czwartek, 22 października 2026

Czy zaczyna się starcie Zachodu z Kalifatem? Plan lóż?

 

Francja od połowy września doświadcza coraz wyższej fali rozruchów ulicznych, rabunków i starć rabusiów z policją oraz innymi siłami porządkowymi. Doszło do tego, że blisko tysiąc policjantów i stu pięćdziesięciu nauczycieli zostało rannych, a siedmiu policjantów walczy w szpitalu ze śmiercią. Bilans nie jest ostateczny. O stratach materialnych jeszcze nie ma co pisać: rabusie wciąż są na ulicach, rzucają butelki zapalające w policyjne samochody, rozbijają i rabują sklepy, podpalają, co tylko się da. Rozruchy trwają. CNews donosi także, że podobnie, choć na mniejszą skalę, zaczyna się dziać w Brukseli, Madrycie, Barcelonie, Mediolanie…


Policja francuska zatrzymuje uczestników rozruchów i dostarcza ich do sądów, a sądy ponownie wypuszczają ich na wolność. „Nie ma woli politycznej przeciwdziałania” – powiedział mi kiedyś oficer francuskiej policji zapytany, dlaczego funkcjonariusze nie interweniują skuteczniej. „Nie ma woli politycznej”, czyli wydane rozkazy nakazują traktować rabusiów bez brutalności. Wielu policjantów zostało poważnie rannych i przeszło operacje. Władze, nie mogąc sobie poradzić z rozlewającą się falą gwałtu, wprowadzają w licznych miastach godzinę policyjną.

Nostradamus był przyjmowany na królewskich dworach i miał przednie korzenie. „Michel de Nostredame, znany jako Nostradamus, był z pochodzenia Żydem. Urodził się jako jedno z dziewięciorga dzieci handlarza zbożem oraz notariusza Jaumego de Nostradame oraz Reynière de Saint-Rémy. Dziadek Nostradamusa, Guy Gassonet, przeszedł na katolicyzm ok. 1455, przybierając imię Pierre (Piotr) i nazwisko »Nostradame«”.

Oto przyszłość w jego przepowiedniach z XV wieku: „Ma dojść do wielkiego najazdu islamu na Europę. Ma to być starcie dwóch wielkich cywilizacji. Cywilizacji Zachodniej z Kalifatem Wielkiego Talibanu [tak nazywał Nostradamus imperium islamskie]. Do Francji ma napłynąć tylu wyznawców proroka, że kraj ten nie będzie mógł sobie z nimi poradzić. Najpierw ma wybuchnąć wojna domowa we Francji spowodowana przez żyjących w niej muzułmanów, a potem krwawe walki ogarną cały kraj i nastąpi rozpad państwa. Paryż ma spłonąć z rąk swoich muzułmańskich mieszkańców. Od tego momentu mają zacząć się wielkie rewolucyjne zmiany na całym świecie, które Nostradamus określa jako wielki kataklizm” – czytamy na stronie „Wikipedii”.

Do Francji napłynie tylu wyznawców proroka, że kraj ten nie będzie mógł sobie z nimi poradzić…

Czyżby Francja była aż tak bezbronna? Francuskie siły zbrojne liczą łącznie około 271 tys. ludzi (w tym żandarmeria). Do tego około 10 tys. żołnierzy Legii Cudzoziemskiej, prawie 200 tys. funkcjonariuszy policji państwowej i miejskiej oraz różne służby dbające o bezpieczeństwo państwa – uzbierałoby się z pół miliona.

Skąd więc wziął się taki problem, taka bezsilność dużego państwa europejskiego, dysponującego w dodatku bombą atomową?

Francja – oficjalnie jest to kraj laicki, którego władze masońskie wykazują szczególną niechęć do religii katolickiej, będącej religią dominującą przed rewolucją francuską. To religia katolicka przez wieki prowadziła Francję do potęgi intelektualnej, cywilizacyjnej i militarnej.

Rewolucja francuska, sterowana z cienia przez masonerię, zdemolowała Francję nie tylko politycznie, ale także gospodarczo i demograficznie. Największe straty poniósł Kościół katolicki. Dziś szacuje się, że rzeź Wandei, pierwsze ludobójstwo w nowożytnej Europie, pochłonęła do 600 tysięcy ofiar, choć zgodną opinią większości badaczy jest liczba 300 tysięcy. Nowe pokolenie porewolucyjne św. Proboszcz z Ars porównał, mówiąc o swoich parafianach, do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której kontynuatorem było Pierwsze Cesarstwo), ucieleśniało zerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską.

Masoneria od wieków dąży do likwidacji Kościoła katolickiego i katolicyzmu, a we Francji, wyjątkowo liczna, ma wielkie wpływy od czasów rewolucji. „Masoneria wywiera znaczący wpływ na świat polityki, choć często w sposób pośredni. To w jej lożach odbywają się pre-debaty dotyczące kierunku prac legislacyjnych i stanowienia ustaw, w oparciu o promowane przez nią pseudowartości. Wypływają one z interpretacji hasła »wolność, równość, braterstwo«. Tajny charakter lóż i ich wpływ na decyzje polityczne i gospodarcze rodzi jednak wprost pytania o rzeczywisty stan demokracji we Francji i jej transparentność, a także daje pożywkę tzw. »teoriom spiskowym«”.[1]

Przy najliczniejszej obediencji, Wielkim Wschodzie Francji, afiliowanych jest 1340 lóż masońskich. Pracowano w nich nad dokumentem dotyczącym urządzania świata po pandemii COVID-19. Dokument nosił tytuł „Po” (Après) i został przekazany m.in. prezydentowi Francji. W dziedzinie zdrowia podniesiono kwestię „jednolitego systemu zdrowia publicznego w całej Unii Europejskiej”, a urządzanie świata po pandemii dotyczyło w tym dokumencie całej Europy, a nawet świata.

Pisano w „Après” o zasadach „nowego handlu światowego”, o „zazielenianiu budynków”, globalnym modelu gospodarczym z „podatkami redystrybucyjnymi”, „nowym humanizmie ekologicznym”, walce o klimat, transformacji energetycznej, a także o ochronie planety przez ekologicznie odpowiedzialny model konsumpcji. Nie zapomniano o telepracy, „przeprojektowaniu relacji międzyludzkich”, „wykluczeniu anonimowości w sieciach społecznościowych”, a także o tworzeniu „inteligentnego, zdematerializowanego obywatela – giganta” przez „tworzenie globalnej zdematerializowanej platformy i jej lokalnych oddziałów (kraje, regiony, departamenty, gminy)” itp.

Z powyższego widać, że „Zielony Ład” znajduje się w kręgu zainteresowań masonerii, a być może nawet tam właśnie został opracowany jako „zazielenienie budynków”.

Liczebność masonerii we Francji ocenia się na 140–180 tys. osób. Nadal odgrywa ona ważną rolę, szczególnie że liczba członków partii politycznych gwałtownie spadła. Masoneria ma wpływ np. na wybory jako środowisko opiniotwórcze, silnie obecne w mediach. Od lat kandydaci na prezydenta są też zapraszani na „wysłuchanie” w lożach.

Merowie francuskich miast, pomimo że Francja to „kraj laicki”, od lat składają życzenia muzułmanom z okazji Ramadanu czy Aïd el-Kebir, utrudniając równocześnie zewnętrzne przejawy świętowania przez katolików.

Hołubiona przez dziesięciolecia imigracja ze strefy islamu wyhodowała już kolejne pokolenie, liczne i dobrze zasilane „socjalem” coraz bardziej biedniejących Francuzów, które zamiast zintegrować się z zastaną na miejscu cywilizacją, zaczyna na dobre tę cywilizację niszczyć, by zaprowadzić „Dar al-Islam” – Dom Islamu. Krótkowzroczne lewactwo rodzime na razie korzysta z rozruchów, płynąc na fali destrukcji i gwałtu – i być może nie zdaje sobie sprawy, że samo też zostanie z czasem ofiarą, jak niegdyś Danton czy Robespierre.

Warto chyba znowu przypomnieć fragment korespondencji między masonami najwyższych stopni: Albertem Pike’em (33. stopień), Suwerennym Wielkim Komandorem Południowej Jurysdykcji dla USA,[2] i Giuseppe Mazzinim (32. stopień), Wielkim Mistrzem Wielkiego Wschodu Włoch:

„Trzecia wojna światowa ma również zostać sprowokowana przez agenturę iluminatów; ma do niej dojść na tle zatargów między syjonizmem politycznym a przywódcami islamu. Konflikt ma być ukierunkowany tak, by islam (świat arabski i świat muzułmański) oraz syjonizm polityczny (w tym państwo Izrael) zniszczyły się nawzajem. W tych okolicznościach pozostałe narody – znów podzielone i zwaśnione – będą zmuszone ze sobą walczyć, aż do zupełnego wyczerpania fizycznego, psychicznego, duchowego. Dnia 15 sierpnia 1871 roku Pike oznajmia Mazziniemu, że pod koniec trzeciej wojny światowej ci, którzy aspirują do rządzenia światem, wywołają największy kataklizm społeczny wszech czasów: »Podjudzimy nihilistów i ateistów i wywołamy niesłychany kataklizm społeczny, który dobitnie ukaże wszystkim narodom potworne skutki absolutnego ateizmu, źródła barbarzyństwa i rozlewu krwi. Wówczas we wszystkich częściach świata obywatele, zmuszeni bronić się przed światową mniejszością rewolucjonistów niszczących podstawy cywilizacji oraz liczną rzeszą zrażoną do chrześcijaństwa, którego wyznawcy będą rozpaczliwie szukać jakiegoś ideału, nie wiedząc, co powinni otoczyć kultem, otrzymają prawdziwe światło dzięki powszechnemu objawieniu się czystej doktryny Lucyfera, która wreszcie stanie się jawna i ogólnie znana, a to pociągnie za sobą unicestwienie zarówno chrześcijaństwa, jak i ateizmu, które zostaną równocześnie ujarzmione i rozgromione!«”.[2] [5]

W Polsce o masonerii prawie nic nie słychać. Chyba jej nie ma. Co prawda do dziennikarza i literata Leszka Misiaka jakiś czas temu dotarł e-mail zawiadamiający P.T. Szanownych Członków Loży o mającym się odbyć spotkaniu.[6]

Zacytuję tę listę za L. Misiakiem. Nazwisk w niej nie ma, ale i tak można z niej wyciągnąć sporo wniosków i radować się, że o Polsce jednak nie zapomniano. Zawiadamiano więc:

„- b. premiera RP,

– b. szefa Agencji Wywiadu,

– byłego doradcę prezydenta Lecha Kaczyńskiego – znanego uniwersyteckiego profesora nauki,

– pracownika BBN prezydenta Komorowskiego, znanego polskiego urzędnika w Unii Europejskiej,

– znanego i popularnego polskiego dziennikarza „Wiadomości” i prezentera TVP,

– znanego dziennikarza i prezentera telewizyjnego czołowej prywatnej stacji telewizyjnej, o którym mówi się, że jego protoplastą był znany oprawca stalinowski,

– posła do Parlamentu Europejskiego z listy PO, byłego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”,

– byłego wysoko postawionego urzędnika MSZ w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, obecnego ambasadora RP w mocarstwie światowym,

– polskiego dyplomatę – dyrektora stowarzyszenia energetycznego na kontynencie amerykańskim,

– profesora – specjalistę od rozwoju wsi,

– polskiego dziennikarza telewizyjnego, dziś w prywatnej stacji, który po 1981 r. kilka lat przebywał w USA,

– znanego profesora – specjalistę od prawa, podatków i ekonomii,

– szefową jednego z departamentów w Kancelarii Premiera Donalda Tuska,

– specjalistkę od bezpieczeństwa narodowego,

– znanego polskiego i amerykańskiego profesora historii,

– profesora prawa z Uniwersytetu Warszawskiego,

– znanego dyplomatę – jednego z bohaterów wydarzeń 1968 r.,

– marszałka jednego z województw,

– wiceprezesa znanego radia,

– profesora ekonomii z Uniwersytetu Warszawskiego, prezesa znanego banku,

– prezesa znanego amerykańskiego funduszu zajmującego się inwestycjami kapitałowymi, znanego duchownego judaistycznego, członka Amerykańskiej Izby Handlowej,

– byłego dziennikarza i publicystę z istotnym epizodem dyplomatycznym, lewicowego politologa i amerykanistę, jednego z dyrektorów departamentu MSZ,

– byłego szefa doradców ekonomicznych jednego z prezydentów RP, profesora filologii z Uniwersytetu Warszawskiego, jednego z założycieli kluczowej partii w Polsce, wykładowcę z Instytutu Socjologii UKSW,

– jednego ze społecznych doradców prezydenta Bronisława Komorowskiego,

– specjalistę m.in. od dialogu międzyreligijnego – byłego jezuitę,

– byłego dziennikarza – jednego z ambasadorów RP,

– polskiego ambasadora tytularnego,

– publicystę i socjologa z Uniwersytetu Warszawskiego,

– twórcę sukcesu jednego z amerykańskich koncernów w Polsce,

– dziennikarza – byłego wiceprezesa SDP,

– byłego wieloletniego rektora jednej z prywatnych akademii,

– byłego wiceministra spraw zagranicznych,

– znanego scenarzystę i krytyka filmowego,

– dyrektora jednego z departamentów MSZ,

– znanego socjologa PAN,

– jednego z ambasadorów RP,

– znanego filozofa i etyka,

– znanego prawnika – kolegę z młodych lat braci Kaczyńskich,

– jednego z ambasadorów RP w państwie śródziemnomorskim,

– jednego z b. dyrektorów TVP za prezesury Bronisława Wildsteina i b. pracownika w rządzie PO,

– jednego z członków Stowarzyszenia Euro-Atlantyckiego”.

Być może, jak powiada Stanisław Michalkiewicz, nieobecność jest wyższą formą obecności.

