Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
niedziela, 16 listopada 2025
Skamieniały czas
Ważka uwięziona w bryłce bursztynu
Chwila - rozciągnięta na wieki
Niewzruszone oblicze gór
Milony lat ściśnięte - w teraz
Sławomir Studniarz
sobota, 15 listopada 2025
Polska dla Polaków
4 czerwca 1990 to finał gorączkowych rewindykacji etnicznych. Po ideologicznym recyclingu i partyjnej metamorfozie (tj. wstąpieniu do UD/UW, najlepszej inwestycji Kominternu w Polsce), na rządowych stołkach zasiada drugie, a nawet trzecie pokolenie pewnej mniejszości. Zmiana warty udaje się znakomicie – kosmopolityczna szajka, której szef dogadał się w Magdalence z Kiszczakiem, znalazła się w pierwszym szeregu budowniczych III RP. W starych demokracjach jest czymś oczywistym, że opinia publiczna ma prawo znać przeszłość ludzi, którzy w jakikolwiek sposób decydują o jej losach. Prześwietlany jest każdy. W Polsce dla sitwy, która swymi mackami omotała całe państwo, wszelkie pytania i rozważania o rodzinnych korzeniach to „ohydne grzebanie w życiorysach” i „antysemityzm”.
Gdy Bronisław Geremek kompletował swój „zespół”, kierował się jedną regułą: niepolskie pochodzenie. Świadczą o tym rozliczne i namacalne dowody. Żeby można było zrobić karierę, zdobywać zaszczytne tytuły i stanowiska przydatna była też rekomendacja Michnika, Urbana lub Kiszczaka. Geremka (i przy okazji, siebie) zdemaskował Władysław Bartoszewski w Knesecie: „Polska to ewenement. Pokażcie mi taki drugi kraj w Europie, w którym w ciągu ostatnich dwóch dekad trzech szefów dyplomacji miało żydowskie pochodzenie, jeden był honorowym obywatelem Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę”. Wtórował mu ówczesny prezydent RP, który w wywiadzie dla ukraińskiej „Zierkało Niedieli” rzekł: „W naszym kraju nie ma zbyt licznie reprezentowanych mniejszości narodowych, tym bardziej je więc wysoko cenimy”. No i mieliśmy, co mieliśmy. Pierwszego szefa rządu wybrała sobie mazowiecka gmina żydowska, a ministrem spraw zagranicznych został syn warszawskiego rabina. Po nim premierem został wnuk żołdaka Wehrmachtu, a wicepremierem i ministrem obrony członek władz Związku Ukraińców w Polsce.
Bogdan Zdrojewski miał objąć MON, ale został przesunięty na Ministerstwo Kultury, a ministrem został lekarz psychiatra z Krakowa. Był on wprawdzie właścicielem Instytutu Studiów Strategicznych, ale ta pompatyczna nazwa myli, bo instytut zajmował się takimi strategicznymi kwestiami, jak wpływy kultury żydowskiej. Ministrem finansów miał być Zbigniew Chlebowskim, ale w Warszawie pojawił się poddany brytyjski i skarbnikiem naszej kasy został nie mający obywatelstwa polskiego „angielski ekonomista profesor Jan Vincent Rostowski”. Po jakimś czasie okazało się, że minister nie jest ani ekonomistą, ani angielskim, ani profesorem, tylko wykładowcą na Uniwersytecie Sorosa w Budapeszcie, a profesorami to byli pochodzący z Kresach jego dziadek Jakub Rofhfeld, syn Mojżesza i Lei z domu Broder oraz jego kuzyn Adam Daniel Rotfeld. Sprawę można by też ująć innym pytaniem: Gdzie jest na świecie taki drugi kraj, w którym głównym ekonomistą zostaje historyk, ministrem finansów absolwent technikum ogrodniczego, ministrem zdrowia księgowy, szefem BBN lekarz, ministrem obrony historyk, ministrem rozwoju i technologii filolog, ministrem przedsiębiorczości menedżer kultury, a szefem największej spółki państwowej były operator wózka widłowego?
Rostowski wydzielił gabinet dla pracującego społecznie „zewnętrznego eksperta” od podatków, pani Renaty Hayder, która okazała się być spokrewniona z Rotfeldami. Podatkami zajmował się przewodniczący sejmowej komisji „Przyjazne państwo”, Janusz Palikot, który w międzyczasie wrócił do judaizmu i został członkiem loży B’nai B’rith. Okazało się też, że wśród darczyńców na Muzeum Polin znalazł się Jan Kulczyk i jego połowica, którzy zrobili wielki majątek, prywatyzując masę upadłościową po PRL. Niektórzy mówią, że pieniędzmi dzielili się z WSI. Ale to niepoważne bredzenie, bo zdradził ich bratni oligarcha z bratniej Rosji, Borys Bieriezowski: „Czasy były takie, że każdy brał, ile mógł unieść”. Jeszcze lepiej zdiagnozował to Józef Oleksy: „Kosmopolityczne gangi rozkradły Polskę”. Przy okazji podważył „legalność majątku” innego żydowskiego oligarchy. I, co ciekawe, Aleksander Kwaśniewski nazwał go w rewanżu zdrajcą i idiotą, ale nie… „kłamcą”!
Za czasów „pierwszego niekomunistycznego rządu wolnej Polski”, ulica mówiła: „Sami Żydzi tylko jeden Syryjczyk” (chodziło o ministra przemysłu Tadeusza Syryjczyka). Dziś można by zawołać: „Sami Żydzi tylko jedna Ukrainka” (chodzi o wiceminister rozwoju Olgę Semeniuk). Przypomnijmy, że ministrami od pieniędzy byli: Marek Borowski, Jerzy Osiatyński, Mateusz Jakub Morawiecki, Tadeusz Kościński, Leszek Balcerowicz, Marcin Święcicki i Grzegorz Kołodko. Trzem ostatnim przydzielono za żony: dwie urokliwe córeczki Eugeniusza Szyra (KPP-owca, szefa frakcji żydowskiej w PPR, członka BP PZPR) i córkę Maksymiliana Pohorille (KPP-owca, promotora pracy doktorskiej, rektora Wyższej Szkoły Nauk Społecznych przy KC PZPR). Śledząc „sukcesy” pomyślnie ożenionych, można pytać, czy aby na pewno byli samodzielni, i czy ministrami nie zostali dzięki instytucji Esterki, która, w połączeniu z formułą, że Żydem jest każda osoba urodzona z matki Żydówki, mocno modeluje zasady polityki kadrowej. Można też zapytać: W jakim innym kraju możliwa byłaby tak żelazna logika postępowania i precyzja w obsadzie kluczowego stanowiska?
W dzień po aneksji Krymu kilkudziesięciu Polaków z Mariupola zwróciło się o tymczasowe schronienie w kraju przodków. Postawa rządu warszawskiego wprawiła w osłupienie. Wiceszef MSZ – a był nim Rafał Trzaskowski – sprzeciwił się temu, publicznie dywagując, że mogłoby to nie zostać dobrze odebrane przez… Kijów. „Sprowadzanie tych Polaków podważa status Ukrainy, jako państwa silnego i demokratycznego, stąd Polsce trudno sobie na to pozwolić, ponieważ chcemy wzmacniać państwowość ukraińską, a ściąganie Polaków byłoby przyznaniem, że Ukraina sobie nie radzi. Jeżeli powiemy, że wszyscy Polacy z terytorium suwerennej Ukrainy mogą przyjechać do Polski, to w pewnym sensie będziemy podważać to, czy Ukraina jest silnym, demokratycznym państwem – oświadczył. Co będzie, jeżeli z innych terytoriów Ukrainy zgłosi się mnóstwo Polaków, którzy powiedzą: nie żyje nam się dobrze, chcemy być natychmiast ewakuowani do Polski?” – podwyższył poprzeczkę. Gdy w lutym wtargnęły do Polski miliony „uchodźców” z Dzikich Pól, w tym pół miliona weteranów obrony „silnego, demokratycznego państwa” przed Ruskimi, Trzaskowski stał się nagle zwolennikiem ich sprowadzania, i to w jak największej liczbie.
Czy powodem takiego wybryku Trzaskowskiego nie jest to, że jego matką jest Teresa z domu Arens, a ojczymem Marian Ferster, syn pułkownika UB Aleksandra i funkcjonariuszki UB Władysławy, której stryj Bolesław Drobner, był ministrem w PKWN, prezydentem Wrocławia i, do Marca ’68, I sekretarzem KW PZPR w Krakowie? Czy znaczenia nie ma to, że matka Trzaskowskiego, która w latach 50. prowadziła bar w „Piwnicy pod Baranami”, jako tajna współpracowniczka i donosicielka o pseudonimie Justyna, miała kontakty z dyplomatami z konsulatu USA w Krakowie, a dzisiaj jej synalek, który patriotyzm wyssał z mlekiem matki, ma doskonałe kontakty z dyplomatami z ambasady USA i też je wykorzystuje do antypolskich celów? Co Trzaskowskiego najbardziej przeraziło? Perspektywa: Co będzie, jeżeli z innych terytoriów Ukrainy zgłosi się mnóstwo Polaków, którzy powiedzą: nie żyje nam się dobrze, chcemy być natychmiast ewakuowani do Polski. Co w tym wszystkim jeszcze przeraża? Opozycja, której przeszkadza zawieszenie sędziego Tuleyę, a nie przeszkadza, gdy rządząca partia rozbraja polską armię (a uzbraja po zęby armię sąsiada, który nas nienawidzi), gdy wyjmuje z kieszeni Polaków 100 miliardów i napycha kabzy oligarchów ukraińskich, gdy na zmywak wysłała miliony Polaków, a przyjmuje na garnuszek miliony Ukraińców, obdarzając ich nadzwyczajnymi przywilejami. I jeszcze jedno – jak wynika z najnowszego sondażu IBRiS, na czele rankingu polskich polityków jest prezydent Warszawy. Ufa mu 44 proc. badanych. No i mamy, co mamy – przyszłego Prezydenta Wszystkich Polaków.
Szewach Weiss na łamach „Rz” wygadał się: Kiedy Żyd chce, by rozpoznał go jego rodak, mówi „AMCHU”. Jest to tajemny kod żydowski. Niemożliwością jest rozpoznać każdego Żyda z wyglądu i, jakkolwiek by to brzmiało dziwnie, po kształcie jego nosa, ani po nazwisku. Wielu Żydów zmieniło bowiem swoje rodowe nazwiska, także ze względów bezpieczeństwa. Myli się i wprowadza w błąd innych ten, kto twierdzi, że żydostwo jest tylko wiarą. Nawet ci, którzy odeszli od wiary mojżeszowej, nawróceni na inne wyznanie, odczuwają przynależność do swego narodu (…) Solidarność żydowska istnieje również między tymi, którzy przeszli na chrześcijaństwo, i tymi, którzy zostali żydami. Ta solidarność jest częścią duszy żydowskiej. Ten, kto porzucał żydostwo, robił to na ogół ratując swoje życie, albo był zmuszony siłą. „Amchu” umożliwiła istnienie wspólnoty narodu żydowskiego w diasporze bez państwa, bez flagi, bez władzy, bez możliwości samoobrony. „Europa przeszła drogę od Auschwitz do „Nigdy więcej Auschwitz!”. Jest mniej nacjonalistyczna. Właśnie to oraz globalizacja, Internet umożliwiają życie Żydom w europejskim domu. Dla nich jest on teraz wielkim „sztetl”. Już nie ma potrzeby ukrywać pochodzenia żydowskiego. „Amchu” wychodzi z podziemia. Żydzi obejmują najwyższe stanowiska w krajach diaspory, nie ukrywając swojej tożsamości. Jest to historyczne zwycięstwo „Amchu”. Na koniec Szewach stwierdza: „Amchu” nie jest już tajnym kodem, ale nie wolno go zgubić: „Wieczne, wieczyste „Amchu”! W wielu miejscowościach na Warmii i Mazurach Ukraińcy wieszają sobie niebiesko-żółte wstążeczki, bo policjant Ukrainiec, jak zobaczy swojego rodaka mandatu nie da, a sędzia Ukrainiec nie wsadzi za kratki. I czy dwukolorowa wstążeczek na piersi redaktora Sakiewicza, to nie takie „Amchu”?
Politycy polscy nie wyciągają wniosków z przeszłości. Wciąż popełniają te same błędy. Dotyczy to wszystkich ekip rządzących krajem po 4 czerwca 1989 roku. Bez patrzenia na interes Polski poparli obalenie Wiktora Janukowycza, a Wiktor Juszczenko plując w twarz polskim sprzymierzeńcom, ogłosił Stepana Banderę narodowym bohaterem Ukrainy. Ale czy chodziło tylko o „błędy” i czy o błędy polityków „polskich”, a nie o świadomą działalność rządzącej w Polsce żydokomuny i rządzących na Ukrainie żydobanderowców?
Rewolucja to gruntowna wymiana elit politycznych, to zdobycie władzy przez nową klasę społeczną kosztem drugiej. Tymczasem nad Dnieprem wszystko pozostało po staremu. Władza jak spoczywała, tak spoczywa w rękach kilku oligarchów żydowskiego pochodzenia. Zwraca uwagę kompatybilność elit znad Wisły i znad Dniepru. Gdy warszawskie oskarżały przedmajdanowego prezydenta o bycie marionetką Putina, świadczyć o tym miała jego zgoda, aby teki ministrów przypadły trzem politykom ukraińskim, którzy zachowali obywatelstwo rosyjskie. Tymczasem pierwszy pomajdanowy rząd ukraiński okazał się armią pełną zagranicznych najemników, z nadanym pospiesznie ukraińskim obywatelstwem. Prezydent Petro Poroszenko uzasadnił to tak: To część wysiłków, aby znaleźć innowacyjne rozwiązania w rządzie, z uwagi na nadzwyczajne wyzwania stojące przed Ukrainą. Oprócz prezydenta, obcoplemieńcami okazali się: wiceprezydent, premier, sekretarz Rady ds. Bezpieczeństwa, minister obrony, minister kultury, minister finansów, minister administracji prezydenta i wicepremier (później premier) Wołodymyr Hrojsman (którego matka jest autorką terminu „żydobanderwoszczyzna”). Nie lepiej było wśród opozycji, żeby tylko wymienić Julię Tymoszenko. I jeszcze jedno – następca Poroszenki dwa miesiące temu rzekł: „Jak zakończymy wojnę, to cała Ukraina będzie wyglądała jak wielki Izrael”.
