piątek, 18 lipca 2025

Andrzej Sarwa Azor - opowiadania o psach


JA I PSY

Och! Boże! Jak ja nienawidziłem psów! I jak psy, bez wyjątku wszystkie, nienawidziły mnie. Czemu? Nie wiem, to jedna z tych dziwacznych i zdumiewających zagadek, które niekiedy życie stawia przed nami. A ta zagadka była właśnie taka… nie tylko zdumiewająca, ale i absolutnie niemożliwa do zrozumienia… jakaś… jakby metafizyczna. Każdy bowiem pies na mój widok stawał się agresywny i to do tego stopnia, że nie tylko szczekał i warczał, ale odnosiło się wrażenie, że gdyby mógł, to by mnie pogryzł, o ile nawet nie zagryzł.

A więc: jakże ja nienawidziłem psów! Wszystkich bez wyjątku! Wszystkich. A psy, wszystkie bez wyjątku nienawidziły mnie. Wszystkie.

Idąc ulicą, gdy wypatrzyłem bodaj jakiego kundelka, nawet takiego wielkości królika, nieomal kamieniałem ze strachu, modląc się w duszy, żeby i on mnie nie wypatrzył. A kiedy już tak się stało, że na psisko się natknąłem i zajrzeliśmy sobie w oczy, wielką sztuką z mojej strony było, by bestię tak ominąć, iżby nie narazić się na pogryzienie.

I tak mijały lata. Ale – o dziwo – nigdy żaden pies mnie nie ugryzł! I tego również w żaden sposób nie potrafiłem zrozumieć. To też było zdumiewającą zagadką, szczególnie mając w pamięci tę zajadłą wściekłość, jaka się u każdego osobnika z psiego plemienia objawiała na mój widok.

Często wstyd mi było przed samym sobą i przed innymi ludźmi, a najbardziej chyba przed moją żoną, ona bowiem nie raz i nie dwa na widok psa, którego musieliśmy ominąć, albo takiego, który akurat biegł w naszą stronę, bo tak mu było po drodze, mawiała:

– Schowaj się za mnie, to może cię nie wypatrzy.

I ja z palącym wstydem się chowałem.

Mijaliśmy się, ja struchlały, pies natomiast rozjuszony, ponieważ nic to chowanie się za plecy żony nie dawało, lecz jakoś zawsze każde takie spotkanie kończyło się dla mnie szczęśliwie. Co było też osobliwe.

Tłumaczyłem sobie niechęć psów do mnie, a moją do psów tym, że wręcz uwielbiałem koty, a koty mnie, że koty, jak sięgałem pamięcią, zawsze były tuż obok. Za dnia i w nocy… to z kotami dzieliłem się jedzeniem, to z kotami sypiałem w tym samym łóżku, głaskałem je, a one mruczały. Pamiętam takie, które wychodziły mi naprzeciw, kiedy wracałem ze szkoły, bądź też czekały na mnie niemal w połowie drogi do domu i takie, które mi asystowały przy odrabianiu lekcji, siedząc na ramieniu. Pamiętam i takie, które, drzemiąc, cichuśko mruczały, gdy ja zagłębiałem się w lekturę jakiejś pasjonującej książki, odkrywając nowe światy… One po prostu były. Stanowiły cząstkę mojego świata, w którym nigdy byś psa nie uświadczył…

Takie wyjaśnienie, wyjaśnienie zda się racjonalne, któregoś dnia okazało się błędne.

Pamiętam… letni ciepły dzień… minionej nocy zmarła moja Mama… Szliśmy wraz z żoną na miasto naszą wąską, pełną zieleni uliczką załatwiać formalności pogrzebowe. Nie uszliśmy jednak zbyt daleko od domu, może sto metrów, a może nawet mniej, gdy naraz, jakby spod ziemi, wyrósł tuż przede mną wielki, brązowy, podpalany sięgający mi prawie do pasa pies… żona zdrętwiała z przerażenia, że tym razem już mi się nie upiecze, że pies rzuci się na mnie i w najlepszym razie, jeśli mnie nie zabije, to przynajmniej pogryzie.

Tymczasem jednak ja, niczym w transie, postąpiłem te dwa czy trzy kroki dzielące mnie od psa, wyciągnąłem rękę i zacząłem głaskać go po głowie, a pies stał nieruchomo, poddając się tej pieszczocie.

I w tej samej chwili jakby coś pękło i we mnie i w każdym z członków psiego plemienia.

Pokochałem je wszystkie, a one przestały na mój widok dostawać ataków szału i wściekłości.

Do dziś nie wiem, co to był za pies, ani co się z nim stało później, gdy poszliśmy dalej swoją drogą. Nigdy wcześniej ani nigdy później go już nie widziałem…

A za jakiś czas inny pies, kundelek, a właściwie kundliczka zagościła pod moim dachem…

AZOR

Stary człowiek wyblakłymi oczyma wpatrywał się gdzieś w jeden punkt. Był jakby odcięty od reszty świata, którego cząstką już się chyba nawet nie czuł. Trwał, bo trwał, lecz z owego trwania tak naprawdę nic nie wynikało. Niby miał wyjście, skończyć ze sobą, lecz w rzeczywistości nic by ono nie zmieniło, niczego nie naprawiło. Więc czy tak, czy inaczej trwał – z tym kamieniem niemal rozgniatającym mu duszę, w jakiejś stężałej rzeczywistości, zamrożonej chwili bólu, z którym nie umiał sobie poradzić. Nijak. W żaden sposób.

Nie patrzył na mnie, kiedy, jakby mimochodem, zadał pytanie:

– Panie, jak pan myślisz? Czy cierpienia zwierząt mają jakikolwiek sens?

Wzruszyłem ramionami, bo nie wiedziałem, co mógłbym mu odpowiedzieć, a on najwyraźniej nie czekał na moją opinię i zaczął mówić. Początkowo cicho, monotonnie, by dopiero z czasem snuć opowieść z większą ekspresją.

– Było widne jeszcze późnojesienne popołudnie. Jakoś tak chyba pod koniec listopada… A może był to już grudzień? Pierwsze dni? Miałem jakieś piętnaście-szesnaście lat… Może rok mniej, może rok więcej… już nie pamiętam… Było szaro i ponuro. Nad ranem poprószył pierwszy tegoroczny śnieg, który teraz, mimo dojmującego zimna, jednak powoli się roztapiał.

Wracałem ze szkoły do domu i naraz ze śmietniska sąsiedniego domu doleciało mnie żałosne skomlenie psiaka. Podszedłem do płotu i wtedy go zobaczyłem. Małe ciałko, pokryte białą, brudną sierścią, taką surową, skudloną, widać, że nie głaskaną, drżące od chłodu. I te ciemne… ciemnoorzechowe ślepka wpatrujące się we mnie prosząco. A i wylęknione ponad wszelką miarę też. Szczeniak zamilkł na chwilę, a potem znów raz czy dwa zaskomlił cichuśko.

Pobiegłem do domu: „Mamo, mamo, na śmietniku obok jest szczeniak, mogę go przynieść do domu?” Kiwnęła głową na zgodę. To miał być mój pierwszy w życiu pies!

Wróciłem czym prędzej, wyciągnąłem rękę ponad dość niskim płotem zbitym z prostych, heblowanych, ale już poszarzałych od słot i wiatrów sztachet, a on – mała bezradna kuleczka, podpełzł do niej, sunąc niezdarnie po tym wierzchołku okazałej sterty śmieci. Uniosłem go za skórę na karku, wziąłem na ręce i zaniosłem do domu.

Po co go brałem? Nie wiem. Dziś żałuję… taki odruch… ale nic poza tym… taki – panie – odruch…

Przez zimę nie było łatwo. Pies brudził, trochę dokuczał, ale też i rósł. My przyzwyczajaliśmy się do niego, a on do nas.

Zdawało mi się, że chyba chciał mnie pokochać, ale ja, panie, jakoś nie odwzajemniałem tych jego pragnień. Zresztą nikt z domowników ich nie odwzajemniał. Pies rósł i serce mu dziczało. Bo tak to już bywa, czy to z człowiekiem, czy ze zwierzęciem, że nieodpłacone uczucie sprawia, że serce dziczeje…

Ale on mnie i tak kochał. Bezinteresownie, po psiemu. Chociaż rzadko bywałem w domu. No bo szkoła, koledzy… Lecz kiedy wracałem, przychodził mi do kolan i podstawiał łeb do głaskania. Tyle że ja go zbywałem. Odchodził więc i kładł się gdzieś nieopodal z łbem ułożonym na wyciągniętych łapach wpatrzony we mnie… Miał nadzieję… Wtedy tego nie rozumiałem… a dziś już, panie, za późno…

Azor… nazwaliśmy go Azor… Nie jakoś tam wymyślnie, ale tak najzwyczajniej… Do wiosny wyrósł na sporego kundla, w którego żyłach musiało płynąć dużo krwi owczarka podhalańskiego, chociaż aż tak kudłaty nie był.

Gdy przyszła marcowa odwilż i śniegi stopniały, gdy powoli w krzakach i na przydrożach pokrzywy zaczynały wypuszczać młodziutkie listki, a pączki na drzewach jęły nabrzmiewać sokami, Azor coraz częściej bywał wypędzany za drzwi.

Był dobrym psem. Dobrym i łagodnym, mimo iż, jak mówiłem, serce mu już dziczało, chociaż jeszcze potrafił się uśmiechać, bo widać nadzieja w nim nie umarła tak do końca. Nadzieja na miłość. Moją miłość. A może na czyjąkolwiek?… No i, póki co, był wolny…

Któregoś dnia matka przyniosła do domu obrożę i smycz. I wtedy poczułem się panem. Jego władcą.

A kim ja, panie, wtedy byłem? Nikim, panie, nikim. Pętakiem, któremu się zdawało, że Bóg wie, do czego w życiu dojdzie… Jakaś władza mi się marzyła pewnie… a tu, panie, życie biło mnie w dupę, ile wlezie. No to jak trafił się pies, tom przynajmniej nad nim chciał mieć tę władzę… A że w peerelowskiej Polsce władza była synonimem przemocy…

Kiedym go brał na spacer, na tej cholernej smyczy, tom go, panie, lał kijem z jakąś taką zajadłością, że aż mi się jakby świadomość zwężała. Czy miałem z tego jakąkolwiek przyjemność? Nie, żadnej… potem mi głupio było i smutno… i przed tym psem i przed samym sobą się tego wstydziłem… a potem znów mnie nachodziło… a on, Azor, nie rozumiał, za co to i dlaczego? Za to jego miłosne nieomal wpatrywanie się w moje oczy?…

Lecz i to się skończyło… Kiedyś uciekł z podwórka i pognał do pracy za moją matką, pech chciał, że po drodze mu się napatoczył jakiś milicjant… obwarczał go, tego milicjanta znaczy, zęby pokazał… widać wiedział, panie, że toto nic warte… lecz przecież go nie ugryzł…

Ale milicjant nie odpuścił… Śledztwo zrobił, sukinsyn. Doszedł czyj to pies i przylazł, panie do naszej chałupy… podpity był, to i mocny i ważny. Wyciągnął pistolet z kabury i szukał psa, żeby go zastrzelić.

Ojciec schował Azora w domu, a potem poszło psisko na łańcuch…

Stary człowiek zmienił się na twarzy, głos mu uwiązł w gardle, widać było, iż się powstrzymuje, żeby nie zapłakać…

– Panie – jął mówić dalej. – Panie, to już by lepiej psinie było, żeby zdechła na tym śmietniku. Byłoby to dwa-trzy dni i po sprawie, mróz by wszystko szybko załatwił, a on, panie, na tym łańcuchu, umierał ze dwanaście lat… co dzień umierał…

I to przeze mnie. Przyniosłem go, poznęcałem nad nim i porzuciłem. Nawet mu nigdy żreć nie dałem… ojciec mu nosił jakieś resztki, ale co to były za resztki, samiśmy żyli w biedzie, to nawet nie bardzo było co temu psu dać… a wodę to on widział chyba wtedy, gdy deszcz padał.

Budę miał taką, jakby jej wcale nie było, jak lało, to leżał w wodzie, jak śnieg sypał, to i jego przysypywał, a w mróz, panie… nie wiem, panie… Jezu Chryste… nie wiem, jakie to stworzenie męki cierpiało…

Stary człowiek z całej mocy pohamował się, żeby nie załkać.

