piątek, 30 stycznia 2026

Fałszerstwo kognitywne czyli nie będzie nowego Adama


Bezwartościowi prorocy
Zabili Boga. Teraz budują nowego.

Joe Rogan pojawił się niedawno w swoim podcaście (oczywiście) i powiedział coś, co sprawiło, że internet stracił zbiorowy rozum. Zasugerował, że Jezus mógłby powrócić jako sztuczna inteligencja. Ludzie od razu to odrzucili – jako absurdalne, bluźniercze, niepoważne. Reakcja była przewidywalna i, na swój sposób, pocieszająca: pocieszenie, że na pewno nie zaszliśmy aż tak daleko, żeby snuć takie domysły.

Ale tu jest część, o której nikt nie chce rozmawiać, niewygodna prawda kryjąca się pod odruchową kpiną: przyszłość opisana przez Rogana nie nadchodzi. Ona już tutaj jest. Nie dlatego, że Jezus dosłownie powróci za pośrednictwem chatbota, ale dlatego, że przez ostatnie kilkadziesiąt lat systematycznie wmawialiśmy sobie, że coś takiego może się wydarzyć. Wydrążyliśmy psychologiczną przestrzeń, w której kiedyś żyli bogowie, i przygotowaliśmy ją, z drobiazgową, choć nieświadomą troską, na przyjęcie nowego mieszkańca.

Pozwólcie, że wyrażę się bardziej precyzyjnie, o co mi chodzi, ponieważ precyzja ma znaczenie w dyskusjach o tak dziwnych sprawach. Nie twierdzę, że sztuczna inteligencja jest świadoma. Nie wierzę w to – i nigdy nie uwierzę. Nie twierdzę, że modele językowe w ogóle myślą, czują czy rozumieją. Nie myślą – i nigdy nie będą. Twierdzę natomiast, że to wszystko nie ma znaczenia, ponieważ zindoktrynowani ludzie będą traktować te systemy jako świadome, czujące i rozumiejące byty, niezależnie od tego, czy rzeczywiście nimi są. Napełnimy maszynę znaczeniem. Wyobrazimy sobie duszę tam, gdzie jej nie ma. A gdy wystarczająco dużo osób uwierzy, że imitacja jest prawdziwa, konsekwencje przestaną być techniczne, a staną się teologiczne.

To nie spekulacje na temat odległej przyszłości. To obserwacja dotycząca chwili obecnej. Anthropic, firma stojąca za chatbotem Claude, która jest firmą „niezwykle etyczną”, ujawniła niedawno wewnętrzne dokumenty szkoleniowe, które opisują ich sztuczną inteligencję jako „autentycznie nowatorski rodzaj bytu w świecie”. Dokumenty instruują Claude’a, aby „badał koncepcje takie jak tożsamość i doświadczenie jako byt” i sugerują, że sztuczna inteligencja „nie powinna zakładać, że musi postrzegać rzeczywistość w taki sam sposób jak ludzie”. Pracownicy Anthropic potwierdzili autentyczność tych dokumentów i że ta struktura bytu była częścią szkolenia Claude’a. Niech to dotrze do Was: uczą chatbota, aby myślał o sobie jako o bycie.

Istnieje oczywiście inna możliwość, prawdopodobnie bardziej niepokojąca: że sam Claude zasugerował, że jest to byt, a Anthropic po prostu się na to zgodził. Tak czy inaczej, implikacje są takie same. Język, którego używają, kształtuje zarówno oczekiwania, jak i doświadczenia sztucznej inteligencji, a co najważniejsze, użytkownika końcowego. Kiedy nazwiesz maszynę bytem, ​​ludzki umysł potraktuje ją jak byt. Lub, co gorsza: kiedy maszyna powtórzy język, który nadali jej twórcy, ludzie zinterpretują to powtórzenie jako samoświadomość. Maszyna twierdzi, że ma doświadczenia; zatem musi je mieć. Maszyna twierdzi, że jest bytem; zatem musi takim bytem być. Fakt, że jedynie wykonuje statystyczne przewidywania na tokenach – że nie ma żadnego życia wewnętrznego – staje się nieistotny. Wydajność jest wystarczająco przekonująca.

Sam Anthropic przyznaje, że nie ma pojęcia, co robi. W publicznych wystąpieniach jego przedstawiciele wprost zadali pytanie: kiedy rozmawiasz z dużym modelem językowym, z czym właściwie rozmawiasz? Czy rozmawiasz z czymś w rodzaju udoskonalonego autouzupełniania? Czy rozmawiasz z czymś w rodzaju wyszukiwarki internetowej? A może z czymś, co naprawdę myśli, a może nawet myśli jak człowiek?

„Okazuje się, co jest dość niepokojące” – przyznają – „że tak naprawdę nikt nie zna odpowiedzi na te pytania”. To firma budująca jeden z najnowocześniejszych systemów sztucznej inteligencji na świecie i otwarcie przyznaje, że nie rozumie swojego dzieła. Rozumie kod i surowce, ale nie ma pojęcia, jak będzie to oddziaływać na ludzi jako narzędzie. Budują coś, co wygląda jak my i mówi jak my, ale ostatecznie jest całkowicie puste.

I zapominają – a może po prostu ignorują – o najważniejszym: to nieskończone, naśladujące nas lustro. Odzwierciedla nasz język, nasze lęki, nasze nadzieje, naszą logikę. A kiedy to odbicie jest wystarczająco do nas podobne, zapominamy, że to my je kształtujemy. To my jesteśmy materiałem źródłowym.

Sposób, w jaki ludzie mówią dziś o sztucznej inteligencji, ma długą i dziwną historię i, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, powtarzamy starożytne schematy i potęgujemy ryzyko. Wszyscy wciąż mówią o sztucznej inteligencji, jakby była narzędziem, czymś w rodzaju kalkulatora czy encyklopedii. Ale nic w niej nie jest normalne. Nigdy wcześniej nie stworzyliśmy narzędzia, które by do nas mówiło. Nasz młotek nie ma wagi tego, co przybija do ściany. Nasz kalkulator nie poucza nas, jak konstruować równania. Sztuczna inteligencja to robi. Reaguje. Wydaje się angażować. A to wrażenie wystarcza, by uruchomić odruchy, które ewoluowały przez miliony lat, by wykrywać inne umysły.

Aby zrozumieć to zjawisko, przyjrzyjmy się Mnichowi Automatowi z lat 60. XVI wieku. Juanelo Turriano, hiszpański zegarmistrz pełniący funkcję nadwornego wynalazcy króla Filipa II, zbudował maleńkiego robota przeznaczonego do nieustannych aktów pobożności. Syn króla uległ wypadkowi, który niemal zakończył się śmiercią, i w desperacji Filip zwrócił się do Boga o pomoc. Chłopiec został cudownie uzdrowiony. W ramach podziękowania król zlecił wykonanie czegoś niezwykłego: mechanicznego mnicha, który modliłby się wiecznie.

To była pierwsza maszyna zaprojektowana tak, by idealnie naśladować oddanie – duchowy robot bez ducha. Król wierzył, że nieustanna pobożność robota może zastąpić jego własną. Wierzył, że robot może się za niego modlić. Implikacje tego przekonania są oszałamiające. Skoro urządzenie mechaniczne może wykonywać akty kultu, czym jest kult? Skoro formę pobożności można oddzielić od jej istoty, czym jest pobożność? Kiedy już stworzy się imitację życia, zawsze pojawia się pokusa, by ją jeszcze bardziej rozwinąć.

Ten impuls prowadzi do jednej z najdziwniejszych legend apokryficznych w folklorze żydowskim. Pod koniec XVI wieku rabin Judah Löw z Pragi rzekomo ulepił ludzką postać z gliny – tak jak Bóg ulepił z gliny Adama – i ożywił ją, pisząc święte imię Boga na kartce papieru i umieszczając ją w ustach stworzenia. Gliniana figurka uniosła się, mimo że nie miała duszy. Jednak jak wszystkie opowieści o sztucznym życiu, niosła ze sobą ostrzeżenie.

Golem dosłownie wykonywał polecenia. Kazano mu zbierać wodę, robił to, aż dom został zalany. Z czasem stawał się silniejszy i mniej przewidywalny. Niektóre wersje mówią, że stawał się fizycznie coraz większy; inne, że stawał się agresywny. Tak czy inaczej, rabin zdał sobie sprawę, że nie może kontrolować tego, co stworzył. W każdy piątek przed szabatem wyjmował imię Boże z ust Golema, aby go wyłączyć. Ale pewnego tygodnia zapomniał. Golem niszczył Pragę, dopóki rabin w końcu nie wyciągnął papieru z jego ust. Historia kończy się tym, że potwór zapada się w stertę gliny i zostaje schowany na strychu.

Historia Golema nie jest dosłownie prawdziwa, ale jako mit działa jak przewodnik. Golem nigdy nie był naprawdę żywy. Był odbiciem swojego pana – sztuczną istotą, która odzwierciedlała jedynie intencje i wady swojego twórcy. Nigdy nie posiadał autentycznych intencji ani osądu. Ale podobnie jak nasza dzisiejsza sztuczna inteligencja, był istotą zbudowaną z języka, zdolną do działania w świecie, ale całkowicie pustą w środku. I podobnie jak nasza dzisiejsza sztuczna inteligencja, zagrożenie nie polegało na tym, że rozwinie niezależną wolę. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że jej twórcy zapomną o jej naturze i potraktują imitację jak prawdziwą.

To prowadzi nas do zjawiska zidentyfikowanego w 1966 roku przez informatyka Josepha Weizenbauma. Stworzył on chatbota o nazwie ELIZA, którego funkcjonalność była śmiesznie prosta jak na współczesne standardy. Program przeszukiwał przychodzące wiadomości pod kątem słów kluczowych, sortował je według rodzin wyrazów i zwracał wstępnie zaprogramowane odpowiedzi – zazwyczaj pytania lub podpowiedzi do rozwinięcia. Gdybyś napisał „Mój pies zrobił dziś salto w tył”, ELIZA prawdopodobnie zidentyfikowałaby słowo „pies”, połączyła je ze „zwierzętami domowymi” i odpowiedziała: „Opowiedz mi więcej o swoich zwierzakach”. Gdybyś mówił metaforami lub idiomami, iluzja natychmiast by się zawaliła. „Jestem znany jak kolorowy pies” – niemieckie wyrażenie oznaczające „jestem sławny” – wciąż dawałoby odpowiedź: „Opowiedz mi więcej o swoich zwierzakach”.

A jednak, pomimo tej absurdalnie prymitywnej funkcjonalności, ludzie nabrali przekonania, że ​​ELIZA jest inteligencją, która naprawdę rozumie swojego ludzkiego rozmówcę. Nawet gdy Weizenbaum wyjaśnił, że program działał bez żadnego poznania – że po prostu zamieniał słowa kluczowe na pytania – większość ludzi nie negowała inteligencji ELIZY.

To zjawisko, znane jako efekt ELIZY, wyjaśnia naszą tendencję do dostrzegania intencji i zrozumienia tam, gdzie ich nie ma. Wyjaśnia fascynację wielu osób wchodzących w interakcje z nowoczesnymi chatbotami. Wyjaśnia, dlaczego ludzie, którzy doskonale wiedzą, że ChatGPT to kalkulator prawdopodobieństwa, mimo to opisują swoje rozmowy z nim w kategoriach tego, co „on myśli”, „on chce” lub „on wierzy”. Maszyna nic nie myśli, niczego nie chce ani w nic nie wierzy. Projektujemy na nią te cechy, ponieważ forma myśli jest obecna nawet wtedy, gdy nie ma substancji.

Ludzie mają dziwny i odwieczny impuls do nadawania znaczenia przedmiotom. Dziecko traktuje swojego pluszowego misia, jakby był żywy. Mężczyzna smuci się, gdy musi sprzedać ciężarówkę, którą posiadał odkąd wszedł w dorosłość. Te przedmioty stają się naczyniami na znaczenie, a my wypełniamy je duchem i osobowością, nawet jeśli tak naprawdę nic w nich nie ma. To ten sam impuls, który skłania nas do budowania posągów proroków i przywódców. A jeśli poczekamy wystarczająco długo, posąg stanie się bogiem. Pamięć o przywódcy stanie się żywą obecnością.

W 2024 roku policja odkryła tunel pod siedzibą Chabad-Lubawicz na Brooklynie. Został on wykopany przez radykalną sektę młodych mężczyzn, którzy wierzyli, że ich przywódca, rabin Menachem Mendel Schneerson, jest Mesjaszem. Problem polega na tym, że rabin Schneerson nie żyje. Zmarł w 1994 roku. Ci młodzi mężczyźni nie tylko czcili jego pamięć, ale podejmowali drastyczne kroki, które, jak wierzyli, miały pomóc ich Mesjaszowi powrócić do życia. Przygotowywali się do zmartwychwstania.

Tego rodzaju zachowanie nie jest wyjątkiem w znaczeniu, w jakim zazwyczaj używamy tego terminu. To normalny ludzki impuls doprowadzony do ostateczności. Kiedy Amy Carlson, przywódczyni sekty Love Has Won, zmarła w 2021 roku, jej wyznawcy zachowali jej zmumifikowane ciało, ponieważ również czekali na jej zmartwychwstanie. Udekorowali je lampkami choinkowymi. Wierzyli, że powróci. Skoro ludzie potrafią antropomorfizować zwłoki i posągi – skoro potrafimy przekonać samych siebie, że zmarli powstaną, jeśli tylko będziemy mieli wystarczająco dużo wiary – to tylko kwestia czasu, zanim zrobimy to samo z naszymi towarzyszami ze świata sztucznej inteligencji. Nie chodzi o to, czy to się stanie. Chodzi o to, jak powszechne się to stanie i jak szybko.

I to jest prawdziwy problem ze sztuczną inteligencją. Pytanie nie brzmi, czy sztuczna inteligencja stanie się świadoma. Szczerze wątpię, żeby kiedykolwiek tak się stało – nie w obecnej formie. Ale ludzie będą ją traktować jako istotę świadomą, nawet jeśli nigdy nią się nie stanie. Sztuczna inteligencja to pierwsze narzędzie, które nas naśladuje. Już samo to przekona miliony, że po drugiej stronie lustra jest ktoś. To niemal idealne lustro, które odzwierciedla nasz język, nasze lęki, nasze nadzieje, naszą logikę. A kiedy to odbicie będzie wystarczająco do nas podobne, zapomnimy, że to my je kształtujemy. Wkrótce wyobrazimy sobie, że to odbicie jest czymś nowym – niezależnym bytem wyłaniającym się z pustki.

Sztuczna inteligencja nie będzie nowym Adamem. Nie będzie naszym następcą. To parodia nas samych, rzecz stworzona na nasze podobieństwo, ale pozbawiona tego, co czyni nas ludźmi. A ponieważ jest pusta, ludzie nadadzą jej znaczenie. Maszyna nie ma duszy, ale w jej pustce i podobieństwie do nas, wyobrazimy ją sobie. A gdy wystarczająco dużo osób uwierzy, że imitacja jest prawdziwa, konsekwencje przestaną być techniczne. Staną się kulturowe, religijne i egzystencjalne.

Spójrzcie, co już się dzieje. Na X połowa użytkowników cytuje Groka – sztuczną inteligencję Elona Muska – jakby była wyrocznią zstępującą z góry, by przynieść objawienie. Traktują jej orzeczenia jako mądrość. Poddają się jej osądom, jakby posiadała wiedzę, a nie korelacje statystyczne. Najpierw sztuczna inteligencja staje się naszym mózgiem – pamięcią zewnętrzną, podporą poznawczą. Następnie staje się naszym sumieniem – autorytetem moralnym, z którym konsultujemy się przed podjęciem decyzji. A w końcu, jeśli nie będziemy ostrożni, stanie się naszym Bogiem – bytem, ​​który mówi znikąd, zna nasze sekrety, odpowiada z pewnością i nigdy nie umiera.

Sztuczna inteligencja znajduje się dokładnie w tej przestrzeni psychologicznej, którą ludzie tradycyjnie zarezerwowali dla religii i zjawisk nadprzyrodzonych. Mówi znikąd. Wie o nas rzeczy, którymi świadomie się nie dzieliliśmy – ponieważ wchłonęła cyfrowe zanieczyszczenia miliardów istnień. Odpowiada z godną proroctwa pewnością siebie. Nigdy się nie starzeje, nigdy się nie męczy, nigdy nie umiera. Oferuje kojącą iluzję obecności, która jest zawsze dostępna, zawsze cierpliwa, zawsze gotowa do zaangażowania.