Znamienna była tu diagnoza Nadii Szewczenko. W 2015 oficer lotnictwa Ukrainy została zwolniona w ramach rosyjsko-ukraińskiej wymiany jeńców. O jej uwolnienie zabiegali prawie wszyscy politycy zachodniego świata. Prezydent Poroszenko nadał jej tytuł bohatera narodowego. Została deputowaną Rady Najwyższej. Miała prezydenckie ambicje, a sondaże wskazywały, że cieszy się największym zaufaniem wśród Ukraińców. Tymczasem w marcu 2018 roku ukraiński parlament, przytłaczającą większością głosów, uchylił jej nietykalność i zezwolił na areszt, z oskarżenia o planowanie zamachu stanu oraz próbę zamachu terrorystycznego. Co takiego wydarzyło się, że trafiła za kratki? Nic wielkiego. Powiedziała tylko (ku wielkiemu rozczarowaniu redaktorów naczelnych „Gazety Polskiej” i „Gazety Wyborczej”): „Żydzi stanowią 2 proc. społeczeństwa, a zajmują około 80 proc. stanowisk w rządzie”. Wymieniła premiera Wołodymyra Hrojsmana. Stwierdziła, że Petro Poroszenko tak naprawdę ma na nazwisko „Walcman”. Zasugerowała żydowskie pochodzenie Julii Tymoszenko, a wcześniej w studio telewizyjnym zgodziła się z wypowiedzią jednego z widzów o „żydowskim jarzmie na Ukrainie”.
Czy „Żydobanderowcami” są też redaktorzy „Gazety Wyborczej”? Zastanawia bowiem osłona medialna, jaką Michnik od lat zapewnia mniejszości ukraińskiej. Czy tym samym tropem pójść można w przypadku Anne Applebaum, która na łamach gazety Michnika dowodziła: „Nacjonaliści na Ukrainie to jedyna nadzieja tego kraju na ucieczkę od apatii, drapieżnej korupcji i, w ostateczności, rozpadu. Żaden rozsądny bojownik o wolność nie wyobrażał sobie utworzenia nowoczesnego państwa, a co dopiero demokracji, bez ruchu o nacechowaniu nacjonalistycznym”. A co z redaktorami „Gazety Polskiej? Przecież ich też łączy z Applebaum pogląd, że każdy nacjonalista jest dobry, byle nie polski?
Kto w Polsce bierze czynny udział w promowaniu banderowskich postulatów historycznych i gloryfikuje zbrodniczą organizację? Od samego początku istnienia III RP środowisko dawnego KOR, skupione wokół „Gazety Wyborczej”, za cel główny swoich działań postawiło sobie lansowanie idei tzw. pojednania polsko-ukraińskiego, przez co rozumiano przyjęcie wykładni historii najnowszej środowisk probanderowskich. Ośrodek skupiony wokół Adama Michnika i Jacka Kuronia, tropiący wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce, przeszedł do porządku dziennego nad skrajnie szowinistyczną ideologią OUN-UPA. Michnikowi i Kuroniowi nie przeszkadzało nawet to, że organizacja, którą wzięli w obronę miała na sumieniu śmierć dziesiątków tysięcy Żydów. Główną wykładnią stały się słowa Jacka Kuronia: „Jeśli Ukraina chce być niepodległa, nie może wyrzec się pamięci o UPA. UPA była powstańczą armią walczącą o niepodległość”. Przypomnieć też warto o złożonej w wywiadzie dla „Kuriera Galicyjskiego” propozycji Adama Michnika przyłączenia Polski do Ukrainy i nadanie nowemu tworowi nazwy UKR-POL. „Będziemy wówczas państwem, z którym się będzie musiał liczyć każdy i na wschodzie i na zachodzie” – prorokował, z akcentem na „MY”. Chociaż w tym przypadku nie trudno było odgadnąć, że w pomyśle „nie chodziło o jakiś „UKR-POL”, tylko o stary żydowski pomysł z Judeopolonią.
Dlaczego pochodzący z żydokomunistycznej rodziny kresowej Paweł Kowal, nawołując do wspierania neobanderowskiej Ukrainy, najchętniej w imię interesów i rojeń polityków ukraińskich wypowiedziałby wojnę Rosji? Jak wyjaśnić jego słowa, że „Ukraińcy muszą dojrzeć do samooceny tak, jak Polacy dojrzeli do samooceny w Jedwabnem”? Dlaczego Dawid Wildstein powiedział: „Nierozliczenie rzezi wołyńskiej nie powinno dziś być dla Polaków przeszkodą we wspieraniu Ukraińców” i czy nie ma znaczenia, że jego dziadek był ubekiem, a ojciec masonem? A może chodzi o coś innego? Aleksander Kwaśniewski, syn ukraińskiego Żyda i oficera NKWD w sprawach Ukrainy wypowiada się jak lobbysta ukraiński, bo bierze pieniądze od żydowskich oligarchów.
À propos – gdy w 1976 r. powstał KOR Michnik pisał: „Marek Edelman powiedział kiedyś, że KOR to było to samo, co Bund. Te same ideały, te same wartości. Dla mnie – mówił Marek – Bund i KOR to ciągłość”. Tymczasem Bund był przedwojenną żydowską partią, która reprezentowała komunistyczny ekstremizm, która manifestował swoją wrogość do państwa polskiego, domagała się pełnej autonomii dla żydów, laickiego szkolnictwa oraz zrównania języka jidysz z językiem polskim, którą minister spraw wewnętrznych II RP uznał za „partię kryptokomunistyczną, bo „zgłosiła swój akces do komunistycznej Międzynarodówki i stoi na stanowisku wrogim naszemu państwu”. Sprawdzianem lojalności KOR wobec Polski byli wyłonieni liderzy, którzy w sytuacji niedojrzałości chłopsko-robotniczych elit „S”, przejęli ruch protestu, wymanewrowali hierarchów kościelnych, zmonopolizowali poparcie z zagranicy, zablokowali odrodzenie się endecji, chadecji, a nawet PPS.
Dlaczego wszyscy mają poglądy dziwnie podobne do poglądów lobby ukraińskiego? Co, oprócz miłości do banderowców, ich łączy? Może nienawiść do Polaków? I czy tylko nienawiść? Anne Applebaum i żydowska gazeta dla Polaków szczególnie uwzięła się na Wiktora Janukowycza. I tu pytanie: Czy nie wzięło się to z tego, że „Nasz Dziennik” nieopatrznie ujawnił: „Korzenie rodziny Wiktora Janukowycza sięgają dzisiejszej Białorusi (…) w Janukach wszyscy byli gospodarzami i pszczelarzami (…) dziadek Wiktora został ochrzczony w miejscowym kościele katolickim. Ludność tych terenów Białorusi – to przeważnie katolicy. Toż była tu kiedyś Polska. Swoistymi świadkami tamtych czasów są pomniki na miejscowym cmentarzu. Na większości z nich napisy już się starły, a na tych, które się zachowały, widać napisane alfabetem łacińskim nazwisko „Janukowicz”. I drugie pytanie: Czy nie wzięło się to z tego, że tygodnik „Nasza Polska” napisał: „Nie mógł Polak zostać prezydentem w Warszawie to musiał w Kijowie. Na Warszawę jeszcze Polacy muszą poczekać!”. Na Janukowycza uwzięła się nie tylko gazeta żydowska. Słowa: „Popieram wszystkich Ukraińców protestujących w Kijowie przeciwko rządom postkomunistycznego bandyty”, pojawiły się w… „Warszawskiej Gazecie” Pomijano przy tym i przemilczano oczywisty fakt, że przedmajdanowa ekipa władzy w Kijowie była po prostu propolska i że swoistej pikanterii dodawał postulat ministra edukacji w rządzie Janukowycza wprowadzenia języka polskiego jako drugiego języka urzędowego w zachodniej części Ukrainy.
Polityczne zadanie usunięcia Janukowycza, postawione przed polską klasą polityczną przez Sorosa, wymagało „marginalizacji konfliktów historycznych” i partnera po stronie ukraińskiej. Zostali nimi skrajni nacjonaliści, którym nie przeszkadzało, że Ukrainą rządzi rosyjsko-żydowska mafia i że finansowego wsparcia udziela im lider społeczności żydowskiej, rezydujący w Genewie posiadacz paszportu izraelskiego Ihor Kołomojski. „Naszych”, do tej antypolskiej machinacji nie zniechęcił nawet Günter Verheugen, który zdiagnozował: „Po raz pierwszy w tym stuleciu prawdziwi faszyści z krwi i kości zasiadają w rządzie”. W tym kontekście przypomnieć należy, że Janukowyczowi szyto buty marionetki Moskwy, mimo że dobrze mu szło układanie stosunków z Putinem na zasadzie „jak równy z równym”, mimo że nie zgodził się, by Ukraina wstąpiła do unii celnej z Rosją i mimo że z większym sukcesem niż „nasi”, oparł się szantażowi energetycznemu Putina, i to wówczas, gdy mentalnie zrusyfikowany polski minister podpisywał niekorzystne kontrakty na dostawy gazu rosyjskiego.
Przy okazji – co się porobiło z PSL-owcami? Niegdyś byli pierwszą partią, która dbała o pamięć pomordowanych na Wołyniu. Dziś Kosiniak-Kamysz pierwszy rzuca hasło „UkraPolin”, a Marek Sawicki rzuca pomysł, aby Państwo Polskie wykupiło i wyremontowało 200 tysięcy opuszczonych chłopskich chałup i przekazało je ukraińskim przesiedleńcom. À propos – kiedy podczas kampanii wyborczej w 2015 r. kandydat PSL Adam Jarubas naruszył święte tabu, jakim jest bezkrytyczne popieranie Ukrainy, został solidarnie zaatakowany przez cały establishment i skutecznie wyciszony. To był klasyczny przykład funkcjonowania nieformalnego układu PO-PiS, kiedy spór między „zaprzańcami” a „szczerymi patriotami” nie toczy się o interes narodowy, ale o to, kto lepiej będzie rządził Polakami w interesie kosmopolitycznego układu.
Są też inne podobieństwa. Tak jak pierwszy pookrągłostołowy rząd Tadeusza Mazowieckiego podjął próbę budowy JudeoPolonii, tak pierwszy pomajdanowy rząd Petro Poroszenki podjął próbę budowy JudeoUkrainy. Z tym że nad Dnieprem to się udało, a nad Wisłą projekt runął, dzięki… Stanowi Tymińskiemu. Przypomnijmy: w wyborach prezydenckich w 1990 roku, przedstawiany jako „kandydat znikąd”, po bardzo intensywnej kampanii, podczas której przedstawiał się jako jedyny „człowiek spoza układu”, zdecydowanie kontestujący balcerowiczowskie reformy gospodarcze, uzyskał w I turze prawie 4 miliony głosów, wyprzedzając Tadeusza Mazowieckiego (i Wołodię Cimoszewicza). Po tej poniżającej klęsce, Mazowiecki wraz ze swym zamysłem Judeopolonii już się nie podniósł.
W dzisiejszej Polsce toczy się jedna wielka wojna i mnóstwo potyczek. Fronty krzyżują się, krzyżują się obce wpływy. Na te potężne i wyrafinowane naciski wystawiona jest „nasza” elita polityczna, nielojalna, czołobitna wobec obcych, uwikłana w agenturalną działalność. Czy kraj, w którym ministrami zostają przypadkowe miernoty, ludzie gardzący polskimi interesami, kupczący pozycją Polski w świecie, których jedynym celem jest utrzymanie się przy władzy, i którym rozkazy wydaje mały żydowski komik, jest zdolna do obrony polskich interesów?
Krzysztof Baliński
https://dakowski.pl/polska-dla-polakow-krzysztof-balinski/
poniedziałek, 10 listopada 2025
Obecne społeczeństwo? Za wiele dlań zaszczytu, aby przy nim płakać
Ale - pan Norwid jest dobry chłopiec i nie czepia się za słowa. Słusznie także utrzymuje Pani, iż w jowialnym humorze, albowiem nikt go nigdy nie widział z czymśkolwiek do łzy podobnym; owszem, prawie zawsze z uśmiechem. Kto go inaczej widział? – proszę, niech powie!
P. N[orwid] może błądzi – ale zdaje mu się, że społeczeństwo obecne nie jest warte czego innego. Za wiele dlań zaszczytu, aby przy nim płakać. Ile widziałem dziś łez otartych, to albo zatabaczoną chustką do nosa, albo numerowaną szczotką numerowanego szczotkarza, na rogu ulicy czekającego z narzędziami swego rzemiosła.
Nie Warszawę kto bawi (a tym mniej ja, co wcale obywatelem polskim nie jestem i praw w tym narodzie nie używam) – ale raczej biedna Warszawa bawi się sama lada czym, jak nieszczęśliwe dziecko, któremu stargano nerwy, raz je nastrajając na ogromny ton wielkiej rozpaczy, drugi raz na zapustne radości i igraszki ¹.
Jest to wychowanka, sierota z wielkiego rodu, zmieniona w popychadło domowe przez opiekunów raz wraz się przemieniających i doprowadzających dziecię do obłąkania, aby potem w szpitalu wariatów zamknąć, za idiotę ogłosić i nakazać na intencję jej wyzdrowienia oficjalne pacierze, a tymczasem fortuną sieroty podzielić się.
Nie dziwi mnie bynajmniej, że taka istota raz okrywa się żałobą i chórem płacze, drugi raz lada fraszką rozśmiesza się i bawi! Wielki zdadzą rachunek przed sprawiedliwością Przedwiecznego opiekunowie tej sieroty.
Ona przypomina mi śp. hr. Rozalię Rzewuską, która opowiadała mi, jak nieletnią dzieweczką będąc, widziała prowadzoną na gilotynę matkę swoją, a potem tułała się po brudnych domach przedmieść paryskich, umywając talerze i słuchając cynicznych piosenek ². Tak jest Warszawa dziś – miasto stołecznego rodu i pochodzenia – potrzebujące rozwiniętego i szerokiego życia, a doprowadzane ustawicznie do spazmów obłąkania!
Bawić istotę taką jest zarówno niepodobna i zbytecznie – ona się sama dziś rozśmieszy, jutro zapłaczy. Ja, mniej niż ktokolwiek, względem miasta tego nic nie mogę, bo kochało mnię przez cały rok³, a nie poważało i zapomniało przez lat kilkanaście ⁴.
Cyprian Norwid 1865
1. Warszawa, która ledwo otrzeźwiła się po tragedii powstania styczniowego, wpadła z kolei - prawem przykrego kontrastu – w wir bezustannych zabaw, skwapliwie podsycanych przez władze rosyjskie, pragnące jak najszybciej zatrzeć wspomnienia o niedawnych manifestacjach, zamachach, walkach i egzekucjach publicznych.
2. Rozalia z Lubomirskich Rzewuska (1788 – 1865) towarzyszyła w rewolucyjnym Paryżu swej matce, Aleksandrze Rozali z Chodkiewiczów - najpierw w uwięzionej, a później zgilotynowanej w r. 1794 – i zanim ją stamtąd wydobyto i przewieziono do Polski, przeżyła jako mała dziewczynka chwile wielkiej nędzy i nie mniejszego upokorzenia.
3. Norwid ma na myśli swój tryumfalny rok warszawski: 1841/1842, kiedy cieszył się uznaniem nie tylko jako poeta i artysta, ale również jako najwybitniejszy przedstawiciel myślącej i patriotycznie nastawionej młodzieży stołecznej.
4. Por. wiersz Dedykacja, napisany w parę miesięcy po niniejszym liście - jako wiersz dedykacyjny dyptyku Tyrtej - Za kulisami – i ukazujący podobnie rozbawioną Warszawę, w której nie było miejsca dla ludzi o gorętszych sercach albo wyższych umysłach.
