W twórczości autora „Innego morza” często powraca mit o Argonautach, wyprawie herosów po złote runo. Statek Argo, którym płynęli bohaterowie, wymagał ciągłych napraw, więc wymieniali każdy jego zepsuty kawałek, aż wreszcie – nie zmieniając nazwy – stworzyli całkowicie nowy okręt. Dla Magrisa ta mityczna opowieść jest figurą jednego z najbardziej zgubnych procesów egzystencjalnych i społecznych. Jeśli bowiem transformacji ulega rzeczywistość, należy zmienić jej nazwę lub przynajmniej zastanowić się nad jej adekwatnością. I odwrotnie: skoro wymieniliśmy nazwy, nie sposób utrzymywać, że w świecie nie zaszła żadna zmiana. Obydwa porządki – rzeczywistości i języka – są ze sobą ściśle związane i wzajemnie się determinują, ale ów splot musimy ciągle odnawiać.
https://www.tygodnikpowszechny.pl/autor/grzegorz-jankowicz
07.07.2013
***
Mamy tu do czynienia z poważnym filozoficznym błędem. Statek Argo to pewna rzecz, którą w Nauce Buddy nazywamy rzeczą determinowaną. Otóż według Buddy nie tylko nazwa statku się nie zmieniła, ale cały czas był to ten sam dobry Argo. Jak to rozumieć, skoro wszystkie elemenyt składowe statku zostały wymienione na nowsze? No cóż, to tylko kwestia poprawnej definicji. Problem jest filozoficzny, chodzi o samo-tożsamość rzeczy.
Według Buddy wymiana wszystkich elementów składowych Argo to coś co się zdarza, lub przynajmniej może się zdarzyć każdej rzeczy determinowanej.
Byśmy potrafił rozpoznać rzecz determinowaną, Budda podaje jej opis: początek się manifestuje, koniec się manifestuje, i zmiana, gdy trwa, się manifestuje.
Zatem Argo do końca, zanim nie uległ rozpadowi, był cały czas tym samym statkiem. W pewnym momencie został wybudowany i zwodowany, to jego początek. I dopóki był używany i pływał, ulegał od czasu do czasu zmianom. Warto zauważyć, że o ile zwykli ludzie często są oddaleni od głębszego zrozumienia rzeczy, w tym wypadku są mądrzejsi niż filozofowie. Żaden marynarz Argo, a pewnie paru pływało na nim od początku do końca, nie wątpił że to ten sam Argo, i nie uważał by trzeba mu było zmienić nazwę na inną.
Weźmy inny przykład, Jana Kowalskiego, który urodził się i po 80 latach umarł. Od początku do końca, od niemowlaka do staruszka, to cały czas był dokładnie ten sam Jan Kowalski, jak słusznie informuje o tym jego nagrobek.
Oczywiście w pewnym sensie niemowlak jest zupełnie inną rzeczą, niż staruszek, ale zdecydowanie mamy tu ciągłość doświadczenia. Możemy powiedzieć, że jako jednostka, Jan Kowalski był niezmienny podczas transformacji - invariant under transformation, czyli jego życie było zgodne z opisem Buddy, urodził się, umarł, a między narodzinami i śmiercią, od czasu do czasu, się w mniejszym lub większym stopniu zmieniał.
Tyle na temat. Oczywiście tyle na temat, jeżeli chodzi o Jana Kowalskiego jako jednostka, w Pali odpowiada temu termin "puggala".
Do tej pory trzymaliśmy się obiektywnego opisu rzeczy, a każda determinowana rzecz, zgodnie z Nauką Buddy jest nietrwała, dlatego też jednostka Jan Kowalski skończyła na cmentarzu.
Jan Kowalski, jako zwykły człowiek, nie obeznany z Nauką Buddy z pewnością miał do rozwiązania bardzo poważny filozoficzny problem. Czy zanim skończył na cmentarzu, udało mu się go rozwiązać? Otóż, tego nie wiemy, bo problem był ściśle subiektywny, i tylko sam Jan Kowalski o tym może/mógł wiedzieć.
A problem jest taki, że najprawdopodobniej gdy się urodził jako znana nam jednostka "Jan Kowalski", nie rozumiał on Czterech Szlachetnych Prawd, z resztą, właśnie dlatego się urodził. Pomijam tu sekha, taka jednostka może się urodzić mimo że rozumie te prawdy, choć tylko przez jakiś czas, konkretnie może się urodzić jeszcze tylko siedem razy.
