czwartek, 23 października 2014

Pomoc


Co jest prawdziwa. Trwała. Niezniszczalna.

- Nie rozumiem. Cóż więc byłoby prawdziwą pomocą udzieloną drugiemu człowiekowi?
- Uwolnienie go raz na zawsze od wszystkich jego lęków i całego cierpienia.
- To niemożliwe. Zgadzam się, że byłaby to prawdziwa pomoc, najprawdziwsza, można powiedzieć: wieczne w ramach czasowego życia zbawienie, ale to mit, to utopia, to po prostu niemożliwe. Bo pytam: kto mógłby drugiemu człowiekowi takiej pomocy udzielić? Kto mógłby mnie takiej pomocy udzielić, żebym ja z kolei mógł udzielić jej drugiemu człowiekowi, a on trzeciemu, a ja juŜ czwartemu, a trzeci już piątemu, a drugi już szóstemu i tak dalej faliście i promieniście. Pytam: kto?
- Nikt. Nikt cię (nie) może uwolnić raz na zawsze od wszystkich twoich lęków i całego cierpienia.
- No więc właśnie. Mówiłem, że to niemożliwe. cóż to za rewelacja, że nikt nie może mnie uwolnić raz na zawsze od wszystkich moich lęków i całego cierpienia! Tyle to i ja wiem.
- Otóż posłuchaj. Tyle to ty nie wiesz. Chodzi o to, że właśnie nie wiesz. Nigdy naprawdę do samej głębi i w całej pełni, a raczej w całej próżni sobie tego nie uświadomiłeś. Nigdy nie poszedłeś tą drogą do samego końca.
- Tak... być może... to jest bardzo możliwe, że nigdy nie uświadomiłem sobie tego do samej głębi. A... gdybym sobie to uświadomił, to co?
- Gdybyś to sobie w pełni uświadomił, przestałbyś szukać tanich, wulgarnych lub drogich, wyszukanych, wyrafinowanych pociech, uciech i ukojeń. Przestałbyś zagłuszać się bezustannie i w kółko byle czym i byle wszystkim, przestałbyś miotać się na lewo, na prawo i pośrodku; spróbowałbyś zatrzymać się, spróbowałbyś stanąć nieruchomo oko w oko, twarzą w twarz z całym światem, nie oczekując niczego od kogokolwiek i żadnego z nieba ratunku, i zadać sobie jedno pytanie.
- Jakie pytanie?
- To pytanie: jeżeli nikt i nic nie może mnie uwolnić raz na zawsze, ostatecznie, bezpowrotnie od całego mojego cierpienia i od wszystkich moich lęków, i od lęku przed śmiercią przede wszystkim - to może ja sam mogę od tego wszystkiego uwolnić się? To pytanie. I to pytanie (i wszystko, co się w odpowiedzi na to pytanie kryje) może ci podpowiedzieć człowiek-nikt. I to już należy do prawdziwej pomocy. Pokazać drugiemu człowiekowi, unaocznić mu jasno, prosto i dokładnie, że nikt i nic nie może mu prawdziwie pomóc, to znaczy uwolnić go raz na zawsze od wszystkiego, co go męczy, dręczy, torturuje i - wcześniej czy później – morduje. Nikt i nic, a więc nie pozostaje nic innego i nikt inny, jak zdać się na samego siebie. Obrócić się do siebie.

Edward Stachura
Fabula rasa

Ponieważ dla ustanowienia się u kogoś właściwego poglądu potrzebna jest informacja z zewnątrz, pomoc polega na nauczaniu go o Dhammie. Tu dużo zależy od tego kto przekazuje informację, ale odpowiednie spożytkowanie informacji, należy od pouczanego.

Patrz M 8 i M 107, odpowiednio:

Cunda, nie jest możliwe by ten kto grzęźnie w ruchomych piaskach mógł wyciągnąć innego, który grzęźnie w ruchomych piaskach. Jest możliwe by ten kto nie grzęźnie w ruchomych piaskach mógł wyciągnąć innego, który grzęźnie w ruchomych piaskach. Nie jest możliwe by ten co sam nieopanowany i niezdyscyplinowany i bez osiągnięcia wygaszenia opanował innego, zdyscyplinował go i doprowadził do wygaszenia. Jest możliwe by ten co sam opanowany i zdyscyplinowany i z osiągnięciem wygaszenia opanował innego, zdyscyplinował go i doprowadził do wygaszenia.

*
Jak to jest, mistrzu Gotama, skoro jest wygaszenie, i jest droga do niego prowadząca i jest mistrz Gotama jako przewodnik; że niektórzy osiągają wygaszenie a niektórzy nie osiągają go?".
 