Polska, podobnie jak niegdyś Francja, jest jeszcze krajem o zdecydowanej większości ludności rdzennej i wyznającej katolicyzm. Z tego powodu znajduje się „na linii ognia” różnych sił i środków oddziałujących z różnych stron: imigranci afrykańscy i azjatyccy mają siać zamęt i wspierać w wyborach lewactwo; niekontrolowani, przybyli w największej fali imigranci ukraińscy, wśród których promuje się ideologię banderowską pod patronatem ukorzenionego „przyjaciela Zełenskiego”, mogą w stosownym momencie wbić Polsce nóż w plecy; imigranci południowoamerykańscy są wyspecjalizowani w handlu narkotykami i gwałtach. Równocześnie V kolumna prowadzi destrukcję podstawowych instytucji zapewniających do tej pory jaki taki porządek prawny, a partie, zamiast zajmować się działaniami zapewniającymi wzrost siły i dobrobytu w Polsce, wprowadzają obłędne masońskie ideologie mające Polskę unicestwić.

Wprowadzane na rozkaz „Brukseli” dyrektywy mają za zadanie rozłożyć Polskę, tak jak rozłożone zostały inne kraje europejskie, borykające się z nieznanymi do tej pory problemami. Politycy „pełniący obowiązki Polaków”, zamiast współdziałać z Kościołem i wszelkimi siłami próbującymi uchronić Polskę przed katastrofą oraz dbać o jej rozwój, usiłują zniszczyć Kościół, zdemolować przyrost naturalny i doprowadzić – może nawet przez wciągnięcie nas do wojny – do tego, żeby naród polski „osiągnął” przewidzianą przez Klub Rzymski liczebność 15 milionów.

Albo uda się nam uchronić naszą Ojczyznę przed losem, w który usiłują nas wepchnąć politycy, albo nie pozostaną po nas nawet nagrobki z krzyżem. Trzeba budzić się z letargu.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
Źródło: WolneMedia.net

Przypisy
[1] https://pch24.pl/wiadomosci/islam-polityczny-eutanazja-francuska-masoneria-i-nowe-obszary-zainteresowan,684959


[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Albert_Pike


[4] https://wolnemedia.net/trzecia-wojna-swiatowa-a-gdzie-polska/


[5] https://facet.onet.pl/strefa-tajemnic/masonska-przepowiednia-o-trzech-wojnach-swiatowych/z17djwq


[6] Prawicowe dzieci czyli blef IV RP, ISBN 978-83-936976-0-1, str 242-243.

Czy zaczyna się starcie Zachodu z Kalifatem?
20.10.2026 wolnemedia./czy-zaczyna-sie-starcie-zachodu-z-kalifatem

wtorek, 20 października 2026

Zapnijcie pasy!…

 

Fotografie płomieni ogarniających ratusz w Limoges we Francji, wraz z tymi pokazującymi zawalenie się jego wieży zegarowej, obiegają świat. Takie zdarzenia wymagają jednoznacznego potępienia, podobnie jak akty grabieży, które towarzyszyły protestom w wielu regionach Francji.

Gdybyśmy jednak ograniczyli się do jedynie do tego poziomu rozważań, ograniczylibyśmy się jedynie do klasycznego przejawu małomieszczańskiego konserwatyzmu, który jest uzasadniony, ale jednocześnie dramatycznie krótkowzroczny. Wygłaszanie kazań na temat spalonych samochodów i rozbitych witryn, bez głębszej refleksji, świadczy jedynie o tym, że nie rozumie się jeszcze powagi sytuacji, w której się znajdujemy.

To, czego jesteśmy świadkami we Francji, a obecnie – choć w różnych formach – w wielu krajach europejskich (Hiszpanii, Portugalii, Albanii, Belgii, a od wczoraj także we Włoszech), nie jest bynajmniej zjawiskiem irracjonalnym.

Istnieją bowiem wydarzenia historyczne, które wydają się być irracjonalne jedynie z perspektywy lokalnej, ale nabierają oczywistej racjonalności, gdy spojrzy się na nie z wystarczającej “wysokości”.

„Racjonalne” nie oznacza „bezbolesne” ani „wolne od niesprawiedliwości”.

Trzeba nauczyć się patrzeć na dwie płaszczyzny analizy jednocześnie: tę, na której można oceniać konkretne czyny i konkretne osoby jako barbarzyńskie, niecywilizowane, wandalistyczne, oraz tę, na której można (i należy) zrozumieć, że historia jest zawsze rzeką, po której płyną szczątki i zwłoki, ale której nie zatrzymają żadne kazania.

To, co się dzieje posiada żelazną zbiorową logikę, nawet jeśli osoby w tym uczestniczące często mają jej ograniczone zrozumienie, lub wręcz żadnego.

Od wielu już lat, doświadczenia społeczeństw europejskich związane z ich klasami rządzącymi sprowadzają się do postrzegania ich jako anonimowego organizmu technokratycznego, ruchomej „gumowej ściany”, która funkcjonuje na „autopilocie” – całkowicie obojętnej na potrzeby ludności. Ten technokratyczny elitarny krąg powiązany ze światem finansów postawił sobie za cel uśpienie sumień za pomocą współczesnego opium dla ludu, jakim są media (rozrywka i info-tainment), oraz ujarzmienie opornych poprzez działania restrykcyjne (tutaj uderzenie pałką, tam zamknięcie dostępu do kont, tu uchwalenie jakiejś mało znaczącej ustawy wyborczej, tam unieważnienie wyborów itp.).

Ogólnym, niejawnym i niekwestionowanym założeniem europejskich elit jest to, że z pospólstwem nie dyskutuje się, a jedyne, co należy robić, to stosować na przemian kij i marchewkę.

Wszystko, co mówi się publicznie, jest zawsze kłamstwem wykorzystywanym do własnych celów, z wyjątkiem sporadycznych przypadków, w których również prawda jest traktowana instrumentalnie. Dyskurs publiczny stał się niekończącą się inscenizacją, która coraz mniej dba o zachowanie pozorów wiarygodności.

I tak, choć, nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy w to, że Rosja zamierza nas zaatakować, nie powstrzymuje to jednak rzeszy instytucjonalnych szczekaczy przed codziennym powtarzaniem tych bzdur z całkowicie poważną miną. I oczywiście cały świat wie, że w tej grze bajek pompowanych przez tabloidowe gazety jedyną istotną kwestią, stałym punktem odniesienia niezależnym od zmieniających się okoliczności, jest chęć arbitralnego zarządzania środkami publicznymi, tak aby używać ich do realizacji interesów prywatnych.

Zasadniczo, elity rządzące od dawna przyzwyczaiły się do postrzegania społeczeństwa jako głupiego bydlęcia, dla którego racjonalne argumenty są bez znaczenia i które należy traktować z jednej strony używając selektywnych pochlebstw i ukierunkowanych uprawnień, a z drugiej – redukując je do stanu bezsilności.

Mechanizm ten potrafi funkcjonować i funkcjonuje przez długi czas. Aż do momentu, gdy już nie działa.

Ów system przestaje funkcjonować w dniu, w którym zbyt wiele osób traci zbyt wiele, by móc pozwolić sobie na pozostawanie w stanie letargu.

„Tracenia zbyt wiele” nie należy tu rozumieć jako coś w rodzaju „śmierci z głodu”. W nowoczesnym społeczeństwie, ludzie popadają w stan nieznośnego niedostatku na długo przed tym, zanim zaczynają „umierać z głodu”.

Dzisiaj, dla przykładu, brak możliwości korzystania z samochodu lub dostępu do internetu dla większości społeczeństwa oznacza odcięcie od świata, od pracy, od życia społecznego – po prostu od życia. A fakt, że samochody i telefony komórkowe były kiedyś dobrami luksusowymi, nie ma żadnego znaczenia: obecnie, właśnie to stanowi nowy poziom „uczestnictwa w życiu społecznym” – czyli to, co odróżnia życie od nie-życia.

Plebs – hodowany jak zwierzęta juczne – któremu od czasu do czasu daje się „panem et circenses”, gówniane robótki i telewizyjne ściemy – w dniu, w którym owa sztuczka przestanie działać, nie będzie wrażliwy na kwestie dobra publicznego, poszanowania własności, szacunku dla zabytków itp.

Podpaleń samochodów, zabytkowych budynków i sklepów dopuszczają się osoby pozbawione wartości kulturowych i etycznych. Jednak prawdziwymi winowajcami – tj. tymi, którzy powinni ponieść odpowiedzialność, są elity społeczne, które tej deprawacji chciały i które ją kultywowały, sądząc, że przyniesie im to korzyści.

Dzisiaj sytuacja jest na skraju wybuchu. Nawet jeśli obecna fala opadnie, jest to dopiero początek, ponieważ europejskie elity nie są w stanie – ani pod względem materialnym, ani kulturowym – skorygować kursu. Zapnijcie więc pasy, bo czeka nas katastrofa.

INFO: ariannaeditrice.it/articoli/allacciate-le-cinture

https://babylonianempire.wordpress.com/2023/07/03/do-systemu-operacyjnego-panstw-europy-ladowana-jest-anarcho-tyrania

Zorganizowany chaos stojący za francuskimi niepokojami

 

Ogólnonarodowe demonstracje we Francji przeciwko inflacji i niegospodarności rządu przerodziły się w najgorsze zamieszki od lat. Były one ściśle zorganizowane: jak mogło do tego dojść i kto za tym stoi ?

========================================================

TKP opublikowało w niedzielę swoją wstępną analizę zamieszek we Francji . Skala zniszczeń staje się coraz bardziej oczywista, a nowe raporty malują obraz niewydolności państwa (stopień, w jakim zamieszki mają podłoże polityczne, jest również kwestią otwartą). Oprócz pożarów (w tym ratusza w Limoges), splądrowano i/lub zniszczono około 1500 sklepów.

Skala grabieży jest ogromna. Dla porównania, w szczytowym momencie protestów Żółtych Kamizelek, ucierpiało maksymalnie 300 sklepów. Czy wynikało to również z faktu, że zmobilizowano wtedy znacznie więcej policji niż w tę sobotę?

Prognoza przewidywała 200 000 demonstrantów – rzeczywista liczba była znacznie wyższa, wyjaśniło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Rozmieszczono około 60 000 funkcjonariuszy policji; w starciu z Żółtymi Kamizelkami liczba ta sięgała niekiedy prawie 100 000. Eskalacja nie była zatem przypadkowa. Co więcej, naoczni świadkowie donoszą, że tłum działa teraz w znacznie bardziej skoordynowany sposób niż podczas poprzednich zamieszek.

Pewien paryski sklepikarz opisał dwie odrębne grupy : Najpierw zorganizowani aktorzy z narzędziami rozbijają witryny sklepowe. Następnie pojawia się druga grupa, głównie młodzi ludzie, głównie z ubogich przedmieść, którzy rabują. Wszystko to jest zorganizowane.

Reporterzy twierdzą, że barykady były celowo podpalane z dala od autoryzowanych tras protestów, aby związać strażaków i policję. Jednocześnie miały miejsce systematyczne grabieże. Ten schemat – według reporterów znających francuską ulicę i kulturę protestów – różni się od bardziej spontanicznych zamieszek z wcześniejszych wydarzeń.

Właściciel sklepu mówi do francuskiego dziennikarza: „Widzieliśmy bardzo zorganizowanych ludzi, którzy przyszli rozbić witryny sklepowe. A za nimi, chwilę później, przyszli młodzi ludzie, żeby rabować. Proszę uważać, proszę pani: to nie ci sami ludzie. To nie ci sami ludzie”.

Drugą grupę opisuje jako pochodzącą z przedmieść. Ale kim jest ta pierwsza grupa?

Urzędnicy państwowi obwinili grupy Antifa i „casseurs” (zawodowych uczestników zamieszek), którzy byli wykorzystywani przez oportunistów. Istnieją zarzuty, że grupy Antifa rozbijały witryny sklepowe i drzwi, aby utorować drogę plądrującemu tłumowi. Innym zarzutem jest to, że kilka tysięcy członków Antifa przybyło do Francji z Niemiec i innych krajów – i mogło wjechać bez przeszkód. Nie można jednak tego niezależnie zweryfikować.

Macron mówił o „błędach w planowaniu i gromadzeniu informacji wywiadowczych”, ale odrzucił rezygnację ministra spraw wewnętrznych. Opozycja oczywiście domaga się rezygnacji Macrona. Jest jednak mało prawdopodobne, aby Macron ją rozważał. Macron obiecuje przejrzystość, ale mało kto mu wierzy.

Staje się coraz bardziej oczywiste, że grabieże były wysoce zorganizowane. To znacząca różnica w porównaniu z ostatnimi masowymi zamieszkami na przedmieściach w 2023 roku czy „świętami zwycięstwa” PSG, a także jeden z powodów, dla których zamieszki przyćmiewają masowe demonstracje przeciwko inflacji.

19 października 2026 r. przez Thomasa Oysmüllera tkp/das-organisierte-chaos-hinter-den-franzoesischen-unruhen
Czy zamieszki we Francji są celowe?

https://dakowski.pl/zorganizowany-chaos-stojacy-za-francuskimi-niepokojami/



Czy UE zmierza ku katastrofie?

Zdjęcia płomieni ogarniających ratusz w Limoges i zawalonej dzwonnicy obiegły cały świat. Potępienie takich czynów i towarzyszących im grabieży jest oczywiste.
Jednak ci, którzy ograniczają się do kazań o płonących samochodach i rozbitych witrynach sklepowych, nie idąc dalej, oddają się jedynie zwykłej drobnomieszczańskiej konserwatywnej krótkowzroczności – tak jak  Reuters zrobił to w przypadku pożaru ratusza w Limoges .

To, co dzieje się we Francji – a w innych formach już dawno temu w Hiszpanii, Portugalii, Albanii, Belgii, a od weekendu także we Włoszech – jest wszystkim, tylko nie wydarzeniem irracjonalnym. Są wydarzenia historyczne, które wydają się irracjonalne z lokalnej perspektywy, ale posiadają wyraźną racjonalność z szerszej perspektywy. Racjonalne nie oznacza bezbolesne i niewolne od niesprawiedliwości, jak napisał Andrea Zhok w artykule pierwotnie opublikowanym po włosku na jego kanale Telegram .

