środa, 25 maja 2022

Odwrócić się plecami do życia

 


Współczesny świat krytykuje zgryźliwie tych, którzy "odwracają się plecami do życia".
Tak jakby można z pewnością wiedzieć, że odwracanie się plecami do życia nie jest zwracaniem się twarzą ku słońcu.

Nicolas Gomez Davila

Im bardziej badam rzeczy, tym wyraźniej widzę, że do krańca wszystkiego dotarli jedynie ci, którzy odwrócili się do świata plecami.

Być może nie ma prawdziwego szczęścia poza wyrzeczeniem. Nie potrzebować już tego świata!

Jedyną "filozofię" prawdziwą wyznaje eremita, nie chcący mieć z tym światem nic wspólnego.

"Bóg nie stworzył niczego, co byłoby dla niego bardziej obrzydliwe niż ten świat, toteż znienawidził go tak bardzo, że od dnia, gdy go stworzył, ani raz na niego nie spojrzał". Nie wiem kim był muzułmański mistyk, który to napisał, imię tego przyjaciela pozostanie na zawsze dla mnie nieznane.

Gdy umysł zwraca się ku Bogu, jedna tylko rzecz łączy nas ze światem: pragnienie by go opuścić.

"Odkąd jestem na świecie" - to odkąd wydaje mi się brzemienne sensem tak straszliwym, że wprost nie do zniesienia.

... zgłębienia natury Tao dostąpić może jedynie umysł oderwany od rzeczy tego świata.

Zarzut wobec wiedzy: ten świat nie zasługuje na poznanie.

Cioran

Gdziekolwiek, Byle Z Dala Od Tego Świata

Romantycy nie dowierzali światu i nie bardzo go lubili. Niekiedy odnosi się wrażenie, że mieli do  Stwórcy pretensje, nie tyle może o historyczny kształt "postaci świata" ile o to, że byt w ogóle zaistniał. Dlatego sprawiedliwie jest mówić o ich gnostyckich sympatiach.

W antologicznym wierszu The Bridge of Sighs Thomasa Hooda pretensja ta została zapisana w sposób następujący:

Anywhere, anywhere
Out of the world!

Edgar Allan Poe docenił natychmiast zwięzłość i celność tego oświadczenia i zacytował je w swoim programowym eseju Poetic Principle. Charles Baudelaire, który był zafascynowany Poem i   - nawiasem mówiąc - przetłumaczył ten szkic, wykorzystał tę cytatę jako tytuł jednego ze swoich poematów prozą z cyklu Paryski spleen. Ale w samym zakończeniu tego utworu pojawia się już jej parafraza "N'importe ou! pourvu que ce soit bors de ce monde", co w polskim przekładzie Joanny Guze brzmi: Gdziekolwiek, byle z daleka od tego świata.

Rzecz zrozumiała, że w III wieku frazę taką mógłby wypowiedzieć każdy Kopt, każdy Syryjczyk, każdy Grek, każdy Rzymianin, który wybierał się do monasterów i pustelni. Gdyby istniał sztandar anachoretów, można by ją na nim umieścić jako zawołanie. To pokrewieństwo duchowe jest zresztą w pełni zrozumiałe. XIX-wieczny eskapizm był świecką formą anachorezy, a pustelnik - ulubionym bohaterem romantyków.

Ryszard Przybylski z Pustelnicy i demony

Stanisław Lec - nowe słowa


Aforzyści
Alibido
Archeologika
W analfabycie
Argumętnie
Bawisłówek
Błogosłowianie
Chuligarchia
Cieniogród
Czynizm
Doczekalnie
Dogmatoł
Dr tautologii
Fanatyci
Grafomanna
Homo-szympans
Konformalizm
Małpomena
Mitologika
Mituman
Optymistyk
Paradoksyzm
Pani ulegałka
Płakat
Peryfeerie
Piuropuszyć się
Rajfurie
Robocja
Szekspiranci
Szekspirotechnik
Świńoszek
Sonetoidy
Trygloerudyta
W eufurii
Wiwisekciarze
Wyrzutnie sumia
Primus inter parias
Persona non gratis

poniedziałek, 23 maja 2022

Sokratejski poziom wiedzy o tym, że się nie wie


Zawsze potrzebujemy pewnego stopnia inteligencji, by uprzytomnić sobie, że nie wiemy.
Montaigne

Jest się w błędzie nie ponieważ się nie wie, ale ponieważ myśli się, że się wie.
Rousseau

Nie pozyskiwanie wiedzy powinno być naszym celem, lecz raczej uwolnienie się od ignorancji - która jest fałszywą wiedzą.
Wei wu wei

Największą przeszkodą dla odkrycia nie jest ignorancja - jest nią iluzja wiedzy.
D.Boorstin

Oczywiście nie wiem dobrze tego co wiem, ale przynajmniej zupełnie nie wiem tego czego nie wiem.
Nicolas Gomez Davila

Skąd, zatem, przychodzi pytanie? Jakie jest jego miejsce powstania? Jasnym jest że nie pochodzi od wiedzy absolutnej. Kiedy Bóg pyta Adama "Gdzie jesteś?" jego pytanie jest czysto retoryczne. Ani też nie pochodzi z absolutnego braku wiedzy gdyż kiedy nie wiesz, że nie wiesz, nawet nie pragniesz wiedzieć. Źródłem tego pytania jest wiedza o negatywności: wiesz, że nie wiesz, wiesz co znaczy "wiedzieć", i wiesz że nie wiesz tego o co pytasz. ...

Moglibyśmy powiedzieć, że według Sokratesa, kondycja ludzka może być wpisana w przestrzeń pomiędzy tymi trzema dualizmami: pomiędzy życiem i śmiercią, pomiędzy wiedzą i niewiedzą, i pomiędzy dobrem i złem. Zgodnie z Sokratesem, zatem, człowiek istnieje w tych trzech przestrzeniach "pomiędzy". ... Moje pytanie wynika z tej sytuacji ludzkiej istoty w przestrzeni pomiędzy "wiedzą" i "niewiedzą" ... We wszystkich dialogach sokratejskich grzechem śmiertelnym jest uważać że wiesz to, czego nie wiesz. Z chwilą kiedy zaczynasz myśleć, że wiesz, robisz wykroczenie przeciwko ludzkiej kondycji, i zaczynasz być w błędzie; z tego powodu, dla Sokratesa, ostateczną odpowiedzią jest pytanie....

Pytanie wiodące do istoty naszej kondycji, wiedzenie tego, że "nie wiem", ustanowiło myślenie europejskie na solidnym gruncie. Istotną sprawą jest to bym nie miał złudzeń. Każda metoda musi mieć w tym źródło: rozpoczynając od faktu, iż wie, że nie wie, człowiek coś tworzy, wraca do zera i odnajduje swą drogę w przód. To jest tym co zainicjował Sokrates. A gdzie umysł odmawia odkrycia się, nie buduje na początkowej ignorancji, tam pojawia się dogmatyzm.

Alexandru Dragomir 
***
Jasnym jest że [pytanie] nie pochodzi od wiedzy absolutnej.

To nie jest wcale takie jasne. Pytanie jak najbardziej może pochodzić od tego kto dysponuje bezpośrednią wiedzą, będąc swoistym testem rozpoznającym wiedzę rozmówcy. Taką taktykę w Suttach często stosował Sariputta.

Kiedy Bóg pyta Adama "Gdzie jesteś?" jego pytanie jest czysto retoryczne.

Pytanie "gdze jestem" jakkolwiek dziwnym może się wydawać, bynajmniej nie jest tak absurdalne jak to się większości ludzi wydaje. Byt -poczucie tego, że jestem, jakkolwiek naturalnym i oczywistym może się wydawać zwykłemu człowiekowi, jest pewną konstrukcją mentalną i może ulec "dekonstrukcji", u tego kto rozpoznania ją jako bolesną. I tak, jeśli ten kto otrzymał od Buddy instrukcję by widzieć ciało odpowiednio: "to nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja" dalej uważa pytanie za pozbawione sensu, to jasno pokazuje że nie doszło pomiędzy nim a Buddą do nawiązania kontaktu, że nie zrozumiał do czego Budda go nakłania. Bez wątpienia ciało z jego organami zmysłowymi jest łatwe do zlokalizowania, ale moja własna lokalizacja w przestrzeni i czasie całkowicie zależy od pewnej mentalnej postawy charakterystycznej dla zwykłego człowieka, która manifestuje się poprzez widzenie ciała jako: "to moje, tym jestem to moje ja".

