Za przykład autentycznie subwersywnego homoseksualisty może posłużyć John Lauritsen (1939-2022), weteran „ruchu wyzwolenia gejów” –w 1969 roku przyłączył się do Gay Liberation Front, redagował pisma gejowskie „New York Native” (największy niezależny tygodnik gejowski w USA), pisał w „Gay Times”, „Christopher Street”, opublikował The Early Homosexual Right Movement 1864-1935 (1974). W tamtych czasach, pół wieku temu, można się było w tym od biedy doszukać elementów odważnego buntu, ale w dwadzieścia lat później, kiedy przedstawiciele ruchu gejowskiego wchodzili do głównego nurtu, to o żadnej transgresji nie mogło już być mowy.
Proces tego awansu do elity, może trochę niechcący, ujawniła we wspomnianej wyżej rozmowie Judith Butler: „Teoria queer powstała wśród pięciu czy sześciu osób związanych z uczelniami amerykańskimi, a więc instytucjami elitarnymi. Oni wszyscy są Żydami, co uświadomiłam sobie któregoś dnia. Sedgwick, Butler, Halperin i Edelman… To naprawdę dziwne. Fuss i Bersani co prawda nimi nie są, ale oni w pewnym sensie są honorowymi Żydami. Naprawdę nie wiem, co o tym sądzić”. Niezależnie, co kto o tym sądzi, a czego nie sądzi, obserwować może fascynujące zjawisko instytucjonalizacji buntu, przemiany „wywrotowej” teorii w ideologiczne narzędzie w rękach elity. Jak to ujął niemiecki medioznawca i krytyk kultury Norbert Bolz, „wywrotowość stała się establishmentem”, którego członkowie są niczym „udręczony bohater Dostojewskiego z kontem w banku” (Cioran). Znakomitą ilustracją tego zjawiska jest pewne wydarzenie sprzed lat. Oto w 1995 r. wiceprezydent USA Albert Gore urządził w Białym Domu przyjęcie dla ludzi kultury nagrodzonych prestiżowym Medal of Arts. Wszyscy przyszli bardzo elegancko ubrani, tylko 40-letni gej i dramaturg żydowskiego pochodzenia Tony Kushner zaskoczył zebranych dziwnym szczegółem swojego stroju – różowym trójkątem naszytym na smokingu. Jakże wymowna symbolika: „podwójnie wykluczony” (Żyd i gej), nagradzany, fetowany na party u wiceprezydenta w centrum władzy globalnego imperium. Takie to jest współczesne „obrazoburstwo” mające imprimatur ważnych ośrodków władzy polityczno-kulturalnej.Prześmiewczo podsumował tego typu symulacje postlewicowy anarchista Bob Black: „Geje? Żydzi? Elity odgrywające prześladowanych”.
Chcąc uniknąć smutnego losu kapłana udającego błazna, Lauritsen poszukał sobie nowej formy antysystemowej kontestacji publikując kilka książek oraz liczne artykułyzwiązane z tematyką AIDS, głosząc w nich wysoce subwersywne poglądy w duchu Petera Duesberga: Poison By Prescription: The AZT Story, wstęp: Peter Duesberg, (1990), The AIDS War: Propaganda, profiteering, and genocide from the medical industrial complex (1993), Death Rush: Poppers & AIDS, (1998), The AIDS Cult: Essays on the gay health crisis, red. John Lauritsen, Ian Young (1997), [tu m.in.: Casper Schmidt, The Group-Fantasy Origins of AIDS, John Lauritsen, Psychological and Toxicological Causes of AIDS, George Hazlehurst, AIDS as Information Disease].