PRZECHWYTUJ DWA POZIOMY JEDNOCZEŚNIE
Trzeba wyćwiczyć oko, by postrzegało dwa poziomy jednocześnie – mówi Zhok: poziom, na którym konkretne czyny i podmioty będą oceniane jako barbarzyńskie, nieokrzesane lub wandalskie; oraz poziom, na którym trzeba zrozumieć, że historia jest rzeką, w której pływają gruzy i zwłoki, a której nie da się zatrzymać kazaniami. To, co się dzieje, podlega sztywnej, kolektywnej logice, nawet jeśli wielu uczestników rozumie ją tylko częściowo lub wcale. Doświadczenie, jakie europejskie społeczeństwa od lat mają ze swoimi klasami rządzącymi, to doświadczenie anonimowego aparatu technokratycznego – elastycznej, gumowej ściany, poruszającej się na autopilocie i obojętnej na potrzeby ludności.

TECHNOKRATYCZNY AUTOPILOT
Hazard tych powiązanych z rynkami finansowymi elit polegał na uśpieniu sumień za pomocą współczesnego opium dla ludu – rozrywki i infotainmentu – oraz oswojeniu buntowników za pomocą środków ograniczających (tu pałeczka, tam zamrożenie kont, tu ordynacja wyborcza, tam unieważnienie wyborów).

Niewypowiedzianym założeniem europejskich przywódców jest: nie rozmawia się z masami. Po prostu używa się kija i marchewki. Wszystko, co mówi się publicznie, jest zmyślonym kłamstwem – z wyjątkiem tych rzadkich przypadków, gdy samą prawdę można zinstrumentalizować. Dyskurs publiczny przerodził się w niekończący się spektakl, w którym coraz mniej liczy się wiarygodność.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy, że Rosja stoi u progu inwazji. Nie powstrzymuje to hord instytucjonalnych gadułów przed codziennym powtarzaniem tych bajek z kamienną twarzą. I cały świat wie: stałym elementem tej gry rozdmuchanych legend gazetowych jest arbitralne zarządzanie publicznymi zasobami w imię prywatnych interesów.

BESTIA STAJE SIĘ NIESPOKOJNA.
Przez długi czas klasy rządzące były przyzwyczajone do traktowania ludności jak bezmyślnego jucznego zwierzęcia: wybiórcze pochlebstwa i celowe przywileje tu, systematyczne pozbawienie władzy tam. Ten mechanizm działa długo. Aż w końcu przestaje działać.

Przestaje działać w dniu, w którym zbyt wiele osób traci zbyt wiele, by pozostać w stanie odrętwienia. We współczesnym społeczeństwie „strata zbyt wiele” nie oznacza tylko głodu. Nawet utrata możliwości korzystania z samochodu czy internetu oznacza dla większości wykluczenie z pracy, interakcji społecznych i samego życia. To, co kiedyś było luksusem, teraz jest progiem uczestnictwa.

Motłoch, trzymany niczym zwierzęta juczne i od czasu do czasu karmiony chlebem i igrzyskami, marną pracą i rozrywką telewizyjną, nie będzie już dłużej skłonny do zwracania uwagi na przyzwoitość publiczną, ochronę własności i szacunek dla pomników w dniu, w którym ta gra się zakończy.

Ci, którzy podpalają samochody, zabytkowe budynki i sklepy, są zubożeni kulturowo i moralnie. Prawdziwymi winowajcami, którzy powinni ponieść odpowiedzialność, są jednak ci na szczycie hierarchii społecznej, którzy świadomie kultywowali i dążyli do tego zubożenia, ponieważ wydawało im się to użyteczne.

Dziś ten szybkowar jest bliski pęknięcia. Nawet jeśli ta fala opadnie, to dopiero początek. Bo przywódcy Europy nie są ani materialnie, ani kulturowo zdolni do korekty kursu.

19 października 2026 r. przez dr. Petera F. Mayera tkp-at/bewegt-sich-die-eu-richtung-crash

https://dakowski.pl/czy-ue-zmierza-ku-katastrofie/

Grabieże hedonistów


Z konsternacją obserwuję video przedstawiające tzw. maranza, którzy niemal bez przeszkód oddają się grabieżom i zniszczeniom w centrum Mediolanu – moim mieście. Ogarnia mnie fala wstrętu.

…….

Włoski termin „maranza” (polska wymowa: “maranca”) oznacza młodych ludzi należących do grup ulicznych, których można rozpoznać po zuchwałym zachowaniu, wulgarnym języku oraz sportowym i krzykliwym ubiorze (takim jak dresy z acetatu, saszetki i rzucające się w oczy buty sportowe).

Lata ’80-’90: Słowo to powstało w Mediolanie jako lokalny synonim słów „burak” lub „cham” i początkowo odnosiło się do młodzieży z prowincji, która hałaśliwie bawiła się w dyskotekach.

Dzisiaj: Wraz z gwałtownym rozwojem sieci społecznościowych (zwłaszcza TikTok’a) oraz muzyki trap/drill termin ten stał się powszechnie używany w całych Włoszech. Obecnie określa on konkretne zjawisko społeczne związane z pseudo-kulturą przedmieść, często kojarzone z grupami nastolatków lub dynamiką gangów młodzieżowych, szczególnie tych gromadzących drugie pokolenie imigrantów północno-afrykańskich.

…….

Przypomina to nieco szturm na piekarnię z powieści Manzoni’ego. Ale maranza nie chcą chleba – ten już mają. Chcą ciastek. To znaczy chcą markowych ubrań i butów. I chcą je za darmo, plądrując sklepy.

Są zepsutymi do szpiku kości materialistami. Podobnie jak Włosi. Tylko że oni za to nie płacą. Niszczą i rabują, ciesząc się niemal całkowitą bezkarnością.

Państwo liberalne – zarówno włoskie, jak i angielskie czy francuskie – jest całkowicie niezdolne do stawienia czoła temu zjawisku z niezbędną stanowczością. Państwo liberalne ponosi porażkę, poniosło porażkę, nie mniej niż totalitaryzmy. Z powodów przeciwstawnych, ale równie poważnych.

Jest oczywiste, że „maranza” są zaślepieni urazą, zgorzknieniem i nienawiścią: wobec Mediolanu, wobec Włoch, wobec Europy. A przecież ich rodzice zostali przyjęci w tym kraju, często mimo że nie mieli prawa do wjazdu. Nasi politycy mówili już od początku lat dziewięćdziesiątych – dobrze to pamiętam – że oni są „bogactwem”. O rany, co za bogactwo. Dobrze to widać.

Maranza chcą dobrobytu – prawdziwego, wielkiego bożka zamerykanizowanego Zachodu, którym rządzi pieniądz. Ale chcą go za darmo. Wychodzą ze swoich gett, by plądrować symbole owego dobrobytu.

Ich wzorami nie są imamowie – jak twierdzą niektórzy idioci – ale raperzy i trapperzy należący do amerykańskiego systemu orgastyczno-komercyjnego, który każdego dnia rozprzestrzenia swoją truciznę za pośrednictwem iPhone’ów, a nie minaretów.

Tego samego systemu kapitalistycznego, który – nawiasem mówiąc – wpuścił do Włoch ich ojców, między innymi po to, by mieć rezerwową siłę roboczą po niskich kosztach, ze szkodą dla naszych robotników. A wszystko to przy radosnej zgodzie związków zawodowych i konfederacji włoskich przemysłowców (Confindustria).

Maranza nie są muzułmanami, chyba że w sensie socjologicznym, ale są nihilistami i konsumpcjonistami. Tak jak my. Ale cieszą się haniebną bezkarnością, którą sami im przyznaliśmy w imię tej samej abstrakcyjnej ideologii praw człowieka, dla której pozwoliliśmy ich ojcom na masowy wjazd do kraju. Co więcej, przy nieustannym i uporczywym błogosławieństwie modernistycznego duchowieństwa katolickiego, które od sześćdziesięciu lat pozostaje na przywódczych stanowiskach w Kościele.

Dobrobyt materialny i prawa człowieka. Czyli „społeczeństwo otwarte” – społeczeństwo bez więzi, bez autorytetów, bez porządku, w którym nic nie ma pierwszeństwa przed jednostką, a jedyną najwyższą władzą jest ta bezosobowa, jaką jest pieniądz, wychwalana przez liberałów takich jak Popper i Dahrendorf, a dziś przez George’a Sorosa.

Centrum Mediolanu – gospodarczej i moralnej stolicy tego kraju, zostało przez trzy kolejne popołudnia oddane w ręce band maranza, które bezkarnie niszczyły i plądrowały. Gdybyśmy żyli w rzeczywistości niebędącej dystopią, minister spraw wewnętrznych Włoch powinien podać się do dymisji z powodu oczywistej niekompetencji. Podobnie jak okropny burmistrz w stylu „radical chic” miasta Mediolanu. Niestety, żyjemy w zaawansowanej liberalnej pluto-demokracji, czyli w dystopii. Więc pozostają na swoich stanowiskach.

Większość aresztowanych nieletnich została już zwolniona, bardzo niewielu pełnoletnich pozostanie w więzieniu, a jeszcze mniej zostanie skazanych przez nasze fatalne sądownictwo. Ale czyż nie jesteśmy Europą praw? – Liberté, égalité, fraternité – jak nauczają masoni i papieże posoborowi.

Zdetronizowaliśmy Pana Boga, by na Jego miejsce intronizować dobrobyt gospodarczy i prawa abstrakcyjnych jednostek.

Właśnie one nas zabijają.

INFO: ariannaeditrice.it/articoli/barbarie-edonista

https://babylonianempire.wordpress.com/author/babylonianempire/

poniedziałek, 19 października 2026

Chrystofobia 500 lat nienawiści do Jezusa i Kościoła - recenzja

 Grzegorz Kucharczyk 

wstęp Paweł Lisicki ; posł. Paweł Bortkiewicz

Warszawa : „Fronda”, 2020

463 s. : il. ; 24 cm

Walka z chrześcijaństwem trwa od początku jego istnienia. Nieprzypadkowo katolicyzm był i w dalszym ciągu powinien być nazywany religią męczenników. 

Wiele środowisk wrogich Kościołowi katolickiemu do dnia dzisiejszego silnie propaguje wiele mitów na jego temat, mających pokazywać, że jest to wyznanie ludzi zacofanych, reakcyjnych, prymitywnych, niepostępowych. Wszystkie wymienione epitety mają służyć przekonaniu wytworzonemu już w epoce oświecenia, że wiara i rozum nie mogą iść ze sobą w parze, ba! – że Kościół jest wrogiem wszelkiego rozumowego poznania. O metodach tej walki pisze w swojej książce Grzegorz Kucharczyk. W publikacji zatytułowanej Chrystofobia przybliża zarówno brutalne represje, jak i wyrafinowane działania, takie jak choćby infiltracja od wewnątrz.

Poznański historyk przedstawił źródła, charakter oraz przebieg antykatolickich prześladowań ostatniego pięćsetlecia na całym świecie. Zwrócił uwagę, że rewolucjoniści wszelkich odcieni uważali Kościół katolicki za swojego głównego wroga, a nienawiść do niego potrafiła łączyć: liberałów, totalitarne reżimy dwudziestowieczne, takie jak komunizm i nazizm, oraz muzułmanów (zarówno w przeszłości, jak i obecnie). We wstępnych rozważaniach Kucharczyk trafnie zaznaczył, że pierwotnym powodem zwalczania chrześcijaństwa było odrzucenia Jezusa jako prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka, z czego wynikała następnie również nienawiść do instytucji, do założonego przez Chrystusa Kościoła. Kolejnym etapem było odrzucenie przez wrogów religii katolickiej całej cywilizacji zachodniej jako ugruntowanej na christanitas zarówno w kwestii wyznawanych wartości, jak i rozwiązań w sferze społeczno-politycznej czy kulturalnej. 

Kucharczyk wiele miejsca poświęcił rewolucji francuskiej oraz antykatolickiej obsesji jej liderów. Słusznie zauważył, że Kościół był główną przeszkodą dla krzewicieli postępu zmierzających do stworzenia „nowego człowieka”, który miał wyznawać wiarę w religię rozumu, a jej kapłanami mieli być rewolucjoniści. Chciano stworzyć nowe miejsca kultu, zmiany miały dosięgnąć każdej sfery życia Francuzów (m.in. w roku 1793 wprowadzono nowy kalendarz). Autor szczegółowo opisał także represje wymierzone w duchowieństwo, ale też w każdego, kto sprzeciwiał się planom rewolucjonistów. Szczególnie warto się zapoznać z omówieniem ludobójstwa w Wandei, by się przekonać, że to właśnie wtedy po raz pierwszy na tak ogromną skalę zorganizowano masowe mordy zmierzające do wyniszczenia całej grupy społecznej (wyznawców katolicyzmu). 

Kucharczyk opisał mniej znane oblicze dziewiętnastowiecznego kulturkampfu. Słusznie wskazał, że był to „fenomen” nie tylko Francji i Niemiec, ale niemal całej Europy Zachodniej, od Prus po Piemont, III Republikę Francuską, aż do Portugali. Wszędzie celem było usunięcie Kościoła z przestrzeni publicznej, stąd też organizowano akcje dekrucyfikacyjne, zmierzające do wyrugowania krzyży z urzędów, sądów, szkół i szpitali. Za każdym razem organizacja laicyzacyjnych kulturkampfów była wynikiem prowadzonej przez państwo polityki, przegłosowywanej w poszczególnych parlamentach przez całkiem konkretne koalicje, w których zawsze obecne były rozmaite odcienie ruchów liberalnych organizacyjnie spajanych i korzystających ze wsparcia wolnomularstwa. 

W analizie Kucharczyka nie mogło zabraknąć także odniesienia do walki z religią katolicką prowadzoną przez dwa dwudziestowieczne totalitaryzmy: komunizm i nazizm. Nie ograniczył się w swoich rozważaniach do przybliżenia antykościelnych represji, ale zwrócił również uwagę, że zarówno czerwona, jak i brunatna dyktatura znajdowała dla nich wsparcie u liberałów. Wynikało to z podzielanej przez wszystkie wyżej wymienione ideologie niechęci do cywilizacji stworzonej przez chrześcijaństwo i porządku społecznego, jaki się z nią wiązał. 