– Mój Boże… i tak mijały lata… rok za rokiem… w tej męce straszliwej… jakby nie wiadomo czym, to psisko zawiniło, a on przecie był dobry i na początku umiał się uśmiechać… I tylko ciepła pragnął i ręki, która by go po łbie pogłaskała… ale zaznał tylko kija… łańcucha i dziurawej budy… A im więcej tych lat mijało, serce w nim coraz bardziej kamieniało i jedno tylko miał uczucie – nienawiści. Panie, jak się czasem urwał, to byłby zagryzł każdego, kto by mu się nawinął. Jeden tylko był człowiek – mój ojciec, co mógł go na nowo spętać i zniewolić…

Któregoś rana, było to latem, słonko wspinało się na niebo, ciepło było i ptaki aż zanosiły się od śpiewu, przyszedł ojciec i powiedział; „Azor zdechł”. „To trzeba go zakopać” – powiedziała matka. Ja się w ogóle nie odezwałem, anim nawet nie wyszedł, nie popatrzył na tego umęczonego trupa.

Ale ojciec go nie zakopał, odpiął łańcuch od budy i powlókł na tym łańcuchu gdzieś w zdziczały zarośnięty wąwóz, którego dno zalegało grzęzawisko i moczar. Cisnął go z rozmachem, aż błoto chlupnęło i Azor zapadł się w bagno, a ono zamknęło się nad nim i tam został…

Ciężkie milczenie zawisło w powietrzu… ciężkie i jakby mroczne… Nie miałem odwagi się odezwać. Zresztą, cóż niby miałbym rzec?

Aż w końcu stary człowiek, odwróciwszy głowę, wpatrzony tępym wzrokiem w odległy kąt izby, chrapliwym, łamiącym się głosem powiedział:

– A teraz, panie, niedługo trzeba będzie stanąć na Boskim sądzie… i straszliwie się boję, że Pan Bóg każe mi spojrzeć Azorowi w oczy…



MALUSZEK

BARDZO KRÓTKA HISTORIA DOBREGO PIESKA

W sobotę 11 listopada 2017 roku było dość zimno, a powietrze przesycała wilgoć przemieszana z czymś jeszcze, z czymś nieokreślonym… jakby jakimś chwytającym za duszę smutkiem…

Przyszedł cichutki, wystraszony, prowadzony na długiej parcianej smyczy, z przybrudzoną niebieską obróżką na szyi. Chudy kundelek, wynędzniały, z zapadniętymi bokami, ze zmatowiałymi ślepkami.

„Czyżby tracił wzrok? Jak sobie poradzimy ze ślepym psem?… – przemknęło mi przez głowę. – I to jeszcze na dodatek starym, bo – jak określili weterynarze – miał dziesięć, a może nawet jedenaście lat… a na dobitkę chorym i to poważnie chorym na serce”.

Ponieważ sam takiej przypadłości doświadczam, to dobrze wiem, czym ona jest.

Ale decyzja o przygarnięciu sędziwego, słabiutkiego i zabiedzonego psa podjęta była świadomie. Powodów po temu było kilka – leciwy i niezdrowy, więc jest szansa, że mnie nie przeżyje, bo gdyby miało być inaczej, a po mojej śmierci, jeśli by nie miał kto, lub nie chciał się nim nikt zaopiekować, to co by to stworzenie czekało? Jaki los? Co prawda byli tacy, którzy pukali się w głowę, doradzając przyjęcie pod dach szczeniaka, ale nawet ich słuchać nie chciałem.

– Czy udręczonemu zwierzęciu, które w życiu zaznało tylko głodu, i poniewierki, kija i kopniaków nie trzeba dać choćby trochę serca i zapewnić bezpieczny dach nad głową? Czy nie zasługuje na codzienną pełną miseczkę czegoś pożywnego, smakowitego, a nie tylko na skórkę suchego chleba czy resztki z obiadu i – jeśli się „panu” albo „pani” przypomni – może i odrobinę wody?

Tak więc decyzja zapadła. Ostateczna i nieodwołalna.

Dopełniliśmy formalności, a właściwie zrobiła to moja córka Marta, bo to ona – oficjalnie – miała być jego właścicielką. Podpisała papiery i został z nami…

– Nazwałyśmy go Słodziak, bo jego prawdziwego imienia nie udało się nam poznać – powiedziała jedna z pań, które przywiozły psiaka.

– Słodziak? – skrzywiłem się i raz jeszcze bacznie przyjrzałem się kundelkowi. – Dla mnie to Maluszek. Tak właśnie, Maluszek.

– No to… niech będzie Maluszek, jeśli pan woli. I powiem państwu, że naprawdę mu się udało, bo takie psy praktycznie nie mają szansy na adopcję.

– A to czemu?

– Bo stary, bo poważnie chory, bo najwyraźniej po przejściach, bo mały, bo czarny, no i bez ogona.

– No tak – skinąłem głową – jakiś łotr obciął mu ogonek przy samym tyłeczku…

Maluszek jak gdyby zrozumiał, o czym mowa i pewnie chcąc wkupić się w nasze łaski śmiesznie, kilka razy, pokręcił tym swoim kuperkiem, bo zamerdać nie miał przecież czym.

W końcu trzasnęła furtka, samochód parkujący przed naszym domem odjechał…

Zostaliśmy z Maluszkiem sam na sam…

Piesek stanął przede mną i spojrzał mi w oczy, najwyraźniej z obawą co go teraz czeka…

* * *

Nasza kundliczka Rudzia – prawie jamnik! – raz i drugi ostrożnie obwąchała nowego domownika, a potem trąciła go swoim czarnym nochalem, uśmiechając się całym pyskiem i zapraszając Maluszka do zabawy. Poskakali trochę w ogródku na trawniku, udając, że walczą ze sobą, a potem – gdy znudzona Rudzia – zostawiła go samego, zawołałem pieska do domu.

Dreptał posłusznie, trzymając się mojej nogi, jakby był do niej przyklejony i bał się, bardzo się bał, czego nie był w stanie ukryć… chociaż chyba nawet nie próbował…

– Piesku, nie bój się już, nie drżyj – szepnąłem, nachylając się ku niemu, a on ten szept usłyszał, ale czy zrozumiał? Chyba nie. Najpierw bowiem się skulił, a później zadzierając łebek, spojrzał tylko na mnie tymi swoimi zmętniałymi ślepkami, w których była jakaś jedna, jedyna najogromniejsza prośba. Jaka? Tego jeszcze wtedy nie umiałem zgadnąć… i musiało minąć sporo czasu, żebym pojął, o co on wtedy bezgłośnie wylękniony żebrał: „Nie bij mnie…” – takie to, bez wątpienia, było to jego nieme błaganie…

Zdezorientowany rozglądał się po domu.

– Zrobimy eksperyment – powiedziałem. – Zobaczymy, co też on jada. W kuchennej szafce leżała garstka wysuszonych na kamień skórek chleba, które pewnie miały jakieś tam przeznaczenie kulinarne. Wziąłem jedną z nich i podsunąłem Maluszkowi pod nosek. Nieomal rzucił się na nią i w mgnieniu oka rozgryzł, przełknął i patrząc się na mnie, najwyraźniej czekał na więcej. Chudzina…

– Oj bracie! Toś ty musiał mieć w życiu niebywały wręcz dobrobyt! Idziemy!

Podreptał posłusznie, stukając pazurkami o podłogę. Otworzyłem lodówkę, odkroiłem kawał kiełbasy, a on wpatrywał się w nią, z nieskrywaną nadzieją przełykając ślinę.

– Chodźmy dalej, tu cię nie będę karmił.

Rozsiadłem się wygodnie w swoim pokoiku na wersalce, Maluszek zaś przycupnął na swojej chudej, kościstej dupinie tuż przed moimi nogami. Odkrawałem plasterek po plasterku i podawałem mu wprost do pyszczka, a on te kęsy w mgnieniu oka pochłaniał, jakby w obawie, że tylko może raz coś tak niezwykłego mu się przytrafiło, albo, że mu je ktoś odbierze. A może i jedno i drugie.

Zdrętwiała mi noga, więc ją odruchowo wyprostowałem. Pies gwałtownie odskoczył ode mnie, przewrócił się na bok i począł trząść się ze strachu, znów z przerażeniem patrząc mi w oczy. Wyciągnąłem rękę w jego stronę, żeby go pogłaskać, ale jego strach jeszcze się wzmógł. Odwrócił się na grzbiet, podkulił łapy, odsłaniając brzuszek, jakby chcąc mi w ten sposób powiedzieć: „Widzisz, jestem całkiem bezbronny, bez reszty ci się podporządkowuję i oddaję ci moje życie…” Jednocześnie w jego zamglonych ślepkach znów dostrzegłem tę niemą prośbę: „Proszę… nie bij mnie… proszę…”

– Maluszku! Coś ty?! Nie bój się chłopaczyno! Masz tu jeszcze trochę kiełbasy. Nie chcę być twoim panem, ale przyjacielem!

Lecz on wciąż leżał na grzbiecie, odsłaniając najwrażliwsze części ciała, dygocąc ze strachu.

Zamilkłem i zamarłem w bezruchu z tym kawałkiem kiełbasy wyciągniętym w jego stronę.

Uspokajał się. Powoli, z wahaniem usiadł, nieufnie zerknął na moją nogę, ale ostatecznie, przezwyciężywszy strach, zjadł kolejną porcję bynajmniej nie najtańszej z wędlin. Tę gorszą zostawiłem dla ludzi, bo przecież piesek na powitanie musiał być naprawdę godnie przyjęty.

Przydreptała Rudzia, zerknęła na kundelka, zerknęła na mnie, zerknęła na kiełbasę… Swoją porcję ostrożnie wzięła w zęby, jakby niezdecydowana do końca czy aby to jej posmakuje. Ostatecznie jednak pogryzła i przełknęła. Królewna!

* * *

Maluszek dostał – wzgardzone niegdyś przez Rudzię – wygodne, mięciuchne i dość obszerne legowisko, w którym podesłaliśmy mu stary, sprany niebieski ręcznik frotowy, który wypożyczyły nam dziewczyny ze schroniska, żeby zapachem przypominał mu wcześniejsze miejsce – jego klatkę, czy też kojec, bo same nowe zapachy mogłyby niezbyt dobrze wpływać na psiaka, wywołując lęk, niepokój, poczucie zagrożenia.

Ale niezadługo ów ręcznik przestał pełnić funkcję Maluszkowego posłania i został zastąpiony piękną, puszystą, mięciuchną i ciepłą skórką baranią.

Zmieniliśmy mu także obróżkę ze starej niebieskiej, na nowiutką czerwoną.

* * *

Mijał dzień za dniem… jesień się kończyła, zaczynała zima. Codzienne spacery we troje – ja z Maluszkiem na smyczy i Rudzia przodem biegająca wolno. Ach! Co to były za szczęśliwe wyprawy! Ile śladów na śniegu, ile zapachów! Oboje z nosami przy ziemi. Oboje przepełnieni psim szczęściem.

Ale nie zawsze tak było, przychodziły i dni zimne, wietrzne i dżdżyste, słoty ciągnące się tygodniami albo na odmianę ściskał mróz, a zadymka zasypywała nasze spacerowe ścieżki.

I tak to – raz smutniej raz weselej upływał czas. Słońce wschodziło, słońce zachodziło, topniały śniegi, zieleniały trawy, złociły się kępy podbiałów i kaczeńców, żółciły się, oblepione kwiatami, drzewa dereniowe, morelowe sady białe od kwiecia wabiły pierwsze pszczoły, a potem upojnie, gorzkawo, migdałowo pachniały rozkwitłe śliwy, delikatne wonie smużyły się z kremowobiałych kwiatów grusz, różowiły się jabłonie…

Maje oszalałe od barw i zapachów: fioletowych bzów-lilaków, kremowobiałych baldachów bzów dzikich, głogów czerwonych i białych, od kalin, jaśminów, od bladoróżowych róż dzikich, które się porozsiadały po zdziczałych ogrodach, po miedzach i po ugorach…

* * *

Maluszek nabierał ciała, już nie miał zmętniałych ślepek. Coraz częściej się uśmiechał i zdawało się, że teraz wreszcie jest w pełni szczęśliwy.