"Co do tego, braminie, zadam ci w odpowiedzi pytanie. Odpowiedz jak uważasz. Jak ci się wydaje, czy jesteś obeznany z drogą do Rajagaha?" "Jestem, mistrzu Gotama". "Jak ci się wydaje w tym wypadku: załóżmy, że człowiek, pragnący dojść do Rajagaha, podchodzi do ciebie i mówi: 'Panie, pokaż mi drogę do Rajagaha' i wtedy mówisz mu: 'Dobry człowieku, ta droga prowadzi do Rajagaha. Podążają nią jakiś czas a zobaczysz pewną wioskę a następnie pewne miasto a dalej będzie Rajagaha z ogrodami, gajami, łąkami i jeziorami'; i wtedy będąc tak pouczony i poinstruowany przez ciebie, człowiek ten obierze błędną drogę i uda się na zachód. I następny człowiek podejdzie do ciebie i powie: 'Panie, pokaż mi drogę do Rajagaha' i wtedy mówisz mu: 'Dobry człowieku, ta droga prowadzi do Rajagaha. Podążaj nią jakiś czas a zobaczysz pewną wioskę a następnie pewne miasto a dalej będzie Rajagaha z ogrodami, gajami, łąkami i jeziorami'; I wtedy będąc tak pouczony i poinstruowany przez ciebie, człowiek ten dociera bezpiecznie do Rajagaha. I teraz, skoro jest Rajagaha, i droga prowadząca do Rajagaha i ty jako przewodnik, czemu z tych dwóch ludzi pouczonych i poinstruowanych przez ciebie jeden obiera złą drogę i idzie na zachód a drugi bezpiecznie dociera do Rajagaha?" "Cóż ja mam z tym wspólnego, Mistrzu Gotama? Jestem tylko tym który pokazuje drogę". "Tak też, braminie, jest wygaszenie, i jest droga do niego prowadząca, i ja jako przewodnik, jednak kiedy moi uczniowie są pouczani i instruowani przeze mnie, niektórzy osiągają wygaszenie, a niektórzy nie. Cóż ja mam z tym wspólnego, braminie? Tathagata jest tylko tym który pokazuje drogę”.

Sól wietrzeje?



Czyżby Stanisław Lem rzeczywiście wszystko przewidział? W swojej - moim zdaniem - najlepszej książce „Głos Pana” napisał między innymi, że „nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”. Czego jak czego, ale metodyczności działania organizatorom komunistycznej rewolucji, prowadzonej obecnie według strategii opracowanej przez włoskiego komunistę Antoniego Gramsciego, nie brakuje, podobnie, jak cierpliwości. O ile niecierpliwi bolszewicy śpiewali, że „bój to jest nasz ostatni” - bo jak najszybciej chcieli pyski umoczyć w melasie, zakładać stare rodziny, tarzać w złocie i kąpać w wódce - to nauczeni doświadczeniem bolszewickich arywistów gramszyści od razu postawili na „długi marsz przez instytucje”. Doskonale wiedzieli, że demokracja-demokracją - ale ktoś przecież musi tym bajzlem kierować, że tzw. „masy”, którym marksiści-leniniści pochlebiali, jako sile sprawczej Historii, tak naprawdę są tej Historii zaledwie nawozem, bo w zasadzie robią to, co zasuflują im instytucje: tajne służby, polityczne szajki, niezależne media głównego nurtu, które zwłaszcza w demokracji muszą być infliltrowane przez tajne służby, a także - związki wyznaniowe, jako potężne instytucje opiniotwórcze.

Jeśli zatem pragnie się narzucić „masom” określony obraz świata, by uznały go za własny i już niczego innego nie pragnęły - a na tym właśnie polega strategia rewolucyjna Gramsciego, który głównym polem rewolucyjnej bitwy czyni kulturę, czyli ludzką świadomość - trzeba najpierw opanować instytucje. Tego, ma się rozumieć, nie da się zrobić z dnia na dzień, stąd proklamowanie „długiego marszu” jeszcze w latach 60-tych. I dzięki uporczywemu, metodycznemu i cierpliwemu działaniu, po 30 latach znaczna cześć instytucji została przez bojowników rewolucji komunistycznej opanowana i od tej pory można wykorzystywać posiadane przez nie możliwości już nie do propagowania, ale do forsowania rewolucyjnych przemian.

Zresztą pewne procesy, które można nazwać rozmiękczaniem instytucji, zostały rozpoczęte jeszcze przed proklamowaniem „długiego marszu”. Jak wspomina w swojej znakomitej książce o II Soborze Watykańskim: „Sobór Watykański II Historia dotąd nieopowiedziana” Roberto de Mattei, papież Jan XXIII pragnął, by w Soborze wzięli udział również przedstawiciele rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Różni ludzie miewają rozmaite sny o szpadzie, a Jan XXIII miał właśnie taki. Ale cerkiewni szachiści, w większości, a może nawet in corpore, będący poprzebieranymi agentami KGB postawili warunek - że owszem - jeżeli Sobór powstrzyma się przed wszelkimi ocenami, a zwłaszcza - przed potępieniem komunizmu. Jan XXIII połknął haczyk i w roku 1962 we francuskim mieście Metz doszło do podpisania porozumienia między reprezentującym Watykan francuskim kardynałem Tiserrantem i reprezentującym Patriarchat Moskiewski, czyli KGB, metropolitą Nikodemem - że Sobór nie piśnie słowa przeciwko komunie.

I tak się stało, a na domiar złego - jak można zorientować się na podstawie wspomnianej książki - na Soborze tym pojawiła się liczna grupa teologów i biskupów tzw. postępowych. Początkowo postępactwo swoje forsowali metodami dopuszczalnymi przez soborowe procedury, więc żadnego zarzutu z tego tytułu postawić im nie można, bo konserwatyści również mogli te same procedury wykorzystywać dla swoich celów - ale od pewnego momentu można dostrzec w postępowaniu soborowego postępactwa coraz więcej elementów konspiracji. Nawet i to można by jeszcze uznać za rodzaj normy, bo i druga strona też mogła sobie konspirować. Najgorsze było jednak to, że konspiracja soborowych postępowców przetrwała zakończenie soborowych obrad, dając początek i stając się tzw. „duchem Soboru”. To właśnie „duch Soboru” wyrządził i wyrządza najwięcej spustoszeń w Kościele, dostarczając katolikom coraz więcej rozterek.