Autor podkreśla, że antykatolickie prześladowania nie należą do przeszłości. W swojej książce przybliżył je w syntetyczny sposób, konstatując, że nie ma właściwie takiego regionu świata, gdzie Kościół katolicki nie podlegałby różnorodnym represjom. Zaznacza, że w tym celu zawarta została egzotyczna koalicja liberałów z muzułmanami, licząca, że po usunięciu chrześcijaństwa jako społecznego spoiwa będzie można rozpocząć tworzenie „nowego człowieka”. W swoich wnioskach zaznacza: „Im bardziej będzie osłabiony Kościół, tym bardziej osłabiona będzie cywilizacja zachodnia. A jeśli tak, tym łatwiej będzie realizować ideologiczne cele liberałów – relatywistów (wojujących sekularystów) oraz wojującego islamizmu”. 

Książka Kucharczyka jest swego rodzaju przewodnikiem do dziejów antykatolickiej obsesji wyznawców wszelkiego rodzaju „postępu” i rewolucji, którzy chcąc zniszczyć Kościół, nie wahali się sięgnąć do środków takich jak masowe ludobójstwo (na czele z tym pierwszym w Wandei). Zarówno rewolucjoniści francuscy, totalitaryści brunatni, jak i czerwoni pragnęli utworzyć różnie definiowany przez siebie „raj na ziemi”, niszcząc tradycyjny porządek, co doprowadziło do niewyobrażalnych zbrodni. Chrystofobię należy traktować jako dzieło podstawowe dla każdego, kto chciałby poznać źródła i przebieg najważniejszych antykościelnych represji na przestrzeni ostatniego pięćsetlecia. Publikacja poznańskiego historyka doskonale się uzupełnia z niedawno wydaną książką Wojciecha Roszkowskiego zatytułowaną Roztrzaskane lustro, w której autor przybliżył powody kryzysu cywilizacji zachodniej, upatrując ich w znacznej mierze w odejściu od chrześcijaństwa.

Rozmowa o książkach dla dzieci

 

Tomasz Kłusek: Co prawda mamy rozmawiać o najnowszej literaturze dla dzieci i młodzieży, ale myślę, że warto poprzedzić to pytaniem o lektury, które oddziałały na dziecięcą wyobraźnię najmocniej. Proszę więc o powrót do krainy łagodności, czasu pierwszych samodzielnych lektur, książek, które być może najsilniej przyczyniły się do tego, że trawestując Miłosza, postanowiły panie żyć w służbie literatury dla dzieci. Na polu literaturoznawstwa, krytyki literackiej, sztuki translatorskiej i pisarstwa. O sobie tylko napomknę, że nauczyłem się czytać na Tytusie, Romku i A’Tomku Papcia Chmiela. W niesamowity sposób oddziałały na dziecięcą psychikę chyba przedwczesne lektury przygód Sherlocka Holmesa. I jeszcze Miś Uszatek Czesława Janczarskiego. W tym ostatnim wypadku książki zostały poprzedzone przez telewizyjne dobranocki z genialnym Mieczysławem Czechowiczem. Zabrzmi to dziwnie, ale bezustannie odkrywam w sobie ślady nieodwracalnego „zainfekowania” przez Tytusa, Holmesa i Uszatka.

Emilia Kiereś:Tych lektur, które zostawiły istotny ślad, było wiele i nie sposób wymienić wszystkie. Zaczęłam czytać wcześnie i czytałam, co tylko wpadło mi w ręce. Miałam też mądrą i wrażliwą przewodniczkę w osobie mamy; to ona podsuwała mi odpowiednie książki w odpowiednim czasie. Lubiłam poezję dla dzieci: Tuwima i Brzechwę, zwłaszczaPana Dropsa i jego trupę oraz przepięknąBaśń o stalowym jeżu, wiersze Joanny Papuzińskiej, Danuty Wawiłow, Edwarda Leara, A.A. Milne’a, także pouczające wierszyki Stanisława Jachowicza, dzięki któremu dowiedziałam się, czym jest morał. Na domowej półce stała obszerna antologia tekstów dla dzieciKolorowy świat w wyborze Celiny Żmihorskiej z obrazkami najlepszych polskich ilustratorów. Miała duży format, ponad czterysta stron i zawierała niezwykłe bogactwo wierszy, opowiadań, bajek, a nawet jednoaktówek. Spędzałam nad tą książką całe godziny, chociaż, jako że wydana w 1968, była odrobinę skażona duchem swojej epoki. Szczególnie jednak ukochałam wszelkie możliwe baśnie – to był świat, w którym czułam się najlepiej. I wcale nie przeszło mi to z wiekiem. W czasach podstawówkowych wpadłam w ciąg powieści przygodowych: Maya, Dumasa, Twaina. Teraz, kiedy lepiej umiem przeanalizować te moje upodobania, widzę, że najbardziej w opowieściach nęciło mnie to, co odbiegało od codzienności – a jeszcze bardziej chyba przemawiały do mnie historie, w których niezwykłe rzeczy przydarzały się w zwykłym życiu. Stąd moje przywiązanie do książek takich jakBracia Lwie Serce, Mio, mój Mio, Ronja, córka zbójnika i Nils Paluszek Astrid Lindgren; wielokrotnie wracałam do cyklu o Mary Poppins, do książek Eleanor Farjeon, Ewy Szelburg-Zarembiny, Edith Nesbit, Hanny Januszewskiej, Michaela Endego. Nie zmienia to faktu, że Sherlock Holmes też jest mi szczególnie bliski i myślę, że to jemu zawdzięczam późniejszą niegasnącą miłość do literatury angielskiej. Fascynował mnie jako postać, a pies Baskerville’ów czaił się na mnie w ciemnych kątach mieszkania. To było coś!

Krystyna Zabawa: Och, przypomniała mi pani o Kolorowym świecie! Mam do tej pory ten zaczytany tom, już w innej okładce, bo stara się zniszczyła, choć była twarda. Przepadałam zwłaszcza za bajkąO wesołej Ludwiczce Anny Świrszczyńskiej. Wiele wierszy z tej książki znam na pamięć. Moją pierwszą uświadomioną miłością literacką był Brzechwa, którego rodzice czytali mi tak często, że wkrótce brałamKopciuszka alboCzerwonego Kapturkaz pięknymi ilustracjami i w wieku trzech, czterech lat sama „czytałam”. Te bajki też umiem recytować do dziś.

W naszym domu było dużo książek. Mama kupowała trudno dostępne wspaniale ilustrowane wydawnictwa dla dzieci „spod lady” długo przed moim urodzeniem. Miała znajomą panią w księgarni, która odkładała jej takie cuda, jak Baśnie Andersena i Brzechwa dzieciom z ilustracjami Szancera, Bajki Perraulta ilustrowane przez Grabiańskiego. Też kochałam baśnie, choć niektóre budziły we mnie strach i nawet śniły mi się po nocach, na przykład Bajka o żelaznym wilku Sieroszewskiego. Misia Uszatka i Plastusiowy pamiętnik miałam, ale nie byli to moi ulubieńcy. Kiedy już umiałam czytać, czytałam mnóstwo i wiele książek wywarło na mnie duże wrażenie, więc podobnie jak pani Emilii trudno mi je wszystkie wymienić. To były zapomniane już dziś powieści Frances Burnett, Edith Nesbit, cykl o Pożyczalskich Mary Norton… Później fascynowali mnie bohaterowie Juliusza Verne’a. W dzieciństwie nie wyjeżdżałam nigdy daleko, a zawsze ciekawiły mnie egzotyczne kraje, ludzie, kultura, przyroda i pewnie dlatego zaczytywałam się w książkach podróżniczych Arkadego Fiedlera. Nie mogę nie wspomnieć o Niziurskim, Bahdaju (ach, ten Kapelusz za sto tysięcy z główną bohaterką, moją imienniczką), Ożogowskiej, Szklarskim (przygody Tomka Wilmowskiego też były moim „oknem na świat”), wreszcie Panu Samochodziku Nienackiego.

Ale największym przeżyciem mojego dzieciństwa była bez wątpienia Ania z Zielonego Wzgórza. Coraz bardziej uświadamiam sobie jej wpływ na kształtowanie mojej wrażliwości, upodobań, a nawet wybór zawodu: od zawsze chciałam być nauczycielką! Taką jak panna Stacy i Ania. Nadal ta praca jest moją pasją. Ostatnio, pisząc szkic naukowy o tej powieści, doszłam do wniosku, że również upodobanie do poezji angielskiej zawdzięczam Ani. Nazwisko Tennyson to chyba trzecie po Brzechwie i Mickiewiczu, które zapamiętałam.

No właśnie, muszę jeszcze powiedzieć o Mickiewiczu, którego poznałam długo zanim zaczęłam czytać, bo moja mama miała wujka recytującego nam przy każdej okazji ballady i fragmenty Pana Tadeusza. Słuchałam go z otwartymi ustami, choć pewnie niewiele rozumiałam. Ale ten rytm, ta melodia, te dziwne słowa i podziw dla wujka, że można tak z głowy…

E.K.:Ballady Mickiewicza, no przecież! Jak mogłam o nich nie wspomnieć!Małgorzata Strękowska-Zaremba:Ballady – to również moja lektura. Także, podobnie jak panie, zaczytywałam się w baśniach, z tym że baśnią były dla mnie również Biblia w wydaniu dla najmłodszych i mitologia grecka. Natomiast bardzo żywe jest we mnie wspomnienie czytanek z Elementarza Falskiego. Na tym podręczniku nauczyłam się czytać, potem wielokrotnie do niego wracałam, do dziś posługuję się cytatami zaczerpniętymi właśnie z niego. Jako że czytałam już w wieku czterech lat, i nikt nie ograniczał mi dostępu do półek z książkami, pierwsze samodzielne lektury nie zawsze były odpowiednie do wieku. Zanim poszłam do pierwszej klasy, miałam za sobą lekturę zarównoSzkolnych przygód Pimpusia Sadełki, Na jagody, Agata nogą zamiata, Księgi dżungli,trylogii Verne’a, jak i książek Karola Maya, nowel Prusa czy opowiadań Czechowa.

Bardzo lubiłam czytać rytmiczne rymowane wiersze, właśnie za to pokochałam Brzechwę, Tuwima i Mickiewicza. Najmocniej zapadły mi w pamięć te lektury, które poruszyły dziecięcą wrażliwość i wywoływały określone emocje. Chodzi przede wszystkim o teksty mówiące o śmierci. Największe wrażenie wywarł na mnie wiersz Józefa Ignacego Kraszewskiego Dziad i baba, w wydaniu „Naszej Księgarni”, z ilustracjami Olgi Siemaszko – uświadomił mi, że jestem śmiertelna, a lęk, który czułam, gdy go czytałam, jest we mnie do dziś. Podobnie odebrałam Chłopców z Placu Broni. Natomiast opis umierania dzielnego Apacza Winnetou okupiłam godzinnym płaczem. Do tej samej grupy zaliczam książki podszyte smutkiem i wywołujące współczucie dla bohaterów, jak choćby niektóre baśnie Andersena, O krasnoludkach i sierotce Marysi,O rybaku i złotej rybce, Ania z Zielonego Wzgórza. Jednak najmocniej na moje emocje wpłynęła książka Siergieja MichałkowaNie płacz, koziołku. Lęk o koziołka i wyobrażenie sobie, jak musi się bać biedny maluch osaczony przez wilki, to jest to, co nauczyło mnie empatii, a także snucia równoległych wymyślonych historii, w których koziołek zaprzyjaźnia się z wilkami. 

Po drugiej stronie umieściłabym lektury, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Upewniały, że świat jest uporządkowany, radosny, ciepły. Najważniejszą książką w tej grupie był Plastusiowy pamiętnik. Możliwość identyfikacji z bohaterką dawała mi niesamowitą frajdę. Miałyśmy taki sam piórnik, taką samą gumkę-myszkę, ołówek, stalówkę, scyzoryk, kałamarz. Podobny wpływ miały na mnie wspomniane czytanki z Elementarza, a także Z przygód krasnala Hałabały, Puc, Bursztyn i goście, Miś Uszatek czy Kubuś Puchatek.

Już jako uczennica podstawówki skupiłam swoje zainteresowania na książkach przygodowych, podróżniczych, fantastycznych i opasłych dziewiętnastowiecznych powieściach polskich, francuskich i rosyjskich.

T.K.: Pani Krystyna wspomniała o Kapeluszu za sto tysięcy. To książka, którą wiele razy przeczytałem. Zawsze w pierwszym wydaniu z 1966, z ilustracjami Ignacego Witza. Mam żal do Stanisława Jędryki, że nie sfilmował przygód Krysi Cuchowskiej zwanej Dziewiątką. Przywołam teraz dialog Joja z Maćkiem Łańką z Telemacha w dżinsachBahdaja:

„ – Ale pistolet to ty jesteś. (…) Uciekasz z domu, a zabierasz ze sobą książki.

– (…) Lubię czytać.

– A ja z książkami na bakier. Czasem przerzucę jakiś kryminał albo coś o wojnie… Wolę życie, takie na co dzień, prawdziwe. Z życia więcej się możesz nauczyć. I do kina lubię chodzić, bo tam przynajmniej widać, co się dzieje.

– Książki to zupełnie co innego.

– Rozumiem.

– W książkach też jest prawdziwe życie. Czasem, kiedy czytam książkę, zdaje mi się, że to ja ją napisałem. Kiedyś, dawno, może wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było.

– Filozof z ciebie.

– Tak tylko sobie wyobrażam. Przeczytam książkę, a potem się zastanawiam, jak to właściwie jest; czy to prawda, czy zmyślenie. Książki to fajna rzecz”.

Książki to fajna rzecz! Maciek ma rację. Ale, czy Jojo, przeciwstawiający książkom życie prawdziwe i film, też jakiejś racji nie ma?

