wtorek, 6 stycznia 2026

Wiesław Juszczak o górach


Przed tą tybetańską dygresją zacząłeś mówić o „dokumentalizmie” u Herzoga. Tu też gatunkowy podział bywa trudny.

Dla mnie jednym z jego najlepszych filmów tego pogranicza jest Krzyk kamienia. Zapowiedzią czy pierwowzorem scenariusza była wyprawa w pasmo Karakorum, zorganizowana przez jednego z największych alpinistów – Reinholda Messnera, przyjaciela Herzoga, który zwie go „włoskim Tyrolczykiem mówiącym po niemiecku”. Herzog brał w niej udział jako reżyser i wspinacz zarazem, a Messner też jako operator. Celem ekspedycji było zdobycie dwóch ośmiotysięczników – Gaszerbrum I i II. Tak powstał w 1984 roku dokument Gasherbrum – lśniąca góra. Krzyk kamienia jest „fabularnym” – albo raczej „fabularyzowanym” – rozwinięciem historii tej wyprawy, z tym że nie dotyczy próby zdobycia ośmiotysięcznika, ale szczytu liczącego trochę ponad trzy tysiące metrów, zwanego Diabelskim: Cerro Torre w Patagonii. To góra może niewysoka, biorąc pod uwagę himalajskie miary, ale technicznie niezwykle trudna. A w opowieści filmowej – pozornie jeszcze nigdy niezdobyta. Herzog skorzystał przy pisaniu scenariusza z pomysłu Messnera, który w części sfinansował ten projekt.

Dlaczego te historie o górach tak bardzo cię interesują?

To się u mnie zaczęło dość wcześnie. Tuż po wojnie jako trzynastolatek wszedłem po raz pierwszy na Turbacz, w ogóle byłem po raz pierwszy w górach. I odtąd przez większą część życia prawie w każde wakacje chodziłem po górach z plecakiem. Głównie po Beskidach. Od Wisły i Beskidu Śląskiego, przez Gorce, Beskid Wyspowy, Sądecki i Niski, aż po Bieszczady, gdzie byłem w paroosobowej grupie jednych z pierwszych turystów. Na całej trasie spotkaliśmy dwie osoby. Przez dziesięć dni szliśmy z Wisły do Komańczy, skąd niektóre szlaki nie były jeszcze oznakowane. Ale pozwolono nam wejść na dwa najwyższe szczyty – Halicz i Tarnicę. Bieszczady zostały wtedy dopiero co otwarte dla turystów po zwolnieniu kardynała Wyszyńskiego, internowanego w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. Siostry przyjęły nas zresztą na nocleg i zaprosiły na narty zimą. Pojechaliśmy tam chyba w roku 1957.

Nie przypominam sobie, żebyś o tej pasji górskiej publicznie opowiadał.

To jedno z najpiękniejszych wspomnień z mojej młodości, ba, więcej niż młodości, bo połowy życia. Bieszczady przeszedłem tuż po ukończeniu studiów. Przedtem poza Beskidami chodziłem też trochę po Tatrach. Do Zakopanego zapraszała mnie jedna z koleżanek, której ciotka miała wynajętą willę na Gubałówce. Pracowała tam jako architekt. Ale z trudem opanowywany lęk przestrzeni utrudniał mi próby wspinaczki. Nigdy nie chodziłem z liną. W tym względzie moje pasje zastępowała lektura książek, głównie opisujących wyprawy himalaistyczne. Mam ich kilkanaście, trochę za mało, bo w jakimś momencie przestałem je kolekcjonować. Ale to było moje wielkie hobby. Nie jestem, ogólnie rzecz biorąc, wielbicielem sportu, ale alpinistyka – w szerokim rozumieniu – to dla mnie coś znacznie więcej niż sport. Poza tym jej najwybitniejsi reprezentanci to najczęściej także świetni pisarze. W istocie porywa mnie u nich „ciążenie” ku głębokiej duchowości, wyraźnie mistyczny rys ich działania. Ekstatyczny stosunek do przyrody. Wzajemność przyjaźni. Postawa etyczna, która współzawodnictwo przemienia we wspólnotę. I wielka miłość życia, z odwagą rzucająca wyzwanie śmierci. Z odwagą, która rodzi pragnienie i daje moc wzlotu ku granicom nieosiągalnego. Wanda Rutkiewicz przed swym ostatnim podejściem, u stóp Kanczendzongi powiedziała: „Dla mnie umrzeć tam, na górze nie byłoby czymś niezwykłym. To by było całkiem proste. Ostatecznie większość moich przyjaciół czeka na mnie tam, wysoko”.