Dla przykładu - o ile konstytucje soborowe nie przewidywały eliminacji łaciny z liturgii, a stosowanie języków narodowych dopuszczały tylko wyjątkowo, to „duch Soboru”, czyli wspomniana konspiracja, najwyraźniej opanowawszy „instytucję”, doprowadziła do odwrócenia sytuacji i 180 stopni. Łacina została nie tylko usunięta, ale nawet jakby potępiona i odtąd liturgia odbywa się w językach narodowych. Czy „duch Soboru” działał wyłącznie z własnej inicjatywy, czy też był inspirowany z zewnątrz - na przykład przez organizatorów i przewodników „długiego marszu przez instytucje” - tego pewnie już nigdy się nie dowiemy. Tak czy owak w następstwie nieustannej, mrówczej aktywności „ducha Soboru” Kościół - jak przenikliwie zauważył Mikołaj Davila - kiedy spostrzegł, że ludzie nie robią tego, czego naucza, zaczął nauczać tego, co ludzie robią.

I właśnie w dniach ostatnich (czyżby rzeczywiście zbliżały się „dni ostatnie”?) przewodniczący Papieskiej Rady Rodziny JE abp Vincenzo Paglia, komentując w wywiadzie dla „Corriere della Sera” legalizację tzw. związków partnerskich między sodomitami powiedział m.in., że „Różnica między mężczyzną i kobietą jest niezbędna. Inna sprawą jest równa godność wszystkich dzieci Boga. Wszyscy są darem. Wszyscy są kochani przez Pana. Wszyscy muszą być kochani.” Ekscelencja jedną nogą jeszcze tkwi we wstecznictwie, podkreślając „niezbędność” różnicy między mężczyzną i kobietą - cokolwiek by to miało znaczyć - ale już zdecydowanie daje nura w odmęty amikoszonerii - że niby „wszyscy muszą być kochani”. Skoro „muszą”, no to nie ma rady, nieprawdaż?

Stanisław Michalkiewicz →

Nigdy i przed nikim nie ukrywać swojej choroby


Z Warszawy wyjechałem nocnym pociągiem. Mimo że na dworzec przyszedłem na godzinę przed odejściem, wagon był już podstawiony i wszystkie siedzące miejsca zajęte. Czerwiec, okres wyjazdów na urlop nad morze. Zająłem siedzące miejsce w korytarzu, niewiele jednak z niego skorzystałem, bo ścisk i obok stoją dwie stare zakonnice oraz jakiś starszy facet; wybałuszył na mnie oczy, dając mi znać w ten sposób, że nie wypada aby młody facet siedział, a zakonnice stały. Ustąpiłem miejsca, ale powiedziałem, że jak mnie nogi zabolą, to zamienimy się. Zakonnice jechały do Gdańska, miały przed sobą dłuższą podróż, doszedłem więc do wniosku, że trzeba dać im posiedzieć. Nie znałem tej trasy, więc zapytałem o Prabuty i prosiłem, żeby mi ktoś obeznany z tą linią powiedział wcześniej, gdzie mam wysiąść.

- Pan do Prabut na urlop? - zapytała jedna z zakonnic.
- Nie. Do sanatorium gruźliczego - odpowiedziałem, Nie zniżałem głosu do szeptu,
stojący w pobliżu mogli mnie słyszeć.
- O, to przykre. Pan dawno choruje?
- Dowiedziałem się o chorobie dopiero przed paru tygodniami.
- To coś poważnego?
- Nie bardzo. Jeśli się gorzej nie rozchoruję, będzie mi ciężko w tym stanie umrzeć.
- Niech pan nie żartuje. Czy pan prątkuje?
- Chyba tak, zaraziłem swojego małego.
- Z bożą pomocą wyleczy się pan, i dziecko...
- Szkopuł w tym, proszę siostry, że ja w bożą pomoc nie wierzę... Gdybym wierzył, nie jechałbym do sanatorium, lecz załatwiłbym sprawę z proboszczem swojej parafii.
- Oj niech pan nie bluźni! - upomniała mnie zakonnica.

Od kilku chwil zaobserwowałem ruch obok siebie. Pomaleńku, nieznacznie zaczęło się robić luźniej. Zrozumiałem. Ludzie odsuwali się z obawy, aby stojąc przy mnie, nie zarazić się... Trudno. Przynajmniej stoję swobodnie a nawet mam możność usiąść na walizce. Wtedy to zjawiła się myśl, że choroba stanie się dla mnie przyczyną niejednej przykrości; że tak jak obcy ludzie w pociągu, odsuną się też i ci, których uważam za przyjaciół... Będą odsuwać się nieznacznie i powoli, jak ci tutaj, a niektórzy może uczynią to nawet szybko. Ale ja jestem twardy zawodnik. Znajomości przesieją się przez sito. Bojący odpadną, a zostaną wierni przyjaciele. Postanowiłem wtedy nigdy i przed nikim nie ukrywać swojej choroby.

Stanisław Grzesiuk
Na marginesie życia

Résumé


Żyletka? – krew, nieporządek;
Rzeka? – moczy;
Tabletka? – zła na żołądek;
Kwas? – szczypie w oczy;
Rewolwer? – a zezwolenie?
Pętla? – pęka w pierwszym użyciu;
Gaz? – czuć go wszędzie szalenie;
Lepiej już pozostać przy życiu.