M.S.-Z.: Możliwe, że w czasach opisanych przez Bahdaja stawianie książki w kontrze do filmu i prawdziwego życia miało jakąś podstawę. Ja jednak uważam, że to rzeczy nieporównywalne, a już na pewno nie należałoby ich sobie przeciwstawiać, ponieważ granice między książką a życiem i filmem zacierają się coraz bardziej. To, co lata temu, z punktu widzenia ówczesnego czytelnika, mogło się wydarzyć tylko w książkach, na przykład nurkowanie z rekinami, dziś jest prawdziwym życiem. Film nie powstanie bez scenariusza, a scenariusz to też książka. Przeciwstawienie fikcji książki i prawdziwego życia też się nie obroni. Często to, co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne w książce, wydarzyło się naprawdę, jak chociażby nieświadoma kradzież pieniędzy współpasażera dokonana przez jedną z bohaterekLO-teriiMałgorzaty Karoliny Piekarskiej. A właśnie ta scena jest wzięta z życia. Film zaś, ten dzisiejszy, to nie tylko kinowa projekcja pełnometrażowego tytułu, dzięki nowym technologiom wkroczył do naszego życia w postaci filmików na YouTubie, które przedstawiają życie prawdziwe – niby prawdziwe, bo przecież filmiki wrzucane do sieci bywają też wyreżyserowane i na pokaz. Ale nawet gdy zobaczymy na nich coś autentycznego, pamiętajmy, że za pomocądeepfejka można zamienić prawdę w wytwór fantazji. Przenikanie się wymienionych mediów i życia sprawia, że powinniśmy je traktować równorzędnie i jako całość.

E.K.:Nie mogę się z tym zgodzić. Uważam, że – o ile takie faktycznie istnieje – zacieranie granic między światem mediów a naszym prawdziwym, jedynym i niepowtarzalnym życiem jest czymś groźnym. Im mniej widoczne stają się te granice, tym wyraźniej i usilniej powinniśmy je zaznaczać. Nasze życie nie może stać się częścią filmiku z YouTube’a. Nie jesteśmy bytami z TikToka. Potencjalna trudność w odróżnieniu prawdy od rzeczywistości wirtualnej, zaburzenia osądu – to potężne zagrożenie, z jakim styka się dziś młodzież. W moim przekonaniu trzeba z nim walczyć.

M.S.-Z.:Mówiąc o równorzędności książki, filmu i życia, twierdzę, że nie powinno się ich sobie przeciwstawiać, a raczej traktować jako jeden przedmiot badania, ponieważ przenikanie mediów i życia istnieje, czy to się nam podoba, czy nie. Nie twierdzę, że godzę się z zacieraniem granic – szczególnie między filmem i życiem, uważam za to, że badając całość, można wyznaczyć również granice, o których mówi pani Emilia. Rozumiem jednak, że w pytaniu pana Tomasza chodzi o prostszą sytuację, gdy na przykład młody człowiek przedkłada film i codzienność z jej atrakcjami ponad lekturę książek. Właściwie jest to pytanie o przyszłość książki. Czy przegra z filmem i innymi przyjemnościami? Śmierć książki przepowiadano wielokrotnie, miały pokonać ją kino, radio, telewizja, odtwarzacze wideo, internet. Jak dotąd przepowiednie się nie sprawdziły, chociaż spadek czytelnictwa jest zasmucający. Czy pokonają ją gry, telewizja cyfrowa i platformy streamingowe? Nie sądzę. Co najwyżej będziemy czytać na różnych nośnikach. Współczesnemu Jojowi powiedziałabym, że w książkach jest i życie, i film – jako projekcja wyobraźni czytelnika. Poprosiłabym, by wyobraził sobie komputer z tysiącami plików, każdy plik zawiera jakąś przyjemność, która jest nam dostępna w krótkim życiu. Im więcej plików zdążymy otworzyć, tym będziemy szczęśliwsi. Jeśli Jojo zrezygnuje z plikuKSIĄŻKI, to będzie uboższy o tę przyjemność. Współczuję mu. Bo to wyjątkowa przyjemność. Daje nie tylko radość, ale i schronienie przed smutkiem, samotnością, rozpaczą. Gdzie znalazłyby azyl Matylda Roalda Dahla czy Ania Danuty Awolusi, gdyby nie książki? Współczesny Jojo podobnie, oddając się lekturze, może odnaleźć równowagę w świecie realnym. Po przeczytaniu książki niech idzie na film, będzie mógł ocenić obie wersje. Zdarza się, że dopiero film kieruje zainteresowanie widzów ku książce (tak było na przykład z Misiem Uszatkiem), i też dobrze. Ja zazwyczaj wolę przeczytać książkę, zanim pójdę na film. Jednak w przypadku Gry o tron było odwrotnie, i nie odebrało mi to radości lektury. Uważam więc, że książka i film żyją w symbiozie, zaś życie realne… Dwukrotnie widziałam jego wygraną nad książką. Raz, ponad dekadę temu, kiedy nawet bary w knajpach tapetowano tapetą z nadrukiem grzbietów książek. I drugi raz – to całkiem nowa moda – gdy zobaczyłam choinki bożonarodzeniowe ułożone z książek.

E.K.:Wspólnym mianownikiem życia, literatury i filmu jest niewątpliwie fabuła. Ludzie od zawsze mają potrzebę fabuły – być może dlatego, że jest nią żywot każdego z nas? Człowiek opowiadał, jeszcze zanim nauczył się czytać i pisać, ale też ilustrował swoje dzieje: czy prehistoryczne malowidła naskalne, będące – być może – relacją z polowania, nie są w jakimś sensie poprzednikami filmu? A jednak wyłączyłabym z tego potrójnego zestawienia życie. Należy ono do całkowicie odrębnej kategorii. Zostajemy nim obdarzeni i musimy sobie radzić, mając na nie umiarkowany wpływ. Owszem, ono też funduje nam niezwykłe przygody, o tyle lepsze od tych książkowo-filmowych, że doświadczamy ich na własnej skórze, są wyłącznie nasze i prawdziwe. Nie możemy jednak zamknąć życia jak książki, żeby wrócić do niego później. Nie przysługuje mu też umowność, która cechuje film i literaturę, dwie wspaniałe dziedziny sztuki – bynajmniej nie przeciwstawne, ale wyraźnie odgraniczone.

Jednak w odniesieniu do tematu dyskusji myślę, że należy spojrzeć na to zagadnienie z nieco innej perspektywy. Książka i film często są traktowane jak dziedziny przeciwstawne, kiedy mówimy o nich w kontekście wychowania dzieci i młodzieży. Wszystkie apele o to, żeby więcej czytać dzieciom, a pokazywać im mniej filmów, nie biorą się jednak z przekonania, że kino jest czymś gorszym, a są jedynie odpowiedzią na badania, które wyraźnie wskazują, że czytanie bądź słuchanie tekstu jest korzystniejsze dla rozwoju niż oglądanie ruchomych obrazów. W dzisiejszym świecie znalezienie złotego środka jest z pewnością trudniejsze niż kiedyś. Ale to od nas: rodziców, opiekunów, nauczycieli zależy, która z tych dwu dziedzin będzie dominowała w życiu naszych dzieci. Dzieci czytają dzisiaj mniej nie dlatego, że nagle zaczęły się rodzić z gorszymi ku temu predyspozycjami. Czytają mniej, bo są z każdej strony atakowane niewymagającymi i dostępnymi na wyciągnięcie ręki mediami. Słowo pisane ma w dzisiejszych czasach tak silną konkurencję, jak nigdy wcześniej. Ale to my możemy sprawić, żeby z tą konkurencją wygrywało. Uczmy dzieci obcowania z książkami, ale nie podsuwajmy im ich jak lekarstwa. Nie mówmy też: „Zamiast oglądać, lepiej poczytaj”. Po prostu sprawmy, żeby widziały, że dostają prawdziwy rarytas, skarb, którym chcemy się z nimi podzielić, a nie gorzką pigułkę.

K.Z.: „Dzielić się” – myślę, że to kluczowe. I pozwolić także dzieciom dzielić się ich fascynacjami. Bez oceniania, co jest lepsze, a co gorsze. Jeśli będziemy rozmawiać o literaturze czy filmie, siłą rzeczy włączymy je w nasze życie. Bliska mi jest wypowiedź Maćka z Telemacha w dżinsach: „W książkach też jest prawdziwe życie”. Podobnie w filmie, teatrze i sztuce w ogóle. Od dawna wierzę w to, że sztuka jest jedna, więc przeciwstawianie sobie na przykład dzieła literackiego i filmowego nie ma sensu. W dalszej części „filozoficznych” rozmyślań bohater Bahdaja wskazuje dokładnie to, czego szukam w dziele sztuki: własnego doświadczenia, przeżycia, emocji, których nie umiem sama tak zgrabnie ująć w słowa czy obrazy. To truizm, ale przecież to, co czytamy i oglądamy, kształtuje nasze wybory i postawy, bezpośrednio wpływa na życie. Ile w naszym myśleniu i mówieniu jest książkowych (ale też filmowych) „zapożyczeń”! W dzieciństwie z przyjaciółką porozumiewałyśmy się cytatami z Bahdaja, Niziurskiego, Montgomery, budując w ten sposób szczególną więź.

Mam wrażenie, że pan Tomasz swoim pytaniem wyzwolił lawinę. I poruszył zagadnienie naprawdę filozoficzne – stosunku życia i sztuki, z którym zmagają się uczeni i artyści od wieków, więc raczej go tu nie rozstrzygniemy. Zgadzam się, że trzeba zauważać i respektować granice, o których mówi pani Emilia, bo zachwianie równowagi może być groźne, na co zresztą moglibyśmy łatwo znaleźć przykłady w literaturze. Myślę, że istotny jest krytyczny stosunek do tego, co czytamy i oglądamy. To, w moim przekonaniu, powinno być podstawowe zadanie instytucji edukacyjnych na każdym etapie: z jednej strony, ośmielanie do poszukiwania własnych emocji, przeżyć i doświadczeń w sztuce, a z drugiej – zachęcanie do zadawania pytań, wątpienia, sprzeciwu. 

Chciałabym zakończyć wypowiedź optymistycznym akcentem. Od lat pytam studentów o ich stosunek do adaptacji filmowych. Znakomita większość potwierdza to, o czym mówi pani Małgorzata: zdecydowanie wolą najpierw przeczytać książkę, później obejrzeć film. Świetnie potrafią porównać oba media, często kategorycznie twierdząc, że powieść jest lepsza. Prowadząc wykłady z historii literatury, kiedy to tylko możliwe odwołuję się do dzieł filmowych, bo wiem, że nawet jeden kadr albo krótka scena ośmieli do rozmowy łatwiej niż sam tekst. I proszę mi wierzyć, młodzież czyta nie tylko to, co musi w ramach szkoły czy studiów. Wiele razy też byłam zaskoczona, jak bardzo osobiście młodzi ludzie traktują utwór literacki, jeśli tylko im na to pozwolić. Wtedy też można po raz kolejny stwierdzić, że sztuka (w tym literatura) jest do życia konieczna.

T.K.: Wydaje się, że w czasach Bahdaja wszystko było prostsze. Mieliśmy „Klasykę Młodych”, „Złoty Liść”, „Bibliotekę Młodych”, „Klub 7 Przygód”, „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców”, „Bibliotekę Błękitnych Tarcz” i „Poczytaj mi, mamo”. Część książek ukazywała się poza seriami, ale tytułów było mniej, autorzy reglamentowani, no i dużo większe nakłady. Nie mówię, że dzisiaj jest gorzej, ale inaczej i trudniej. Trudniej, choćby dla mnie jako redaktora działu dziecięco-młodzieżowego. Na rynku ukazuje się wiele tytułów, zarówno polskich autorów, jak i tłumaczeń, często w mikroskopijnych nakładach. Trafiają do mnie na biurko i muszę podejmować decyzje. Co zrecenzować, o czym wspomnieć w nocie recenzyjnej, a co przemilczeć? Chciałabym zapytać o kryteria, którymi kierują się panie przy oddzielaniu dobrego od złego w literaturze najnowszej. Jakie tytuły zasługują na wyróżnienie, jacy autorzy, serie wydawnicze?

K.Z.:Zadał pan rzeczywiście trudne i kłopotliwe pytanie. Jestem przede wszystkim literaturoznawczynią i traktuję książki literackie jako potencjalne dzieła sztuki, w związku z czym zawsze wartości artystyczne/estetyczne są dla mnie najważniejsze. Ale jak zdefiniować te wartości? Dobra literatura (jak każda sztuka) powinna mieć moc wywołania w nas przeżycia estetycznego, czyli szczególnego poruszenia, najprościej mówiąc – emocji. To nie muszą być emocje pozytywne, książka nie musi nam się „podobać”, może budzić sprzeciw, gniew, chęć dyskusji. Ważne, żeby nie pozostawiała czytelnika obojętnym. To jest mój pierwszy sprawdzian. W przypadku literatury dziecięcej ważne jest to, żeby wartościowy był nie tylko tekst, ale też ilustracje, tzw. „szata graficzna”, projekt książki jako całości.

Uważam, że co najmniej od kilkunastu lat sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest naprawdę dobra. Mamy świetne wydawnictwa ze świadomymi i znającymi swój fach redaktorkami i redaktorami, pisarki i pisarzy traktujących poważnie i odpowiedzialnie twórczość dla młodego odbiorcy, światowej sławy ilustratorów. Większość wydawnictw rozumie też, że do przekładów trzeba zatrudnić profesjonalnych doświadczonych tłumaczy. To niezwykle istotne! Mamy ostatnio wręcz „wyścig” bardzo dobrych tłumaczy klasyki dziecięcej. Czego chcieć więcej? Chyba tylko czytelniczek i czytelników. Podpowiedzią, jeśli chodzi o wybór dobrych książek, mogą być nagrody i wyróżnienia w konkursach literackich, takich jak Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY, Nagroda Literacka im. Kornela Makuszyńskiego, krakowska Żółta Ciżemka i parę innych.