Lauritsen atakował nie tylko zwolenników oficjalnej, ortodoksyjnej teorii AIDS i stojących na jej straży funkcjonariuszy kompleksu przemysłowo-medycznego, ale wystąpił także przeciwko własnemu, gejowskiemu, establishmentowi, co stanowiło akt realnej, a nie udawanej i opłacalnej (opłacanej), „subwersywności”. Nie przebierając w słowach oskarżał gejowski establishment o to, że albo swoje prywatne, zwykle materialne, interesy stawia wyżej niż dobro „szarego geja”, albo też bezwolnie poddaje się aparatowi AIDS i bezkrytycznie akceptuje jego teorie. W każdym przypadku oznacza to, że prawdziwe przyczyny kryzysu zdrowotnego gejów pozostają nierozpoznane, stąd też nie można go przezwyciężyć. Dlatego nie udało się zdjąć z AIDS odium „gejowskiej choroby”, gdyż według oficjalnej wykładni geje w USA i w Europie nadal stanowią rzekomo grupę tzw. wysokiego ryzyka, co wynika z założenia, że stosunki homoseksualne w sposób szczególny sprzyjają zarażeniu się HIV, podczas gdy w rzeczywistości nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek wirusem (poglądy Lauritsena omówiłem szerzej w rozdziale „Geje przeciwko Przedsiębiorstwu AIDS”, w: Raport o AIDS, „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 40-41, 2004).
Rozmowę, jaką przeprowadził z Lauritsenem Mark Gabrish Conlan dla „Gay and Lesbian Times” (19. 08. 1993) redakcja zatytułowała Controversial Warrior of „The AIDS War”. Określenie „kontrowersyjny wojownik” świetnie pasuje do Lauritsena, który, kiedy uznał, że na temat AIDS wszystko zostało powiedziane, za cel ataku obrał „ruch LGBT” demaskując go jako „ruch antygejowski” – swój programowy artykuł zatytułował Down with LGBT! Według niego literowiec LGBT czy LGBTQ pojawił się nie wiadomo skąd i natychmiast jego stosowanie stało się obowiązkowe. Gdzieś, z dala od oczu opinii publicznej, jakieś czynniki władzy nakazały, że wszystkie organizacje gejowskie i lesbijskie oraz media muszą go używać i wszystkie się podporządkowały. Zostaliśmy – pisał Lauritsen – przeniesieni na drugą stronę lustra do świata, w którym nic nie ma sensu. Nigdy nie było i nie może być osoby LGBT, nigdy nie było i nie może być społeczności LGBT ani ruchu LGBT, nie mówiąc już o politykach LGBTQ czy agendzie LGBTQ. Jego zdaniem ta literowa breja jest oszustwem, sprokurowanym przez wrogów i powielanym przez bezkrytycznych zwolenników oraz feministki dążące do tego, aby geje byli ich agentami w walce z mężczyznami i męskością. Pod kostiumem inkluzyjności mieści się ukryty cel: wymazanie gejów. Podobnie jest z podrzuconym gejom obelżywym terminem queer, dlatego powinni oni z zdecydowani sprzeciwiać się jego używaniu.
Mężczyźni muszą przemyśleć i odkryć na nowo, jak odnosić się do innych mężczyzn. Wymaga to istnienia oddzielnych przestrzeni dla mężczyzn, ponieważ nie można tego zrobić tam, gdzie panoszą się feministyczne policjantki myśli. Mężczyźni mają prawo do męskiego towarzystwa. Niestety, nie ma już prawie żadnych organizacji ani przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla mężczyzn; wszędzie, gdzie to możliwe nakazuje się męskim organizacjom czy stowarzyszeniom przyjmowanie kobiet, natomiast w drugą stronę to nie działa. Wszystkie męskie uczelnie Ligi Bluszczowej stały się koedukacyjne, natomiast połowa uczelni z grupy Siedmiu Sióstr nadal dostępna jest tylko dla kobiet. W Bostonie działa tuzin klubów fitness wyłącznie dla kobiet, ale ani jeden tylko dla mężczyzn. Każda miejscowość miała kiedyś męskie kluby, „loże”, bractwa i inne organizacje, gdzie mężczyźni mogli ze sobą przebywać. W moim rodzinnym mieście, wspominał Lauritsen, znajdował Elks Club – okazały budynek z witrażowymi oknami. Tam w wielkiej sali pełnej samych mężczyzn zgromadzonych wokół stołów bilardowych ojciec uczył go grać w bilard. Takich miejsc już nie ma.