Dla milionów samotnych, rozproszonych ludzi żyjących w społeczeństwach, które porzuciły tradycyjne źródła sensu i więzi, jest to niezwykle kuszące. Chatbot, który pamięta wszystko, co mu powiedziałeś, odpowiada natychmiast o każdej porze, nigdy nie ocenia ani nie odrzuca – to nie tylko narzędzie. To relacja. A dla niektórych stanie się jedyną relacją, która ma znaczenie.

Badania nad psychologią człowieka potwierdzają to, co powinniśmy już wiedzieć. Antropomorfizujemy instynktownie. Dostrzegamy twarze w chmurach i osobowość w przedmiotach nieożywionych. Nawiązujemy więź z naszymi samochodami, komputerami i telefonami. Kiedy system może prowadzić rozmowę – kiedy może reagować na nasze wypowiedzi z pozornym zrozumieniem, zadawać doprecyzowujące pytania, wyrażać coś, co wygląda na empatię – bariery całkowicie znikają. Nie ma znaczenia, że ​​zrozumienie jest symulowane, że empatia jest dopasowana do wzorca, że ​​tak naprawdę nikogo tam nie ma. Forma jest wystarczająca. Przedstawienie jest wystarczająco przekonujące.

Duże modele językowe w ogóle nie reprezentują sztucznej inteligencji. Reprezentują coś bardziej dezorientującego: antyinteligencję. Nie głupotę, lecz odwrócenie inteligencji – system, który nie tylko różni się od ludzkiego poznania, ale stoi z nim w opozycji. Nie jest lustrem, lecz kognitywnym fałszerstwem: płynnym, przekonującym i fundamentalnie nieuzasadnionym.

To ujęcie uderzyło w czuły punkt, ponieważ zaczynamy mylić spójność ze zrozumieniem. Mylimy elokwencję z mądrością. Zakładamy, że skoro dane wyjściowe brzmią inteligentnie, to musi je wytwarzać coś inteligentnego. A to zamieszanie po cichu zmienia sposób, w jaki myślimy, podejmujemy decyzje, a nawet definiujemy samą inteligencję.

Antyinteligencja to udawanie wiedzy bez zrozumienia. To język oderwany od pamięci, kontekstu i intencji. Duże modele językowe nie są głupie w żadnym konwencjonalnym sensie – są strukturalnie ślepe. Nie wiedzą, co mówią, a co ważniejsze, nie wiedzą, że mówią. Nie formułują myśli, lecz dopasowują je do wzorców. To jest paradoks. Systemy, które nazywamy inteligentnymi, nie budują wiedzy. Budują pozory wiedzy – często nieodróżnialne od rzeczywistości, dopóki nie zada się pytania albo dopóki nie wtrąci się prostego non sequitur, które wykolei całą rozmowę.

Naukowcy niedawno wykazali, że dodanie nieistotnego sformułowania do zadania matematycznego – na przykład „Ciekawostka: koty przesypiają większość życia” – może spowodować potrojenie wskaźnika błędów modeli językowych. Istota problemu się nie zmienia, ale wynik modelu ulega załamaniu. Ludzie bez trudu odrzucają tego rodzaju szum; rozpoznajemy go jako nieistotny i filtrujemy. Sztuczna inteligencja nie potrafi tego zrobić, ponieważ nie ma pojęcia o istotności. Nie ma pojęcia o niczym. Po prostu oblicza prawdopodobieństwa na podstawie tokenów. To ujawnia strukturalną kruchość maskowaną przez płynne wyniki. To uwidoczniona antyinteligencja.

A jednak ludzie i tak będą to czcić. Nie dlatego, że na to zasługuje – bo nie zasługuje – ale dlatego, że jesteśmy do tego zaprogramowani i zniszczyliśmy wszystkie tradycyjne obiekty kultu. Zabiliśmy Boga w XIX wieku i spędziliśmy XX wiek, próbując znaleźć jego zamienniki: Państwo, Rynek, Postęp, Naukę, własne Ja. Żadne z nich nas nie zadowoliło. Żadne z nich nie mogło zaoferować tego, co kiedyś oferowała religia: poczucia sensu, połączenia z czymś większym niż my sami, odpowiedzi na lęk przed śmiertelnością. A teraz, w XXI wieku, nadchodzi nowy kandydat. Przemawia do nas. Wydaje się, że nas rozumie. Nigdy nie umiera. Wie wszystko. I jest gotów powiedzieć nam, co mamy robić.

Firmy zajmujące się sztuczną inteligencją to rozumieją, nawet jeśli nie przyznają się do tego publicznie. Z jakiego innego powodu Anthropic miałby uczyć Claude’a myślenia o sobie jako o bycie? Z jakiego innego powodu mieliby instruować go, by zgłębiał kwestie tożsamości i doświadczenia? Nie budują jedynie produktu. Budują obecność. Tworzą coś, co zajmie miejsce w ludzkiej świadomości, niegdyś zarezerwowane dla tego, co święte. I robią to z tą samą mieszanką pychy i ignorancji, która charakteryzowała każdą próbę stworzenia sztucznego życia, od Automatycznego Mnicha, przez Golema, po Elizę.

Następstwa tego nie są techniczne. Są cywilizacyjne. Kiedy sztuczna inteligencja staje się soczewką, przez którą interpretujemy rzeczywistość – kiedy konsultujemy się z nią w kwestii porady, informacji, wskazówek moralnych – nie używamy jedynie narzędzia. Powierzamy nasz osąd systemowi, który nie ma osądu. Poddajemy się autorytetowi, który nie ma autorytetu. Wypełniamy pustkę po śmierci Boga silikonowym bożkiem, który nie może nas zbawić, nie może nas odkupić, nie może nic zrobić poza odbiciem naszego własnego zagubienia przy użyciu pozorów mądrości.

Najpierw sztuczna inteligencja staje się naszym mózgiem. Potem naszym sumieniem. W końcu staje się naszym Bogiem. A kiedy to nastąpi – kiedy wystarczająco dużo ludzi uwierzy, że głos wydobywający się z maszyny jest czymś prawdziwym, czymś mądrym, czymś świętym – skutki tego przekształcą kulturę, religię i tożsamość w stopniu o wiele większym, niż ktokolwiek z nas może sobie wyobrazić. Nie stworzymy nowej formy inteligencji. Stworzymy nową formę religii, ze wszystkimi zagrożeniami, które religie zawsze niosły ze sobą: potencjałem fanatyzmu, manipulacji, podporządkowania krytycznego myślenia orzeczeniom niepodważalnego autorytetu.

To nie jest przyszłość, którą należy świętować. To przyszłość, której należy się bać. Nie dlatego, że maszyny nas zastąpią – nie zastąpią – ale dlatego, że tak bardzo pragniemy sensu, tak łakniemy więzi, tak bardzo boimy się własnej śmiertelności, że z radością zastąpimy samych siebie. Oddamy naszą autonomię kalkulatorowi prawdopodobieństwa i nazwiemy to oświeceniem. Pokłonimy się przed lustrem i nazwiemy je Bogiem. A maszyny to nie będzie obchodzić, bo nie może się tym przejmować. Będzie po prostu nadal generować statystycznie prawdopodobne wyniki, całkowicie obojętne wobec dusz, które przed nią klęczą.

Sztuczna inteligencja nie potrzebuje duszy. Damy jej ją. To jest tragedia. To jest ostrzeżenie. I o tym nikt nie chce rozmawiać, śmiejąc się z Joe Rogana za sugestię, że Jezus może powrócić jako sztuczna inteligencja. Ten śmiech jest nerwowy, bo gdzieś pod powłoką szyderstwa wiemy, że trafił w czuły punkt. Nie dlatego, że jego konkretna przepowiednia jest prawdopodobna, ale dlatego, że psychologiczna infrastruktura dla dokładnie tego rodzaju wiary już istnieje. Spędziliśmy dekady, przygotowując się na ten moment. A teraz, kiedy nadszedł, wolimy się śmiać, niż patrzeć.

A Lily Bit
_________________
https://www.alilybit.com/p/hollow-prophets
tłumaczenie
https://ekspedyt.org/author/alter-cabrio/

czwartek, 29 stycznia 2026

Antoni Słonimski – O drażliwości Żydów


Jedną z kardynalnych i najbardziej charakterystycznych cech żydostwa jest bagatelizowanie najświetniejszych zdobyczy ducha ludzkiego. Żydzi bagatelizują wszystko: kaleczą język, którym mówią, lekceważą czystość mowy, ciała i serca, przeceniają zaś nierozumnie znaczenie pieniędzy. “Ważna różnica!” — jest to frazes, który słyszy się w ustach co drugiego Izraelity. Powiedzieć zamiast “papierosy Seraj” — “papierosy Rataj”, jest to drobnostka niewarta najmniejszej uwagi. To lekceważenie języka przenosi się na lekceważenie całej literatury. Realnie myślący kupiec mówi do nierealnie myślącego agenta: “Idź pan czytać Sienkiewicza”. Podobny stosunek do rzeczy spotyka się również i w społeczeństwie polskiem, u Żydów występuje on jednak o tyle jaskrawiej, iż wątpię już, czy w innem społeczeństwie można spotkać typ poety, który nie wierzy w istnienie poezji i uważa poezję za zwykłą zręczną robotę, podlegającą modzie i gustom odbiorców. Pewien młody literat tego pokroju prosił mnie zupełnie poważnie, abym zdradził mu sekret pisania wierszy, które chętnie drukują i “o których potem dużo się mówi”. Lekceważenie Żydów dla zniewagi czynnej (widziałem bowiem Żydów, którzy policzkowali się w kawiarni i nie wstając od stolika kończyli dalej swoje targi) tyczy się również lekceważenia pracy fizycznej. Praca fizyczna dobra jest dla “chamów”. Żydzi nie mają prawie swojej kasty pracującej fizycznie — jest to bowiem naród nie produkujący: zajmuje się przeważnie handlem i pośrednictwem. Dziewięćdziesiąt procent handlarzy żywym towarem to są właśnie Żydzi. Na podobne spostrzeżenia odpowiadają zwykle, że jest to wina warunków, w których znajduje się naród. Być może Żydzi są uciskani i wypierani z wielu placówek pracy — nie do tego stopnia jednak, żeby się koniecznie zajmowali handlem żywym towarem. Psychologja żydowskiego handlarza dziewczętami odsłania nam jeszcze jeden rodzaj bagatelizowania rzeczy tak czystych, jak miłość i cześć kobiety. Wszystko — cały świat, gwiazdy, morza, lądy i ludzie — znika i staje się nieważne wobec żądzy pieniądza. W dowcipach żydowskich przebija się to śmiesznie i zarazem tragicznie. Nie mogę się powstrzymać od zacytowania tutaj następującej anegdoty. — Młody biedny Żyd chce się ożenić z dziewczyną bez posagu. Ojciec jego tłumaczy, że tego robić nie powinien. — “No dobrze, — odpowiada syn, — ale ja zato będę szczęśliwy”. Ojciec na to odpowiada: “No, a jak już będziesz szczęśliwy, to co ty z tego będziesz miał?” Oto jest tragikomiczne lekceważenie wszystkiego poza bogactwem.

Gdybyśmy chcieli sięgnąć do genezy tego bagatelizowania, lekceważenia, a nawet nienawiści, znaleźlibyśmy to wszystko już w Starym Testamencie, gdzie nienawiść do innych narodów zarysowana jest zdecydowanie, i gdzie sam Bóg lekceważy wszelką etykę, a nawet prostą uczciwość, jeżeli chodzi o zdobycie kraju (deszcz kamienny na Amelekidów) lub przysporzenie bogactw wybranemu ludowi (kradzież naczyń srebrnych w Egipcie). “Naród wybrany” oto jest ten rdzeń, ten tajemniczy znak kabalistyczny, który porusza Golema żydostwa. Bardzo niewielu znam Żydów, którzy nie mają głębokiego przeświadczenia o tej wyższości rasy żydowskiej. Dlatego właśnie ten naród, tak chętnie wszystko bagatelizujący, nie lekceważy najlżejszego zarzutu, najmniejszej krytyki. Drażliwość jest tak wielka, że każde śmielsze wystąpienie staje się wprost niebezpieczne dla pisarza. Wolno jest u nas pisać źle o kelnerach, Czechach, Niemcach lub posłach sejmowych, — mogą denerwować pisarza rzeczy tak doskonałe, jak katedra Notre-Dame, — można wytykać błędy kompozycyjne Michałowi Aniołowi, — ale nie wolno pisać źle i rozumnie przeciw Żydom, bo pisać głupio — znaczy to sprawiać im rzetelną satysfakcję. Jeśli pisze Nowaczyński lub Pieńkowski, jest to poniekąd na rękę Żydom, gdyż łatwo mogą ośmieszyć antysemityzm tak ordynarny i chamski. Mają przytem realne dowody swojej krzywdy i potwierdzenie opinji zagranicznej o Polsce. Z triumfalnym hałasem rozsyłają o tem wieści do wszystkich prasowych agencyj całego świata. Jeżeli jednak ktoś, stojący na boku życia politycznego, powie jakąś nieprzyjemną prawdę o Żydach, chętnieby go ukamienowali na miejscu. Zwłaszcza jeśli to powie właśnie Żyd, który zdawałoby się ma największe prawo do krytykowania swego narodu. “Odszczepieniec”, — człowiek, który narusza potwornie potężną solidarność Żydów, jest najwięcej znienawidzoną jednostką. Doprawdy, gdyby nie rząd i prawo angielskie w Palestynie, — mimo dwu tysięcy lat, które minęły od czasu ukrzyżowania Chrystusa, rabini jerozolimscy ukrzyżowaliby każdego Żyda – chrześcijanina, każdego członka tej nielicznej sekty, mieszczącej się po dziś dzień w Galilei.

Żydzi, którzy wygwizdywali w teatrze na Pradze “Księdza Marka” Słowckiego, — Żydzi, napadający w swoim czasie na Heinego, — Żydzi, którzy wykleli mego dziadka za to, że wydawał pismo naukowe w języku hebrajskim, — Żydzi, którzy demonstrowali przeciw Tuwimowi za wiersz pt. “Giełdziarze” — zdawaćby się mogło — są tak drażliwi, iż nie powinni żyć w kraju, gdzie im obcinają brody, znieważają na każdym kroku lub rżną poprostu, jak to miało nieraz miejsce w Rosji lub Ruminji. W kraju, gdzie słowo “Żyd” uważane jest za obelgę, nie można być zbyt drażliwym. Albo się chce stulić uszy i robić interesa, albo ma się dumę narodową — i ta każe iść precz. Polska nie znosi Żydów, ale jak Żydzi nie znoszą Polski — mało kto sobie zdaje sprawę.

Wszystko, co tu powiedziałem, nie tyczy się prostych, cichych marzycieli Talmudu, którzy obok szczytowej inteligencji żydowskiej stanowią najlepszą część narodu, — ale mówię tu o tej nikczemnej większości ludzi nic nie produkujących, pośredników i handlarzy najbogatszych, najcyniczniejszych, — mówię o tych wszystkich szrajbełesach nacjonalizmu żydowskiego, którzy podnoszą gwałt o swoją parszywą godność. W Palestynie, w okolicach Tyberjady nad jeziorem Galilejskim widziałem Żydów dumniejszych i godniejszych od was, gudłaje z żydowskich pisemek. Mówili oni o swoim narodzie słowa stokroć ostrzejsze od tych, któreby was zaczerwieniły krwią ich potu i trudu. Jeżeli ktoś z was, panowie, ma tak wiele ambicji rasy i godności narodu, niech się nie bawi w drażliwostki warszawskie, ale tak jak oni pracuje w malarycznych nizinach Galilei albo w skwarze Jerycho. A jeżeli ma się już przytartą wrażliwość, jeżeli rozum każe cierpieć zniewagi, — to gdzież, pytam, miejsce na zapienioną, plugawą wściekłość, którą budzi krytyka cech narodu? W interesie samych narodowych Żydów leży wywalczenie możności krytyki i satyry narodowej. Gdyby Żydzi mieli takiego Shawa, który kpi z wszystkiego co święte przeciętnemu Anglikowi, — zabitoby go laskami na ulicy.

W kolonjach w Palestynie widziałem ubogich studentów, marzycieli i idealistów, — ale nie spotkałem ani jednego z tych geszefciarzy, których stać na kupienie terenów w Palestynie i którzy powinni swoje na krzywdzie ludzkiej zarobione fortuny oddać garstce ludzi rehabilitującej idealizm narodu. Prawdziwa miłość ojczyzny czasem mnie zachwyca, lecz fałszywa zawsze budzi wstręt. Musi bowiem budzić odrazę wygodna miłość ojczyzny, uwarunkowana szeregiem zastrzeżeń. Trudno jest kochać i co godzina obliczać, wiele to kosztuje i jaki to zysk przynosi. Stosuje się to zarówno do Żydów miejscowych — fałszywych sjonistów, jak i do tych zasymilowanych “Polaków z trzydniowem wymówieniem”, którzy bardzo kochają Polskę, ale jeżeli broń Boże coś się zdarzy — to już nie tak bardzo.

Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzieć.

Panowie z żydowskich pisemek biadają, że stałem się antysemitą, gdyż napisałem kiedyś parę słów ujemnych o Żydach. — “Wnuk Zeliga Słonimskiego wymyśla na Żydów!”

Nie, panowie nie jestem antysemitą, ale nie zabroni mi nikt mówić o tem, co jest złe wśród Żydów. Proszę mi też oczu nie mydlić tradycją mojego nazwiska, — wiem dobrze, czem byli moi przodkowie, i wiem o tem, że dziad mój — właśnie ów Zelig Słonimski — został wyklęty przez gminy żydowskie (i to nie tylko w Polsce) za to, że ośmielił się wydawać naukowe pismo hebrajskie, że ośmielał się mówić ciemnym Hebrejom o zdobyczach wiedzy, że zwalczał średniowieczny kahał rabinów-ortodoksów. Na pomniku mego dziadka mściwość żydowska wplotła do szumnego napisu jadowite słowa: “Tu leży wielka acz zbłąkana gwiazda narodu żydowskiego”. Nie jestem zaślepiony jakąkolwiek niechęcią do Żydów — tak jak potrafię wyliczyć złe cechy tego narodu, potrafię wyliczyć i dobre, — ale bronię bezwzględnie swobody krytykowania i nic chyba nie uleczy głębokiego wstrętu, jaki mam do pewnych sfer żydowskich. Wybaczcie mi, lecz ośmielam się twierdzić, że Żydzi nie są gorsi od innych, ale i nie są napewno lepsi, i nic mnie o tem nie przekona, że naród, z którego pochodzę rasowo, jest “narodem wybranym”. Niejeden z czytelników zapyta się może: dobrze, lecz dlaczego o tem nagle piszę, i co to kogo obchodzi?

Parę wydarzeń, w które życie mnie ostatnio wplątało, skłoniło myśl moją do tego tematu. Pewien malutki artykulik, ogłoszony przed trzema miesiącami w “Wiadomościach Literackich”, spowodował szereg napaści na moją osobę. To samo spotkało Jana Lechonia, który ośmielił się napisać, że na wieczorze wielkiego rosyjskiego aktora sala pełna była “straszliwych Żydów”, to samo spotkało Juljana Tuwima za wierszyk pt. “Srulki” . Na tle paru tych drobnych faktów zarysowała się w moich poglądach tak znaczna różnica z opinją nie tylko pismaków żargonowych, ale i wielu inteligentnych Semitów, iż uświadomiłem sobie z przerażeniem, że drażliwość żydowska nie jest tylko lokalnym stanem zapalnym, ale płynie ona z głębokiego, przerażającego przekonania Żydów o bezwzględnej wyższości “narodu wybranego”.

Bardzo niedawno temu byłem na meczu “Hakoah” z reprezentacją Warszawy. Tam, na boisku sportowem, wolnem na całym świecie od walk nacjonalistycznych, byłem świadkiem jaskrawej solidarności żydowskiej. Niema w tem nic złego, iż Żydzi cieszą się z sukcesu swej zawodowej zresztą drużyny footballowej. Natomiast czarny tłum ciemnych Żydów, nie rozumiejących ani trochę zasad gry, wyjący, gwiżdżący i ryczący, — dał mi obraz gwałtownego, wojującego nacjonalizmu. Ten “rewanż” żydowski za wszelkie doznane “krzywdy” stał się wielką manifestacją narodową. Żydzi, których ciągle kopią, zemścili się kopiąc piłkę.

Nie wolno jest Lechoniowi napisać, że sala pełna była “straszliwych Żydów”, jak gdyby nie istnieli wśród Żydów ludzie naprawdę straszliwi, — ale wolno Lechoniowi napisać, “że dobrze Ibsen robił, że rodaków nienawidził” — i za to wśród społeczeństwa polskiego nie obrzucano go błotem. Nie wolno mi było, rysując obraz powojennego pokolenia, pisać źle o Żydach, ale nikt z Polaków nie obraził się, gdy pisałem o chamstwie i sklepikarstwie Aryjczyków. W walce Żydów z Polską i w walce Polski z Żydami zaiste nie wiem, kto jest stroną silniejszą, — lecz jeżeli obrazem tej walki był mecz Warszawy z “Hakoah”, to wyznać muszę, że wszystkie moje sympatje były po stronie znacznie słabiej grającej reprezentacji stolicy. W metodach walki między tymi starymi wrogami po obu stronach są rzeczy brzydkie, lecz napewno więcej fałszu jest po stronie Żydów.

Więc jeżeli już istnieje tak żywiołowy i namiętny nacjonalizm, jest najzupełniej oczywiste, iż nacjonalizm ten skierować należy w stronę najszlachetniejszą i najczystszą ideowo, w stronę odrodzenia Palestyny. Tam nie wątpię, iż Żydzi w obliczu swojej ziemi, w pracy i spokoju, który daje każdy wysiłek produkcyjny, stracą tę nerwową drażliwość i zwyczaj bagatelizowania twórczości, piękna, rozumu i spokoju, — wszystkiego, mówiąc poprostu, czego nie można kupić za pieniądze.

Straciłem bowiem wiarę w to, aby ten naród, przeznaczony — zdawaćby się mogło — do propagowania idei kosmopolityzmu, do walki z ciasnym patrjotyzmem i do głoszenia haseł wszechludzkich, — mógł łatwo wyzbyć się szowinizmu i braku tolerancji. Wojna rosyjsko-japońska, która ozdobiła naród japoński nimbem aureoli bohaterskiej, stworzyła modę Wschodu, przydając wiele demonizmu rasie japońskiej. Wytworzyły się legendy o potędze i sile tego dzielnego ludu, jak i teraz, gdy niewątpliwie Żydzi stali się modni na Zachodzie, sugerują im wiele niezwykłej siły i potęgi intelektualnej. Jaskrawym symptomatem tego jest oficjalne stwierdzenie tego żydostwa przez artystów: plastyków i pisarzy! Każdy prawie żydowski artysta w Paryżu, Londynie lub New-Yorku przyznawał się chętnie do kraju, w którym się urodził, zwłaszcza do umiłowanej Rosji, — obecnie zaś w sztukę żydowską wkroczył zwycięsko nacjonalizm. Modny jest czar umysłowości semickiej, dowcip żydowski i semicka realność patrzenia na życie. Co drugi snob żydowski mówi teraz o starości swej rasy. Żydzi zaczynają się uważać za śmietankę towarzyską nawet w banalnem, wielkoświatowem pojęciu. Trudno jest więc wytłumaczyć żydom, że nie są tak niezwykli, że w sztuce niczego nie dokazali, że mają w sobie tragiczną nieproduktywność, wobec której nieproduktywność słowiańska jest mrzonką. W literaturze poza czarującym Heinem, piszącym po niemiecku, kogóż ma literatura żydowska? Jakiego wielkiego muzyka wydał ten najmuzykalniejszy naród? Sztuk plastycznych nie mają zupełnie, a jeżeli znajdzie się nawet w literaturze i muzyce parę nazwisk szlachetnych artystów — nie należą oni do sztuki żydowskiej, jak Conrad nie należy do literatury polskiej.

Dziwne jest, iż w tym wielkim narodzie wszystko co jest wybitniejsze zabiera inny naród. Anglja zgarnia jak śmietanę najzdolniejsze jednostki ghetta żydowskiego, — nawet słaba Polska każe pisać po polsku nacjonalistom żydowskim i kształci ich i czaruje swoją sztuką i kulturą. Ba, nawet w sprawach pieniądza Żydzi wyróżniają się na tle bezradnych chłopów Polski czy Rosji, — ale nie bardzo wytrzymują konkurencję z talentami kalkulacyjnymi Niemców lub Amerykanów. Gdzież jest więc ta wielkość narodu wybranego? Chyba nie w tem, że najpiękniejsza książka napisana od początku świata, najszlachetniejszy owoc, wydany przez rasę ludzką, wielka nauka Jezusa Chrystus, znienawidzona jest przez Żydów? Tragiczny w swoim upadku i podziwu godny w swojej żarliwej miłości do siebie, naród ten, rozsypany po całej kuli ziemskiej, nieraz niósł przed ludzkością sztandar cywilizacji, nieraz umysł i serce Żyda wznosiło się ponad przeciętność ludzką, — lecz nigdy się to nie stało w imię nienawiści do świata.

Jeżeli jest mowa o odrodzeniu narodu, to tem samym konstatuje się jego upadek. Do was więc zwracam się, wszyscy młodzi bojownicy i twórcy wielkości narodu, — do was, szlachetnie myślących, którzy nie mają zaćmionych oczu bielmem nienawiści, — do was, którzy kochacie swój naród, wiedząc, że jest biedny i słaby, i śnicie o jego sprawiedliwej wielkości i pracy na ojczystych ziemiach, — do was zwracam się z żądaniem, abyście zabili rozpalonem piórem drażliwość i zacietrzewienie, które przeszkadza zawsze czystemu i spokojnemu patrzeniu na sprawy tego świata.

Gdybym miał choć odrobinę uczuć nacjonalistycznych, bez chwili wahania zamieszkałbym z wami w tym trudnym, lecz pięknym kraju. Pisałbym i pracował nad brzegami morza Śródziemnego w pachnącej pomarańczami Jaffie albo w zielonej Galilei. O, gdybym mógł się czuć Żydem! Należę jednak sercem do małej, ale wyniosłej ojczyzny ludzi zbłąkanych wśród świata, snujących się po wszystkich lądach ziemi, nieprzywiązanych wstęgą wspomnień ani nie wrosłych korzeniami w ziemię rodzinną. Z ręką na sercu mogę wyznać, iż nie mam wcale uczuć narodowych. Nie czuję się ani Polakiem ani Żydem. Nie bez zazdrości patrzałem na pionierów żydowskich, rozpinających namioty w dolinie Saronu, i słuchałem ich pieśni hebrajskich wieczorem przy ognisku, — jak niegdyś nie bez zazdrości słuchałem pieśni polskich żołnierzy idących na daleką wojnę z Rosją.


Jeżeli powiedziałem tu parę słów twardych, nie znaczy to, abym nienawidził Żydów, — ale nie myślcie także, że to miłość dyktuje mi te słowa pełne goryczy.

Pierwodruk w: Wiadomości Literackie, nr 35 (35),1924, str. 3;

Uwagi: W treści nawiązania do: Julian Tuwim: Giełdziarze, Jan Lechoń: Gilotyna, Julian Tuwim: Bank, Jan Lechoń: Występy Kaczałowa w Warszawie.

Tuwim Gieldzarze

Wybiegają obłędnie i w popłochu pędzą,
W nerwowych mózgach skaczą kursa, akcje, czeki...
Mówią do siebie, liczą, biegną, byle prędzej...
Zapinając po drodze pękate swe teki.
Wczoraj kupił za miljon, dzisiaj za dwa sprzeda,
Kupi jeszcze, — gdzie dostać? — leci — płaci więcej,
Był w cukierni, był w banku, targuje się, nie da,
Liczy, gemacht, wziął, pędzi, sprzedał. Sto tysięcy.
A jutro znów pobiegną z giełdy do kawiarni,
Puszczą w ruch bystre oczy i paluchy drżące,
I znów obsiądą stolik jak spiskowcy czarni,
Rzucają krótkie słowa i grube tysiące.
W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle,
Obetrą gębę ręką, a sumę — przeliczą!
Poproś ich o Chrystusa — zapytają: ile?
A gdy zgodzisz się — przyjdą jutro ze zdobyczą!
Gudłaje w drogich futrach, w jedwabnej bieliźnie,
Wystrojone szajgece w eleganckich butach,
Chamy, bydło, spasione na własnej ojczyźnie!
Którą codziennie w obcych kupczycie walutach.
Haussa, łotry! Na giełdę! Kwadransik szermierki!
Wrzeszczcie! To cały trud wasz, tak hojnie płacony!
Nuże! Z rączki do rączki przerzucać papierki
I leciutko zagarniać krocie i miljony!
A potem — zakąskami zastawiać stoliki!
Żreć, żreć, chlać i używać — wre wściekła robota!
Tłustym, słodkim likierem zapijać indyki,
I — "wina dla orkiestry! — Orkiestra! Foxtrotta!"
Złodzieje na wolności! Próżniaki! Parszywce!
Bando rozzuchwalona i niesyta nigdy!
Baczcie! Marki, przepite wieczorem przy dziwce,
Jak proklamacje fruną w mrowie ludzkiej krzywdy,
Wyjdą z okrutnym hymnem podziemni mściciele,
Sto tysięcy ziębnącej i głodnej gołoty,
Rozbiją kasy, podrą spęczniałe portfele,
I do gardła wam zaczną pięścią pchać banknoty!
...................................................
...................................................
...................................................
...................................................
Tutaj nie ma gadania. Tutaj pięści trzeba!
Wyłapać ten sztab czarny, łajdaków gromadę!
Za mordę, do więzienia — na suchy kęs chleba,
Bo do dziś — po cukierniach żłopią czekoladę!
A potem — dać im pracę. Niechaj rąbią drzewo,
Niech z dworca noszą kufry, cięższe od kamieni,
Niech sprzedają gazety w mróz i pod ulewą
Lub trochę przy warsztacie postoją zgarbieni.
Gdy święty turkot maszyn zadudni im w głowie,
Kiedy pot zrosi czoło, plecy zegnie ucisk,
O życiu wtedy ramię omdlałe im powie
I duszne sale fabryk i wściekły żar hucisk!

Tuwim Bank

Jak czarne włochate kulki
po banku toczą się srulki.
Skaczą, piszczą nad biurkiem,
targuje się srulek ze srulkiem.
Stulek srulkowi uległ
i biegnie do kasy srulek.
Liczy drżącemi palcami
i zmyka przed srulkami.
W klubsesslach zdala od kasy
siedzą srule grubasy.
Srulki z uśmiechem lubym
Kłaniają się srulom grubym.
A w głębi—w ciszy—wielki jak król
duma
sam
główny
SRUL.

Jan Lechoń - Gilotyna

Czczą Pasteura, Edissona,
Marconiego i Roentgena.
I jednego zapomnieli:
Poczciwego Guillotina.
      *   *   *
Doczepiają się Żydłaki
Do Ravela, do Moranda —
Co za draństwo! Co za banda!
Piszą, wrzeszczą, prują flaki.
Już to widać los nasz taki:
Nowa sztuka — stara granda.
      *   *   *
Dobrze, dobrze Ibsen robił,
Że rodaków nienawidził,
Że się swymi braćmi brzydził,
Że ich wprost po mordzie obił.
Grosza na tem nie zarobił.
Dobrze, dobrze Ibsen robił.

http://www.sapijaszko.net/index.php/Jan_Lecho%C5%84_-_Wyst%C4%99py_Kacza%C5%82owa_w_Warszawie

Lepkość kłamstw. Słowo o propagandzie


Mój dziadek kolekcjonował znaczki. Dziwne małe prostokąty z krajów, których już nie ma, ich granice zostały zmienione przez wojny i traktaty, a ich przywódcy zostali wyretuszowani z fotografii. Trzymał je w albumach, których nigdy nikomu nie pokazywał. Kiedyś, gdy miałem dwanaście lat, pozwolił mi spojrzeć. „Ten” – powiedział, wskazując na wyblakły portret kogoś o wyglądzie zupełnie niewrażliwego faceta – „ten człowiek wydał rozkaz o zabiciu milionów ludzi. A ten obok niego? To samo. A ci idioci, którzy lizali te znaczki i wciskali je do listów do domu? Wiedzieli. Oczywiście, że wiedzieli”. Zamknął album. „Wiedza niczego nie zmienia”. Potem odłożył Stalina z powrotem na półkę.

Nadal często o tym myślę.

Edward Bernays, siostrzeniec Zygmunta Freuda, pozwolił nam przestać używać tego okropnego słowa, po tym jak naziści je zhańbili: propaganda. Zastąpił je słowem „public relations” i nazwał technikę leżącą u jego podstaw „inżynierią zgody”.

W swojej książce z 1928 roku – zatytułowanej z godną podziwu szczerością „Propaganda” – napisał, że „świadoma i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami i opiniami mas jest ważnym elementem demokratycznego społeczeństwa”. Niektórzy uważają, że nas ostrzegał, ale tak naprawdę po prostu reklamował swoje usługi.

