Moją uwagę zwrócił też fragment, który unaocznia – być może wbrew intencjom autora – różnice w postrzeganiu rzeczywistości społeczno-politycznej wynikające z odmiennego „położenia klasowego”. W wiele lat po śmierci prezydenta Rafaela Leónidasa Trujillo na Dominikanę przyjeżdża z USA dorosła już córka Augustína Cabrala Urania i odwiedza ojca przebywającego w domu opieki po wylewie, prawie bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Rozmawia krótko z pielęgniarką i pyta ją, co sądzi o czasach, kiedy rządził Trujillo. Pielęgniarka, zbyt młoda, aby je pamiętać, powtarza opinie krążące w jej rodzinie: „To był dyktator i nie wiedzieć co tam jeszcze, ale podobno wtedy żyło się lepiej. Wszyscy mieli pracę i nie popełniano zbrodni”. Po jej wyjściu, Urania mówi sama siebie i do ojca, że wprawdzie „nie było tylu złodziei okradających domy, nie było tyle napadów na ulicach, wyrywania przechodniom torebek, zrywania zegarków, ale zabijano, bito, torturowano i ludzie ginęli. Nawet ci najbardziej powiązani z reżimem”. Urania patrzy z perspektywy elity – rzeczywiście ginęli uznani przez „Szefa” za politycznych wrogów, zdrajców, spiskowców, często właśnie ci wcześniej najbardziej powiązani z reżimem. Perspektywa pielęgniarki z „klasy ludowej” jest inna: dla niej ważne jest przede wszystkim to, żeby była praca, żeby nie popełniano zbrodni tzn. zwyczajnych morderstw, nie było tylu złodziei okradających domy, nie było tyle napadów na ulicach, wyrywania przechodniom torebek, zrywania zegarków – czyli nie było terroru kryminalistów, czyli tego, który najbardziej dotyka „szarego człowieka”.
*
Krąży po Sieci przypowieść o mrówkach: jeśli złapiemy 100 czerwonych i 100 czarnych mrówek i umieścimy je w słoju, z początku nic się nie stanie. Kiedy jednak mocno potrząśniemy słojem i odstawimy go z powrotem, mrówki zaczną ze sobą walczyć i zabijać się nawzajem. Czerwone mrówki sądzą, że wrogiem są czarne mrówki i vice versa, podczas gdy prawdziwym wrogiem jest ten, kto potrząsa słojem. To jest dokładnie to, co się dzisiaj dzieje: lewica kontra prawica, biali kontra czarni, mężczyźni kontra kobiety, miasto kontra prowincja, zaszczepieni kontra niezaszczepieni etc. Dlatego też zanim poweźmiemy zamiar włączenia się do walk ludzkich mrówek po którejś ze stron, powinniśmy w pierwszej kolejności zapytać, kto i dlaczego potrząsa słojem?
Ta internetowa przypowieść krąży anonimowo, a przecież jej pierwotna wersja znana jest od ponad 60 lat:
Frank miał łyżkę i słoik. Nabierał na łyżkę różne owady, wrzucał je do słoika i zmuszał do walki. Było to tak ciekawe, że natychmiast przestałem płakać, zapominając o ojcu. Nie pamiętam, co tam walczyło tego dnia, ale pamiętam inne walki, jakie organizowaliśmy później: jelonek przeciwko setce czerwonych mrówek, stonoga przeciwko trzem pająkom, czerwone mrówki przeciwko czarnym. Nie chciały walczyć, dopóki nie potrząsnęło się słoikiem. I Frank potrząsał, potrząsał, potrząsał.
Po chwili przyszła po mnie Angela. Uniosła gałąź i powiedziała:
– Aha, tutaj jesteście!
Spytała Franka, co on tu właściwie robi, a on odpowiedział: »Eksperymentuję«.
(Kurt Vonnegut, Kocia kołyska, przeł. Lech Jęczmyk, Kraków b.d.w., s. 17)
Kto zatem potrząsa słojem? Jakiś „Duży Franek”, który lubi sobie poeksperymentować!
*
–Ambasador Trentino: „Zrobię wszystko, by zapobiec tej wojnie”.
–Prezydent Rufus T. Firefly: „Za późno. Już zapłaciłem miesięczny czynsz za dzierżawę pola bitwy”.