W tym tkwi główna różnica pomiędzy Nauką Buddy a późniejszą mahayaną. Materia jest jak najbardziej realna, istnieje, ale stan istnienia -bhava - poczucie bycia w przestrzeni i czasie, jako konkretna osoba, jest złudzeniem które zależy od samo-identyfikacji z ciałem. To stan cierpienia. Ale po otrzymaniu odpowiedniej instrukcji, stan istnienia -bhava- może być porzucony.

Przypominam też o różnych poziomach ignorancji od której zależy stan istnienia -bhava. Kiedy zrozumieliśmy przesłanie Buddy, porzuciliśmy ignorancję na poziomie refleksyjnym, nie mniej koncept "jestem", nawet jeżeli już nie wspiera się na samo-identyfikacji "jestem tym", "to moje ja" dalej się utrzymuje. Zatem zwykły człowiek, starający się wprowadzić w życie instrukcję Buddy, może użyć pytania "gdzie jestem?" jako zręcznego środka do pozbycia się samo-identyfikacji z ciałem. Jestem pewny, że jestem, ale skoro ciało to nie ja, gdzie jestem?

Co należy też podkreślić, nieśmiertelność w Nauce Buddy może być zweryfikowana na poziomie refleksyjnym przez każdego inteligentnego człowieka. Ciało się urodziło i umrze, ale jeżeli dezidentyfikacja zakończyła się sukcesem, to jest oczywiste że uwalnia nas ona od idei "ja się urodziłem", i "ja umrę". To co nie zrodzone nie może też umrzeć.

...tam pojawia się dogmatyzm.

Wyobraźmy sobie kogoś zagubionego w labiryncie pełnym pułapek i niebezpieczństw. Uzyskuje on jednak mapę z dodatkowymi instrukcjami co i jak robić. Zarówno mapa jak i instrukcje są rzetelne, jeżeli ten człowiek im zaufa, uda mu się wydostać z labiryntu. Ale musi się tych instrukcji trzymać dogmatycznie. Jeżeli nie uzna przekazanych mu dogmatów, zginie w jakiejś pułapce, albo dalej będzie się błąkał nie znajdując wyjścia.

W Nauce Buddy na poziomie etyki trzymamy się dogmatycznie idei że zabijanie, kradzież, kłamstwo, niewłaściwa seksualność oraz picie alkoholu będzie miało bolesne rezultaty. Na poziomie doktryny jednym z dogmatów jest przesłanie:

Wszystkie determinacje są nietrwałe
Wszystkie determinacje są cierpieniem
Wszystkie rzeczy są nie-ja

Jakąkolwiek rzecz zdeterminuję za  swoje ja, wszelka taka determinacja jest nietrwała i musi skończyć się rozczarowaniem, gdyż wszystkie rzeczy są nie-ja. Trzymając się tego dogmatu i podejmując odpowiedni wysiłek możemy wyjść poza istnienie, poza ból bycia podmiotem w przestrzeni i czasie.

Gdzie jest moje miejsce?


Na kominku - wizerunek szympansa i posążek Buddy. To sąsiedztwo, raczej przypadkowe niż zamierzone, sprawia, że bezustannie zadaję sobie pytanie, gdzie też możne być moje miejsce pomiędzy tymi dwoma ekstremami - pre- i transfiguracją człowieka.

Cioran

Jako że Haeckel może mieć rację iż więcej dzieli człowieka wybitnego od człowieka pospolitego niż człowieka pospolitego od małpy naszym zadaniem jest nie tyle oddalić się jak najbardziej od szympansa, co od człowieka pospolitego czy masowego. Człowiek jest tym co sam z siebie zrobi - zejście poniżej poziomu zwierzęcia bynajmniej nie jest niemożliwe i współczesny świat dostarcza nam na to wielu dowodów. Zatem oddalenie się od szympansa - ta idea nie jest tak jednoznaczna jakby mogło się wydawać. Ważne w którą stronę się oddalamy.

Dawno temu napisałem artykuł

Ajahn Brahmavamso i poszukiwacz prawdy

Od tego czasu zaznajomiłem się z literaturą fachową, i są pewni naukowcy którzy dowodzą, że w rzeczywistości małpy nie potrafią mówić za pomocą języka migowego, że to tylko projekcja badaczy, którzy bardzo by chcieli, żeby tak było. Ale obecnie nie mam czasu na wgłębianie się w to zagadnienie, na razie zawieszam więc osąd w tej sprawie.

Iatrogenesis czyli śmiercionośni lekarze


Jak prawdziwie śmiertelna jest współczesna medycyna, możemy jasno zobaczyć, gdy ma miejsce strajk lekarzy. W 1970 roku w stolicy Kolumbii, Bogocie, miał miejsce przez okres 52 dni strajk, gdzie doktorzy zniknęli zupełnie, z wyjątkiem nagłych wypadków. Gazeta National Catholic Reporter opisała uderzająco niezwykły efekt uboczny tegoż strajku. Otoż śmiertelność obniżyła się o trzydzieści pięć procent. Przedstawiciel National Morticians' Association stwierdził, "To może być zbieg okoliczności, niemniej takie są fakty." 

Osiemnasto procentowy spadek śmiertelności podczas strajku lekarzy miał miejsce w Los Angeles w 1976 roku. Dr. Milton Roemer, Professor of Health Care Administration w UCLA, zrobił przegląd siedemnastu głównych szpitali i odkrył że zostało wykonanych o sześćdziesiąt procent operacji mniej. Kiedy strajk się skończył, wszystko wróciło do normy, a wraz tym śmiertelność także powróciła do uprzedniego poziomu, na jakim była przed strajkiem.

To samo miało miejsce w Izraelu w 1973 roku kiedy doktorzy zredukowali swój dzienny kontakt z pacjentami z 65 000 do 7 000. Strajk trwał miesiąc. Zgodnie z Jerusalem Burial Society,  śmiertelność w Izraelu spadła podczas tego miesiąca o pięćdziesiąt procent. Nie było takiego poważngo spadku śmiertelności od ostatniego strajku lekarzy sprzed dwudziestu lat! Kiedy pytano lekarzy jak wyjaśnić ten fenomen, odpowiedź brzmiała, że skoro zajmowli się tylko poważnymi przypadkami, mogli poświęcić swą energię na leczenie prawdziwe chorych ludzi. Kiedy nie musieli wysłuchiwać codziennych, jak się wydaje nieistotnych skarg przeciętnych pacjentów, mogli oddać się całkowicie ratowniu życia.

To nie jest znowu taka zła odpowiedź. Potrzebujemy ciągłego strajku lekarzy. Jeżeli lekarze zredukowaliby zaangażowanie w leczenie pacjentów o dziewięćset procent, i zajmowali się tylko nagłymi wpadkami, nie ulega wątpliwości że wyszlibyśmy na tym lepiej.

Confessions of a Medical Heretic - Robert Mendelsohn
*

Całkowita liczba przypadków śmiertelnych spowodowanych przez konwencjonalną medycynę wynosi w USA, 800 000 na rok. Dla kontrastu liczba przypadków śmiertelnych spowodowanych chorobą serca w 2005 roku wynosiła 652,091 a spowodowanych rakiem 559,312

Za Death by Medicine autor Gary Null




niedziela, 22 maja 2022

Dlaczego potępiamy kapitalizm

 

Potępiamy kapitalizm nie dlatego, że wspiera nierówność, lecz dlatego, że sprzyja awansowi niższych typów ludzkich.

Niewybaczalną zbrodnią kapitalizmu jest sztuczne pobudzanie pragnień po to, żeby wzbogacić się przez ich zaspokajanie.

Jeśli pragnie się jedynie zaopatrzyć rosnącą liczbę istot w rosnącą liczbę artykułów - i nie przywiązuje się znaczenia ani do jakości istot, ani do jakości artykułów - kapitalizm jest doskonałym rozwiązaniem.

