Przed tą tybetańską dygresją zacząłeś mówić o „dokumentalizmie” u Herzoga. Tu też gatunkowy podział bywa trudny.
Dla mnie jednym z jego najlepszych filmów tego pogranicza jest Krzyk kamienia. Zapowiedzią czy pierwowzorem scenariusza była wyprawa w pasmo Karakorum, zorganizowana przez jednego z największych alpinistów – Reinholda Messnera, przyjaciela Herzoga, który zwie go „włoskim Tyrolczykiem mówiącym po niemiecku”. Herzog brał w niej udział jako reżyser i wspinacz zarazem, a Messner też jako operator. Celem ekspedycji było zdobycie dwóch ośmiotysięczników – Gaszerbrum I i II. Tak powstał w 1984 roku dokument Gasherbrum – lśniąca góra. Krzyk kamienia jest „fabularnym” – albo raczej „fabularyzowanym” – rozwinięciem historii tej wyprawy, z tym że nie dotyczy próby zdobycia ośmiotysięcznika, ale szczytu liczącego trochę ponad trzy tysiące metrów, zwanego Diabelskim: Cerro Torre w Patagonii. To góra może niewysoka, biorąc pod uwagę himalajskie miary, ale technicznie niezwykle trudna. A w opowieści filmowej – pozornie jeszcze nigdy niezdobyta. Herzog skorzystał przy pisaniu scenariusza z pomysłu Messnera, który w części sfinansował ten projekt.
Dlaczego te historie o górach tak bardzo cię interesują?
To się u mnie zaczęło dość wcześnie. Tuż po wojnie jako trzynastolatek wszedłem po raz pierwszy na Turbacz, w ogóle byłem po raz pierwszy w górach. I odtąd przez większą część życia prawie w każde wakacje chodziłem po górach z plecakiem. Głównie po Beskidach. Od Wisły i Beskidu Śląskiego, przez Gorce, Beskid Wyspowy, Sądecki i Niski, aż po Bieszczady, gdzie byłem w paroosobowej grupie jednych z pierwszych turystów. Na całej trasie spotkaliśmy dwie osoby. Przez dziesięć dni szliśmy z Wisły do Komańczy, skąd niektóre szlaki nie były jeszcze oznakowane. Ale pozwolono nam wejść na dwa najwyższe szczyty – Halicz i Tarnicę. Bieszczady zostały wtedy dopiero co otwarte dla turystów po zwolnieniu kardynała Wyszyńskiego, internowanego w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. Siostry przyjęły nas zresztą na nocleg i zaprosiły na narty zimą. Pojechaliśmy tam chyba w roku 1957.
Nie przypominam sobie, żebyś o tej pasji górskiej publicznie opowiadał.
To jedno z najpiękniejszych wspomnień z mojej młodości, ba, więcej niż młodości, bo połowy życia. Bieszczady przeszedłem tuż po ukończeniu studiów. Przedtem poza Beskidami chodziłem też trochę po Tatrach. Do Zakopanego zapraszała mnie jedna z koleżanek, której ciotka miała wynajętą willę na Gubałówce. Pracowała tam jako architekt. Ale z trudem opanowywany lęk przestrzeni utrudniał mi próby wspinaczki. Nigdy nie chodziłem z liną. W tym względzie moje pasje zastępowała lektura książek, głównie opisujących wyprawy himalaistyczne. Mam ich kilkanaście, trochę za mało, bo w jakimś momencie przestałem je kolekcjonować. Ale to było moje wielkie hobby. Nie jestem, ogólnie rzecz biorąc, wielbicielem sportu, ale alpinistyka – w szerokim rozumieniu – to dla mnie coś znacznie więcej niż sport. Poza tym jej najwybitniejsi reprezentanci to najczęściej także świetni pisarze. W istocie porywa mnie u nich „ciążenie” ku głębokiej duchowości, wyraźnie mistyczny rys ich działania. Ekstatyczny stosunek do przyrody. Wzajemność przyjaźni. Postawa etyczna, która współzawodnictwo przemienia we wspólnotę. I wielka miłość życia, z odwagą rzucająca wyzwanie śmierci. Z odwagą, która rodzi pragnienie i daje moc wzlotu ku granicom nieosiągalnego. Wanda Rutkiewicz przed swym ostatnim podejściem, u stóp Kanczendzongi powiedziała: „Dla mnie umrzeć tam, na górze nie byłoby czymś niezwykłym. To by było całkiem proste. Ostatecznie większość moich przyjaciół czeka na mnie tam, wysoko”.
