Mieczysław Geniusz (poznany przez poetę w 1875 r. gdy miał 20 lat), który traktował Norwida jako nauczyciela i mistrza oraz starszego przyjaciela, przechowujący wszystkie posiadane w swej rodzinie pamiątki po poecie, przekazane następnie Zenonowi Przesmyckiemu oraz Tadeuszowi Smoleńskiemu, tak oceniał dramatyczny żywot Norwida, pisząc do Przesmyckiego:
„Jest ogromny tragizm w tej postaci, obdarzonej w kolebce darami wszystkich wróżek, prócz tej, co daje powodzenie. Tragizm tym większy, że Norwid znał swą własną wartość i miał tę dumę, która nie pozwoliła nigdy, aby nierówności społeczno-materialne śmiały uchybić temu, co w sobie czuł bożym, płonącym z wyższego zezwolenia. Wszedł w świat przez drzwi najwyższych warstw towarzyskich, wyszedł przez drzwi przytułku Ś-go Kazimierza, ale z całą nieskazitelnością ducha, wysoce przekonanego o swym kapłaństwie śród ludzi, nie zniżonego nigdy do służby najemnej, interesownej. Czy jednak wolno mó- wić o jego dumie? [...] zawsze zachowywał taką prostotę obejścia, wyrozumiałość, uprzejmość, że jedynie wykwintność zachowania, piękność słowa i lot- ność myśli wyróżniały go ze środowiska, gdzie nie przybierał żadnego nadludzkiego, pontyfikującego Wiktor-Hugizmu. Nie duma więc, a tym mniej pycha, ale poczucie godności, ale wielki szacunek dla tego wyższego pierwiastku, którego się czuł powiernikiem, sprawiły, że usuwał się ze środowisk, gdzie ten pierwiastek dostatecznego nie znajdował uszanowania”.
Zatrzymajmy się jeszcze nad jednym wspomnieniem Józefa Tokarzewicza, który poznał Norwida w 1870 roku, zbliżył się do niego jednak w trzy lata później (miał już wówczas 32 lata), prowadząc długie dyskusje na różne tematy; tak oceniał on osobowość i uzdolnienia swego niezwykłego przyjaciela:
„Norwid malował trochę; próbował, jak się zdaje i innych też działów plastyki, zakrawającw tej mierze cokolwiek na uniwersalizm [...] W obrazach Norwida, jeśli gdzie jakie zostały — gdyż przerabiał je z takim mozołem, jakby na każdy z nich siedem wieków pragnął wpakować prędzej by może archeolog dobrał się do genezy dziwnego tego umysłu niżeli w jego pismach, bardziej jeszcze skondensowanych. Ruina psychiczna przybierała tu pod pędzlem, przynajmniej kształt jakikolwiek, rysunek pewien. Było w tym coś z Alma Tademy *, coś z impresjonizmu nowoczesnego, z Owerbecka ** i z tytanich szkiców Michała Anioła; mogłeś w tym lub owo odgadnąć, domyśleć się za pomocą wytę- żonego wzroku, gdy tymczasem w litery Norwida trzeba było patrzeć — hipotezami.
Nie był to dyletant, tym mniej wizjonariusz, mistyk lub fiksat. Francuzi, z którymi przestawał, podziwiali jego barwną fantazję i bogatą wiedzę; najzawołansi, słynni umysłowi idioci, oni również wybornie zawsze pojmowali, o czym p. Cyprian mówił, choć nigdy nie mogli powtórzyć, co chciał powiedzieć.
W każdej rzeczy wyszperać on umiał przede wszystkim taki jej do innych stosunek, który ją czynił do tyla oryginalną, iż prawie obcą i nie tą samą z dobrze znanej się stawała. [...] Zduszą swą nosił się pomiędzy ludźmi jako z numizmatem rzadkim, nikomu nie znanym, nikomu niepotrzebnym, do niczego nieprzydatnym. Wzrostu miej niż średniego, suchy, lecz kształtny, rozumnie patrzący lśniącą spod chmur źrenicą człowieka północy, rozkochany w słońcu jak Gwebr, miał on w obejściu się gładkość i swobodę bywalca, a w słowach i myślach szorstkość rudy, trawionej ogniem wewnętrznym. Robił wrażenie cegiełki ocalałej z cudownego gmachu, który gdzieś, kiedyś spłonął do szczętu. Opowiadała ona o rzeczach bez wątpienia niesłychanych. Niestety, zanadto plugawie wyglądałyby przy niej cegły naszego wieku, tysiącami wystawiane i wystawiające się na sprzedaż powszednią, aby dla kogokolwiek bądź ceramika ta Norwidowska ce nę mieć mogła. Zdziczał w końcu, pozwolił na sobie osiąść kwasowi rozczarowania i zwątpienia [...]” (W. Tokarzewicz).
Norwid opowieść biograficzna
Zbigniew Sudolski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.