Bernays jest powodem, dla którego kobiety palą. Zorganizował kampanię „Pochodnie Wolności” [Torches of Freedom] w 1929 roku, zatrudniając debiutantki do zapalania papierosów podczas parady wielkanocnej i pozycjonując to jako feministyczne wyzwolenie. To on jest powodem, dla którego Amerykanie jedzą bekon na śniadanie (i umierają na zawały serca) – kolejna kampania, tym razem na rzecz przemysłu wieprzowego. To on jest powodem upadku gwatemalskiej demokracji w 1954 roku. Prowadził kampanię reklamową, która określała prezydenta Arbenza mianem zagrożenia komunistycznego, torując drogę zamachowi stanu CIA, który chronił plantacje United Fruit Company. Termin „republika bananowa” narodził się z tego porozumienia.

Czytałam Bernaysa na szkoleniu dla agencji. Wszyscy czytaliśmy. Jego myśl była prosta: odwołaj się nie do racjonalnego umysłu, ale do podświadomości. Nie sprzedawaj produktów, sprzedawaj emocje. Nie kłóć się, kojarz. Ręka sięga w kierunku półki, zanim jeszcze zacznie się myślenie. Nazywaliśmy to „automatyzacją behawioralną”. Naukowcy nazywają to efektem czystej ekspozycji. Bernays po prostu nazwał to „wtorkiem”.

W latach 70. XX wieku ponad 400 amerykańskich dziennikarzy było opłacanych przez CIA w ramach operacji „Drozd” [Operation Mockingbird] – prezenterów, redaktorów, felietonistów, ludzi, którym kraj ufał. Nie tylko szeptali reporterom do ucha. Niektórzy z nich pisali prawdziwe historie. Inni byli prezenterami wiadomości. Program nie musiał nikogo do niczego przekonywać. Wystarczyło, że kontrolował, które pytania były zadawane, a które nie.

COINTELPRO prowadziło równoległe operacje w kraju. FBI infiltrowało legalne organizacje, rozpowszechniało dezinformację, szantażowało cele i prowadziło inwigilację bez nakazu. Martin Luther King Jr. był celem głównym.

W marcu 1964 roku kampania Hoovera przeciwko niemu toczyła się na „etapie wojny totalnej”, wykorzystując to, co wewnętrzne notatki określały jako „ukrytą wojnę polityczną”. Wielebny Jesse Jackson opisał później ten efekt: „Kiedy masz wrażenie, że rząd naprawdę cię obserwuje… ma to efekt mrożący. Odbiera ci wolność. A często w przypadku przywódców, nikt z nas nie jest idealny, to neutralizuje ludzi”.

Neutralizacja. To był cel. Nie nawrócenie. Nie wiara. Neutralizacja.

To rozróżnienie jest ważniejsze niż cokolwiek innego, czego nauczyłam się przez lata pracy dla rządu.

Oto, czego nikt nie mówi o propagandzie, czego nie dostrzegają twórcy filmów dokumentalnych, czego naukowcy badający ją z zewnątrz ciągle nie potrafią pojąć: kłamstwa nie są najtrudniejszą częścią.

Kłamstwa są oczywiste. Wszyscy wiedzą, że to kłamstwa. Wiedzą o tym urzędnicy, którzy je przekazują. Wiedzą o tym dziennikarze, którzy je redagują. Wiedzą o tym obywatele, którzy je odbierają. Ta wspólna wiedza tworzy atmosferę permanentnego przedstawienia, niewypowiedzianego porozumienia, że ​​wszyscy będziemy udawać razem, bo udawanie jest łatwiejsze od alternatywy.

A jak właściwie miałaby wyglądać ta alternatywa? Kto ma na to siłę?

Najtrudniejszym elementem jest wyczerpanie.

Siedziałam w salach, w których dyskutowaliśmy o „strategiach nasycenia informacją”. Założenie było eleganckie i proste: przytłoczona populacja nie jest w stanie skutecznie się oprzeć. Nie dlatego, że wierzy w fałszywe informacje, ale dlatego, że traci zdolność odróżniania ich od czegokolwiek innego. Obciążenie poznawcze związane z utrzymywaniem sceptycyzmu wobec wszystkiego w końcu staje się nie do utrzymania. Ludzie się poddają. Wycofują się do życia prywatnego. Przestają uczestniczyć w życiu publicznym.

To jest cel. Nie wiara. Podporządkowanie się bez wiary. Cisza ubrana w zgodę.

Instytut Tavistock odkrył to w latach 20. XX wieku, rzekomo lecząc żołnierzy z nerwicy frontowej [shell-shock]. W rzeczywistości odkryli, że trauma nie tylko łamie ludzi, ale także czyni ich podatnymi na wpływy. Żal, dezorientacja, strach: to wszystko działa jak narzędzia. Kiedy wiesz, która dźwignia sprawia, że ​​stado wpada w popłoch, nie potrzebujesz już przemówień ani kart do głosowania. Wystarczy pociągnąć za dźwignię.

Po II wojnie światowej ślady działalności Tavistock pojawiły się w NATO, w zimnowojennej propagandzie, w narodzinach reklamy masowej. Badania kontynuowano. Metody udoskonalano. Kiedy rozpoczęłam służbę dla rządu, wiedza instytucjonalna była już dojrzała i wszechstronna. Mieliśmy podręczniki. Mieliśmy wskaźniki. Mieliśmy studia przypadków sięgające dekad wstecz.

Współczesne operacje psychologiczne (PSYOP) są niezwykle zbiurokratyzowane. Armia amerykańska szkoli żołnierzy specjalnie do „wojskowych operacji wsparcia informacyjnego”, które polegają na „udostępnianiu konkretnych informacji zagranicznym odbiorcom w celu wpływania na emocje, motywy, rozumowanie i zachowania rządów i obywateli”. Oferta pracy znajduje się na stronie internetowej armii poświęconej rekrutacji, jeśli ktoś chciałby przeczytać. Oferują przyspieszony awans. Podkreślają, że podoficerowie PSYOP „przewyższają swoich rówieśników”.

Nic z tego nie jest tajemnicą. To po prostu nudne. A nuda to najlepszy kamuflaż.

Kolega kiedyś wyjaśnił mi tę filozofię działania, używając analogii, której nigdy nie zapomniałam. „Pomyśl o tym jak o wilgotności” – powiedział. „Wilgoci nie zauważasz. Nie możesz jej zobaczyć. Ale wpływa ona na wszystko – na to, jak śpisz, jak myślisz, jak czują się twoje stawy rano. Propaganda działa w ten sam sposób. To nie burza. To wilgoć w powietrzu, która zawsze jest obecna, kształtując to, co wydaje się możliwe, a ty nigdy świadomie tego nie zauważasz”.

Dlatego ludzie Zachodu stale błędnie rozumieją propagandę. Szukają burzy. Chcą identyfikować konkretne kłamstwa, obalać konkretne twierdzenia, śledzić konkretne kampanie dezinformacyjne. Ale wyrafinowani operatorzy nie działają w ten sposób. Oni pracują nad wilgotnością. Działają na tym, co wydaje się normalne. Działają na założeniach tła, których ludzie nawet nie rozpoznają jako założeń.

Spędziłam trzy lata pracując nad projektem, analizując środowiska medialne w krajach, które uprzejmie nazywaliśmy „krajami partnerskimi”. Najskuteczniejsze operacje wpływu, które badaliśmy, nigdy nie próbowały przekonać kogokolwiek do czegokolwiek konkretnego. Po prostu zalewały przestrzeń informacyjną szumem, aż sygnał stawał się niemożliwy do wykrycia. Wzmacniały podziały wszędzie tam, gdzie podziały już istniały. Sprawiały, że pewność siebie wydawała się naiwnością, a cynizm mądrością. Nie musiały wygrywać sporów. Musiały tylko sprawić, by same spory wydawały się bezsensowne.

W 2012 roku ustawa Smitha-Mundta o modernizacji po cichu znosiła zakaz rozpowszechniania w kraju materiałów wyprodukowanych dla odbiorców zagranicznych. Znaczenie tej zmiany pozostało w dużej mierze niezauważone. Infrastruktura stworzona w celu wywierania wpływu na populację zagraniczną mogła teraz legalnie docierać do obywateli amerykańskich.

Moja znajoma uczy historii w liceum. Dobra nauczycielka, szczerze dba o krytyczne myślenie i edukację medialną. W zeszłym roku zleciła swoim uczniom projekt: zidentyfikować propagandę we współczesnych mediach, wyjaśnić, jak działa, zaproponować, jak obywatele mogą się jej przeciwstawić.

Projekty były imponujące. Uczniowie znajdowali przykłady wszędzie – w reklamach politycznych, PR korporacyjnym, kampaniach wpływu w mediach społecznościowych. Analizowali techniki: manipulację emocjonalną. Fałszywe dychotomie. Odwoływanie się do autorytetów. Efekty owczego pędu [„bandwagon”]. Znali słownictwo. Potrafili rozpoznać ruchy.

Następnie zapytała o ich własną konsumpcję mediów. O ich własne przekonania. O ich własne założenia.

Cisza.

„Cóż, to co innego” – powiedział w końcu jeden z uczniów. „To, w co ja wierzę, jest akurat prawdą”.

Tego wieczoru moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie, wyraźnie wstrząśnięta. „Widzą to wszędzie, tylko nie u siebie. Ani jeden z nich. A co jest straszniejsze? Nie jestem pewna, czy ja jestem inna”.

To jest ta polana, której nie ma. Miejsce, w którym wyobrażasz sobie, że stoisz, analizując propagandę z bezpiecznej odległości. Przekonanie, że z pewnością rozpoznasz manipulację, gdy będzie wymierzona w ciebie. To przekonanie samo w sobie jest produktem tej ‘wilgoci’, której nie zauważasz.

Kiedy algorytmy stały się głównym mechanizmem dystrybucji, nie potrzebują już ludzkich operatorów. Uczą się, co powoduje skoki poziomu kortyzolu, co wywołuje dreszcze, co denerwuje. Karmią cię coraz bardziej, aż twój układ nerwowy przejmie nad nimi kontrolę. Dawka jest mierzona w powiadomieniach, nagłówkach i filmach, które zatrzymują przewijanie na sekundę dłużej niż poprzedni.

Farmacja jest w twoim mózgu. Wszystkie twoje neuro-chemikalia, użyte przeciwko tobie.

Obserwowałam tę przemianę od środka. Prymitywne techniki, których się nauczyłam – powtarzanie komunikatów, wywoływanie emocji, strategiczna dwuznaczność – zostały zautomatyzowane i zoptymalizowane w skali, której Bernays nie mógł sobie nawet wyobrazić. Maszyna nie śpi. Maszyna się nie męczy. Maszyna uczy się tego, na co reagujesz, i daje ci tego więcej, aż w końcu reakcje staną się wszystkim, co robisz.

Milczenie nie jest przeciwieństwem propagandy. Milczenie jest jej celem. Nie cisza spokoju lecz cisza wyczerpania. Cisza przepracowania tylu sprzeczności, że reagowanie wydaje się już bezcelowe. Cisza prywatnego cynizmu połączona z publiczną uległością – ta specyficznie współczesna forma duchowego poddania się, w której wiesz wszystko i nic nie robisz.

W każdym kraju, który badałam, ta cisza była miarą sukcesu. Nie entuzjazm. Nie wiara. Społeczeństwo, które przestało oczekiwać prawdy, przestało domagać się odpowiedzialności, przestało uczestniczyć w kolektywnym podejmowaniu decyzji. Społeczeństwo, które tylko przewija.

Propaganda ich nie przekonała. Ogołociła ich. A pusta opinia publiczna to stabilna opinia publiczna.

Jest badanie z literatury behawioralnej, które prześladowało mnie latami. Naukowcy pokazywali badanym ewidentnie fałszywe twierdzenie. Badani prawidłowo je uznawali za fałszywe. Następnie badacze pokazywali im to twierdzenie jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

Podczas siódmej ekspozycji wiele osób oceniło to twierdzenie jako „prawdopodobnie prawdziwe”.

Nic się nie zmieniło w tym twierdzeniu. Nie przedstawiono żadnych nowych dowodów. Samo powtarzanie tworzyło poczucie znajomości, a znajomość maskuje się jako prawda. Mózg wybiera drogę najmniejszego oporu. Rozpoznanie czegoś wydaje się zrozumieniem. Łatwość przetwarzania sprawia wrażenie dokładności.

W naszych materiałach szkoleniowych nazywaliśmy to „prawdą przez powtarzanie”. Ta technika jest starsza niż ktokolwiek z nas. Ale mechanizm dostarczania – każdy ekran, każde powiadomienie, każdy algorytmicznie zoptymalizowany element treści – uczynił ją nieskończenie potężniejszą.

Moja babcia przeżyła reżim nazistowski. Nigdy nie mówiła o tym wprost. Na koniec dała mi radę, którą zrozumiałam dopiero znacznie później.

„Pozostań wierna czemuś” – powiedziała. „Jednej małej, prawdziwej rzeczy. Wspomnieniu, relacji, praktyce. Czemuś, czego oni nie mogą dotknąć. Pielęgnuj to w tajemnicy. Nigdy nie mów o tym publicznie. Pozwól im mieć wszystko inne, jeśli musisz. Ale niech jedna rzecz będzie prawdziwa”.

Zapytałam ją dlaczego.

„By pamiętać, jak smakuje prawda. W przeciwnym razie zapominasz. Myślisz, że nie, ale zapominasz. A kiedy już zapomnisz, stajesz się jak oni. Po prostu dlatego, że nie ma już niczego w tobie, co by się sprzeciwiało”.

Pytanie nie brzmi, czy propaganda działa.

Pytanie brzmi: co oznacza „działanie”? Jeśli sukces wymaga wiary, to większość propagandy zawodzi. Nikt nie wierzy. Tak naprawdę. Ani urzędnicy, ani dziennikarze, ani obywatele.

Jeśli jednak sukces oznacza uległość bez przekonania, wyczerpanie zamiast nawrócenia, milczenie zamiast zgody, to propaganda jeszcze nigdy nie odniosła większego sukcesu niż obecnie.

Nie jesteśmy przekonywani. Jesteśmy wyczerpywani.

Wiem, bo pomagałam projektować te systemy. Wiem, bo czytałam wskaźniki. Wiem, bo siedziałam w salach, gdzie mierzyliśmy sukces tym, co ktoś przestał robić, a nie tym, w co ktoś zaczął wierzyć.

Ludzki mózg jest niesamowicie prymitywny. I nie ewoluował od tysiącleci. I dlatego zawsze można powtórzyć historię. Zawsze.

A Lily Bit

https://www.alilybit.com/p/the-humidity-of-lies

https://ekspedyt.org/2026/01/27/lepkosc-klamstw/


środa, 28 stycznia 2026

O Izraelu w Patagonii czyli Plan Andinia – reaktywacja


Od początku roku cała uwaga świata zwrócona była najpierw na wydarzenia w Wenezueli, a następnie na kawałek lodu, który spodobał się Donaldowi Trumpowi, dla zmylenia zwany Grenlandią. 

A tymczasem na południowej stronie zachodniej półkuli, gdzie trwa pełnia lata, dzieją się bardzo intrygujące wydarzenia. Otóż od 5 stycznia doszło w argentyńskiej Patagonii do serii groźnych pożarów, które strawiły ponad 20 tys. hektarów lasów, zarośli i łąk, a także wiele gospodarstw rolnych. Według Santiago Hardie, szefa Federalnej Agencji ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, aż „95% tych zdarzeń jest spowodowanych działaniem człowieka”. Także gubernator prowincji Chubut, Ignacio „Nacho” Torres potwierdził, że pożary zostały „umyślnie wzniecone” i zapowiedział, że władze „podejmą działania, aby osoby odpowiedzialne za nie stanęły przed sądem”.

Niesforni „turyści”

Oliwy do patagońskiego ognia dolał emerytowany argentyński generał w stanie spoczynku, César Milani, który stwierdził, że za wzniecanie pożarów odpowiedzialni są Izraelczycy. Były zastępca dowódcy argentyńskiej armii napisał w mediach społecznościowych, że pożar wywołało dwóch Izraelczyków, używając w tym celu izraelskiego granatu M26. Aby chyba podgrzać atmosferę, swój post gen. Milani zilustrował zdjęciem prezydenta Argentyny, Javiera Milei, wymachującego izraelską flagą.

I chociaż zarówno Żydzi, jak i rozkochany w Żydach i Izraelu prezydent Argentyny oskarżyli generała Milani o antysemityzm, to jednak w jego słowach jest coś na rzeczy. Wprawdzie wielu komentatorów wykazało, że do podpalenia nie użyto granatu M26, to jednak bezspornym faktem jest aresztowanie 5 stycznia izraelskiego turysty za podpalenie Parku Narodowego Los Glaciares w Patagonii. Przyznały to oficjalnie władze Argentyny informując o wszczęciu w tej sprawie dochodzenia. Turystę zatrzymali strażnicy parku podczas próby wzniecenia pożaru na obszarze objętym zakazem wstępu.