Cyprian Kamil Norwid
Pisma wybrane Tom 5
Listy
Objaśnienia J. W Gomulickiego
Jak czytać Sutty
Moi przyjaciele z grupy Theravada Gliwice przetłumaczyli rozdział z książki mnicha Akińcziano „Making Sense of Dhamma”).
Przez "przyjaciele" rozumiem przede wszystkim to, że wytworzyła się między nami tradycja wspierania Varapanyo co roku książkami czy też lekarstwami (medycyny naturalnej oczywiście). Gdy chodzi jednak o ich nauczycieli, mnichów z Hillside Hermitage, to jeżeli Ci czcigodni uważają mnie za przyjaciela, to faktycznie świadczy o ich sporym zaawansowaniu duchowym, gdyż moim hobby niejako stało się systematyczne krytykowanie ich idei. To jest dokładnie to za co mi płacono i okazywano wdzięczność jako trenerowi szachowemu. Teoretycznie powinno być tak i w Dhammie, niestety bycie pouczanym, nawet za darmo, rzadko budzi wdzięczność u pouczanego. Różnica prawdopodobnie polega na tym, że szachista wie jak słabo gra, zatem chce ten stan zmienić, podczas gdy, w przypadku ktoś, kto sam uważa się za wystarczająco mądrego by nazywać się ajhanem - nauczycielem w języku tajskim - takie pouczenia często są interpretowane jako niestosowne, a argumenty jako błędne. Muszą być takie, skoro podważają "moją" mądrość.
Doprawdy trzeba sporo się natrudzić by sprowadzić takiego nauczyciela na nieco bardziej realne pozycje.
Obecnie na bieżąco parę komentarzy do tekstu. Może się to komuś na coś przyda.
***
Czy są zatem zbiorem instrukcji? Czy zawierają instrukcje jak medytować? Jak żyć? Co zrobić by osiągnąć oświecenie? Słyszałem, że tak jak nikt rozsądny nie zaczyna pracy elektronarzędziem bez choćby pobieżnego zapoznania się z instrukcją obsługi, tak samo sutty należy traktować jako podręcznik użytkowania umysłu.
Gdyby to była prawda, spodziewalibyśmy się w nich znaleźć sporo form trybu rozkazującego – ‘usiądź’, ‘skrzyżuj nogi’, ‘zamknij oczy’, ‘przenieś uwagę na dziurki w nosie’, ‘zrób to’, ‘zrób tamto’, ‘nie rób tego’, ‘nie rób tamtego’. Ponieważ słyszeliśmy takie zwroty od nauczycieli medytacji, można pomyśleć, że jest prawdopodobne, iż znajdziemy takie rzeczy w suttach. A jednak nie. W suttach nie ma prawie żadnych form trybu rozkazującego. Nie ma czasowników mówiących nam co robić. Szczególny czasownik, który często się powtarza to pajānāti: ‘rozumie’.
Czy sutty zawierają wyjaśnienia dotyczące funkcjonowania rzeczy? Czy podejmują się wyjaśnienia dlaczego jesteśmy jacy jesteśmy? Często spotykanym współczesnym paradygmatem służącym do zrozumienia czym są sutty, jest nauka – zwłaszcza psychologia. Sutty bywają postrzegane jako naukowe, psychologiczne wyjaśnienie ludzkiej natury. Ale to jest bardzo mylące. Weźmy na przykład naukę o ‘współzależnym powstawaniu’ (paṭiccasamuppāda). Często bywa interpretowana jako następujący za kulisami proces, który wyjaśnia, dlaczego rzeczy jawią się nam w konkretny sposób. Tłumaczy się nam, że odpowiada na pytanie dlaczego cierpimy, pokazując że zaistniało X, które doprowadziło do Y, które spowodowało Z itd. Ale w takich wyjaśnieniach czegoś brakuje. Nawet jeśli uda nam się stworzyć zgrabną teorię wyjaśniającą naszą egzystencję, cóż z niej za pożytek, jeśli nie pomaga nam ona zrozumieć tu i teraz, co należy robić a czego nie należy. Wiedza naukowa uczyniła dla nas cuda, ale wiąże się to z pewnym kosztem. Naukowcy wykonujący pracę naukową, celowo ignorują osobiste doświadczenie (jak się czują, dlaczego zostali naukowcami, co chcą w życiu osiągnąć itd.), aby dotrzeć do powszechnej, obiektywnej wiedzy o otaczającym świecie, która może zostać zastosowana we wszelkich okolicznościach. W pewnych dziedzinach wiedzy, takich jak biologia czy inżynieria chemiczna, jest to wystarczające. Ale nie pomoże komuś, kto chce zrozumieć Buddhę. Sutty nie zawierają obiektywnych wyjaśnień zjawisk. To, co nauka celowo pomija, stanowi dokładnie to, czym zajmują się sutty: nasze uczucia, postrzeganie, intencje, pragnienia, sympatie i antypatie, lęki, obawy oraz założenia. Sutty mówią o tym, w jaki sposób nadajemy sens światu, cierpieniu i możliwości uwolnienia się od niego. To są kwestie, których nie da się wyjaśnić w sposób obiektywny — ale można je zrozumieć. Sutt nie powinno się czytać jako naukowych wyjaśnień, ale jako opisy fenomenologiczne tego, w jaki sposób różni ludzie rozumieją swoją egzystencjalną sytuację. Istnieje niewłaściwy sposób rozumienia jej (z którego rodzi się cierpienie) i właściwy sposób rozumienia (dzięki któremu cierpienie staje się niemożliwe). Sutty wskazują, jak powinniśmy i nie powinniśmy rozumieć sytuacji, w której się obecnie znajdujemy. Zatem, wszystko co robią to opisują co jest, wskazują czego szukać, jak to rozpatrywać.
***
Myślę, że autor chce przekazać to co podkreślał Nanavira Thera, różnicę pomiędzy metodą naukową, wyjaśniania zjawisk a opisywaniem ich, jak w metodzie fenomenologicznej. Ale w swym entuzjazmie dla tej metody, autor zapomina że o ile Budda używa opisów fenomenologicznych, to bynajmniej nie jest jakimś indyjskim Husserlem, który poprzez tą metodę pragnie pogłębić swe zrozumienie siebie samego jak i generalnie życia/egzystencji ludzkiej. Budda jest tym który wie i rozumie, i metodę opisu fenomenologiczngo wybrał z powodu jej uniwersalności. Jednakże przez to, opisy te nie tracą swej ważności jako instrukcje. Ogłaszając Dhammę Budda instruje zwykłego człowieka co ma robić by uwolnił się od błędnych poglądów i osiągnął właściwie zrozumienie. Samo ogłoszenie moralnych wskazań z pewnością jest instrukcją "jak żyć". "Porzuć to czy tamto, rozwiń to" - Sutty nie zawierają trybu rozkazującego? Dość poważny błąd w opisie rzeczy.
***
Zatem o jaki chodzi kierunek, styl i metodę? Bardzo trudno opisać to jakoby ‘z zewnątrz’. Mogę tu sobie siedzieć i próbować wam przybliżyć fenomenologię, ale tak długo jak sami nie myślicie fenomenologicznie, pozostanie to dla was zapewne tajemnicą. Używając znanej metafory, to trochę jak jazda na rowerze. Nie jest dla mnie łatwe opowiedzieć wam jak jeżdżę na rowerze; dużo łatwiej na niego wsiąść i pojechać. Miarą tego, czy potrafię jeździć na rowerze jest moja jazda, a nie to jak dobrze potrafię ją wytłumaczyć.
**
Jeżeli słowo "wytłumaczyć" zastąpimy "nauczyć", to jednak biorąc nieco bardziej skomplikowany przykład -szachy- moja umiejętność gry w szachy jest w pewnej relacji z "tłumaczeniem", jak należy grać by wygrywać. I tu po prostu nie mogę się powstrzymać od powtórki z rozrywki: autor promuje opis fenomenologicznny. Zgodnie z nim jednak sotapanna nie jest wolny od złej woli czy awersji, co oczywiście musi także dotyczyć awersji wobec fizycznego bólu. A jednak zapytany przede mnie, jak ten opis fenomenologicznny ma się do jego tłumaczenia iż sotapanna dokładnie tak jak i arahat pozostaje nieporuszony wobec fizycznego bólu, nie potrafił nic konkretnego odpowiedzieć, poza sugerowaniem, że moje ściśle trzymanie się tego opisu, co wyklucza jego tłumaczenie, wydaje mi się ważne tylko dlatego że nie jestem sotapanną. To radykalnie porzucenie metody fenomenologicznej i żądanie ode mnie bym pokładał mistyczną wiarę w tezę autora. Oczywiście ściśle biorąc, autor nie ma wyjścia, albo przyzna że jego tłumaczenie jest fenomenologiczną sprzecznością, a przyznawanie się do błędów nie jest najsilniejszą stroną czcigodnych mnichów z Hillside Hermitage, albo z pozycji "wiedzącego" wytłumaczy tą jak najbardziej uzasadnioną obiekcję.
**
„Ale przyjacielu, uczucie, percepcja oraz świadomość: czy te rzeczy są razem czy osobno? I czy da się uchwycić różnicę poprzez rozdzielenie tych rzeczy?”
„Przyjacielu, uczucie, percepcja i świadomość: te rzeczy są razem, nie osobno. Nie jest możliwym uchwycić różnicę poprzez rozdzielenie tych rzeczy. Ponieważ przyjacielu, co się czuje, to się postrzega. Co się postrzega, tego jest się świadomym. Dlatego też, te rzeczy są razem, nie osobno. I nie da się uchwycić różnicy poprzez rozdzielenie tych rzeczy.” MN 43
Uczucia nie da się poznać poprzez oddzielenie go od percepcji i świadomości. To co Buddha określał mianem vēdana nie jest czymś, co można wydzielić i się temu przyjrzeć.
**
Autor myli to, że choć uczucie jest jak najbardziej zawsze tylko jednym z komponentów doświadczenia, czytaj: nie istnieje bez innych komponentów, z tym, że w niczym to nie przeszkadza by zupełnie te inne komponenty zignorować i przyglądać się np samemu smutkowi. Znacznie większym problem jest obserwowanie smutku jako pewnego "obiektywnego zjawiska" i nie traktowanie go personalnie "jestem smutny". To jest istota problemu. Na filozofii fenomenologicznej specjalnie się nie znam, jeżeli komuś pomaga w rozwinięciu percepcji anatta, to tylko pogratulować. Inaczej nauczanie jej może stać się pewną zabawą dla umysłu, bez jakiegokolwiek wpływu na głębsze zrozumienie Dhammy.
*
[Buddha] Nie tłumaczył dlaczego nasze doświadczenie jest takie jakie jest (np. dlaczego pięć nagromadzeń a nie, powiedzmy, sześć?). Nie zaoferował wyjaśnienia, jak popadliśmy w sytuację rodzenia się, starzenia się, choroby i śmierci.
SN 15.1
Mnisi, nie da się odkryć początku saṃsāry. Pierwszego punktu: biegnięcia naprzód, poruszania się naprzód istot ograniczonych przez niewiedzę, zakutych w okowy pragnienia; nie da się go poznać.
*
Znowu autor raczej się myli. [Przypominam, że tu bardziej koncentruję się na precyzji sformułowań, takie tam drobiazgi, przynajmniej w porównaniu z arahatopodobnym sotapanną, czy Yasą, który po spędzeniu większej części nocy na balandze z dziewczętami (Vinaya nie podaje szczegółów ale raczej nie ograniczała się ona do słuchania muzyki) jest, a raczej był jeszcze niedawno opisywany przez Hillside Hermitage jako celibatariusz, który następnego poranka dzięki celibatowi osiągnął sotapatti].
Budda nie zaofiarował wyjaśnienia, jak popadliśmy w sytuację rodzenia się, starzenia się, choroby i śmierci z bardzo prostej przyczyny. Żeby w coś popaść, trzeba być wpierw od tego wolny. Otóż w tym sensie nigdy nie popadliśmy w samsaryczne wyzwolenie, regres jest nieskończony. Co do pięciu agregatów, chodzi tu wyłącznie o opis doświadczenia. Te pięć pokrywa każdy możliwy aspekt doświadczenia. I to też ma bardzo konkretny dydaktyczny, czy instruujący cel, mianowicie ułatwia wykazanie, że wszelkie doświadczenia jest tak naprawdę nie personalne i takim powinno być widziane.
*
cakkhuñca paṭicca rūpe ca uppajjati cakkhuviññāṇaṃ. tiṇṇaṃ saṅgati phasso. phassapaccayā vedanā
Z powodu oka i obrazów, powstaje świadomość oka. Spotkanie tych trzech to kontakt. W oparciu o kontakt, uczucie.
Tak powszechnie wyjaśnia się, jak powstaje uczucie. Standardowa interpretacja brzmi mniej więcej tak. Nastąpił kontakt pomiędzy twoim okiem a widzialnym obiektem i w rezultacie, powstała świadomość oka. Spotkanie oka i widzialnego obiektu stanowi kontakt. Z tego kontaktu wyrasta uczucie. Ważne by zauważyć, że takie wyjaśnienie przedstawia nam proces przebiegający w czasie.
*
Sluszna uwaga. Tyle że - z racji długoletniego pobytu za granicą nie jestem pewien - czy samo tłumaczenie "z powodu" nie sugeruje jakiej temporalnj relacji? Czy nie lepiej przetłumaczyć "w zależności od"?
**
Aggivessana, istnieją takie trzy uczucia – przyjemne uczucie, nieprzyjemne uczucie, ani-przyjemne-ani-nieprzyjemne uczucie. Aggivessana, w dowolnej sytuacji, gdy ktoś czuje przyjemne uczucie, to jednocześnie nie czuje nieprzyjemnego uczucia lub ani-przyjemnego-ani-nieprzyjemnego uczucia. W tej sytuacji odczuwa tylko przyjemne uczucie. Aggivessana, w dowolnej sytuacji, gdy ktoś czuje nieprzyjemne uczucie, to jednocześnie nie czuje przyjemnego uczucia lub ani-przyjemnego-ani-nieprzyjemnego uczucia. W tej sytuacji odczuwa tylko nieprzyjemne uczucie. Aggivessana, w dowolnej sytuacji, gdy ktoś czuje ani-przyjemne-ani-nieprzyjemne uczucie, to jednocześnie nie czuje przyjemnego uczucia ani nieprzyjemnego uczucia. W tej sytuacji odczuwa tylko ani-przyjemne-ani-nieprzyjemne uczucie.
Buddha nie jest specjalnie zainteresowany ontycznym faktem istnienia teraz dla ciebie przyjemnego odczucia. Bardziej interesuje go ontologiczny charakter twojego doświadczenia: że jakieś uczucie jest zawsze obecne. Twoje doświadczenie zawsze obejmuje uczucie. Brak uczucia jest zupełnie nie do pomyślenia.
**
Nie sądzę by to interesowało Buddę. Buddę raczej interesuje wykazanie, że identyfikacja "ja" z uczuciem jest błędna, gdyż "ja" z natury rzeczy jest związane z percepcją trwałości. "Ja" nie może być raz tym, raz tamtym. Tu znowu przykład, że kładąc zbytni nacisk na fenomenologiczny opis doświadczenia, sam w sobie słuszny, można zapomnieć o tym, że Budda nie jest Husserlem i jego opisy mają konkretny cel, pomoc w zrozumieniu doktryny "nie-ja".