W kapitalistycznym społeczeństwie bogacz ma pragnienia biedaka.

W społeczeństwie kapitalistycznym bogacz nie umie używać pieniędzy do tego, do czego najbardziej się nadają: do wyeliminowania konieczności myślenia o nich.

Kapitalizm jest potworną deformacją własności prywatnej dokonaną przez liberalną demokrację.

Niedawno kapitalizm pogrzebał swych wrogów.
Dziś umiera otoczony przez spadkobierców.

Kapitalizm redaguje apologię komunizmu, podczas gdy komunizm redaguje apologię kapitalizmu.

Socjalizm jest nazwą handlową państwowego kapitalizmu na rynku wyborczym.

Nazywa się socjalistyczną gospodarkę, która pracowicie montuje spontaniczne mechanizmy kapitalizmu.

Socjalizm wykorzystuje zachłanność i nędzę, kapitalizm - zachłanność i nałogi.

Trzy etapy kapitalizmu: w pierwszym przedsiębiorca handluje, aby zbudować sobie pałace, w drugim - aby reinwestować swoje dochody, w trzecim - aby zapłacić podatki.

Nicolas Gomez Davila

Na zarośniętych ścieżkach Knut Hamsun


Nie miałem żadnej w ogóle władzy, ale telegrafowałem. Zwracałem się do Hitlera i do Terbovena. Szukałem także dojścia do innych, na przykład do człowieka nazwiskiem Muller, który, jak mówiono, miał władzę i wpływy, choć ukrywał się za kulisami. Musi chyba istnieć gdzieś jakieś archiwum, w którym znajdują się moje telegramy. Było ich wiele. Kiedy czas naglił, kiedy chodziło o życie lub śmierć mojego ziomka, telegrafowałem dzień i noc. Zatrudniłem żonę mojego zarządcy, żeby nadawała telegramy przez telefon, ponieważ sam nie byłem w stanie tego robić. To właśnie te telegramy wzbudziły na koniec podejrzliwość Niemców wobec mnie. Traktowali mnie jako swego rodzaju pośrednika, niezbyt godnego zaufania, na którego trzeba uważać. W końcu Hitler przestał się zajmować moimi podaniami.

Znudziły go. Odesłał mnie do Terbovena, ale Terboven mi nie odpowiadał. Czy i w jakim stopniu moje telegramy komuś pomogły, tego nie wiem, podobnie jak nie wiem, z jakim skutkiem moje kawałki w gazetach odstraszały moich ziomków, tak jak to było moim zamiarem.

Zamiast tej mało znaczącej działalności w dziedzinie wysyłania telegramów, powinienem był pewnie raczej sam się ukryć. Powinienem był próbować przedostać się Szwecji, jak to wielu czyniło. Nie zginąłbym tam. Mam w Szwecji licznych przyjaciół, mam swoich potężnych wydawców. I mógłbym pewnie próbować przeprawić się do Anglii, co również uczyniło tak wielu; potem wrócili jako bohaterowie, ponieważ opuścili swój kraj, uciekli ze swego kraju. Ja nie zrobiłem nic takiego, nawet się nie ruszyłem, nigdy nie przyszło mi to do głowy. Chciałem jak najlepiej służyć mojemu krajowi, pozostając tam, gdzie byłem, prowadzić moje gospodarstwo najlepiej jak umiem w tych trudnych czasach, kiedy narodowi brakowało wszystkiego, a nade wszystko wykorzystywać moje pióro dla tego, by Norwegia uzyskała swoją wysoką rangę pośród germańskich krajów Europy. Ta myśl przekonywała mnie od początku. Co więcej, ta myśl mnie zachwycała, wprawiała w oszołomienie. Nie wiem, czy przez cały ten czas spędzony w takiej samotności, kiedykolwiek byłem od niej wolny. Uważam, że dla Norwegii była to wielka myśl, i dzisiaj, tak jak i wtedy, uważam, że to była wielka, dobra idea dla Norwegii, warta, by dla niej pracować i by o nią walczyć: Norwegia, samodzielny, świecący własnym blaskiem kraj na krańcach Europy! Miałem powodzenie u narodu niemieckiego, podobnie jak u narodu rosyjskiego, te dwie potężne nacje ceniły mnie i nigdy mi nie odmawiały, kiedy się do nich zwróciłem. 


Ale poszło na opak, wszystko, co robiłem, poszło na opak. Dość szybko straciłem orientację, zwłaszcza wtedy, gdy król wraz z rządem dobrowolnie opuścili kraj i sami pozbawili się swoich funkcji tu, w ojczyźnie. To sprawiło, że grunt usunął mi się spod nóg. Znalazłem się w zawieszeniu, pomiędzy niebem a ziemią. Nie miałem żadnego pewnego oparcia. Siedziałem zatem i pisałem, słałem telegramy i rozmyślałem. (...)

To mi jednak nie przynosiło pożytku, nie, pożytku mi nie przynosiło. Wprost przeciwnie, sprawiało, że w oczach i sercach wszystkich stawałem się kimś, kto zdradza tę Norwegię, którą chciałem wynieść na wyżyny. Że ją zdradziłem. Cóż, niechaj tak będzie. Niechaj będzie wszystko, czym owe serca i oczy świata chcą mnie teraz obciążyć.

To moja porażka i muszę ją dźwigać. Ale za sto lat wszystko zostanie zapomniane. Wtedy nawet Wysoki Sąd zostanie zapomniany, całkowicie zapomniany. Nazwiska nas wszystkich obecnych na tej sali będą za sto lat całkowicie starte z ziemi, nikt ich już nie będzie pamiętał, nikt nie będzie wspominał. Nasze losy zostaną zapomniane.

Zatem kiedy siedziałem tam, w moim domu, kiedy pisałem wedle najlepszych zdolności i telegrafowałem, to, jak się teraz powiada, zdradzałem mój kraj. Jestem zdrajcą ojczyzny, powiada się. Ale ja nie tak to odczuwałem, nie tak pojmowałem i dzisiaj też wcale tak tego nie pojmuję. Jeśli o mnie chodzi, to jestem bardzo spokojny i sumienie mam tak czyste jak to tylko możliwe.

Cenię bardzo wysoko sąd opinii publicznej. Jeszcze wyżej cenię istotę naszego norweskiego prawa, lecz najwyżej ze wszystkiego cenię moją własną zdolność oceniania, co jest dobre, a co złe, co słuszne, a co nie. Jestem dostatecznie stary, by posiadać własną miarę sprawiedliwości, i taka jest właśnie moja miara.

W moim, nazbyt już chyba długim życiu, we wszystkich tych krajach, w których bywałem, pośród wszystkich narodów, z którymi miałem do czynienia, zawsze i niezmiennie przechowywałem i czciłem w swoim sercu ojczyznę. I nadal zamierzam ją tam przechowywać, w oczekiwaniu na sąd ostateczny nade mną.

A teraz dziękuję Wysokiemu Sądowi.

Tylko tych kilka prostych spraw chciałem wyrazić przy tej okazji, żebym przez cały czas nie pozostawał tak samo niemy, jak jestem głuchy.

I nie miała to być z mojej strony obrona. Jeśli cokolwiek mogło tak zabrzmieć, wynika to jedynie z materiału, na jakim musiałem się oprzeć w moim przemówieniu, z tego, że byłem zmuszony wspomnieć kilka rzeczy powszechnie znanych. Ale to nie miała być obrona, dlatego nie wspomniałem nawet o świadkach, których mógłbym przecież przedstawić. I nie chciałem też wspominać o innych materiałach, którymi także mógłbym się podeprzeć. To wszystko można odłożyć.

Niech czeka na jakąś inną okazję, może na lepsze czasy, może na inny sąd niż ten. Jutro też zapewne nastanie dzień, a ja mogę czekać. Czasu mam dość. Żywy czy umarły, to rzecz obojętna, bo przecież dla świata to obojętne, jak się potoczy los pojedynczego człowieka, w tym przypadku – mój. Ja mogę czekać. Tyle mi wolno”.