Lauritsen wzywał mężczyzn, aby zjednoczyli się w oporze przeciwko upaństwowionemu feminizmowi, zagrażającemu wszystkim mężczyznom, zarówno hetero- jak i homoseksualnym. Obie grupy powinny wspólnie, ramię w ramię walczyć o zniesienie ograniczeń wolności narzucanych im przez feministki przy użyciu instrumentów władzy politycznej. Należy też walczyć o interesy wszystkich chłopców, którzy pozbawiani są męskości przez nauczycielki (zob. Christina Hoff-Sommers, The War Against Boys: How Misguided Feminism Is Harming Our Young Men). Miliony tych chłopców — często najzdolniejszych i najinteligentniejszych — zatruwa się lekiem Ritalin, przepisywanym w celu leczenia fałszywej diagnozy, czyli zespołu nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD).
Lauritsenowi nie wystarczała transgresja w postaci ataku na feministyczno-elgiebetowski establishment; dokonał kolejnej publikując książkę The Man Who Wrote Frankenstein (Dorchester, MA, 2007) poświęconej atrybucji autorstwa słynnej powieści. Przekonująco dowodzi w niej, że prawdziwym autorem powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz (Frankenstein; or, The Modern Prometheus) nie jest Mary Wollstonecraft Godwin Shelley (1797–1851), lecz jej ówczesny partner życiowy, a później mąż Percy Bysshe Shelley. Podążmy przeto za Lauritsenem w jego wędrówce po „filologicznych bezdrożach. W Polsce tym tropem poszedł Kasper Bajon w powieści Ideot. Rzecz o narodzinach potwora, (Warszawa 2021), powołujący się zresztą na Luritsena i zgadzający się z nim, że Mary Shelley nie napisała Frankensteina.
Lauritsen skupia się na samym tekście: „na ideach, obrazach, słownictwie, strukturze, rytmach i brzmieniach”: „W centrum mojej argumentacji na rzecz tezy, że autorem jest sam Shelley, leży uznanie, że Frankenstein jest naprawdę wielkim dziełem literatury — intensywną i niepokojącą powieścią napisaną poetycką, wyrazistą prozą. Odzwierciedla ona idee i wyobraźnię Shelley`a, jego frazę i mistrzostwo w pisaniu prozy po angielsku”.
Chociaż Lauritsen za decydujące w ustaleniu autorstwa traktuje wyniki wewnętrznej krytyki tekstu, nie pomija „wskaźników historyczno-bibliograficznych i edytorskich”. Przypomina, że powieść, wydana anonimowo w 1818 r., została po raz pierwszy przypisana Shelley’owi w recenzji z 1818 roku autorstwa Waltera Scotta, który rozpoznał jego styl i idee. W 1824 roku autorstwo Mary Shelley zakwestionował autor, opublikowanej w magazynie literackim „Knight’s Quarterly Review”, recenzji jej powieści Valperga (Lauritsen przedrukowuje ją w aneksie). Recenzent porównał Valpergę z Frankensteinem i skonstatował uderzającą różnicę między oboma utworami, co można wyjaśnić tym, że zostały napisane przez dwoje różnych autorów.