(dialog z filmu Kacza zupa, reż. Leo McCarey, w roli Rufusa T. Firefly Groucho Marx)
*
Pisarzem noszącym zaszczytny tytuł nie-laureata Nagrody Nobla jest Ezra Pound. Zaszkodziło mu wygłaszanie pogadanek radiowych, będących nie po myśli liberalnych demokratów i komunistów, którzy, nie namyślając się długo, zamknęli poetę w „psychuszce”. Zepchnąć w dziurę niepamięci na szczęście im się nie udało, o czym świadczy choćby fakt, że wielbicielką poezji Pounda jest, laureatka Literackiej Nagrody Nike 2024, Urszula Kozioł. Na łamach wrocławskiej „Odry” (1999 nr 1) w swojej stałej rubryce „Z poczekalni” autorka W rytmie słońca omawiała, opublikowane przez syna Ezry Pounda i Dorothy Shakespeare Omara Pounda, Listy z więzienia 1945–1946 wymieniane między uwięzionym poetą i jego żoną: „Te listy są prawdziwym skarbem dla badaczy życia i twórczości wielkiego poety, [ …] Pound należy do tych poetów, którzy nadal, w wiele lat po śmierci, nie przestają fascynować znawców i miłośników poezji, i w równym stopniu odnosi się to do jego twórczości, jak i wyrazistej osobowości, dzięki którym odcisnął niezatarte piętno na dziejach piśmiennictwa współczesnego. We Włoszech przypomina się dzisiaj krótki okres między sierpniem 1932 a lipcem 1933, kiedy w Rapallo (swoistej stolicy kulturalnej ówczesnej Europy, do której zjeżdżali intelektualiści z różnych krajów, m.in. Gerhart Hauptmann, W.B. Yeats i in.), poeta z niebywałą werwą redagował suplement literacki Morze”. „Swoistej stolicy kulturalnej ówczesnej Europy”? W faszystowskich Włoszech? Przyznać trzeba, śmiały pogląd.
Urszula Kozioł zgodziłaby się z Borgesem, że „osądzanie pisarza według jego poglądów politycznych jest nudne”, toteż bez zastrzeżeń przyznaje się do fascynacji jeszcze jednym podejrzanym politycznie osobnikiem. W rozmowie z Anną Augustyniak opublikowaną 10 lat temu na łamach „Więzi” poetka mówi, że drugim poetą – oprócz Hölderlina, „który już na zawsze stał mi się niebywale bliski przez głębię i wyrazistość obrazowania” – ważnym w jej myśleniu o wierszu stał się – kolejny nie-laureat Nagrody Nobla – Gottfried Benn, zwłaszcza jego Wiersze statyczne. Kozioł ubolewa, że „kilku naszych luminarzy z nieopisaną zawziętością nie dopuszczało w naszym kraju do głosu tego poety – ani Ezry Pounda, choć cichcem, całymi garściami czerpali z ich przemyśleń i dokonań”. (lato 2015,
https://wiez.pl/2015/06/20/urszula-koziol-jedna-rozmowa-jestesmy/).
Nazwiska tych „luminarzy”! Nazwiska!
We wspomnianym wyżej felietonie Kozioł napisała: „Pound żywił głębokie przekonanie, że gdyby zdążył na czas przełożyć Konfucjusza, nie doszłoby w ogóle do tak straszliwych spustoszeń spowodowanych przez wojnę”. I powiązała to przekonanie z „umysłowym zachwianiem poety w tamtym okresie”. Dlaczego od razu mówić o „zachwianiu umysłowym”? Gdyby mu się udało, to kto wie, jak potoczyłaby się historia? Wszak w ostatecznej instancji potęga słowa większa jest niż potęga armat.