Cóż, jednak nie. Rudzia w końcu zobaczyła w nim konkurenta, który nie odstępował mnie na krok, a gdy pracowałem przy biurku, nieustannie warował u moich stóp z główką ułożoną na wyciągniętych łapach.

I Rudzia zaczęła przepędzać Maluszka z każdego miejsca. Najpierw odebrała mu wymoszczone baranią skórą legowisko. Potem przegnała go z drugiej skórki, którą Marta rozesłała mu gdzie indziej. Ale i stamtąd został wyrugowany. Moja wersalka, gdzie uwielbiał leżeć, także stała się dla pieska zakazana. Ostatecznie zostało mu miejsce na dywanie, ale jeszcze częściej goła podłoga.

W końcu wymyśliliśmy, że w ciasnym kąciku między moim biurkiem a wersalką rozścielemy mu starą narzutę, pod którą ukryjemy miękką i cieplutką skórę baranią. I dopiero na to Rudzia dała się nabrać. Chociaż… chyba nie do końca, ale miejsce było tak mało atrakcjine, że łaskawie go nie zajęła.

Lecz Maluszek, chociaż czasem tam się kładł, robił to jakby ukradkiem i gdy tylko Rudzia pojawiała w pobliżu, dyskretnie opuszczał i to legowisko…

* * *

Choć nie był najważniejszy w naszym małym dwupsowym stadku, gdzie Rudzia wywalczyła sobie pozycję liderki, Maluszek odnosił sukcesy w innych obszarach, ot jak choćby w taki sposób, że jego zdjęcie znalazło się na pierwszej stronie okładki zbiorku opowiadań o psach (i to w trzech językach) zaprezentowanej na targach książki w Krakowie! A gdy dodać do tego e-book i audiobook, to widać było pełen Maluszkowy celebrycki sukces! Tyle że dla piesków takie rzeczy nie mają żadnego, ale to żadnego znaczenia.

Chyba ważniejsze dla niego było to, że założyliśmy naszą chłopacką bandę, której przywódcą został, co oczywiste, Maluszek i razem wędrowaliśmy po dróżkach i ścieżkach, a w domu zawsze trzymaliśmy się razem.

Tak czy inaczej – teraz już nie był sparszywiałym kościotrupkiem bez sierści, jakim go znaleziono, gdy – ponoć – z najwyższym trudem wlókł się środkiem ruchliwej ulicy, która bardziej prowadziła go pod koła rozpędzonych samochodów, niż w jakiekolwiek dobre miejsce, ale widocznie czasem i nieszczęśliwe pieski otrzymują w prezencie od Pana Boga odrobinę ulgi w cierpieniu i garstkę miłości…

* * *

Czas ciągle gnał, gnał nieubłaganie… Minął rok i minęła ta przerażająca hukiem fajerwerków Noc Sylwestrowa, gdy ludzie bezrozumnie się cieszą, iż znów o krok przybliżyli się do śmierci, i gdy to przerażony Maluszek najchętniej skryłby się pod ziemią, lecz najczęściej chował się w brodziku pod prysznicem w łazience, albo przynajmniej na płytkach podłogi w pobliżu umywalki.

Tam był jego azyl, chociaż może to niezbyt odpowiednie słowo, bardziej chyba pasuje tu inne – kryjówka, z której korzystał także, gdy grzmiało za oknem, pioruny z łoskotem uderzały w ziemię, a błyskawice zimnym blaskiem rozświetlały niebo.

A później znów słońce wychodziło spoza chmur, a potem liście dzikiego wina nabierały ciemnopąsowej barwy, klony okrywały się złotem i czerwienią, brzozy i wiązy żółkły, brązowiały dęby, a po wąwozach zbierała się mgła… I znów nieubłaganie zbliżała się kolejna Noc Sylwestrowa…

* * *

Maluszek słabł. Coraz więcej posiwiałych kudełków pojawiało się na jego grzbiecie, kontrastując z czarnym futerkiem, podpalanym na brzuszku i szyi i białawym na pyszczku.

Coraz bardziej słabło Maluszkowe serduszko. Coraz bardziej i coraz częściej kaszlał… a jakby tego było mało, zaczęły się i inne dolegliwości. Być może zaczął mu się formować bolesny guz u wylotu przewodu pokarmowego, bo czynności fizjologiczne sprawiały mu tak dotkliwy ból, że nie umiał pohamować niesamowitego, wręcz przeraźliwego zawodzenia ostatecznie przechodzącego w straszny krzyk, bo inaczej nie dało się tego głosu nazwać.

Weterynarz tylko raz odważył się pieska uśpić i zbadać, co też on ma w tych swoich kiszeczkach. Oczyścił to i owo, ale niczego konkretnego – jak powiedział – nie wymacał. Maluszek z trudem wybudził się z narkozy.

I od tamtej pory już wiedzieliśmy, że nie pozostaje nic innego, jak tylko wspomagać go lekarstwami i oczekiwać, aż nadejdzie ostateczny kres jego chorób… tyle że zdawało się nam, iż to – tak naprawdę – nigdy nie może się wydarzyć.

* * *

Minęła nędzna wiosna 2020 roku – roku diabła, roku dotkniętego przekleństwem obsesyjnego lęku mas przed śmiercią, która rzekomo chciała ich dopaść i unicestwić, anihilować… lęku przed odejściem w niebyt, bo nawet i ci, którzy się uważali za osoby religijne, skłaniali się raczej ku wierze, że po ustaniu krążenia ustaje wszystko i nie ma już niczego…

Przyszedł ładniejszy nieco czerwiec i wtedy Rudzia zaczęła odmawiać wychodzenia na spacery, więc chodziliśmy tylko my dwaj – nasza chłopacka banda, czyli ja i Maluszek.

Ptaki, których trele wiosną niosą się zewsząd, z koron drzew, z zarośli i z jakichś niedookreślonych miejsc teraz zamilkły – zapanowała jakaś i przygnębiająca i jakby groźna cisza.

Było coraz smutniej…

W końcu i Maluszek coraz niechętniej dreptał przede mną, co kilka, kilkanaście kroków przystając zdyszany i bardzo zmęczony… I ten kaszel… kaszel, który go dręczył i za dnia i w nocy… Leki przestawały już skutkować.

Nasze spacery, każdego dnia krótsze, dawały nam coraz mniej przyjemności, a były tylko jakimś codziennym rytuałem i niczym już więcej…

I tak przemijało lato…

* * *

Maluszek jadł coraz mniej. Niby jeszcze w czasie obiadu siadał przy moich nogach i wpatrywał się we mnie, ale już nie prosił o co smakowitsze kąski, jakie mu zwykle podtykałem pod nosek. Siadał tak i patrzył tak, bo to też stanowiło rodzaj pewnego rytuału.

* * *

Niedzielny dzień 6 września 2020 roku obudził się smutny, a z nieba zaciągniętego chmurami zaczął padać drobny deszcz.

Wbrew obawom, że psy nie zechcą pójść na spacer, to jednak wyjątkowo chętnie, jak nigdy od wielu już miesięcy, wybiegły za furtkę.

Rudzia wyprzedzała mnie, jak to miała w zwyczaju, a Maluszek z roześmianą mordką węszył, buszował w trawie i pogryzał jej źdźbła. Tak szczęśliwego nie widziałem go chyba nigdy, od kiedy zamieszkał pod naszym dachem!

„– Mój Boże – pomyślałem – wreszcie mu się poprawiło! Najwyraźniej zdrowieje!”

Ciągnął smycz z takim zapałem, że ledwo mogłem za nim nadążyć! I był to wspaniały spacer, przeszliśmy całą tę trasę, jaką przemierzaliśmy od lat, najpierw z Rudzią, a potem z obojgiem, a która w ciągu ostatniego półrocza skurczyła się nam więcej niż o połowę!

Mżawka się nasiliła, aby dość szybko przejść w spokojny słaby deszcz. Przyśpieszyliśmy.

Gdy dotarliśmy do podwórka i zatrzasnąłem furtkę, do drzwi domu szliśmy już w ulewie.

Poczekaliśmy w przedpokoju, aż Marta powyciera ubłocone łapy i zmoknięte futerka.

Rudzia położyła się zaraz na skórce baraniej w pokoju Marty, a Maluszek nie odstępował mnie nawet na krok. Gdy pracowałem na komputerze, leżał na podłodze obok moich stóp, gdy zaś siadałem na wersalce, żeby rozprostować kręgosłup, wskakiwał i przycupnąwszy obok, wpatrywał mi się w oczy, długo, głęboko, jakoś tak dziwnie, jak nigdy dotąd, aż przechodził mnie dreszcz.

W czasie obiadu zawzięcie się domagał, żeby się z nim dzielić, czego nie robił już od tygodni, więc mu nie skąpiłem najlepszych kąsków, za co dziękował mi uśmiechniętą mordką. Byłem pewny, że on naprawdę zdrowieje…

* * *

Nastawał wieczór. Za oknem deszcz się nasilił. Strugi wody spływały po szybach, grube krople bębniły w parapet.

Gdy zaczęło zmierzchać, psy dostały kolację, którą zjadły ze smakiem.

A potem… potem Maluszek zaczął kaszleć, coraz bardziej i bardziej…

Dżdżysta noc… Mrok jakiś przerażający i to bębnienie kropel w blaszane parapety…

Maluszek kaszlał, już prawie bez przerwy. Noc zgęstniała, a ulewa się nasilała.

W końcu kaszel jakby trochę zelżał. Piesek odrobinę uspokojony położył się na podłodze, wciskając się pod moją wersalkę. Pomyślałem, że może to na dzisiaj koniec jego cierpień, że teraz się uspokoi, uśnie i rano wszystko będzie dobrze, jak każdego wcześniejszego poranka.

Byłem zmęczony, bardzo zmęczony, położyłem się więc i ja. Przyłożyłem głowę do poduszki i po jakimś czasie znalazłem się na pograniczu jawy i snu. Nie wiem, jak długo spałem, ale chyba dość krótko, bo bardzo prędko wróciłem do całkowitej przytomności, kiedy to Marta weszła do pokoju i powiedziała przez łzy:

– Tato… Maluszek umiera…

Podźwignąłem się, usiadłem na wersalce, a potem wstałem i poszedłem za nią.

Leżał w łazience na gołych i zimnych płytkach posadzki tak biedny i wystraszony jak jeszcze chyba nigdy przedtem.

Marta usiadła na podłodze obok niego. Spojrzał na nią z nadzieją, że mu pomoże, że go ochroni, jak zawsze, gdy grzmiało, albo eksplodowały sztuczne ognie. Podźwignął się nawet nieco, przytulił się pyszczkiem do jej policzka, a potem znowu osunął się na płytki, na gołe białe, zimne płytki i ułożył głowę na wyciągniętych łapach.

Piesek bardzo chciał odpocząć, ale wrócił kaszel tak straszny, że aby się nie udusić musiał siadać. I tak to trwało i trwało… aż zaczęła się agonia… a gdy zaczął już charczeć… było jasne, że jego psia droga ostatecznie dobiega kresu, lecz było też widać, jak bardzo i boi się i nie chce umierać…

A podobno psy mają tylko instynkt i nie mają samoświadomości, rozumu, uczuć ani duszy… Skąd zatem ten lęk przed umieraniem, przed śmiercią? No skąd? Odpowiedzcie mi nieprzyjemni mądrale!

Przykucnąłem naprzeciw Maluszka, a on od czasu do czasu resztką sił kierował swoje brązowe ślepka to na mnie, to na Martę, jakby prosząc, byśmy go osłonili przed tym, co nadchodziło groźne i przerażające, tak jak zawsze dotąd chroniliśmy go przed pomrukami burzy, czy hukiem noworocznych fajerwerków…

A może miał nadzieję, że to jeszcze nie teraz? Przecież był w tym swoim schowanku, w swojej – jak dotąd zawsze bezpiecznej skrytce, w tym swoim azylu, a my byliśmy przy nim, tuż obok, obydwoje.

Ale to już było dogasanie…

Odchodzenie się przeciągało, za oknem mroczyła się długa noc i straszna ulewa potokami spływała z chmur.