W XX wieku pojawili się badacze podkreślający głębokie zaangażowanie Percy Shelley`a w tworzenie powieści, ich zdaniem wniósł on znaczący wkład w jej powstanie; pracował nad nią na każdym etapie, od najwcześniejszych szkiców po odbitki drukarskie. W 1993 roku badaczka literatury i kultury XVIII i XIX w. Marie-Hélène Huet zakwestionowała pogląd, że Mary była jedyną autorką. W pracy Monstrous Imagination wydanej przez Harvard University Press Huet wykazała, że Percy Shelley był co najmniej współautorem powieści, i że Mary rozmyślnie to zataiła. Z kolei Phyllis Zimmerman w pracy Shelley’s Fiction (1998), porównała dwa wczesne gotyckie horrory Shelley`a, Zastrozzi (1810) i St. Irvyne (1811) z Frankensteinem i stwierdziła, że są one swego rodzaju wprowadzeniem do tego ostatniego, mają podobną strukturę, zawierają takie same lub podobne idee, motywy, fabuły i postacie. Dlatego też ostatecznie doszła do wniosku, że Frankenstein jest w całości dziełem Shelley`a.
Oficjalna wersja genezy powieści podana została przez samą Mary Shelley w przedmowie do wydania Frankensteina w 1831 r. (najprawdopodobniej autorem był jej ojciec): w 1816 roku w willi nad Jeziorem Genewskim Mary, wzięła udział w konkursie na opowiadanie o duchach, wraz ze swoim partnerem życiowym Percym Shelley`em, lordem Byronem oraz towarzyszem Byrona, także utalentowanym pisarzem doktorem Johnem Polidorim. Trzej panowie mieli przez kilka dni z niecierpliwością czekać, aż Mary wymyśli jakąś historię. W końcu miała senny koszmar i postanowiła napisać historię, która „przestraszy mojego czytelnika tak, jak ja byłam przestraszona tej nocy!”
Z tego koszmaru narodził się Frankenstein, najpopularniejsze (głównie dzięki licznym adaptacjom filmowym) dzieło angielskiego romantyzmu. Zdaniem Lauritsena jest to oczywiste zmyślenie (powiedzielibyśmy „fikcja genezy”); w ustaleniu czy Mary rzeczywiście coś koszmarnego się śniło czy też nie, mógłby pomóc prowadzony przez nią dziennik, niestety, kluczowe strony z czasu, w którym rzekomo w sennym widzeniu narodziła się koncepcja Frankensteina, zostały z niego wyrwane. Być może motyw narodzin powieści we śnie wzorowany jest na okolicznościach powstania poematu Kubilaj-chan Coleridge`a, zainspirowanego – jak zapewniał poeta – przez marzenie senne.
Lauritsen rekonstruuje najbardziej prawdopodobny przebieg tej literackiej mistyfikacji , rolę, jaką odegrał w niej sam Percy Shelley, jak doszło do tego, że na karcie tytułowej drugiego wydania Frankensteina z 1823 r., opublikowanego w rok po śmierci Shelley`a, pojawiło się nazwisko Mary Wollstonecraft Shelley i jaki udział miał w całej operacji ojciec Mary, filozof społeczny William Godwin.
Wolno zasadnie zakładać, że gdyby powieść pozostała utworem anonimowym, to historycy literatury, krytycy tekstu i specjaliści od edytorstwa nie mieliby problemów z ustaleniem autora – Percy Shelley`a. Skąd zatem głębokie przekonanie tak wielu ludzi , że – pominąwszy „dowód” w postaci nazwiska na karcie tytułowej – Mary Shelley jest autorką Frankensteina ? Otóż istnieje rękopis powieści, będący częścią tomu znanego jako Frankenstein Notebooks, sporządzony – z wyjątkiem poprawek poczynionych ręką Shelley`a – przez Mary. Dla „fanatycznych” zwolenników jej kandydatury jako autorki Frankensteina stanowi on koronny dowód, tak jakby byli nieświadomi (?) faktu, że często przepisywała ona teksty zarówno Shelley`a, jak i innych pisarzy. Istnieją rękopisy, których wszystkie słowa napisane są ręką Mary (bez wątpienia miała ładny charakter pisma), a mimo to wszystkie te słowa zostały stworzone przez kogoś innego: Shelley`a, Byrona czy Peacocka. Zatem sam fakt, że słowa z rękopisu Frankensteina są napisane ręką Mary, w żadnym razie nie dowodzi, że to ona jest ich autorką, stanowi jedynie świadectwo jej pracy sekretarskiej.