Dorothy Parker
Przełożył Stanisław Barańczak



Kolejność potrzeb: lekarz→ksiądz→stolarz→grabarz→...


Posłuchaj. Potrzeba nie może być nigdy do końca zaspokojona, bo „zaspokojona" potrzeba wywleka z siebie kolejne potrzeby niezaspokojone. To jest reakcja łańcuchowa. To jest łańcuch. Coraz dłuższy i coraz pokrętniejszy, i który nie może nigdy się od-łańcuszyć. Kto potrzebuje, zawsze będzie potrzebować. Na samym końcu będzie jeszcze potrzebować lekarza, żeby ten przedłużył jego agonię, a kiedy bezsilny cofnie się lekarz, będzie potrzebować, żeby przystąpił doń ksiądz, a kiedy cofnie się ksiądz, będzie potrzebować stolarza, a kiedy cofnie się stolarz, będzie potrzebować grabarza, a kiedy cofnie się grabarz, będzie potrzebować kamieniarza, a kiedy cofnie się kamieniarz, będzie potrzebować łez i żalu potomnych, i oby jak najdłuższego trwania w ich pamięci. A poza tym wszystkim i ponad tym wszystkim będzie potrzebować Boga, żeby go Bóg kiedyś tam, w końcu końców, wskrzesił. Wskrzesił pod tą samą postacią, nieco może zmodyfikowaną, ulepszoną, ale jednak tą samą.

Oto jak myśli, bo nie może inaczej, ten kto potrzebuje. Czyli ty. Bo tyś jest swoim Ja i to ty potrzebujesz. I tylko takiego Boga możesz sobie wyobrazić i tylko takiego uznajesz i adorujesz, który cię wskrzesi pod tą samą postacią. Potrzebujące Ja nie potrzebuje Boga- wskrzesiciela nie Ja. Ja potrzebuje wskrzeszenia Ja. Tylko takiego Boga potrzebuje i tylko po to, tylko w tym celu, tylko w tym interesie z nim handluje: „Ja w ciebie, Boże, wierzę z całych sił; ja do ciebie najżarliwiej modlę się; ja cię miłuję nad własne życie (a ty za to, kiedy umrę, moje życie kiedyś wskrzesisz; będę taki sam, ale inny, ale taki sam, ale dobry piękny czysty i będę żyć cały czas, cały czas, bez trosk, kłopotów, zmartwień cierpień i z dala od tego strasznego padołu)". Oto jak myśli Ja, bo nie może inaczej. Ale ten Bóg, w którego wierzy Ja, jest tylko przedłużeniem Ja, jego autoprojekcją, w którą Ja wierzy, że jest czymś innym niż Ja. Bóg Ja to jest dalej Ja, to jest Ja idealne, Ja doskonałe, Ja boskie. Ale Ja to konflikt, to nieszczęście, to chaos, to wojna i Ja zdaje sobie niekiedy z tego sprawę i dlatego wymyśla przeciwieństwa w postaci przymiotników: idealny, doskonały, boski. Wystarczy podstawić pod Ja to, czym Ja jest (i z czego sobie niekiedy jednostronnie, częściowo, płytko zdaje sprawę), a więc: konflikt, nieszczęście, chaos, żeby zobaczyć, jak to tragicznie absurdalnie wygląda: konflikt idealny, nieszczęście doskonałe, chaos boski.

Edward Stachura
Fabula rasa

Konieczność ascezy


  Gnostyk zmusza się do metodycznego ćwiczenia. Klemens jest pierwszym autorem chrześcijańskim] który używa terminów: askesis, synaskesis, asketes To ćwiczenie polega na unikaniu tego, co jest domeną namiętności (...), pokarmów podniecających seksualnie, (...) życia rozwiązłego i namiętności do niego prowadzących" m. Tak więc „gnostyk tworzy i buduje] sam siebie, i nadaje właściwą postawę tym, którzy go słuchają, sam stając się podobny do Boga".

Panowanie nad sobą (gr. enkrateia)  usuwa pragnienia

  Przy zupełnie odmiennych założeniach Klemens wykazuje tu zbieżność z buddyzmem. Bierze na serio przykazanie Dekalogu: Nie będziesz pożądał (Wj 20,17; Pwt 5,21), którego radykalizm wykazał św. Paweł (Rz 7,7-8). Klemens jest bardziej optymistyczny: „Nie jesteśmy wszak dziećmi pożądania, lecz woli". Po­dziw dla piękna stworzenia nie przeszkadza gnostykowi uwolnić się od pożądania, aby upodobnić się do Boga. W przeciwstawieniu do wstrzemięźliwości fi­lozofa chrześcijanin czyni ślub „wyrzeczenia się pożądań, to znaczy nie tego, aby panować nad namiętnościami, lecz aby nie dopuścić do ich powstania".


Za: O. Vincent Desprez OSB, Początki monastycyzmu, tom 1, Dzieje monastycyzmu chrześcijańskiego do Soboru Efeskiego (431), przekład: Janina Dembska, tytuł oryginału: Le monachisme primitif. Des origines junqu 'au concile d' Ephese, [seria: źródła monastyczne, t. 21, opracowania: t. 3], przedmowa O. Pierre Miquel OSB, redakcja naukowa: Ks. Marek Starowieyski, Tyniec - Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 1999  

środa, 22 października 2014

Wyróżnia się swą przeciętnością


Ale najczęściej umiejscawiasz się pośrodku, gdzie najgęściej, gdzie najtłumniej, gdzie najbezpieczniej. I jesteś wtedy kimś pomiędzy. Pomiędzy naj- i naj-. Pomiędzy najlepszym i najgorszym, najwyższym i najniższym, najpierwszym i najostatnim.