Patrzyłem przez łzy na Maluszka i doszedłem do przekonania, że on chyba już pogodził się z losem i że gotów byłby umrzeć, ale teraz trzymał się życia wyłącznie dla nas – dla mnie i dla Marty, najwyraźniej nie chcąc nam sprawić zawodu, bo widząc nas czuwających obok, uznał, że swoim odejściem przysporzyłby nam smutku i pewnie jeszcze więcej łez… więc cierpiał i walczył z agonią…

– Martuniu – powiedziałem, idąc do swojego pokoju – zostaw go samego, on przy tobie nie odejdzie.

Więc z mokrymi oczami zostawiła go w tej łazience na tych zimnych płytkach obok umywalki, podniosła się z posadzki i odeszła, ale on jeszcze resztką sił dźwignął się na łapy i przywlókłszy do mojego pokoju, usiadł tuż przed moimi stopami i spojrzał mi w oczy.

A ja… a ja niczego nie mogłem… bezsilny…

– Maluszku-Paluszku… zostawiasz mnie samego… nie będzie już naszej chłopackiej bandy… Maluszku kochany… chłopaczyno… – szeptałem.

Już nie mógł dłużej siedzieć i gdzieś odszedł, a ja nie podążyłem za nim, bo wiedziałem, że jeśli pójdę, to znowu agonia się przeciągnie…

W końcu ze zmęczenia przysnąłem i znowu obudził mnie głos Marty:

– Tato… Maluszek… tym razem już…

Tak… już. Teraz wiedziałem, że to już…

Nie było go w łazience. Leżał w saloniku pod oknem, na gołych deskach podłogi, tam, gdzie nigdy się nie kładł ani on, ani Rudzia… tam sobie znalazł ostatnie miejsce pod naszym dachem…

Jego ostatni wydech był podzielony jakby na trzy odrębne – pierwszy był najsilniejszy, drugi słabszy, a wraz z trzecim wyszła z niego resztka powietrza razem z małą dobrą psią duszyczką… a małe schorowane serduszko wreszcie przestało go boleć… i opuściły go już wszystkie lęki.

Był poniedziałek 7 września, godzina 1:20.

Za oknem nieustający szum ulewy… woda wciąż spływała potokami z chmur… więc nie można go było wynieść na dwór, musiał zostać do rana tu, gdzie odszedł poza granicę życia. Więc został.

Marta owinęła go narzutą, którą kładła na tej jego baraniej skórce… na tej skórce, na której nawet bał się leżeć.

Był u nas przez dwa lata i niespełna dziewięć miesięcy…

Płakałem, Marta płakała, niebo płakało… Rudzia obwąchała tego małego trupka i odeszła na bok i też miała jakieś takie wilgotne oczy.

I to był koniec.

Została po nim czerwona obróżka, której nie pozwalał sobie zdejmować, bo była dla niego jakby symbolem tego, że jest nasz, a my należymy do niego.

Wahałem się, czy mu nie zostawić tej obróżki, ale ostatecznie zdjąłem ją rano ze stężałej już pośmiertnie szyi.

Nie, ja nie wierzę, że ta obróżka ta stara czerwona obróżka to wszystko, co zostało po Maluszku, a jego już nie ma… że go w ogóle nie ma, że się rozpłynął w nicości, że żył owe trzynaście czy czternaście lat, z czego dziesięć w nieopisanej nędzy i udręczeniu, a potem po prostu przestał istnieć…

Czy cierpienia zwierząt niezawinione, niezasłużone nie mają żadnego znaczenia i żadnego sensu?…

Mam nadzieję, że Pan Bóg patrzy na to wszystko inaczej niż my i że w swoim domu ma tyle miejsca, że może tam dać schronienie wszystkim dobrym ludziom i wszystkim zwierzętom.

Czy zatem spotkamy się jeszcze mój mały przyjacielu – Maluszku-Paluszku, chłopaczyno kochana? Czy kiedyś spotkamy się jeszcze? Bo z oczu ciągle płyną te łzy głupie, jakbyś najbliższą był dla mnie rodziną…

A gdy już przycupniesz u stóp Najwyższego, popatrz mu głęboko w oczy i wstaw się za mną… On zrozumie… i może cię wysłucha?…

I to już koniec historii małego dobrego pieska, który miał tak smutne życie i tyle krzywdy doznał od ludzi, że nigdy nie przestał się ich bać…

* * *

To co Rudziu? Komu teraz z brzegu?

W tej wędrówce we mgle i pomroce

Albo w słońcu po puszystym śniegu

Po tej drodze ludzkiej i sobaczej?

Już Maluszek wyprzedził nas w biegu…

Moje serce zdławione wciąż płacze…

Chodź kochana! Biegnijmy za psiną!

Dobiegnijmy za nim do bram raju,

Za którymi już nic nie zaboli,

Gdzie psy dobre anieli witają!…

Książkę, z której pochodzi opowiadanie można nabyć tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/azor-opowiadania-o-psach-andrzej-sarwa

Metafizyczny wymiar świata i ludzi - rozmowa z pisarzem →



niedziela, 13 lipca 2025

Im bardziej ograniczony umysł, tym lepiej wie - aforyzmy Rivarola


Dlaczego się zabił?
Potrzeba tak zasadniczych powodów by żyć, że nie są nam jakiekolwiek potrzebne, aby umrzeć.

Hierarchia umysłów podobna jest piramidzie; człowiek samotnieje w miarę wspinaczki. Całkiem na dole zaliczamy się do szerokich warstw i mamy wielu równych sobie; wspinając się przynależymy  do coraz mniejszych kręgów. Kamień, który zamyka i wieńczy piramidę, jest jeden i nie ma równych sobie.

Im bardziej ograniczony umysł, tym lepiej wie.
Istnieją problemy pojawiające się dopiero przy pewnym stopniu inteligencji.

Moralność sądzi wznioślej i surowiej niż prawo. Chce nie tylko, byśmy odstąpili od zła, ale też czynili dobro, nie tylko, byśmy wydawali się cnotliwi, ale żebyśmy takimi byli - bowiem nie zasadza się na powierzchownym szacunku, który możemy wyłudzić, lecz na szacunku do samego siebie, który jest nieprzekupny.

Odrobina przyzwoitości i publicznej obyczajności która jeszcze rozświetla nasz świat, pochodzi stąd, że łajdak nie chce za takiego uchodzić i nazywa podobnych do siebie łajdakami. Wszystko byłoby stracone, gdyby publicznie odważył się powiedzieć: jestem łajdakiem. W tym wstydzie ujawnia się coś głębszego niż zakłamanie.

Słabeuszy rozpoznać można po oporze wobec nieuniknionego zła i podporządkowaniu wobec dającego się uniknąć. Co można sądzić o człowieku, który wścieka się na złą pogodę, a w milczeniu przyjmuje obrazę?

Filozofii jako późnego owocu ducha i jesieni życia nie można oferować ludowi, który wciąż tkwi w dzieciństwie.

Prawdziwy filozof wybacza społeczeństwu swoją biedę z równą obojętnością co bogaty bankier swój brak ducha.

Kto dwadzieścia cztery godziny przed większością ludzi ma rację, ten będzie uznawany przez dwadzieścia cztery godziny za stukniętego.

Zacieranie różnic przynosi zamęt, prawdy raz na fałszywym miejscu są kłamstwem, przesadny ład stwarza nieład.

Atakując religie, potrzeba o wiele mniej inteligencji, niż je zakładając i podtrzymując...

Wypowiedź tego mędrca: "W przypadkach wątpliwych nie formułuję sądu", jest nie tylko najpiękniejszyą zasadą moralności, a także warunkiem metafizyki.
[W życiu jest wiele rzeczy wątpliwych, działanie wymaga by sformułować na ich temat jakiś osąd. Np czy utrzymanie celibatu jest korzystniejsze dla mnie, niż aktywność seksualna. W takich wypadkach nie zawiesza się osądu, lecz używa funkcji wiary. Są znacznie mądrzejsi ode mnie, którzy nie mają wątpliwości że celibat jest korzystniejszy. Z czasem, doświadczając wolności od przymusu seksualnego, dzięki wierze osiąga się brak wątpliwości, zostaje ona zastąpiona bezpośrednią wiedzą VB]

Wola jest niewolnikiem, który służy to namiętnościom, to rozumowi. Zaprzęga aż nazbyt często sumę naszych sił na rzecz namiętności, z którymi jest żarliwie związana. Natomiast zbyt łatwo porzuca rozum.

Doskonałe bezpieczeństwo i nienaruszalność osoby oraz własności: tak oto wygląda prawdziwa społeczna wolność.

Wielki metafizyk Sieyès, na skutek swego bezsensownego aksjomatu o rozumie jako władcy świata obrócił wszystkie zasady metafizyki w ich przeciwieństwo: wyłącza przy tym z gry teorię namiętności, jak i potęgę głupoty.

Wedle Woltera ludzie winni mieć tym większą wolność im są bardziej oświeceni. Wbrew temu jego następcy głosili ludowi kazania, że im większą będzie miał wolność, tym bardziej będzie oświecony. To wszystko zniszczyło.

Szlachta zapomniała o zasadzie, że sprawy należy zachować w ten sposób, w jaki powstały. Arystokraci walczyli rapierem o swego ducha, a później o swój własny stan.

Dzisiejsi szlachcice są już tylko upiorami swoich przodków.

Znużeni ładem Francuzi zaczęli się masakrować; znużeni masakrami, poddali się jarzmu Bonapartego, który kazał ich szlachtować na polach bitew.

Rozum obejmuje prawdy, które należy wypowiadać i przemilczeć.

Żyjemy w czasach, kiedy miałkość chroni lepiej niż prawa, skuteczniej zapewniając spokój sumienia niż niewinność.

Język jest zwróconym na zewnątrz myśleniem; myślenie jest wewnętrzną mową.

Słowo "drogi" ma w sobie coś zarazem subtelnego, jak i pospolitego, bowiem posługują się nim zarówno miłość jak i skąpstwo. Pozwala uświadomić, że serce i sakiewka są w tej samej przegródce.

Ktoś dla kogo pisanie stało się nawykiem, pisze nadal, także bez pomysłu, jak stary lekarz o nazwisku Bouvard, który leżąc w agonii, sprawdzał puls swojego fotela.

Książka której trzeba wsparcia - zatem książka która upada.

Niczego nie osiągnąć to potężna zaleta, ale nie wolno jej nadmiernie nadwyrężać.

Pamięć zawsze jest do dyspozycji serca.

W jednolitości celu zdradza się zdrowy ludzki rozsądek, podczas gdy rozmaitości środków tworzą duchową skalę. Niezgodności w ustaleniu celów pozwalają wnioskować o niedostatkach rozsądku.

Historia naturalna. Nie wnikamy do wnętrza natury.  Gdybym nakładał każdego dnia inną maskę, to czy ten, kto by je wszystkie rysował, sporządziłby mój portret?

Lęk jest dlatego najgroźniejszą z namiętności, gdyż swój pierwszy atak kieruje przeciwko rozumowi. Paraliżuje serce i rozsądek.

Roztargnienie sugeruje albo wielką namiętność, albo brak uczuć.

Niektórym ludziom z bogactwa pozostaje tylko lęk, że mogą je stracić.

Z uczuć najstaranniej musimy ukrywać pogardę.

Gadatliwa zawiść jest zawsze niezręczna. Groźna jest zawiść, która milczy.

Przyzwoitość zdobi bogactwo i osłania nędzę.

Istnieją cnoty zastrzeżone dla bogactwa.

Nic wstrętniejszego niż bogactwo bez cnót.

Durnie współczuliby nam, przeczuwając udręki, jakie nam sprawiają.

Najgorsze koło najgłośniej klekocze.

Tacyt przemówił jak prawdziwy filozof, twierdząc, że lepiej wierzyć w Boga, niż o nim mędrkować.

Z książki Ernsta Jüngera
Rivarol
Tłumaczenie Wojciech Kunicki

Patrz też Aforyzmy Rivarola →

środa, 9 lipca 2025

Czy Polska jest krajem okupowanym?

 

W okresie ostatnich kilkunastu lat pojawiło się kilka nazw określających prawdziwy, nie urojony, lecz prawdziwy status Polski jako kraju i państwa obdarzonego oficjalną nazwą III RP. Ich autorami są nie tylko publicyści, ale także politycy.