*
Literacki analfabetyzm polityków jest charakterystyczną cechą naszego wieku. Jak to ujął G. M. Trevelyan: „W XVII wieku członkowie parlamentu cytowali Biblię, w XVIII i XIX wieku – klasyków, a w XX wieku nie cytują nikogo”. Zjawisku temu towarzyszy (polityczna) nieudolność pisarzy. (George Orwell)
*
Profesorka na uniwersytecie w Zurychu Christine Lötscher bije na alarm w obliczu polityczno-ideologicznego zagrożenia, jakie niesie ze sobą literatura fantasy, instrumentalizowana przez konserwatywną prawicę, co najlepiej widać na przykładzie Tolkiena, którego fanką jest m.in. Giorgia Meloni. Lötscher ze zgrozą stwierdziła, że Władca Pierścieni cieszy się wielką popularnością w środowiskach prawicowych m.in. ze względu na opiewane w trylogii cnoty heroiczne. Szczególne niebezpieczne jest – zdaniem Lötscher –odwoływanie się do europejskiej mitologii czy to germańskiej, czy nordyckiej. Ponadto u Tolkiena mamy do czynienia z walką Dobra ze Złem, a ponieważ prawicowcy utożsamiają się z Dobrem, więc na swoich przeciwników politycznych mogą projektować wszystko to, co złe. Tutaj argumentacja pani profesor spada do poziomu prymitywnej ideologicznej propagandy, ale podświadomie wyczuwa ona, że bohaterowie walczą i poświęcają się w imię jednoznacznie określonego dobra, reprezentują „mocne dobro” w przeciwieństwie do wiecznie „relatywizujących”, galaretowatych „dobroludzi”. Dodajmy to, co Lötscher pominęła, np. „toksyczną” męskość – toż przecież Drużyna Pierścienia to klasyczny Männerbund, instytucja, której zanik wielce się przyczynił do dekadencji naszej cywilizacji. Inne prawicowe składniki świata przedstawionego we Władcy Pierścieni: całkowity brak „diversity” czy to rasowej, czy seksualnej, tradycyjna monogamiczna, patrylinearna rodzina hobbicka, piękny wzór elfickiej pary małżeńskiej – Galadrieli i Celeborna. Ponadto mimo iż akcja rozgrywa się w świecie pogańskim, to w głębszej warstwie powieść zakorzeniona jest w chrześcijaństwie. Już wydana drukiem odniosła wielki sukces, gdyż poruszyła ukryte struny europejskiego ducha, ale momentem przełomu w skali masowej była oczywiście jej ekranizacja, którą w latach 2001-2003 obejrzały miliony europejskich i euroamerykańskich widzów. To w „faszystowskim” dziele Tolkiena, a dokładniej w jego kinowym oddziaływaniu, leży źródło sukcesów idei i wartości polityczno-kulturalnych reprezentowanych przez polityków w typie Giorgii Meloni. Jednak musimy być czujni! Wysłannicy Mordoru tacy jak Christine Lötscher są wśród nas i robią swoją krecią robotę! Kiedy zostaną ostatecznie pokonani przez Drużyny Pierścienia, Król powróci!
*
W Polsce ukazał się zbiór jego artykułów o naszej literaturze zatytułowany Najpierw żyć, potem igrać. Szkice o literaturze polskiej (przeł. Elżbieta Herden, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2005). W kilku miejscach Reich-Ranicki porusza kwestie jej odbioru w RFN. Książki autorów polskich są przez „zachodnioniemieckie gazety chwalone, niekiedy nadmiernie”, niemieccy krytycy literaccy „często piszą przyjaźnie i z wyrozumiałością”. Reich-Ranicki pisze o „mdło-litościwych krytykach” i „grzecznościowych recenzjach”. Skąd brały się takie reakcje niemieckich krytyków literackich? Reich-Ranicki tak to tłumaczy: „Z jednym z tych kolegów rozmawiałem przypadkowo minionej jesieni. Czy pochwalona przez niego powieść rzeczywiście się mu podobała? Nie, oczywiście, że nie – odpowiedział mi bez żenady – ale podczas wojny wyrządziliśmy Polakom wystarczająco dużo krzywd”. Innymi słowy odbiorem literatury polskiej w RFN rządzi według Reicha-Ranickiego „kompleks winy” (s. 195n).
Omawiając jego książkę Dariusz Nowacki (Nowacki, Niemcy chwalą, bo wypada? „Gazeta Wyborcza” 24.05.2005) polemizował z taką interpretacją, przyznając, że być może tak było w przeszłości, jednak dzisiaj taki pogląd się zdezaktualizował. Mnie natomiast bardziej zainteresowała sama argumentacja Reicha-Ranickiego, który w lipcu 1958 r osiadł we Frankfurcie nad Menem a już od sierpnia tego samego roku emigrant z komunistycznej Polski, aktywny w oficjalnym życiu kulturalnym zaczął pracę jako krytyk literacki w dziale kulturalnym czołowego, wówczas konserwatywnego, dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. W 1960 r. przeszedł do czołowego tygodnika „Die Zeit”. W 1973 r. powrócił do „FAZ” na stanowisko szefa działu literackiego, którym pozostawał do 1988 r. W okresie 1988 – 2001 prowadził popularny program Kwartet Literacki (Das Literarische Quartett) w programie drugim telewizji publicznej (ZDF); w latach 1976- 2012 otrzymał 22 nagrody kulturalne i literackie, 9 doktoratów honorowych, wysokie odznaczenia państwowe – Wielki Krzyż Zasługi i Wielki Krzyż Zasługi z Gwiazdą. Doprawdy, niezwykła kariera, wielce przyjazne traktowanie, zewsząd pochwały i zaszczyty. Ale może taryfa była ulgowa, pochwały nadmierne, komplementy grzecznościowe?
