sobota, 17 stycznia 2026

Inwencja czasu, pułapka świadomości

 

Do plagi naszego istnienia przyczynia się niemało też to, że ciągle goni nas czas i nie daje odetchnąć, tkwiąc za każdym razem jak dozorca z biczem. Nie dokucza temu tylko, kto poddał się nudzie.

Arthur Schopenhauer6Lecz wola, wola życia, wola żeby nie cierpieć...

Samuel Beckett7Poza Kartezjuszem8 najważniejszym filozoficznym odniesieniem dla młodego Becketta stał się Schopenhauer. To prawda, niespełna dwudziestokilkuletni autor, snujący plany o własnej twórczości, nie traktował niemieckiego myśliciela ze spekula-tywną solennością. Lecz pełen pomysłowości użytek, jaki poczynił, czytając jego traktaty, owocował w całej jego dalszej, już ściśle artystycznej praktyce. Lektura pism Schopenhauera posłużyła Beckettowi do interpretacji W poszukiwaniu straconego czasu. Zapewne rację mają zarówno ci, którzy twierdzą, że esej o Prouście jest bardziej zapisem programu samego Becketta niż pieczołowitą analizą dzieła francuskiego autora, jak i ci, którzy optują za traktowaniem tego tekstu jako oryginalnego komentarza do powieści9. Tak czy inaczej, na kilkudziesięciu stronach szkicu pojawiają się niemal wszystkie, i to w krystalicznej postaci, istotne figury Beckettowskiego projektu: świadomość, cierpienie, czas, możliwości i granice poznania oraz mówienia10. Spróbujmy się przyjrzeć, w jakie konstelacje układają się te problemy.

CHOROBA CZASU

Beckett rozpoczyna swoje analizy od mocnego akcentu, wprowadzając od razu w sam środek rzeczy:

Wszelako w sztuce dręczenia trucicielska inwencja Czasu nie ogranicza się wyłącznie do działania na podmiot - owego działania polegającego na nieustannym przekształcaniu jego osobowości, które sprawia, że jeśli w ogóle ma ona ciągłość, to uchwytną jedynie jako hipoteza oparta na retrospekcji.

Jednostka jest miejscem, gdzie dokonuje się nieustanny proces przelewania - „płynu” przyszłości, gnuśnego, bladego i jednobarwnego, do naczynia z „płynem” przeszłości, zbełtanym i zabarwionym kolorem minionych godzin11.

Podmiot jest zatem ustanawiany w akcie koniecznej świadomościowej, a następnie egzystencjalnej korekty. Nie ma w sobie nic ze stabilności, która nieuchronnie przychodzi „poniewczasie” i stanowi raczej efekt wymuszonej konceptualizacji i fik-cjonalizacji wydarzającego się życia niż jakąś konkretną, przed-ustawną formę niepodważalnej obecności. Już w tym miejscu pojawia się mocne echo myśli Schopenhauera, a raczej pewnego ważnego wątku, który - począwszy od Prousta - będzie stale obecny w twórczości autora Molloya. Chodzi o usytuowanie indywidualnej świadomości wobec rzeczywistości i czasu, czy raczej: rzeczywistości, która wyłania się z czasu. W opisie Becketta podmiot skazany jest na nieciągłość, na ścieranie się z własną kruchą kondycją tymczasowości. Zadziwiające jest jednak, z jak wielkim zdecydowaniem przyszły pisarz poddaje autonomię podmiotu procesowi deziluzji. Podobnie jak w głównym dziele Schopenhauera centrum i punktem wyjściowym okazuje się kwestia przedstawienia, które skupia w sobie zarówno podmiot, jak i przedmiot, utrzymując tym samym obie kategorie w łączności12. W rezultacie czas nie jest mitycznym, bezwarunkowym i nieokreślonym trwaniem, lecz sposobem uobecnienia doświadczenia, dzięki któremu mogą się wykrystalizować zręby subiektywności, usiłującej nadać sobie obiektywną rangę ośrodka znaczeń. Kiedy Beckett opisuje podmiot jako miejsce, w którym różne aspekty czasowości odnajdują wspólne miejsce, to ten topologiczny schemat jest niemal dokładnym powtórzeniem rozpoznań niemieckiego filozofa dotyczących „nicości istnienia”:

Czas i przemijanie w nim i poprzez nie wszystkich rzeczy jest tylko formą, w której woli życia, nieprzemijającej samej w sobie, objawia się nicość jej dążenia. Czas jest tym, dzięki czemu wszystko w każdej chwili rozpływa się w naszych rękach w nicość - tracąc przez to wszelką doprawdy wartość.