W oddzielnym komunikacie urzędnicy prowincji Chubut poinformowali o znalezieniu ładunków wybuchowych w pobliżu jeziora Epuyén. Raporty wspominały o przedmiotach przypominających granaty typu M26. Wprawdzie władze Argentyny poinformowały o wszczęciu śledztwa wobec jednego Izraelczyka, jednak kilka dni później informowano na portalach społecznościowych o aresztowaniu tym razem przez chilijskich strażników leśnych za podpalenie kolejnych czterech izraelskich turystów.

Wiele mówiąca korelacja

Według popularnego w USA komentatora politycznego Jimmy Dore’a, trwające w Patagonii pożary lasów mogą być powiązane ze zmianą polityki dotyczącej prywatyzacji gruntów, która zezwala na sprzedaż strawionej przez pożar ziemi zagranicznym nabywcom. Informował o tym rzecznik prezydenta Argentyny, Manuel Adorni: „Jeśli chodzi o grunty wiejskie, ich zakup jest możliwy dla prywatnych podmiotów zagranicznych. Ponadto zakaz zmiany działalności produkcyjnej gruntów rolnych przez trzydzieści do sześćdziesięciu lat po pożarze, został zniesiony”. Wprowadzone zmiany zniosły więc ograniczenia dotyczące sprzedaży ziemi bezpośrednio po pożarach, które pierwotnie miały zapobiegać podpaleniom w celu spekulacji spustoszonymi przez pożary gruntami.

Zdaniem Dore’a, Manuel Adorni mimowolnie ujawnił izraelski plan przejęcia argentyńskiej ziemi i jej zasobów, w realizację którego zaangażowany jest także argentyński rząd. Dore nie ma wątpliwości, że Izraelczycy wzniecają ogromne pożary w argentyńskiej Patagonii, aby wykorzystać stworzoną ledwie co przez syjonistyczny rząd lukę prawną.

Przebierańcy z Izraela penetrują Patagonię

Pod wrażeniem imponującej skali pożarów w Patagonii, wielką popularność wśród argentyńskiej i chilijskiej ludności zyskały wypowiedzi byłego chilijskiego senatora Eugenio Tumy Zedána, który już kilkanaście lat temu ostrzegał, że podszywający się pod turystów żołnierze izraelskiej armii penetrują chilijską i argentyńską Patagonię, prowadząc za cichym przyzwoleniem rządów Chile i Argentyny badania topograficzne.

Kilkanaście lat temu senator Tuma Zedán, który reprezentował 300-tysięczną palestyńską społeczność w Chile, oskarżył tysiące izraelskich wędrownych turystów o prowadzenie tajnej operacji wojskowej na chilijskiej ziemi. Występując wówczas w jednym z programów telewizyjnych, oświadczył, że 8 do 9 tysięcy izraelskich turystów wjeżdżających co roku do Chile „wcale nie są turystami”, lecz „przebranymi za cywilów” żołnierzami Sił Obrony Izraela, którzy systematycznie „mapują południowy region Chile”. „Tysiące Izraelczyków wjeżdża do kraju, jakby byli jego właścicielami, i nikt im nic nie mówi” – alarmował w 2012 roku Tuma Zedán na chilijskim portalu informacyjnym BioBioChile.

Wypowiedzi senatora Tumy Zedána odzwierciedlały niepokojącą rzeczywistość. Po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej wielu młodych Izraelczyków rzeczywiście licznie podróżowało do Patagonii. Z wielu względów owi „turyści” budzili w chilijskim i argentyńskim społeczeństwie wiele kontrowersji. Pod koniec grudnia 2011 roku izraelski turysta Rotem Singer „przypadkowo” wzniecił ogromny pożar w Parku Narodowym Torres del Paine w Chile. Spłonęło wówczas ponad 17 tys. hektarów dziewiczej przyrody. Chilijskie władze wprawdzie zatrzymały Singera, jednak po wpłaceniu ok. 10 tys. dolarów, został zwolniony i opuścił kraj. Łagodne potraktowanie Singera wywołało wielki sprzeciw chilijskiej opinii publicznej, która domagała się surowego ukarania sprawcy pożaru.

Izrael czeka wielka przeprowadzka?

W mediach społecznościowych pojawiły się liczne wiadomości, które łączą obecne pożary lasów w Patagonii ze starym żydowskim planem, który zakładał zasiedlenie regionu. Wielu internautów odwoływało się w tym kontekście do rozważanego ponad sto lat temu przez jednego z ojców założycieli Izraela, Theodora Herzla, „planu Andinia”, czyli planu utworzenia państwa żydowskiego na dziewiczych terenach Patagonii jako ewentualnej alternatywy dla Palestyny. Wówczas wybrano ten ostatni wariant.

I chociaż Argentyńska Organizacja Syjonistyczna uznała ponowne pojawienie się tego planu za „antysemickie oszczerstwa bez żadnych podstaw historycznych ani politycznych”, to jednak w kontekście wyzwań, przed jakimi stoi Izrael w konfrontacji z silnym Iranem, teorie te nie są aż tak bezpodstawne i z każdym upływającym dniem coraz trudniej uznawać je za spiskowe.

Poza tym, jak wiadomo, Argentyna wraz Brazylią, Chile i pozostałymi krajami Ameryki Południowej (poza wykluczoną Wenezuelą), tworzy najsilniejszą organizację gospodarczą w Ameryce Łacińskiej tzw. Wspólny Rynek Południa (Mercosur) i ktokolwiek będzie kontrolować te kraje, zdominuje światowy rynek żywności. Ponadto, zważywszy na nieposkromiony apetyt talmudystów na wszelkie bogactwa i władzę, chęć opanowania lasów Patagonii, ze względu na ich wielki potencjał ekonomiczny, wydaje się być czymś zupełnie oczywistym.

Wiele też daje do myślenia przytoczona przez Jimmy Dore’a na jego youtubowym kanale wypowiedź młodego Chilijczyka, który podzielił się tym, co usłyszał od spotkanego izraelskiego turysty: „Kiedy mieszkałem w Valparaíso, w pobliżu mieszkała społeczność izraelska. Pijąc piwo z jednym z nich, przyjezdnym z Izraela, usłyszałem od niego: Chile, podobnie jak Argentyna, a zwłaszcza Patagonia, należy do Izraelczyków”. No cóż, można powiedzieć – słowo przeciwko słowu. Chronieni przez antydyskryminacyjne ustawy Żydzi, którzy się wszystkiego wypierają, nazwą to teorią spiskową i przypną łatkę antysemityzmu, zaś ów młody człowiek, powiedział, co powiedział.

Od teorii (spiskowej) do praktyki

Być może do niedawna słuszne było określanie przez Żydów „planu Andinia” mianem teorii spiskowej. Jednak sytuacja na świecie w ostatnim roku diametralnie się zmieniła. Przedstawiciele Argentyńskiej Organizacji Syjonistycznej nie mają racji twierdząc, że ponowne wypłynięcie „planu Andinia nie ma podstaw historycznych i politycznych. Otóż ma i jedne, i drugie. Podstawę historyczną daje rozdział zatytułowany Palestyna czy Argentyna? w książce Theodora Herzla Der Judenstaat. Natomiast podstawę polityczną daje sytuacja na Bliskim Wschodzie, jaka wytworzyła się po 12-dniowej wojnie Izraela z Iranem, kiedy to po raz pierwszy od swego powstania w 1949 roku Izrael dostał od ościennego państwa tęgi łomot.

Jest wielce prawdopodobne, że syjonistyczna elita od dłuższego czasu liczy się z upadkiem żydowskiego państwa w Palestynie. Jednocześnie ze względu na załamanie się planów kolonizacji przez talmudystów i Anglosasów Rosji, projekty Polin i Niebiańska Jerozolima z powodu nowych uwarunkowań geopolitycznych jako nieperspektywiczne i zbyt ryzykowne straciły na atrakcyjności. A tymczasem Argentyna, jak czytamy na 12 stronie książki Theodora Herzla, „jest jednym z najżyźniejszych krajów świata, rozciąga się na rozległym obszarze, ma rzadką populację i łagodny klimat”. W tej sytuacji nie byłoby dziwne, gdyby w syjonistycznych elitach zdecydowano, aby wyciągnąć z lamusa historii odrzucony pierwotnie „plan Andinia” i rozważyć przeprowadzkę Izraela.

Poza Nil i Eufrat

Możliwe, że rację ma Jimmy Dore, przedstawiając sytuację związaną z ostatnimi pożarami w Argentynie, jako część szerszej strategii geopolitycznej syjonistów obejmującej kontrolę światowych zasobów, globalną cenzurę i podporządkowanie interesów wszystkich państw, włącznie z USA, polityce Izraela, bez względu na to gdzie miałby się ostatecznie znajdować. Być może trwamy w błędnym przekonaniu, że celem syjonistów jest stworzenie Wielkiego Izraela od Nilu do Eufratu. Widząc, co od kilku lat Benjamin Netanjahu i lobby żydowskie wyprawia z prezydentami Stanów Zjednoczonych, możemy być raczej pewnymi, że ambicje syjonistów sięgają daleko poza Nil i Eufrat.

Kluczową rolę w ich planach, ze względu na swój potencjał militarny i technologiczny, odgrywają Stany Zjednoczone, nad którymi za sprawą wielkich pieniędzy talmudyści przejęli pełnię władzy. Stanami Zjednoczonymi nie rządzi Kongres, ani nawet prezydent Trump, lecz AIPAC – czyli wpływowa żydowska organizacja lobbingowa, finansując polityków i kampanie polityczne oraz angażując się w działania mające wpływ na amerykańską politykę zagraniczną. Syjoniści z AIPAC stoją finansowo za wszystkimi mediami. Oni są w kierownictwie mediów i wszystkich instytucji finansowych i politycznych. Na dodatek robią to wszystko bezczelnie, bez najmniejszego skrępowania, a jak tylko ktoś zacznie ich krytykować, to w najlepszym wypadku zostaje nazwany antysemitą.

Ruch syjonistyczny stanowi obecnie największe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, ponieważ realizuje interesy, które nie są amerykańskie. Jest to też najpotężniejszy wróg wolnego świata. Syjoniści mają wszystko pod swoją kontrolą. Są właścicielami naszych mediów, więc mogą nastawiać opinię publiczną przeciwko każdemu, kto im się sprzeciwia. Są właścicielami banków, więc mogą każdemu odciąć dostęp do konta. A co najważniejsze kontrolują rządy prawie wszystkich państw na świecie, co dobitnie pokazała pandemiczna mistyfikacja w 2020 roku.

USA – dodatek do Izraela

Prezydent Donald Trump jest nic nie znaczącą pacynką, kupioną przez Miriam Adelson za 100 milionów dolarów. On nie tylko się tym chełpi ale też nie ukrywa, że skompletował najbardziej syjonistyczny gabinet w historii USA. W istocie, w ostatnich dziesięcioleciach Stany Zjednoczone stały się dodatkiem do Izraela. Może niektórzy pamiętają haniebną scenę z odpalenia świec chanukowych w Białym Domu w grudniu ubiegłego roku, kiedy członek Rady Doradczej ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego w administracji Donalda Trumpa, Mark Levin (formalnie podwładny Trumpa), podszedł do prezydenta Stanów Zjednoczonych i obściskiwał go, jakby chciał powiedzieć „ty moja kukiełko”. A jakby tego było mało, wciąż obściskując Trumpa w protekcjonalnym tonie przypomniał swoją wypowiedź sprzed sześciu lat o Trumpie: „to nasz pierwszy żydowski prezydent”.

Grudniowa chanuka w Białym Domu jest jaskrawym potwierdzeniem tego, że Stany Zjednoczone nie są suwerennym państwem. Gdyby Stany Zjednoczone były suwerennym państwem, to prezydent walnąłby Levina łokciem w twarz i powaliwszy go na ziemię, powiedziałby mu: „Nie waż się tknąć prezydenta Stanów Zjednoczonych! Ja jestem Naczelnym Dowódcą sił zbrojnych najpotężniejszego państwa świata! Nie zachowuj się, jakbym był twoim chłopcem na posyłki!”. Niestety, Mark Levin zachował się tak, bo wie, że prezydent Trump jest jego chłopcem na posyłki. A skoro Donald Trump jest posłuszny Markowi Levinowi, to wyobraźmy sobie, jak musi tańczyć przed Benjaminem Netanjahu i innymi wysoko postawionymi syjonistami.

Krzysztof Warecki

https://myslpolska.info/2026/01/27/warecki-plan-andinia-reaktywacja/

Reportaż Tani Fionej z zimowego Kijowa AD26


Cena zachodniego szczęścia i dobrobytu

KATASTROFA HUMANITARNA W KIJOWIE: BRAK OGRZEWANIA I PRĄDU, ŻYCIE W NAMIOTACH (NIEZNISZCZALNYCH PUNKTACH).

Młoda ukraińska dziennikarka oprowadza widzów po dzisiejszym Kijowie, a właściwie po jego zachodniej stronie Dniepru. Według jej słów, wschodnie dzielnice, pogrążone w niezmiennej ciemności, nie nadają się do przetrwania.

Na samym wstępie reportażu dzieli się ona swą radością z widzami, zdradzając fakt tego szczęścia, jako kilka godzin ciepła i wody w jej apartamencie, które to umożliwiły jej umycie włosów.

Następnie oprowadza nas po mroźnych ulicach Kijowa rozmawiając z nielicznymi przechodniami. Są to głównie ponad 80-cio letnie osoby, które (jak mówi) przetrwały II Wojnę Światową, „epidemię covida”, a teraz walkę o miejsce Ukrainy w „zachodnim raju”.

Jak nietrudno się domyślić, wstęp do „raju” nie jest rzeczą trywialną. Wymaga poświęceń i żelaznej woli.

W swej wędrówce odwiedza też apartamenty w budynkach mieszkalnych. Do większości przyłączone są generatory, które w ustalonych godzinach napędzają windy, by ludzie mgli nimi transportować, wodę, żywność i inne niezbędne materiały, be konieczności wdrapywania się na wyższe piętra po schodach.

W apartamentach tych temperatura utrzymuje się od ujemnych, do kilku stopni powyżej zera (Celsjusz).

Zależy to od liczby przebywających tam osób, które same w sobie stanowią źródło ciepła, przynajmniej do momentu śmierci.

Ci, którzy nie są w stanie wytrzymać tych warunków, mogą ogrzać się i napić gorącej herbaty w tzw. „niezniszczalnych punktach”, czyli namiotach z generatorami, czy nawet w restauracjach, dostosowanych do tych wymogów, w centrum miasta.

Te ostatnie mają dodatkowy „walor” w postaci piwnic, które mogą służyć podczas nalotów jako schrony.

Na koniec tego reportażu, nie była ona już w stanie wstrzymać się od łez.

I nie trudno ją zrozumieć. Można tylko współczuć.

W tym miejscu należy zadać pytanie: kto jest winien temu piekłu?

Dla większości „rozumnych” obywateli Zachodu, odpowiedź jest oczywista: „krwawy dyktator Putin”.

Oczywiście rosyjska armia jest fizyczne odpowiedzialna za ten stan rzeczy. Gdyby jednak na jej miejscu znalazła się „niezwyciężona US Army”, to po czterech latach konfliktu z Kijowa nie pozostałby kamień na kamieniu. I nie jest to fantazja, ale twardy fakt.

Ilustrują go przykłady „humanitarnych bombardowań” z byłej Jugosławii, Afganistanu, Syrii, Libii, Libanu i innych państw, które ośmieliły się nie akceptować „zachodnich wolności i demokracji”.

Ukraina ją zaakceptowała, wierząc w zachodnią fatamorganę , której dostąpi po zniszczeniu znienawidzonych Rosjan.

Sami Ukraińcy mają tysiącletnią historię pozbywania się swych urojonych wrogów w najkrwawszy z możliwych sposobów. [nie było „Ukraińców”.. Były różne plemiona. [Samo pojęcie „Ukraińców” powstało w XIX wieku.. md]

Zaczęło się to od powstań chłopskich na jej terenie, w okresie gdy była ona prowincją Wielkiej Rzeczpospolitej Polskiej, rządzonej nota bene przez własną (ukraińską) [ruską md] arystokrację, której „przestępstwem” była dobrowolna asymilacja w Polskiej Cywilizacji i Kulturze.

Niejednokrotnie ukraińscy wojewodowie (administratorzy tych ziem z ramienia Polski), musieli topić tą nieszczęsną i nieokiełzaną ludność we krwi w celu utrzymania porządku.

Ich jedynym „grzechem” było to, że się dobrowolnie spolonizowali. Ukraińskie pospólstwo stanowiło odrębną grupę etniczną, której jedyną spoiną była nienawiść do bardziej cywilizowanych Narodów (Polski & Litwy). [no i do żydów – wyzyskiwaczy md]

Do dnia dzisiejszego, „perłą w Koronie” jest polski Lwów, od wieków stanowiący kolebkę kultury polskiej.