Wyobraźmy sobie taką scenę, siedzą dwaj redaktorzy z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, popijają piwo w knajpie, rozmawiają o tym i owym:
–Ty, Achim, naprawdę podoba ci się to, co ten Reich pisze?
–No coś ty, średni jest, ale, wiesz, podczas wojny wyrządziliśmy Żydom wystarczająco dużo krzywdy. Zrobimy go w ramach moralnych reparacji szefem działu literackiego”.
Może więc Niemcy chwalili Reicha-Ranickiego i otworzyli mu błyskawiczną ścieżkę kariery, „bo wypadało”? Może w jego przypadku także zadziałał „kompleks winy”? Czy też – by użyć sformułowania Nowackiego – „logika zadośćuczynienia”? Ale być może wcale tak nie było, gdyż inteligencji, pewnego talentu pisarskiego i miłości do literatury odmówić mu nie można. Nauka z tego płynie taka, że warto zastanowić się nad stosowaną argumentacją, by ktoś czasami nie użył jej w stosunku do nas samych.
*
Reich-Ranicki opublikował w 1955 r. (pod nazwiskiem Marceli Ranicki – Ranicka nazywała się jego koleżanka z resortu, pracująca jako cenzorka i tłumaczka w wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Warszawie) utrzymaną w obowiązującym wówczas żargonie ideologicznym książkę Z dziejów literatury niemieckiej 1871-1954, w której Ernsta Jüngera zaliczył do „czołowych pisarzy faszystowskich”, którzy „zatruwają dusze czytelników trucizną szowinizmu i nienawiści”. W późniejszym czasie ten surowy werdykt przejawił się w nieco innej formie: „Lecz pozwalam sobie z całą skromnością, chociaż nie bez cichej satysfakcji zwrócić uwagę, że nie poświęciłem ani jednego artykułu sławnemu, często podziwianemu i nagradzanemu prozaikowi. Mam na myśli Ernsta Jüngera. Jego dzieło jest mi obce. Czułem się powołany do tego, aby o nim milczeć.” (Reich-Ranicki, Moje życie, s. 278).
Zamiast obrzucania polityczno-ideologicznymi inwektywami zastosował Reich-Ranicki metodę przemilczenia. Na nic więcej „faszystowski” pisarz nie zasługiwał. Jednak niezależnie od motywowanego politycznie wyroku, jaki na Jüngera wydał – jak go nazywano, może z odrobiną ironii – „papież literatury” (Literaturpapst), nie jest bezzasadne pytanie o ciągłość myśli i duchowej postawy autora Gier afrykańskich, któremu po 1945 r. przyszło żyć w warunkach reżimu demokratyczno-liberalnego, w nowym układzie polityczno-ideologicznych współrzędnych. I tak niemiecki badacz Horst Seferens postawił tezę, iż w swoim powojennym dziele Jünger, będący zarówno „człowiekiem przedwczorajszym”, jak i „człowiekiem pojutrzejszym”, wypracował wyrafinowaną technikę literackiego kamuflażu, która pozwoliła mu polityczno-strategiczne dyskursy i programowe refleksje roztopić i ukryć w skomplikowanym języku metafor i obrazów. Seferens dowodził, że po 1945 roku Jünger kontynuował swój projekt „konserwatywnej rewolucji” sprzed 1933 roku, ale w taki sposób, żeby nie naruszać tabu kultury politycznej Niemieckiej Republiki Federalnej, uważanej przezeń za „społeczeństwo fellachów od czasu do czasu dręczone moralnie przez demagogów”, za wypełnioną zgiełkiem liberalistycznych swarów partii i grup interesów wielką rupieciarnię zużytych idei i historycznego gruzu. Nie musiał zajmować zdecydowanego politycznego stanowiska, ponieważ, jak zapisał w dzienniku, „już nie polityka, ale fizyka jest naszym losem”; fizyka oczywiście w szerokim znaczeniu gigantycznego instrumentarium technologiczno-naukowego.