Pan Tomasz wymienił serie wydawane w PRL-u. Mam wrażenie, że większość z nich to serie młodzieżowe. Dziś widzę więcej ciekawych zjawisk i książek w literaturze dziecięcej, ale może to dlatego, że takie książki wolę czytać. Wydaje mi się, że odpowiednikiem „Złotego liścia” jest w XXI wieku fantastyczna seria „Mistrzowie Ilustracji”, wznawiająca klasykę w najlepszym wydaniu. Ostatnio ukazały się ponownie „Książeczki z Misiowej Półeczki” – interaktywne książki z mojego dzieciństwa, teraz pod tytułem „Bajki z Okienkami”. Mamy wznowienia serii „Poczytaj mi, mamo”, z którą mogą konkurować współczesne „Czytam sobie” i niezwykle ciekawie zaprojektowane „Poczytaj ze mną”. Właściwie każde liczące się wydawnictwo ma swoje „okręty flagowe” – serie dla różnych grup wiekowych. Świadomie nie wymieniam wydawnictw ani tym bardziej autorek/autorów. To by zajęło za dużo miejsca, a źle bym się czuła, gdybym o kimś zapomniała…

M.S.-Z.:Zgadzam się z panią Krystyną, że pytanie dotyka wielu obszarów i trudno zawrzeć odpowiedź w krótkiej wypowiedzi. Zacznę od kryteriów, którymi się kieruję, wybierając książki. Zaznaczam, że moim zdaniem nie ma kryteriów, które byłyby obiektywne i bezstronne. Nasze wybory są subiektywne, szczególnie gdy chodzi o emocje. A dla mnie dobra książka powinna wywołać reakcję emocjonalną (tu też zgadzam się z panią profesor): radość, śmiech, płacz, gniew itp. Po przeczytaniu wartościowej książki mogę zapomnieć jej tytuł, imiona bohaterów, ale wrażenia, jakie na mnie wywarła, już nie. Jednakże, zanim przeczytam jakąś książkę, muszę ją wyłuskać z ogromnej liczby tytułów. Konkursy są dobrym wskaźnikiem dla poszukiwacza wartościowej lektury. Niestety – muszę dodać tu łyżkę dziegciu do beczki miodu – są konkursy, które darzę zaufaniem i takie, co do których mam wątpliwości (znając zakulisowe zabiegi i uwarunkowania). Co może ważniejsze, w każdym, nawet najlepiej przeprowadzonym konkursie będzie wiele pominiętych tytułów. Przykładem niech będzie choćby twórczość dla młodzieży przywołanej wyżej Piekarskiej (świetna obyczajowo i psychologicznie), która jak dotąd nie dostała nagrody w dziedzinie literatury dla młodych, a było za co ją przyznać. Z tytułów, których niesłusznie, moim zdaniem, nie zauważyliśmy, mogłabym zrobić wspaniałą listę, ale przytoczę tylko dwa:Adaś i słońLudwika Janiona i Migotnik Roberta Piuminiego. Podpowiedzią dla zagubionych czytelników może być „Złota Lista” przygotowywana przez Fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Niektórzy, szukając książki, kierują się renomą wydawcy, szczególnie małe wydawnictwa, dbające o poziom i estetykę produktu mają wiernych czytelników. Ja przede wszystkim wybieram książki pisarzy i pisarek, których twórczość zdążyłam poznać i ocenić jako wartościową (na przykład Szczygielskiego, Ryrych, Kosmowskiej i wielu innych). Liczę również na podpowiedzi znajomych zajmujących się literaturą dla młodych. Dość dobrym kryterium (choć też zawodnym) jest to, czy książkę wydał profesjonalny wydawca, czy też jej publikację sfinansował i przygotował do druku sam autor. Zwykle w tym drugim przypadku książki nie poddano redakcji i korekcie, co miewa opłakane skutki. Natomiast nie radzę kierować się tym, że książkę dla dzieci napisała osoba znana z mediów. Bycie celebrytą nie gwarantuje sukcesu w tym obszarze. W przyszłości ważnym medium zwiększającym obieg informacji o książce będzie internet – nie chodzi mi o e-booki czy audiobooki, lecz o to, by w internecie powstawały polskojęzyczne, rzetelne serwisy promujące czytanie i polecające książki (nie załatwią tego celebryci-youtuberzy, chodzi o profesjonalne serwisy z prawdziwymi redaktorami i specjalistami od książki dziecięcej).

E.K.:Na ogół kieruję się podobnymi kryteriami, ponieważ jednak literaturę dla dzieci i młodzieży czytam nie tylko ze względu na swój zawód, ale przede wszystkim jako rodzic, zwykle jest to dopiero wstęp do dalszej selekcji. Wybór książek dla dziecka to sprawa dość szczególna i wymagająca. Jako dorosły czytelnik przyjmę wszystko; najwyżej pożałuję straconego czasu albo odłożę książkę, jeśli mnie zmęczy, znudzi czy zniesmaczy. Jednak w przypadku dzieci i młodzieży literatura pełni, oprócz rozrywkowej, także funkcję formującą. Tu nie powinny się zdarzać pomyłki, dziecko powinno dostawać do rąk książkę, która będzie dla niego dobra. Oczywiście, istnieją tytuły sprawdzone (niekiedy wręcz przez pokolenia), które można podsunąć dziecku w ciemno, każdy rodzic ma też listę swoich „bezpiecznych” autorów. Ale co z nowymi autorami i tytułami? Krytycy, jurorzy konkursów, niekiedy blogerzy są tutaj bardzo pomocni; często umożliwiają oddzielenie pozycji wartościowych od byle jakich, chociaż niewątpliwie bolączką naszych czasów jest pewien nadmiar recenzji sponsorowanych przez wydawców. Wiarygodność i obiektywizm tych recenzji – w przeciwieństwie do niezależnej, profesjonalnej krytyki – mogą budzić uzasadnione wątpliwości. Uważam jednak, że zwłaszcza w zalewie nowych publikacji, w gąszczu różnorodnych, nie zawsze przez nas aprobowanych treści, idealna sytuacja to taka, kiedy rodzic, zanim da dziecku książkę, sam ją przeczyta i oceni, czy nadaje się dla tego konkretnego młodego człowieka: uwzględniając jego wrażliwość, zainteresowania, potrzeby, fascynacje, lęki. Nikt nie zrobi tego lepiej, bo nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas. To kwestia podstawowej odpowiedzialności.

M.S.-Z.: Ma pani rację, ostateczną decyzję o tym, jaka książka trafi w ręce małego dziecka, powinni podjąć rodzice (od razu pojawia się kwestia, która wykracza poza zadane pytanie: chronić czy nie chronić dzieci przed książkami na „trudne” tematy, typu śmierć, choroba itp.). Zgadzam się również z panią Krystyną – mamy dobrych autorów i coraz więcej wydawnictw dbających o staranność wydania. Z jakością redakcji bym nieco polemizowała – w skali całego rynku jeszcze nie odbudowaliśmy dawnej kadry. Uważam jednak, że rynek jest przesycony książką dla dzieci, i zgadzam się z panem Tomaszem, że trudno poruszać się w nim zarówno czytelnikom, jak i autorom. Jako recenzentka widzę nadzieję w działalności Polskiej Sekcji IBBY czy Fundacji „ABCXXI”, zaś jako autorka na przykład w Fundacji Powszechnego Czytania. Zalew publikacji nie ułatwia życia pisarzom. Bardzo nieprzyjemną wiadomością dla nich była rezygnacja (czy też ograniczenie liczby publikacji) jednego z wydawnictw, związanego od ponad stu lat z literaturą dla dzieci, z wydawania książek dla dziewięcio-, dwunastolatków i młodzieży. Poza tym nasze książki mają zbyt małe wsparcie państwa, aby przebić się za granicę. Nie ma stabilnej polityki finansowania zakupu książek przez biblioteki. Tych bolączek jest wiele, ale to na inną dyskusję…

E.K.: Pani Małgorzata zwróciła uwagę na tendencję, która daje się ostatnio zauważyć i do której nie mogę się nie odnieść – jako matka i jako autorka. Chodzi o niepokojące zjawisko wycofywania się niektórych wydawnictw – bo jest ich więcej – z publikacji powieści dla dzieci i młodzieży na rzecz książek obrazkowych i popularnonaukowych. Oczywiście rynek dyktuje warunki – ale czy rynku nie należałoby też kształtować? Nie chcę uogólniać, ale trudno nie odnieść wrażenia, że poczucie misji, niegdyś konieczne i pożądane w tej branży, systematycznie schodzi na dalszy plan, a kluczowym kryterium stają się często wyniki sprzedaży. Zapewne nie można winić za to wyłącznie wydawców, którym przydałoby się jakieś dodatkowe wsparcie, bo mimo że sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest generalnie coraz lepsza, to jednak w dalszym ciągu literatura dla najmłodszych uchodzi za „mniej ważną” – jakże niesłusznie! Słyszymy też, że młodzi ludzie czytają dziś mniej niż kiedyś, ale czy właśnie dlatego nie powinno się tym usilniej o nich walczyć? Ograniczenie liczby wydawanych powieści wydaje się jednoznaczne z rezygnacją z młodego czytelnika. Bardzo się obawiam, że taka polityka w dalszej perspektywie służy raczej intelektualnemu, emocjonalnemu i duchowemu zubożeniu odbiorców. Tymczasem już malutkie dzieci lubią słuchać – ale też opowiadać. Opowieść jako taka jest niezbędna do rozwoju. Nie da się jej zastąpić listą ciekawostek z kolejnej ilustrowanej encyklopedii. Mówiłam wcześniej o tym, że człowiek ma wrodzoną potrzebę fabuły i podtrzymuję to zdanie. Ta potrzeba się nie zmienia, tkwi w nas i należy ją pielęgnować, nie zagłuszać. Oczywiście na razie sytuacja ciągle jest dobra, szczęśliwie są wydawcy, którzy wręcz wyspecjalizowali się w wydawaniu powieści dla młodych i młodszych, ale to nowe zjawisko z pewnością trochę niepokoi.

M.S.-Z.: Ja tylko dwie uwagi, książki obrazkowe mają moc stwarzania fabuły i skłaniania do opowieści, więc broniłabym ich, pod warunkiem że całkowicie nie zastąpią książki tradycyjnej. I druga: nie tylko literatura dla dzieci uchodzi za mniej ważną, również jej twórcy są traktowani protekcjonalnie, co najdziwniejsze – także przez autorów piszących dla dorosłych. A przecież to my wychowujemy im czytelnika. 

E.K.:W obu kwestiach się z panią zgadzam i natychmiast muszę podkreślić, że w żadnym razie nie jestem przeciwniczką książki obrazkowej jako takiej; wiele z nich mnie zachwyca, sporo ich mam na własnej półce i doceniam ich ważną rolę w budowaniu wyobraźni, kształtowaniu zmysłu estetycznego i uczeniu obcowania z książką. Moje spostrzeżenie dotyczyło tylko pewnego zaburzenia proporcji wśród publikacji, które już daje się zaobserwować i na które, jak sądzę, warto zwrócić uwagę.

T.K.: Podsumowując naszą dyskusję, powiem mocno. Jest tylko jedna alternatywa: książki albo barbarzyństwo. Przed laty autorka „Nowych Książek” Halina Skrobiszewska stwierdziła, że literatura stanowi najlepszy pretekst do rozmowy „starych” i „młodych”. Dalej, że pozwala dostrzec to, co umyka naszej uwadze bądź z premedytacją jest odsuwane w odmęty świadomości czy podświadomości. Recenzentka przypomniała, że dawniej wychowawcami w szkole bywali najczęściej poloniści, a lekcje języka ojczystego przekształcały się w lekcje wychowawcze.

E.K.:Zgadzam się z panem, że zniknięcie książki oznaczałoby triumf nowego barbarzyństwa. Film jej nie wyparł, obawiam się jednak, że pojawiają się stale kolejne dla niej zagrożenia. Trudno udawać, że wartościowa literatura ma się tak samo dobrze jak kiedyś. Wierzę jednak w czytelnika i w to, że zarówno książka, jak i my, pisarze, pozostaniemy potrzebni, bez względu na wszelkie próby oddania sztuki, będącej przecież domeną człowieka, w inne, niekoniecznie ludzkie ręce. Literatura stanowi całkowicie wyjątkową gałąź twórczości artystycznej, nieporównywalny z niczym innym sposób wymiany idei i uczuć między jednostkami oraz społecznościami, unikatowy myślowy pomost łączący nawet odległe epoki. To ze względu na tę unikatowość, ale też na zdolność wpływania na język, którym się posługujemy, którym myślimy – i który poprzez to niejako nas stwarza, czyni nas takimi, jakimi jesteśmy – literatura pełni tak szczególną funkcję wychowawczą, kształtującą. I dlatego, tak wierzę, nieprędko ujrzymy jej koniec.

T.K.:Miejmy nadzieję, że nigdy tego końca nie będzie.

K.Z.:Są dwie książki, o których chciałabym na zakończenie wspomnieć. Jedna toCo czytali sobie, kiedy byli mali? (2014), w której Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski rozmawiają ze znanymi osobami o lekturach z dzieciństwa, m.in. z Jerzym Bralczykiem, Bohdanem Butenką, Januszem Gajosem, Krystyną Jandą, Kazikiem Staszewskim, Agą Zaryan… Druga powstała dzięki śląskim badaczkom literatury, Iwonie Gralewicz-Wolny i Beacie Mytych-Forajter, które poprosiły koleżanki z uczelni o napisanie szkicu na temat wybranej pozycji z literatury dziecięcej (Par coeur. Twórczość dla dzieci i młodzieży raz jeszcze,2016). Obie książki dowodzą, jak ogromny wpływ na nasze późniejsze wybory ma to, czego słuchaliśmy lub co już sami czytaliśmy jako kilku- czy nastolatki. Czasem uświadamiamy sobie to oddziaływanie z wielką mocą, jak Janina Ochojska, opowiadająca o lekturze z dzieciństwa, która „zadecydowała o [jej] dalszym życiu”. A czasem przypadkiem ze zdziwieniem odkrywamy w dawno wydawałoby się zapomnianym utworze źródło swoich inspiracji, upodobań, także uprzedzeń i lęków… Warto sobie zadać pytanie, co zawdzięczamy książkom z pokoju dziecinnego i warto o tym opowiadać… Dzieci i młodzież uwierzą w wartość czytania, jeśli podzielimy się z nimi swoim doświadczeniem.