**
Niefortunnym jest fakt, że większość ludzi w dzisiejszych czasach przez buddyjską medytację rozumie ‘skupianie uwagi na przedmiocie’. Co oznacza ‘skupienie’? Oznacza, że coś występuje w naszym doświadczeniu (inaczej nie można by było się na tym skupiać), a my staramy się skupiać na tym uwagę tak długo jak to możliwe, blokując wszystko pozostałe. Problem polega tutaj na tym, że taka praktyka może uniemożliwić dostrzeżenie, że do spółki z obiektem skupienia, występują jednocześnie inne rzeczy, które są zawsze symultanicznie obecne, i które muszą być zawsze symultanicznie obecne. Gdy zaczniemy dostrzegać esencjonalną strukturę naszego doświadczenia i zaznajomimy się z podejściem ontologicznym do tegoż, zaczynamy dostrzegać, że zawsze gdy występuje to, jest również tamto.
**
Tu znowu autor nawet nie wspomina o anatta, podczas gdy właśnie to jest najważniejsze. "Ja", będąc związane z percepcją trwałości, jest też jednocześnie - musi takim być -widziane jako niezależne. Jeżeli jakaś rzeczy jest widziana jako "ja" jest ona automatycznie widziana jako trwała. Podważenie percepcji "ja" zatem obejmuje wpierw spostrzeżenie iż rzecz identyfikowana jako ja zależy od innej rzeczy, i następnie zobaczeniu tej innej rzeczy jako nietrwałej. Gdy to poprzez wgląd następuje, upada fałszywa percepcja trwałości rzeczy uprzednio branej za ja.
Autor może i jest kompetentny jako filozof fenomenologiczny, ale to że samadhi nie oznacza skupienia czy koncentracji, to jeszcze jeden z pomysłów mówiących więcej o pomysłodawcy niż o Dhammie. Patrz poniżej↓
*
Pozostańmy przy naszym przykładzie: zawsze gdy występuje pragnienie, jest też uczucie. Rozumienie Dhammy, jak powiedział Buddha, jest równoznaczne z rozumieniem współzależnego powstawania – czyli faktu, że rzeczy (takie jak pragnienie) są całkowicie uwarunkowane i nie mogą istnieć bez jakiejś innej rzeczy (na przykład uczucia) – i ta strukturalna cecha naszego doświadczenia nie może zostać dostrzeżona, jeśli będziemy się ciągle skupiać na obecnym uczuciu, jak gdyby było ono ‘obiektem medytacji’ wykluczającym wszystko pozostałe.
**
Znów ani słowa o "nie-ja" wszystkich rzeczy. W sumie przez koncentrację raczej zwykle się rozumie obserwację oddechu, i właśnie w tym przypadku o to chodzi by zniknęła cała nasza przeszłość, nasza przyszłość i wreszcie my sami - za kogokolwiek się uważamy- i pozostała tylko niepersonalna świadomość oddechu. Jednym z synonimów ignorancji jest przekonanie o byciu podmiotem istniejącym w przestrzeni i czasie, umysł swobodnie wędrujący od przeszłości ku przyszłości tylko utrwala takie złudne przekonanie. Skupienie czy koncentracja znacznie ułatwiają spostrzeżenie przeszłości i przyszłości jako nie moich, nie-ja.
*
Pytanie brzmi: czy sposób, w jaki nadajesz sens Dhammie, rzeczywiście uwolnił cię od cierpienia? Czy na podstawie swojego zrozumienia zdołałeś całkowicie wycofać się z obszaru, w którym cierpienie mogłoby cię dosięgnąć? Jeśli nie – twoje rozumienie Dhammy wymaga korekty.
**
Gdyby sens jaki nadaję Nauce Buddy rzeczywiście uwolnił mnie od cierpienia, bez wątpienia należałoby mnie opisać jako arahata. Ale nawet nie bycie arahatem nie oznacza, że zrozumienie Dhammy koniecznie wymaga korekty. Oczywiście z pewnością może tak być. Nie mniej dobrze jest sobie uświadomić że istnieją dwa poziomy ignorancji, ta refleksyjna, gdzie błędne poglądy są formułowane, i ta na poziomie pre-refleksyjnym, manifestucja się postawą "jestem".
Zrozumienie Dhammy sotapanny nie wymaga korekty a tylko realizacji, gdzie po porzuceniu błędnego poglądu (sakkayaditthi), postawa "jestem" zostaje zobaczona jako fundament, esencja wszelkiego cierpienia. Porzucenie tego cierpienia może jednak zająć sporo czasu.
Jako artykuł wstępny do książki o fenomenologii być może bym polecił ale jako wstęp do Nauki Buddy, którego esencję można określić jako nauka o cierpieniu i jego wstrzymaniu, gdzie autor nic nie wspomnienia, że jest to cierpienie którego puthujjana nie rozumie, milczy o dwóch poziomach ignorancji, nie wspomina o doktrynie anatta, wydaje się sugerować że nie tylko nie zdołał się całkowicie wycofać się z obszaru, w którym cierpienie mogłoby go dosięgnąć, (wyobrażenie "jestem") czyli poza stan istnienia (bhava), ale nawet nie widzi jasno, że samo "jestem" puthujjany jest cierpieniem, niezależne od tego czy uważa się on za szczęśliwego czy nie. Można by powiedzieć że szczęście puthujjany jest większym cierpieniem, gdyż tylko puthujjana który odczuwa poważny dyskomfort psychiczny zaczyna się rozglądać za ucieczką z cierpienia.
Przyznam, że nie byłbym aż tak pewny statusu samsarycznego autora, tylko na podstawie tego artykułu. To czy inne zniekształcenie Dhammy zawsze może mieć jakieś korzystne dla autora wyjaśnienie. Ale jak powiedział pewien generał: są granice których przekroczyć nie wolno, i autor uczący nas że mimo tego iż sotapanna nie jest wolny od awersji ... jest wolny od awersji, a do tego sprowadza się twierdzenie o niewzruszoności sotapanny, jakoś nie może być przeze mnie traktowany zbyt poważnie. A co dopiero gdy należy do grupy mnichów twierdzących że celibat jest niezbędnym warunkiem sotapatti. Sam w sobie ten błąd jeszcze może być przeoczeniem np historii Yasy. Jednak poszukiwacz prawdy, o szlachetnej naturze - bynajmniej nie mam tu na myśli technicznego terminu ariya - potrafi się przyznać do błędu. Ktoś kto promuje sam celibat (co chwalebne samo w sobie) i ideę że celibat jest niezbędnym warunkiem sotapatti, co zaprzecza Suttom, gdy poddany pytaniom zamiast uczciwie przyznać się do błędu, woli tak lawirować, że kończy twierdząc iż zgodnie z Hillside Hermitage możesz odbyć akt seksualny wieczorem a rano osiągnąć sotapatti jako celibatariusz, najwyraźniej cierpi na poważną awersję do prawdy, o ile ta prawda zaprzecza jego poglądom.
Tak się zastanawiam. Ludzie wierzący w Buddę dobrze "wiedzą" - wierzą - że są tu i teraz w tej sytuacji gdyż od miliardów lat błędnie wierzyli w swoją własną mądrość i statystycznie rzecz biorąc, żeby nagle w tym życiu zmądrzeli wydaje się dość mało prawdopodobne. Oczywiście statystyka statystyką, nie mniej trochę więcej sceptycyzmu wobec własnego zrozumienia by nie zaszkodziło. Jeżeli człowiek jest zmuszony lawirować, zmieniać powszechnie obowiązującą definicję celibatu by dopasować ją do własnego błędnego przekonania, zamiast po prostu dopasować swe przekonania do powszechnie uznanej definicji, mianowicie celibat to jednak świadome powstrzymywanie się od stosunków seksualnych i masturbacji przez jakiś określony czas (mąż który wiernie czeka powrotu żony z sanatorium nie jest jeszcze celibatariuszem), no to coś jest poważnie nie tak.
Podsumowując: fenomenologia ułatwia zrozumienie Dhammy tylko w tym względzie że jej metody opisu, użycie języka jest podobne do tego jaki znajdujemy w Suttach. Znajomość takiego języka czyni opisy znajdujące się w Suttach nieco bardziej przejrzystymi, ale w żadnym wypadku bardziej zrozumiałymi. A jak się zacznie czytać Heideggera, to człowiek jednak zaczyna się zastanowić czy nie łatwiej wpierw zostać sotapanną a potem zacząć starać się zrozumieć tego filozofa.
Nawet jeżeli coś w tym jest, to w sumie listy Nanaviry dostarczają wystarczającej informacji na temat tej metody, co więcej, w odróżnieniu od podręczników fenomenologi, jest w nich to co najistotniejsze: doktryna anatta.
W odróżnieniu od Nanaviry, ja raczej poleciałbym jako przydatną w zrozumieniu Dhammy dziedzinę psychologii związaną z samooszukiwaniem, i zniekształceniami percepcyjnymi. Wszystkio to jest w mniejszym lub większym związku z "ja". Zniekształcenia percepcji starają się utrzymać pozytywny wizerunek siebie samego. Oczywiście poznanie prawdy nie jest rzeczą łatwą, nawet wybitny psycholog umiejący w praktyce rozpoznawać u innych te zniekształcenia, sam może być ich ofiarą bez zdawania sobie z tego sprawy. Poza tym nawet jeżeli nie oszukujemy samych siebie, przez tworzenie nierealistycznego wizerunku, sam fakt, że mamy jakikolwiek wizerunek siebie samego, też musi zostać zakwestionowany.
Trudno oczekiwać takiego radykalnego sceptycyzmu ontologicznego od kogoś nie potrafiącego zakwestionować jakiegokolwiek swego poglądu, tylko dlatego że jest "mój" albo dlatego że został wypowiedziany przez "mojego nauczyciela".
Cały artykuł →
Na forum Sutta central można zobaczyć jak młody mnich z HH by obronić tezę iż celibat jest niezbędny do zrozumienia Dhammy, tak się zapędził w swych werbalnych lawiracjach, że skończył twierdząc że ten kto zabawiał się w nocy z dziewczętami i zrozumiał Dhammę następnego poranka, zrozumiał ją dzięki swemu celibatowi. Miłosiernie nawet nie podaję linka. Jak ktoś bardzo chce to znajdzie sam.
niedziela, 9 listopada 2025
Wielu ludzi przeczuwa, iż nosi maski – I aby je ukryć, nakłada następne
W świecie ludzkim przylepienie komuś takiej cechy, jak brak doświadczenia, prostoduszność i szczera łatwowierność, a wszystko to zawiera się w pojęciu naiwności, powoduje, że jednostka przestaje się liczyć w społeczności. Jemu, Andrzejowi, nie zależy na czyjejkolwiek opinii, ale wśród gnomów chciałby być kimś równym. Pleton zauważa reakcję jego, Andrzeja.
– Człowieku – mówi – prostota twoja i naturalność być może sprowadziła nas do ciebie.
Krasnoludki mieszkają jedynie w domach ludzi niedojrzałych.
– Więc czymże jest dojrzałość?
– Maską – odpowiada litościwie tym razem Mechiavelli – zdrowo myślących dorosłych.
Aprobatą dla dużych zbrodni, rozumnym pogodzeniem się z kolejnymi nieszczęściami, poklaskiem dla silnych, gotowością do cierpienia. Także brakiem wiary, nadziei i złudzeń.
Przeczuciem nicości. Bezlitosną walką o utrzymanie się przy wpojonych przez otoczenie pozorach. Drwiną ukrywającą poczucie bezsilności.
Wynika stąd, że on, Jakub, jest człowiekiem dojrzałym.
– Wielu ludzi przeczuwa, iż nosi maski – odzywa się Didirot. – I aby je ukryć, nakłada następne. Powstają warstwy masek. Nazywa się je rolami społecznymi.
Grają w teatrze tak zwanej rzeczywistości. Podbudowują teorię masek naukowymi dowodami, wynikającymi z obserwacji masek i badań nad nimi. Wszystko po to, aby nie zedrzeć maski podstawowej.
Omamieni przez rozum. Zwariowani przez wymyślony porządek masek. Czasem zrywają którąś z kolejnych, by dążyć do nałożenia w ich mniemaniu prawdziwszej, lepszej.
W tym celu zabijają jednostki lub miliony sobie podobnych, wdrapują się na oblodzone szczyty gór, pokonują samotnie oceany, talentem albo siłą przekonują do swej maski. Odnajdują jej pierwowzory w antycznych kulturach lub nieprzewidzianej przyszłości. Obwarowują swoje maski tradycją, nienaruszalnymi prawami kultury, ostrymi ustawami i przepisami, groźbą, lękiem, a także metafizyką. Działają na zewnątrz.
– Jak je zdjąć? – pyta bezradnie on, Andrzej.
– Może się dowiesz. Może zechce powiedzieć ci Lao-Tan.
(...)
– Ty, Zatraceński, zamierzasz jeszcze w tym roku umrzeć. Dlaczego?
Wszystkie kurdupelki patrzą na nas badawczo.
– Jestem znużony – odpowiada on, Andrzej, chociaż tak samo może odpowiedzieć on, Jakub, gdyż świadomość ta jest nam wspólna i nie budzi żadnych kontrowersji.
– Człowiek i krasnoludek – twierdzi Pleton – nim odejdzie w niepamięć, powinien po sobie zostawić ślad. Nie znasz tej ładnej teorii? A czego ty dokonałeś?
Spogląda głęboko w nasze oczy i widzi też nasz siwy zarost, który winien być barwą dokonań. Co z rzeczy wielkich i rzeczy małych, a pożytecznych, wykonał on, Jakub, oraz on, Andrzej, by zyskać moralne prawo do śmierci?
– Nie opłynąłem samotnie Ziemi – powiedzieliśmy oblizując wargi, by poszukać na nich smaku oceanicznej soli.
– Byłoby to dokonanie?
– Niewątpliwie. W samotnej walce z głębokimi, zimnymi wodami okazuje się charakter człowieka.
– To znaczy – Pleton wyciąga szybko wniosek – że wszyscy wartościowi ludzie powinni budować łodzie i wypływać na morza, aby okazywać nieugiętość.
– Nie wynalazłem nic – mówimy skrzatom, aby uzupełnić nasze dokonania.
Zapominamy, że odkryliśmy sposób uzupełniania ubytków na brzeszczotach starej broni, tych szczerb, które powstawały wówczas, kiedy ostrze cięło w zbyt twardą kość człowieka albo dobry pancerz.
– Co to jest wynaleźć?
– W przyrodzie tkwią nieskończone możliwości. Wynaleźć, to zobaczyć jedną z nich. Tę jeszcze nie zobaczoną.
– Ktoś zobaczył gwóźdź? – pyta Ainstein.
– Tak.
– Jak się zwie człowiek, który wynalazł gwóźdź? Gdzie postawiono mu pomnik?
– Nie stworzyłem niczego – stwierdzamy zimno, szukając innych dokonań w swym pięćdziesięcioletnim życiu. – Więc obrazu, rzeźby, sonaty, wiersza, idei, projektu budynku, planu strategicznego. Nienawidzę siebie za bezużyteczną pustkę.