W podobnej, a nawet gorszej, sytuacji niż Jünger znalazł się inny „konserwatywny” czy raczej „narodowy rewolucjonista” Emil Cioran, który porzucił nie tylko mistyczny nacjonalizm Żelaznej Gwardii, ale nawet język rumuński, i został paryżaninem. Jednakże pozostał wierny sobie w tym sensie, że odrzucił nie tylko swoją, lecz wszystkie bez wyjątku „doktryny zbawienia”, wszystkie ideologiczne zaangażowania. Objął nienawiścią wszystko to, co „kochał” za młodu, zachowując zarazem „nienawiść” do wszystkiego, co za młodu „nienawidził”. Pogrzebał swój „faszyzm” bez konieczności nawracania się na żadną demokratyczno-liberalną, lewicową, postępową wiarę. Dzięki temu „strategicznemu posunięciu” mógł uratować wewnętrzną integralność. Wejście w zachodni establishment akademicko-kulturalny udało się także towarzyszowi Ciorana z ruchu legionowego Mircei Eliademu. Także w jego przypadku można mówić, że nigdy do końca nie zerwał z „błędami młodości”, lecz w nowych warunkach kontynuował tamtą „rewoltę przeciwko nowoczesnemu światu”, oczywiście na wyższym, czy raczej głębszym, poziomie, co oczywiście nie umknęło uwadze czujnych „antyfaszystów”. Ta ciągłość manifestuje się w całej koncepcji religii rozwijanej przez Eliadego, koncepcji czysto „fenomenologicznej”, antymaterialistycznej, antymarksistowskiej, zakładającej całkowitą nieredukowalność fenomenów religijnych takich jak poczucie sacrum do warunków społecznych, wykluczającej istnienie socjopolitycznych i historycznych źródeł religii. Także inne jej składniki zidentyfikowano jako odpowiadające mistyczno-duchowemu, quasi-religijnemu wymiarowi ruchu legionowego. Okazuje się więc, że Eliade to był w rzeczywistości kryptometafizykiem, który swoją reakcyjną i „faszystowską” metafizykę ubrał w dyskurs naukowy. Jak powiadali starzy komuniści: raz „faszysta”, zawsze „faszysta”.
*
Informacje są pustynnym piaskiem, którym wiatr zasypuje oczy, a kto nie potrafi się przed nimi obronić, ten ślepnie. (Friedrich Georg Jünger)
*
Kolejną fazą „ery tyranii” była II wojna światowa; polityczna i ideowo-kulturalna mobilizacja szerokich mas nabrała wówczas tempa, zakresu i intensywności. Ale i w tamtych trudnych czasach znaleźli się ludzie pióra wykazujący się duchowym heroizmem i kontynuujący swoją misję. Pisał o nich Sándor Márai w felietonie Słownik opublikowanym na łamach budapeszteńskiego dziennika „Pesti Hílap”, datowanym na 22 marca 1942 r. ( zob. Márai, Kronika Niedzielna, przeł. Irena Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2019).
Márai informuje czytelników, że w okupowanym Paryżu Akademia Francuska, odbywa swe posiedzenia. Wprawdzie w uszczuplonym składzie, jednak co czwartek w nieogrzewanej sali posiedzeń pod kopułą w pałacu nad Sekwaną zbierają się członkowie Akademii m.in. Duhamel, Valéry, Mauriac, Paul Hazard, George Lecomte. Zajmują się „dokładnie tym, czym w roku założenia w czasach panowania Ludwika XIV: palącymi kwestiami czystości francuskiego języka i klarowności francuskiej myśli. Głównym problemem nieśmiertelnych jest i dzisiaj rozwijanie oficjalnego słownika oraz wprowadzanie do niego zmian. W każdej chwili życie wrzuca na rynek idei nowe słowa i pojęcia, dokładnie tak samo w trakcie wojny, jak w trakcie pokoju. Zadaniem Akademii jest te pojęcia rozjaśniać, uściślać, uważać na siłę wyrazu i sformułowań francuskiej myśli”. Mimo trwającej wojny kontynuują patriotyczną pracę, stoją na straży czystości języka i klarowności myśli ludu, którym wstrząsnęło narodowe nieszczęście.
Autor Wyznań patrycjusza zastanawia się, co „może uczynić człowiek intelektu – nawet jeśli nie jest członkiem Akademii Francuskiej – w tej epoce, na całym świecie, co może uczynić innego lub ponadto, aniżeli strzec spuścizny europejskiej kultury, tak jak bracia i ojcowie zakonni w średniowieczu, w czasach przetaczających się walk strzegli kodeksów i pamiątek kultury grecko-łacińskiej?” Albowiem pracy pokoleń, budowy ludzkiego ducha nie można zawiesić ani na chwilę.