Dlatego napisałem "najprawdopodobniej". Zakładając że prawdopodobne nie był sekha, jako zwykły człowiek nosił w swym sercu percepcję trwałości. Dlaczego tak jest, że doświadczenie przeciętnego człowieka jest przeniknięte poczuciem trwałości, tego Budda nam nie wyjaśnia, niestety nikt go o to nie zapytał.
Zatem powiedzieć o Janu Kowalskim że był pewną jednostką -puggala - to z pewnością powiedzieć prawdę, tyle że nie całą.
Choć by powiedzieć "całą prawdę" o Janie Kowalskim, możemy trzymać się dalej formuły "invariant under transformation".
Co jest niezmienne w doświadczeniu puthujjany? Dwie rzeczy są u niego absolutnie niezmienne. Te dwie rzeczy to dwa poziomy ignorancji: postawa "jestem", jest zawsze u niego obecna, drugą niezmienną jest sakkayaditthi, czyli pogląd na osobowość. Czym jest ten pogląd? Otóż znów możemy użyć formuły "invariant under transformation". W relacji tych dwóch poziomów niewiedzy, "jestem" jest niezmienne, natomiast transformacji ulega wizerunek własny, self-image.
Jako dziecko, Jan Kowalski miał zupełnie inne zdanie na temat tego kim jest, niż jako staruszek. W tym sensie faktycznie możemy mówić, że był kimś innym. Ale jedną rzecz trzeba tu podkreślić. To zupełnie inny problem, niż problem statku Argo, choćby dlatego, że Argo był nieożywioną rzeczą, nie miał świadomości, ani nie wyobrażał sobie "jestem statkiem". Po prostu był komponentem nietrwałych składników. I tu tkwi właśnie sedno sprawy, bo faktycznie jako jednostka, Jan Kowalski jest nietrwałym komponentem składników doświadczenia, materialnej formy (ciała), uczucia, percepcji, intencji i świadomości.
A problem polega na tym, że jako puthujjana, Jan Kowalski bynajmniej nie uważał się za nietrwały komponenet. Przeciwnie, kiedy mówił "ja", miał na myśli trwałe "ja". Po angielsku self.
Trwałość "ja" -atta- jest brana w przypadku puthjjany za absolutny pewnik, dlatego obecnie, inaczej niż kilkaset lat temu lepiej nie używać tłumaczenia "dusza". Obecnie, żaden ateista nie wierzy w istnienie swojej duszy, co bynajmniej nie zmienia faktu, że tak samo jak hindus wierzący w reinkarnację, czy buddysta puthujjana, wierzy w istnienie swego trwałego "ja".
Jedyna różnica jest taka, że według niego, to trwałe "ja" przemieszcza się od narodzin do śmierci, by wraz z nią ulec unicestwieniu. Natomiast wierzący w reinkarnację, nie ma wątpliwości, że jego "ja" będzie kontynuować swe istnienie w przyszłości.
Zatem główny problem Jana Kowalskiego jest taki, że nie widzi podstawowej egzystencjalnej sprzeczności, gdyż jego trwałe "ja" jest identyfikowane z nietrwalymi elementami doświadczenia. To znacznie trudniejszy problem niż pytanie czy Argo od początku do końca był tym samym statkiem. Choćby dlatego, że Jan Kowalski może ewentualnie zobaczyć, że istnieje taki problem i ewentualnie sam wymyślić rozwiązanie Buddy, albo snuć błędne filozoficzne rozwiązania, jak te powyżej cytowane.
Natomiast zwykły człowiek sam z siebie nie może rozwiązać problemu egzystencjalnej sprzeczności, polegającej na samo identyfikacji z nietrwałymi komponentami doświadczenia, a to dlatego, że po prostu takiego problemu nie dostrzega.
Na poziomie filozofii możemy to zilustrować słynnym pytaniem "być albo nie być?". Czy się wybierze tę czy inną opcję, będzie to w obrębie założenia, że ja istnieję, że jestem osobą egzystujacą w przestrzeni i czasie.