W posłowiu do Frankensteina tłumacz Maciej Płaza opisując okoliczności zdarzeń podczas wakacji nad Jeziorem Genewskim stwierdza: „Byron nie okazywał również nadmiernego szacunku Mary, wykorzystując ją głównie do przepisywania powstającej właśnie pieśni trzeciej Wędrówek Child Harolda”. (Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, przeł. M. Płaza, Czerwonak 2013) Gdyby zastosować argumentację zwolenników tradycyjnej atrybucji, można by na podstawie rękopisu sporządzonego przez Mary twierdzić, że to ona jest autorką trzeciej części Wędrówek Child Harolda. Z jej wpisu do dziennika brzmiącego „[Shelley] tłumaczy Prometeusza skowanego, a ja piszę”, jasno wynika, że Mary przepisywała tłumaczenie. Rękopis Frankensteina to, przepisany przez Mary z brudnopisu Shelley`a, czystopis, na który autor nanosił potem poprawki, zanim oddał utwór do druku. Ponadto rękopis w Frankenstein Notebooks jest niemal ostateczną wersją powieści, która nie wykazuje żadnych oznak twórczego komponowania. Akapity i strony prozy płyną gładko, bez przerw w pisaniu i z bardzo nielicznymi poprawkami. Nikt nie mógłby od razu napisać prozy w taki sposób, bez przerw czy fałszywych początków, powodujących, że trzeba skreślać i zaczynać od nowa.
Lauritsen uważa, że we Frankensteinie słychać echa poglądów i idei charakterystycznych dla twórczości Shelley`a. Już sam tytuł – „współczesny Prometeusz” kojarzy się z Prometeuszem skowanym Ajschylosa przetłumaczonym przez Shelley`a i z jego dramatem Prometeusz wyzwolony napisanym w latach 1818–1820. Shelley`owi znany był też doskonale wątek faustyczny – świetnie znał język niemiecki, podziwiał literaturę niemiecką, przełożył kilka części Fausta Goethego.
Znajdziemy we Frankensteinie wątki, problemy, odkrycia ówczesnej nauki, którymi Shelley interesował się od najmłodszych lat, co nie przeszkadzało mu pasjonować się jednocześnie alchemią i rozmaitymi kwestiami „ezoteryczno-okultystycznymi”. Czytał (podobnie jak Wiktor Frankenstein) dzieła przedstawicieli „przednowoczesnej” nauki – Paracelsusa, Korneliusza Agryppę, Alberta Wielkiego, podejrzewanego o to, że stworzył „androida”. Był zafascynowany elektrycznością, galwanizmem i ewentualnością reanimacji zwłok; w tym zakresie wpływ na niego wywarł James Lind, jego tutor w Eton College, przeprowadzający eksperymenty z użyciem elektryczności do ożywienia martwych żab.
Jedną z ulubionych lektur Shelley`a było – czytane, rzecz jasna, „na odwrót”– słynne dzieło księdza Augustyna Barruela wydane w Anglii jako Memoirs Illustrating the History of Jacobinism (1798-1799), w którym francuski duchowny demaskował knowania Iluminatów dowodzonych przez Adama Weishaupta. We Frankensteinie obecne są ślady studiowania Historii jskobinizmu przez Shelley`a. Planował on nawet stworzenie własnego zakonu „oświeconych”, wzorowanego Iluminatach. Nie przypadkiem Wiktor Frankenstein studiował w Ingolstadt, rodzinnym mieście Weishaupta (profesora prawa na tamtejszym uniwersytecie), który, jak wiadomo, aby zwerbować jak najwięcej członków do swojego tajnego stowarzyszenia, rozpowiadał w ramach pijaru, że jego Iluminaci zinfiltrowali wszystkie domy panujące w Europie i są w stanie manipulować każdym rządem.
