Rompuy.



a

 

Podżeganie do ludobójstwa jest także podstawą stałych apeli ONZ, które żądają byśmy przyjmowali miliony emigrantów by pomóc w niskich wskaźnikach urodzeń w UE. Według opublikowanego w styczniu 2000 raportu w Przeglądzie „Podział ludności” [Population division] ONZ w Nowym Jorku, pod tytułem „Zastąpienie imigracją: rozwiązanie spadku i starzenia się populacji” [Immigration replacement: A solution to declining and aging population], do 2025 Europa będzie potrzebować 159.000.000 imigrantów.

Można się zastanawiać, jak można tak dokładnie oszacować imigrację, gdyby to nie był przemyślany plan. Pewne jest to, że niski wskaźnik urodzeń można łatwo odwrócić poprzez odpowiednie metody wspierania rodzin. To jest tak oczywiste, że wkład obcych genów nie chroni naszego dziedzictwa genetycznego, a umożliwia jego zniknięcie. Jedynym celem tych działań jest całkowite wypaczenie naszych narodów, by włączyć je do grupy narodów nie posiadających jedności narodowej, historycznej i kulturowej. Krótko mówiąc, polityka planu Kalergi była i nadal jest podstawą oficjalnych polityk rządowych w celu dokonania ludobójstwa narodów Europy, poprzez masowa imigrację. G Brock Chisholm, były dyrektor Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) pokazuje, że dobrze przerobił lekcję Kalergi, kiedy mówi:
‚Wszystko co ludzie wszędzie mają zrobić, to ograniczać wskaźnik urodzeń i promować małżeństwa mieszane (między różnymi rasami), to ma na celu stworzenie jednej rasy na świecie, która będzie kierowana przez władzę centralną”.

Wnioski:

Kiedy rozejrzymy się wokół, plan Kalergi wydaje się być w pełni zrealizowany. W Europie mamy fuzję z Trzecim Światem. Plaga małżeństw międzyrasowych co roku produkuje tysiące młodych ludzi rasy mieszanej: „dzieci Kalergiego”. Pod dwoma naciskami: dezinformacji i ludzkiego ogłupiania, promowanych przez masmedia, Europejczyków uczy się wyrzekania się ich pochodzenia, wyrzekania się ich tożsamości narodowej.


a

Słudzy globalizacji próbują nas przekonać, że zaprzeczanie naszej tożsamości jest aktem postępowym i humanitarnym, że „rasizm” jest zły, bo chcą byśmy wszyscy byli ślepymi konsumentami. Konieczne jest teraz, bardziej niż kiedykolwiek, przeciwstawić się kłamstwom Systemu, obudzić ducha rewolucyjnego Europejczyków. Każdy musi zobaczyć tę prawdę, że integracja europejska to ludobójstwo. Nie mamy innego wyjścia, bo alternatywą jest samobójstwo narodowe.

Od tłumacza: Chociaż nie interesują nas szczególnie powody dzięki którym Kalergi dokonywał swoich wyborów, postaramy się odpowiedzieć na pytanie, które z pewnością nasi czytelnicy już zadali: Dlaczego europejski arystokrata, z flamandzkimi, polskimi, grecko-bizantyjskimi korzeniami, a nawet z pewną domieszką krwi samurajów w żyłach (po matce), był takim narzędziem w rękach sił ciemności? Powodów, naszym zdaniem, jest wiele, idiosynkratyczne, psychologiczne i. . . kobiety.
Dlatego obserwujemy osobowość o silnych postawach snobistycznych, arogancji, i, pozwolę sobie na określenie – „zdegenerowana elitarność”. Ponadto, faktem jest, że jego matka była Azjatką, być może wywoływała wewnętrzne konflikty i frustracje, coś, co może się zdarzyć u osób z takim temperamentem. Ale najbardziej decydującym czynnikiem musiała być „odpowiednia nastolatka”, która, nawiasem mówiąc, oczywiście, była przy nim, i stała się jego pierwszą kobietą (w wieku 13 lat): Żydówka Ida Roland, który później została znaną aktorką.

 

RADA EUROPEJSKA:



a
Van Rompuy zdobył nagrodę Coudenhove-Kalergi za największy wkład w białe europejskie ludobójstwo i zniewolenie. 

 

Nagroda Coudenhove-Kalergi dla przewodniczącego Van Rompuy


16 listopada 2012, przewodniczący Rady Europejskiej, Herman Van Rompuy, został laureatem Coudenhove-Kalergi Prize, na specjalnej konferencji w Wiedniu, celebrującej 90 lat ruchu pan-europejskiego. Nagrodę przyznaje się co 2 lata czołowym postaciom za ich wybitny wkład w proces integracji europejskiej.

Decydującym czynnikiem, który pomógł mu wygrać nagrodę, był zrównoważony sposób, w jaki przewodniczący Van Rompuy spełniał obowiązki na nowym stanowisku przewodniczącego Rady Europy, ustanowionej Traktatem Lizbońskim. Odgrywał tę szczególnie wrażliwą wiodącą i koordynującą rolą w duchu determinacji i pojednania, bo nacisk kładło się również na jego umiejętny arbitraż w sprawach europejskich i nieugięte zaangażowanie w europejskie wartości moralne.


a


W swoim przemówieniu p. Van Rompuy zjednoczenie Europy nazwał projektem pokojowym. Ten pomysł, który także był celem pracy Coudenhove-Kalergi, po 90 latach jest nadal ważny. Nagroda nazywa się od księcia Richarda Nicolausa von Coudenhove-Kalergi (1894-1972), filozofa, dyplomaty, wydawcy i założyciela Ruchu Pan-Europejskiego (1923). Coudenhove-Kalergi był pionierem integracji europejskiej i czynnie popularyzował pomysł federalnej Europy.

Wśród laureatów nagrody znalazły się kanclerz federalny Niemiec Angela Merkel (2010) i prezydent Litwy Vaira Vike-Freiberga (2006).