Rozgorączkowani współcześni wysyłają „ludzi intelektu na barykady i zachęcają do pisania pamfletów i ulotek, jednak tym, czym powinien się wykazać naukowiec i pisarz, to słownik, którego czystość co do sensu i pojęć oraz siły języka trzeba pielęgnować również w zawiłych, niespokojnych czasach”. Węgierski pisarz radzi, aby „często podnieceni autorzy nowoczesnych konceptów nie zapominali o podstawowych zasadach ortografii, by poprawnie używali obcych słów ci, którzy ogarnięci chwilowym zapałem pragną nimi oznaczać pojęcia przeciwne do ich pierwotnego sensu”. Nawet wówczas, gdy wokół „wali się światowy ład i upadają światowe imperia”, człowiek intelektu, wszędzie, na całym świecie, nie może czynić nic innego niż to, że „spełnia swój obowiązek i dobudowuje coś do wiecznego ludzkiego słownika, do słownika rozumu”. W każdej, nawet najbardziej burzliwej epoce, „ktoś musi ratować ten słownik, tak by przetrwał dla czasów, gdy słowa odzyskają swój oryginalny i prawdziwy sens”.
*
Prawdziwy malarz powinien być w stanie cierpliwie kopiować śliwkę nawet pośród grabieży i rozruchów. (Salvador Dali)
*
W cztery lata po antynazistowskiej akcji Olbrychskiego, na ekranach kin w Niemczech pojawił się film zatytułowany Upadek, traktujący o ostatnim etapie kariery politycznej i wojskowej Wielkiego Nazistowskiego Budowniczego Autostrad – partia, której prezesował, została pokonana przez koalicję partyjną Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) i Partii Demokratycznej, a on sam podał się do dymisji strzelając sobie w głowę.
Z filmem wiąże się dość zabawna historia; okazało się mianowicie, że agencja kastingowa zatrudniła jako statystę Karla Richtera (ur. 1962), z wykształcenia historyka, publicystę, redaktora, działacza politycznego, autora książki o muzyce i światopoglądzie Ryszarda Wagnera (Wagner – Visionen. Werk – Weltanschauung – Deutung, Vilsbiburg 1993, 688 stron); w latach 2008-2020 zasiadał w monachijskiej Radzie Miasta z ramienia mikroskopijnego ruchu politycznego. Co ciekawe, Richter krytykował bliskie mu ideowo środowiska za przesadne, jego zdaniem, przywiązywanie wagi do niemieckiej martyrologii; wystąpił przeciwko przyjmowaniu przez Niemców roli ofiary, także ofiary „wypędzenia” (przymusowego wysiedlenia), ponieważ poza ofiary jest bezproduktywna, jałowa i jedynie prowokuje agresję.
Ponieważ tajna policja polityczna, sprawująca nadzór ideologiczny nad społeczeństwem niemieckim, czyli Urząd Ochrony Konstytucji (UOK) w swoich corocznych raportach zalicza Richtera do (neo)nazistów, czyli nazistów po prostu, wybuchł mały skandal. Agencja kastingowa tłumaczyła się, że UOK nie przesłał jej listy z nazwiskami wszystkich niemieckich nazistów, więc po czym niby miała rozpoznać, że Richter jest nazistą, zwłaszcza że bardzo sprytnie się maskował: wyglądał całkiem normalnie, zupełnie nie jak typowy nazista!
Sytuacja iście baudrillardowska: oto prawdziwy nazista gra rolę nazisty – adiutanta nazistowskiego marszałka Keitela – w filmie historycznym o nazizmie! Zatem odwrotnie niż Olbrychski, który grał nazistę będąc prawdziwym antynazistą.
Nazista Richter opowiadał potem, że bardzo się wzruszył, kiedy wódz nazistów, to znaczy nie wódz, tylko aktor grający wodza, uścisnął mu dłoń! Co tu jest filmem, a co rzeczywistością? Czy nazista Richter tylko grał rolę pułkownika-nazisty, czy też wykorzystał udział w kręceniu filmu, aby się z nim utożsamić i móc się bezkarnie wyżyć jako nazista, co prawda tylko podczas kręcenia filmu, ale jednak? Jego nazistowscy Kameraden chyba to wyczuli, bo od czasu jego filmowego występu zaczęli z lekkim przekąsem tytułować go „pułkownik Richter”.
W filmowym studio Richter jako autentyczny nazista samą swoją obecnością zamieniał filmowe rekwizyty i kostiumy w realne przedmioty nazistowskie. W chwilę potem nazista Richter oznajmia, że to wszystko to był tylko żart, i nazistowskie obiekty znowu stają zwykłymi filmowymi rekwizytami i kostiumami !