O relacjach Hamsuna z Hitlerem

Knut Hamsun: The Soul of Norway

sobota, 21 maja 2022

Pospolitym jest żyć według własnego upodobania

 

Tak jak pewien rodzaj błędów jest możliwy do popełnienia tylko przez znawców tematu, tak też człowiek wyższy wydaje się narażony na pewien rodzaj cierpienia, którym zwykły człowiek nie jest zagrożony. Otóż nawet Budda, po przebudzeniu się z Matrix Świadomego Istnienia i wyjściu poza koncept "jestem" dalej czcząc i szanując, żył w zależności od Dhammy, odwiecznego, niezmiennego prawa. I tu wydaje się tkwić różnica jakościowa pomiędzy człowiekiem wyższym a masowym. Ten pierwszy jasno widzi potrzebę bycia zależnym od jakiejś wyższej instancji, czczenia jej i szanowania, której ten drugi nie odczuwa.Taka zależność daje nam poczucie sensu, spełnionego obowiązku i dyscyplinuje nasze niższe instynkty, które to, niekontrolowane mogą sprawić że zamiast transformacji naszego życia w kierunku boskości, zdegradujemy się do poziomu zwierzęcia albo i niżej.

Zatem słusznie powiada się że dla inteligentnego człowieka dyscyplina ciąży jak tarcza nie jak brzemię.

Parę aforyzmów Gomeza Davili o potrzebie zdyscyplinowania naszego życia:

"Natura ludzka" jest kategorią aksjologiczną.
Czlowiek jest powinnością, ktorej człowiek zwykł się sprzeniewierzać.

To co nie wydaje się być godne człowieka, zwykło być godne prawie wszystkich ludzi.

Kto uwalnia się od wszystkiego co uciska, ten szybko odkrywa, że uwolnił się również od tego, co go chroni.

Spróbujmy przekształć ciężar, który przytłacza, we wznoszacą siłę, która ocali.

Jeżeli dyscyplina nie przekształca istnienia jednostki w oryginalny dramat wszyscy niestrudzenie recytują ten sam zwierzęcy repertuar.

Dyscyplina jest nie tyle społeczną koniecznością, ile etyczną nagłą potrzebą.

Kiedy człowiek wzbrania się przed tym, by dyscyplinowały go bóstwa, dyscyplinują go demony.

Moralna doskonałość polega na poczuciu, że nie możemy robić tego, czego nie powinniśmy robić.
Etyka osiąga swój szczyt tam, gdzie reguła wydaje się wyrazem osoby.

"Mieć odwagę zaakceptować siebie" to jedna z wielu współczesnych formułek, które próbują ukryć ludzką nikczemność, nazywając trudnym to co łatwe. Człowiek współczesny twierdzi, że nic nie kosztuje go tyle pracy, co uleganie własnej zwierzecości.

"Bycie sobą" jest domniemaną powinnością, która służy do próby uchylenia się od spełniania naszych prawdziwych obowiązków.
Naszym obowiązkiem nie jest autentyczność ontologiczna zwierzęcia: jest nim autentyczność aksjologiczna.

Kto uważa, że usprawiedliwia złe uczucie, mówiąc, że jest szczere, wyłącznie je potęguje.

To w naszym "wspólnym człowieczeństwie" najchętniej szukamy usprawiedliwienia dla naszej osobistej nikczemności.

Nasz aktualny obowiązek polega nie tyle na przestrzeganiu określonych zasad etycznych, ile na ocaleniu świadomości sacrum.

Każdy spełniony oblwiazek reprezentuje ten sam poziom doskonałości etycznej, ale nie każdy ma tę samą rangę.
Nawet bohaterskiej śmierci nadaje rangę bóstwo, za które się umiera.

Godność ludzka jest tym, co się zdobywa, kiedy walczy się z samym sobą w imię jakiejś normy.
To co nie ma źródła w konflikcie, jest zwierzęce, lub boskie.

Wewnętrzne konflikty niszczą skorupę obojętności, którą dusza odgradza się od oblegających ją prawd.

Człowiekiem szlachetnym jest ten, który stawia sobie wymagania, jakich nie stawiają mu okoliczności.

Zdolność do komplikowania tego co oczywiste, była podstawowym warunkiem metamorfozy zwierzęcia w człowieka.
Bezpośrednie przechodzenie od pożądania do jego zaspokojenia jest cechą zwierzęcia.

Nikt się nie odnajduje, jedynie szukajac siebie.
Osobowość rodzi się z konfliktu z normą.

Dla człowieka współczesnego, "odnalezienie siebie" oznacza rozpuszczenie się w pierwszej lepszej zbiorowości.

Powinniśmy wychwalać wojnę nie między ludźmi, lecz w człowieku.

Kto jedna człowiek z samym sobą, umniejsza go.

Człowiek powinien przygotowywać się nie na przyjmowanie wszelkiej prawdy, lecz na umieranie ze swymi bóstwami.
Dostosowanie się upadla.

Dostosowanie się jest złożeniem odległego dobra na ołtarzu bezpośredniej potrzeby.

Ci którzy wyzwalają człowiek z kajdan, wyzwalają wyłącznie zwierzę.

Etykieta, skrupuły ryty są palcami, które zwierzęcą masę plastyczną instynktów formułują w duszę.

Ludzie dzielą się na tych, którzy komplikują sobie życie, aby zdobyć duszę, i na tych, którzy trwonią duszę, aby ułatwić sobie życie.

Każde obalone tabu cofa ludzką egzystencję ku niesmaczności instynktu.

Ten kto oddaje się swoim instynktom, w równie oczywisty sposób upadla swoje oblicze, jak i swoją duszę.

Do orzeczenia, że jakaś norma jest martwa, głupcowi wystarczy wiedzieć, iż nie jest przestrzegana.

Gdy oczywistości ulegają zaćmieniu, zasady kierują naszymi krokami.

Bycie uczniem tych, którzy łamią normy, nie jest etycznie dozwolone.
Nienaśladowanie jest pierwszym wymaganiem etycznym w przypadku przekraczania norm.

Gwałcenie prostych reguł etycznych w imię jakiejś wyższej reguły zwykły doradzać etyki prostackie.

Świadomość moralna jest jedynie instancją, w której dwuznaczność konkretu prowadzi spór z jednoznacznością reguły.

W dobrze urodzonych duszach zasady są naturalizowane.

Jest coś niezniszczalne nikczemnego w poświęceniu nawet najgłupszej zasady na ołtarzu najszlachetniejszych namiętności.

Normą jest to, czego nic nie chroni przed naszym buntem, lecz czego nasza ślepota nie unieważnienia.

Każda reguła jest lepsza niż kaprys.
Dusza pozbawiona dyscypliny rozkłada się w larwalnej brzydocie.

Między anarchą instynktów i tyranią norm, rozciąga się ulotne i czyste terytorium ludzkiej doskonałości.

Doskonałość jest punktem, w którym łączy się to, co możemy zrobić, i to co chcemy zrobić, z tym co powinniśmy zrobić.

Ortega y Gasset:

Natomiast człowiek, którego analizujemy, przyzwyczaił się nie odnosić własnej osoby do żadnej zewnętrznej instancji. Zadowolony jest z siebie takiego, jakim jest. Skłonny jest zupełnie szczerze - i to nie przez próżność - jako rzecz najbardziej naturalną w świecie przyjmować i brać za dobrą monetę wszystko, co w sobie napotyka: mniemania, pożądania, upodobania i wybory. Dlaczego by nie miał tak robić, skoro – co już stwierdziliśmy - nikt ani nic go nie zmusza do uprzytomnienia sobie, iż jest człowiekiem drugiej kategorii, nader ograniczonym, niezdolnym do stworzenia ani zachowania nawet tej organizacji, która zapewnia jego życiu pełnię i zadowolenie, co z kolei daje mu podstawę do owej afirmacji własnej osoby?