Niniejszy artykuł jest przekładem z włoskiego zamieszczonego tutaj Identità:
http://golden-dawn-international-newsroom.blogspot.co.uk/2013/01/the-coudenhove-kalergi-plan-genocide-of.html

Tłum z j. ang. Ola Gordon

Wolna Polska →

O wielomówności i milczeniu


(1)  1. [852 A] W poprzednim rozdziale mówiliśmy krótko o tym, jak bar­dzo zgubnie jest sądzić innych, a jeszcze bardziej - być osądzonym i uka­ranym z powodu języka; a skrycie przenika to także do tych, którzy wy­dają się być uduchowionymi. A teraz już zgodnie z porządkiem ustalimy przyczynę tej wady i pokażemy bramę, przez którą ona wchodzi, a raczej wychodzi.

(2) 2. Wielomówność jest siedziskiem próżności, na którym pokazuje się [852 B] i pyszni. Wielomówność jest oznaką niewiedzy, bramą obmowy, przewodnikiem błazeństwa, pomocnikiem kłamstwa, ustaniem żalu, go­spodarzem akedii, zwiastunem snu, rozproszeniem uwagi, zagładą czu­wania, ochłodzeniem zapału, zaciemnieniem modlitwy.

(3) 3. Świadome milczenie jest matką modlitwy, powrotem z niewoli, zachowaniem ognia, opiekunem myśli, tropicielem wrogów, więzieniem płaczu, przyjacielem łez, sprawcą pamięci o śmierci, malarzem kary, skrupulatem sądu, pomocnikiem smutku, nieprzyjacielem rozwiązłości języka, towarzyszem hezychii, szermierzem zamiłowania do nauki, doda­waniem wiedzy, rzemieślnikiem rozważania nad różnymi zagadnieniami, ukrytym posuwaniem się naprzód, niewidocznym wspinaniem się w górę.

(4) 4. Kto poznał swoje przewinienia, ten panuje nad językiem; a gada­tliwy [852 C] nie poznał jeszcze siebie jak trzeba.

5. miłośnik milczenia przybliża się do Boga, i rozmawiając w ukry­ciu, jest przez Boga oświecony.

6.  Milczenie Jezusa zawstydziło Piłata; i człowiek poprzez milczenie niweczy zarozumialstwo.

(5) 7. Zapominając o powiedzeniu: „Będę pilnował dróg moich, abym nie zgrzeszył językiem" [Ps 39 (38), 2] i o innym mówiącym, że lepiej jest upaść z wysoka na ziemię niż z powodu języka, Piotr powiedział słowo i „gorzko zapłakał" [Mt 26, 75; Mk 14, 72; Łk 22, 62].

8.  Co do mnie, nie chcę dużo o tym pisać, choć podstępność tych namiętności skłania mnie do pisania. W dodatku, usłyszałem kiedyś od kogoś, kto badał ze mną hezychię ust, jak powiedział, że wielomówność rodzi się niewątpliwie na jeden z tych sposobów: albo przez niegodziwe [852 D] zachowywanie się i nieopanowane przyzwyczajenie (bo język będący członkiem ciała, o ile się już czegoś nauczy, to domaga się tego z przyzwyczajenia), albo z kolei u współzawodniczących atletów przede wszystkim z powodu zarozumialstwa, a bywa że i z powodu obżarstwa. Często więc wielu poskramia żołądek, poniekąd przemocą, i zarazem osłabia język i wielomówstwo.

9. Kto rozmyśla o końcu, ten powściągnął słowa; a kto zdobył płacz duszy, ten jak od ognia odwraca się od gadatliwości.

10. Kto kocha hezychię, ten zamyka usta, a kto cieszy się wędrowaniem, ten gnany jest z celi z powodu namiętności.

11. Kto poznał zapach ognia z góry, ten jak pszczoła od dymu ucieka od nagromadzenia ludzi; bo jak dym wypędza pszczołę, tak i on przeciw­stawia się zbiorowisku.

12.  [853 A] Nie zda się na wiele powstrzymywać wodę bez grobli, ale o wiele trudniej ujarzmić nieumiarkowane usta.

Kto wszedł na stopień jedenasty, ten od razu wyciął mnóstwo zła.

Za: Święty Jan Klimak, Drabina Raju, przekład z języka greckiego i komentarz: Waldemar Polanowski, opracowanie i redakcja naukowa: Ewa Osek, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2011

niedziela, 28 czerwca 2015

Twarz


Źródło →

Jeśli Chrystus jawi się jako lekarz ... to znaczy, że ludzkość jest chora



Odkupi­ciel jest również Zbawicielem; jeśli zostaliśmy odkupieni, zostaliśmy też zba­wieni. Nazbyt często zapomina się, że często używany w Nowym Testamen­cie czasownik: (zbawiać) oznacza nie tylko „ocalić" albo „wyciągnąć z niebezpieczeństwa", ale również „uzdrowić", i że słowo: (zbawienie) oznacza nie tylko ocalenie, ale i uzdrowienie [Należy zauważyć, że to podwójne znaczenie można znaleźć w języku koptyjskim, a współcze­śnie w języku włoskim, gdzie la salute oznacza jednocześnie „zbawienie" i „zdrowie".]. Samo imię Jezus oznacza: „Jah­we zbawia" (por. Mt 1,21; Dz 4,12), a inaczej mówiąc „uzdrawia". A i Chrystus przedstawia samego Siebie, bardzo bezpośrednio, jako lekarza (por. Mt 8,16-17; 9, 12; Mk 2,17; Łk 4,18-23). Zresztą, prorocy często zapowiadają Go jako wła­śnie takiego (por. Iz 53,5; Ps 102,3 [Autor zachował numerację psalmów wg Septuaginty]) i tak opisują Go ewangeliści (por. Mt 8,16-17), zaś ewangeliczna przypowieść o miłosiernym Samarytaninie sama może być słusznie uważana za obraz Chrystusa - Lekarza. Wreszcie, jeszcze za Jego ziemskiego życia, wielu Mu współczesnych przychodziło do Niego właśnie jako do dobrego lekarza.

