Stosunek Moliera do
Mizantropa. — Alcest nie jest Molierem. — Dwoistość
satyry. — Alcest, jego przymioty i wady. — Lekcja życia.
Jak wspomniałem,
Mizantrop jest najbardziej
osobistym
utworem Moliera; dlatego też znajomość okoliczności życia
pisarza zdawałaby się bardzo cenną dla zrozumienia tego utworu.
Ale stało się, iż znajomość ta, zamiast objaśnić problem
Mizantropa, przyczyniła się niejednokrotnie do jego
zamącenia. Wielki cień Moliera padł na ten utwór[4] i powiększył
nieskończenie figurę Alcesta. Świadomość, ile najkrwawszych
bólów i goryczy, ile strzępów duszy samego pisarza znalazło się
w tych wierszach, przesłoniła poniekąd wszystkie inne: satyrę
Mizantropa, jaką napisał Molier, zmieniła w jego
apoteozę. Z tej sugestii trzeba się wyzwolić, aby trafnie ocenić
tę komedię: ani Alcest nie jest Molierem, mimo iż Molier dał mu
wiele drgnień własnego serca, ani komedia ta nie przestaje być
komedią[5], mimo iż chwilami ociera się o dramat.
Satyra w
Mizantropie
posiada dwa oblicza: po jednej stronie mamy ową
komedię
salonów, którą planował sobie Molier od tak dawna — po
drugiej „mizantropa” Alcesta. I
salon (lub, jeżeli kto
woli, społeczeństwo), i Alcest są przedmiotem satyry; a zarazem
każdy z tych czynników znakomicie jest wyzyskany do oświetlenia
komicznych stron przeciwnego obozu. Ale i Alcest ma dwie fizjonomie:
jest komiczny i dramatyczny, wzniosły i śmieszny, zależnie od
właściwego lub niewłaściwego użytku, jaki czyni ze swoich
przymiotów. Bo podczas gdy w innych satyrach Moliera źródłem
śmieszności jest jakaś organiczna wada charakteru (skąpstwo,
próżność, pedantyzm, etc.), tutaj podłożem komizmu są cenne
skądinąd, ale nie dość opanowane i zrównoważone przymioty.
Mizantrop tedy jest o wiele bardziej skomplikowany niż inne
komedie Moliera. A dopiero na tle tej podwójnej satyry rozgrywa się
w
Mizantropie dramat miłości: miłości dobywającej z
siebie akcenty takie, jakie jeszcze nigdy nie dźwięczały na scenie
francuskiej: miłości palącej płomieniem, od którego rozżarzy
się przyszły teatr Racine'a. Już tych parę uwag wystarczyłoby,
aby wskazać, jakim fenomenem była ta komedia na tle swojej epoki.
Ponieważ
Mizantrop
jest przede wszystkim komedią charakterów, trzeba nam zatem
poświęcić parę słów ich analizie. Zacznijmy od Alcesta.
Alcest jest to zamożny
szlachcic, człowiek młody, rozpoczynający dopiero swoje
doświadczenia życiowe. Tak możemy wnosić ze świeżości jego
oburzeń, jak również z
nadziei, jakie w nim świat
pokłada. Alcest jest otoczony powszechnym szacunkiem mężczyzn, a z
trzech kobiet występujących w sztuce każda miałaby sobie za
chlubę przywiązać go do siebie. Jest to natura na wskroś
szlachetna; prawość, szczerość, prostota, bezinteresowność to
jej znamienne cechy. Niezłomny w kwestii zasad, wierzymy, iż w
przyjaźni umiałby być stałym i wiernym. Obce mu jest wszelkie
modne wydwarzanie ówczesnych salonów; tak jak w poezji szczerość
uczucia rozstrzyga dlań o wartości utworu, tak i w miłości jest
to człowiek z jednej sztuki: daje całe serce i żąda wzajem
całego. Alcest to chodząca prawda.