Co było, już nie j e s t, jest właśnie równie mało jak coś, czego nigdy nie było. Ale wszystko, co jest, w następnej chwili jest już rzeczą minioną. Dlatego najmniej ważna teraźniejszość ma nad najważniejszą przeszłością wyższość rzeczywistości, dzięki czemu ma się do tamtej jak coś do nicości13.

Czas jako siła degradująca możliwość jednostkowego istnienia nie jest zatem siłą ostateczną, lecz jedynie uzmysławia beznadziejność ludzkich dążeń. Zarazem jednak właśnie w tym ruchu uświadomienia powołuje on do życia myślącą jednostkę, która może próbować zderzyć się z tym, co Beckett wspólnie z Schopenhauerem określają tajemniczym mianem rzeczywistości. Zasada woli jest więc podporządkowana regule świadomej egzystencji, dzięki której proklamowana przez obu autorów nicość mogła być w ogóle dostrzeżona. Wola życia jest jednak - i tu pojawia się znaczące przesunięcie akcentów u Becketta - możliwa jedynie jako korekta stanu nieciągłości jednostki, zmiana czyniona z perspektywy czasu. Dopiero spójność jako forma nadana ex post warunkuje stabilność podmiotu, ale zarazem: uzależniając go całkowicie od fikcji przedstawienia, separuje od możliwości doświadczenia tego, co realne; doświadczenia, którego z kolei nie sposób jednak zatrzymać w jakiejkolwiek formie symbolicznego zapośredniczenia. Z perspektywy możliwości oraz językowej legitymizacji teraźniejszość identyfikowana jako zdarzenie okazuje się całkowitą katastrofą sensu i egzystencji:

Dopóki jakieś zdarzenie - dowodzi Beckett - nie jest ściśle umiejscowione i opatrzone datą, jest ono nieostre, a jego istota - nieuchwytna. Gdy narrator więził Albertynę, nie trapił się specjalnie tym, iż może mu się ona wymknąć, bo było to dlań równie abstrakcyjne i mgliste, jak możliwość śmierci. Cokolwiek jesteśmy skłonni twierdzić o śmierci, jednego możemy być pewni: nie ma to żadnego znaczenia ani wartości. Śmierć nie wymaga od nas, byśmy zarezerwowali sobie dla niej wolny dzień14.

I porównajmy z tym, co mówi Schopenhauer:

W takim świecie, w którym niemożliwa jest jakiegokolwiek rodzaju stabilność, jakikolwiek trwały stan, lecz wszystko tkwi w nieukojonym wirze i przemianie, wszystko pędzi, leci, utrzymuje się w pionowej pozycji na linie, idąc i poruszając się wciąż naprzód, szczęście nie daje się nawet pomyśleć. (...) Przede wszystkim nikt nie jest szczęśliwy, lecz dąży przez całe życie do rzekomego szczęścia, które rzadko osiąga i to tylko po to, by doznać rozczarowania. Z reguły jednak każdy dopływa do portu jak po katastrofie, pozbawiony masztów. Wtedy jednak jest też obojętne, czy był szczęśliwy, czy nieszczęśliwy w życiu, które składało się tylko z nietrwałej teraźniejszości, a teraz dobiegło końca15.

Siła teraźniejszości jest zarazem siłą odsłaniającą i uobecniającą rzeczywistość, która aby mogła oddziaływać, musi pozostać ukryta i niewypowiedziana. Nie chodzi jednak w tym miejscu

0    niemożliwość wypowiedzenia tego zdarzenia, lecz o nieubłaganą logikę katastrofy, która wiąże się z pryncypium świadomości, niemogącej zapanować nad czasem. Podmiot jako miejsce pasywności; miejsce - jak powiada Beckett - „przepływu” ciemnej materii różnych odmian czasu, nie ustępuje miejsca podmiotowi jako realizacji zasady woli. Ten nieokiełznany ruch, w którym jednostka podlega prawu bezwzględnego odczarowania