M.S.-Z.:Piszący dla dzieci spełniają postulat pani Krystyny na każdym spotkaniu autorskim (szkoda, że spotkań z pisarzami nie wprowadzono do programu nauczania). Wracając jednak do pytania: skutkiem braku oczytania są m.in. nieumiejętność zrozumienia poglądów innych niż nasze, nieprzewidywanie następstw podejmowanych działań, brak wrażliwości. Nasze społeczeństwo, które czyta wyjątkowo mało, jest tego świadectwem. Uważam, że nie ma lepszego wychowawcy od dobrej książki, ważne więc, aby znalazły się w niej przykłady empatycznych postaw.

Nie wiem, jaką formę przybierze książka przyszłości, jestem jednak pewna, że przetrwa, ponieważ potrzeba opowieści (ich przekazywania i słuchania) jest w nas głęboko zakorzeniona od czasów malarstwa naskalnego poprzez literaturę oralną po druk i audiobooki. Będą to również książki tworzone przez sztuczną inteligencję. Czy jej teksty staną się konkurencją dla naszych książek, czy będą impulsem do sięgnięcia po tytuły stworzone przez człowieka? Zobaczymy.

Nowe Książki 

2023

niedziela, 18 października 2026

W stronę światła. Z prof. Henrykiem Skolimowskim rozmawia Mikołaj Niedek

 

Urodził się Pan w 1930 roku. Jako 14-letni chłopak wspierał Pan warszawskich powstańców. Po wojnie wstąpił Pan do Szkoły Muzycznej, a w 1950 r. na Wydział Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. Skąd zainteresowanie filozofią?

Prof. Henryk Skolimowski: Jednym z niewielu ocalałych po wojnie budynków w Warszawie była biblioteka na Koszykowej. Tam można było znaleźć odskocznię od przygnębiającej powojennej rzeczywistości i zagłębić się w świat lektur. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z wielkimi dziełami literatury. Natrafiłem na dzieła starożytnych filozofów greckich, zafascynował mnie Platon.

To skąd pomysł na inżynierię?

Poszedłem na studia techniczne, bo wydawały mi się wolne od ideologii marksizmu-leninizmu. Od końca lat 40. była już widoczna komunistyczna indoktrynacja, szczególnie w przedmiotach humanistycznych. Jednak cały czas ciągnęło mnie w stronę filozofii. Atmosfera ideologiczna na uczelni po śmierci Stalina w 1953 roku nieco się rozluźniła i zacząłem uczęszczać na seminaria filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim.


Spacer, Suwalszczyzna 1995 r. Fot. Archiwum państwa Niedek
Kiedy Pan tam wstępował, dominował z jednej strony marksizm, a z drugiej filozofia analityczna, rozwinięta wcześniej przez słynną szkołę lwowsko-warszawską z takimi gwiazdami filozofii, jak Kazimierz Ajdukiewicz i Tadeusz Kotarbiński.

Byli nie tylko znakomitymi myślicielami, ale przeciwstawiali się w jasny sposób różnym atakom i zarzutom ideologicznym, przedkładając rzeczową argumentację. Ale przede wszystkim mieli klasę. Pokazywali, kim jest filozof, kim może być człowiek. Chciałem być z nimi, nie ze snobizmu, ale po prostu mnie to fascynowało.

Uczyli samym sobą?

To była nie tylko szkoła filozofii, ale i szkoła życia. Szkoła samozaparcia. Wola stawania w prawdzie, bez względu na przeciwności i konsekwencje. Filozofia analityczna nauczyła mnie precyzji i odwagi używania własnego rozumu. Człowiek bojaźliwy nie jest w stanie przeciwstawić się atakom ortodoksji. Trzeba mieć siłę intelektualną, aby nie dać się zakrzyczeć tym, którzy uważają, że zawsze mają rację. Kotarbiński kładł też nacisk na samodzielność myślenia. Powtarzał, że myślenie filozoficzne nie polega na podążaniu za mistrzem, w jego cieniu, lecz że jest to samodzielna wędrówka.

W swojej autobiografii The Lotus and the Mudi, wydanej w 2011 r., wspomina Pan, że wtedy był na wszystko czas. Nikt się nigdzie nie spieszył. Jeszcze w czasie studiów na Politechnice zaczął Pan jeździć w góry. Do dziś z rozrzewnieniem wspomina Pan Tatry. Choć w latach 50. było chyba skromnie...

Było skromnie, ale wspaniale.

To jak było?

W Morskim Oku było schronisko, właściwie wielka stodoła z kilkudziesięcioma pryczami, gdzie spali taternicy. Można było wcisnąć się ze śpiworem i o 3–4 rano zaczynać wyprawy w Tatry Wysokie. Kochaliśmy to Morskie Oko.

Wspinał się Pan?

Tak, szczyty w Dolinie Pięciu Stawów były najlepsze do wspinaczki.

Na Mnicha się Pan wspiął?

Wspiąłem. Zrobiłem Wielkiego Mięgusza, wszystkie trzy szczyty mięguszowieckie. To była najlepsza rzecz, jaką wtedy robiliśmy.

Czego uczą góry? Pokory?

Inspiracji, odwagi, samozaparcia, umiejętności przetrwania w trudnych warunkach. No i wielkiego zachwytu, gdy jest się na szczycie, skąd roztacza się inny świat.

Jak w jednej z sentencji Pana Profesora: „Nie osiągamy skończonych szczytów, są wciąż nowe horyzonty”. A skąd mieliście sprzęt do wspinaczki – pożyczaliście od taterników?

Nie, każdy miał własny. Haki, raki, liny. Podpatrywaliśmy taterników, jak oni to robią. Jeden zapytał: „Chciałbyś spróbować?”. „Oczywiście!” – powiedziałem. I tak się zaczęło. Doznawało się eliksiru odwagi i strachu. Można było łatwo polecieć...

Dlaczego góry, Tatry, Alpy, Himalaje, są takie ważne dla człowieka? Pokazują mu jego skromność, miejsce w porządku bytu, jakąś transcendencję?

Raczej symbiotyczną relację między górą a tobą... To, co jest ważne w relacji między człowiekiem a górą, to jest coś, co trzeba przeżyć i nie da się tego wypowiedzieć. Jeśli ktoś cię w góry właściwie wprowadził, to już cię ciągnie...

Wróćmy jednak do filozofii. Choć polskiej filozofii analitycznej poświęcił Pan doktorat, obroniony w Oxfordzie w 1963, ostatecznie porzucił Pan ten idiom filozofowania.

Już w Oksfordzie, gdzie podjąłem studia doktorskie w St. Anthony College w 1959 r., zaczęło narastać moje rozczarowanie jałowością filozofii lingwistycznej i analitycznej. Była wspaniała i inteligentna, a mimo to w środku pusta. W pewnym momencie ta nadmierna higiena i sterylność myśli zaczynały uwierać samych analityków. Na jednym z seminariów Ajdukiewicza obecni na nim logicy naciskali na potrzebę sformalizowania wszystkiego, co mówił – zapisania tego w ścisłym języku logicznych symboli – na co Ajdukiewicz stracił cierpliwość i odpowiedział: „Panowie, filozofia ma treść, a wy chcecie z niej zrobić sformalizowaną grę!”. Ajdukiewicz, w prywatnej rozmowie w swoim mieszkaniu, wyznał mi w 1962 r.: „Straciłem zbyt wiele czasu na problemy semantyczne”. Pod koniec życia doszedł do wniosku, że to zaabsorbowanie systemami logicznymi i dedukcyjnymi było formalną grą, a nie rozwiązywaniem rzeczywistych problemów filozoficznych. W tym to właśnie świetle widzę nieuleczalną słabość większości dokonań filozofii analitycznej. Wprawdzie w tym idiomie, w którym specjalizacja i ścisłe rezultaty, oparte na analizach semantycznych, są uważane za główną funkcję filozofii, polska filozofia ma wielkie dokonania i przeszła do historii. Musimy jednak być świadomi, że idiomy filozoficzne się zmieniają. Obecnie jesteśmy w zupełnie innym świecie, wymagającym innych idiomów filozoficznych.

To co spowodowało u Pana odmienne spojrzenie na filozofię?

Antidotum na filozofię analityczną znalazłem w filozofii Karla Poppera. Popper wykładał w Londynie, kiedy kończyłem swą dysertację w Oksfordzie w 1963 r. Aby otrząsnąć się z dusznej atmosfery Oksfordu, przeniosłem się do Londynu i zacząłem uczestniczyć w jego seminariach.

Jaką rolę odegrał w rozwoju Pańskiej ścieżki filozoficznej Karl Raimund Popper?

Popper podważył całą racjonalistyczną strukturę zachodniej tradycji filozoficznej. Zauważył, że skoro Einstein wykazał, iż fizyka Newtonowska nie jest ani absolutna, ani wieczna, to nie ma powodu, by przypuszczać, że jakakolwiek forma wiedzy jest absolutna. Tym samym wszelka wiedza, w tym wiedza naukowa, jest prowizoryczną i zmieniającą się budowlą.


Fot. Ela Staszczyk
Czyli poznawczy relatywizm?

Konsekwencje krytycznego racjonalizmu Poppera sięgnęły daleko, a jedną z nich stała się niechęć filozofów i naukowców do mówienia o prawdzie i rzeczywistości. Czym bowiem jest prawda i czym jest rzeczywistość, jeśli cała wiedza ma charakter tymczasowej struktury? Jednym z kanonów metodologii Poppera jest nieustająca krytyka. Należy być zawsze krytycznym wobec wszystkich teorii, w tym także własnej. Ta postawa pozwoliła mi jednak wyzwolić się z więzów filozofii analitycznej, a we właściwym czasie także z ograniczeń samej filozofii Poppera. Filozofią nauki Poppera zajmowałem się jeszcze przez kilka lat, prowadząc seminaria na Uniwersytecie Południowej Kalifornii w Stanach Zjednoczonych.

Popper związany był wcześniej ze słynnym ośrodkiem filozofii empirycznej – tzw. Kołem Wiedeńskim. W kole tym udzielał się również norweski filozof Arne Naess. Obaj wyszli z tygla logicznego empiryzmu Koła Wiedeńskiego, podobnie jak Pan z analitycznej Szkoły Lwowsko-Warszawskiej. W jubileuszowej księdze z okazji 25-lecia filozofii ekologicznej pt. „Wokół Eko-filozofii” (2000) w artykule Eko-filozofia – powrót do mądrości napisałem, że droga do sanktuarium filozofii ekologicznej wiedzie przez czyściec filozofii analitycznej. Za głównych twórców nowego sposobu myślenia – filozofii ekologicznej – uznaje się właśnie Pana i Arne Naessa.

Z Arne Naessem poznaliśmy się w 1967 roku. W pierwszych latach naszej znajomości byliśmy sobie bardzo bliscy. Na moje zaproszenie wygłosił wykład w Dartington Hall w Londynie, a ja odwiedziłem go w Oslo. Korespondowaliśmy ze sobą niemal do końca, gdy zmarł w 2009 r. w wieku 97 lat. Ceniłem go za szerokie horyzonty i tolerancję, którą miał o wiele większą, niż mieli inni propagatorzy ekologii głębokiej, pragnący rozstrzygać, co jest poprawną filozofią ekologiczną, a co nią nie jest.

W istotę tych różnic nie będziemy teraz wnikać. Sądzę, że o wiele więcej Was łączy, w tym podobna droga rozwoju intelektualnego. Jako filozofowie obaj wyszliście ze szkół filozofii analitycznej. Mieliście też podobne zamiłowanie do gór. Czy tylko wybitni filozofowie analityczni mogą zajść na tyle daleko w swym rozwoju myślowym, aby zacząć dostrzegać ograniczenia tej filozofii i zacząć głosić otwarcie filozofię bliższą życiu?

Dostrzegać ograniczenia filozofii analitycznej, a otwarcie je ogłosić, to dwie różne rzeczy. Minimalizm filozoficzny szkoły analitycznej uwierał wielu wybitnych filozofów, ale byli w stanie przyznać się do tego jedynie w prywatnych rozmowach, czego doświadczyłem u Ajdukiewicza i Quine’a. Naess i ja mieliśmy odwagę to zrobić otwarcie. W 1970 r. Naess zrezygnował nawet z pracy akademickiej, aby poświęcić się działalności w ruchu ekologicznym.

To jak zaczęła się Pana „przygoda” z filozofią ekologiczną? Dlaczego ona w ogóle powstała?

Początkowo to nowe spojrzenie określałem mianem humanizmu ekologicznego. Pod tym tytułem ukazał się mój pierwszy esej w 1974 r., w którym zawarłem główne idee nowego kierunku. Wyraziłem je na sympozjum w Londynie pt. Beyond alternative technology: What next? Świat nie jako maszyna, ale świat jako sanktuarium. Wiedza nie jako manipulacja, lecz poznanie głębi człowieka i świata. Z idei świata jako sanktuarium wypływa cała aksjologia ekofilozoficzna – szacunek i cześć dla wszelkiego życia, odpowiedzialność za nie, empatia i troska, a przede wszystkim partycypacja – współudział i świadome współuczestnictwo w kosmicznym porządku bytu i w jego rozwoju – ewolucji. Rekapitulację nowych idei zawarłem w wydanej w 1981 r. Eco-Philosophy: Designing New Tactics for Living, a następnie w przetłumaczonej na polski w 1993 r. Filozofii żyjącej. Eko-filozofia jako drzewo życia.

Wyróżnikiem filozofii ekologicznej jest właśnie skoncentrowanie na życiu, a nie na języku, jak w przypadku akademickiej filozofii analitycznej.