– PRL bis
– Polin
– Ukropolin
– Kraj należący do kogoś za granicy
– Eurokołchozowy land
– Państwo z tektury
Jesteśmy w sytuacji w pewnym sensie nie do odwrócenia, ponieważ jesteśmy „krajem posiadanym przez kogoś z zagranicy”

–  słowa te wypowiedział w roku 2017 Mateusz Morawiecki zweryfikowany do roli premiera III RP przez znanego żydowskiego „porno-rabina”. W rozmowie z Bronisławem Wildsteinem Morawiecki poruszał się tylko w sferze zależności gospodarczych. Nie poruszył równie ważnych aspektów braku suwerenności politycznej i monetarnej Polski.

Niewykluczone, że byliśmy pierwszym portalem, który zwrócił uwagę na słowa Morawieckiego.

„Tu jest Polin” – oznajmił swego czasu Andrzej Duda. Te i inne określenia są używane coraz częściej jako opisujące realne znaczenie państwa polskiego.

Sterowność
„Jeżeli suwerenne państwo będziemy rozpatrywać jako system autonomiczny, zaś jego rozwój jako proces autonomiczny, wówczas stosunki międzynarodowe możemy opisać jako wzajemne oddziaływania sterownicze państw jako systemów lub procesów autonomicznych, którego celem jest uzyskanie jak największego udziału w procesach sterowania międzynarodowego” (J. Kossecki, „Naukowe podstawy nacjokratyzmu”, Warszawa 2015, str. 190).

Udział ten mierzy się stosunkiem mocy swobodnej państwa do całkowitej mocy swobodnej wszystkich państw na świecie.

Udziały w sterowaniu międzynarodowym liczone według metody polskich cybernetyków (tamże, str. 190 i następne) w czerwcu 2024 roku wyniosły: Chińska Republika Ludowa – 25,8%, Stany Zjednoczone Ameryki – 13,5%, Japonia – 9%, Federacja Rosyjska – 8%, Niemcy i Austria – 6%, Indie – 3,4%, Wielka Brytania – 3%, Republika Korei – 2,9%, Ukraina – 2,7%, Francja – 2,4%.  Na resztę świata przypada pozostające 23,3% sterowania /za “Myśl Polska”/

Polska nie działa w swoim interesie. “Koszerność” zamiast sterowności
Jedynym polskim politykiem  spośród czołówki kandydatów ubiegających się o urząd prezydenta, jedynym, który powiedział wprost, że Polska nie jest krajem niepodległym był Grzegorz Braun. Karol Nawrocki, Rafał Trzaskowski wraz z pozostałymi kandydatami lewicy, Sławomir Mentzen we wszystkich swoich wypowiedziach aż do dziś podtrzymują szkodliwe złudzenie sprawczości i autonomii organizmu państwowego i klasy politycznej w Polsce. W praktyce wszystko decyduje się bez Polski i najczęściej przeciw Polsce, a jeżeli już gdzieś pojawia się przedstawiciel III RP, to pełni on rolę klakiera i użytecznego idioty.

Na czym polega okupacja?
Główną cechą władzy okupacyjnej w Polsce jest gorliwa, sprawiająca wrażenie obłąkanej, realizacja obcych – szkodliwych, określanych mianem globalistycznych, unijnych, niemieckich i innych – dyrektyw. Decyzje te nie są dyskutowane, a towarzysząca temu propaganda jest skrojona na miarę przysłowiowego debila, który jest gotowy skoczyć (przedterminowo) w przepaść absurdu, w ramach poparcia dla ogłoszonego planu zagłady.

Doskonałym przykładem jest sprawa tzw. migracji czyli zalewania Polski przestępcami, a także co stanowi normę na zachodzie, osobami na granicy upośledzenia intelektualnego i moralnego – legalnymi czy nielegalnymi, nie ma to żadnego znaczenia. W tragicznym kontekście zamordowania kolejnego Polaka okazało się, że odpowiedzialna za tragiczne wydarzenia grupa Kolumbijczyków pracuje na terenie niemieckiej firmy otrzymującej coroczne dotacje od polskiego podatnika i niepłacącej podatku CIT.

Konfrontacja, pacyfikacja, kontynuacja – plan Tuska
Plan depopulacji i systematycznego zastępowania rdzennej ludności „Ukropolin” ma być kontynuowany. Zamiast blokady migrantów na granicy niemieckiej oraz deportacji Tusk ogłosił blokadę informacyjną (ułatwiającą cenzurowanie wydarzeń w mediach) i zagroził represjami w formie: „mandatów, środków przymusu bezpośredniego i zatrzymania”. Został wydany zakaz lotów prywatnych dronów i wedle wielu interpretacji zakaz fotografowania.

* * *

Współczesna władza okupacyjna to tymczasowe sprawowanie władzy na danym terytorium bezpośrednio lub pośrednio przez ośrodki decyzyjne innego państwa lub organizacji międzynarodowych. Podejmowane decyzje zazwyczaj stoją w rażącej sprzeczności z interesem okupowanego narodu, a zakres ich szkodliwości jest odwrotnie proporcjonalny do siły narodowego oporu.

https://ekspedyt.org/author/czarnalimuzyna/

wtorek, 8 lipca 2025

O Lex Kamilek i innych sprawach - rozmowa z Grzegorzem Braunem


(...)

Wczoraj w rozmowie z samą resortową „Stokrotką” mecenas Giertych, stwierdził, że bardzo dużo podejrzanych osób było od Pana Olszańskiego, który został zapuszkowany 3 tygodnie wcześniej z zupełnie innego powodu. Ale to może z tego powodu został zapuszkowany?

Muszę powiedzieć, że to jest chyba ta z teorii spiskowych, która najbardziej mi się podoba. Uważam, że jest w niej najwięcej śmiałości. Jako reżyser, niespełniony fabularzysta, doceniam rys awanturniczy tej historii. Bo gdyby się jeszcze udałoby przylepić zarzut prowadzenia zamachu na demokrację w grupie zorganizowanych elektoro-terrorystów więźniom sumienia Olszańskiemu i Osadowskiemu, którzy siedzą za słowa, to naprawdę czapki z głów. Brawo, mecenas Giertych.

To był szok, większy niż myśleliśmy, a wszystko poszło w drugą stronę. Teraz się okazuje, że Twój kolega Szczerba z Europarlamentu już się wybierał na Prezydenta Warszawy.

Ała. Auć.

Pierwszego dnia pojawiły się plakaty z zadowolonym Szczerbą, że on jest kandydatem europejskim dla Warszawy.

Ale serio?

Serio.

Ale to jest jakoś udokumentowane?

Ja to widziałem na własne oczy.

Coś podobnego!

Bo musiał kupić słupy już. A tu trup, baronowo.

Jaka piękna katastrofa.

I kto za to zapłaci? Podatnik.

Wiadomo, że podatnik zapłaci. Tak, Szanowni Państwo, rzeczywiście miejmy świadomość, jakie napięcia psychiczne, trudne do uniesienia się musiały pojawić. Na pewno nie będę tutaj występował z jakimiś specjalnymi wyrazami współczucia, ale warto zauważyć, że niektórzy, jak widać, wiele postawili na niewłaściwy kolor, na niewłaściwy żeton tej ruletki.

Ja mam déjà vu. Wrócił seryjny samobójca, i to bardzo, można powiedzieć, widowiskowo.

Ale czy już znaleziono tego pana?

Tak, utopił się w Wiśle.

No, nie mów, ale serio?

Jak najbardziej serio.

Ja liczyłem, że on się objawi może nie w Wiśle, ale może gdzieś nad Dunajem, może w Budapeszcie i życzyłem mu najlepszego zdrowia, a tutaj…

Niestety już za późno.

No widzisz… to poważna sprawa. Może nie wszyscy słuchacze pamiętają, bo powoli okrywa to mgła niepamięci. To była jedna z agend rządowych, służących jako przepompownia niebanalnych pieniędzy na różne projekty.

Niebanalnych, tj. ok. 50 miliardów rocznie.

To nie może mało kosztować. Więc pamiętajmy, że jeszcze polityczny nieboszczyk, premier Gowin jako minister nauki i wicepremier za te badania i rozwój w jakimś stopniu odpowiadał. Potem były te różne jego dziwne sytuacje z panem Bielanem i jego kolegami.

A pana posła Bielana nikt o te sprawy nie pyta. Złożył w swoim czasie obszerne zeznanie w tej sprawie pan minister Żalek. I niektórzy mieli żal do niego, o to, że złożył tak obszerne zeznania. Zdaje się, że jego kariera polityczna doznała w związku z tym czasowego przynajmniej wstrzymania. Ale być może, szczerze dystansując się od jakichś nieprawidłowości czy nieprawości, zapewnił sobie spokój sumienia i święty spokój, którego nie zapewnił sobie w porę ten nieszczęśnik, którego, jak widzisz wyłowiono z Wisły.

A daleko tą Wisłą popłynął?

Dokładnie szczegółów nie znam, bo wczoraj pojawiła się informacja, że znaleziono jego samochód na brzegu, co już sugerowało rozwiązanie tej zagadki kryminalnej. Ogłoszono, że zagadka się rozwiązała w sposób oczywisty. Szczegółów nie znam, bo jak wiesz, policja zajmuje się obecnie nieujawnianiem żadnych szczegółów na żaden temat.

Szanowni Państwo, my tutaj tak popadamy w sarkazm, mówiąc nawet i o tak smutnych sprawach, ale warto, żebyśmy sobie uświadomili, że Państwo Polskie ma także i takie oblicze, i taki wymiar. Ten wymiar to jest wojna gangów, to są liczne delikty kodeksowe, oczywiście cały nasz ustrój, cały nasz system podatkowy, biurokratyczny ma charakter wymuszenia rozbójniczego przez zorganizowaną grupę przestępczą, wymuszenia prowadzonego na narodzie polskim. Ale są też wojny gangów, które między sobą zwalczają się w walce o dostęp do przysłowiowego encybiru. Sam minister Gowin zwodował kilka takich jednostek. Jest NAWA – Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej, jest to Narodowe Centrum Badań i Rozwoju i kilka różnych innych. Na każde ministerstwo jest co najmniej kilka otworzonych takich paśników dla obrotnych ludzi pomp ssąco-tłoczących, które zapewniają kierunek i, jak to ujmuje pięknie i ujmująco pan redaktor Michalkiewicz, niejedna stara rodzina została założona w oparciu o takie zasoby z takich źródeł.

Ale są rzeczy mniej śmieszne, bo chodzi oczywiście o tragedię człowieka. Ten pan zajmował się nadzielaniem kasy, czyli skupił na swoich piersiach odpowiedzialność, której nie udźwignął, albo ktoś mu pomógł jej nie udźwignąć. Ja optuję przy drugiej tezie, chociaż nie mam oczywiście na nią żadnych dowodów w sensie procesowym. Wstrząsająca jest historia, jak działa to państwo w zderzeniu z tzw. „słabym obywatelem”. Otóż jakaś pani dostała grzywnę 3 tys. złotych zaocznie, nawet nie wiedząc, że ją dostała, do końca nie wiadomo, za co, a ona cały czas siedzi w areszcie. Za te 3 tys. złotych, pewnego dnia zapukali do niej funkcjonariusze i ją zgarnęli, żeby odsiedziała, bo ich nie spłaciła. Nie ma z nią kontaktu. Policjantki, które tam przybyły, przeszkolone zapewne pod kątem Lex Kamilek, porwały dwójkę dzieci i oddały je do rodzin zastępczych. Nikt nie chce teraz powiedzieć, co to za rodziny i najmłodsze dziecko umarło. Musiało błyskawicznie umrzeć, a policja, jak wiemy zajmuje się nieudzielaniem informacji. Wtedy policjantki się zorientowały, że nie wystąpiły jeszcze do sądu o zgodę, żeby te dzieci wyjąć.