Jest taki niezwykły wiersz późnego Różewicza ­poświęcony Wandzie Rutkiewicz, niemal miłosne wyznanie: „pamiętam że chciałem / do niej zadzwonić zapytać / co skłoniło wspaniałą / Kryształową Górę / do urodzenia myszki”… Ale wracając do Herzoga: dlaczego Krzyk kamienia cię zachwyca? Bo mnie nie zachwyca ani trochę: konwencjonalny scenariusz, tanie aktorstwo, pretensjonalny tytuł. Słabe to wszystko… Co według ciebie jest tak ważnego w tym filmie?

Jak to co? W oczywisty sposób jedna kwestia: przekreślenie rosnącej przez całą opowieść rywalizacji dwóch „fachowców”, dwu postaw wobec sztuki i techniki alpinizmu: jednej graniczącej z cyrkiem, sprowadzającej się czasami do publicznych pokazów w odpowiednio wyposażonych wnętrzach (a poza tym, nie bez sukcesów, w terenie), i drugiej – zachowującej wszelkie klasyczne zasady, której przedstawiciel ma za sobą ogromne doświadczenie i zwycięstwa odnoszone na najtrudniejszych szczytach świata. Pierwszy, młody Martin Seldmayr, dopuszcza się kłamstwa. Twierdzi, że zdobył nieosiągalny szczyt Cerro Torre razem z młodym członkiem ekspedycji, który zginął przy zejściu. Wypadek miał miejsce pod nieobecność w obozie owego starszego wspinacza – Roccii Innerkoflera, szefa zespołu, który swe oburzenie okazuje przez odsunięcie się od ekipy. Przenosi się do chaty, skąd obserwuje całymi dniami szczyt i nie pozwala na rozpoczęcie nowego ataku. To czekanie wprawia Martina w desperację. Postanawia ponownie podjąć próbę wspinaczki, ale tym razem Roccia robi wreszcie to samo i ku przerażeniu ekipy wybiera trudniejszą drogę. Martin, już prawie sięgając szczytu, zostaje strącony przez lawinę i zawisa na linie kilka tysięcy metrów nad ziemią. Roccia przeczekuje śnieżną burzę w niszy na ścianie i staje na szczycie. Ale czeka go straszliwe rozczarowanie: ktoś był tu już przed nim. Widzi wbity czekan ze zdjęciem popularnej aktorki Mae West. Platonicznie w niej zakochany patagoński szaleniec, który przez cały czas pętał się wokół obozu, wciąż przepędzany jako niespełna rozumu, zdobył dla niej – już nieżyjącej i pewno znanej mu tylko z fotosów i filmów – ten diabelski szczyt. W hołdzie i z czystej miłości. Roccia (alter ego Messnera) zostaje haniebnie pokonany, bo pchała go ambicja. A Patagończyk zostawił w tyle wszystkich, którzy kierowali się choćby cieniem interesowności. Domyślać się trzeba, że nie miał ani doświadczenia, ani koniecznego sprzętu (przy wejściu stracił palce z powodu odmrożenia), a tylko cel jak nieskazitelny diament, choć obłędny z racjonalnego punktu widzenia. Cel być może zawsze kierujący wyobraźnią największych wysokogórskich herosów.

Czy znasz u Herzoga postacie podobne?

Myślałem o tym. I przypomniał mi się Hias: nawiedzony pustelnik ze Szklanego serca, filmu znacznie wcześniejszego niż Krzyk. On wie i widzi więcej niż inni i też jest wciąż samotny. Chciałbym jeszcze przypomnieć końcową sekwencję Krzyku. Pewno ją pamiętasz. Z unoszącego się helikoptera patrzymy na malejącą ciemną sylwetkę Roccii stojącego na szczycie. I tu wchodzi muzyka Wagnera Liebestod, która nigdy nie zabrzmiała dla mnie tak przejmująco.

Dariusz Czaja, Wiesław Juszczak
RUINY CZASU
ROZMOWY O TWÓRCZOŚCI

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.