Człowiek masowy nigdy nie odwołuje się do czynników zewnętrznych, o ile nie zostaje do tego gwałtownie zmuszony przez okoliczności. Jako że obecne okoliczności do tego go nie zmuszają, odwieczny człowiek masowy, zgodnie ze swoim temperamentem, nie odwołuje się do nikogo, czując się w pełni panem swojego życia. Natomiast człowiek wybrany czy wybitny odczuwa wewnętrzną potrzebę odwoływania się do norm zewnętrznych, od niego samego doskonalszych, którym dobrowolnie może służyć. Przypomnijmy, że człowiek wybitny tym się różni od człowieka pospolitego, że ten pierwszy ma duże wymagania wobec siebie samego, natomiast ten drugi, zachwycony własną osobą, niczego od siebie nie wymaga, będąc zupełnie zadowolony z tego, kim jest. W przeciwieństwie do tego, co się powszechnie sądzi, to właśnie ludzie wybrani, a nie masy, żyją w prawdziwym poddaństwie. Życie nie ma dla nich smaku, jeśli nie polega na służeniu czemuś transcendentnemu. Dlatego też takiej służby nie odbierają jako ucisku. Jeśli tego im braknie, wówczas odczuwają niepokój i wynajdują nowe normy, jeszcze trudniejsze, bardziej wymagające, które ich gnębią. To jest życie rozumiane jako narzucona sobie dyscyplina - życie szlachetne. Szlachectwo określają wymagania i obowiązki, a nie przywileje. Noblesse oblige.

„Pospolitym jest żyć według własnego upodobania. Człowiek szlachetny dąży do porządku i prawa”. Goethe

Dla mnie szlachectwo to synonim życia pełnego trudu i wyrzeczeń, zawsze gotowego do doskonalenia się, do przechodzenia od tego, co już jest, do wyższych jeszcze celów i obowiązków. Tak rozumiane życie szlachetne jest jaskrawym przeciwieństwem życia pospolitego, bezwładnego, ograniczającego się statycznie do siebie samego, skazanego na wieczne zaskorupienie w sobie, jako że żadna siła zewnętrzna nie zmusza go do wyjścia poza siebie samo.

Dlatego też ludzi w ten sposób żyjących nazywamy masą nie tyle ze względu na ich liczbę, ile ze względu na to, że życie ich jest bezwładne i bezwolne.

Im dłużej żyjemy, tym wyraźniej widzimy, że większość mężczyzn - i kobiet - jest zdolna do podjęcia jakiegoś wysiłku tylko wtedy, gdy wymaga tego zewnętrzna konieczność. Dlatego też te nieliczne, znane nam jednostki, które umieją zdobyć się na spontaniczność i luksus wysiłku, pozostawiają niezatarte piętno w naszej pamięci, nabierając nieledwie monumentalnych wymiarów. To właśnie są ludzie wybrani, szlachetni, jedyni, którzy umieją być aktywni, a nie tylko reaktywni, dla których życie jest ciągłym napięciem, nieustannym treningiem. Trening = askesis. To są właśnie asceci. ...

Kiedy się mówi o „wybranych mniejszościach”, często zniekształca się znaczenie tego określenia nie dostrzegając tego, że człowiek wybrany to nie ktoś butny i bezczelny uważający się za lepszego od innych, lecz ten, który wymaga od siebie więcej niż inni, nawet jeśli nie udaje mu się samemu tych wymagań zaspokoić. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie jest najbardziej podstawowym kryterium podziału ludzkości na dwa typy osobników: tych, którzy stawiają sobie duże wymagania, przyjmując na siebie obowiązki i narażając się na niebezpieczeństwa i tych, którzy nie stawiają sobie samym żadnych specjalnych wymagań, dla których żyć, to pozostawać takim, jakim się jest, bez podejmowania jakiegokolwiek wysiłku w celu samodoskonalenia, to płynąć przez życie jak boja poddająca się biernie zmiennym prądom morskim.


Rak nie jest chorobą!

 


Rak skóry, trzustki, płuc, jajnika, prostaty, żołądka czy szyjki macicy to jedne z najczęściej występujących nowotworów, a zarazem schorzenia spędzające chorym sen z oczu. Zastanawiają się oni, jak zniosą inwazyjne terapie leczenia nowotworów, a w przypadku poważniejszych przypadków rozmyślają nawet nad tym, jak poradzą sobie bliscy, gdy ich już zabraknie. Nic dziwnego, skoro nowotwory są traktowane jako wyrok, a sama wizyta u onkologa wielu osobom kojarzy się z wędrówką na szafot? Strach pacjentów wzbudzają również techniki wykorzystywane w onkologii, z których zdecydowana większość wpływa na obniżenie komfortu życia i funkcjonowania. A gdyby tak zmienić myślenie i wcale nie traktować raka jako choroby? Niemożliwe? Ta książka udowadnia, że niekoniecznie!

Niespodziewana szansa dla chorych na nowotwory

Autor bestsellerów i uznany na całym świecie ekspert z dziedziny zdrowia dowodzi w tej książce, że rak jest fizycznym objawem odzwierciedlającym ostateczną próbę wyeliminowania konkretnych elementów niszczących nasze życie. Tylko wyciągnięcie wniosków i wyeliminowanie tych destrukcyjnych czynników pozwala osiągnąć pełne zdrowie ciała, umysłu i emocji. Kontrowersyjne? Naturalnie. Jak przekonasz się z tej książki, jest to jednak również niezwykle skuteczne podejście!

Szokujące statystyki onkologiczne

Ta książka prezentuje całkowicie nowe, radykalne zrozumienie raka, które znacząco odbiega od tego, jak większość lekarzy postrzega tę chorobę. Jak przytacza autor, obecne metody wycinania, wypalania bądź zabijania komórek rakowych zapewniają pełen sukces terapeutyczny u zaledwie 7% pacjentów, z których większość i tak zostaje uwolniona od nowotworu na mniej niż pięć lat! Wybitny badacz raka i profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, doktor Hardin Jones, stwierdził, że pacjenci nieleczeni mają się równie dobrze lub lepiej niż ci poddawani kuracji. Wszelkie opublikowane dane dotyczące sukcesów w statystyce przeżywania u pacjentów onkologicznych są równoważone identycznymi lub jeszcze lepszymi wynikami wśród osób, które nie poddają się żadnym zabiegom. Dzięki tej książce zrozumiesz, jak to możliwe
i zawsze wybierzesz najlepszą metodę terapii.

Nowe spojrzenie na eliminowanie nowotworów

Autor pokazuje, dlaczego konwencjonalne leczenie raka może nieść za sobą śmiertelne skutki, co go faktycznie wywołuje i jak usunąć przeszkody, które uniemożliwiają uzdrowienie ciała. Nowotwór nie jest próbą dla Twojego życia. Wręcz przeciwnie, ON stara się je ocalić. Ta książka otwiera drzwi dla tych, którzy chcą zamienić czucie się jak ofiara w pełną kontrolę własnej mocy, a chorobę w stan pełni zdrowia. To wydanie zostało rozszerzone niemal o połowę, a zawarto w nim chociażby najnowsze wyniki badań popierające tezy już przed laty stawiane przez Andreasa Moritza.

Sam decyduj o swoim zdrowiu!

Z tej książki dowiedz się, czemu nie możesz obwiniać o chorobę swoich genów oraz poznasz nieuczciwe praktyki medyczne i farmaceutyczne. Zrozumiesz, że spontaniczne remisje nie są żadnym cudem, a komórki nowotworowe niosą nie tylko mądrość, ale i zdrowie. Autor wyjaśnia, na czym polega mądrość natury, działanie wolnych rodników i co ma z nowotworami wspólnego zator wątroby. Poznasz znaczenie sztucznych napojów i przetworzonego jedzenia, metali ciężkich i telefonów komórkowych. Dowiesz się też, dlaczego powinieneś unikać popularnych leków, aspiryny czy środków na artretyzm. Zrozumiesz emocjonalne przyczyny raka, takie jak brak miłości własnej, odrzucenie czy sytuacje konfliktowe. Poznasz również czynniki zwiększające ryzyko choroby, takie jak alkohol, cukier czy fluorki.

Jak zatem wyleczyć raka?

Publikacja proponuje szereg naturalnych metod eliminowania nowotworów, takich jak cudowny lek, czyli kurkumina, światło słoneczne, ćwiczenia fizyczne i dieta antynowotworowa. Zrozumiesz, dlaczego objawy menopauzy zabezpieczają przed rakiem piersi i jak istotne jest wysypianie się. Dowiesz się, czym jest Graviola, MMS, Ashwagandha, zioła Indian Ojibwa, organiczne kryształki siarki i mieszanka syropu klonowego z wodorowęglanem sodu. Poznasz również inne użyteczne terapie antynowotworowe. Sprawdź, co jeszcze przygotował dla Ciebie Autor.