Dobrze, że wspomniałeś Lex Kamilek, dlatego że ten horror, ta tragedia osobista niejednej osoby – bo tu chodzi o całą rodzinę – ma szersze tło. Tym szerszym tłem jest systemowe gwałcenie praw rodzicielskich i niszczenie rodziny pod rozmaitymi, zawsze z pozoru mocnymi pretekstami. Lex Kamilek był jednym z takich projektów ustawowych, który stał się prawem, który rozluźnia prawa, podejście do praw rodzicielskich, kwestionując je. Ja bym niejako symetrycznie też wskazywał przykład tego prawa, które pod pretekstem opieki nad ofiarami przemocy pozwala wyrzucić z mieszkania, domu nawet i jego gospodarza, właściciela, jeżeli zostaje nominowany na przemocowego męża. Niczego nie trzeba udowadniać, policjant ma nie tylko prawo, ale nawet ma obowiązek po prostu wziąć, wyprowadzić, usunąć na podstawie wskazania palcem, na podstawie nominacji przez osobę wcześniej bliską. To jest szerszy system, w tej chwili już ustawowych rozwiązań, które rozmywają się, jak widzimy w praktyce, nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale w skutkach rozmywają się z prawem, sprawiedliwością, a jeszcze bym rozszerzył to tło. Jeśli państwo post-prlowskie PiS-PO nadało władzę MOPS-om do tego, żeby dokonywać oceny i na podstawie tej oceny dokonywać rozdzielenia rodzin, to znaczy że w ogóle zeszliśmy już z gruntu cywilizowanego państwa, którego charakter cywilizowany tym się wyraża, że sprawy tak ostateczne, jak zdrowie, życie, śmierć, prawa konstytucyjne i w tym posiadłość rodziny, nie mogą być uchylane inaczej niż przez sąd. To jest ten mały figiel w naszej cywilizacji, że jest do różnych rzeczy potrzebny sąd. I urzędnikom, i żoliborskim inteligentom, którzy chcą wyłącznie dobra Polski i ludzkości wydaje się, że to zbyteczna mitręga, żeby zanosić do sądu te wszystkie sprawy, więc skróćmy to. Niech decyduje urzędnik, niech decyduje policjant. Jeżeli tak, to otwiera się piekło i w tym piekle ginie dziecko i skrzywdzeni zostają najbliżsi tego dziecka.

Przypomnijmy, jak dalej zachowali się nasi dzielni policjanci ze służbą aresztancką. Matka Oskara nie została przywieziona na pożegnanie w kaplicy, nie mogła zobaczyć dziecka, dowieźli ją dopiero, gdy trumna była zamknięta w słynnych kajdankach zespolonych i stroju więziennym na cmentarz, gdzie mogła sobie postać chwilę, po czym ją odwieziono z powrotem.

To są sprawy, które powinny oczywiście skutkować natychmiastowymi dymisjami i to nie nieszczęśnik policjantek pierwszego y, ale służba policyjna jest najwyraźniej dowodzona przez ludzi, którzy uznają takie sytuacje za dopuszczalne. A dlaczego tak jest? Dlatego, że ustawodawca, czyli większość demokratyczna i z jednej, i z drugiej strony zezwala na to. Lex Kamilek przechodziło przy aplauzie, a każdy, kto się temu sprzeciwiał, był nominowany na oprawcę nieletnich.

A prawo to napisał z jednej strony zbrodniarz demokracji, a z drugiej strony uciekinier polityczny, minister Romanowski.

Zespół propagatorów idei silnego państwa i jednocześnie dobroludzizmu pod dyrekcją ministra Ziobry. Ci ludzie mają taki problem, że chociaż niektórzy z nich osobniczo robią wrażenie normalnych z sympatycznymi rysami ludzi, po prostu obce są im kategorie cywilizacyjne. To są ludzie, którzy uważają, że wolno, a nawet należy wyjmować spod jurysdykcji sądów i powierzać woluntarystycznej, bujnej twórczości, decyzyjności urzędnika, policjanta, decyzje dotyczące zdrowia, życia i majętności ludzkiej. I to jest ta różnica, to jest przepaść. Tu się kończy cywilizacja i zaczyna biurokratyczne barbarzyństwo.

Ostatnia rzecz. Wybieramy się w rocznicę do Jedwabnego.

Ważna sprawa – do zobaczenia! Będzie tam Pan Redaktor Sommer i ja także postaram się zdążyć do Jedwabnego – jeśli nie będzie żadnych strajków lotniczych w Brukseli czy Strasburgu – żeby domagać się prawdy o Jedwabnem, czego nie będzie, jeśli nie zostanie tam wznowiona ekshumacja.

lipca, także serdecznie zapraszamy. Dziękuję za rozmowę.

https://nczas.info/2025/07/04/nasz-wywiad-grzegorz-braun-usmiechnieta-szuria/

środa, 2 lipca 2025

Czapski i Achmatowa

 Przez następne dwa lata Czapski był w codziennym kontakcie z naczelnym dowódcą Armii Polskiej oraz z każdym z kolejnych szefów sztabu, co stanowiło znaczne wyróżnienie. Często o wpół do siódmej rano jadał śniadanie z generałem Andersem. Bliskie kontakty pogłębiły wielki podziw Czapskiego dla dowódcy, który jako człowiek „niesłychanej odwagi, elegancki, nadzwyczaj uprzejmy”[116] był dla niego wzorem żołnierza. Ich stosunki były skomplikowane, zabarwione po części tym, że w 1917 roku Anders podkochiwał się w jednej ze starszych sióstr Czapskiego. Anders nie mógł starać się o jej rękę, bo nie pochodził z rodziny dorównującej jej pozycją społeczną. Chociaż uprzywilejowane życie polskiej arystokracji gwałtownie dobiegło kresu, Anders miał świadomość, że choć w wojsku jest przełożonym Czapskiego, w sensie towarzyskim ma niższą rangę. Podobnie jak Proust, Czapski potrafił przenikliwie obserwować zawiłości różnic klasowych i ich wpływ na stosunki społeczne, sam jednak był na to zupełnie obojętny. W wojsku wielu żołnierzy chyliło głowę przed jego hrabiowskim tytułem, ale on sam nigdy nie myślał o sobie w tych kategoriach.

Jako szef propagandy jedno z pierwszych zadań otrzymał od ambasadora Kota, który polecił mu skontaktować się z Aleksiejem Tołstojem, należącym do grona najbardziej znanych rosyjskich pisarzy. Jangi-Jul leży w pobliżu Taszkientu, gdzie Tołstoj mieszkał wówczas wśród wielu innych luminarzy kultury, którzy ratowali się ucieczką z oblężonego Leningradu. Ten autor powieści historycznych, luźno spokrewniony z twórcą Wojny i pokoju, był szczególnym faworytem Stalina i częstym gościem na Kremlu. Tołstoj, milczący stronnik reżimu, był również jednym z zamożniejszych ludzi w ZSRR. Opanował skomplikowane niuanse egzystencji w komunistycznym państwie, nazywano go prześmiewczo Czerwonym Hrabią. Czapski niezbyt cenił pisarstwo Tołstoja, rozumiał jednak znaczenie podtrzymywania takiej znajomości. Napisał bezpośrednio do pisarza, który odpowiedział natychmiast, prosząc Czapskiego, by złożył mu wizytę.

Ich pierwsze spotkanie okazało się serdeczne i niewymuszone. Tołstoj zgodził się odwiedzić bazę Polskiej Armii, spytawszy uprzednio, czy może zabrać ze sobą żonę. W umówionym dniu Czapski przyjechał po Tołstojów limuzyną, którą Anders otrzymał w prezencie od Stalina. Para zwiedziła obóz, chętnie wdając się w rozmowy z oficerami. Dzień zakończył się wystawną kolacją ze sporą ilością alkoholu. Czapski zaczął recytować polską poezję, tłumacząc ją bez przygotowania na rosyjski. Tołstoj był zachwycony i bardzo poruszony dźwięcznością wierszy. Pod koniec wieczoru poprosił Czapskiego o ponowne spotkanie i następną rozmowę o poezji i przekładzie. Rozpoczęta w kwietniu seria spotkań miała swój dalszy ciąg w maju i czerwcu 1942 roku.

Podczas kolejnej kolacji w domu Tołstoja powstał plan wydania rosyjskich przekładów polskich wierszy wojennych. Przy okazji tego niezwykłego przyjęcia z udziałem kilku wybitnych literatów Czapski został przedstawiony Annie Achmatowej. Znał wiersze, które publikowała przed rewolucją październikową, wiedział również o tym, że pod sowieckimi rządami los ją ciężko doświadczył. W młodości Achmatowa była sławną femme fatale, ale kobieta, którą poznał Czapski i na której gruntowna znajomość stalinowskich okrucieństw odcisnęła trwałe piętno, straciła już dawną pewność siebie. Gdy podczas rewolucji 1917 roku wielu innych artystów szukało schronienia za granicą, ona została, postanowiła nie opuszczać ukochanego Petersburga. Achmatowa i jej poezja były zarówno podziwiane, jak i piętnowane. Jej powszechnie chwalone wiersze z czasów carskiej Rosji bolszewiccy krytycy uważali za burżuazyjne i dekadenckie. Po rewolucji jej twórczość była zakazana, wiersze nie mogły być publikowane. W 1921 roku mąż Achmatowej, poeta Nikołaj Gumilow, został stracony przez Czeka. Ich syna Lwa aresztowano, potem wypuszczono, znowu aresztowano i w końcu skazano. W więzieniach i obozach pracy przymusowej spędził czternaście lat. Kampanie oszczerstw, których ofiarą padła, zradykalizowały przekonania Achmatowej, wyolbrzymiając i czasami deformując jej wybory estetyczne. Okiełznała twórczy temperament i swój tragiczny los przekuła w heroiczne przedstawienie cierpienia.

W 1940 roku, podczas krótkiej odwilży ideologicznej, pozwolono jej wydać tomik wierszy zatytułowany Z sześciu ksiąg, który zawierał prócz dawniejszych dziesiątki nowych wierszy. Kilka miesięcy po jego opublikowaniu władze wycofały książkę z obiegu. W 1941 roku, po pierwszych kilku miesiącach oblężenia Leningradu, Achmatową ewakuowano najpierw do Moskwy, a potem do Taszkientu. Teraz nad jej bezpieczeństwem czuwał Związek Pisarzy ZSRR, to samo grono, które potępiło jej poezję. Otrzymawszy ciasny pokoik pod blaszanym dachem w Domu Pisarza, była wdzięczna, że nie grożą jej niemieckie bomby i śmierć głodowa. Świetnie zdawała sobie sprawę ze swojego uprzywilejowania i z jego niepewnego statusu.

Czapski był dość zaskoczony widokiem niepokornej artystki, wdowy po zamordowanym poecie i matki więźnia, w prywatnym domu jednego z prominentów Związku Sowieckiego.

Achmatowa siedziała tego wieczoru pod lampą, miała na sobie skromną suknię, coś między workiem a jasnym habitem, z bardzo lichego materiału, z lekka siwiejące włosy były gładko zaczesane i przewiązane kolorową chustką. Musiała być kiedyś bardzo piękna, o regularnych rysach, klasycznym owalu twarzy, dużych szarych oczach. Piła wino, mówiła niewiele, tonem trochę dziwnym, jakby półżartobliwym, nawet o najsmutniejszych rzeczach[117].

Tołstoj poprosił, by Czapski uraczył ich następną porcją polskiej poezji, zapewniwszy najpierw rosyjskie tłumaczenie. Kiedy deklamował wiersze Stanisława Balińskiego i Antoniego Słonimskiego, widział łzy w oczach milczącej Achmatowej. „Tego wieczoru tknęło mnie, [...] jaki głód, głód poezji autentycznej tam panuje”[118].

Nastrój, temperatura reakcji Rosjan przewyższyły najśmielsze moje oczekiwania. Widzę jeszcze łzy w wielkich oczach milczącej Achmatowej [...]. Wiele już razy w życiu próbowałem zarazić poezją polską cudzoziemców, zwłaszcza Francuzów, z minimalnym rezultatem; nigdy nie odczułem takiej chłonności słuchaczy, nie potrafiłem wywołać tak żywej, autentycznej wibracji jak wśród tej niedobitej garstki rosyjskich inteligentów. [...] Jakże możliwy jest głęboki, bezinteresowny kontakt polsko-rosyjski, zdawało mi się wówczas, jaka jest łatwość przenikania wzajemnych kultur, zarażenia wierszem, dźwiękiem wiersza, przekazania najdrobniejszego drgnienia w drugim języku[119].