- Jeżeli jestem pośrodku, pomiędzy naj- i naj-, to znaczy, że się, wtedy nie wyróżniam. 

- To nie znaczy, że nie wyróżniasz się. Wyróżniasz się. Jesteś zmuszony wyróżniać się. Jesteś katorżnikiem wyróżniania się. W tym przypadku rzecz przedstawia się następująco: ponieważ nie chcesz, bo lękasz się krańcowo wyróżnić się albo nie możesz, bo nie masz po temu kwalifikacji, władzy, talentu, tupetu, bezwstydu i temu podobne - to wyróżniasz się tak zwaną przeciętnością. „Ja jestem człowiek przeciętny, człowiek zwyczajny, człowiek szary" wtedy mówisz, nie bez swoistej zarozumiałości. I swoiste swoje korzyści - z bycia szarym, z bycia przeciętnym - wyciągasz. Na przykład mając uciechę, kiedy zlatują ze świecznika ci, którym nie możesz, jawnie lub skrycie, nie zazdrościć, bo to są ci, którzy wyróżniając się bardziej, sprawiają tym samym, Że ty wyróżniasz się mniej. Więc ich, kiedy są na świeczniku, dla swojej przyjemności oklaskujesz, a kiedy z niego zlatują - dla swojej przyjemności zadeptujesz.

Edward Stachura
Fabula rasa

George Steiner - Nauki Mistrzów


Wykłady George’a Steinera, składające się na „Nauki Mistrzów”, wiodą przez niezwykłą historię relacji między uczniem a nauczycielem, między mistrzem a tym, który go naśladuje. Steiner z ogromną pasją ukazuje, jak wyjątkowy jest to związek, przepełniony godnością, zaufaniem, ale i zmagający się z wieloma wyzwaniami. Podkreśla także jego zabarwiony erotyzmem, grą władzy, subtelnością odcieni charakter. Odwołuje się do najsłynniejszych relacji: Sokratesa i Platona, Chrystusa i jego uczniów, Wergiliusza i Dantego, Heloizy i Abelarda, Husserla i Heideggera, pokazując, jak kluczowe były one dla kształtowania się europejskiej kultury, myśli, duchowości.

Każdy wykład to poemat na cześć prawdziwej edukacji, która dalece wykracza poza zwykłe zdobywanie wiedzy, a oparta jest na solidnych fundamentach osobistej relacji i wzajemnego zaangażowania. Steiner wydaje się przekonywać, iż wyłącznie taka forma nauczania może być źródłem bogactwa kultury. Jest także darem – ale niestety darem zanikającym, jak konstatuje ze smutkiem.

Bernadeta Prandzioch
recenzja z czasopisma Reflektor 03.12

Łagodny atak alienacji, jaki dotyka ludzi przeniesionych w cudze miejsce


Atak alienacji, ale łagodny, jaki dotyka większość ludzi przeniesionych w cudze miejsce. Poczucie inności świata, przekonanie, że wszystko to, co się wokół dzieje, nie bierze mnie samego w rachubę, że jestem zbędny, odtrącony, a nawet śmieszny z tym groteskowym zamiarem obejrzenia starej wieży kościelnej.

W stanie wyobcowania wzrok reaguje szybko na przedmioty i zdarzenia najbardziej banalne, które dla oka praktycznego jakby nie istniały. Dziwię się kolorowi skrzynek pocztowych, tramwajów, różnym kształtom miedzianych klamek, kołatkom u drzwi, zawsze karkołomnie kręconym schodom, drewnianym okiennicom, których powierzchnię przecinają dwie linie proste, przekątne — wielkie „X", a cztery pola tego wielkiego ..X" wypełnia na przemian farba czarna i biała, biała i czerwona. Wiem, zbyt wiele czasu straciłem przysłuchując się katarynce malowanej, ogromnej jak wóz cygański, a także na stopniach poczty, gdy stałem zagapiony na zielony pojazd wyjeżdżający z ulicy, który puszczając w ruch wirowy szczotki umieszczone u podwozia wzbijał tumany kurzu, co być może nie jest idealnym sposobem czyszczenia miasta, ale poważnym ostrzeżeniem, Że kurz tutaj nie zazna nigdy spokoju.

Drobne przypadki, małe, uliczne ułomki rzeczywistości.

Zdarzyło się, że moje wędrówki bez planu przynosiły niespodziewany pożytek. Binnenhof, czyli dziedziniec wewnętrzny, od dawna był moim ulubionym zespołem architektury w centrum Hagi. Otoczony sadzawką, prawie cichy późnym popołudniem. Jak mówi mój mistrz Fromentin: „Jest to miejsce bardzo wyjątkowe, bardzo samotne i nie pozbawione melancholii, zwłaszcza gdy przychodzi się tu o tej porze, gdy się jest cudzoziemcem i gdy lata radosne nie dotrzymują człowiekowi towarzystwa. Wyobraźcie sobie wielki basen okolony sztywnymi nadbrzeżami i czarnymi pałacami. Po prawej ręce promenada zadrzewiona i pusta, po lewej wyrasta z wody Binnenhof z ceglaną fasadą, o dachach pokrytych łupkami, z ponurym wyrazem, fizjonomią z innego wieku, a raczej ze wszystkich wieków, pełen tragicznych wspomnień, ukrywających w sobie jakiś nastrój właściwy miejscom, na których historia zostawiła ślad... Odbicia dokładne, lecz bezbarwne, padają na taflę śpiącej wody z tą nieco martwą nieporuszalnością wspomnień, jakie życie odległe zostawia w wygasającej pamięci". Romantyczny pan Fromentin snuje dalej rozważania o rzeczach wzniosłych — historii, pięknie, sławie, ja natomiast całą siłą ducha przylgnąłem do cegły. Jeszcze nigdy we mnie ten graniasty przedmiot nie budził takiej fascynacji i gorączki poznania.