Kiedy nazista Richter ujawnił całą sprawę – według jego obserwacji jeszcze 15-20 nazistów grało w filmie role nazistów (ilu wśród nich było agentów i informatorów UOK-u, trudno ocenić), wywiad przeprowadziła z nim francuska telewizja. Richter zapewnił Francuzów o swojej frankofilii i wyraził niezadowolenie z faktu, że w Upadku nie uwypuklono dostatecznie roli francuskich ochotników z Waffen-SS bohatersko broniących Berlina. Poza tym, film jest, według nazisty Richtera, wybitny, uczłowiecza nazistę Hitlera, nie robi z niego ani klowna, ani szaleńca gryzącego dywan w napadach szału; nazistowski wódz jest człowiekiem z krwi i kości, odpychającym i przyciągającym aż do ostatniej godziny, kiedy to sam staje się ofiarą.
Swoje doświadczenia na planie filmowym nazista Richter opisał na łamach jednego z nazistowskich czasopism w artykule zatytułowanym „Z »wodzem« w hali nr 12”, dokumentując swoją akcję, taką – by tak rzec – nazistowską symulację. Przytaczam relację nazisty Richtera za nazistowskim czasopismem:
Wytwórnia filmowa Bavaria w Grünwald koło Monachium, tam w hali nr 12 bardzo wiernie odtworzono bunkier wodza Rzeszy Niemieckiej. W weekend jestem na ćwiczeniach jako rezerwista Bundeswehry, w niedzielę wieczorem zrzucam mundur armii RFN, a w poniedziałek rano jestem pułkownikiem Wehrmachtu, cóż za osobliwa zamiana ról! Udaję się do krawcowej szyjącej kostiumy, rumiana, w ciąży. Przynosi mi mundur, pasuje jak ulał, ma przypięty Krzyż Żelazny, „Niech Pan podniesie prawą rękę” – mówi krawcowa, żeby sprawdzić, czy nie pije pod pachami. Podnoszę. U krawcowej pełno czasopism, książek o mundurach Wehrmachtu, o orderach i odznaczeniach, albumów o Berghofie, wszystko w kolorze. Tam na zewnątrz, w erefenowskim biotopie ich wydawcy, wszyscy jak jeden, wymienieni w raporcie Urzędu Ochrony Konstytucji, tutaj wszystko normalne, zwyczajne. Instruuje nas konsultant historyczny. Ćwiczymy hitlerowskie pozdrowienie. Podczas przerwy obiadowej obiecuję siostrom Czerwonego Krzyża, że po ostatecznym zwycięstwie otrzymają na wschodzie germańskie zagrody dziedziczne, statystki chichoczą. Bruno Ganz na stołówce, wykapany Hitler. To niesamowite wrażenie widzieć go, jak idzie w czasie przerwy do bufetu, zgarbiony dokładnie tak samo jak dyktator, drżącą ręką odgarniając włosy z czoła. Przybywam do bunkra po raz pierwszy 22 kwietnia 1945. Narada operacyjna. Rosjanie przerwali front na Odrze, okrążenie jest tylko kwestią czasu. Około 20 ludzi tłoczy się wokół stołu z mapami. Goebbels, Göring, cały entourage, dokładnie jak w książkach historycznych. Nie wierzę własnym oczom. Tu siedzi Hitler. Jest przerwa w zdjęciach. Przestawiają kamery. Bruno Ganz siedzi, patrzy apatycznie przed siebie. Drżącą ręką bębni po stole, demoniczne, fascynujące, atmosfera tak realistycznie oddana, tak plastyczna, rzeczywistość na wyciągnięcie ręki. Nastrój udziela się wszystkim obecnym w pomieszczeniu. Statysta, który ma podać wodzowi szklankę wody, jest zdenerwowany, plącze się kilka razy. Bruno Ganz próbuje rozładować sytuację, żartuje, ale kiedy woła charakteryzatora, to takim głosem i tonem, jakby wydawał rozkazy armii Wencka. Inni też nie mogą się wyłączyć. Keitel, którego jestem adiutantem, chce, żeby w czasie przerwy obiadowej zwracano się do niego »feldmarszałku«, to jest zaraźliwe. Nawet reżyser Hirschbiegel, niezwykle inteligentny cynik, ulega nastrojowi chwili, wpada w zachwyt, kiedy któraś scena jest szczególnie udana, chce dobrego filmu, chce autentyczności; „Tak, ci naziści to jednak mieli szykowne uniformy”, wypsnęło mu się. Innym razem, kiedy nowy statysta grający esesmana jakoś mu wizualnie nie pasuje do reszty, dziwi się: „Czyżby w SS służyli Turcy?”. Dostrzegam delegację gminy żydowskiej i reporterkę z telewizji NDR, która z ekipą dokumentuje prace; to są duchy z zewnątrz, z innego świata, z przyszłości. Demoniczne sceny, pożegnania wodza z oficerami, ze zmęczonym wzrokiem, powłócząc nogami Bruno Ganz przechodzi wzdłuż krótkiego frontu oficerów, bez słowa. Obok mnie stoi marynarz. Potem Hitler także mnie podaje rękę. Cicho szumi kamera. Sowiecki ostrzał artyleryjski, symulowany uderzeniami pięści w drewniane kulisy, milknie na kilka minut. Wódz odchodzi.