Zakończywszy swoją recytację, delikatnie zachęcał Achmatową, żeby podzieliła się swoimi wierszami. „Dziwnym, śpiewnym tonem” zadeklamowała kilka długich strof z Poematu bez bohatera, obszernego utworu o Petersburgu/Piotrogrodzie/Leningradzie, nad którym wówczas pracowała i który miał powstawać przez ponad dwadzieścia lat.

Poemat Achmatowej zaczynał się od wspomnień młodości: trudne metafory, commedia dell’arte, pawie, fiołki, kochankowie, klon z żółtymi liśćmi w oknie dawnego Szeremietiewskiego Pałacu, a kończył Leningradem głodnym i chłodnym pod bombami, Leningradem oblężonym. Zachowałem w pamięci strofy o głodnym chłopczyku, który w czasie bombardowania, wczesną wiosną czy późną jesienią, przyniósł jej trawinki wyrosłe między kamieniami bruku[120].

Tołstoj wyjaśnił szeptem Czapskiemu, że Stalin, który osobiście zapewnia jej bezpieczeństwo, podziwiał kilka wczesnych wierszy Achmatowej. Na razie nie tylko tolerowano jej obecność, ale i traktowano w sposób uprzywilejowany, pozwalając obracać się w elitarnym środowisku. W osobie Achmatowej, odznaczającej się elegancją i obdarzonej bystrym umysłem, Czapski znalazł świadectwo niemal schizofrenicznej atmosfery narzuconej zamkniętej społeczności rosyjskich artystów.

Achmatowa wykorzystała lata wojennej ochrony i napisała wiele wierszy o swoim zesłaniu do Azji Środkowej. Nie potępiając reżimu, który ją potępił, dawała świadectwo niedoli, jaką sprowadził na swój lud – przemieniła własny ból w poezję. Opowiedziała Czapskiemu o upokorzeniach, jakie znosiła, rozpaczliwie poszukując informacji o losach swojego syna. „Całowałam buty wszystkim znanym bolszewikom, żeby mi powiedzieli, czy on żyje, czy jest martwy – niczego się nie dowiedziałam”[121]. Josif Brodski, który jako młody poeta zaprzyjaźnił się z Achmatową, pisał:

Zdradzona, udręczona zazdrością albo poczuciem winy, zraniona bohaterka tych wierszy mówi głosem, w którym częściej słychać żal do samej siebie niż gniew, przebacza wymowniej, niż oskarża, raczej się modli, niż krzyczy. [...] Nie odrzucała rewolucji: poza buntownika jej nie odpowiadała. Używając dzisiejszego wyrażenia, zinternalizowała ją. [...] Ona po prostu rozpoznawała smutek[122].

Achmatowa kochała swój kraj, rodzinę, krąg przyjaciół i język. Przez dziesiątki lat tworzyła wiersze, nie przelewając słów na papier („Papier był niebezpieczny” – pisał Brodski). Układając wiersze w głowie, deklamowała wybrane strofy przyjaciołom, licząc, że każdy zapamięta kilka wersów. Części jednego wiersza były przechowywane w pamięci wielu osób, chronione do czasu przyszłej transkrypcji. Czapski, sam pozbawiony możliwości malowania, utożsamiał się z walką Achmatowej o nadanie swojej twórczości konkretnej formy w złączeniu pamięci i sztuki. Poetka rozpoznała w Czapskim bratnią duszę i z uwagą wysłuchała recytowanych przez niego polskich wierszy. Był pierwszym nie-Rosjaninem, jakiego widziała od wielu lat. Dostrzegła w charakterze malarza słowiańskiego arystokratę. Brodski, gdy po raz pierwszy ujrzał fotografię Czapskiego, powiedział: „Teraz rozumiem, czemu Anna Andriejewna zakochała się w nim; on miał białogwardyjską urodę”[123].

Ostrożnie się do siebie zbliżali, dzieląc się wierszami, upajając się swoim towarzystwem, pod bacznym okiem agentów NKWD. Achmatowa mówiła o latach spędzonych w Paryżu, o swojej przyjaźni z Amadeo Modiglianim, którego rysunki i listy do niej spłonęły w pożarze podczas oblężenia Leningradu. Czapski poddał się jej tajemniczemu wdziękowi.

Pragnąłem bardzo poznać poetkę bliżej, widzieć nie w towarzystwie, wniknąć głębiej w jej świat, ale nie śmiałem. Już raz niewinne odwiedziny pewnej kobiety, dokonane przeze mnie bez asysty Sokołowskiego, dały skutki bardzo tragiczne. Zachowałem wspomnienia o Achmatowej jak o kimś „osobnym”, z którym kontakt jest trudny dzięki pewnej sztuczności, a może tylko bardziej „własnemu” zachowaniu tej kobiety. Miałem wrażenie, że obcuję z człowiekiem poranionym i maskującym swoje rany, broniącym się właśnie tą pewną sztucznością. [...]

Wieczór u Tołstoja przeciągnął się do trzeciej czy czwartej w nocy. Żegnaliśmy się jeszcze długo przed domem pisarza, pod koronami rozrosłych drzew. [...]

Żegnaliśmy się, obiecując sobie jeszcze wielokrotne spotkania. Nad ranem dobrnąłem do mieszkania na peryferiach miasta, gdzie dzięki usłużnemu faktorowi z Polski znalazłem nocleg[124].

Przez resztę nocy niemal nie zmrużył oka, zbyt ożywiony, pobudzony, podniecony. Nie chcąc mącić nastroju, uknuł plan pozwalający go podtrzymać. Następnego wieczoru miał być gospodarzem kolejnego spotkania, czyniąc dobry użytek z niewielkiej zdobyczy w postaci konserw mięsnych, herbaty, a nawet cukru. Wystarawszy się u Andersa o pozwolenie zajęcia pokoju zarezerwowanego dla dowódcy armii w głównym taszkienckim hotelu, rozesłał zaproszenia na następny wieczór poetycki w gronie osób spotkanych poprzedniego dnia u Tołstoja. Wiele z nich obiecało przyprowadzić zaprzyjaźnionych literatów. Lista gości i lektur nabrały kształtu w jego głowie.

W ostatniej jednak chwili projekt nie doszedł do skutku. Achmatowa zawiadomiła, że jest chora, Jachontow, jeden z najbardziej znanych deklamatorów sowieckich (mieszkał w tym samym hotelu), musiał gdzieś nagle wyjechać. Takie same odmowy otrzymałem od innych zaproszonych gości, którzy jeszcze ostatniej nocy sami się serdecznie do mnie zapraszali. Podejrzewałem: choroby „dyplomatyczne”, zakaz[125].

Zmuszony do rezygnacji przez sowiecki protokół, który zakazywał takich niezależnych inicjatyw, Czapski dostrzegł, jak szaleńczy był jego wymysł. Jednak w ostatniej chwili niespodziewany obrót zdarzeń przyniósł mu pociechę i nadzieję.

Nadszedł wieczór, byłem sam w pokoju, nagle weszła młoda kobieta. Przedstawiła mi się jako przyjaciółka Tołstoja, była również zawiadomiona o tym, że będę czytał wiersze, zaś instrukcja odwołująca zebranie poza moimi plecami nie doszła widocznie do niej. Wysoka, zgrabna, z jasnymi i lekkimi jak puch blond włosami, o rasowych delikatnych rysach, uderzała absolutną naturalnością zachowania. Widząc, że przyszła sama, chciała zaraz odejść, zatrzymałem ją jednak[126].

Chociaż Czapski nie potwierdza tego w swojej relacji (wspomniawszy wcześniej o „bardzo tragicznych skutkach” nieusankcjonowanych spotkań), kobieta, która przyszła się z nim zobaczyć, była tak naprawdę przyjaciółką Achmatowej, przybyłą w roli posłańca, żeby przekazać mu przeprosiny poetki. Pisząc o tej drugiej kobiecie w swoich wspomnieniach Na nieludzkiej ziemi, wyznał: „raz jeszcze przeżyłem wówczas ten rzadki, tak bardzo rosyjski błyskawiczny kontakt z człowiekiem, którego nigdy nie widziałem i już nigdy pewnie nie zobaczę”[127]. Wyraźnie ma na myśli nie posłańca, ale samą Achmatową. „Żegnaliśmy się – przyznał – obiecując sobie jeszcze wielokrotne spotkania”[128]. Najprawdopodobniej do nich doszło, ale oboje byli na tyle ostrożni, by powstrzymać się od jakiejkolwiek wzmianki, która mogłaby narazić ich na szwank, i milczeli przez wiele lat. Zastępując jedną kobietę drugą, pisze dalej:

Czytałem wiersze tylko dla niej, tłumacząc po rosyjsku, potem po polsku, i znowu doznałem tego samego wnikliwego, cudownego odczucia. Nie mówiła ani słowa, tylko jeszcze i jeszcze prosiła o precyzję, o dźwięk słowa, o dokładne oddanie znaczenia po rosyjsku. I potem nagle powiedziała:

– Więc wy już znaleźliście wyraz tego, coście przeżyli... a my... jeszcze nic... – i zamilkła. Miała oczy spuszczone, kąciki ust jej drgały. [...]

Mówiliśmy ze sobą długo i tak jakbyśmy się znali zawsze. Rozstaliśmy się w ciemną noc na wąskim zakurzonym balkonie hotelu[129].

„Na drugi dzień – wspominał Czapski – wróciłem do sztabu”[130].

(...)

Dostojewski zawsze był Czapskiemu bliski. Bohater literacki z Biesów, o którym wspomina, Aleksiej Kiriłłow, spodziewa się jedynie cierpienia i bólu. Spośród wszystkich znanych Czapskiemu żywych ludzi najlepszym przykładem diabelskiego wodewilu życia była Anna Achmatowa. Rosyjska poetka zdołała przeżyć stalinowski terror i jego morderczy sadyzm. W 1964 roku Europejska Wspólnota Pisarzy przyznała jej nagrodę Etna-Taormina. Poetka otrzymała zgodę na podróż na Sycylię pod czujnym okiem KGB. Był to jej pierwszy od rewolucji bolszewickiej wyjazd poza granice Rosji. Następnego roku Uniwersytet Oksfordzki przyznał jej tytuł doktora honoris causa. Znowu dostała paszport i znowu podróżowała pod czujnym okiem KGB. W Anglii witano ją entuzjastycznie, z wielkim szacunkiem i sympatią. Podczas ceremonii kruchej już wtedy poetce biły dzwony jak podczas cerkiewnego święta. Rektor uniwersytetu zszedł ze sceny Sheldonian Theatre, by nie narazić jej na upadek na schodach. To odstępstwo od protokołu sprawiło Achmatowej dodatkową przyjemność.

Ośmielona, sama też postąpiła wbrew protokołowi i wyrwała się na parę dni do Paryża w drodze powrotnej do Moskwy. Jej przewodnicy odchodzili od zmysłów, ale w efekcie po dwudziestu trzech latach Czapski i Achmatowa ponownie znaleźli się w tych samych ścianach. Sytuacja znowu była wymuszona. Krótkie spotkanie przy obowiązkowych świadkach nie pozwalało na prawdziwy kontakt. Mimo to okazało się dla obojga niezapomniane:

Nagły telefon: Anna Achmatowa przejazdem w Paryżu chciałaby mnie widzieć. Wyruszam natychmiast do Paryża, do hotelu przy Etoile, gdzie się zatrzymała. (PP. Notatka spisana ołówkiem zaraz po wyjściu, do której dołączam parę szczegółów zapamiętanych i niezanotowanych).

Duży pokój hotelowy, Anna Andrejewna w wielkim fotelu, gruba, okazała, spokojna, przygłucha. Très dame. Mimo woli przypominają mi się osiemnastowieczne portrety wyidealizowanych caryc rosyjskich. Poza nią w pokoju jej wychowanka z Moskwy – młodziutka panna Kamińska, Polka z pochodzenia, towarzyszka podróży, młoda Angielka z Londynu, dawni przyjaciele z emigracji wchodzą i wychodzą.