  Ojcowie niemal jednogłośnie i już od pierwszego wieku powszechnie przy­pisywali Mu tytuł Lekarza, dodając doń często określenia „wielki", „niebiań­ski", „najwyższy", precyzując ponadto, zależnie od kontekstu: „ciał", „dusz", częściej „dusz i ciał", podkreślając, że przyszedł On uzdrowić całego czło­wieka. Ta nazwa znajduje się w samym centrum Liturgii św. Jana Złotoustego i w większości formuł sakramentów. Pojawia się ona ciągle w prawie wszyst­kich nabożeństwach Kościoła prawosławnego i w licznych tekstach modlitw.

  Jeśli Chrystus jawi się jako lekarz, a przyniesione przezeń zbawienie -jako uzdrowienie, to znaczy, że ludzkość jest chora. Traktując stan pierwszego Ada­ma jako stan zdrowia ludzkości, Ojcowie i cała Tradycja widzą w stanie grze­chu, charakteryzującym ludzkość upadłą na skutek grzechu pierworodnego, wielopostaciowy stan choroby, który obejmuje człowieka w całym jego jeste­stwie. Ta koncepcja ludzkości chorej grzechem ma podstawy biblijne (Mi 7,2; Iz 1,6; Jer 8,22; 28,9; Ps 13,7; 143,5), których nie omieszkali wykorzystać Oj­cowie, mówiący, w ślad za prorokami, o niezdolności ludzi Starego Testamentu do znalezienia lekarstwa na ich choroby (tak bardzo są one poważne), o ich wo­łaniu do Boga przez wszystkie pokolenia, przychylnej odpowiedzi Boga w po­staci wcielenia Słowa, który jako jedyny, ponieważ jest Bogiem, mógł dokonać wyczekiwanego przez nich uzdrowienia.

  Tak oto zbawienne dzieło Bogoczłowieka, w różnych jego momentach, jawi się jako proces uzdrowienia - w Jego Osobie - całej ludzkości, którą wziął na siebie, i przywrócenia jej do stanu zdrowia duchowego, który charakteryzował ją pierwotnie, przy czym Chrystus prowadzi ponadto do doskonałości przebóstwienia odnowioną w ten sposób ludzką naturę.

  To zbawienie/uzdrowienie całej ludzkości i jej przebóstwienie dokonane w osobie wcielonego Słowa Bożego jest przez Ducha Świętego dawane każ­demu ochrzczonemu, który w Kościele jednoczy się z Chrystusem. Ale na tym etapie są one dla niego tylko potencjalne: ochrzczony powinien przy­swoić sobie te dary w całym swoim jestestwie. Taką właśnie rolę pełni życie duchowe i asceza.

Za: Jean Claude Larchet, Terapia chorób duchowych. Wstęp do tradycji ascetycznej Kościoła prawosławnego, przekład: mniszka Nikołaja (Aleksiejuk), konsultacja teologiczna: ks. dr Henryk Paprocki ks. dr Andrzej Kuźma, Wydawnictwo „Bratczyk" Hajnówka 2013


Przebóstwienie człowieka



Ostatecznym celem chrześcijaństwa jest przebóstwienie człowieka. „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek mógł się stać bogiem": tak Ojcowie wielo­krotnie w przeciągu wieków streszczali sens Wcielenia Słowa.

  Jednocząc w Swej boskiej Osobie naturę boską z naturą ludzką, bez po­mieszania czy rozdzielenia, Chrystus przywrócił tę ostatnią do jej pierwotnego stanu, jawiąc się w ten sposób jako Nowy Adam, a ponadto doprowadził ją do doskonałości, do jakiej jest ona przeznaczona: doskonałego podobieństwa Bo­żego, uczestnictwa w boskiej naturze (2 P 1,4). 

 
Za: Jean Claude Larchet, Terapia chorób duchowych. Wstęp do tradycji ascetycznej Kościoła prawosławnego, przekład: mniszka Nikołaja (Aleksiejuk), konsultacja teologiczna: ks. dr Henryk Paprocki ks. dr Andrzej Kuźma, Wydawnictwo „Bratczyk" Hajnówka 2013

 

Zostaw to - dobra rada dla przyszłych pustelników


W zamęcie swoich myśli
wciąż w miejscu ciągle tkwisz
upadasz wciąż na duchu, nie możesz zrobić nic
im tylko o to chodzi
abyś nie wierzył w nic
byś stał się niewolnikiem
a potem jednym z nich
zostaw to zostaw to
zostaw to zostaw to

Są mosty całkiem puste
i nieprzytomny skok
są miasta samotności
i ręce, drżenia rąk
są słowa i są noże
pochody szarych dni
jest echo twoich kroków
i kropla twojej krwi
zostaw to zostaw to
zostaw to zostaw to

Po polach przyszłych bitew
wałęsa się twój cień
po zakazanych placach
majaczy straszny sen
za wszelką cenę pragniesz
rozdwajać się na pół
jak ślepiec zgubisz drogi
jak ślepiec wpadniesz w dół
zostaw to zostaw to
zostaw to zostaw to
hej!
zostaw to zostaw to
zostaw to zostaw to
zostaw to zostaw to
zostaw to

sobota, 27 czerwca 2015

Nie antypatia wobec doskonałego, ale ...


Gust mas charakteryzuje się nie ich antypatią wobec doskonałego, ale pasywnością z jaką jednakowo cieszą się dobrym, przeciętnym i złym.
Masy nie posiadają złego gustu. Po prostu nie mają gustu.

Gomez Davila

piątek, 26 czerwca 2015

By wydobyć jednostkę ze stanu umniejszenia intelektualnego, moralnego i fizjologicznego

Chodzi o to, aby wydobyć jednostkę ze stanu umniejszenia intelektualnego, moralnego i fizjologicznego, wywołanego przez warunki współczesne życia; aby rozwinąć w niej wszystkie jej czynności ukryte; aby jej dać zdrowie; aby jej zwrócić naprzód jedność, a następnie osobowość. Aby rosła tak, jak na to pozwalają właściwości dziedziczne tkanek i świadomości. Aby potrzaskać formy, w których wychowanie i społeczeństwo zdołały ją zamknąć. Aby odrzucić wszystkie systemy. I żeby dojść do tego rezultatu, musimy wpływać na procesy organiczne i umysłowe, które tworzą jednostkę. Jednostka jest ściśle związana ze swym środowiskiem. Nie posiada egzystencji niezależnej. Odnowimy ją tylko w tej samej mierze, w jakiej zmienimy świat, który ją otacza.