*
Wszystkim interpretatorom literatury, filozofii, historii etc. dedykuję „przysłowie” wygłoszone przez Joannę Kołaczkowską w skeczu kabaretu Hrabi „Egzamin na studia”: „Jak zinterpretujesz, tak się wyśpisz”.
*
Ciekawej rzeczy dowiedziałem się od włoskiego pisarza i historyka Antonio Scuratiego z rozmowy, jaką przeprowadził z nim Bartosz Hlebowicz („Gazeta Wyborcza”, 22 kwietnia 2024): „Jak powiedział Sandro Pertini, »zabójstwo Mussoliniego było konieczne, bo inaczej prawdopodobnie wkrótce zostałby wybrany do parlamentu«”. Nie powiem, imponuje mi ta brutalna szczerość wybitnego działacza partii socjalistycznej, mogącego służyć za prekursorski, idealny wzór „demokraty walczącego”: jeśli nie życzysz sobie, aby jakiś przebrzydły „faszysta” dostał się do parlamentu, to go po prostu zastrzel. I po kłopocie.
*
Władza i bogactwo „baronów cyfrowych” (Andrzej Zybertowicz) czy „bóg techów” (Sylwia Czubkowska) cały czas rosną, oczywiście z niewielką pomocą przyjaciół z rządów, którzy uwielbiają cyfryzować, digitalizować, komputeryzować, sieciować. Na przykład w Polsce MSWiA (nie pomnę, obecne czy poprzednie) postanowiło założyć w każdej gminie Klub Rozwoju Cyfrowego!
Ale nie wszystko stracone, gdyż jak pokazują badania, na przykład w Niemczech 2,8 miliona osób w wieku od 16 do 74 lat nigdy jeszcze nie używało internetu. Niestety, liczba offlinerów w Niemczech zmniejszyła się w stosunku do roku 2024, kiedy było ich 3,1 miliona. Najgorsza sytuacja jest w Holandii i Szwecji, gdzie tylko mniej niż 1% obywateli w wieku 16-74 lat nie używało internetu, zaś najlepsza w Chorwacji, gdzie cyfrowych abstynentów jest 14% i w Grecji, gdzie jest ich 11% . W Europie, łącznie z krajami spoza Unii Europejskiej, 9 % ludności nigdy nie używało internetu, w USA – 13%. Badania mówią, że jedna trzecia ludności świata jest offline. Innymi słowy 2,6 miliarda ludzi cyfrowo wykluczonych pozostaje poza zasięgiem władzy zarówno techno-oligarchów, „cyberpanów” i „bógtechów”, jak i – przynajmniej w pewnym zakresie – państwowych technokratów oraz wielorakich służb. Tli się więc jeszcze jakiś płomyk nadziei dla ludzkości. Trzeba go stale podsycać, aby nie spełniła się przepowiednia Ciorana: „Mam pewność, że w dniu, w którym zniknie ostatni niepiśmienny [dziś: „ostatni cyfrowy analfabeta”], będziemy mogli przywdziać żałobę po człowieku”.
http://www.tomaszgabis.pl/2025/12/31/o-wojennej-mobilizacji-muzyki-dzialalnosci-akademii-francuskiej-w-okupowanym-paryzu-orwellu-w-sluzbie-imperium-nazistach-w-filmie-oraz-innych-sprawach-i-osobach/
http://www.tomaszgabis.pl/2025/09/15/o-generale-pinochecie-jako-wampirze-stosunkach-jorge-louisa-borgesa-z-dyktatorami-uznaniu-urszuli-koziol-dla-poetyckigo-talentu-ezry-pounda-i-gottfrieda-benna-rozrachunku-z-przeszloscia-w-rfn-o/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.