Anna Andrejewna rok temu była w Taorminie, po odbiór międzynarodowej nagrody „Etna-Taormina”. Pierwszy wyjazd Achmatowej za granicę chyba od 1914 roku! Mówi o tej nagrodzie bardzo ironicznie, jak o jakiejś bolszewickiej kombinacji. Chciała wówczas jechać przez Paryż w drodze powrotnej, ale Surkow jej powiedział: Wy wiernioties’ tak kak prijechali. Teraz znów wysłali ją do Anglii przez Ostendę, tak żeby nie zawadziła o Paryż.

W Londynie udało jej się uprosić ambasadę rosyjską – nareszcie pozwolenie dostała, pod warunkiem że zostanie w Paryżu nie więcej niż dwa dni. Wczoraj, nie otrzymawszy odpowiednich dla obu pań biletów do Moskwy, odłożyła wyjazd o jeden dzień – ostre wymówki w ambasadzie paryskiej za niesubordynację. Nikt jej tu oficjalnie nie przyjmował na stacji, był jeden Bouchène, kuzyn jej męża (znałem go w latach trzydziestych, jemu zawdzięczam, że mnie odnalazła).

Zostałem przez chwilę z nią sam, zaraz pytam o syna (mówiła mi o nim w Taszkiencie w 1942 roku, o jego aresztowaniu jeszcze przed wojną i wywiezieniu w niewiadomym kierunku).

Mówi mi, że spędził w obozach w sumie czternaście lat, wypuszczali, znowu zabierali, „zdobywał Berlin”, teraz jest na wolności, profesorem, napisał tezę o Hunach, jest w doskonałej formie fizycznej, „ale coś mu się w głowie pomieszało w obozie. Od powrotu mnie znienawidził i nie chce się ze mną spotykać, już trzy lata go nie widziałam”.

– Nu cztoż – dodaje Anna Andrejewna – tak bywajet czto samyj blizkij czeławiek stanowitsia czużdym.

Drugie, o co pytam, to o poetę Brodskiego. Zna go, bardzo go ceni. Wypuszczono go z obozu pod Archangielskiem na trzy dni (na Wielkanoc czy Boże Narodzenie?). „Najwyższe władze lekarskie, do których go wysłaliśmy, oceniły jego stan zdrowia jako bardzo poważny, schizofrenia etc., wrócił do obozu z wszystkimi świadectwami od lekarzy, ale lekarz tamtejszy uznał go za całkiem zdrowego”.

– Nie ponimaju w czom dieło, wied’ nikawo, nikawo nie arestujut i wdruch Brodskij! – Achmatowa mówi dalej: – Stalin doprowadził kraj do ostatniej deprawacji, teraz nadal jest trudno, ale bardzo dobre jest nowe pokolenie, to po Stalinie. – Mówi to z ciepłym, żywym akcentem. W ogóle mówi spokojnie, bardzo oszczędnie, bez śladu superlatywów i to daje wagę każdemu jej słowu.

O „Kulturze” słyszała od profesora Jakobsona. Wie również, że o niej pisałem, znalazła wzmiankę o tym w jakiejś bibliografii, naturalnie nie czytała.

Wspominam Terca i Arżaka (Siniawskiego i Daniela). Reaguje bardzo ostrożnie: „Nie wydaje mi się, by Fantasticzeskije rasskazyTerca mogłyby być napisane w Rosji” – i milknie. (Czy tak myśli naprawdę, czy może wie wszystko i dlatego tak mówi?).

Przed Bouchène’em i przede mną deklamuje swoim półśpiewnym głosem wiersz napisany w Londynie. Ten wiersz zapisany na kartce, włożonej w karnet z londyńskimi adresami, drze na drobny mak, „znam go już na pamięć”, mówi. Ten karnet także zamierza zniszczyć! Kiedy Bouchène dziwi się, że swoich własnych notatek przewieźć nie może, Achmatowa zwraca się do mnie: – Wot widitie, sorok liet nie był w Rassiji i daże on nie panimajet! Czto gawarit’ o Francuzach![324].

Spadłszy bez uprzedzenia z nieba, które lubiła opisywać, Anna Achmatowa, korpulentna, lecz krucha emisariuszka niepogrzebanej przeszłości, sugestywny symbol dwuznacznej, spętanej teraźniejszości, krótko bawiła w Paryżu. Po powrocie do ZSRR wyekspediowano ją z powrotem do Leningradu. Jej przewodnicy dostali od Politbiura ostrą reprymendę za to, że pozwolili na dwudniową przerwę w podróży.

(...)

Do Maisons-Laffitte przyszedł zaadresowany do Czapskiego list. W liście pytano go, czy zna dedykowany mu wiersz Anny Achmatowej, która niespełna rok po krótkim pobycie w Paryżu zmarła na niewydolność serca. Achmatowa pracowała nad tym wierszem przez wiele lat, jak zawsze, uczyła się go na pamięć i liczyła, że zaufani przyjaciele też to robią. Nikomu nie zdradziła, kto był inspiracją do napisania utworu. Autorka listu chciała dociec, co malarz wie o tym wierszu, wydrukowanym w dwóch różnych wersjach, skończonym w 1959 roku.

Czapski nie wiedział nic. Nie miał pojęcia o jego istnieniu. Pisząc o Achmatowej, przytacza fragment tego listu:

„Posyłam Panu fotokopię poematu Iz cikła Taszkientskije stranicy z książki Biez wremieni, Moskwa–Leningrad 1965. Pierwszą rozmowę w związku z nim miałam z przyjaciółką Achmatowej [Lidią Czukowską], ona mi wskazała różnice między dwiema wersjami i powiedziała mi, że Achmatowa nie śmiała w pierwszej wersji, która ukazała się w druku, pomieścić słowa Warszawa (wydanie moskiewskie 1961 rok), ale że to teraz już możliwe. Spytała mnie, czy wiem, o kim tam poetka mówi. Powiedziałam, że nie. A ona na to: «Ja wiem, ale nie powiem, powiem tylko, że tu słowo Warszawa da pani odpowiedź».

Parę dni potem mówi mi pani X. (również bliski człowiek Achmatowej) [Nadieżda Mandelsztam]: „Nie rozumiem, dlaczego nie chciano pani powiedzieć, o kim mowa w tym wierszu, to był malarz polski, który przybył do Taszkientu w czasie wojny i którego Anna Achmatowa spotkała». Co do mnie (pisze moja korespondentka), jestem pewna, że jedynym Polakiem, którego wówczas widziała, był pan”.

Tyle w liście. Sam nie mam wątpliwości, że ten wiersz z 1959 roku to poetyckie wspomnienie po siedemnastu latach tej nocy, kiedy ją odprowadzałem od Aleksieja Tołstoja, po wieczorze, który opisałem w książce, na którym czytałem à livre ouvert Norwida i wiersze Balińskiego i Słonimskiego, które do nas nadeszły z Londynu. Pamiętam jeszcze łzy w oczach Achmatowej, kiedy niezręcznie tłumaczyłem Kolędę warszawską.

I jeśli chcesz już narodzić w cieniu

Warszawskich zgliszcz

To lepiej zaraz po narodzeniu

Rzuć go na krzyż.

Achmatowa obiecała wówczas ten wiersz tłumaczyć. Potem ona deklamowała swój Poemat bez bohatera. Do tego przeżycia nie wracam, opisałem je w książce. Pamiętam, jak ją odprowadzałem późną nocą. Był księżyc. Po zaduchu dnia oddychalne powietrze. Oboje byliśmy pijani wierszami. Anna Andrejewna po paru krokach pozbyła się dość bezceremonialnie kogoś, kto wraz ze mną chciał ją odprowadzać. I wtedy mi wyznała śmiertelny niepokój i strach o syna. „Ja cełowała sapagi wsiem znatnym balszewikam, cztoby mnie skazali, żyw li on ili miortw – ja niczewo nie uznała”, i nagle ta kobieta, jakby o sztucznym zachowaniu w salonie Tołstoja, dostojnika stalinowskiego, z dystansem do nas wszystkich, stała mi się nagle po ludzku bliską, inną kobietą i do dna tragicznym człowiekiem. Wtedy jeszcze powiedziała mi: „Nie wiem, co to jest, przecież się prawie nie znamy, a pan jest mi bliższy od tych wszystkich ludzi naokoło mnie”. Czuła najprościej, rozmawiając ze mną, inne powietrze, większą swobodę, brak strachu, który wówczas w Rosji dławił każdy oddech, wszystkich, dosłownie wszystkich[334].

Zaczął się zastanawiać, czy podczas ich ostatniego spotkania w Paryżu Achmatowa czekała, żeby wspomniał o wierszu, o którego istnieniu nie wiedział. Kiedy przysłano mu wreszcie jego kopię, wkleił go do dziennika. Obok napisał: „Według Nadieżdy Mandelsztam ten wiersz był mnie poświęcony. W pierwszej drukowanej wersji nawet słowo Warszawa było ze strachu przed cenzurą wykreślone”[335]. Poemat, opublikowany po raz pierwszy w 1961 roku, nosi datę grudzień 1959:

Z cyklu Stronice taszkienckie

W tamtą noc, gdyśmy wzajem rozum w sobie zmącili,

Mrok jedynie nam wróżył rychły kres wspólnej chwili;

Mamrotały jak zawsze aryki,

Azjatycko pachniały goździki.

Uliczkami obcego miasta szliśmy pomału,

Poprzez pieśń pełną dymu, północ pełną upału,

Nie śmiąc spojrzeć sobie w twarze, sami,

Z gwiazdozbiorem Węża nad głowami.

Mogło to być w Stambule albo nawet w Bagdadzie –

Nie w Warszawie, niestety, ani też w Leningradzie;

Obcość trwała w krąg, gorzka i postna

Jak dławiące powietrze sieroctwa.

I zdawało się: wieki kroczą miastem tym burym,

I gdzieś dłoń niewidzialna uderzała w tamburyn,

I zaklęte w dźwięk sekretne hasło,

Otwierając nam mrok, w mroku gasło.

A my czuliśmy, jak nas mgła tajemna spowija,

Jak pod stopę się kładzie ziemia jakby niczyja –

Ale księżyc feluką ze srebra

Przeciął mrok, wspólną noc nam odebrał...

I jeżeli twe losy, dla mnie nieprzeniknione,

Sprawią, że i ty wspomnisz tamtą noc, tamten moment –

Wiedz, że komuś przyśniła się święta

Owa chwila; że ktoś wciąż pamięta.

(tłum. Stanisław Barańczak)

Samotna jak on, jak on wpatrzona w ducha mijających stuleci, Achmatowa umieszcza i Czapskiego, i siebie w wiecznym czyśćcu, który historyk sztuki Aby Warburg nazywa das Nachleben der Antike, pośmiertnym życiem antyku. Gwiazdozbiór Węża, jedyna konstelacja złożona z dwóch niesąsiadujących ze sobą części, z których każda oznacza połowę węża zwróconego głową na zachód, a ogonem na wschód, wisi nad nimi obojgiem na nocnym niebie. Między oddzielonymi połówkami niezależny gwiazdozbiór symbolizuje starożytnego uzdrowiciela Asklepiosa, trzymającego węża w rękach. Ten niebiański podział odzwierciedla oddzielne ziemskie ciała poniżej, idące wspólnie, lecz osobno, „we mgle tajemnej” na Ziemi, „nie śmiąc spojrzeć sobie w twarze”, każde ze swoją niedolą, ale zespoleni zbawiennym oddziaływaniem poezji i nieprawdopodobnym odkryciem siebie nawzajem. Wiedzą, że „ktoś wyśnił [noc tamtą] w świętej godzinie”. Rosyjski literaturoznawca Wiktor Erlich, którego ojciec popełnił samobójstwo w więzieniu NKWD, zauważa, że „niewielu współczesnych Achmatowej było obdarzonych tak wyjątkowym zmysłem świętości jak Józef Czapski”[336]. Czapski pisał:

Jak wdzięczny jej jestem za ten wiersz, za to, że chciała mnie jeszcze widzieć w Paryżu, jak nie umiem sobie dziś dać z tym rady, że nie dane mi było mówić z nią i jej słuchać, tak jak wtedy, że nie przeczuwałem nawet, że to krótkie, prawie że w tłumie spotkanie było ostatnie, że jej więcej nie zobaczę, że nie powiem jej już, czym były i czym są dla mnie niektóre jej wiersze i tamto taszkienckie spotkanie[337].


Prawie nic. Józef Czapski. Biografia malarza

Eric Karpeles