Zbigniew Herbert
Martwa natura z wędzidłem

Cały świat mistyki, o którym nie wiem naprawdę nic


Środa 26 V. [1965]

[...] Jest cały świat mistyki, o którym nie wiem naprawdę nic, bo odszedłem, opuściłem ten świat dla życia w materii, w pracy, w cielesnych miłościach, rozterkach i rozdarciach. Nie chodzi tu o takie czy inne wyobrażenie nieśmiertelności, nic, nic o tym nie możemy wiedzieć, to inny wymiar, ale chodzi o sekundy przeżyć świadomości, pożywkę jedyną, która daje życie, wtedy właśnie, kiedy opuszczają człowieka siły twórcze, kiedy się odkleja od świata, i bardziej jeszcze świat od niego. Wtedy – nie zamazywać, nie zadeptywać le vide w sobie. Wtedy może, przychodzi, może przyjdzie pomoc. Inny widnokrąg, inny wymiar. Ale ty chcesz mieć wszystko na raz i tu i tam.

Comme si. Trzeba teraz żyć jeszcze comme si. Tak samo, prawie tak samo jak przedtem, ale dla siebie, tajnie – czując, wiedząc, że nie o to chodzi, że jest coś innego, najważniejszego. Ziarno tego w sobie nosić. [...]

Józef Czapski, Wyrwane strony

wtorek, 21 października 2014

Kim jest człowiek-nikt?


- Kim jest człowiek-nikt?
- Człowiek-nikt nie jest kimś. Ja jest kimś. Ja jest zmuszone być kimś. Tyś jest swoim Ja. Ty jesteś kimś. Ty jesteś zmuszony być kimś.
- Kim?
- Kimś wyróżniającym się, odbijającym, odcinającym się od tła; kimś osobnym, oddzielnym.
- Na przykład?
- Najchętniej księciem udzielnym. Milordem. Personą. Sławnym naukowcem. Wziętym aktorem filmowym. Głośnym muzykiem. Poczytnym pisarzem. I tak dalej.
- A jeżeli jestem ostatnim z nędzarzy?
- To jesteś ostatnim z nędzarzy. Jesteś kimś. Ty musisz być kimś. Kimkolwiek, ale zawsze kimś. Dla ciebie, dla Ja, którym jesteś, jest zupełnie tą samą esencją powiedzieć: „jestem ostatnim nędzarzem", co powiedzieć: „jestem pierwszorzędnym malarzem". Tak w jednym przypadku, jak i w drugim jesteś kimś. A to tylko dla ciebie liczy się, to jest twój kapitalny kapitał: być kimś.

Edward Stachura
Fabula rasa

Jerofiejew – badacz czkawki


A my, powtarzam, zajmijmy się czkawką.

33 kilometr – Elektrougli

Po to, aby rozpocząć nad nią badania, trzeba ją, rozumie się, wywołać: albo an sich (termin Immanuela Kanta), czyli wywołać ją u siebie, albo wywołać ją u kogoś innego, ale we własnym interesie, to znaczy fur sich (termin Immanuela Kanta). Najlepiej oczywiście: an sich i fur sich, a mianowicie tak: przez dwie godziny pod rząd pijcie jakiś mocny alkohol, starkę, nalewkę na dziurawcu albo myśliwską. Pijcie dużymi szklankami, co pół godziny szklanka, unikając, o ile to możliwe, wszelkich zakąsek. Jeśli to jest dla kogoś zbyt trudne, może pozwolić sobie na minimalną zakąskę, ale zupełnie niewyszukaną: czerstwawy chleb, śledź korzenny, zwykły marynowany lub w sosie pomidorowym. Potem zróbcie godzinną przerwę. Nic nie jedzcie, nic nie pijcie, rozluźnijcie mięśnie i odprężcie się.

Zobaczycie - nie minie godzina, a ona sama przyjdzie. Kiedy czkniecie po raz pierwszy, zadziwi was nieoczekiwana gwałtowność tego pierwszego czknięcia. Następnie – niepokonana siła drugiego, trzeciego etc. Ale jeśli nie jesteście idiotami, przestańcie się dziwić i zapisujcie na kartce, w jakich odstępach czasu raczą występować wasze czknięcia - oczywiście mierząc w sekundach:

osiem - trzynaście - siedem - trzy - osiemnaście. Będziecie oczywiście próbowali doszukać się jakiejkolwiek prawidłowości, choćby w przybliżeniu. Jeżeli mimo wszystko jesteście idiotami, spróbujecie wyprowadzić nawet jakiś kretyński wzór czy formułę, żeby jako tako móc prognozować długość trwania następnego interwału. Proszę bardzo. Życie i tak unicestwi wszystkie wasze idiotyczne konstrukcje: siedemnaście - trzy - cztery - siedemnaście - jeden - dwadzieścia - trzy - cztery – siedem - siedem – osiemnaście.