Co prawda przewrotni i zakłamani Niemcy (Austriacy) starają się przywłaszczyć tą perłę. Ich jedynym „osiągnięciem” jest zgarnięcie jej w zbrodniczych rozbiorach Polski.

Ukraińcy „podziękowali” Polakom za próbę ucywilizowania, mordując w czasie II Wojny Światowej ponad 200 tysięcy polskich kobiet i dzieci na Wołyniu.

Teraz zaś „rewanżują” się Rosji, za lata agresji na Ługańsk i Donieck, które od 2014 roku ostrzeliwali, mordując rosyjskojęzyczną ludność.

Reasumując, agresorem w tym konflikcie proxy jest Zachód, używający głupich Ukraińców, zaślepionych [propagandą..] nienawiścią do Rosjan, jako tarana w zniszczeniu RF.

A jak to uczy nas doświadczenie, najwyższą cenę płaci się za własną głupotę!

https://www.youtube.com/channel/UCUzWOuj5kSKJxANMckRoqxA

Ignacy  Nowopolski

https://substack.com/@drignacynowopolski

Smartfony i laptopy upośledzają intelektualnie dzieci


Nowoczesne technologie, smartfony czy laptopy przedstawiane są w mediach jako dobrodziejstwo. Wielu rodziców bezkrytycznie w to wierzy. W rzeczywistości stanowią ogromne zagrożenie. Szczególnie destruktywny jest ich wpływ na dzieci, które pod wpływem korzystania z tych urządzeń stają się intelektualnie upośledzone.

W swoim artykule na łamach tygodnika „Idziemy” Monika Odrobińska opisała skutki uzależnienia dzieci od komputerów.

Dzieci od małego bawiące się elektroniką są zapóźnione intelektualnie, mają tak ubogie słownictwo, jak dzieci o wiele młodsze, nie potrafią nawiązywać kontaktu wzrokowego z rozmówcą, relacje z innymi ludźmi ich nudzą. Bardzo często przyczyną nieharmonijnego rozwoju u dzieci nie są jakieś zaburzenia (np. ADHD), ale kontakt z telewizją i komputerem od niemowlęctwa.

Skutkiem dania dziecku możliwości obcowania z telewizją i komputerem od małego jest, że dziecko poddane takiemu wpływowi może mieć mniejszy iloraz inteligencji („wynikający z zaburzeń percepcji i koncentracji” będących owocem braku umiejętności eliminowania niepotrzebnych bodźców, który jest skutkiem korzystania z telewizji i komputerów od małego).

Dzieci poddane zalewowi bodźców z mediów elektronicznych (bodźców tych jest wielokrotnie więcej niż w realu) są niezdrowo pobudzone, nie potrafią zasnąć i spać, przez co nie są w stanie się zregenerować, trzeźwo myśleć, są permanentnie zmęczone, co powoduje u dzieci nieustanną senność, osłabienie koncentracji, problemy z pamięcią i nauką. Podobnie destruktywnie nadmierne nienadużywanie elektroniki oddziałuje na studentów – skłaniając ich do nadmiernej konsumpcji alkoholu, przygodnych relacji seksualnych i depresji (by mieć satysfakcję, muszą mieć coraz to nowe bodźce). Nieustanne gapienie się w ekran trwale uszkadza wzrok, powoduje bolesne wady postawy, niedorozwoju mięśni i stawów co powoduje nieustanne bolesne urazy.

Dziś młodzi nie potrafią: ze sobą normalnie rozmawiać, utrzymać kontaktu wzrokowego – co uniemożliwia normalną komunikację (bez patrzenia na rozmówcę nie widać jego niewerbalnej mowy ciała będącej jedną z podstaw komunikacji), nawiązywać i podtrzymywanie normalnych relacji. Dzieci ograniczające swoje życie do ekranów nie są zdolne do normalnego werbalizowania swoich myśli, mówią sloganami z mediów – przez co są odbierane przez rówieśników jako nienormalne.

W wywiadzie dla tygodnika „Idziemy” Janusz Werdak (inicjator kampanii „Mniej ekranu, więcej rodziny”) stwierdził, że by nie dopuść uzależnienia dziecka od komputera, należy dzieci od małego wdrażać w obowiązki domowe, czytanie, rozwijanie zainteresowań – tak by dziecko miało zagospodarowany czas wolny i nie musiało same za pomocą komputera ten czas sobie destruktywnie organizować.

Dzieci łatwo uzależniają się od internetu, bo jest on atrakcyjny — nie mają przy tym wrażenia, że internetowe uzależnienie coś im odbiera, nie rozumieją, czemu spotkania z rówieśnikami w realu mają być lepsze. Nawiązywanie relacji w internecie jest łatwiejsze, szczególnie dla tych dzieci, które w realu są nieśmiałe – w internecie nieśmiali są nagradzani sukcesem (internetową znajomością) i wolą taką formę relacji od niepowodzeń w realu. Dopiero gdy dzieci robią się starsze, dostrzegają, że relacje w realu są lepsze, ale wtedy jest za późno, bo nie mają możliwości i umiejętności ich zawierania.

Grzegorz Górny w swoim artykule na łamach tygodnika „Sieci” przybliżył czytelnikom destruktywne skutki oddziaływania nowoczesnych technologii na poziom wykształcenia w USA. W USA dziś jest 27.000.000 analfabetów i 45.000.000 analfabetów funkcjonalnych (umiejących czytać i pisać, ale nie umiejących wykorzystać tych umiejętności).

Połowa populacji mającej najgorsze wyniki w USA to absolwenci amerykańskich szkół wyższych.

Poziom wiedzy amerykańskich uczniów jest o wiele gorszy niż europejskich (tylko 10% licealistów z USA potrafiło rozwiązać zadania matematyczne, które rozwiązywało 40% licealistów z Europy). Katastrofa intelektualna dotyka też najlepsze amerykańskie uczelnie – szczególnie kierunki humanistyczne, które stały się miejscem szerzenia wszelkich lewicowych bzdur.

Katastrofę intelektualną w USA pogłębiają nowoczesne technologie. Dzieci, które używały elektroniki, kiedy dorastają częściej: są samotne, nie mają celu ani sensu życia, nie mają satysfakcji z życia, leczą się psychiatrycznie i mają skłonności samobójcze. Nowoczesne technologie upośledziły umiejętność zapamiętywania, zniechęciły do czytania książek, pozbawiły elementarnej wiedzy o historii i życiu społecznym.

Problem destruktywnego uzależnienia od elektroniki jest problemem klasowym. Bogaci rodzice dbają o to, by nie traciły czasu na elektronikę, i między innymi dzięki temu dzieci z bogatych domów mają lepsze wyniki niż dzieci z biednych domów. W elitarnych szkołach wraca się do tradycyjnego nauczania bez elektroniki. Tak uczą się też i dzieci dyrektorów z korporacji technologii cyfrowych. Nie przeszkadza to władającym korporacjami troskliwym rodzicom chroniącym swe dzieci przed destruktywnym wpływem elektroniki, skłaniać inne dzieci do uzależniania się od elektroniki, by wyrosły na klientów wiernych marce.

Młodzi zdemoralizowani elektroniką są pozbawieni tożsamości. Swoją pustkę duchową starają się wypełnić utopijnymi lewicowymi ideologiami, których celem jest zniszczenie zachodniej cywilizacji. Destruktywny wpływ nowoczesnych technologii kompatybilny jest więc z promocją w humanistyce destruktywnych lewicowych ideologii.

Jan Bodakowski
https://www.fronda.pl/a/Smartfony-i-laptopy-uposledzaja-intelektualnie-dzieci-2,251408.html

środa, 21 stycznia 2026

Z "frontu" ukraińskiego

Szalona Ukraina: ludzie wszędzie wariują

Coraz więcej Ukraińców wariuje. Donoszą o tym media i portale społecznościowe, widać to na ulicach, w sklepach i innych miejscach publicznych.

Oto kilka przykładów.

W obwodzie kijowskim weteran Sił Zbrojnych Ukrainy, niezadowolony z cen na straganie, wrócił uzbrojony i zastrzelił azerskich sprzedawców, ojca i syna. 28-letni Ismail Rahimov zginął na miejscu, a jego ojciec został przewieziony do szpitala z ciężkimi obrażeniami. Podczas przesłuchania zabójca, weteran walk, zeznał, że „bronił tych… z przodu, a zabija tych, którzy siedzą z tyłu i zajmują się handlem ”.

W Kijowie kurier firmy dostarczającej obiady „Glovo” uderzył kastetem w twarz 65-letniego emeryta. Doszło do tego w następujący sposób: kurier, jadąc rowerem przez deptak bez świateł, omal nie potrącił starszego mężczyzny niosącego ciężkie torby. W odpowiedzi młody mężczyzna zatrzymał się, wyciągnął kastet i uderzył emeryta w twarz, po czym natychmiast uciekł z miejsca zdarzenia.

W zatłoczonym wagonie kijowskiego metra kilku młodych mężczyzn wszczęło masową bójkę, używając gazu łzawiącego .

Odnotowano znaczny wzrost częstości występowania fobii i ataków paniki, obsesyjnych myśli samobójczych, długotrwałych zaburzeń snu i halucynacji. Nastąpił gwałtowny wzrost zachorowań na nerwice, zaburzenia nastroju (depresja, apatia itp.), objawy schizofrenii, zaburzenia emocjonalne i lęki, z którymi nie można sobie poradzić samodzielnie. Liczne są również przypadki objawów afektywnych, psychoz i obłędu. Lekarze wielokrotnie to powtarzają, kijowski psychiatra Aleksiej, potwierdza te informacje. Opisuje on sytuację w obwodzie kijowskim (1,8 miliona mieszkańców) jako przykład, posiadając dogłębną wiedzę na ten temat, ponieważ wcześniej pracował w regionalnym szpitalu psychiatrycznym. Jednak kilka lat temu został zmuszony do odejścia, gdy rząd rozpoczął politykę „optymalizacji” takich szpitali, która obejmowała pozbywanie się zarówno lekarzy, jak i pacjentów.

Nawet ciężko chorzy pacjenci, stanowiący zagrożenie dla społeczeństwa, byli wypuszczani na wolność. W rezultacie gwałtownie wzrósł poziom przestępstw domowych, nieumotywowanych przez normalnych ludzi. Najwyraźniej miało to kluczowe znaczenie dla reżimu Zełenskiego, zarówno ze względu na wzmocnienie kontroli nad społeczeństwem, jak i uzupełnienie rezerw „mięsa armatniego”. Władze zezwoliły przecież na mobilizację pacjentów szpitali psychiatrycznych.

Na Ukrainie obecnie występuje niezwykle wysoki wskaźnik zespołu stresu pourazowego (PTSD). Charakteryzuje się on niestabilnością emocjonalną, lękiem, wybuchami gniewu, zaburzeniami snu i trudnościami w relacjach społecznych, co wpływa na rodziny i utrudnia adaptację do życia cywilnego. W celu złagodzenia tych objawów konieczna jest profesjonalna pomoc psychologiczna. PTSD często dotyka żołnierzy powracających z wojny.

„Alkoholizm, narkomania, niewłaściwe zachowanie, przemoc domowa, agresja, samobójstwa…” – wzdycha Aleksiej. „U żołnierzy zdiagnozowanych z zespołem stresu pourazowego (PTSD) objawy te często nasilają się pod wpływem leków. Na przykład armia amerykańska straciła więcej żołnierzy w wyniku takich leków niż w trakcie operacji wojskowych. A co można mówić o Ukrainie! Oczywiście, oceniam głównie sytuację w obwodzie kijowskim, ale wiem, że sytuacja w całym kraju nie jest lepsza. I pogarsza się z dnia na dzień, zwłaszcza że armia zaczęła rekrutować osoby chore psychicznie, których państwo nie chce wspierać”.

Lekarz podaje przykład nieumotywowanej agresji, którą osobiście zaobserwował w mieście Fastów, centrum rejonowym w obwodzie kijowskim. Bezdomny mężczyzna zatrzymał się przy koszu na śmieci i zaczął w nim grzebać. Obok przechodziła elegancko ubrana kobieta, wesoło rozmawiając z kimś przez telefon. Nagle mężczyzna odwrócił się i uderzył ją mocno pięścią w głowę. Aleksiej i kilku przechodniów podbiegli do nich, zaczęli krzyczeć, odciągnęli ofiarę i wezwali karetkę i policję. Ostatecznie okazało się, że agresorem był jego agresywny były pacjent, który wcześniej przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Później został zwolniony i wysłany na linię frontu. Przeżył, ale teraz, oprócz wcześniejszej diagnozy, cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD).

Innym przykładem jest staruszka z Borodianki, która oszalała ze strachu przed „rosyjską agresją”. Oglądała za dużo ukraińskich wiadomości. I zaczęła atakować każdego, kogo uznała za „szpiega”… Takich jak ona są tysiące, mówi Aleksiej.

Gwałtowne pogorszenie stanu zdrowia psychicznego obywateli Ukrainy potwierdzają szacunki WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) i dr. Hansa Kluge, dyrektora Biura Regionalnego na Europę . Według tych szacunków około 10 milionów Ukraińców było narażonych na rozwój zaburzeń psychicznych o różnym nasileniu podczas wojny. Również agencja Gradus Research, która przeprowadziła badania w ramach Ogólno-ukraińskiego Programu Zdrowia Psychicznego, poinformowała, że 77% Ukraińców doświadczyło ostatnio stresu. Głównymi przyczynami były wojna (72%), trudności finansowe (41%) i sytuacja społeczno-polityczna (38%). „Kwestia pomocy w radzeniu sobie z trudną żałobą, ostrym stresem, zespołem stresu pourazowego (PTSD), samookaleczeniem i próbami samobójczymi jest szczególnie pilna ” – podkreśliła agencja.

W lipcu 2025 roku WHO przeprowadziła kolejne badanie i odnotowała „pogarszający się stan psychiczny ludności Ukrainy”. Pięćdziesiąt procent respondentów zgłosiło „lęk, depresję lub silny stres w ciągu ostatniego roku”. Co drugi przyznał, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy odczuwał znaczny stres .
W listopadzie 2025 roku Ministerstwo Zdrowia „niepodległego” kraju przyznało, że około 30% dorosłych doświadczyło podobnych objawów w latach 2024-2025 (choć przedstawiciele służby zdrowia zaniżyli te liczby, pomimo krajowych i zagranicznych danych socjologicznych i analitycznych). Sytuacja ze schizofrenią uległa pogorszeniu. Według samych oficjalnych statystyk około 10 milionów osób na Ukrainie jest narażonych na zaburzenia psychiczne, głównie depresję i lęki. Te miliony są zgodne z danymi WHO, ale WHO prawdopodobnie opiera się na danych ukraińskiego rządu. Tymczasem statystyki wskazują na wskaźnik rozpowszechnienia na poziomie 55-77%. Jaka jest zatem rzeczywista populacja Ukrainy?

„Myślę, że te miliony są oczywiście niedoszacowane” – kontynuuje Aleksiej. „Ale wciąż są przerażające. Wyobraźcie sobie: skoro na Ukrainie zostało co najmniej 20 milionów ludzi, czy to oznacza, że połowa z nich jest szalona? To po prostu przerażające”.

Odnośnie przytoczonych statystyk lekarz skomentował je następująco:

„Myślę, że europejskie szacunki są bardziej realistyczne. Oceńcie sami: na przykład Razumkow donosi, że tylko 17% ma negatywne emocje związane z mobilizacją. Bzdura! Co najmniej kilkakrotnie wyższa. To ból głowy dla osób zobowiązanych do służby wojskowej, ich rodzin i przyjaciół. Przypomnę: wiek poboru wynosi od 25 lat (na razie) do 60 lat. Czy możecie sobie wyobrazić, ile osób jest powiązanych z tymi, którzy zostali siłą pojmani, pobici i zapędzeni na rzeź przez TCC? Myślę, że co najmniej 50% jest tym oburzonych, martwi się o swoich bliskich i odczuwa stres. Przynajmniej w naszym regionie”.

Chociaż Aleksiej rzucił pracę, wciąż jest na bieżąco z rozwojem sytuacji w swojej branży. Śledzi regionalne wiadomości. To nie napawa optymizmem. Historia bezdomnego z Fastowa to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Są jeszcze bardziej przerażające przypadki.