Powyższy opis pochodzi od wydawcy

Współczesne świńskie twarze są przejrzystymi kryptogramami grzechu

 

Odkrycie oblicza Chrystusa w twarzy współczesnego człowieka wymaga nie tyle aktu wiary, ile aktu łatwowierności.

Aby odrzucić nową moralność wystarczy poobserwować twarze jej podstarzałych adeptów.

Brzydota współczesnej twarzy jest zjawiskiem etycznym.

Współczesne świńskie twarze są przejrzystymi kryptogramami grzechu.

Zazwyczaj już sama fizjonomia zdradza demokratę.

Ten kto oddaje się swoim instynktom, w równe oczywisty sposób upadla swoje oblicze, jak i swoją duszę.

Nasza nikczemna powierzchowność jest wiarygodnym świadectwem naszej nikczemnej rzeczywistości.

Wiele rzeczy jawi się jako możliwe - aż zobaczymy ich obrońców.

"Godność człowieka", "wielkość człowieka", "prawa człowieka" etc. - słowny krwotok, który powinien być zatamowny zwykłym widokiem naszej twarzy w lustrze przy porannym goleniu.

Skromne zajęcia uszlachetniają oblicze, pozostałe - spodlają je prawie u wszystkich.

W "rozrywkach" niemal jedyną zabawną rzeczą jest widok kretyńskich twarzy tych, którzy się bawią.

Same prawa biologiczne nie mają wystarczająco subtelnych palców, by wymodelować piękne oblicze.

Nicolas Gomez Davila

***
Jak to się mówi, tylko powierzchowni ludzie nie osądzają innych na podstawie ich wyglądu. Arystoteles uważał że można odgadnąć charakter człowieka po jego wyglądzie. Thomas Brown w jego Religio Medici podzielał ten pogląd. Najbardziej znanym promotorem takiego podejścia był Johan Kaspar Lavater.

Kto jest tym zainteresowany może zajrzeć do książki

How to Judge People by What They Look Like napisanej przez Edward a Duttona

środa, 18 maja 2022

Wyczekiwanie w globalistycznym ogrójcu

 

Rzeczywistość NWO bez wątpienia można określić mianem fenomenalnej.

Nigdy dotąd Ludzkość nie doświadczała tak masowego frontalnego ataku szatana na swe istnienie i dziedzictwo Dzieci Bożych. Nigdy dotąd szatan nie posłużył się w swych knowaniach tak absurdalnym pretekstem jak „bezpieczeństwo sanitarne”.

Najdalej posunęły się w tej materii Chiny, które pod przywództwem Partii rozpoczęły wdrażanie tzw. „zero covid policy”.

W praktyce polega to na zamknięciu w ciasnych mieszkaniach dziesiątków milionów skośnookich istot, bez możliwości wychodzenia nawet na własny balkon, okresowego pozbawiania ich żywności, medykamentów, a nawet wody, oraz wybiórczego testowania na coś(?).

W przypadku „pozytywnych rezultatów” testów, rozdzielenia rodzin i deportacji do „centrów kwarantanny”, gdzie w antysanitarnych warunkach i gigantycznej ciasnocie, muszą oczekiwać dalszych testów, a tak naprawdę, śmierci.

Widać z tego wyraźnie, że nie tylko rozpoczęto tam masową depopulację nadmiernej ilości żywej siły roboczej, ale dodatkowo postanowiono dokonać tego z maksymalną dozą sadyzmu, testując przy okazji granice wytrzymałości.

Już teraz widać wyraźnie, że odarcie z Godności Dzieci Bożych owocuje pełną degradacją we wszystkich innych aspektach, takich jak poziom intelektualny i zdolności, a także odwaga, honor, czy godność. W porównaniu z tymi istotami, zwierzęta wydają się stać na wyższym poziomie rozwoju, a z całą już pewnością ich instynktowne odruchy nie pozwoliłby oprawcom na takie bezkarne traktowanie.

Nie inaczej ma się sytuacja na Zachodzie, gdzie zderzenie się społeczeństw z nowymi realiami NWO, obnażyło ich infantylizm, bezradność i ograniczenie umysłowe. Amerykanie i Francuzi biernie zaakceptowali gigantyczne fałszerstwa w wyborach prezydenckich, lub po prostu nic ich to nie obchodziło, tak jak narastające efekty „szczepiennictwa”.

Padają wyszczepieni sportowcy, piloci linii lotniczych, którzy musieli zaakceptować szprycę w celu utrzymania się na stanowisku. Niedawno w Los Angeles rozbił się prywatny samolot pilotowany przez wyszprycowanego kardiologa, powodując pożar kilku domów i ofiary śmiertelne. Ten przypadek rzuca dodatkowe światło na kwalifikacje amerykańskich medyków. Sprawnie realizują politykę walki z covidem, ale tylko wyjątkowi ignoranci pozwalają wyszprycować siebie samych!

Media zachwycają się wyczynem pasażera małego komercyjnego samolotu, który po utracie przytomności jedynego pilota, cudem dokonał lądowania na lotnisku południowej Florydy. Nikt nie zadaje pytań o przyczyny tych i wielu innych „wypadków”.

Szpitale nadal otrzymują wynagrodzenie za „leczenie” pacjentów, którego rezultatem jest śmierć od covida, którego sam Kill Gates ostatnio określił mianem „zwyczajnego grypowego wirusa”.

Sprawcy monstrualnych zbrodni, tacy jak Gates, Fauci, Schwab, nie tylko pozostają na wolności, ale nie krępują się w swych publicznych wypowiedziach, zapowiadających dalsze „sanitarne posunięcia” i wdrożenie „globalnego reżimu sanitarnego” z ponadnarodowego poziomu ONZ.

Wśród milionów „parlamentarzystów”, „przywódców”, członków rządów, policji, administracji, służb medycznych, wojska i wymiaru „sprawiedliwości”, nie znajdzie się nawet niewielka grupa, która zdając sobie sprawę z konsekwencji tej bierności, próbowałaby usunąć kilkusettysięczną grupę oligarchów, ich rodzin i prominentnych światowych wykonawców tych zbrodni.

Nawet w czasach Hitlera, czy Stalina sublimowały się ideowe grupy próbujące usunąć zło i ratować Ludzkość.

Jak głos wołającego na puszczy, na polu boju pozostała zatomizowana grupka straceńców, usiłująca uświadomić ogółowi konsekwencje takiego zaniechania, bezskutecznie mobilizująca Ludzkość do działania, na podobieństwo Chrystusa w Ogrójcu, daremnie próbującego obudzić swych apostołów. Ludzkość śpi zaprzepaszczając ostatnią szansę wyrwania się z objęć szatańskich globalistów.

Na przestrzeni trwania „pandemii” nie znalazł się nikt, kto w języku polskim przedstawiłby obywatelom całokształt tej największej zbrodni w dziejach Ludzkości. „Niezależne media” wolały zajmować się trzeciorzędnymi sprawami, odciągając jeszcze bardzie uwagę opinii publicznej od meritum zagrożeń. Nie ulega wątpliwości, że otrzymają one należną nagrodę z rąk Sprawiedliwego Sędziego.

Ignacy Nowopolski
https://drnowopolskipolskapanorama.home.blog

piątek, 23 kwietnia 2021

Tajemniczy Don Porchia


Za co płacimy naszym życiem nigdy nie kosztuje zbyt wiele.

Porzuciłem żebrzącą konieczność życia. Żyję bez niej.

Stajemy się świadomi pustki w miarę jej wypełniania.

Ten kto dostrzegł wszystko jako puste w sobie, jest bliski poznania czym wszystko jest przepełnione.

U nikogo nie znalazłem tego kim chciałbym być. I tak pozostałem: jak nikt.

W pełnym świetle nie jesteśmy nawet cieniem.

Ten kto nie zapełnia swego świata widmami pozostaje sam.

Większość z tego czego nie kontynuuję w sobie, kontynuuje się tam samo z siebie.

Moje "ja" odeszło daleko, coraz dalej ode mnie. Dziś jest moim najdalszym "ty".