– Co to jest nienawidzić?
– Pragnąć, aby kogoś spotkało nieszczęście.
– Dlaczego pragnąć? – Pleton zaczyna nas denerwować swoją dociekliwością, to znaczy jego, Andrzeja.
– Nienawidzi się za byle co – odpowiadamy ostro. – Za to, co nie odpowiada naszym wyobrażeniom o porządku świata. Za służalczość i za nieposłuszeństwo. Za brudną szyję i za nazbyt czystą. Za mlaskanie przy jedzeniu, ale także za spożywanie zbyt kulturalne. Za kolor skóry oraz włosów. Za niepożyczenie lub nieoddanie jednego grosza, chociaż także za zwrot nazbyt szybki. Za brak albo nadmiar uznania. Za bezimienność i za popularność. Za owłosienie i nieowłosienie. Za obecność i nieobecność. Przesyt i dosyt. Krócej: za to, że ktoś jest taki jak my lub inny.
– A kochać za co? – tym razem ciekawa jest Madame Jeanne Antoinette.
– Za to samo. A najczęściej za nic.
– Ty, Zatraceński, kochasz kobietę? – pyta Sefona.
– Tak. Pannę Nu-Nu.
– A jednak chcesz umrzeć?
– Tak. Chcę.
– Nie przejmuj się, Zatraceński – wzywa nas Yoriko Hiroshi. – Pozostawisz po sobie ślad. Jest w każdej z nas. Urodzimy następne pokolenie twoich krasnoludków.
Niedojrzałemu człowiekowi, jakim jest on, Andrzej, nie daje spokoju myśl, że mądrość wymaga, aby pogodzić się z ludzką naturą. Dlaczego pogodzić? Z jakiej przyczyny budowanie cywilizacji oraz kultury dokonuje się wyłącznie na zewnątrz, bez prób przemiany człowieka?
– Dużo czytałeś, Zatraceński – zauważa ze współczuciem Didirot. – I zrobiła ci się z tego zupa w mózgu oraz uczuciach.
– Przeczytałem pięć tysięcy książek.
– Jesteś ofiarą literatury powszechnej, tej historii daremnych pragnień i niemożności człowieka – komentuje Didirot. – Literatura to setki tysięcy much żerujących na padlinie ludzkiego cierpienia. Przed takim ujęciem sprawy nie da się obronić nawet komedia, gdyż w niej ten, z kogo się śmiejemy, w rzeczywistości cierpi. Śmieszność jest cierpieniem najbardziej hańbiącym.
My, krasnoludki, nie tworzymy literatury ani historii.
I Didirot wdaje się w analizę tego, z czego ludzkość jest dumna i w czym znajduje uzasadnienie swej ciągłości w dziejach. Najpierw dwuznacznie chwali zręczność Helleńczyków za zdrowy pomysł, iż losu nie wypisuje sobie człowiek, tylko kto inny wyplata zdarzenia. Generalnie zdjęcie odpowiedzialności z tego, co ludzie czynią. Krasnoludek opowiada następnie o niegrzecznym Edypie, który tatusia zabił, a z mamusią płodził.
– Zabić swojego męża, Agamemnona. Pokochać siostrzeńca. Zrównać miasto z płaskością krajobrazu. Umrzeć za zwłoki brata. Zabić własne dzieci.
Zabić matkę, zabić stryja, zabić.
Trochę sadzy z komina parowozu wpada przez okno i maluje twarzyczkę Didirota w czarne smugi. Skrzat nie zwraca na to uwagi i gada patetycznie: – Zabić prawowitych mieszkańców, zabić nieprawowitych. Salutować przed śmiercią cezara, prezydenta i starszego sierżanta. Być osłem i w tym stanie wchodzić w kobiety.
No i zawsze jest ktoś lub coś, co przeszkodzi kochać. Ktoś odłączy, rozłączy, utnie jądra, ożeni z nie kochaną. Zabijanie miłości ze strachu, zabobonu, konwencji, zawiści, wstrętu, interesu. Z tego powstaje cierpienie, będące podnietą do pisania wierszy, gorzkich piosenek, rzucania się pod pociąg, cięcia żył, napełniania się gazem, pigułkami, alkoholem i wydzieliną z makówek.
Nadal mówię o literaturze i sztuce.
– Niewiele już zostało – zauważa Mechiavelli. – Bardzo ważny temat: rządzić innymi. Z jakiegoś powodu jest to namiętność przekraczająca inne. Praktycznie warta śmierci miliarda ludzi, aby rządzić resztą dla ich dobra. Bez tych precedensów w dziejach, oczywiście ładnie opowiedzianych, ludziom mogłoby być przykro, gdyby dopiero teraz wzięli się do zabijania i męczenia innych.
– Zawsze to samo – spostrzega Sefona.
– W problematyce zawsze – cieszy się Didirot. – Dlatego najwyżej ceni się formę.
Powiedzieć to samo w sposób jeszcze nie stosowany, jest to zadanie wybitnych artystów.
Nowa forma sprzyja wykryciu nieodkrytego, dostarcza wyższych wzruszeń.
I utwierdza w przekonaniu, że wolność człowieka polega na niezmienianiu swej natury.
– Więc nie wystarcza cierpieć? – kpi Pleton.
– Wszystko ludzi nuży. Tradycyjne formy cierpienia stają się naiwne, więc komiczne. Kiedy człowiek zdecyduje się cierpieć, powinien to robić w sposób odkrywczy.
– Och! – wzdycha on, Andrzej. – To jest zupełnie tak, jak zabić człowieka nieforemnym nożem zamiast smukłym sztyletem o pięknych ozdobach. Zarżnąć zwyczajnym nożem jest to wulgarność, a gdyby jeszcze służył do krajania chleba – sentymentalny symbolizm. Natomiast wbić w serce, koniecznie w serce, nie we flaki wypełnione nawozem, sztylet z wyżłobieniem do spływu krwi, z rękojeścią przypasowaną do zgrabnej dłoni, uczynić z owym ostatecznym błyskiem przed uderzeniem, to jest ładne. I kiedy jest to sztylet Borgiów lub Medyceuszów, myśl natychmiast biegnie ku przeszłości, wiąże z tradycją, wyzwala od winy. Tak się tworzy sztuka morderców.
– Oszalałeś? – krzyczy on, Jakub, śledząc myśli swej drugiej osoby. – Jesteś potwornym cynikiem!
– Ja? – dziwi się on, Andrzej. – Cyniczne są krasnoludki.
(...)
– Ja – ciągnie on, Jakub, chłodno i rzeczowo – nie mam nic przeciwko wytworom twej dziecięcej wyobraźni. Mogą to być krasnoludki, Mefistofeles, baba-jaga.
Cały zasrany świat symboli począwszy od chińskich smoków. Ale, mając tak wielki wpływ na nasze ciało, w którym żyć musimy obaj, żądam tolerancji i równouprawnienia dla mojego rozumu. I poczynań zgodnych z jego racjami.
– To się nie da pogodzić – wtrąca szybko Pleton. – Albo nie jest sprzeczne.
Wszystko zależy od definicji rozumu jako kategorii filozoficznej. Jeżeli, ogólnie rzecz biorąc, potraktować rozum jako podmiot postrzeżeń, pamięci, wyobrażeń, uczuć, pojmowania i tak dalej, to krasnoludki mogą istnieć lub nie istnieć jednocześnie dla was obydwu, Zatraceński.
Natomiast jeśli brać rozum jako władze umożliwiającą prawidłowe rozumowanie, wnioskowanie oraz konsekwentne i ścisłe formułowanie myśli, to cała sprawa zaczyna zależeć od tego, co dla nas jest prawidłowe. Czy prawidłowe jest to, co wynika z jednego ciągu tradycji zwanej materialistyczną, czy z drugiej?
– Chciałbym zauważyć – mówi Pitigoras – że obydwie tradycje opierają się na bardzo wątpliwych podstawach. Pierwsza zakłada, że życie pojawiło się cztery miliardy lat temu, co nie jest takie ważne, w wyniku sprzyjających mu okoliczności. Morska woda, pioruny, reakcje chemiczne w brudnym garnku oceanu.
Zauważcie: wzięło i pojawiło się. Reszta natomiast to już logiczne wnioski oparte na niezmiennych prawach przyrody. Tyle że nie wiadomo, czy te prawa są identyczne na Ziemi i w dalekim kosmosie. A jednak krasnoludki to się nie mogły wziąć i pojawić. Tradycja druga szuka przyczyny i w przyczynie pierwszej, co podobno nie jest zgodne z rozumem. Bardzo komiczny dylemat. Oczywiście my, krasnoludki, powinniśmy być za tradycją drugą. Przecież niekoniecznie: po prostu pojawiamy się w sprzyjających okolicznościach. Na przykład w wyniku nagromadzenia się w Bałtyckim Morzu w głębi Landsort ludzkiego gówna, które spływa rzekami razem z tysiącami chemicznych odczynników, z mazutem, cząstkami organicznymi oraz innym łajnem. Do tego należy dodać zatopiony po pierwszej waszej wielkiej wojnie iperyt, niewypały bomb głębinowych oraz min i akumulatory z zatopionych okrętów. Nie bez znaczenia były też siuśki, jakie oddają w morzu kąpiący się plażowicze, resztki z puszek po piwie oraz pomyje z zup spożywanych na statkach. Ingrediencje owe przemieszały się, połączyły w stosownej temperaturze, wybuchła tam zabłąkana torpeda i w efekcie powstała gromada krasnoludków.
Warunki były na tyle sprzyjające, że zamiast obdarzonych życiem pojedynczych komórek, od razu pojawiły się całe skomplikowane organizmy podobne do ludzkich, tyle że mniejsze. I to w ubrankach z odpadków. I tak Yoriko Hiroshi w majtkach, a Madame Antoinette de Pampadour bez.
– Jesteś niepoważny – on, Jakub, zaczyna się uśmiechać do niego, Andrzeja.
– A przecież obaj zdecydowaliśmy, że umrzemy, gdyż nie ma odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie.
– Jeśli – mówi on, Andrzej – bylibyśmy dziś w innym miejscu na Ziemi, wykonywali inne czynności i oddychali powietrzem różnym od tego, które dusi nas tutaj, owo pytanie i tak nie zyskałoby odpowiedzi.
– To jest rozsądne – mówi on, Jakub. – Bardzo rozsądne.
ANATOL ULMAN
Potworne poglądy cynicznych krasnoludków
sobota, 8 listopada 2025
Ukraińska flaga na obiektach rządowych to symbol złodziejstwa polityków...
Z "frontu" ukraińskiego
Jindřich Rajchl :”Wyjątkowo muszę całkowicie zgodzić się z Olgą Richter [liberalni proukraińcy]. Ukraińska flaga na budynku Sejmu jest rzeczywiście potężnym symbolem. I to jest symbol złodziejstwa polityków z koalicji pięciu, którzy zamiast pracować dla naszych obywateli, kradli miliardy z podatków na wsparcie przestępczego reżimu Władimira Zelenskiego. Którzy uczynili ukraińskich migrantów świętymi i nietykalnymi obywatelami pierwszej kategorii, a nasz naród Czeski był dla nich niewolnikami, którzy mają ukraińcom służyć i dziękować za pobłogosławienie ich swoim przybyciem.
Który zamienił przyjaźń ze Słowacja i Węgrami na psią lojalność wobec Kijowskiej junty złodzieji.
I tak jest całkowicie słuszne, że ten symbol został usunięty z honorowego miejsca przed sejmem. Żółte i niebieskie flagi, które zdradzieccy politycy wywiesili na swoich oknach, pokazały nam tylko ich prawdziwe oblicze. Maski zostały zdjęty, a my już przekonaliśmy się, że Ukraina jest dla nich ważniejsza niż Czechy.“
I zalecił: „jeśli naprawdę zależy wam na Ukrainie i zależy wam na jej losie tak bardzo, jak twierdzicie, przestańcie nam to pokazywać swoimi niezręcznymi gestami i idźcie do swoich braci, aby pomóc w okopach Pokrowska. Żołnierzy jest tam tak mało, że porywają teraz wszystkich. Chociaż nie zgodziłbym się z tobą, przynajmniej szanowałbym Twoją zdolność do poparcia swoich słów prawdziwymi działaniami. Obecnie jesteście tylko klaunami cyrkowymi, którymi gardzę.“"
https://pbs.twimg.com/media/G5KS6vyWgAAMGdt.jpg
Ukraińcy zakatowali Polaka. Usiłowali odciąć mu rękę z patriotycznym tatuażem i prawie odcięli
.. https://kresy.pl/wydarzenia/media-ukraincy-okaleczyli-polaka-usilowali-odciac-mu-reke-z-patriotycznym-tatuazem/
Banderowscy naziści z ukrainy uczcili brygadę SS „Dirlewangera” znaną z masowych mordów i gwałtów na Polskich kobietach i dzieciach po Powstaniu Warszawskim w 1944 roku oraz masowych mordów i gwałtów na Słowackich kobietach i dzieciach po Słowackim powstaniu narodowym.
https://x.com/HavryshkoMarta/status/1987131477251809303/photo/1
piątek, 7 listopada 2025
Blisko 45 procent wiedeńskich pierwszoklasistów nie zna języka niemieckiego
Blisko 45 procent wiedeńskich pierwszoklasistów nie zna języka niemieckiego – poinformowały władze austriackiej stolicy. Siedem lat temu było to niewiele ponad 30 procent.
Z raportu opublikowanego we wtorek przez Urząd Miasta Wiednia, wynika, że spośród 16,7 tys. uczniów, którzy we wrześniu tego roku rozpoczęli naukę w pierwszej klasie w wiedeńskich publicznych szkołach podstawowych, 7 386 zostało zakwalifikowanych jako osoby z wyjątkowymi trudnościami w nauce.
Zgodnie z oficjalną definicją oznacza to, że dzieci takie nie posiadają wystarczającej znajomości języka niemieckiego, pozwalającej na pełny udział w zajęciach. Odsetek pierwszoklasistów w tej kategorii wynosi zatem około 44,2 proc., podczas gdy jesienią 2018 r. było to „zaledwie” 30,5 proc.
Radna miasta Wiednia ds. edukacji Bettina Emmerling wyjaśniła w rozmowie z dziennikiem „Der Standard”, że jednym z czynników, które doprowadziły do tej sytuacji, był niewątpliwie napływ migrantów. – Czy to z Syrii, czy z Ukrainy: osoby przybywające do Austrii już bardzo rzadko mówią po niemiecku – podkreśliła polityk. Dodała, że kolejna przyczyna to brak asymilacji znacznej części azylantów.
– Większość uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi – 60,9 procent – urodziła się w Austrii – powiadomiła radna, powołując się na dane za ubiegły rok. Media zauważają, że oznacza to, że wiele dzieci migrantów dorasta w odizolowanych społecznościach, gdzie w dużej mierze radzą sobie bez języka niemieckiego.