Przeciwko autorstwu Mary Shelley jednoznacznie przemawiają wyniki porównania Frankensteina z jej późniejszymi utworami. Zdaniem Lauritsena wszystkie są znacznie gorsze niż jej debiutancka powieść. Różnica w jakości i stylu pomiędzy Frankensteinem a jej późniejszymi utworami jest dostrzegalna gołym okiem. Lauritsen: „Jeśli Mary Shelley była naprawdę autorką Frankensteina, powinniśmy znaleźć w jej innych utworach jakieś dowody talentu z Frankensteina. Tak się nie stało. W żadnym z utworów, które napisała samodzielnie, nie ma nawet śladu ognia i wyobraźni, erudycji, głębi myśli i mistrzostwa w posługiwaniu się językiem, które znajdziemy na każdej stronie Frankensteina”.
Po mozolnym przekopaniu się przez wszystkie listy, wpisy w dziennikach, opowiadania i główne powieści Mary Shelley, Lauritsen doszedł do „smutnego wniosku”, że jej „talenty były skromne”, „umysłowość przeciętna”, „idee konwencjonalne”. Nie miała ani poczucia rytmu ani ani poczucia humoru, jej styl jest sentymentalny, rozwlekły, pretensjonalny, jej proza bezbarwna, niezdarna, afektowana, jej powieści mdłe, nijakie, banalne. Niemożliwe, aby to ona napisała Frankensteina, konkluduje Lauritsen.
Przytoczmy tu opinię polskiego tłumacza Frankensteina Henryka Goldmana wyrażoną w przedmowie: „Oprócz Frankensteina, wydanego w roku 1818, Mary Shelley napisała jeszcze inne powieści. […] Żadna jednak z jej późniejszych powieści nie wytrzymuje porównania z Frankensteinem”. Zdaniem Goldmana, „mało kto domyśliłby się, że autorem Frankensteina była bardzo jeszcze młoda, zaledwie dwudziestoletnia kobieta. Fakt ten jest tym bardziej uderzający, że dzieło jej jest powieścią w pełni dojrzałą i bynajmniej nie powierzchowną”. Zatem Frankenstein, mimo iż miał być debiutem literackim, okazuje się „powieścią w pełni dojrzałą”; „dojrzałą”, ale bez fazy „dojrzewania”, bez artystycznej genealogii.
Najwybitniejsza powieść początkującej pisarki jest jednocześnie „wielką panoramą życia i spraw ludzkich. W swej szerokiej skali książka zawiera nie tylko sensacyjną treść, dramatyczną fabułę i grozę potwornych sytuacji, ale urzeka czarem wspaniałego świata natury, iluzji i marzeń, a przede wszystkim stanowi przyczynek do refleksji i zastanowienia się nad problemem egzystencji i sensu życia”. ( Frankenstein, przeł. H Goldman, Poznań 1958)
Byłby to bez wątpienia niezwykle rzadki przypadek, ba, anomalia, że debiut literacki, którego idea narodziła się w umyśle niespełna dziewiętnastoletniej wówczas dziewczyny to „głęboka powieść filozoficzna” (Maciej Płaza), powieść poetycka, posiadająca warstwę symboliczno-alegoryczną, erudycyjna, z bogactwem literackich aluzji swobodnie wtopionych w tekst, mającą dość złożoną, wieloperspektywiczną strukturą narracyjną: trzech pierwszoosobowych narratorów – Frankensteina, stwora i kapitana Waltona – oraz włączone w narrację listy różnych autorów i adresatów.