Trzeba więc przetworzyć otoczenie materialne i umysłowe. Ale formy społeczeństwa są sztywne. Nie możemy ich już dzisiaj zmienić. Odbudowa człowieka musi się jednak rozpocząć natychmiast w warunkach obecnych życia. Każdy z nas może zmodyfikować swój tryb egzystencji, stworzyć własne środowisko w tłumie bezmyślnym, narzucić sobie pewną dyscyplinę fizjologiczną i umysłową, pewne prace, pewne przyzwyczajenia, stać się swoim panem. Jeśli jest samotny, niepodobna mu niemal oprzeć się otoczeniu materialnemu, umysłowemu i ekonomicznemu. Aby zwalczać zwycięsko otoczenie, winien łączyć się z innymi jednostkami o tym samym ideale. Rewolucje bywają często zapładniane przez małe grupy, w których fermentują i wzrastają tendencje nowe. Takie właśnie grupy w XVIII wieku przygotowały upadek monarchii we Francji. Rewolucję francuską przygotowali bardziej encyklopedyści niż jakobini. Dziś zasady cywilizacji przemysłowej winniśmy zwalczać z tą samą zapalczywością, z jaką encyklopedyści zwalczali ład dawny. Ale walka będzie trudniejsza, gdyż sposoby egzystencji stworzone przez technologie są równie przyjemne jak alkohol, opium lub kokaina. Jednostki ożywione duchem buntu będą zmuszone do stowarzyszenia się, do organizowania się i do pomocy wzajemnej. Ale jak chronić dzieci przed obyczajami nowoczesnego Miasta-Olbrzyma? Naśladują one nieuchronnie przykład swych kolegów i przyjmują przesądy obiegowe z dziedziny lekarskiej, pedagogicznej i społecznej, choćby je nawet rodzice inteligentni od tego wyzwalali. W szkole muszą one wszystkie dostosować się do przyzwyczajeń stada. Odnowa jednostki wymaga więc stowarzyszenia się z grupą dość liczną na to, aby się odosobnić od tłumu, aby sobie narzucić prawidła nieodzowne i aby posiadać własne szkoły. Gdy takie grupy i takie szkoły zaczną istnieć, być może niektóre uniwersytety porzucą formy ortodoksyjne wychowania i zdecydują się przygotować młodzież do życia jutrzejszego przez metody zgodne z jej prawdziwą naturą.

Grupa, choć drobna, może wymknąć się spod wpływu szkodliwego społeczeństwa przez ustanowienie wśród swoich członków reguły przypominającej dyscyplinę wojskową lub klasztorną. Środek to nie nowy. Ludzkość przeszła już przez okresy, w których zespoły mężczyzn lub kobiet musiały sobie narzucić, dla osiągnięcia jakiegoś ideału, reguły bardzo odrębne od przyzwyczajeń pospolitych. W średniowieczu cywilizacja rozwijała się właśnie dzięki zgrupowaniom tego rodzaju, jak na przykład: zakony klasztorne, zakony rycerskie i korporacje rzemieślnicze. Wśród zakonów religijnych jedne odosabniały się w klasztorach, inne pozostawały w zetknięciu ze światem. Ale wszystkie poddały się ścisłej dyscyplinie fizjologicznej i umysłowej. Rycerze mieli reguły zmieniające się w zależności od zakonu. Reguły te nakładały na nich w pewnych okolicznościach obowiązek poświęcenia życia. Co się tyczy rzemieślników, ich stosunki między sobą i z ogółem ustalało drobiazgowe prawodawstwo. Członkowie każdej korporacji mieli swoje obyczaje, ceremoniały i święta religijne. Słowem, ludzie ci porzucali mniej lub bardziej zwykłe formy egzystencji.

Czyż nie potrafimy w innej postaci powtórzyć tego, co zrobili mnisi, rycerze i rzemieślnicy średniowiecza? Odosobnienie i dyscyplina – oto dwa warunki postępu jednostki. Każda jednostka może dziś, nawet w zgiełku wielkich miast, poddać się tym warunkom. Wolno jej wybierać przyjaciół, nie iść do teatru, do kina, nie słuchać programów radiowych, nie czytać pewnych gazet i pewnych książek, nie posyłać dzieci do pewnych szkół. Ale odbudować się zdołamy przede wszystkim przez regułę intelektualną, moralną i religijną i przez odmowę przyjęcia obyczajów tłumu. Grupy dostatecznie liczne zdołałyby prowadzić życie jeszcze bardziej osobiste . (...)

Nie trzeba grupy dysydenckiej nazbyt licznej, aby zmienić poważnie społeczeństwo nowoczesne. Jest to dawno znany z obserwacji fakt, że dyscyplina daje ludziom wielką siłę. Mniejszość ascetyczna i mistyczna zdobyłaby szybko wpływ nieodparty na większość używającą i bezwolną. Zdołałaby perswazją lub może siłą narzucić jej inne formy życia. Żaden z dogmatów społeczeństwa nowoczesnego nie jest nienaruszalny. Ani fabryki olbrzymie, ani wieżowce wspinające się wysoko, ani wielkie zabójcze miasta, ani moralność przemysłowa, ani mistyka produkcji nie jest konieczna dla naszego postępu. Kultura bez komfortu, piękno bez zbytku, maszyna bez niewolnictwa fabrycznego, nauka bez kultu materii, pozwoliłaby ludziom rozwijać się nieograniczenie i zachowywać inteligencję, zmysł moralny i męskość.

Alexis Carrel.  „L’Homme, cet inconnu”, tłumaczenie: Ryszard Świętochowski

Inteligentni Japończycy o kobietach

„Za wszelką cenę strzeż się kobiet – nakazuje Rozum. W żadnym razie nie unikaj kobiet – woła Instynkt. Kobieta jest dla nas, mężczyzn, życiem samym. Jest, jednym słowem, źródłem i początkiem wszelkiego zła!”