Jest taki niezwykły wiersz późnego Różewicza poświęcony Wandzie Rutkiewicz, niemal miłosne wyznanie: „pamiętam że chciałem / do niej zadzwonić zapytać / co skłoniło wspaniałą / Kryształową Górę / do urodzenia myszki”… Ale wracając do Herzoga: dlaczego Krzyk kamienia cię zachwyca? Bo mnie nie zachwyca ani trochę: konwencjonalny scenariusz, tanie aktorstwo, pretensjonalny tytuł. Słabe to wszystko… Co według ciebie jest tak ważnego w tym filmie?
Jak to co? W oczywisty sposób jedna kwestia: przekreślenie rosnącej przez całą opowieść rywalizacji dwóch „fachowców”, dwu postaw wobec sztuki i techniki alpinizmu: jednej graniczącej z cyrkiem, sprowadzającej się czasami do publicznych pokazów w odpowiednio wyposażonych wnętrzach (a poza tym, nie bez sukcesów, w terenie), i drugiej – zachowującej wszelkie klasyczne zasady, której przedstawiciel ma za sobą ogromne doświadczenie i zwycięstwa odnoszone na najtrudniejszych szczytach świata. Pierwszy, młody Martin Seldmayr, dopuszcza się kłamstwa. Twierdzi, że zdobył nieosiągalny szczyt Cerro Torre razem z młodym członkiem ekspedycji, który zginął przy zejściu. Wypadek miał miejsce pod nieobecność w obozie owego starszego wspinacza – Roccii Innerkoflera, szefa zespołu, który swe oburzenie okazuje przez odsunięcie się od ekipy. Przenosi się do chaty, skąd obserwuje całymi dniami szczyt i nie pozwala na rozpoczęcie nowego ataku. To czekanie wprawia Martina w desperację. Postanawia ponownie podjąć próbę wspinaczki, ale tym razem Roccia robi wreszcie to samo i ku przerażeniu ekipy wybiera trudniejszą drogę. Martin, już prawie sięgając szczytu, zostaje strącony przez lawinę i zawisa na linie kilka tysięcy metrów nad ziemią. Roccia przeczekuje śnieżną burzę w niszy na ścianie i staje na szczycie. Ale czeka go straszliwe rozczarowanie: ktoś był tu już przed nim. Widzi wbity czekan ze zdjęciem popularnej aktorki Mae West. Platonicznie w niej zakochany patagoński szaleniec, który przez cały czas pętał się wokół obozu, wciąż przepędzany jako niespełna rozumu, zdobył dla niej – już nieżyjącej i pewno znanej mu tylko z fotosów i filmów – ten diabelski szczyt. W hołdzie i z czystej miłości. Roccia (alter ego Messnera) zostaje haniebnie pokonany, bo pchała go ambicja. A Patagończyk zostawił w tyle wszystkich, którzy kierowali się choćby cieniem interesowności. Domyślać się trzeba, że nie miał ani doświadczenia, ani koniecznego sprzętu (przy wejściu stracił palce z powodu odmrożenia), a tylko cel jak nieskazitelny diament, choć obłędny z racjonalnego punktu widzenia. Cel być może zawsze kierujący wyobraźnią największych wysokogórskich herosów.
Czy znasz u Herzoga postacie podobne?
Myślałem o tym. I przypomniał mi się Hias: nawiedzony pustelnik ze Szklanego serca, filmu znacznie wcześniejszego niż Krzyk. On wie i widzi więcej niż inni i też jest wciąż samotny. Chciałbym jeszcze przypomnieć końcową sekwencję Krzyku. Pewno ją pamiętasz. Z unoszącego się helikoptera patrzymy na malejącą ciemną sylwetkę Roccii stojącego na szczycie. I tu wchodzi muzyka Wagnera Liebestod, która nigdy nie zabrzmiała dla mnie tak przejmująco.
Dariusz Czaja, Wiesław Juszczak
RUINY CZASU
ROZMOWY O TWÓRCZOŚCI
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.