Mówi się, że przywódcy światowego proletariatu, Karol Marks i Fryderyk Engels, skrupulatnie analizowali kolejność formacji społecznych i na tej podstawie potrafili wiele przewidzieć. Tutaj jednak byliby bezsilni, nie mogąc przewidzieć niczego nawet w minimalnym stopniu. Wkroczyliście z własnej woli w sferę fatalizmu - pogódźcie się więc z tym i bądźcie cierpliwi. Życie wyszydzi zarówno waszą elementarną, jak i wyższą matematykę: - trzynaście - piętnaście - cztery - dwanaście - cztery - pięć - dwadzieścia osiem.

Czyż nie tak samo następują po sobie wzloty i upadki, uniesienia i klęski w życiu każdego człowieka, bez najmniejszych bodaj pretensji do jakiejkolwiek regularności? Czyż nie tak samo chaotycznie następują po sobie katastrofy w dziejach ludzkości? Reguły są ponad nami. Czkawka zaś - ponad wszelkimi regułami. I tak jak poraził was niedawno jej nagły początek, tak wprowadzi was w zdumienie jej koniec, którego, niczym śmierci, nie jesteście w stanie przewidzieć, ani któremu nie jesteście w stanie zapobiec: - dwadzieścia dwa - czternaście - koniec. I cisza.

A w tej ciszy wasze serce mówi wam: ona jest niezbadana, a my bezradni. Jesteśmy całkowicie pozbawieni wszelkiej wolnej woli, pozostajemy we władzy dowolności, która nie ma nazwy i przed którą nie ma także ratunku.

Jesteśmy drżącymi, słabymi stworzeniami a ona - jest wszechmocna. Ona jest prawicą Bożą, która unosi się nad nami wszystkimi i przed którą nie chcą pochylić głowy jedynie kretyni i szuje. On jest niedosiężny dla umysłu, a więc istnieje.

Zatem bądźcież doskonali, jak doskonały jest Ojciec Niebieski.

Wieniedikt Jerofiejew, MoskwaPietuszki
tłumaczenie: Andrzej Drawicz


Na wszelki wypadek przypomnę, że koszt swej metody badawczej Jerofiejew skalkulował co najwyżej jako marskość wątroby; w rzeczywistości jednak skutki picia alkoholu są znacznie bardziej nieprzyjemne, dlatego też Budda, kierowany współczuciem, ustanowił zakaz picia alkoholu jako jedno z fundamentalnych wskazań, zaliczając używanie alkoholu do tej samej grupy przewinień co zabijanie, kradzież, czy kłamanie, stawiając zatem picie w bardzo złym towarzystwie.

Śmierć Martina Edena


Jeden z wypożyczonych tomów zawierał wiersze Swinburne'a. Martin leżał w łóżku przerzucając karty książki i raptem uprzytomnił sobie, że czyta z uwagą. Dociągnął do końca strofy i choć zamierzał czytać dalej, powrócił do niej znowu. Położył sobie książkę na piersi okładką na zewnątrz i począł dumać. Otóż to. W tym leży sedno sprawy I Dziwna rzecz, że mu to wcześniej nie przyszło do głowy. Tym tłumaczy się sytuacja, w jakiej się znalazł. Już od dawna w tym kierunku zdążał, teraz zaś Swinburne wskazał mu, że jest to właśnie szczęśliwa droga wyjścia. Pragnął spoczynku, a tu oczekiwał go spoczynek. Spojrzał na otwarty iluminator kabiny. Tak, szerokość jest dostateczna. Po raz pierwszy od długich tygodni poczuł się szczęśliwy. Nareszcie odkrył lekarstwo na trapiące go dolegliwości. Podniósł książkę i zwolna odczytał na głos zwrotkę, która go tak zastanowiła:

Z ziemi, gdzie ufność i strach podły
Z miłością życia, zbyt nam drogą,
Rządzą — dziękczynne ślemy modły
Bogom, co gdzieś tam istnieć mogą,
Za to, że życie' nie trwa wieki,
Że nikt nie wraca z mgieł dalekiej
Krainy śmierci, a nurt rzeki
Zawsze na morza spocznie progu.

Martin spojrzał raz jeszcze na otwarty iluminator. Swinburne dał mu do ręki klucz. Życie było złem lub raczej stało się złem, rzeczą nie do zniesienia. „Że nikt nie wraca z mgieł dalekiej krainy śmierci". Ten zwrot przepełnił go głęboką wdzięcznością. Było to jedyne w całym wszechświecie dobrodziejstwo. Kiedy życie stanie się zanadto już bolesną zmorą, czeka śmierć, by ukoić do wieczystego snu. Po co zwlekać? Już czas ostatni. Wstał i wysunął głowę przez iluminator, spoglądając na pieniącą się w dole toń. „Mariposa", ciężko załadowana, zanurzała się głęboko, toteż uwiesiwszy się na rękach powinien sięgnąć stopami fal. Będzie mógł pogrążyć się bezszelestnie. Nikt nic nie usłyszy. Bryzg piany poderwał się ku górze, zwilżając mu twarz. Poczuł słoność na wargach i smak ten wydał mu się dobry. Zastanowił się, czy warto napisać pieśń łabędzią, lecz ze śmiechem myśl tę odrzucił. Nie miał na to czasu. Zbyt pilno mu było odejść.