Myślisz że mnie zabijasz. Ja myślę, że popełniasz samobójstwo.

Jestem w sobie tak mało, że co ze mną zrobią niewiele mnie interesuje.

Moje ubóstwo nie jest kompletne: brakuje mu mnie.

Zacząłem mą komedię jako jej jedyny aktor, i doszedłem do jej zakończenia jako jej jedyny widz.

Za czym mniejsze stworzenie się uważa, tym więcej znosi. I jeżeli ma się za nic, znosi wszystko.

Czasami jest tak jakbym był w piekle, i nie smucę się. Nie znajduję niczego nadczym mógłbym się zasmucić.

Gdybym był kimś wiodącym siebie samego, nie obrałbym ścieżki wiodącej do śmierci.

Odstąpiłem jeden krok od wszystkiego. I tu pozostaję, z dala od wszystkiego, oddalony o jeden krok.

Jesteś marionetką, lecz w rękach nieskończoności, ktore być może są twymi własnymi.

Poza mym ciałem żyły me są niewidzialne.

Tylko paru dochodzi do nicości, ponieważ ta droga jest długa.

Kiedy rozbijam wiążące mnie kajdany czuję że się umniejszam.

Sen nie dokarmiany przez sen zanika.

Kiedy mówię do siebie - kto to mówi? I do kogo to mówi?

Być kimś to być kimś osobno. Bycie kimś jest samotnością.

Ten kto czyni raj ze swego chleba czyni piekło ze swego głodu.

Tak długo jak myślimy że jesteśmy coś warci, jesteśmy niesprawiedliwi wobec siebie.

Uczymy się nie potrzebować potrzebując.

Poprosiłbym ten świat o coś więcej, gdyby miał to coś.

Tak, jestem zajęty samym sobą. Ale zapomniałem co to znaczy.

Kiedy szukam swego istnienia, nie szukam go w sobie.

Gdybyś mógł uciec ze swoich cierpień, i zrobił to, gdzie byś się udał poza nie?

Wierzę że dusza składa się ze swych cierpień. Gdyż dusza która wyleczyła swe cierpienia umiera.

Wszystko jest niczym, ale potem. Po przecierpieniu wszystko.

Za każdym razem gdy się budzę, rozumiem jak łatwo jest być niczym.

Wokół mnie nic oprócz dystansów.

Przeraża cię pustka i otwierasz szerzej oczy!

Zabójca dusz nie zabija stu dusz. Zabija jedną duszę sto razy.

Dusza wszystkigo jest jedyną duszą każdego.

Serce jest nieskończonością masywnych łańcuchów, skuwajacych odrobiny powietrza.

Moje ciało oddziela mnie od każdego istnienia i każdej rzeczy. Nic innego oprócz mego ciała.

Pewne rzeczy, ażeby pokazać mi swój brak essencji, stają się moimi.

Możesz nic nie posiadać, jeżeli oddasz jego światło słońcu.

Smak "mojego" nie jest gorzki, ale nie odrzywia nikogo.

Gdy nic mi nie pozostanie, nie poproszę o nic więcej.

W moim milczeniu brakuje tylko głosu.

Nic co kompletne nie oddycha.

Mamy świat dla każdego, ale nie mamy świata dla wszystkich.

Jestem przykuty do ziemi by zapłacić za wolność moich oczu.

To co odległe, bardzo odległe, najodleglejsze odnalazłem w mej krwi.

Człowiek nigdzie nie idzie. Wszystko przychodzi do człowieka, jak jutro.

Kawałki mego czasu igrają z wiecznością.

Promień światła wymazał twe imię. I teraz nie wiem kim jesteś.

To wtedy gdy nie zgadzam się na nic zgadzam się na wszystko.

To nic - mówi się o tym, o tamtym, o prawie wszystkim. Tylko nigdy nie mówi się tego o niczym.

Kiedy śpię śnię to co śnię kiedy jestem przebudzony. To nieprzerwany sen.

Szczyty są przewodnikami, lecz wśród szczytów.

Jeżeli nie podniesiesz wzroku, będziesz myślał że jesteś najwyższym punktem.

Dołączając do nich odnajdziesz dzielący cię od nich dystans.

Przychodzę z umierania, nie z bycia urodzonym. Od bycia urodzonym odchodzę.

Przestali cię zwodzić, a nie kochać. A tobie się wydaje, że przestali cię kochać.

Nowy ból przychodzi i stare bóle domostwa przyjmują go swym milczeniem, nie swoją śmiercią.

Pomogę ci się zbliżyć jeżeli się zbliżysz, i utrzymać dystans jeżeli utrzymasz dystans.

Człowiek kiedy jest zaledwie tym czym się wydaje, jest prawie niczym.

Stu ludzi razem jest jedną setną człowieka.

Nie każdy czyni zło, lecz każdy jest oskarżony.

Byłem swym własnym uczniem i swym własnym mistrzem. I byłem dobrym uczniem ale złym mistrzem.

Ci co oddali swe skrzydła są smutni nie widząc się latającymi.

Mały jest ten co skrywa by się pokazać.

To co w człowieku nie może zostać udomowione to nie jego zło lecz jego dobroć.

Nie widzisz rzeki łez gdyż brakuje w niej jednej łzy - twojej.

Podążanie liniami prostymi skraca odległości jak i życie.

Usytuowany w jakieś mglistej odległości robię to co robię by uniwersalna równowaga której jestem częścią pozostała równowagą.

Prawda ma bardzo nielicznych przyjaciół, i tych paru jest samobójcami.

Na tak długo i o ile to nie może być, jest to prawie zawsze wyrzutem dla wszystkiego co może.

Kiedy nie ma skarbu do pokazania, noc jest skarbem.

Sto lat umiera w jednym momencie, tak jak moment umiera w jednym momencie.

W swym ostatnim momencie moje całe życie będzie trwało tylko moment.

Cierpienie jest ponad, nie pomożej. I każdy myśli że cierpienie jest poniżej. I każdy chce się wznieść.

Czasami nocą zapalam lampę by nie widzieć.

Ten kto uwięziony w źle nie ucieka z niego lękając się napotkać - zło.

Jeżeli nie zamierzasz zmienić swej trasy, po co zmieniać swego przewodnika?

Widziałem martwego człowieka. I byłem trochę, trochę, trochę ... Mój Boże, jakże wielką rzeczą jest martwy człowiek.

Tak, trzeba cierpieć, nawet na darmo, ażeby nie żyć  na darmo.

Nikt nie rozumie że dałeś wszystko. Musisz dać więcej.

Gdybym tylko mógł pozostawić wszystko takim jakim to jest, bez poruszania żadnej z gwiazd, żadnego obłoku. Och, gdybym tylko mógł!

Kocham cię jakim jesteś, ale nie mów mi, jak to jest.

Kiedy umrę, nie zobaczę się umierającym pierwszy raz.

Cienie: pewne ukrywają, inne odsłaniają.

Jesteś do nich przywiązany i nie rozumiesz jak, ponieważ oni nie są przywiązani do ciebie.

Kiedy widzę siebie pytam się: "Co inni myślą że widzą?"

Strata rzeczy dotyka nas aż stracimy ją zupełnie.

Moja godność prosi tego kto nie czyni mi krzywdy by nie czynił mi krzywdy. Tego kto mnie krzywdzi, nie prosi o nic.

Słońce oświetla noc, nie przemienia jej w światło.

Zawsze opowiadasz sen. Kiedy go śnisz?

Krzywda której nie wyrządziłem, jakąż krzywdę wyrządziła!

Nawet najmniejsze stworzenie niesie słońce w swych oczach.

Struktura ignorancji

 

Niepouczony przeciętniak lub jak woli Pan Kania pospolitak, nieobeznany z nauką Buddy nie rozumie siebie samego. Zatem nakaz wyroczni: Poznaj siebie jak najbardziej go obowiązuje, bez wątpienia wyrocznia daje mu dobrą radę. Jednakże pierwsze co musi on zrobić to przeniknąć dwuznaczność ukrytą w tym nakazie. Gdyż widziana z pewnego poziomu, ta rada afirmuje błędne założenie, zatem podążanie nią bez posiadania właściwego poglądu oznacza poruszanie się w obrębie zaklętego kręgu bez możliwości wydostania się poza.