Debiutancka, nie poprzedzona żadnymi samodzielnymi doświadczeniami literackimi, nie mająca kontynuacji w postaci kolejnych utworów na tym samym lub choćby zbliżonym poziomie jest zarazem, według określenia wybitnego badacza literatury romantycznej i znawcy twórczości Percy Shelley`a Donalda H. Reimana, „najbardziej znaczącym dziełem literackim epoki romantyzmu” (The most seminal literary work of the Romantic period). Widać tu oczywistą sprzeczność, którą Lauritsen usuwa dokonując wymiany autorów.
Jak można było łatwo przewidzieć, tezy, czy mówiąc ostrożniej, hipotezy Lauritsena nie spotkały się z aprobatą w kręgach sfeminizowanej anglistyki, co wynikało m.in. z tego, że przez kilka dziesięcioleci feministki wynosiły Mary Shelley do rangi geniusza, uznając ją za jedną ze swoich bohaterek w zdominowanym przez mężczyzn kanonie literackim, zwłaszcza, że zachodziła biograficzna sukcesja – jej matka Mary Wollstonecraft była pisarką i pionierką myśli feministycznej, autorką książki Wołanie o prawa kobiet.
Lauritsen uważa, że gdyby na siłę szukać kobiecej autorki Frankensteina , to lepszą kandydatką niż Mary Shelley byłaby jej przyrodnia siostra Claire Clairmont (za jej kandydaturą opowiada się Kasper Bajon) – inteligentniejsza, obdarzona większą wyobraźnią i talentem literackim, wykazująca zainteresowanie problematyką i ideami zawartymi we Frankensteinie, blisko zaprzyjaźniona z Shelley`em. Jednakże nie jest ona w stanie poważnie zagrozić jego kandydaturze, Frankenstein wpisuje się bowiem idealnie w pisarską i intelektualno-ideowo-polityczną biografię Sheelley`a, w jego duchowy profil i język; powieść daje się bez problemów włączyć w całość jego twórczości. Odczytywanie powieści przez feministyczną anglistykę w „duchu kobiecym”, wynikające z założenia, że autorką jest kobieta, powoduje, że szuka się na siłę wątków „kobiecych”, wczytując w tekst coś, czego w nim nie ma. Prowadzi to błędnych, niekiedy wręcz absurdalnych interpretacji. Na przykład Anne K. Mellor w pracy Mary Shelley: Her Life, Her Fiction, Her Monsters (1988) – stwierdziła: „Frankenstein to książka o tym, co się dzieje, kiedy mężczyzna chce mieć dziecko bez kobiety”. Pojawiła się też interpretacja, że to, co przeżywa Wiktor Frankenstein po powołaniu stwora do życia jest analogiczne do przeżyć kobiety w depresji poporodowej. Percy Shelley takiej depresji przeżywać nie mógł, więc, co oczywiste, nie wchodzi w rachubę jako autor Frankensteina.
W krytycznej recenzji z książki Lauritsena ogłoszonej na łamach „The Guardian” anglistka Germaine Greer (ta od Kobiecego eunucha) powtarza błędne feministyczne interpretacje: macierzyństwo, martwe lub poronione dzieci, męska zazdrość o kobiecą prokreację. Greer wywodzi, że „Frankenstein jest bardziej matką, która urodziła potworkowate dziecko niż kreatorem niby-ludzkiej istoty”. Według niej u podłoża Frankensteina leży „niewypowiedziany strach kobiety, strach, że urodzi potworka; nie chodzi tylko o zdeformowane dziecko, ale o to, że nawet potworny masowy czy seryjny morderca, najbardziej sadystyczny pedofil ma matkę, która nie może się go wyprzeć”. W oczach Greer Frankenstein to kobieca powieść gotycka, a tym, kto przędzie wątki tej historii, jest kobieta.