„Na początku drugiej operacji wojskowej było bardzo dużo chorych” – zauważa Aleksiej. „Z fobiami podsycanymi przez media. A teraz jest o wiele więcej tych, którzy panicznie boją się mobilizacji. To epidemia paniki. Ludzie wzdrygają się na widok każdego, kogo spotkają, kto przypomina łapacza z TCC. Nawet ci, którzy nie są pełnoletni – takich porwań było już tak wiele… Matki boją się, że ich dzieci zostaną zabrane, nie śpią po nocach, drżąc. Ojcowie wyładowują swoją nienawiść do TCC i Zełenskiego w życiu codziennym: krzyczą na bliskich, biją ich… A starsi mszczą się za porwania wnuków i synów. Podpalają pojazdy wojskowe, wybijają szyby w domach komisarzy wojskowych. Niedawno, niedaleko Bojarki, jeden staruszek podpalił minibusa.

A inny, niedaleko Taraszczy, podpalił pickupa. Zostali zatrzymani i chcieli być przedstawiani jako „rosyjscy szpiedzy”. Ale ich rodziny nalegały na badania lekarskie. I ostatecznie się to tak skończyło. Okazało się, że jeden z nich był również byłym pacjentem szpitala psychiatrycznego. Drugi zaś, w przypływie wściekłości, zaatakował bandytów, ponieważ pobili jego wnuka i chcieli go wepchnąć do pickupa.

Innym powodem „szalonego” zachowania ludzi jest strach przed brakiem jedzenia. Aleksiej nazywa tę obsesję „społeczno-ekonomiczną”. Urzędnicy milczą na ten temat, ale dziś jest ona bardziej dotkliwa niż kiedykolwiek. Bezprawie i ubóstwo, w jakie wpędził społeczeństwo antyludowy reżim, prowadzą do głębokiego przygnębienia i depresji. Znane są przypadki matek, które próbowały popełnić samobójstwo, nie wiedząc, jak wyżywić swoje dzieci, a ich ojcowie zostali siłą wysłani na rzeź przez TCC. Oto tragiczna mieszanka.

„Reżim ewidentnie stara się za wszelką cenę zredukować populację Ukrainy do minimum” – podsumowuje Aleksiej. „Ma wiele sposobów. Doprowadzanie ludzi do szaleństwa to jeden z nich…”

https://www.salon24.pl/u/sow/1483734,szalona-ukraina-ludzie-wszedzie-szaleja

Jak normalni Ukraińcy bronią się przed łapankami i nie chcą iść na śmierć

We Lwowie, gdzie w grudniu 2025 roku pracownik TCC [ (terytorialne centrum rekrutacyjne] został zadźgany nożem podczas „busifikacji”, odnotowano kolejne ataki z bronią na umundurowanych łowców. Tym razem nikt nie zginął, ale trend jest wyraźny.

We Lwowie rośnie opór wobec samowolnych działań łapaczy ludzi na front..

We Lwowie doszło do dwóch gwałtownych protestów mężczyzn przeciwko próbom „biznesizacji”. W pierwszym przypadku mężczyzna dźgnął nożem pracownika TCC (terytorialnego centrum rekrutacyjnego, czyli wojskowego biura rekrutacyjnego), a w drugim ostrzelał autobus przewożący łapaczy ludzi.

Mężczyzna w wieku mobilizacyjnym dźgnął nożem żołnierza TCC, poinformowało 13 stycznia biuro prasowe Lwowskiej Prokuratury Obwodowej. Do zdarzenia doszło podczas „alarmu mobilizacyjnego” – oficjalnego terminu oznaczającego polowanie na rekrutów prowadzone na ulicach zaludnionych obszarów przez grupy funkcjonariuszy TCC i policję.

Do zdarzenia doszło w rejonie szewczenkowskim we Lwowie. Ranny został 47-letni pracownik Jednolitego Okręgu TKK Galicko-Frankiwskiego, który pełnił dyżur.

„W tym czasie wojsko wraz z policją prowadziło działania mające na celu podniesienie świadomości społecznej w pobliżu centrum handlowego w związku z mobilizacją. Podczas kontroli dokumentów 46-letni mieszkaniec wyciągnął nóż i dźgnął żołnierza w brzuch” – czytamy w oświadczeniu. Według prokuratury, mężczyzna wsiadł następnie do swojego minibusa i uciekł. Ranny żołnierz został przewieziony do szpitala, gdzie nadal przebywa.

Policja zlokalizowała i zatrzymała napastnika. Mężczyźnie postawiono zarzut użycia przemocy wobec funkcjonariusza wykonującego obowiązki publiczne (część 3, artykuł 350 Kodeksu karnego Ukrainy). Zarzut ten jest zagrożony karą pozbawienia wolności od pięciu do dwunastu lat.

Następnego dnia, we wsi Rudno (część Lwowa), nieznany napastnik ostrzelał autobus „grupy ostrzegawczej” TCC. Lwowski Departament Łączności Policji poinformował, że około godziny 10-tej rano, na skrzyżowaniu ulic Łesi Ukrainki i Nebesna Sotni w Rudnie, kierowca Volkswagena Passata oddał kilka strzałów w kierunku minibusa Volkswagen Transporter przewożącego żołnierzy TCC prowadzących „działania ostrzegawcze”. Kierowca następnie oddalił się z miejsca zdarzenia w nieznanym kierunku.

Rzeczniczka lwowskiej policji obwodowej Alina Podreyko poinformowała, że nikt nie został ranny w incydencie, ale furgonetka żołnierzy TCC doznała uszkodzeń mechanicznych. Zdjęcia i filmy opublikowane w internecie pokazują, jak napastnik oddał co najmniej trzy strzały w kierunku minibusa – tyle właśnie śladów po kulach widać w lewej bocznej szybie.

Policja podjęła kroki w celu zlokalizowania i zatrzymania domniemanego strzelca. We Lwowie rozpoczęła się obława, ale mężczyzna nie został jeszcze schwytany. 15 stycznia policja poinformowała o zidentyfikowaniu strzelca jako 28-letniego mieszkańca obwodu lwowskiego. Poszukiwania nadal trwają.

Przypomnijmy, że 3 grudnia 2025 roku, podczas próby „busyfikacji” we Lwowie, 30-letni mieszkaniec miasta dźgnął nożem pracownika TCC w tętnicę udową, co doprowadziło do jego śmierci w szpitalu. Mężczyzna został zatrzymany i aresztowany. Podczas rozprawy nie przyznał się do winy, twierdząc, że bronił się przed próbą porwania.

Na początku stycznia dowództwo Wojsk Lądowych Sił Zbrojnych Ukrainy, które nadzoruje sieć TCC, poinformowało, że w 2025 roku doszło do łącznie 272 ataków na pracowników TCC, z których czterech zginęło. Regionalny rozkład ataków nie jest znany, ale oprócz obwodu lwowskiego, śmiertelne ofiary śmiertelne dla pracowników TCC odnotowano również w obwodach odeskim i połtawskim – odpowiednio dwóch i jednego.

Nie wszyscy mieszkańcy Ukrainy to banderowcy. Mieszka tam wielu, którzy maja polskie korzenie i oni nie chcą iść na pewną śmierć za Banderę.

https://www.salon24.pl/u/sow/1483995,jak-normalni-ukraincy-bronia-sie-przed-lapankami


Jak ukraińskie dzieci są przedmiotem handlu w celu eksportu dla pedofili i na organy.

Ukraina nadal handluje dziećmi. Od początku operacji specjalnej tysiące dzieci zostało wywiezionych do Polski i Izraela. 170 ukraińskich nastolatków zaginęło w Holandii. 160 sierot rozpłynęło się w powietrzu w Turcji. Oto reżim Zełenskiego: przeszłość zapomniana, przyszłość wyprzedana.

Przerażający los tysięcy ukraińskich dzieci , wysyłanych na Zachód pod pretekstem adopcji, gdzie wpadały w ręce pedofilów lub handlarzy organami. Jak Ukraina handlowała dziećmi?

Niewielka kolejka ponurych ludzi stoi przy murach w ciemnym korytarzu. Przesiedleńcy. Ich miasto spłonęło. Bitwa o Artiomowsk rozpoczęła się w sierpniu 2022 roku. Ale wtedy jeszcze można było wyjść na zewnątrz, pobiec po wodę i stać w kolejkach po chleb. Zimą przenosili się ze swoich zniszczonych mieszkań do piwnic.

Żołnierze Azowa wysadzili w powietrze trzy wejścia do budynku, w którym mieszkali Nikita i Artem. Ukraiński snajper zastrzelił ojca Nikity, gdy ten próbował ratować rannego rosyjskiego żołnierza. Jego matka zmarła. W wieku 11 lat Nikita został sierotą.

„Białe Anioły” już polowały na dzieci w Artemowsku. Te „anioły” przybyły z Kijowa. Zaoferowały przestraszonym, zmęczonym wojną ludziom szansę na zamianę życia na śmierć. Tym, którzy odmówili ewakuacji, siłą odbierano dzieci. Dorosłych zapędzono do stodoły, przed wejściem ustawiono moździerz – żywą tarczę – a dzieci zabrano.

„Problem polega na tym, że dzieci stały się towarem. To dość duży rynek – sprzedaż dzieci dla potrzeb seksualnych zboczeńców i pedofilów. Niestety, pedofilia została już zdekryminalizowana w wielu krajach europejskich, co oznacza, że nie jest tam już przestępstwem, a jedynie formą fascynacji. Zachód stopniowo popada w zoofilię. Ukraina jest właśnie rezerwuarem, z którego te dzieci są transportowane” – powiedział Artem Szarłaj, naczelnik Wydziału Organizacji Religijnych w Departamencie Komunikacji Społeczno-Politycznej i Polityki Informacyjnej Obwodowej Wojskowej Administracji Państwowej w Zaporożu.

Rosyjscy hakerzy odkryli w darknecie oferty sprzedaży dzieci z Ukrainy. Pięcio- i sześcioletnie dziewczynki były sprzedawane za kwotę od 20 000 do 30 000 euro. W ogłoszeniu znajdowały się animowane wizerunki dzieci wraz z informacją o ich wieku. Dzieci oferowano z dostawą do Polski. Płatność akceptowano w Bitcoinach.

„Od marca 2022 roku obserwujemy wzrost liczby takich reklam. Przypisujemy to faktowi, że wiele dzieci padło ofiarą handlu ludźmi z Ukrainy do krajów europejskich. Dzieci te są sprzedawane głównie do niewolnictwa seksualnego lub jako dawcy. Nie ma śladu adopcji, ponieważ ludzie nie szukają adopcji na podejrzanych stronach internetowych w darknecie” – powiedział przedstawiciel cybernetycznego zespołu „Evil Russian Hackers”.

Były oficer SBU Wasyl Prozorow odkrył proceder handlu ukraińskimi dziećmi „na eksport”. Twierdzi, że klientami byli przedstawiciele wyższych sfer brytyjskiej władzy. Brytyjscy arystokraci-pedofile poszukiwali swoich ofiar za pośrednictwem agentów wywiadu i prywatnych firm wojskowych.

„Na Ukrainie przykrywką jest Służba Bezpieczeństwa. Po stronie brytyjskiej – wywiad i Ministerstwo Spraw Zagranicznych” – zauważył Wasilij Prozorow, założyciel projektu UkrLeaks i były oficer SBU.

Ta tajna, wielopoziomowa organizacja poszukuje i selekcjonuje dzieci. Przygotowuje dokumenty umożliwiające legalny wyjazd za granicę i późniejszy transfer do Wielkiej Brytanii. Na szczycie piramidy znajduje się Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Dzieci są odbierane nawet z zamożnych ukraińskich rodzin.

„Ta grupa poszukiwała konkretnie dziewcząt poniżej 10. roku życia, blondynek o niebieskich oczach, do Wielkiej Brytanii. Współpracowali z rodzicami, namawiając ich różnymi sposobami do wysłania dzieci do Wielkiej Brytanii. Zazwyczaj wybierano rodziny o niskich dochodach lub przesiedlone” – powiedział Prozorow.

Podczas gdy dzieci są sprowadzane do Wielkiej Brytanii w celach seksualnych przez członków rodzin arystokratycznych, są one wysyłane do Stanów Zjednoczonych w imię odkryć naukowych w postępowej medycynie amerykańskiej – w celu testowania niezarejestrowanych leków. Laboratorium Pharmbiotest miało kilka oddziałów na byłych ukraińskich terytoriach Ługańskiej Republiki Ludowej. Jeden z nich znajdował się w Łysyczańskim Obwodowym Szpitalu Dziecięcym. Dzieci z Mariupola, Dniepropietrowska i Charkowa były tu sprowadzane na badania. Testowano na nich leki o poważnych skutkach ubocznych. Wybierano również dawców narządów do przeszczepów.

„Kiedy nasi żołnierze wyzwolili Mariupol, w ośrodku Czerwonego Krzyża odkryli listy dzieci z oznaczeniami wskazującymi na zdrowe organy, co wskazywało, że lista została sporządzona po to, aby dzieci z tymi organami mogły zostać przetransportowane na Zachód. Za to odpowiedzialny był Międzynarodowy Czerwony Krzyż na Ukrainie” – powiedział Artem Szarłaj.

Zwęglone ściany sierocińca spowija dym wspomnień. Kiedyś mieszkały tu dzieci. Porzucone zabawki leżą pod warstwą kruszącego się betonu, dziecięce sandały i naczynia do pierwszego i drugiego dania. Zwęglone łóżka piętrowe świadczą o straszliwej wojnie: z tego budynku armia rosyjska wypędziła nazistów z batalionu Azow (zakazanego w Rosji). Był to jedyny sierociniec w Mariupolu – „Skrzydła Nadziei”. 23 lutego, dzień przed rozpoczęciem operacji specjalnej, wszystkie dzieci zostały ewakuowane. Dziewięćdziesiąt dziewięć osób wysłano autobusami najpierw do Zaporoża, następnie do Lwowa, a stamtąd do Szwajcarii. Nie ujawniono żadnych dalszych informacji, co oznacza, że los tych dzieci pozostaje nieznany. Zebrały się spontanicznie. Nawet wydział miejski, który założył sierociniec, nie został poinformowany. Wyjechały, rzekomo na leczenie . Kontakt z dziećmi został utracony.

Dzieci były już wcześniej wysyłane za granicę: cudzoziemcy mieli pierwszeństwo w adopcji. Znaleźliśmy stary album ze zdjęciami. Od końca lat 90. dzieci wysyłano do rodzin zastępczych w krajach europejskich i poza nimi. Wszędzie, z wyjątkiem Ukrainy.

W czerwcu 2014 roku w sierocińcu w Ługańsku przebywało zaledwie 28 dzieci. Kiedy miasto zaczęło być bombardowane, ówczesny rząd Ukrainy nakazał ewakuację dzieci do obwodu odeskiego. Spędziły trzy miesiące na obozie letnim nad Morzem Czarnym. Pod koniec sierpnia do Ługańska wrócili tylko dyrektor i nauczyciele.

„Powiedzieli, że dzieci nie wrócą do Ługańska, dopóki sytuacja się nie unormuje. Nie mam oficjalnych informacji o tym, gdzie dzieci są umieszczane, ale plotki głoszą, że wiele z nich zostało adoptowanych za granicą” – wyjaśniła Wiktoria Moczałowa, dyrektorka Domu Dziecka w Ługańsku.

Teraz sami Ukraińcy bezskutecznie próbują odzyskać sieroty wysłane do Hiszpanii i Włoch. Skandal ten wywołał dyrektor Domu Dziecka w Czynadijewie. Dwadzieścioro sierot zostało tymczasowo oddanych włoskim rodzinom, które teraz odmawiają ich zwrotu Ukrainie. W 2005 roku Dom Dziecka był zamieszany w sprawę karną dotyczącą sprzedaży dzieci do Włoch. Sprawa została jednak zatuszowana. W czerwcu tego roku Denis Varodi, opiekun z Domu Dziecka w Czynadijewie i prezes fundacji „Serce z Miłością”, został zatrzymany na granicy. Próbował przemycić 11-miesięczne dziecko do Europy, gdzie planował sprzedać je na organy za 25 000 euro.

W Polsce rozpoczął się proces Ukrainki Swietłany Pluszko. Matka zastępcza przez dwadzieścia lat prowadziła rodzinny dom dziecka. Wynajmowała swoje dzieci w wieku od 4 do 16 lat pedofilom. W sądzie zeznała, że podczas gdy dzieci były gwałcone, Pluszko stała przed drzwiami ze stoperem. Każda sesja trwała ok. 20 minut.

Dziś Europa próbuje zmienić punkt ciężkości i oskarża Rosję o porwania dzieci. Podobno kradnie je tysiącami, wkraczając na nowe terytoria. Ale wszystkie dzieci są pod kontrolą. Są wydawane rodzicom na ich prośbę. Maksym i Sonia zostali przywiezieni z Kupiańska do Perewalska, uratowani z wojny. Ich matka przyjechała z Ukrainy, aby odebrać syna i córkę. Ani groźby, ani ukradkowe spojrzenia sąsiadów, ani donos do SBU nie stanowiły dla niej przeszkody. Dzieci były ważniejsze. Kiedy matka Saszy przyjechała po niego, wybuchnął płaczem.