W Filozofii Żyjącej przedstawiłem główne cechy różniące filozofię ekologiczną od analitycznej. Ekofilozofia jest zaangażowana we współczesne problemy ekologiczne, społeczne, kulturowe i cywilizacyjne, od których separuje się filozofia analityczna, skoncentrowana na analizach znaczeniowych i logicznych. Wnikać w różnice semantyczne zdań możemy w nieskończoność, aż do całkowitego zaniku życia na Ziemi! Rezygnując z wielkich pytań i prób wypracowania spójnych wizji świata, filozofia wyrzeka się swojej istoty. Wielkie pytania o naturę świata, człowieka, życia, przeznaczenia, wartości, piękna, leżały u podstaw starożytnego projektu filozofii i wielkości starożytnych myślicieli, jak Heraklit, Anaksagoras, Sokrates czy Platon. Najszerszym obszarem refleksji była u starożytnych filozofia przyrody. W toku rozwoju filozofii europejskiej miejsce refleksji nad światem zaczęła coraz szerzej zajmować refleksja nad człowiekiem i nastąpił rozwój nowożytnego humanizmu.

No właśnie, gdzie leżą źródła współczesnego kryzysu ekologicznego – w nowożytnym antropocentryzmie?

Od czasów nowożytnych postępował, począwszy od Bacona, Kartezjusza, Newtona, rozwój matematycznego przyrodoznawstwa i mechanicyzmu. Koncepcja wiedzy jako potęgi, kartezjański dualizm ciała i ducha, wizja Newtona przedstawiająca świat jako wielki zegar, następnie Oświecenie – przygotowały grunt pod rozwój współczesnej cywilizacji technicznej i w konsekwencji naszych problemów ekologicznych i cywilizacyjnych. Genezę współczesnego kryzysu ekologicznego i jego przejawów społecznych i kulturowych podjąłem w wielu swoich książkach.

A co się stało z filozofią?

Główny nurt filozofii uległ pozytywistycznemu racjonalizmowi i empiryzmowi, skupiając się na języku i jego analizach, czego kulminacją była filozofia brytyjska, w Polsce Szkoła Lwowsko-Warszawska, a w Austrii Koło Wiedeńskie. Nie znaczy to oczywiście, że cała filozofia uległa pozytywistycznemu paraliżowi, ale samo określanie przez akademików tych odmiennych nurtów mianem „filozofii nieanalitycznej”, czyli jakiejś „gorszej”, bo światopoglądowej, wiele mówi. Filozofia stała się muzealną historią filozofii, pieczętując tym samym rozbrat z życiem i wyobcowanie się z niego. Również etyka wyrzekła się odwagi wypowiadania się, czym są dobro i zło, skupiając się na historii moralności i analizach tego pojęcia. Etyki takie jak utylitaryzm czy pragmatyzm, to żadne etyki, a ich skutkami są powszechne współcześnie relatywizm i nihilizm. Odrodzenie prawdziwej filozofii, odpowiadającej na potrzeby współczesnego człowieka i jego problemy, nastąpiło moim zdaniem właśnie na gruncie refleksji nad przyczynami kryzysu ekologicznego, wynikającego z niespotykanej dotąd w dziejach ludzkości skali ingerencji człowieka w przyrodę, cykle ekologiczne i z niszczenia naturalnych środowisk.

W książce „Zielone Oko Kosmosu” (2003), w rozmowie z J. K. Góreckim stwierdził Pan, że „dla filozofa nie może być większej satysfakcji, jak skonstatowanie, że jego idee stapiają się z codziennym życiem. Największym wyróżnieniem, ba, nawet tryumfem, dla ekofilozofii będzie, jeśli zniknie ona z języka jako »ekofilozofia«, a zostanie stopiona z życiem w takim stopniu, że nikt nie będzie świadomy, że jest to ekofilozofia”.

Tak, ekofilozofia od początku kładła nacisk na potrzebę zmiany nie tylko naszej świadomości, ale i całościowej postawy wobec życia i świata – całego stylu życia na bardziej zrównoważony i ekologiczny. Jakiż pożytek możemy mieć z filozofii, jeśli nie uczy nas jak żyć? Szczególnie dziś, w dobie bezprecedensowych problemów i wyzwań cywilizacyjnych, ekologicznych, egzystencjalnych, społecznych i kulturowych. Eko-filozofia jest próbą dostarczenia całościowej, holistycznej wizji człowieka, natury i całego kosmosu, zjednoczonych procesem ewolucji, zmierzającej do coraz większego poziomu złożoności, wrażliwości i duchowości. To, co niszczy tę różnorodność, przyrodniczą i kulturową, jak i ludzką wrażliwość na dobro, piękno, prawdę, miłość, sprawiedliwość dla wszystkich, jest sprzeczne z ideą życia i mu nie służy.

To jakie wartości proponuje współczesnemu człowiekowi eko-filozofia?

Kluczem do zmiany jest odrzucenie mechanicyzmu i przyjęcie kosmologii ekologicznej. Kosmologia w znaczeniu filozoficznym to fundamentalne założenia na temat natury świata i istnienia. W kosmologii mechanistycznej świat widziany jest jako wielki zegar, a my jesteśmy w nim małymi, niewiele znaczącymi trybikami. Eko-filozofia opiera się na wizji świata jako sanktuarium. Z tego wynikają wskazówki, jak mamy się w takim świecie zachowywać, a także cała gama wartości: rewerencja dla życia i wszelkich istot żywych, empatia, czyli współodczuwanie, odpowiedzialność za życie własne, innych i całej planety, solidarność i sprawiedliwość nie tylko dla ludzi, ale dla wszystkich istot żywych i przyszłych pokoleń, umiarkowanie w konsumpcji, zrównoważony rozwój.

Z Naessem łączy Was też szacunek i podziw dla wielu postaci, jak np. Mahatmy Gandhiego.

Tak, koncepcja walki o ideały bez użycia przemocy – ahimsa – którą wyznawał Gandhi, jest mi szczególnie bliska. Postacie takie jak Gandhi, Albert Schweitzer, Matka Teresa z Kalkuty, Jan Paweł II, Dalaj Lama, a w średniowieczu Św. Franciszek z Asyżu, pokazują, jak walczyć, wywierać wpływ i zmieniać świat bez siły militarnej. Przemoc wpisana jest jednak głęboko w strukturę zachodniej cywilizacji. Kolonializm, imperializm i eksploatacja ekonomiczna krajów Południa, która trwa do dzisiaj, eksploatacja zasobów przyrodniczych i zwierząt, to tylko niektóre przejawy tej strukturalnej przemocy. Całe myślenie obiektywistyczne i analityczne jest przeżarte duchem instrumentalizmu, manipulacji i uprzedmiotowienia. Tej samej patologii ulegają stosunki międzyludzkie i cała kultura zachodnia. Miałkość żywotnych sił duchowych naszej cywilizacji odpowiada też za współczesny kryzys cywilizacji. Zupełnie inaczej sytuacja przestawia się w Indiach, które mimo niedostatków ekonomicznych, choć to też jest rzecz względna, są duchowo silne i żywotne. Pamiętam, jak Matka Teresa z Kalkuty, którą miałem zaszczyt kilkakrotnie spotkać w swym życiu, zapytana po wizycie w Stanach Zjednoczonych, co sądzi o ich dobrobycie w porównaniu z indyjską biedą, odpowiedziała: „Takiej nędzy duchowej jak w Ameryce nie widziałam nigdzie”.

Obok refleksji filozoficznej interesował się Pan również sztuką, szczególnie muzyką i rzeźbą, ale i architekturą. Czy jest jakiś związek między rzeźbą a filozofią? No może poza słynną rzeźbą Rodina „Myśliciel”.

W swojej eko-filozofii starałem się pokazać głęboki związek między kreatywnością ewolucji, ludzkiego umysłu i sztuki. Nasza filozofia i postawa wyrażają się w naszych dziełach. Nie tylko w dziełach literackich i artystycznych, ale i w architekturze. Początkowo idee eko-filozoficzne rozwijałem właśnie w środowisku architektów i prezentowałem je na łamach pism architektonicznych.

Słynnym architektem, który budował ekologiczne miasto Arcosanti w Arizonie w latach 70. był Paulo Soleri.

Tak, partycypowałem w tym przedsięwzięciu, prowadząc ze studentami tam pracującymi seminaria filozoficzne.

Pisze Pan o tym, jak i o innych próbach budowy alternatywnych społeczności na świecie w swej autobiografii. Przejdźmy jednak od samej architektury do sztuki i filozofii. Krytykę sztuki i filozofii współczesnej przedstawił Pan już w swojej książce „Zmierzch Światopoglądu Naukowego” wydanej w Londynie w 1974 r. W jakim jednak kierunku powinny w takim razie podążać filozofia i sztuka? Bo chyba te obie, istotne dla naszego człowieczeństwa, dziedziny jeszcze się nie wyczerpały...

Pomysł na nowe kierunki narodził się w trakcie seminariów w Helsińskiej Akademii Sztuk Pięknych prowadzonych w drugiej połowie lat 90. Starając się trochę sprowokować do dyskusji tamtejszych artystów i studentów, pytałem: „dlaczego jesteście tacy niemrawi”? Czemu nie jesteście artystami? Powiedzieli: „nie jesteśmy gorsi, niż nasi poprzednicy!”. Powiedziałem: „Tak, ale nie jesteście też lepsi”! Pytali więc, może trochę z żalem i pretensją, „to co mamy robić?”. Odpowiedziałem „Bądźcie rzeźbiarzami, którzy rzeźbią światło!”.

Chyba zadanie arcytrudne. Światło to raczej wyjątkowo mało plastyczny materiał...

Byli trochę wstrząśnięci, ale zapytali: „dobrze, ale jak to zrobić?” Powiedziałem: nie zastanawiajcie się jak to zrobić, lecz zacznijcie to robić! I to był właśnie początek mojej koncepcji sztuki jako światła. Sztuka jest światłem? To niemożliwe! Idea ta jednak wydała się wielu inspirująca i odsłoniła nowe horyzonty.


Henryk Skolimowski. Fot. Autor fotografii nieznany
Jak w sentencji „Powinniśmy wyznaczać sobie cele poza zasięgiem naszych rąk, bo inaczej po cóż jest niebo?”. Ostatecznie jednak nikt nie podjął się zadania stworzenia rzeźby światła...

Nurtowało mnie to. Starałem się im otworzyć oczy, żeby stali się wizjonerami i profetami nowych horyzontów. W greckiej wiosce Theologos, gdzie wcześniej prowadziłem przez wiele lat seminaria filozoficzne w plenerze, zacząłem obrabiać bryły tamtejszego marmuru.

W 2000 r. zorganizował Pan w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku wystawę pt. „W stronę rzeźby światła”, gdzie zaprezentował Pan rzeźby swoje i żony Juanity.

Tak. Jeden z tamtejszych artystów podchwycił ideę sztuki jako światła, ale powiedział, że jej realizacja może nam zająć 300 lat. Odpowiedziałem: „Co? Tylko tyle!?”.

Przy odpowiedniej perspektywie można powiedzieć, że to zadanie jednak się Panu udało. Rzeźby z białego greckiego marmuru doskonale odbijają światło, wyrażając formę i treść, którą nadał im twórca.

Henryk Skolimowski urodził się w 1930 r. w Warszawie. Ukończył Politechnikę Warszawską, a następnie Uniwersytet Warszawski, gdzie uzyskał magisterium z filozofii pod kierunkiem Tadeusza Kotarbińskiego. Doktorat uzyskał w Oxfordzie w 1964 r. Wykładał na uniwersytetach amerykańskich do 1993 r., głównie Południowokalifornijskim i Ann Arbor w Michigan. Jest autorem ponad 40 książek przetłumaczonych na kilkanaście języków i ponad 500 artykułów. Autor eko-filozofii, koncepcji umysłu partycypującego, eko-teologii, tomików wierszy i rzeźb w marmurze. Ostatnie prace Profesora poświęcone są filozofii światła.

Mikołaj Niedek (ur. 1976) – absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego (1999). Doktorat uzyskał na Wydziale Ekonomii i Zarządzania UwB (2009). Autor ponad 30 artykułów z zakresu koncepcji zrównoważonego rozwoju. Zarządza projektami edukacyjno-ekologicznymi w organizacjach pozarządowych. Uczeń profesora Henryka Skolimowskiego.

Henryk Skolimowski

Idź

Idź, spaceruj w obłokach –
Zmierzch nie ogarnie tych,
Którzy przyjaźnią się z gwiazdami.

Idź i uzdrawiaj złamane gałęzie
Drzew i serc człowieczych –
Miłość wystarczy ci za całą sztukę.

Idź i płacz razem z rzekami,
Zapłacz z nowo narodzonymi –
Każdy potrzebuje ciepłej łzy
Z oczu widzących jasno.

Idź i śpiewaj, jeśli potrafisz,
Idź i lamentuj, jeśli musisz –
Światu nie brakuje niczego,
Jeśli jesteś na dobrej drodze.

Wykaz książek autorstwa prof. Henryka Skolimowskiego
Ocalić Ziemię – Świt filozofii ekologicznej, Warszawa 1991.
Medytacje o prawdziwych wartościach człowieka który poszukuje sensu życia,Wrocławska Oficyna Wydawnicza Astrum, Wrocław 1991.

Nadzieja Matką Mądrych, Biblioteka Ery Ekologicznej Towarzystwo Przyjaciół Filozofii Ekologicznej, Warszawa 1993.

Filozofia Żyjąca. Eko-filozofia jako Drzewo Życia, Wydawnictwo Pusty Obłok, Warszawa 1993.

Technika a Przeznaczenie Człowieka, Wydawnictwo ETHOS, Warszawa 1995.

Święte Siedlisko Człowieka, Centrum Uniwersalizmu przy Uniwersytecie Warszawskim, Polska Federacja Życia, Warszawa 1999.

Wizje Nowego Millenium, Wydawnictwo EJB, Kraków 1999.
Zielone Oko Kosmosu. Wokół Ekofilozofii w Rozmowie i Esejach, Wydawnictwo Atla 2, Wrocław 2003.

Geniusz Światła a świętość życia, Biblioteka Filozoficzna, Oficyna Wydawnicza Vega, Warszawa 2007.

https://dzikiezycie.pl/