Akutagawa Ryūnosuke  

„Średniowieczni rycerze traktując kobietę jak muzyczny akord, nieuchwytny i niedostępny, kładli miecz między dwa posłania. Są zatem dwa sposoby: karmić się samym zapachem, jak oni, albo też, jak my wszyscy, umiejętnie oswoić kobietę zmysłową tresurą i cieszyć się nią jak pięknym domowym zwierzęciem. Wybierając pierwszy sposób służyć będziemy wiecznie i z tęsknotą swej bogini, a dolatująca z dala woń skóry i pudru uczyni nas szczęśliwymi jak w marzeniu. W drugim wypadku też będziemy szczęśliwi, bo to my jesteśmy ludźmi, nie one – uroczy żywy inwentarz. Przecież żaden człowiek nie gniewa się na swego pieska-ulubieńca za jego psoty, nierozum i niewiedzę, za egoizm, małoduszność czy zazdrość. Zresztą im bardziej piesek jest pieskiem, tym milszy się nam wydaje i bardziej pełen uroku. Oto dwa sposoby postępowania: umieścić bóstwo na wysokości, pod niebem, lub pieska pod łóżkiem. Unikać trzeba rozwiązań pośrednich i nigdy nie kochać kobiety jak człowieka, tylko jak piękne zwierzę albo bóstwo. Traktowanie kobiet jako ludzi nie będzie wobec nich serdeczne ani rycerskie i staną się one tylko nieznośne, nie do wytrzymania. Zresztą i my pozbawiamy się szczęścia, które nam naturalną koleją rzeczy daje miłość”. 

Hagiwara Sakutarō

„Kobieta zawsze z przyjemnością myśli o obnażaniu się. Marzy, żeby w ten sposób odzyskać naturalne piękno pantery i wolność dzikiego zwierzęcia. Idąc za pradawnym instynktem tęskni za powrotem do lasu, gdzie żyje bratnie stado”.  

Hagiwara Sakutarō

Za → 

Chesterton o ONZ



Wielu ludzi o dobrych intencjach, których życie wypełnione jest „dobrymi uczynkami”, popiera każdą instytucję pod warunkiem, że głosi ona, iż jej cele są dobroczynne. Akceptują te instytucje za ich humanitarne oblicze, nie zwracając uwagi na rzeczywiste stosowanie szlachetnych zasad. Poparcie udzielone wielu agendom Narodów Zjednoczonych, rozpowszechnione w świecie zachodnim, potwierdza prawdziwość tego stwierdzenia. ONZ wydaje się stworzona do tego, aby być kochaną. Po pierwsze, jest organizacją międzynarodową, a propagandziści długo męczyli się, żeby słowu „międzynarodowy” nadać znaczenie bezinteresowności i poświęcenia dla interesów całej ludzkości. Panuje starannie podtrzymywane, powszechne wrażenie, że ONZ stoi na straży pokoju na ziemi. Ostatecznie jest ona postrzegana jako obrońca prześladowanych i niezastąpiony wróg wszelkiego rodzaju tyranii. Tak dobrze specjaliści od propagandy wykonali swą robotę, że wszelka sugestia, iż ONZ działa dla własnego dobra, że daleko jej do obrony uciskanych, że jest rządzonym twardą ręką instrumentem międzynarodowych koncernów, jest odrzucana jako śmieszna, a tych, którzy dostrzegają prawdziwy cel ONZ, wyśmiewa się jako dziwaków i fanatyków.

Gdyby nie ta wszechogarniająca forma liberalizmu, która emocjami i powierzchownym myśleniem zastąpiła rzeczywiste rozumowanie i dokładne postrzeganie sił ukrytych za fasadą dobrze zorganizowanego świata, Zachód nie mógłby stoczyć się w obecny stan zgnilizny, a kolonialne terytoria zamorskie, doprowadzone takim wysiłkiem do stanu cywilizacji, nie mogłyby zostać ponownie oddane w stan dzikości i na łaskę głodnych brzuchów z dżungli. Ważnym aspektem tej tragedii jest to, że mężczyźni i kobiety, którzy pozwalają okłamywać się pięknymi frazesami i wciągać się w działanie w ramach V Kolumny w prawie każdym kraju do którego dotarł rozkład, są najczęściej ludźmi o nienagannym charakterze, z gruntu przyzwoitymi i życzliwymi.

fragment całości 

Desengaño - stan rozczarowania światem

XVII- wieczny jezuicki moralista Baltazar Gracjan twierdził, za klasycznymi filozofami i mędrcami stoi, że rozczarowanie światem – tzw. desengaño – jest podstawą osiągnięcia szczęścia i równowagi w ziemskim życiu. Stan ten nie ma nic wspólnego ze zgorzknieniem, a wyraża się w osiągnięciu właściwego dystansu do otaczającej nas rzeczywistości – kapryśnej, zmiennej i przypadkowej, powodującej najczęściej zawód, ból, cierpienie i troski. Życie ustawia nas raz w roli aktora, raz w roli widza uczestniczącego w potoku życia innych. Często nasza pycha skłania nas do zaangażowania w przekonaniu, że bez naszej obecności wszelkie zamierzenia świata nie powiodą się. Najczęściej szybko okazuje się, że dla innych ludzi nie jesteśmy wcale tak potrzebni, jak się nam wydaje. Desengaño obdarza nas właściwym odczytaniem naszego stanu duchowego i kondycji innych ludzi. Daje nam bezpieczną odległość od kurtyny iluzji oddzielającej nas od ludzkiej rzeczywistości. Świat jest teatrem, a śmierć końcem sztuki. Osiągnięcie tego stanu rozczarowania daje duszy spokój, przygotowuje do tego co nieuchronne dla wszystkiego co żyje (wszak jak pisze Lubomirski, życie to tylko jemioła na drzewie śmierci!)  i obdarza radością z rzeczy małych. Życie można pokochać tylko patrząc nań z ukosa. 
 