Jakże się tedy dzieje, iż
ten Alcest, przy wszystkich swoich przymiotach, odgrywa przez cały
ciąg akcji dość komiczną rolę, z końcem zaś zostaje sam,
skrzywdzony przez ludzi, zdradzony przez kobietę, spotwarzony,
zgorzkniały, nie widząc dla siebie miejsca innego niż na
„pustyni”? Odpowiedź Moliera brzmi: dla braku równowagi, dla
braku tej domieszki sceptycyzmu, jaką daje doświadczenie, dlatego
ponieważ żąda od ludzkości zbyt wiele i zbyt bezwzględnie. To
jedno. A drugie: ponieważ jest w życiu jakieś tajemnicze prawo,
które prze szlachetne natury tam, gdzie czeka je cierpienie. A
trzecie: ponieważ charakter Alcesta, mimo że zacny i prawy, nie
jest wyłącznie z najczystszego kruszcu; inaczej Alcest byłby
abstrakcją, a nie żywym człowiekiem, Molier zaś tworzy zawsze
żywych ludzi. Alcest posiada tedy wady i to wady ściśle związane
z jego zaletami. Albowiem zalety od wad dzieli nieraz dość
nieuchwytna granica; nie zawsze są to dwa przeciwległe bieguny;
częściej, w życiu, jest to kwestia proporcji, miary i właściwego
użycia. Stałość zasad łatwo wyradza się w upór, godność w
dumę, prawdomówność w brak delikatności… To, co jest wzniosłe
w wielkich okolicznościach, może się stać śmieszne w drobnych.
Zestawmyż tedy litanię wad
Alcesta, nie umniejszając bynajmniej naszej dlań sympatii. Pierwsze
(jak w spisie grzechów głównych):
pycha; pycha ta
sprawia, iż Alcest lubuje się w swoich krzywdach i czyni sobie z
nich piedestał, z którego wyżyn może do syta pogardzać
ludzkością. Pycha ta nie pozwala mu nigdy przyznać się do błędu
i każe brnąć aż do ostatnich konsekwencji. Z pychą tą wiąże
się tedy
upór. Z uporem tym wiąże się pewne
doktrynerstwo: zbyt sztywne rozciąganie danej zasady na
wszystkie okoliczności życia, niezdolność rozróżnienia rzeczy
ważnych od drobnych, traktowanie wszystkiego na jednej płaszczyźnie.
Egotyzm: wrodzona niezdolność wyjścia poza siebie,
wejścia w charakter drugich; naiwne przeświadczenie, iż jemu
należy się od ludzi wszystko, ludziom od niego nic; stąd czasami
niewdzięczność (np. w stosunku do Filinta za jego tak
wierne oddanie). Hiperkrytycyzm wobec drugich,
brak krytycyzmu
wobec siebie: gdyby Alcest posiadał ten krytycyzm, wiedziałby,
jak bardzo ta „prawda”, którą uważa za obowiązek rąbać
ludziom w oczy, jest produktem naszego stanu ducha, naszego stanu
zdrowia, interesów, jak łatwo ulega w naszych oczach zmianie…
Gdyby Alcest
sam nie miał procesu, świat nie wydawałby mu
się może tak zepsuty; gdyby Celimena nie grała mu tak na nerwach i
sonet Oronta byłby może nie taki najgorszy…
Ciągnijmy dalej listę.
Gniew (już drugi grzech główny!). Scena ze służącym w
IV akcie wskazuje, iż nie tylko występki świata zdolne są w nim
ten gniew obudzić, ale że skłonność ta jest w nim wrodzona.
Zgryźliwość, niewyrozumiałość, nieuprzejmość… Ale nie. Nie
mam już serca pastwić się nad tym sympatycznym Alcestem. Idąc po
tej drodze i rozważając bacznie jego postępowanie, każdy sobie
dośpiewa tej litanii. To już wystarczy, aby wskazać, ilu przywar
można się dopatrzyć w jednym z najzacniejszych ludzi, jacy
istnieją w literaturze. Jest to ilustracja owego wykrzyknika Józefa
de Maîstre: „Nie znam wnętrza łajdaka, ale znam wnętrze
uczciwego człowieka: okropne jest!”.
Jedna okoliczność
łagodząca: Alcesta oglądamy przez cały czas sztuki nie w stanie
normalnym, ale w stanie najwyższego podrażnienia, wytrącenia z
równowagi: z jednej strony przegrywa najsłuszniejszy w świecie
proces, z drugiej ukochana kobieta igra bezlitośnie z jego uczuciem.
Ale znowuż oba te wydarzenia nie są wypadkami czysto zewnętrznymi;
wiążą się one ściśle z charakterem Alcesta. W ten sposób w tym
arcydziele Molierowskim wszystko zazębia się o siebie.