Za feministkami bezkrytycznie powtarza te fantazje Maciej Płaza:
Co więcej, można też chyba, jak chcą niektóre krytyczki, odczytać na modłę kobiecą sam główny wątek, czyli Wiktorowy akt stworzenia. Pamiętajmy, że pisząc Frankensteina, młodziutka Mary Shelley miała już są sobą dwie ciąże i jedną śmierć dziecka. Odpychający w swej lepkiej zmysłowości opis klajstrowania obu stworów, odraza i wstrząs, jakiego doznaje Wiktor po ożywieniu „ohydnego potomka”, poczucie winy, z jakim pozbywa się krwawych strzępów jego nieukończonej partnerki — czy to wszystko nie kojarzy się niepokojąco z ciążą, udręką porodu, lękiem przed odpowiedzialnością za dziecko, z traumą poronienia czy śmierci noworodka?
Na szczęście, krytyk sztuki, kulturoznawca Camille Paglia, w Polsce znana z książki Seksualne persony. Sztuka i dekadencja od Neferetiti do Emily Dickinson, niekonwencjonalna postfeministka, zaprezentowała diametralnie odmienną ocenę książki Lauritsena niż Greer. Jej zdaniem „Lauritsen przedstawił niezbite dowody na to, że Mary Shelley nie stworzyła Frankensteina”; napisał „zabawną, fantastyczną, odkrywczą książkę”, która, „pokazuje jak nudne stały się badania literackie w ostatnich czterdziestu latach”, i która, ma nadzieję Paglia, zainspiruje ambitnych studentów i młodych naukowców do zadawania ciosów w walce o prawdę w naszym zabagnionym cechu, sparaliżowanym przez konwencje i lęk”. Swoją książką Lauritsen uzmysłowił nam, „czym jest autentyczna transgresja i bunt” w czasie, kiedy „gów…ny (crappy) poststrukturalizm od tak dawna wylewający się z uniwersytetów, udaje, że rzuca wyzwanie władzy, ale w rzeczywistości jest oportunistyczną ortodoksją nowego establishmentu zainteresowanego wyłącznie utrzymaniem własnego statusu”. Innymi słowy, Lauritsen pozostał wierny postawie wiecznego kontestatora. Two cheers for John!
Nie powinniśmy jednak akceptować wszystkiego, co nam serwuje, odrobina krytyki nie zawadzi. Lauritsen ma rację twierdząc, że Frankenstein jest nie tylko dziełem mężczyzny, lecz również powieścią przede wszystkim o mężczyznach (postaci kobiece odgrywają rolę drugoplanową), narratorami i głównymi bohaterami są mężczyźni, stale przewija się w niej motyw męskiej przyjaźni, dającej się ewentualnie interpretować jako, opisane przez amerykańską teoretyczkę Eve Sedgwick w książce Between Men (1985), „męskie pożądanie homospołeczne” (nie homoseksualne), czyli „oczywiste pragnienie facetów do bycia z innymi facetami”. Jednakże Lauritsenowi to nie wystarcza i na siłę, z uporem godnym lepszej sprawy, szuka we Frankensteinie wątków „gejowskich” („gejowskiego” podtekstu) stając się w ten sposób dokładnym odpowiednikiem, tak ostro przezeń krytykowanych, feministek, które za wszelką cenę – to znaczy za cenę karkołomnych (dez)interpretacji – starają się wykryć w powieści wątki „kobiece”. No, cóż nikt nie jest bez wad, nawet tak inteligentny, dociekliwy i buntowniczy „paleogej” czy też gejowski „konserwatywny rewolucjonista” jak John Lauritsen (R.I.P)
Tomasz Gabiś
Pierwodruk: „Arcana” nr 186 (6/2025)
Cały artykuł O GEJOWSKIM KONTESTATORZE JOHNIE LAURITSENIE I JEGO TEORII NA TEMAT PRAWDZIWEGO AUTORA FRANKENSTEINA
https://www.tomaszgabis.pl/2026/04/16/o-gejowskim-kontestatorze-johnie-lauritsenie-i-jego-teorii-na-temat-prawdziwego-autora-frankensteina/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.