Najczęściej przekonujemy się o prawdziwej wartości ludzi i rzeczy, tracąc je. Powszedniość obcowania pokrywa pateną obojętności. Strata zawsze wywołuje żal i nadaje wartość szlachetnego kruszcu utraconej osobie a nawet rzeczy. Dotyczy to w równym stopniu życia, które doceniamy, szanujemy i które prawdziwie kochamy, zdając sobie sprawę z kruchości tego cudu. Nasze życie rozkwita niczym delikatny egzotyczny kwiat na krawędzi dymiącego krateru.
We wspaniałym tekście będącym pochwałą samobójstwa, dla niektórych zapewne obrazoburczym, francuski arystokrata – poeta i prozaik Henry de Montherlant – strażnik przymierza chrześcijaństwa i pogańskiego stoicyzmu, napisał zaskakującą myśl, że można naprawdę żyć tylko mając świadomość jak umierać. Należało by dodać, mając pełną świadomość swojego końca, a nawet ustawiając siebie w perspektywie tego końca. Montherlant, polityczny ultras i agnostyk, plujący z wysokiej wieży katolicyzmu na głowy doprowadzonych do wściekłości lewackich antyklerykałów w garniturach i sutannach, wyartykułował ustami jednego z bohaterów swojej powieści „Chłopcy” prawdziwe moralne zadanie Kościoła katolickiego, którym jest nie tyle nauczenie ludzi jak żyć, ale przede wszystkim nauczenie ich jak umierać. Tylko w ten sposób możemy osiągnąć szlachetność swego życia i pełną satysfakcję z niego. 
 
W jednym z moich ulubionych filmów „Zapach kobiety”, All Pacino wcielający się w postać starego ślepego pułkownika planującego swoje samobójstwo, pyta z wyrzutem Charlie’go,  młodego towarzysza wkraczającego w bolesną dorosłość: - Podaj mi choć jeden powód by żyć! Charlie Simms stwierdza bez zastanowienia do zgorzkniałego człowieka: - Tańczy Pan tango i jeździ Ferrari jak nikt. Cieszmy się z wszystkich tych małych darów, które składają się na barwy tego delikatnego egzotycznego kwiatu wzrastającego na zboczu śmierci.

Za →

Fukuyama - cyrkowy klown

Pamiętamy, że Fukuyama przez całą ostatnią dekadę XX wieku raczył nas liberalnym snem o „końcu historii”, pogrzebanym wraz z wieżami WTC. Wydawać się mogłoby, że pamiętne wydarzenie spowoduje ostateczny nokaut Fukuyamy, pogrzebanego wraz ze swoimi książkami w nowojorskim gruzowisku. Nic z tego. Fukuyama niczym cyrkowy klown podnosi się z każdego swojego upadku by wyczyniać swoje intelektualne harce na nowo.  
 
W obu przytoczonych przypadkach pomysły „końca historii” wyrastały z postępowego założenia, że wraz z tryumfem ideologicznym encyklopedyzmu, wolterianizmu, demokratyzmu, liberalizmu czy socjalizmu pojawi się szeroka, coraz szarsza, w końcu globalna przestrzeń „świętego spokoju”. W tym globalnym i idealnym ekosystemie wojen nie będzie i nie będzie krwawych rewolucji. Klasa średnia będzie dokonywała swojej korzystnej wymiany handlowej, oświata szerzyła będzie zdobycze oświeconego ludzkiego rozumu, a grono „wybranych” autorytetów moralnych z „Gazety Wyborczej” strzec będzie zasady równości i tolerancji. Lewica do tego stopnia zawsze zdolna była do ignorowania rzeczywistości, że podobne prognozy artykułowane były w czasie największych zawieruch politycznych. Hugenota Paul Rabaut w czasie trwania rewolucji francuskiej twierdził, że epoka wojen należy do historycznej przeszłości, a niebawem nastaną czasy pokojowego współistnienia wszystkich z wszystkimi. Rzecz jasna przy założeniu, że wszyscy będą tacy sami, posiadać będą tyle samo i mieć będą te same pragnienia. Idea zostanie dopracowana przez bolszewickich ideologów.  Ten utopijny duch wcielił się w Pol Pota. 
 
To nie są stopy Goldmana Sachsa
Lewica w Ameryce i Europie trapi się kryzysem. Martwi się odpowiednio wysokimi wpływami z podatków, swoimi grantami, subwencjami i dotacjami, z których żyje i dzięki którym sprawuje swoją władzę. Od dawna nie stanowi społecznej i politycznej opozycji przeciwko systemowi kapitalistycznemu i liberalnemu. Jest częścią najbardziej zachowawczego establishmentu, gotowego bronić dzisiejszego układu do ostatniej kropli krwi naiwnego elektoratu.     
 
Fukuyama, który do niedawna przekonywał nas o niezatapialności liberalno-demokratycznego Titanica, aktualnie bije na alarm: „Demokracja w niebezpieczeństwie!” 
 
W artykułach publikowanych od ponad roku Fukuyama sprzedaje establishmentową wykładnię kryzysu finansowego. Dla amerykańskiego politologa stabilność ekonomiczna i światowe bezpieczeństwo wiąże się nierozerwalnie z współzależnością pomiędzy liberalną demokracją, wzrostem gospodarczym opartym na produkcji oraz postępowymi przemianami społecznymi. Wraz z zanegowaniem jednego z elementów, świat pogrąży się w otchłani barbarzyństwa. Głównym zjawiskiem świadczącym o odpływie demokracji, zdaniem Fukuyamy jest coraz większa dysproporcja pomiędzy bogatymi a biednymi, związana z marginalizacją bazy demokratycznej, którą stanowi klasa średnia. Fukuymama definiuje klasę średnią jako warstwę „posiadającą” – wykształcenie, trwałe dobra, własny biznes, nieruchomości. Przyczyną tego postępującego stopniowo zjawiska jest brak państwowej kontroli nad bankami i polityką finansową oraz bezwolne poddanie się elit politycznych procesowi globalizacji. Gdybyśmy poprzestali na tych naszkicowanych pobieżnie poglądach amerykańskiego prognostyka, moglibyśmy uznać go za antysystemowego ideologa ruchu Occupy Wall Street, albo antyglobalistę. Nic bardziej mylnego. Fukuyama inteligentnie broni dzisiejszego establishmentu, starając się wzmocnić jego interwencjonistyczny, lewicowy, a zarazem oligarchiczny charakter. Wystarczy uwagę kierować ku kwestiom pobocznym i odciągać uwagę od spraw zasadniczych. Czego Fukuyama nam nie pokazuje? 
 