Takim widzimy Alcesta w zaraniu jego życia wśród ludzi i to życie,
za pośrednictwem Moliera, daje mu twardą lekcję. Alcest ma proces,
jak wspomniałem najsłuszniejszy w świecie, ale przegra go,
ponieważ nie chciał uczynić potrzebnych kroków, aby nastroić
sędziów przychylnie dla swej sprawy. Trzeba tu zaznaczyć, iż
popełnilibyśmy błąd, oceniając rzecz z dzisiejszego punktu
widzenia. Dziś, kiedy można uzyskać wymiar sprawiedliwości bez
osobistych starań, obchodzenie i nastrajanie sędziów, zabiegi o
poparcie z zewnątrz, są przestępstwem; wówczas były one
powszechnym obyczajem, niemal obowiązkiem (tak jak dziś jeszcze,
mniej więcej, kiedy się ktoś ubiega o posadę). Alcest,
wzbraniając się temu poddać, był w oczach współczesnych —
może i w oczach samego Moliera[6] — szlachetnym wariatem, ale
wariatem; tego typu mniej więcej jak ów szlachcic polski w
początkach XIX wieku, który dał się licytować, ale nie zapłacił
podatku, ponieważ „nie uznawał rządów zaborczych”. Molier
widzi w tym niewątpliwie i przede wszystkim rys prawości Alcesta,
ale także rys jego dumy, doktrynerstwa i uporu. Obrót procesu
oświetla Alcestowi życie społeczne: gdzie spojrzy, widzi fałsz,
niesprawiedliwość, postanawia kruszyć kopie z całym światem. I
zważmy tu jedno. Chcę wierzyć, iż Alcest byłby równie wrażliwy
na cudze krzywdy jak na swoje, ale nie leżało widać w intencjach
Moliera poruszać tę strunę: w sztuce punktem wyjścia oburzeń
Alcesta jest zawsze własna jego krzywda i osoba. W tym trzeba
odróżnić Alcesta od don Kichota, z którym go nieraz zestawiono.
Zatem Alcest zaczyna swoje dzieło reformatorskie od Oronta: dla
błahostki niewartej wzruszenia ramion wchodzi w przykry zatarg, robi
sobie możnego wroga, co, jak się pokaże, później ciężko
odpokutuje. Omal nie przychodzi do sprawy z gośćmi Celimeny,
okazując jawnie, jak bardzo mu się nie podoba ton salonu, w którym
mimo to cały dzień przebywa. Niezręczną odprawą, jaką daje
Arsenie, znów pomnaża listę nieżyczliwych o jedną wpływową
osobę więcej. I z końcem sztuki następstwa błahych przewinień
walą się na jego głowę, stawiając go tym razem w poważnym
niebezpieczeństwie. Zgorzkniały, rozżalony, postanawia schronić
się na pustynię, „gdzie uczciwym człowiekiem być nikt mu nie
wzbroni”.
I w istocie Alcest, z tymi zasadami i z tym
usposobieniem, niezdolny jest żyć w społeczeństwie. Czy możemy
go sobie wyobrazić na jakimkolwiek z wybitnych stanowisk, do których
powołują go jego talenty i prawość charakteru? Nie. W każdej
sprawie miałby do czynienia z ludźmi; każdą, bodaj najważniejszą,
naraziłby tedy na szwank dla lada błahostki, dla sonetu Oronta.
Czyli że człowiek, powołany może do wysokich przeznaczeń, strawi
życie na jałowych dąsach — dla braku równowagi.
[4]
Wielki cień Moliera padł na ten utwór — Toż
samo stało się z
Grzegorzem Dandin, którego, niesłusznie
moim zdaniem, zaczęto w ostatnich czasach „pogłębiać” i
tragizować. Niedole małżeńskie Dandina, chama, któremu Molier
nie dał ani jednego sympatycznego rysu, obracają się w ramach
konwencji dawnego teatru (
Zazdrość Kocmołucha); istotną
treścią sztuki jest tu stosunek plebejusza do szlachty.
[5]
komedia ta nie przestaje być komedią — Pierwotny
tytuł brzmiał:
Mizantrop, czyli żółciowy kochanek.
[6]
w oczach samego Moliera — W całej sprawie
Tartufe'a, Molier wykazał, jak umie być niezłomnym w
rzeczy, a giętkim w środkach.
Tadeusz
Boy-Żeleński
(ze
wstępu do Mizantropa)