Zgasiwszy w kabinie światło, aby go nie zdradziło, Martin wysunął się przez iluminator nogami naprzód. Ramiona utkwiły mu w przejściu, musiał więc wciągnąć się z powrotem, aby spróbować po raz drugi, z jednym ramieniem przyciśniętym do boku. Nagłe przechylenie okrętu dopomogło mu i znalazł się na zewnątrz, trzymając się iluminatora rękami.

Dotknąwszy stopami morza rozluźnił dłonie. Leżał w mlecznobiałej wstędze piany. Burta „Mariposy" sunęła tuż koło niego, na kształt ciemnej ściany, pocętkowanej tu i ówdzie plamami oświetlonych otworów. Łatwo było poznać, że statek rozwija nie lada szybkość. Zanim Martin się spostrzegł, był już daleko w tyle za rufą, płynąc zwolna wśród perlistych pian. Mknąca mimo bonita uderzyła zębami w białe ciało Martina, który roześmiał się głośno.

Uniosła z sobą drobny strzęp jego boku, a wywołany tym ból przypomniał mu, po co się tu znalazł. Zajęty uciążliwymi przygotowaniami, zapomniał o ich ostatecznym celu. Światła „Mariposy" mętniały już w oddali, a oto on płynie sobie spokojnie, jak gdyby zdążał do najbliższego lądu, leżącego gdzieś o tysiące mil stąd.

Działał tu podświadomy instynkt życia. Martin chciał przestać płynąć, lecz skoro tylko woda podniosła się nad poziom ust, ramiona uderzyły o nią gwałtownie i wydźwignęły znów ciało na powierzchnię. Rozpoznał w tym niezmożone pragnienie życia i myśl ta wywołała mu na twarz drwiący uśmiech. Woli mu doprawdy nie brakowało, woli dość potężnej na to, aby jednym ostatnim wysiłkiem zniszczyć siebie i przestać istnieć.

Zmienił położenie ciała na pionowe. Spojrzał w górę ku cichym gwiazdom, jednocześnie wydychając z płuc powietrze. Nagłym silnym podrzutem rąk i nóg zdołał wznieść ponad wodę barki i piersi aż do połowy. Miało to umożliwić mu nabranie rozpędu koniecznego do opuszczenia się w głąb. Potem zwolnił mięśnie i jął się pogrążać w morze cicho, niby biały posąg. Wdychał w siebie wodę głęboko, z rozmysłem, podobnie jak to czynią ludzie biorący narkozę. Kiedy zaczął się dławić, ramiona i nogi zupełnie bez udziału woli zagarnęły wodę i wyniosły go znów na powierzchnię pod jasne światło gwiazd.

Zawsze ta wola życia — pomyślał z pogardą, daremnie usiłując nie dopuszczać powietrza do pękających płuc. Kiedy tak, będzie musiał spróbować innego sposobu. Nabrał w płuca, ile tylko mógł, powietrza, aż do ich przepełnienia. Zapas ten pozwoli mu dotrzeć głęboko.

Odwrócił ciało i począł się pogrążać głową naprzód, płynąc całą swą siłą, z największym natężeniem woli. Zanurzał się coraz głębiej. Oczy miał szeroko otwarte, śledząc nimi widmowe, fosforyzujące szlaki śmigających dokoła bonit. Płynąc miał nadzieję, że się na niego nie rzucą, gdyż mogłoby to osłabić napięcie jego woli. Nie napa dały go w istocie wcale, tak iż zdołał jeszcze odczuć wdzięczność za tę ostatnią łaskę wyświadczoną mu przez życie.

Zapadał tak w dół, wciąż w dół, aż zmęczyły mu się i niemal zdrętwiały ręce i nogi. Wiedział, że dotarł już bardzo głęboko. Ucisk wywierany na bębenki uszne dokuczał mu boleśnie, a w głowie szumiało niby w ulu. Wytrzymałość jego zaczynała już słabnąć, ale zmuszał kończyny do wciągania go jeszcze głębiej, aż wreszcie wola załamała się i powietrze niepowstrzymanym pędem wyrwało mu się z płuc. Jego bańki ocierały mu się w swym locie wzwyż o policzki i oczy, odbijając się od nich na kształt maleńkich baloników. Potem nastąpił ból nieodłącznie towarzyszący duszeniu się. Ta męka nie jest jeszcze śmiercią — przemknęło przez gasnącą świadomość Martina. Śmierć nie sprawia przecież bólu. Owo straszne, dławiące uczucie to życie, męka życia, ostatni cios, jaki życie mogło mu zadać.

Jego uparte ręce i nogi poczęły bić w wodę, zagarniając ją słabymi, kurczowymi ruchami, ale on oszukał je wraz z tą wolą życia, która kazała im tak się wysilać bez wytchnienia. Zbyt głęboko zdążył się zanurzyć. Nigdy już krnąbrne członki nie zdołają wynieść go na powierzchnię. Zdawał się bujać bezwolnie w morzu sennych marzeń. Barwy i odblaski otaczały go chłonną kąpielą. A to co? Jak gdyby ujrzał przed sobą latarnię morską. Ale nie: to białe, olśniewająco jasne światło zabłysło mu wewnątrz mózgu. Gorzało coraz promienniej. Rozległ się długi, przeciągły grzmot i Martinowi zdało się, że spada z wielkich, nie kończących się schodów. Gdzieś u ich dna runął w mrok. Tyle jeszcze zrozumiał. Runął w mrok. A w tej samej chwili, gdy to pojął, zgasła w nim świadomość.

Jack London, Martin Eden
tłumaczenie: Zygmunt Glinka