1. Anonimowa plutokracja. Fukuyama uwielbia sięgające w przeszłość analizy politologiczne i ekonomiczne. Zatem. Od II połowy XIX wieku, wraz z postępującym tryumfem mieszczaństwa i jego liberalnej ideologii nastąpił sukces systemów kredytowych i bankowych, które stały się nie tylko kołami napędowymi tzw. gospodarki kapitalistycznej, ale potężnymi czynnikami wpływów politycznych. Już na przełomie XIX i XX wieku system liberalno-demokratyczny przekształcił się w system plutokratyczny, w którym bogactwo oparte zostało na wielkości płynnych aktywów i zasadzie wierzytelności. Ta ostatnia zasada, wykorzystując kolejno następujące wydarzenia historyczne, utorowała drogę wąskiej ekonomicznej elity do stworzenia globalnej władzy finansowej. Etapami tego podboju było zrujnowanie ziemiaństwa, powalenie poszczególnych państw i imperiów, wykorzystanie ekonomiczne wojen i rewolucji. Wraz z wybuchem I wojny światowej Wall Street stało się najważniejszym centrum finansowym świata. Po rewolucji 1917, wielkim kryzysie ekonomicznym, paradoksalnie umocniło swoją władzę  – „dla dobra ludzkości” – kontrolując przepływ finansów światowych. Koniec II wojny światowej i układ jałtańsko-poczdamski nie uszczuplił tej siły, ale oddał większą część kuli ziemskiej pod jej władanie. 
 
Władza dzisiejsza to nie partie polityczne, parlamenty i rządy, ale anonimowe organizacje międzynarodowe. Często nieformalne, jak grupa Bilderberg. Tego Fukuyama nie pisze. 
 
2. Nie wiemy, kto o nas decyduje. Dzisiejszymi rządzącymi nie są premierzy, ministrowie i inni „ważni” zoombe rodzący się w urnach wyborczych, a tylko ci, którzy partycypują w ogólnoświatowym bogactwie. 
 
Bogactwo w systemie plutokratycznym nie wiąże się z posiadaniem trwałych dóbr ani nieruchomości. To naiwna wiara drobnych „ciułaczy”. Prawdziwym bogaczem – twierdził pisarz i krytyk historiozofii  Emile Faguet obserwujący te zjawiska na przełomie XIX i XX wieku – jest w takim systemie ten, kto nie będąc posiadaczem, ani udziałowcem ma we wszystkim swój udział. To często anonimowy władca, kontrolujący wszystkie transakcje świata, mający wpływ na wszystkie ośrodki światowego czy lokalnego rynku. Nie ma takiej możliwości? Doskonale wiemy z doświadczenia Rothschildów, lub Goldmana Sachsa i Georgesa Sorosa, że istnieją.
Francis Fukuyama
Fukuyama odwraca kota ogonem twierdząc, że Obama popełnił błąd w początkach kryzysu finansowego nie zezwalając na likwidację kilku amerykańskich banków. Obama nie mógł znacjonalizować przynoszących szkody amerykańskich banków, ponieważ nie posiada realnego wpływu na nie. To kierujące nimi ośrodki decyzyjne wyrokują o tym, co Obama zrobi. Tak samo jest w innych państwach. Anonimowa władza plutokratyczna – jak twierdził wspomniany umiarkowany republikanin, profesor Faguet – z natury zmuszona jest do posługiwania się wpływami politycznymi, do kreowania lub utrzymywania władzy. Czyni to poprzez wykorzystanie procedur demokratycznych, łatwych do kontroli dzięki finansowaniu mediów i partii politycznych. Czyni to nierzadko poprzez ukryte lub jawne działania militarne, których celem jest zabezpieczenie swoich wpływów ekonomicznych i politycznych. Marszałek von Moltke w XIX wieku pisał: „Giełda osiągnęła dziś tak wielkie znaczenie, że zdolna jest zbrojną ręką bronić swych interesów. Meksyk i Egipt ujrzały już na swym terytorium wojska europejskie, przybyłe w celu zaspokajania żądań finansjery”. Ale pamiętajmy, że to nie giełda rządzi, ale ci, którzy rządzą giełdą. Kto? Minister Republiki Weimarskiej Walter Rathenau, jeden z „wielkich” rozdających karty na gruzach Cesarstwa Niemieckiego, z rozbrajającą szczerością stwierdził na łamach „Wiener Freie Presse” w grudniu 1912 roku: „Jest trzystu ludzi, z których każdy zna każdego pozostałego; to oni kierują polityką kontynentu europejskiego i wybierają swoich następców spośród swojego środowiska”. Bezczelne stwierdzenie w czasach istnienia dziedzicznych monarchii europejskich. Ujawnia jednak istnienie większej „grupy trzymającej władzę”. 
 
3. Nie ma klasy średniej. Pozostała klasa klerków. Procesy ekonomiczne zachodzące na świecie (konkretnie w Europie i Ameryce) spowodowały w II połowie XX wieku likwidację klasy średniej. Proces ten przebiegał poprzez powszechny i coraz łatwiejszy dostęp do taniego długoterminowego kredytu, uzależniającego od lichwiarskich procesów coraz większe grupy ludzi. Zjawisko to spowodowało sytuację, w której anonimowa władza finansowa stopniowo przejmowała kontrolę nad własnością ziemską, produkcją i nieruchomościami. W sytuacji obecnej, niewielki procent „właścicieli” może zgodnie z prawdą stwierdzić, że posiadają  (!) działkę, dom, mieszkanie, ziemię, własność ziemską, firmę, która jest całkowicie niezależna od wpływów systemu bankowego. (to niewielka procentowo grupa ludzi) Często „właściciele” nie są świadomi tego, że faktyczne prawo do własności spoczywa w innych rękach. Dzisiejsze społeczeństwo, to zbiorowość korzystająca w przytłaczającej mierze z własności pozostającej w dyspozycji systemu bankowego. To, co posiada swojego, to co najwyżej własne wykształcenie, swoje własne mózgi, przeliczane przez anonimową finansjerę na konkretną wartość w gotówce. To właśnie nowy „proletariat”, któremu odebrano nawet prawo do decydowania o własnym potomstwie. 
 