Może zatem lepiej by było doradzić mu zrozumienie doświadczenia arahata, doskonałego, uwolnionego od nienawiści, chciwości i złudzenia? Co jest trudniejsze? Jeżeli spojrzymy na to z perspektywy Czterech Szlachetnych Prawd, zrozumienie doświadczenia arahata odpowiada Trzeciej Szlachetnej Prawdzie, zrozumienie doświadczenia zwykłego człowieka odpowiada Pierwszej Szlachetnej Prawdzie. Jak nas zapewniają Sutty, kto widzi jedną z prawd widzi pozostałe trzy.  A zatem zrozumienie doświadczenia zwykłego człowieka równa się zrozumieniu doświadczenia arahata.

Co możemy powiedzieć o arahacie? Na przykład to że błędem jest mówić iż arahat osiągnął nibbānę. A to z tego prostego powodu, że nibbāna i arahat to synonimy. Czym jest nibbāna? Jako jedną z jej definicji Sutty podają "wstrzymanie istnienia tutaj i teraz". I teraz cokolwiek byśmy nie powiedzieli o zwykłym człowieku, wszystko to będzie wyprowadzone z jednego fundamentalnego faktu, mianowicie zwykły człowiek istnieje. Jest, egzystuje w przestrzeni i czasie.

Wracając do delfickiej wyroczni, interpretującja jej nakazu, na pewny sposób, bez zrozumienia Nauki Buddy nie zaprowadzi nas daleko, będziemy po prostu poruszać się w obrębie istnienia. Wychodzimy z fundamentalnego założenia że jesteśmy i dalej staramy się odnaleźć swą tożsamość, czym lub kim jesteśmy. Takie poszukiwania są nierozerwalnie związane z procesem samo-identyfikacji, znalezienia tego czym naprawdę jesteśmy, tego z czym moglibyśmy trwale się utożsamiać. Nic nie wydaje się bardziej naturalne. [Dla inteligentnych ludzi, głupiec bezkrytycznnie akceptuje tożsamość narzuconą mu przez środowisko i pytanie "kim jestem?" zupełnie go nie dręczy]

Nauka Buddy jednakże stoi w sprzeczności z bezpośrednim doświadczeniem zwykłego człowieka i mówi o najwyższym szczęściu, nibbānie, jako o wstrzymaniu istnienia. Czy zatem przeceniliśmy radę wyroczni, rozpoznając ją za dobrą? Niekoniecznie. To świetna rada, jednakże widziana z perspektywy właściwego poglądu jej interpretacja nie oznacza znalezienia naszej prawdziwej tożsamości... Zwykły człowiek, biorący swe istnienie za pewnik, nie rozumie własnej ignorancji, co możemy opisać krótko: z ignorancją jako warunek, istnienie. Nie tylko jestem, ale znajduję to czym jestem. Innymi słowy lokalizuję się w przestrzeni i czasie poprzez akt samo-identyfikacji determinując to czym moje ja jest.

To "jestem" jest sercem ignorancji, zalegającej na poziomie pre-logicznym. Akceptując bezkrytycznie fakt swego istnienia w procesie kolejnych doświadczeń życiowych dokonuję konkretnych samo-identyfikacji, jestem tym lub tamtym. I teraz widziany z poziomu Nauki Buddy nakaz wyroczni -poznaj siebie- trzeba zinterpretować jako jasne zrozumienie tego czym nie jestem. Innymi słowy, można by rzec, wyrocznia nakłania nas do porzucenia sakkayaditthi, jakiejkolwiek pozytywniej samo-identyfikacji.

Jeżeli to nam się uda, pozostaniemy tylko z jestem. Jeżeli interesuje nas dalszy progress, powinniśmy zwrócić się do MN 1 która to Sutta omawia ignorancję na poziomie pre-logicznym. Główny protagonistą tej Sutty jest sekha, ariya w treningu. Sekkha porzucił wszelkie błędne poglądy, opinie, mniemania, i zaopatrywania. Jak nas zapewniają Sutty, kto uwolnił się od sakkayaditthi, poglądu ucieleśniającego, określającego czym nasze "ja" jest, uwolnił się od wszelkich błędnych poglądów i mniemań.

O ile arahat nie ma już żadnej pracy do wykonania, o tyle też zwykły człowiek jest w tej Suttcie ignorowany  w sensie etycznego nakazu (zrób to a to). Zwykły człowiek postrzega x jako x i ...  rozmiłowuje się w x - koniec sprawy. To tylko sekha otrzymuje etyczny nakaz "nie powinien". Być może przykład seksu nieco nam wyjaśni. O ile sekha ma jasne zrozumienie, właściwy pogląd i widzi ciało jako: to nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja, nie jest on jednak wolny od skazy zmysłowego pożądania [sekha poniżej nie-powracającego] która to prowokuje go (jeżeli nie zachowa uważości) do wyobrażania ciała w kontekście seksualnych relacji. Podmiot - "jestem" nie jest tu widoczny explicite, ale zwłaszczenie ciała "to moje" implikuje istnienie podmiotu do którego ono należy. I właśnie z tego zwłaszczenia puthujjana czerpie pewność swego istnienia: "ja" jak to wykazał Hume nigdy nie jest widziane bezpośrednio, nie mniej - według puthujjany - musi ono być, skoro są rzeczy które do niego należą.

O ile jednak puthujjana jest bezsilny wobec ignorancji na poziomie pre-logicznym, sekha choć może być jej ofiarą, rozpoznaje że koncept jestem jest złudzeniem wynikającym z zwłaszczenia i że rozmiłowywanie w wyobrażeniach tylko wspiera ignorancję. Stąd nakaz Buddy: nie powinien.

Warto zauważyć że angielski odpowiednik maññati,  "conceives", ma szersze pole semantyczne niż oryginał Pali, co może zostać użyte to pogłębienia naszego zrozumienia za pomocą tej ilustracji:

Nanavira Thera:

The Målapariyàyasutta is as follows. (i) The puthujjana ‘perceives X as X; perceiving X as X, he conceives X, he conceives In X, he conceives From X, he conceives “X is mine”; he delights in X…’. (ii) The sekha ‘recognizes X as X; recognizing X as X, he should not conceive X, he should not conceive In X, he should not conceive From X, he should not conceive “X is mine”; he should not delight in X…’. (iii) The arahat ‘recognizes X as X; recognizing X as X, he does not conceive X, he does not conceive In X, he does not conceive From X, he does not conceive “X is mine”; he does not delight in X…’.

This tetrad of (maññanā), of ‘conceivings’, represents four progressive levels of explicitness in the basic structure of appropriation. The first, ‘he conceives X’, is so subtle that the appropriation is simply implicit in the verb.

Taking advantage of an extension of meaning (not, however, found in the Pali maññati), we can restate ‘he conceives X’ as ‘X conceives’, and then understand this as ‘X is pregnant’—pregnant, that is to say, with subjectivity.

And, just as when a woman first conceives she has nothing to show for it, so at this most implicit level we can still only say ‘X’; but as the pregnancy advances, and it begins to be noticeable, we are obliged to say ‘In X’; then the third stage of the pregnancy, when we begin to suspect that a separation is eventually going to take place, can be described as ‘From X’; and the fourth stage, when the infant’s head makes a public appearance and the separation is on the point of becoming definite, is the explicit ‘X is mine (me, not mama)’. This separation is first actually realized in asmimàna, where I, as subject, am opposed to X, as object; and when the subject eventually grows up he becomes the ‘self’ of attavàda, face to face with the ‘world’ in which he exists. (In spite of the simile, what is described here is a single graded structure all implicated in the present, and not a development taking place in time. When there is attavàda, the rest of this edifice lies beneath it: thus attavàda requires asmimàna (and the rest), but there can be asmimàna without attavàda.) Note that it is only the sekha who has the ethical imperative ‘should not’: the puthujjana, not ‘recognizing X as X’ (he perceives X as X, but not as impermanent), does not see for himself that he should not conceive X; while the arahat, though ‘recognizing X as X’, no longer conceives X.

Warto zajrzeć też tu

https://varapanno.blogspot.com/p/mn-1-mulapariyaya-sutta-111-posted-on_4.html?m=0