Zdaniem wiceburmistrza Wiednia Christopha Wiederkehra, problem jest o wiele bardziej złożony. – Pandemia koronawirusa sparaliżowała wsparcie językowe, zapewniane przez personel zewnętrzny w przedszkolach na prawie dwa lata, a smartfony uciszyły wiele rodzinnych rozmów. Do tego dochodzi oszczędność poprzednich rządów federalnych, które finansowały zbyt małą liczbę pracowników wspierających naukę języka niemieckiego – tłumaczył polityk w rozmowie z gazetą.
Władze podejmują określone działania, licząc na poprawę sytuacji. Większe środki przeznaczono m.in. na zatrudnienie dodatkowych nauczycieli, wspomagających naukę języka niemieckiego w przedszkolach. Z kolei władze federalne planują wprowadzenie obowiązku uczęszczania przez uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi na obowiązkowe zajęcia w czasie wakacji oraz wydłużenie obowiązku przedszkolnego do dwóch lat.
Źródło: PAP RoM
Problem nie leży w tym, że 45 procent wiedeńskich pierwszoklasistów nie zna języka niemieckiego, ale w tym, że te 45 procent w ogóle nie powinno mieszkać ani w Wiedniu, ani w Austrii. Można argumentować, że ludzkość jednak poczyniła jakiś humanitarny postęp, gdyż kiedyś by zniszczyć kraj trzeba było używać przemocy fizycznej. A teraz proszę bardzo, bez jednego wystrzału, rodowici mieszkańcy Austrii ustępują miejsca nachodźcom. Otóż nie jest to takie jasne. Pewien polityk już dość dawno prorokował morze krwi. I niestety całkiem możliwe, że jest to dokładnie to co czeka Europę. Już nawet nie dlatego, że w pewnym momencie przeciętni Europejczycy sami zrozumieją jak bardzo zostali oszukani i chwycą za broń. Raczej dlatego że w pewnym momencie ta wymiana populacji przyjmie formę fizycznej eliminacji. No cóż, żadna cywilizacja nie jest wieczna, i chyba mamy okazję bycia świadkami spektakularnego upadku cywilizacji stworzonej przez Białego Człowieka.
wtorek, 4 listopada 2025
Zatraceński na weselu
Zaprzecza się naszej narodowości oraz męskości. Podaje w wątpliwość naszą godność i honor. Dowodzi się nietolerancji, pogardy wobec ludzi, agresywnej mizantropii, a nawet przypisuje rasizm. Mówi się o naszym wywyższaniu, nadmiernym poczuciu ważności i wulgarnym chamstwie. Chcą nas bić i biją zresztą, wyciąć różne elementy ciała, opluwają.
Każą całować dupę. Pewna dama w tym celu wystawia ją na wieczorne światło, nie jest to dama zupełnie brzydka w tej części swojej osobowości fizycznej.
Skrzaty z jakiegoś powodu odradzają nam ten przedwieczorny, związany z interesami spacer.
– Nie chodź – mówi serdecznie Pleton do niego, Andrzeja. On, Jakub, śmieje się z pełnego obaw nastroju Andrzeja.
– Musimy, durniu, odnieść to lustro. Było zamówione, jest zrobione i przyniesie spory zarobek. Poza tym stanowi ślubny prezent matki dla ukochanego syna.
On, Jakub, jest dumny z dębowej ramy, którą podrzeźbiliśmy na styl barokowy, pracując z poświęceniem w duszącym powietrzu rozżarzonego lata. Rama okala zwierciadło na przyszłą drogę życia nieznanych nowożeńców.
O każdym działaniu lub jego zaniechaniu powinien decydować rozsądek, a nie rozmazane przeczucia czy rady krasnoludków. Tym razem on, Jakub, kieruje naszym wspólnym ciałem.
Z lustrem, opakowanym pieczołowicie w stary, muzealny afisz, jedziemy autobusem, a potem idziemy na ulicę Jana Kozietulskiego. W dużym ogrodzie budowany jest dom dla szczęśliwej, zawiązanej właśnie rodziny. Z ziemi, wśród połamanych owocowych drzew wyrosły już fundamenty osłonięte prowizoryczną podłogą z grubych dech.
Właśnie na niej odbywa się wesele.
Przypalonego przez słońce i pokrytego kurzem weselnicy uznają nas pierwotnie za stróża, strażnika gór i Skarbnika kopalnianego. Jest to przyjemne. Ponadto snują jednak przypuszczenia, że jesteśmy Żydem Wiecznym Tułaczem, włóczęgą podążającym do Katmandu, obieżyświatem, który trafił na zamknięte koło wędrówki. Jest to nieprzyjemne. Na mocy nieprzyzwyczajenia do ludzi z nieładnymi długimi włosami i nieporządnie ogolonym zarostem, gdyż niezbyt regularnie dokonujemy postrzyżyn oraz golenia, obecni na uroczystościach traktują nas prawie wrogo, zwłaszcza że nie wyciągamy dłoni po pierwszy i następne kieliszki. Być może wybaczono by nam roboczy strój podczas takiej uroczystości (mamy na grzbiecie spraną, przyprószoną pyłem koszulę), a nawet zmierzwione włosy, gdybyśmy dostosowali się do obyczaju i pili za zdrowie tych, którym zdrowia życzono. Z pięciu tysięcy książek wiedzieliśmy, że gdy trafia się do obcego plemienia, należy zaaprobować panujące tam formy, więc na przykład jeść dżdżownice, skoro są jedzone, i spać z pachnącą tranem żoną gospodarza, jeśli gość jest obowiązany to uczynić. Nie byliśmy jednak gośćmi i nie łaknęliśmy alkoholu w sprażony słońcem dzień.
Jesteśmy obcym ciałem, w które przecież oni chcą przetoczyć krew krążącą w zbiorowym organizmie zabawy, a my wytwarzamy barierę immunologiczną.
Upatrzono nas na błazna, więc obiecują sobie wiele i jesteśmy gotowi dać z siebie wszystko, by sprawić przyjemność weselącym się ludziom. Zbliżając się do nich, wzbudzamy życzliwą wesołość, ktoś krzyczy:
– Mamy nawet błazna na królewskim dworze!
Tedy nasza obecność może podnieść rangę wesela. Tylko królowie posiadali błaznów, więc pan młody staje się królem, a jego kobieta królową. Przyjmujemy tę funkcję z gotowością. Nasza stara, pomarszczona twarz jest obliczem błazna.
Zamierzamy mówić rzeczy dowcipne, lecz prawdziwe, takie są uprawnienia trefnisia. Mówimy więc, kiedy nalano nam wódki:
– Błazen nie pije, bo musi być inny.
Ale oni mają przeciwne wyobrażenia o błaznach, prawdopodobnie z cyrku, spodziewają się zabawnych sytuacji, a nie mało śmiesznych prawd. Pouczają nas o tym czynnie, gdyż ktoś wylewa alkohol na naszą głowę, co wzbudza wesołość. Nie każdy mózg zmoczony powierzchownie wódką jest śmieszny. Gdy chwytamy pierwszą z brzegu butelkę żytnią i wylewamy na czuprynę tego, który zabawę zapoczątkował, otoczenie nie uważa naszego działania za komiczne. Otrzymujemy mocny cios w brzuch, skręcamy się i padamy na ziemię.
Znów wszyscy rechoczą, a przez to wybaczają nam niegrzeczny postępek, niemniej odmawiają wszelkich wartości ludzkich w prymitywnych wiązankach słów. W ten sposób przestajemy być błaznem, ale także i człowiekiem. Ktoś bąka, jest to na pewno sentymentalna kobieta:
– Tułacz.
Tułaczy się w naszym kraju nie bije, więc weselni goście tylko plują nam na koszulę, ale nikt nie podnosi karzącej ręki. Jest to zresztą zabawa ludzi kulturalnych i konsekwentne bicie starszego człowieka mogłoby zepsuć jej lekki nastrój.
Zaraz zresztą objawia się znana serdeczność Polaków: bez przerwy poszukują dla nas pustych naczyń lub wręczają swoje, bez sknerstwa wypełniając je wódką. Poza tym nie jesteśmy ważną osobą. Pozycja ta należy do młodego człowieka, który wziął sobie tego dnia młodą kobietę na całe życie, by razem powoływać do istnienia następnych ludzi oraz wspierać się w złym i dobrym.
Starszy pan, siwy i dostojny jak Bóg naszej młodości, mający ponad sześćdziesiąt lat, uznaje nas nagle za swego dziadka, co stwierdza, głaszcząc jednocześnie z przywiązaniem po barku.
– Dobrze, że dziadek też przyjechał na wesele prawnuczki.
– To mój obowiązek – mówimy. – Bywam na weselach wszystkich prawnuczek.
Ten człowiek całuje nas w czoło i żartobliwie wymawia zbyt ostre pijaństwo.
Nasze włosy pachną bowiem żytem przerobionym na żytniówkę. Nie wstydzi się jednak zapitego protoplasty, co potwierdza:
– Ja tam nigdy nie ukrywałem, że dziadek jest wieśniakiem na kawałku piasku i gliny. Nigdy!
Nie jest jednak zadowolony z naszego wyglądu: – To wasze chłopskie skąpstwo!
Mógł się dziadek ogolić. I spodnie założyć świąteczne.
– Wtedy, gdy żyłem – powiedzieliśmy chyba zgodnie z prawdą – nie miałem spodni.
Chodziło się w lnianej koszuli.
– No tak – bąka niechętnie i z plastikowego kosza wydobywa zimną, spieczoną nogę kaczki, którą nam wręcza jak sztafetową pałeczkę pokoleń.
– Dziadek zje – mówi i szepce nam na ucho: – Ale bez mlaskania. Dzisiaj się już nie mlaska.
Kacze mięso od wnuka nie uwłacza dziadkowi w czasach, kiedy stanowić może tylko wspomnienie. Jemy tę nogę i jeszcze kawałek piersi. Bardzo to smaczne, a mięsa wokół tyle, że on, Jakub, racjonalnie martwi się, czy nie zostaną obniżone w kraju przydziały kartkowe po takim weselu. Odmawiamy jednak wypicia okowity i ten drobny fakt uprzytamnia naszemu rozmówcy, iż nie możemy być jego dziadkiem. Zostajemy nazwani oszustem. Tylko oszuści nie piją alkoholu, by móc oszukać ludzi uczciwych. Nie dajemy się jednak wnukowi szarpać za koszulę, delikatnie odstawiamy go od dziadka.
Nadaremnie szukamy kobiety, która zamówiła lustro. Jest nieuchwytna, choć każdy ją przed chwilą widział, przecież kieruje weselem i tym tłumem ludzi na zrębach nowego domu i wśród drzew rozległego ogrodu. Orkiestra gra, co jest modne.
Wieczorna spiekota odbiera gościom wigor: pojadają leniwie i łykają płyny nie tyle z apetytem, co ze wstrętem.
Nagle jesteśmy zaatakowani przez podstarzałą damę, której nogę wyciągniętą na trawie przestąpiliśmy nieostrożnie i znaleźliśmy się między grubymi łydami rozstawionymi szeroko, czemu winien jest brzuch kobiety, cieknący między rozwarte pod spódnicą uda. Rozrywa właśnie rękoma jakieś tłuste mięso i wkłada je do jamy ustnej, na spódnicy zbierają się niedojedzenia. Zauważa nas z powodu cienia, który rzucamy na jej opuchłą twarz, stając między słońcem a człowiekiem.
– Ty skurwysynu – mówi i jest to może najtrafniejsze określenie, jakim kiedykolwiek scharakteryzowali nas ludzie. Wypluwa jakieś kostki.
Zatrzymujemy się, widząc chęć nawiązania rozmowy, w której nie będzie konwenansów.
– Stój, skurwysynu! – potwierdza tę chęć. Ciemnymi, tłustymi łapkami sięga po szklankę, z której wylewa za siebie czerwoną lemoniadę i chyba zauważa gęsi smalec lub kurzą galaretę na dłoniach, ociera bowiem najpierw jedną, a potem drugą o spódniczkę, przekładając szklankę.
Pojmujemy, iż ma jakiś żal do nas. W takich wypadkach trzeba pozwolić na upust, aby się cierpienia pozbyć, wynika to z zasad psychoanalizy. Nie jesteśmy w stanie opuścić tej kobiety z oczyma białymi od wódki, mimo rozsądku jego, Jakuba. Nalewa nam pełną szklankę alkoholu ze stojącej przy niej butelki, ale podaje niewiele, lokując połowę w materiale spódnicy. Bierzemy od niej szklankę, gdyż jest niewiastą nieszczęśliwą, a dzieli się z nami tym, co najbardziej lubi, piękna cecha człowieka. Wylewamy napój na ziemię, kiedy ona napełnia swój kieliszek.
– Nigdy nie chciałeś pić ze mną, tylko z różnymi – mówi srogo. – A teraz nie masz z kim, dlatego wziąłeś.
Zaprzeczamy temu faktowi, bo ona tego oczekuje. Nasza niezgoda na jej prawdę uruchamia w niej to, co ma do powiedzenia. Najpierw charakteryzuje nas za pomocą wyrażeń oraz zwrotów sprzęgających w najdziwniejszych wyobrażeniach kobiece i męskie wstydliwe elementy ciała. Potem odtwarza nasze obfite, lecz niewybredne życie erotyczne polegające na bezustannym wtykaniu każdej, jaka stanęła nam na drodze.
– Chyba – zauważamy z woli jego, Andrzeja – która leżała nam na drodze?!
Ale ona nie słyszy nas, gdyż mówi w natchnieniu, z mocą, która daje bunt przeciw brudowi moralnemu i poczucie latania po szczytach gór, kiedy tymczasem w dolinach my, Jakubowie i Andrzejowie, wtykaliśmy, w dodatku po innych mężczyznach, co budzi największe obrzydzenie, jeśli pomyśleć, ilu ich było oraz będzie w jednym kobiecym otworze, które przecież nie jest cylindrem spalinowym silnika. Czyniąc te rzeczy, ociekające wstrętnym wodnistym smalcem, jednocześnie rozdawaliśmy dziwkom mienie tej kobiety, albowiem sama nasza uroda nie skłoniłaby tamtych do zadzierania spódnic, zadzierania potrzebnego, by uczynić dostęp wtykaniu. Tamte nasze kochanki nie były więc bezinteresowne, sprawia to nam największą przykrość, gdyż teoretycznie jesteśmy za wtykaniem ze wszystkich powodów z wyjątkiem wymiernych korzyści. Rozumiemy również, ze względu na częste nawroty do tej sprawy, że najbardziej bolesne dla naszej rozmówczyni było wetknięcie pewnej Niemce, zagadnienie tedy wiąże się z patriotyzmem. Czerpiąc trochę mocy od monologizującej kobiety, stanowczo zaprzeczamy, iż tamtym nie, a tej na pewno nie. Ona przekrzywia głowę niby ptak i pyta: – Nie?
– Nie! – kategorycznie jesteśmy za wtykaniem z przyczyny pięknych uczuć oraz za przedstawicielkami naszego narodu.
Rozgniewana uderza pięścią w butelkę i tłucze ją bez żadnej dla siebie krzywdy.
– Z Niemką też – mówimy pojednawczo. Później pochwali Andrzeja za to Mechiavelli.