W przestrzeni i czasie z pewnością istnieje zarówno statek Argo, jak I pewna jednostka, Jan Kowalski. To czego Jan Kowalski nie widzi, to to, że na przykład jego kolega z przedszkola, Jacek Orzechowski, w pewnym momencie, dzięki praktyce zgodnie z instrukcjami Buddy, przestał istnieć w przestrzeni i czasie. Jak to przestał istnieć, skoro wczoraj jeszcze go spotkałem na rynku?
I faktycznie, o ile takie spotkanie miało miejsce, to było to spotkanie dwóch jednostek, puggala, z tym że o ile Jan Kowalski dalej kontynuował swe istnienie jako osoba (sakkaya) w przestrzeni i czasie, po Jaceku Orzechowskim, jako osobie, nie pozostało nic. O ile Jacek Orzechowski na zewnątrz, wydawał się mu dalej, całkiem słusznie tą samą jednostką, taką jak i on sam, psychologiczna różnica jest tu olbrzymia, gdyż świadomość Jacka Orzechowskiego, przestała się lokoalizować w przestrzeni i czasie. Lęk, strach, wydają się naturalnymi zjawiskami, gdyż o ile istniejemy w przestrzeni i czasie, może się nam przydarzyć wiele nieprzyjemnych i bolesnych rzeczy. Subiektwne doświadczenie wyzwolonej świadomości mówi jednak, że to przestrzeń i czas istnieją w świadomości, bez żadnej osoby istniejącej w świecie. Całkowita absencja strachu i lęku jest zatem jak najbardziej możliwa.
W skrócie, nasz problem jako zwykłych ludzi polega na tym, że wierzymy iż istniejemy w przestrzeni i czasie. Budda, kierowany współczuciem, koryguje ten błąd, wskazując nam, że to my sami, jesteśmy odpowiedzialni za nasze istnienie, i że w każdej chwili możemy się wycofać z tego założenia, gdyż istniejemy w świecie tylko dlatego, że identfikujemy się, z nietrwalymi rzeczami przestrzeni i czasu.
Tu widzimy, że problem z problemem naszej egzystencji jest taki, że go po prostu nie widzimy, choć co bardziej inteligentni zwykli ludzie widzą, że egzystencja ludzka jest raczej bolesną sprawą.
Dopiero gdy się zrozumie esencję tego cierpienia, poprzez jasne zobaczenie problemu, pojawia się też wiedza o jego rozwiązaniu. Dlatego też Sutty mówią, że kto widzi jedną z Szlachetnych Prawd, widzi też wszystkie inne.
Problem dukkha zatem nie polega na tym, jak sobie pewni buddyści wyobrażają, by znaleźć najlepsze tlumaczenie tego terminu Pali. Prawdopodobnie cierpienie nie oddaje idealnie wszystkich odcieni tego terminu. Nie mniej "cierpienie"jest wystarczająco dobre, a główny problem polega na tym by zobaczyć, że to co cenimy sobie najwięcej, nasze własne "ja" jest esencją cierpienia. Bez ego jednostka dalej może funkcjonować, w dodatku te funkcjonowanie jest całkowicie wolne od wszelkich negatywnych stanów mentalnych. Zatem jeżeli chodzi o tu i teraz, jest to olbrzymia jakościowa różnica.
Nie mniej trzeba pamiętać, że nawet taka różnica nie jest jeszcze esencją cierpienia. Esencję cierpienia widać dopiero gdy użyjemy naszej wiary w Buddę.
Problem nie leży tylko w tym, że Jan Kowalski wiedzie życie o nie najwyższej jakości, narażając się na kontakt z tym czego nie lubi i rozstanie z tym do czego jest przywiązany, by zakończyć je śmiercią.
Problem leży w tym, że świadomość nie jest czymś co się rodzi i umiera, zatem o ile nie rozumiemy Czterech Szlachetnych Prawd, jesteśmy skazani na to ciągłe poszukiwanie trwałego szczęścia w nietrwalych rzeczach przestrzeni i czasu.
Watro też pamiętać, że odrodziny bynajmniej nie ograniczają się do świata ludzi, i prędzej czy później, kierowani ego możemy podjąć się działań, które doprowadzą nas do niższych światów.
Zatem cierpienie w Nauce Buddy ma wiele odcieni, intelektualnie oddaje je aforyzm:
To be damned is to go on as I am, as long as I am damned.
Dlatego wyjść poza cierpienie o własnych siłach jest raczej niemożliwe, potrzebujemy kogoś by jasno wskazał nam na czym polega przekleństwo ignorancji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.