Lewica stanowi siłę polityczną, która ponosi główną odpowiedzialność za ugruntowanie tego systemu nowego niewolnictwa. Dziś stoi na ideologicznej straży tego systemu, kontynuując dekompozycję społeczeństwa i gruchocząc ostatnie rubieże obronne w postaci zwartości etnicznej Europy, świadomości narodowej, tradycji i rodziny. Fukuyama pyta: „Gdzie podziali się lewicowi rewolucjoniści?!”. Odpowiadamy: Są ministrami, potentatami budowlanymi (jak szef Nowej Lewicy w Grecji) i prezesami banków.  
 
Dla plutokracji istotna jest tylko jedna kwestia. Iluzja musi trwać. Tak długo, jak przeciętny szary obywatel tkwić będzie w iluzji posiadania i kręcić się w zaklętym kole kariery i zdobycia nowych dóbr, jest w zasięgu tej władzy. Zarabiaj. Kupuj. Konsumuj. W tym kole nie ma miejsca dla dawnych wartości klasy średniej. Burżuj? Gatunek wymarły jak dinozaury.  
 
4. „Prawicowy” Wall Street? „Lewicowe” dobre chęci? Fukuyama z uporem posługuje się dawnym podziałem na lewicę i prawicę polityczną, który nie odzwierciedla  rzeczywistości co najmniej od ostatnich trzech dekad XX wieku. Krzepnięcie lichwiarskiego systemu ekonomicznego, konwergencja zimnowojennych mocarstw, eurokomunizm i postępująca dekompozycja prawicowych wartości, ostatecznie spowodował wytworzenie się jednolitego establishmentu politycznego. Nie jest to zresztą zjawisko nowe. Pisano na ten temat na długo przed Adamem Michnikiem, jeszcze w III Republice, zwracając uwagę na zadziwiającą zbieżność działań rządzącej „prawicy” i „lewicy” parlamentarnej. Efekt tej cudownej zgodności korzeniami tkwi w zależności od zewnętrznych finansowych ośrodków władzy. Dzisiejsza arena polityczna to nie socjaldemokratyczna operetka i prawicowy melodramat, to walka establishmentu z peryferiami politycznymi. Tu linia frontu między tzw. prawicą a lewicą okazuje się iluzoryczna. Prawicowego posła z ramienia gaullistowskiej partii we Francji więcej łączy z posłami partii socjalistycznej niż prawicowym elektoratem protestującym przeciwko „małżeństwom” homoseksualistów. Podobnie, o wiele więcej łączy antysystemowego działacza tzw. prawicy z antysystemowym działaczem tzw. lewicy. Kiedy zajrzymy w powiązania finansowe polskiej sceny politycznej wiele zagadkowych spraw łączących SLD, PO i PiS stanie się dla nas jasne. (pomijam całkowicie tajemnicze afery gospodarcze trapiące nadwiślańską bananową republikę od 1988 roku). 
 
Ile system jeszcze wytrzyma?
Populistyczna prawica, której tak bardzo boi się Fukuyama jest dla nas interesująca tylko do tej pory, do której traktuje zdobycie parlamentu jako wstęp do postulowanych radykalnych zmian społecznych, ekonomicznych i politycznych. Takim wzorem jest węgierski Jobik. Ale dodajmy, że do tej pory siła systemu plutokratycznego ujawniała się w tym, że każda masowa organizacja protestu (lewicowa lub prawicowa) wraz z pojawieniem się w parlamencie traciła swoją bojową moc i zdradzała ideały, które umożliwiły jej osiągnięcie sukcesu wyborczego. Dlatego nadzieje wiązać należy z ruchami politycznymi z założenia pozaparlamentarnymi, dla których celem politycznym jest przeprowadzenie oddolnych zmian społecznych i sięgnięcie po władzę lokalną. 
 
O co chodzi panu Fukuyamie?  W wywiadzie dla „Foreign Affairs” ze stycznia 2012 Fukuyama scharakteryzował prawdziwe cele swoich przemyśleń. Wolny handel jest dzisiejszą światową ideologią. Nie istnieje żadna alternatywa dla ideologii demokratyczno-liberalnej. Należy zwiększyć uprawnienia władzy, aby poradzić sobie z kryzysem. Więcej zaufania dla państwa. Stwierdza wreszcie: „Globalizacja nie może być postrzegana jako nieubłagana i nieuchronna rzeczywistość, ale raczej jako wyzwanie i sposobność, które należy starannie kontrolować środkami politycznymi”. Remedium na kryzys jest jedno, wzmocnienie dzisiejszego systemu...
 
Wielokrotnie wspomniany Faguet, francuski autor szkicu „Jaki będzie XX wiek?” opisywał charakter rodzącej się plutokracji, jako rodzaj rządów pozbawionych głębszych ideałów moralnych i intelektualnych, postrzegających ludzkość w kategoriach stada baranów. Należy je zagonić do roboty, karmić, pilnować żeby się nie gryzły i nie zabijały, a co najważniejsze – strzyc regularnie. Wewnętrzny charakter społeczeństwa, czy raczej stada, powinien być pozbawiony jedności, podzielony na liczne cele i kierunki, pluralistyczny aksjologicznie, zsekularyzowany i materialistyczny. Elita nieliczna i całkowicie zależna od karmiącej ręki. Procent wyborczy potrzebny do legitymizowania demokratycznej władzy dokładnie obliczony przed wyborami. Dominować powinny krótkoterminowe potrzeby i oczekiwania społeczne. 
 
Jeśli, drogi czytelniku, od ostatnich trzech tygodni zajmujesz się głównie wyborem najlepszych wakacyjnych wczasów i nic innego na razie cię nie zajmuje głębiej, to należysz już do tego stada lemingów. 
 
Fukuyamę trzeba czytać między wierszami. Politologom nie ufać. Nie pokładać nadziei w politykach.