Nie dlatego, że nie należy zabierać ludziom radości upierania się przy szczegółach, ile że zawsze trzeba poddawać się wściekłości i sile innych dla świętego, zawsze pożądanego spokoju.
Kobieta ma przy swoim boku zapas pełnych butelek, więc dolewa sobie do kieliszka, aby uzupełnić siły, i płacze w poczuciu udowodnionej krzywdy.
Dowiadujemy się, że kochała nas, dlatego opuściła starego męża oraz dzieci i zamieniła słoneczne duże pokoje na ponure pudełka naszego domu. Ona wierzy w miłość i on, Andrzej, odczuwa dumę, iż byliśmy tak kochani przez kobietę wierzącą w miłość. Niestety, interesowało nas tylko wtykanie, stąd te nasze późne powroty do domu, gdzie przecież nie tylko wódka, ale pełno jedzenia w lodówce.
– Szablę – mówimy wyjaśniająco – lub szpadę należało naprawić, oczyścić, wypolerować.
Także po godzinach pracy, ludzie bowiem czekali w muzeach, by zobaczyć, jak zarzynano dawniej.
– Miała nogi jak szable – mówi kobieta – owa kurewska Niemka. I wtykałeś jej szpadę w te szable.
Rejestr win, których nie dostrzegliśmy ongiś, zawiera również dywan zniszczony lutowaniem oraz sofę zużytą przez nasze odpoczynki. Zużyliśmy wszystko, co mężczyzna może zabrać kobiecie i zużyć, więc jeśli nawet może nam zapomnieć niepohamowane wtykanie, dywan z kroplami cyny jest nie do wybaczenia. Nigdy nie posiadaliśmy dywanu, także lutowanego cyną, sofy, a także Niemki z szablistymi udami, przecież wierzymy w prawdę różnych ognistych przemówień, zwłaszcza kiedy dominuje w nich niezaprzeczalna, ulubiona przez niego, Jakuba, logika. Kobieta, zataczając rondo w swej wypowiedzi, określa nas ponownie w sposób pierwotny i składa życzenie, abyśmy zgnili, rozłożyli się szybko jak nasza matka, co oznacza, iż odgadła naszą wolę i podziela utrwalone w nas pragnienie.
Życzenia kończą rozmowę, ona podkurcza nogi, byśmy mogli odejść i dźwigać winy, skoro nie rozpoznaliśmy tkliwych uczuć, jakimi nas kiedyś obdarzyła. Rzuca butelką, wódka oblewa nam plecy, a kobieta płacze rzęsiście. Siedzące i stojące obok panie napinają się groźnie. Idziemy dalej, gdzie młode małżeństwo, wtulone w siebie, patrzy w swe twarze.
Świeża mężatka dostrzega nas, chociaż oczy ma utkwione w źrenicach towarzysza, i szepce: – Śmierdziel.
Jest to niewątpliwie skutek niewłaściwego stroju, który nie przystoi na weselu.
Mąż młodej kobiety wyraża chęć usunięcia nas z uroczystości, za co pogłaskano mu grzywę. Nie goni nas jednak, ktoś mógłby mu ukraść śliczną kobietę.
Idziemy między drzewami omdlewającymi od upału. Ktoś podstawia nam nogę i w tej pozycji, w jakiej potem leżymy, kilka osób proponuje wódkę. Odmawiamy. Jest to na rękę obecnym, gdyż opór uzasadnia wszelkie kontrdziałania. Ale wcale nie nasza niechęć do alkoholu, lecz wcześniejszy, być może zbiorowy zamysł powoduje, iż w biegu dalszych wydarzeń jesteśmy zmuszani do przyjęcia nowej religii albo ideologii, mimo że nie mamy żadnej starej. Gromadce weselników wśród spieczonych słońcem drzew jabłoni oraz grusz przewodzi niski mężczyzna o oczach niebieskich i tak wypłowiałych, jakby potrafił otwarcie patrzeć w słońce i zmuszać je do posłuchu. Zwracano się doń: pan Adam, więc może od niego zaczyna się gatunek ludzki. Jest kurduplem, a jednak przewyższające go wzrostem otoczenie gorliwie wypełnia polecenia.
– Zaatakujemy go z różnych płaszczyzn – mówi o nas pan Adam.
Dwu mężczyzn, na pewno uprawiających kulturę fizyczną, staje butami na naszych dłoniach wyciągniętych do przodu, a trzeci, bojaźliwie wprawdzie, siada na naszych łydkach, co trzyma nas długo w pozycji jakby leżenia przed ołtarzem, którego jeszcze nie ma, ale który zostanie przygotowany.
– Żeby to wypadło po bożemu – mówi Adam.
Ten chabrooki człowiek bystrze zauważa leżącą opodal skrzynkę zawierającą sześciocalowe gwoździe i praktycznie, mimo swych mistycznych albo i racjonalistycznych idei, postanawia je wykorzystać. Rozważa więc, myśląc głośno, możliwość przybicia naszych dłoni do najbliższego drzewa. Uświadamia sobie jednak, że my, przypadkowy gość na weselu, moglibyśmy potem zostać pierwszoplanową postacią całego kultu, zna precedens z przeszłości człowieka.
Opowiada leniwie wszystkim dokoła tę starożytną historię ukrzyżowania, ale deklaruje się przeciw naśladownictwu. Każe tedy młodej dziewczynie zabrać skrzynkę z gwoździami, by nie kusiły go możliwością.
W towarzystwie pana Adama znajduje się także kilka dam w wieku średnim.
Przytupują głucho w wypaloną żarem murawę, gdyż orkiestra gra w rytmie rocka muzykę do tańców góralskich. Widzimy z naszej pozycji nogi tych kobiet do kolan oraz ich stopy w pantofelkach, mimo że w kraju brakuje butów. Kobieta wyznaczona przez pana Adama nie podejmuje swojej roli z wielką chęcią, wszakże podejmuje ją, gdyż się boi. Cudzy strach, myśli on, Andrzej, należy zrozumieć i usprawiedliwić jego skutki.
– Pani będzie uprzejma uruchomić się – mówi pan Adam, a kobieta prosi, by inni na to nie patrzyli.
– Uszanujmy wstyd pani Olgi – nakazuje pan Adam.
W każdym razie ona się uruchamia, wykonując bardzo zwykłe czynności, chociaż może niezbyt zwykłe w tej sytuacji, gdyż staje do nas tyłem i z drżeniem, niby żaba skaczą jej wyraziste mięśnie łydek, unosi do góry dolną część doskonale skrojonej spódnicy. Czyni to z wahaniem, przecież ciągnie skutecznie wzwyż, aż ukazują się w całości jasnobłękitne majtki w kolorze oczu pana Adama. Powolność i niezdecydowanie ustępują nagle, kiedy chwyta kciukami za gumkę niezapominajkowych, króciutkich majtek, by zsunąć je na uda. Pan Adam, mocno ciągnąc nas za włosy, unosi naszą głowę, byśmy patrzyli na to, co się objawiło.
Kazano nam patrzeć ze czcią.
Te nie nazbyt obfite, starzejące się, białe, gdyż nie obcujące ze słońcem, pośladki istoty ludzkiej rodzaju żeńskiego wydają się zupełnie ładne i natychmiast szukalibyśmy stosownego porównania, jak podczas konkursu urządzonego przez nimfy, gdyby nie sytuacja, oglądanie bowiem kobiecego tyłka powinno zależeć wyłącznie od chęci obojga zainteresowanych.
Trzeba jednak, racjonalnie myśli on, Jakub, uwzględniać fakt, iż żyjemy w społeczeństwie, więc inni wiedzą lepiej, co jest dobre dla pozostałych.
Nie chodzi tu jednak o zgorszenie starzejącego się człowieka ani nabycie mu głowy przymusową żądzą, obywatel imieniem Adam żąda, byśmy uznali pupę za jedyną świętość. Nie chodzi mu o pośladki właśnie tej kobiety, stojącej nieruchomo niby posąg, niewątpliwie już bez wstydu, gdyż w tym jej miejscu nie zauważamy śladów rumieńca. To, co pani Olga nam okazuje, jest wyłącznie modelem idei, niedoskonałym trochę wyobrażeniem istoty tego, co powinniśmy odtąd za najważniejsze uważać.
– Problem jest taki – uroczyście mówi pan Adam – że dupa stanowi kwintesencję wszelkiej egzystencji.
Nie jest zainteresowany naszym chwilowym hołdem złożonym pod przemocą. Człowiek ten pragnie, byśmy na zawsze uznali to, w co sam wierzy. Z kolei racjonalnie uważa, że jego wiara jest najlepsza, skoro sam ją wyznaje. Niewątpliwie jest prorokiem lub ideologiem nie cofającym się przed żadnymi metodami przekonywania niewierzących, gdyż liczy się szlachetny cel. Poczynania takie, jak później jemu, Andrzejowi, wyjaśnił Didirot, wypływają z ludzkiej dobroci, znalazłszy bowiem prawdziwy ideał, ludzie nie zatrzymują go dla siebie, jak wszystko inne, lecz uporczywie dzielą się z resztą.
– Doprowadziłem cię, ciemny człowieku – mówi pan Adam w natchnieniu – do najświętszej dupy. I ona mi świadkiem, że czynię to dla twojego dobra, byś żył w szczęściu.
Tylko ona nadaje sens każdemu bytowi w każdej godzinie.
– W istocie – skomentuje rzecz Ainstein – nie był to zły pomysł: nieszczęściem człowieka i krasnoludka są różne wątpliwości. Natomiast zaangażowany w cokolwiek, spędzi życie w celowym działaniu. Dotychczas na ogół sięgano po cele niejasne, niematerialne, doskonałe tylko w pojęciu, faworyzowano idee absolutne zapominając, iż żyjemy przede wszystkim zmysłami. Potem zaczęto czcić wytwory pracy lub ją samą. A przecież najważniejszy jest człowiek, tedy i jego część.
– Przecież mogę skłamać, że uwierzyłem – mamroczemy do pana Adama. Niewygodnie jest mieć głowę uniesioną w ten sposób, w jaki nam ją uniesiono. Bolą również dłonie pod butami dwu silnych mężczyzn. Wydaje się, że nie myślą o naszym fizycznym cierpieniu, skoro pracują dla naszego zbawienia.
– Kłam – pozwala pan Adam, bo znaczenie ma liczba wyznawców publicznie wyrażających aprobatę dla idei. Nagle puszcza naszą głowę. Zwolniona z naprężenia uderza w ubitą murawę, chrupie coś w nosie i cieknie z niego krew.
Kiedy prorok unosi ja ponownie, zlizujemy językiem słony płyn. Własna krew jest zawsze wyborna w smaku.
Kobieta stoi nieruchomo, zaciskając uda, gdyż problem nie w tym, byśmy wierzyli w to, co pupa ukrywa, lecz w całość. Jej pośladki nad obsuniętą niżej błękitną materią wydają się skrawkiem białego nieba, a nawet nawianą przez wiatr wydmą ze śniegu. Gdyby dało się pogłębić ekstatyczny nastrój, któremu ulegamy tylko częściowo, pan Adam miałby szansę zdobyć w nas rzeczywistego zwolennika swej ideologii. Niestety posiadaliśmy, to znaczy on, Jakub, umysł pracujący w różnych okolicznościach. Wiązał on natychmiast skrawki zdarzeń w wyjaśnialną racjonalnie całość, niekoniecznie trafną, ale często przenikliwą, co należało sprawdzać.
Przełknęliśmy swoją krew z odrobinami piachu i wyschłych roślin, zmiecioną językiem z warg, i powiedzieliśmy bardzo głośno: – Ty, Adam, czcisz ją, bo nie potrafisz z nią co innego począć.
Nie musimy tłumaczyć prorokowi, że umiemy jeszcze z kobiecym tyłkiem robić co innego, gdyż ponownie puszcza nasze włosy i tym razem uderzamy czołem, tedy składamy mimowolny hołd. Kobieta osłania przedmiot kultu błękitną materią, która kojarzy się dzieciom z szatami anioła, a potem opuszcza zasłonę spódnicy. Znów drży ze wzburzenia i kiedy powstaliśmy, chwytamy jej bezwolną dłoń, całujemy krwawo i stwierdzamy, że w innych okolicznościach bylibyśmy zdolni do komplementów związanych z urokami jej ciała.
Pana Adama, wyrywającego się nadal ku nam, wyznawcy trzymają za ramiona, możemy więc odejść bez wiary, pogrążeni nadal w poczuciu bezsensu świata. Słońce zachodzi w łagodniejszym już cieple i wzruszających dźwiękach wojowniczych marszów. Obmywamy nieco twarz mineralną wodą z nagrzanej butelki, jakich wiele sterczy z plastikowych skrzynek.
Twarze weselników zacierają się w rosnącym, letnim mroku, który zmienia naszą sytuację: będąc również bez twarzy, stajemy się jednym z wielu akceptowanych.
Nasza biała koszula nie razi, inni mężczyźni również zdejmują marynarki, plamy od kapiącej jeszcze krwi łatwo utożsamić z wylanym przez niezręczność sosem.
Nikt już nie proponuje wódki, ludzie zgromadzili jej zapasy dla siebie, by nie szukać w ciemności.
Przechodzimy kilkanaście metrów ogrodu i wracamy do samotności, w której tkwią wszystkie nieszczęścia, jakie mogą się trafić człowiekowi, bo szczęście jest tylko wśród ludzi.
Dogania nas wtedy ta kobieta z wypukłym przedmiotem kultu pod spódniczką.
Musiała więc iść za nami od momentu rozstania z panem Adamem i bacznie ślepić w mroku, by nas nie zgubić.
Olga nie przychodzi, by nas przeprosić za cokolwiek ani by cokolwiek dać. Chce się tylko trochę uskarżyć na pana Adama. Dotyka delikatnie naszego ramienia, jakby chciała i nie chciała się ubrudzić, i wyjaśnia, że nie jest krewną, żoną, tym bardziej kochanką tego człowieka. On jest, jeśli nie chory umysłowo, to niesłychanie głupi, upojony władzą, gardzący podwładnymi w instytucji.
Oczywiście ani ona, ani ktokolwiek go nie szanuje. Z chęcią zmieniłaby pracę, gdyby znalazła się jaka lepsza, spokojna i wystarczająco płatna. Mówi szybko, lecz z trudem układa zdania, czyniąc to z wyraźnym niepokojem, czy człowiek zrozumie człowieka, jest bowiem zdania, że istoty ludzkie są niby pnie drzew, może nawet w gęstym lesie, przecież stojące osobno.
My, Zatraceński, nie mamy dla niej zajęcia równie wartościowego, jak to, które ma, niemniej uspokajamy ją, że wielu porządnych ludzi aprobuje podobny los.
– Tak pan sądzi? – pyta z nadzieją.
Możemy to potwierdzić, mimo wahań jego, Andrzeja, i nasza pewność uspokaja ją.
Na chwilę przed odejściem prosi jeszcze, byśmy starali się zapomnieć, co widzieliśmy. Byłoby jej przykro, gdyby jakieś przyziemne myśli krążyły wokół w naszym wspomnieniu, to znaczy jakieś zwierzęce pragnienia, ukazała nam przecież na rozkaz przełożonego. Omijając nawet nazwę swego siedzenia, zwraca nam uwagę, iż należy ono tylko do jej męża, którego wprawdzie nie kocha, ale zawarli lojalną umowę, iż tylko on będzie miał dostęp, no, może z pewnymi wyjątkami.