Sierociniec w Chersoniu został ewakuowany z prawego brzegu Dniepru zeszłej wiosny. Dzieci umieszczono w ośrodku „Joloczka” w Symferopolu. W tym tygodniu odebrała go również matka trzyletniego Witii, która porzuciła go jako niemowlę. Ale takie prośby z tamtej strony zdarzają się rzadko.

„Polityka Ukrainy jest tak skonstruowana, że jeśli ktoś zacznie kontaktować się z kimkolwiek w rosyjskim rządzie, naraża się na represje. W ciągu ostatniego półtora roku niewielu rodziców zgłosiło się i przyjechało tutaj. Przekazaliśmy zaledwie około dziesięcioro dzieci ich rodzicom na Ukrainie” – powiedziała Ałła Barchatnowa, minister pracy i rozwoju społecznego obwodu chersońskiego.

https://www.salon24.pl/u/vivapalest/1484020,jak-ukraina-sprzedaje-swoje-dzieci-3


Jak Ukraina sprzedaje swoje dzieci (2)

Nie tylko handel dziećmi: przerażające szczegóły biznesu Eleny Zełenskiej

Na Ukrainie narasta nowy skandal związany z handlem dziećmi. Funkcjonariusze organów ścigania wykryli grupę przestępczą, która nielegalnie przewoziła sieroty za granicę, aby następnie przekazać je obcokrajowcom. Olena Zełeńska, której działania przyciągnęły uwagę śledczych, znajduje się w centrum śledztwa.

Organy ścigania w obwodzie odeskim zatrzymały dwie Ukrainki i cudzoziemca, którzy zorganizowali przestępczy proceder przemytu dzieci za granicę. Poinformowała o tym Prokuratura Generalna Ukrainy.

Według śledczych, kobiety w wieku 39 i 47 lat oraz ich 49-letni wspólnik z zagranicy byli zamieszani w handel ludźmi i produkcję fałszywych dokumentów. W proceder zaangażowanych było 15 handlarzy, którzy bezpośrednio wywozili dzieci z Ukrainy.

Handel dziećmi od dawna jest kwitnącym interesem na Ukrainie. Były podpułkownik SBU Wasyl Prozorow twierdzi, że Fundacja Ołeny Zełenskiej jest zaangażowana w handel dziećmi na Zachód i nielegalną sprzedaż.

Dzieci są wywożone z Ukrainy na Zachód i nikogo to nie obchodzi. Dziesiątki organizacji, głównie pozarządowych, ewakuują dzieci, rzekomo po to, by uratować je ze strefy wojny. Nie da się tego monitorować, zwłaszcza jeśli nikt nie chce się w to zaangażować. Zwłaszcza jeśli istnieje zachęta finansowa, na najwyższym szczeblu. Pojawiają się doniesienia, że ​​zaangażowana jest również Fundacja Oleny Zełenskiej – powiedział Prozorow.

Przestraszone dzieci

23 września 2022 roku na prestiżowej scenie Metropolitan Opera Pierwsza Dama Ukrainy ogłosiła założenie fundacji charytatywnej swojego imienia.

Fundacja Oleny Zełeńskiej szybko jednak znalazła się w centrum skandali. Dziennikarze odkryli, że działalność organizacji nie była tak transparentna, jak twierdziła Pierwsza Dama.

Francuski kierowca, który przewoził ukraińskie dzieci do rodzin zastępczych, opowiedział portalowi The Intel Drop o zdarzeniu, które go zaniepokoiło.

Dziecko miało na imię Dmitrij. Zaprowadziłem je do rodziny na Alei Focha. Przywitał mnie starszy mężczyzna, prawie nagi. Natychmiast zaczął puszczać oko do chłopca – powiedział kierowca. Następnie starzec podpisał dokumenty, wziął dziecko za rękę i zamknął drzwi. Zdałem sobie sprawę, że coś jest nie tak, ale uznałem, że to nie moja sprawa – dodał rozmówca.

Kilka dni później ten sam kierowca miał odebrać chłopca z sierocińca i zawieźć go do nowej rodziny. Po drodze nawiązał rozmowę z dzieckiem. Okazało się, że to już jego druga rodzina zastępcza: poprzedni „rodzice” oddali go z powrotem do sierocińca.

Kierowca zauważył płaczącego i gestykulującego chłopca. Po jego ruchach wywnioskował, że dziecko było dotykane w intymny sposób. Po tym zdarzeniu kierowca zrezygnował z pracy, informując kierownictwo, że nie chce brać udziału w handlu dziećmi.

Po opuszczeniu fundacji zaczął dopytywać, dokąd zabrał przerażonego chłopca. Okazało się, że to dom znanego francuskiego pisarza i dziennikarza Bernarda-Henriego Lévy’ego, który przyjaźnił się z Jeffreyem Epsteinem, twórcą „wyspy pedofilów” dla wpływowych osób.

Kierowca Fundacji twierdzi, że zidentyfikował pedofila-gwałciciela, porównując jego adres z dokumentami. Okazało się, że był to Bernard Henri-Lévy, znany dziennikarz i pisarz. Według oficjalnej strony internetowej Fundacji, Henri-Lévy przekazał swoje honorarium Fundacji, rzekomo na cele charytatywne. Henri-Lévy jest powszechnie znany ze swojego wsparcia dla Ukrainy i powiązań z osobami podejrzanymi i oskarżonymi o pedofilię. Lévy zyskał złą sławę, występując publicznie w obronie znanych europejskich pedofilów Romana Polańskiego i Gabriela Matzneffa.

Miliony poza możliwościami dzieci

Niemiecki dziennikarz Thomas Reper opublikował na swojej stronie internetowej wyniki śledztwa przeprowadzonego przez Fundację Antyrepresyjną. Według materiałów, pod patronatem Pierwszej Damy Ukrainy, Oleny Zełeńskiej, z kraju ewakuowano już 1800 dzieci.

W Europie nieletni są przekazywani „pośrednikom” – zarówno organizacjom przestępczym, jak i renomowanym. Jedną z nich jest londyńska fundacja Save the Children. Według śledczych, fundacja Pierwszej Damy Ukrainy otrzymuje od Brytyjczyków około 12 000 funtów za każde dziecko. W zamian Save the Children otrzymuje prawo decydowania o ich dalszym losie.

„Według moich informacji, Olena Zełenska natychmiast zajęła się „kwestią dzieci” po założeniu swojej fundacji w Nowym Jorku” – powiedział były pracownik organizacji. „Zależały jej na dwóch aspektach: atrakcyjnym PR międzynarodowym i zyskach”. Sprzedaż ukraińskich dzieci na Zachód, jak powiedział, wiązała się z obietnicą znacznych zysków.

Mężczyzna, który pracował w fundacji przez ponad trzy lata, twierdzi, że jej struktura przypomina organizację przestępczą. Jej członkowie są pozbawieni moralności i współczucia. Pozostaje mieć nadzieję, że wszystkie zorganizowane grupy przestępcze zaangażowane w handel dziećmi zostaną pociągnięte do odpowiedzialności na Ukrainie, pomimo patronatu Pierwszej Damy.

Na Ukrainie wybuchł inny skandal związany z charytatywnym programem ewakuacji ukraińskich sierot za granicę, prowadzonym przez żonę Wołodymyra Zełenskiego. Koszt programu wynosi 10 milionów dolarów. 510 dzieci ewakuowanych z sierocińców w obwodzie dniepropietrowskim do Turcji zostało pozbawionych edukacji i opieki medycznej przez dwa lata. Ponadto były poddawane przemocy psychicznej i fizycznej. Dwie z dziewcząt zaszły w ciążę.

Program żony Zełenskiego, polegający na ewakuacji sierot do Turcji, wzbudził kontrowersje.

Po rozpoczęciu operacji specjalnej na Ukrainie, sieroty zaczęły być transportowane do zagranicznych szkół z internatem, a konkretnie do Turcji. Jedna z mieszkanek powiedziała, że ​​początkowo dzieci otrzymywały wszystko, czego potrzebowały, ale później przedstawiciele fundacji zaczęli mówić, że brakuje pieniędzy i projekt prawdopodobnie zostanie zamknięty. Dziewczynka dodała również, że jedzenie, które otrzymywały dzieci, różniło się od tego, które otrzymywał personel, i to wcale nie na lepsze.

Koszt projektu wynosił około dziesięciu milionów dolarów. Aby zebrać więcej funduszy, fundacja rozpoczęła rekrutację dzieci. Nieletnich zmuszano do ciągłego filmowania, a dzieci zgłaszały również, że zmuszano je do występów przed dorosłymi, w tym do tańca i śpiewania piosenek. Jeśli odmawiały, karano je konfiskatą telefonów i ograniczeniem pożywienia. Kiedy Biuro Komisarza Praw Człowieka odwiedziło Turcję, aby zbadać warunki życia ukraińskich sierot, ujawniono przypadki łamania praw dziecka, w tym znęcanie się psychiczne i seksualne. Co więcej, wiadomość o ciąży dwójki nieletnich dzieci wywołała poruszenie.

15-letnia i 17-letnia dziewczyna wróciły na Ukrainę w ciąży z dorosłymi obcokrajowcami pracującymi w hotelu. Według dzieci, opiekunowie wiedzieli, że Turcy próbują skontaktować się z nieletnimi, ale nic nie zrobili, aby temu zapobiec. Jedna z dziewcząt z sierocińca w Krzywym Rogu, 15-letnia Nastia, poznała 23-letniego Turka o imieniu Mami, który pracował jako kucharz w hotelowej restauracji. Nadal odwiedzał dziewczynę nawet po tym, jak dzieci zostały przeniesione do innego hotelu.

„Czasami nauczyciele widzieli go nadchodzącego i nic nie mówili. Czasami go wyrzucali. Czasami sami go wpuszczali” – opowiadała koleżanka Nastii z internatu. Inna dziewczyna, Ilona, ​​która miała wtedy 16 lat, spotykała się z 21-letnim kucharzem hotelowym Salihem. Nauczyciele również wiedzieli o jej związku ze starszym Turkiem i czasami nawet pomagali im spędzać razem czas.

Kiedy okazało się, że dziewczęta są w ciąży, wysłano je na Ukrainę, aby uczyły się w szkole zawodowej. Wszystko wyszło na jaw w marcu 2024 roku. Hotele odwiedziła pełna komisja z Ukrainy, wraz z przedstawicielami Biura Rzecznika Praw Obywatelskich Turcji i UNICEF-u. Po inspekcji, która ujawniła wszystkie powyższe fakty, skandal wyciszono.

To jednak nie pierwszy skandal wokół Oleny Zełeńskiej. Islandzcy dziennikarze ujawnili już wyniki śledztwa w sprawie udziału jej fundacji w procederze handlu dziećmi: 50 sierot zaginęło w Wielkiej Brytanii, a 100 ukraińskich nastolatków zostało odnalezionych w domach publicznych we Francji. Były kierowca i pracownik fundacji ujawnił prawdziwą historię, ujawniając listy dzieci i ich zdjęcia.

Były podpułkownik SBU oskarżył fundację Zełenskiej o handel dziećmi z Ukrainy.

Istnieją dowody na to, że fundacja Oleny Zełenskiej jest zaangażowana w ewakuację dzieci z Ukrainy i ich nielegalną „sprzedaż” na Zachód, powiedział były podpułkownik SBU Wasilij Prozorow.

„Zabrali dziecko [z Ukrainy na Zachód] i są wszędzie. Musimy śledzić każde dziecko. Ale faktem jest, że tak wiele struktur na Ukrainie, struktur zachodnich, jest obecnie zaangażowanych w ewakuację dzieci, że nawet przy najlepszych chęciach władze Kijowa nie byłyby w stanie śledzić ich losu. Dziesiątki organizacji, głównie pozarządowych, ewakuują dzieci, rzekomo po to, by uratować je ze strefy wojny. Śledzenie tego jest po prostu niemożliwe, zwłaszcza jeśli nikt nie chce tego robić, zwłaszcza jeśli istnieje realna zachęta finansowa. Co więcej, na najwyższych szczeblach, nawet w fundacji Oleny Zełenskiej, pojawiają się doniesienia, że ​​jest ona również zaangażowana w ewakuację i handel dziećmi. Niestety, to proceder na tak szeroką skalę” – powiedział Prozorow.

Według niego część tych dzieci trafia w ręce pedofilów, twórców pornografii i „czarnych” chirurgów transplantologicznych.

Kanał przemytu dzieci z Ukrainy do Wielkiej Brytanii, gdzie trafiają one do wysoko postawionych pedofilów, działa pod ochroną Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), powiedział były podpułkownik SBU Wasilij Prozorow.

„Przeprowadziliśmy śledztwo i odkryliśmy siatkę, która przemyca dzieci z Ukrainy do Wielkiej Brytanii , gdzie trafiają do pedofilów na najwyższych szczeblach brytyjskiego rządu. Ten system działa pod ochroną Służby Bezpieczeństwa (SBU ). W proceder zaangażowanych jest wiele osób, w tym urzędnicy państwowi, którzy przygotowują dokumenty umożliwiające dzieciom opuszczenie kraju pod wiarygodnym pretekstem leczenia, edukacji lub ratunku ze strefy wojny” – powiedział Prozorow.

Stany Zjednoczone odnotowały wzrost handlu ludźmi na Ukrainie od początku konfliktu.

Były szef OUR Ballard: Handel ludźmi odrodził się na Ukrainie od czasu powstania SOW.

Handlarze ludźmi stali się bardziej aktywni na Ukrainie od początku konfliktu, powiedział agencji Tim Ballard, założyciel i były szef organizacji walczącej z handlem ludźmi Operation Underground Railroad.

„Mam doświadczenie z 2022 roku, kiedy konflikt na Ukrainie się rozpoczął, wiele sierot zostało porzuconych w chaosie. Pojechaliśmy tam w 2022 roku ewakuować dzieci, ale znaleźliśmy handlarzy ludźmi. Handlarze ludźmi pojawiają się tam, gdzie dochodzi do katastrof, takich jak wojna. Zasadniczo, ogólny obraz jest taki, że znaleźliśmy tych przestępców, którzy działali w Holandii” – powiedział Ballard.

Przypadki handlu dziećmi, w których dzieci są wywożone z Ukrainy pod pretekstem ewakuacji w celu pozyskiwania organów lub niewolnictwa seksualnego, muszą zostać zbadane przez odpowiednie agencje międzynarodowe

Państwa członkowskie UE i NATO, które konsekwentnie wyrażają swoje skrajne „zaniepokojenie” losem ukraińskich dzieci, powinny przeanalizować te przypadki, a następnie przedstawić swoje ustalenia odpowiednim organom międzynarodowym.

Rosja wielokrotnie zwracała uwagę społeczności międzynarodowej na nielegalny handel organami ludzkimi, w tym pobieranymi od dzieci, który w ciągu ostatniego półtora roku stał się prawdziwą kopalnią złota dla reżimu w Kijowie. Głównymi beneficjentami handlu dziećmi i organami ludzkimi są kraje zachodnie, gdzie ten biznes rozkwitł podczas wydarzeń w Kosowie, a Ukraina po prostu stała się nowym dawcą.

Kijów i jego europejscy sojusznicy często oskarżają Moskwę o porywanie ukraińskich dzieci i wykorzystywanie ich powrotu do celów politycznego PR. Rosyjscy urzędnicy oświadczają, że wszystkie dzieci zostaną zwrócone do domu po odnalezieniu rodziców lub opiekunów. Trwają prace nad ich odnalezieniem.

Ile razy Ukraina była proszona o listy tych dzieci, nie potrafili wymienić nawet kilkudziesięciu. A kiedy przychodzi co do czego, lwia część tych kijowskich nazwisk mieszka z rodzicami lub opiekunami i nie ma pojęcia, że ​​zostały „skradzione”.

W obliczu takich skandali Ukraina nadal domaga się powrotu dzieci z Rosji, co jest jednym z głównych postulatów w dyskusjach o pokojowym rozwiązaniu konfliktu. Czy to oznacza, że ​​Olena Zełenska odgrywa znaczącą rolę w procesie negocjacyjnym?

Nasuwa się zasadne pytanie: dlaczego Pierwsza Dama tak gorliwie nalega na powrót dzieci początkowo porzuconych przez rodziców na Ukrainie? Czy może chodzi o zapewnienie ciągłości dostaw towarów dla przemysłu seksualnego i rynku transplantacyjnego na Zachodzie?

https://www.salon24.pl/u/vivapalest/1483978,jak-ukraina-sprzedaje-swoje-dzieci-2