1    alienacji, uzupełnia - ironicznie przez pisarza prezentowana -reguła ustanawiania się indywidualności, niknąca pod nawiasami niepotrzebnych działań i słów. I znów Beckett, wzorując się na swoim filozoficznym mistrzu, stara się jednocześnie przelicytować go w pesymizmie, opisując stan, w którym podmiot nie ma już jakiejkolwiek nadziei na spełnienie w stanie błogiej ataraksji16, lecz ujawnia własne istnienie w dystansie ironii. Schopenhauer pokazuje jednostkę, odbijającą się od progu wyznaczanego przez ostateczność śmierci i odgrywającą swoją indywidualność jako rolę wyłącznie poprzez eteryczny, całkowicie nierzeczywisty pozór17. Tymczasem Beckett stara się przeciągnąć tę diagnozę na stronę własnej interpretacji, w której rozczarowanie, choć jest istotne, staje się zaledwie warunkiem wstępnym w procesie konstytuowania się podmiotowości. Rozczarowana świadomość stanowi bowiem przygotowawczy etap negatywnej dialek-tyki, w której niejasna, ciemna i bełkotliwa część jednostkowego życia zyskiwać będzie coraz dojrzalszy kształt18.

Można tę relację czasu i śmierci spróbować opisać jeszcze inaczej, tym razem biorąc teraźniejszość za centrum, wokół której krąży interpretacja Becketta. Na samym początku szkicu o Proustowskim cyklu autor, usiłując nakreślić ogólne ramy, w jakich można rozumieć pojęcie czasu, przemyca własną koncepcję podmiotu:

„Wczoraj” nie jest kamieniem milowym, który się minęło, ale kamykiem-dniem na wydeptywanej drodze lat; jest nieodwracalnie naszą cząstką -czymś, co w nas tkwi; co ciąży i przytłacza. Po „wczoraj” nie jesteśmy zaledwie bardziej znużeni; jesteśmy po prostu inni niż przed tym kataklizmem. Przy czym „kataklizmem” jest sam dzień, bez względu na to, co się w nim wydarzyło. Nie ma znaczenia, czy wręcz nie istnieje coś takiego, jak dobre czy złe „usposobienie” przedmiotu. Doraźne przyjemności i udręki ciała i umysłu są ponad-zarodkowe. I dzień ów, taki, jaki był, przyswojony przez jedynie istniejący i mający znaczenie świat - świat naszej utajonej świadomości - niweczy jego kosmografię19.

Istotne jest tutaj podwójne uwarunkowanie pomysłów Becketta. Z jednej strony, pozostaje on spadkobiercą filozofii idealistycznej, w której to podmiot warunkuje istnienie przedmiotu, a przypadłości stanowią rodzaj empirycznej naleciałości, przesłaniającej istotę aktu poznawczego. Z drugiej jednak strony, to właśnie strumień czasu, który nie jest ani empiryczny, ani transcendentalny, rozprasza i degraduje realność podmiotu, zatrzymanego w sferze potencjalności. Paradoks, przy którym obstaje Beckett, prowadzi go w stronę radykalnego myślenia o ludzkiej naturze - jednostka istnieje o tyle, o ile uświadomi sobie własną podległość czasowi. Zarazem jednak samym tym ruchem uświadomienia wyklucza ona możliwość zapanowania nad czasem, zamknięcia go w pojęciu i - w konsekwencji - uśmierca samą siebie. Z tej sytuacji nie ma wyjścia, jedynym „rzeczywistym” jej efektem jest powrót podmiotu do „pustego” miejsca, w którym wszystko znów staje się płynne. Świadomość jest - co prawda - uśpiona, ale próbując zapanować jednocześnie nad samą sobą, zewnętrznym światem i pokierować regułą czasu, skazuje się na „katastrofę” obłędu i solipsyzmu. Jak słusznie odnotowywał Schopenhauer, rezultatem takiego pragnienia może być jedynie podmiot rozumiany już nie substancjalnie, lecz jako „bezcielesne widmo”, a zatem jako czysty, autonomiczny pozór, którego nie można ani doświadczyć, ani poznać, ani - tym bardziej -uchwycić w jakiejkolwiek uobecniającej formie języka:

Każda jednostka jest z jednej strony przedmiotem poznania, tj. uzupełniającym warunkiem możliwości całego przedmiotowego świata, a z drugiej pojedynczym przejawem tej samej woli, która uprzedmiotowia się w każdej rzeczy. Ale ta podwójność naszej istoty nie opiera się na jedności, która istnieje sama przez się; inaczej moglibyśmy uświadomić sobie sami i niezależnie od przedmiotów poznania i chcenia; to zaś jest po prostu niemożliwe i ilekroć, chcąc tego spróbować, wnikamy w siebie i chcemy się raz w pełni przemyśleć, kierując nasze poznanie do wewnątrz, gubimy się w bezdennej pustce, znajdujemy się jak pusta kula szklana, a z tej pustki dochodzi do nas głos, którego przyczyny nie można jednak w niej odnaleźć (...)20.

Czyż nie o to samo chodzi Beckettowi, kiedy mówi o rozpaczliwej sytuacji „utajonej”, owym najbardziej uwewnętrznio-nym wymiarze jednostkowości? Podmiot albo może się ustabilizować, ale wówczas jest pustym miejscem, które zostaje wypełnione nonsensownymi zdarzeniami przychodzącymi z zewnątrz, albo okazuje się czystą fikcją, przeradzającą się w rodzaj opresji obłędu, rodzącego się z pragnienia absolutnej tożsamości jednostkowej świadomości. To dziedzictwo idealizmu, dla którego punktowe usytuowanie podmiotu jako władcy zewnętrznej rzeczywistości było tak ważne, zostaje utrzymane również i u Be-cketta. Jednak, jak zostało to już powiedziane w odniesieniu do relacji pisarza z filozofią Kartezjusza, autor celowo odwraca wektor działania tego impulsu myślenia, pozostawiając cały czas w mocy jego ogólną strukturę i zasadę - nie rezygnuje z kategorii świadomości, ani z reguły sceptycznej redukcji, lecz dokonuje ich krytycznego przewartościowania. To, co dociera do świadomości, czyli co jej się przydarza, demistyfikuje idealistyczną fikcję podmiotu jako świadomościowego modelu adekwatnego przedstawienia rzeczy, a więc poznanie. Ale, jak zauważa Be-ckett, świadomość pracuje nawet wtedy, gdy rozpoznaje swoją niemoc i swój upadek; nawet wtedy, gdy własną wolę przetrwania przeciwstawia woli rozumianej esencjalnie jako suwerenna siła, czyli czasowi, który upływając nieubłaganie, całkowicie destabilizuje pragnienie przetrwania podmiotowości, czy nawet więcej: kompletnie degraduje ją jako trwałą instancję poznania i egzystencji - „niweczy kosmografię wewnętrznego świata”21.

Istnienie świadomości jest więc antynomicznym dowodem egzystencjalnym - uniemożliwia ostateczne ustabilizowanie się jednostki jako bytu posiadającego możliwość pewnego poznania, jak i chroni subiektywność przed nihilistycznym poddaniem się władzy wrogiego czasu. Świadomość nie daje więc pełnej władzy nad śmiercią, lecz jest jedynie próbą pojęciowego, abstrakcyjnego, a zatem obiektywnego jej uchwycenia, jej brak zaś jest brakiem najbardziej podstawowym, czyli utratą dostępu do zasady woli życia. Możliwość świadomości, przedstawiania świata przez podmiot, nie wyzwala od lęku przed śmiercią, lecz pozwala zrozumieć, że się go doświadcza. U Becketta negatywna redukcja doprowadza do wyrugowania tego witali-stycznego elementu i stanowi rodzaj skazy na każdym pojawiającym się doznaniu, któremu w efekcie odebrana zostaje możliwość nadziei. W efekcie czas można odbierać wyłącznie jako objaw „choroby” podmiotu, który nie może i nie chce odzyskać sam siebie w ramach pełnej obecności. Beckett dochodzi w tym miejscu do ostateczności, choć wypada powiedzieć, że umiejętnie zatrzymuje się na jej granicy. W tej strategii interpretacyjnej podmiot, który nie jest wyłącznie teoretyczną, pozaczasową konstrukcją, lecz - rozpaczliwym aktem zmagającej się ze śmiercią świadomości22, jej wyrazem, próbą oznaczenia własnej pozycji, odsłania własną tęsknotę za inną niż ludzka formą istnienia. Jak bowiem pisał Schopenhauer, świat pozbawiony nadziei to świat zwierzęcy, to świat czystej energii trwania, niezapośredniczonej w żadnym przedstawieniu, w jakimkolwiek ruchu świadomości; świat energii skupionej w jednym punkcie23:

Zwierzęta zadowala zwykłe istnienie niewiele bardziej od nas, roślinę całkowicie, człowieka - w zależności od jego tępoty. Odpowiednio do tego życie zwierząt kryje mniej cierpień, ale też mniej radości niż życie ludzkie. Polega to przede wszystkim na tym, że z jednej strony wolne jest od troski i niepokoju wraz z ich męką, z drugiej zaś, że brak mu właściwej nadziei i dlatego nie przypada mu w udziale antycypacja radosnej przyszłości przez myśli ani towarzysząca jej, dodana przez władzę wyobraźni, uszczęśliwiająca fantasmagoria, owe źródło większości naszych radości i przyjemności. W tym sensie jest więc beznadziejne jedno i drugie, ponieważ świadomość jego ogranicza się do naoczności, a przez to do teraźniejszości, wobec czego zna tylko wyjątkowo krótko zakrojone obawy i nadzieje w stosunku do przedmiotów, które w niej naocznie są dane, gdy tymczasem świadomość ludzka obraca się w kręgu, który obejmuje całe jego życie, ba, sięga poza nie. (...) Zwierzę jest wcieloną teraźniejszością; widoczny spokój ducha, który przypada mu w udziale, często zawstydza nasz na skutek myśli i trosk często niespokojny i niezadowolony stan. (...) Właśnie to właściwe zwierzętom, całkowite roztopienie się w teraźniejszości wiele wnosi do radości, jaką mamy z naszych zwierząt domowych; są ucieleśnioną teraźniejszością i dają nam do pewnego stopnia odczuć wartość każdej nie-obciążonej i niezmąconej godziny, podczas gdy nasze myśli wykraczają poza nią i ją pomijają24.

Zwierzęca teraźniejszość paradoksalnie zapewnia istnienie poza czasem, ale także poza możliwością pojednania rozumu i doświadczenia. Czyste, izolowane trwanie, zamknięte w jednej chwili, jak widać, nie ma w sobie nic z mistycznego objawienia istoty świata, lecz stanowi raczej ruch w kierunku anonimowości i pozbawionej afektu struktury życia. Istnienie zwierząt nie stanowi wszak rewersu ludzkiej egzystencji; zwierzęta nie są figurami alternatywnego modelu antropologicznego, lecz pokazują możliwy centralny punkt życia jako takiego. Pomijając oczywisty immanentny wątek tej filozofii (przywiązanie do wschodniej idei indywidualnego „wyciszenia”), można powiedzieć, że

Schopenhauer powraca do dręczącego go problemu tego, co rzeczywiste, czego podmiot nie może doświadczyć, opierając się na epistemologicznej wierze w przedstawienie. Młody Beckett dodaje do tej podstawowej wątpliwości jeszcze jedną, dotyczącą krytycznego statusu świadomości. Skoro - zdaje się powiadać na marginesie powieści Prousta - zdarzenie, będące celem wiarygodnego poznania, pozostaje na zawsze nieuchwytne, to jedyną drogą podmiotu, pragnącego wywalczyć własną pozycję, która byłaby równie realna jak teraźniejszość, stanie się bezustannie podejmowana próba „przebycia choroby czasu”, a więc konfrontowania się świadomości z tym, co nieustannie jej umyka. Wedle Becketta podmiot może uratować sam siebie, jedynie pozostając przywiązanym do zasady weryfikowania własnej pozycji wobec tego, co realne, czyli niemożliwe do przedstawienia. Czas nie jest esencjalny, ale wyznacza zakres tego, co rzeczywiste, kumuluje się w zdarzeniu, które bezskutecznie, choć nieustannie domaga się słownego ekwiwalentu. Podmiotowość, którą przedstawia Beckett, zostaje umieszczona w pustym miejscu, poza wszelką esencją, po to, by stworzyć możliwość ujęcia zarówno swojej własnej „immanentnej zmienności”25, jak i nieskończonej konfluencji dziejących się w zewnętrznym świecie zdarzeń26.

Literatura świadomości : Samuel Beckett, podmiot, negatywność

Jakub Momro 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.