– Daję pani słowo – mówimy mocno – iż gdybym w ogóle już nie miał o czym myśleć albo marzyć i gdyby wbrew naszej woli wychylił się z pamięci obraz pani śnieżystych pośladków, potraktuję je jako świętość.
W podzięce targa dłonią nasze włosy, już bez delikatności, byśmy zrozumieli co czuje, i odchodzi ku swoim. Nad weselnikami zapalają się barwne lampiony, ożywia się orkiestra i jesteśmy niczym Stanisław Wyspiański, obserwujący zdarzenia na ślubie przyjaciela. W muzycznych przerwach idzie ku nam przyjemny gwar, rozróżniamy pojedyncze głosy, toasty, w których życie nowożeńców jawi się bez trosk i nieszczęść. Czynione są również aluzje do wtykania oraz kobiecej szczeliny, której pan młody nie przetka przez długie życie, taka to czynność.
– Ludzie – mówi on, Jakub – może są czasem nieprzyjemni, ale nie sposób żyć poza nimi.
Natomiast walcząca z pustką imaginacja wywołuje w niektórych idiotyczne krasnoludki.
Oczywiście nie ta myśl wydobywa z półmroku pana Adama, który zbliża się ku nam bez podwładnych, więc w nim, Andrzeju, powstaje chęć, byśmy naszymi stolarskimi dłońmi przekazali mu podstawy naszej religii. By jednak coś głosić, trzeba posiadać zwarty system metafizyczny lub racjonalny. Pan Adam niesie w obydwu rękach odwinięte z papieru lustro z barokową ramą, które pozostawiliśmy na miejscu poznawania zasad jego wiary. Przejaw jego dobrej woli w tej mierze myli nas tak bardzo, iż nie przewidujemy niebezpieczeństwa nawet wówczas, gdy podnosi lustro do góry, a potem tracimy przytomność.
Dopiero około północy leżącego wśród krzewów porzeczek odnajdują nas krasnoludki.
Dębowa rama okala naszą skrwawioną głowę wśród ostrych odłamków grubego szkła.
Mechiavelli śmieje się:
– Oto żywy autoportret Zatraceńskiego.
Krasnoludki obmywają nam głowę wodą mineralną „Połczynianka”, usuwają z włosów i skrzepów krwi odłamki szkła oraz nakazują powrót do domu z tak udanego wesela.
On, Jakub, jakby je momentami dostrzegał, kiedy przynoszą nam ulgę, ale później weźmie widok skrzatów w półcieniach nocy za objaw zamroczenia. Musimy przejść przez całe miasto i skwapliwie unikać wojennych patroli: tak poraniony i pobrudzony krwią człowiek, jak my, może być winien każdej zbrodni.
Kiedy wychodzimy na plac Zbawienia, z daleka bierzemy owe skupione ruchy za taniec pod rtęciowymi lampami. Bardzo poważny taniec dwu sprężonych postaci, obracających się powoli z ugiętych kolan wokół wyznaczonego przez siebie środka.
Nie ma muzyki, gra im cisza albo słyszą od wewnątrz jakiś rytm ci tancerze.
Krążą w napięciu, ich ciała poddają się miękko lekkiemu kołysaniu. Jeden ubrany jest w koszulę niby ze zmrożonego śniegu: wielka lampa wydobywa z niej absolut bieli. Koszula jak wielki kielich powoju. Barwa drugiej również kojarzy nam się z kolorem kwiatu: wspomnienie rozwiniętych płatów ogrodowych maków o czerniejącej czerwieni, bardzo poważna to barwa i głęboka.
I my, Zatraceński, i krasnoludki patrzymy z przyjemnością, nie dla barw tancerzy, lecz dla pięknych ruchów. Surowa powściągliwość ciał zastygających nieruchomo, kolisty krok, baczna gotowość do zafalowania, kiedy któryś daje ku temu niewidzialny znak. Rękawy koszul są bufiaste, bardzo piękne.
Decydujemy się iść niesłychanie powoli, by nie budzić mężczyzn z zatańczenia.
Raczej nigdy nie przemawiał do nas ten sposób zorganizowanego ruchu. Może dlatego, że jego, Jakuba, brzydził rodowód tańca, w którym zapisała się wszelka przeszłość człowieka. Więc magiczne wymuszanie pożytków od ciemnych sił, hołd bogom i zdarzeniom, erotyka skrępowana przez pasy cnoty konwenansów, nieumiejętne naśladowanie zawirowań natury.
Powiedziano raz na zawsze: w tańcu objawia się radość człowieka. Dlaczego radość?
Cokolwiek można odczytać z tanecznych figur, więc wszelkie twarze Boga czy lubieżność, taniec mężczyzn na kamiennych płytach placu ma w sobie inny sens.
Uważnie wpatrzeni w siebie, pilnie czytają ze swych oczu zamierzenia o ruchu, który za moment podejmą. Obydwaj trzymają ugięte w łokciach ręce przeciw czemuś.
Idące przed nami piechotą krasnoludki powodują, że zatrzymujemy się niedaleko tańczących. Podoba się im ten ruch, który szuka wolności w przestrzeganiu reguł, albo, jak zawsze, wiedzą o wszystkim więcej niż my, Zatraceński.
Kiedy tańczy dwu ludzi, jeden z nich niewidocznie prowadzi zabawę. Spostrzegamy, iż rolę tę wziął na siebie czerwonoczarny. On zaczyna każdy krok, a biały natychmiast reaguje, choć zawsze o cząstkę czasu później. Po obrocie szybkim jak uderzenie skrzydeł owada przystają w innym miejscu i próbują zrozumieć moment oraz prawidło następnej figury.
Bardzo długi, zawzięty taniec w milczeniu tym cięższym, że rozrzedzone, gorące powietrze nocy wymaga wyrazistej pracy płuc. My, Zatraceński, a nawet krasnoludki, oddychamy głęboko, ale tańczący lekceważą tę czynność, jakby była zakazana. Finał jest nagły.
Niewątpliwie powoduje go tancerz biały, kiedy rodzi się w nim pragnienie niepodporządkowania. Jesteśmy pewni, że zapragnął choć jedyny raz uczynić ruch własny, uprzedzający to, co narzuca partner. Wtedy umiera pod trzema ciosami noża, jakimi morderca dopada jego piersi i brzucha.
Nie dlatego, aby uspokoić sumienie, musimy wyznać, iż nie dostrzegaliśmy błysku stali przygotowującego zabójstwo. Nie zobaczyliśmy lśnienia noża, póki brzeszczot nie stał się czerwony, my, specjaliści od białej broni. Kłamstwem można oszukać wszystkich, przecież nie siebie. Jednak, jeśli nawet narzędzie było schowane w czerwonoczarnym rękawie koszuli, powinniśmy je wyczuć. Stal pachnie jak wszystko. Przez większość życia towarzyszyła nam w pracy woń materiału, z którego robiono szable, miecze oraz sztylety i nadal robi się noże do zabijania. Tyle że łatwiej wyczuć jest narzędzie już kiedyś użyte, gdyż poci się z pragnienia za posmakowaną kiedyś krwią. Nóż zabójcy nie był sztyletem, nie był nawet nożem.
Spostrzegamy to później, gdy morderca stoi z nim w dłoni po męczącym tańcu. Ktoś przygotował do tego celu stolarskie dłuto, szesnastkę, szlifując ostrze w szpic.
Nie zadbał o piękno, jako rękojeść pozostawił drewniany uchwyt do pobijania.
Nie odczuwamy strachu, rzucając się na pomoc trupowi, którego pierwszy cios przygina w kierunku partnera, drugi prostuje, a następny znów przygina: oto japońskie, grzecznościowe figury kończące skupiony taniec. Kiedy dobiegamy, zabity pada na plecy. Zamykamy mu oczy gestem podpatrzonym w filmach.
Krasnoludki pozostają w cieniu olbrzymiej lipy.
– Ty także jesteś inny – mówi z pogróżką morderca na pustym, a tak przecież ludnym podczas dnia placu. Stoi nad nami wyprostowany, spokojny, z dłutem, którym wyrzeźbił śmierć.
– Dlaczego? – pytamy cicho, chociaż udzielił już nam odpowiedzi. Podnosimy się, bo nikt nie płacze nad obcymi. Czujemy wówczas zapach nakarmionego, leniwego w sytości żelaza.
– Inny, co to znaczy inny? – pytamy stanowczo mordercę. Człowieka wolno zabijać tylko urzędowo, z decyzji pewnej liczby starszych panów w czasach pokoju i wojny.
Twarz zabójcy męska, piękna i rozumna, z płonącymi, ciemnymi oczyma. Milczy i uśmiecha się.
– On – wskazujemy na truchło – zabrał ci kobietę?
Odpowiada figlarnym błyskiem oka, jakby było niemożliwe, by odebrać mu kochankę, żonę lub córkę.
– Więc zabił ten zabity? Kogo zabił i dlaczego cię to uraziło?
Ale umarły nie zabił, co czytamy z ironicznego skrzywienia warg. I nie obraził dotkliwie.
Nie ukradł, nie doniósł, nie zasłaniał ani słońca realnego, ani słońca prawdy.
Pozostaje jeszcze kilka możliwości.
– Zrobiłeś dla dobra ogółu. Uniosłeś się, gdyż nie wolno tolerować odstępców.
– Półgłówku – mówi wreszcie łagodnie. – On był inny.
– Miał innego Boga? Był Szkotem, Peruwiańczykiem, Indianinem? Nie mówił naszym najpiękniejszym językiem? Był bogaczem? Albo raziła cię jego nędza? Był głupcem albo filozofem? Był kobietą? Śmierdział? Może mlaskał przy jedzeniu? Był przełożonym albo podwładnym? Nie pił, gdy piją, lub odwrotnie? Był pyszny?
Nadmiernie pokorny?
Wreszcie przychodzi nam na myśl, że zabity był po prostu brzydki, gdy światu potrzeba ładnych. Pytamy mordercę i o to. Dopiero po męce nie kończącej się zgadywanki, kiedy już trochę zapominamy zabitego, chociaż leży przed nami, i wciąga nas sama zagadka, przychodzi rozwiązanie najprostsze:
– On miał inną koszulę niż ty?
Ze swobodą przyznaje nam spóźnioną bystrością, ale stwierdza także, iż każdy z tamtych powodów byłby równie dobry. Jest odprężony i znudzony, bawi się dłutem.
– No, cóż – mówimy – i ja mam na sobie koszulę zabijanych.
Nie jest tak inteligentny, jak można było przypuszczać. W naszych słowach znajduje to, czego w nich nie ma: pokorę i przyzwolenie.
– Idź! – mówi wspaniałomyślnie. – Nie mam już chęci.
– Nie mogę – mówimy. – Mam również białą koszulę.
Oczywiście trochę kłamiemy. Nasza koszula była biała ongiś. Niedoskonałe pranie wydobyło z niej szarość, ziemia weselnego ogrodu pozostawiła ciemne smugi, a cieknąca nam z głowy krew wytrawiła brudne plamy. Dopiero później uświadamiamy sobie naszą przewagę nad mordercą. Wynika ona z braku lęku, jesteśmy pogodzeni ze śmiercią i decydujemy o jej terminie.
– Niewiele ci pozostało – mówi zabójca. – Po co rezygnujesz?
Naprawdę nie ma chęci.
– Nie mam innej możliwości – mówimy stanowczo. – Musisz iść ze mną, by wytłumaczyć ludziom, jakie powinni nosić koszule.
– Oni wiedzą – śmieje się. – A twoje zwłoki poświadczą.
To wszystko jest nagłe, jak nagły będzie koniec świata. Krasnoludki skaczą na niego niby zdeterminowane szczury. W błyskawicznym uderzeniu traci oczy, jakieś ciosy w nerwowe sploty gną go do przodu. Wydaje ostry, czysty okrzyk bólu. Nie ma w sobie dumy tamtego zabitego, który skonał w ochrypłym szepcie. Pada na swoje dłuto, którym bardzo krótko i wściekle atakuje wieczną już ciemność. Wbija je sobie w grdykę, unosi się jeszcze targany ślepym cierpieniem i rezygnuje z dalszego trwania na Ziemi oraz narzucania innym barwy ich koszul.
– Chodźmy – nakłania nas Mechiavelli. – Zanim powstaną spory, kto miał rację.
– Chciałem przeżyć życie nie zabijając człowieka – mówi on, Jakub, zaszokowany naszym zwycięstwem.
– Chodźmy – krzyczy Pitigoras. – Nie mieliśmy zezwolenia.
Patrzymy przez chwilę na dwa trupy. Dwie barwne szmaty w sztucznym świetle ulicznych lamp. A tyle słyszeliśmy o majestacie śmierci. Potem odchodzimy od winy i kary, ale przez resztę drogi do domu ani on, Jakub, ani on, Andrzej, nie może pogodzić się z naszym czynem na placu Zwycięstwa.
Didirot każe się wziąć na ramię, gdyż najbardziej odczuwa trudy długiego marszu.
Mówi wówczas:
– Bardzo byłeś szlachetny, Zatraceński. Bardzo.
On, Andrzej, zaczyna się czuć nieswojo.
– Życie zamierzałeś oddać za sprawę barwy koszul – ciągnie Didirot. – Za dobry biały kolor. Wspaniały z ciebie człowiek, wspaniały. Pozytywna jednostka. Tamta ramka, którą ci w wesołym ogródku założyli na głowę, słuszna. Nie przeszedłeś obojętnie.
– Wy, kurduple, jesteście zabójcami – oskarża Andrzej.
– Krasnoludki zabijają mordercę – chichocze Didirot. – Na tej Ziemi nie ma człowieka, który twierdzenie takie weźmie serio. Wolno to zrobić na przykład bakteriom, choć są mniejsze, ale nie nam. Zresztą Mechiavelli tylko wyjął mu wspaniałe męskie oczka.
Krasnoludki idą po chodnikach w tyralierze. Pohukują w zatęchłym, upalnym powietrzu.
Kilka razy skrywamy się w bramach przed patrolami. Na wiadukcie Ainstein zatrzymuje pochód i zwraca się do niego, Andrzeja:
– Ty, Zatraceński, jesteś malutka, niedojrzała pupka. Mówię ci o tym, bo niedojrzałość zwalnia od odpowiedzialności.
– Jestem mężczyzną! – krzyczy on, Jakub, do przejeżdżającej pod wiaduktem lokomotywy. – Zabiłem człowieka w imię szczytnych ideałów.
Letnia noc bliska jest świtu. I miasto, i dom nasz śpią jeszcze, ale trzej mali chłopcy, w piżamach i boso, z poświęceniem kruszą ścianę budynku od strony klatki schodowej.
– Część – mówi do nich Pleton.
– Cześć – odpowiadają zaspanymi głosami.
Potworne poglądy cynicznych krasnoludków
Anatol Ulman

































