poniedziałek, 19 października 2026

Chrystofobia 500 lat nienawiści do Jezusa i Kościoła - recenzja

 Grzegorz Kucharczyk 

wstęp Paweł Lisicki ; posł. Paweł Bortkiewicz

Warszawa : „Fronda”, 2020

463 s. : il. ; 24 cm

Walka z chrześcijaństwem trwa od początku jego istnienia. Nieprzypadkowo katolicyzm był i w dalszym ciągu powinien być nazywany religią męczenników. 

Wiele środowisk wrogich Kościołowi katolickiemu do dnia dzisiejszego silnie propaguje wiele mitów na jego temat, mających pokazywać, że jest to wyznanie ludzi zacofanych, reakcyjnych, prymitywnych, niepostępowych. Wszystkie wymienione epitety mają służyć przekonaniu wytworzonemu już w epoce oświecenia, że wiara i rozum nie mogą iść ze sobą w parze, ba! – że Kościół jest wrogiem wszelkiego rozumowego poznania. O metodach tej walki pisze w swojej książce Grzegorz Kucharczyk. W publikacji zatytułowanej Chrystofobia przybliża zarówno brutalne represje, jak i wyrafinowane działania, takie jak choćby infiltracja od wewnątrz.

Poznański historyk przedstawił źródła, charakter oraz przebieg antykatolickich prześladowań ostatniego pięćsetlecia na całym świecie. Zwrócił uwagę, że rewolucjoniści wszelkich odcieni uważali Kościół katolicki za swojego głównego wroga, a nienawiść do niego potrafiła łączyć: liberałów, totalitarne reżimy dwudziestowieczne, takie jak komunizm i nazizm, oraz muzułmanów (zarówno w przeszłości, jak i obecnie). We wstępnych rozważaniach Kucharczyk trafnie zaznaczył, że pierwotnym powodem zwalczania chrześcijaństwa było odrzucenia Jezusa jako prawdziwego Boga i prawdziwego Człowieka, z czego wynikała następnie również nienawiść do instytucji, do założonego przez Chrystusa Kościoła. Kolejnym etapem było odrzucenie przez wrogów religii katolickiej całej cywilizacji zachodniej jako ugruntowanej na christanitas zarówno w kwestii wyznawanych wartości, jak i rozwiązań w sferze społeczno-politycznej czy kulturalnej. 

Kucharczyk wiele miejsca poświęcił rewolucji francuskiej oraz antykatolickiej obsesji jej liderów. Słusznie zauważył, że Kościół był główną przeszkodą dla krzewicieli postępu zmierzających do stworzenia „nowego człowieka”, który miał wyznawać wiarę w religię rozumu, a jej kapłanami mieli być rewolucjoniści. Chciano stworzyć nowe miejsca kultu, zmiany miały dosięgnąć każdej sfery życia Francuzów (m.in. w roku 1793 wprowadzono nowy kalendarz). Autor szczegółowo opisał także represje wymierzone w duchowieństwo, ale też w każdego, kto sprzeciwiał się planom rewolucjonistów. Szczególnie warto się zapoznać z omówieniem ludobójstwa w Wandei, by się przekonać, że to właśnie wtedy po raz pierwszy na tak ogromną skalę zorganizowano masowe mordy zmierzające do wyniszczenia całej grupy społecznej (wyznawców katolicyzmu). 

Kucharczyk opisał mniej znane oblicze dziewiętnastowiecznego kulturkampfu. Słusznie wskazał, że był to „fenomen” nie tylko Francji i Niemiec, ale niemal całej Europy Zachodniej, od Prus po Piemont, III Republikę Francuską, aż do Portugali. Wszędzie celem było usunięcie Kościoła z przestrzeni publicznej, stąd też organizowano akcje dekrucyfikacyjne, zmierzające do wyrugowania krzyży z urzędów, sądów, szkół i szpitali. Za każdym razem organizacja laicyzacyjnych kulturkampfów była wynikiem prowadzonej przez państwo polityki, przegłosowywanej w poszczególnych parlamentach przez całkiem konkretne koalicje, w których zawsze obecne były rozmaite odcienie ruchów liberalnych organizacyjnie spajanych i korzystających ze wsparcia wolnomularstwa. 

W analizie Kucharczyka nie mogło zabraknąć także odniesienia do walki z religią katolicką prowadzoną przez dwa dwudziestowieczne totalitaryzmy: komunizm i nazizm. Nie ograniczył się w swoich rozważaniach do przybliżenia antykościelnych represji, ale zwrócił również uwagę, że zarówno czerwona, jak i brunatna dyktatura znajdowała dla nich wsparcie u liberałów. Wynikało to z podzielanej przez wszystkie wyżej wymienione ideologie niechęci do cywilizacji stworzonej przez chrześcijaństwo i porządku społecznego, jaki się z nią wiązał. 

Autor podkreśla, że antykatolickie prześladowania nie należą do przeszłości. W swojej książce przybliżył je w syntetyczny sposób, konstatując, że nie ma właściwie takiego regionu świata, gdzie Kościół katolicki nie podlegałby różnorodnym represjom. Zaznacza, że w tym celu zawarta została egzotyczna koalicja liberałów z muzułmanami, licząca, że po usunięciu chrześcijaństwa jako społecznego spoiwa będzie można rozpocząć tworzenie „nowego człowieka”. W swoich wnioskach zaznacza: „Im bardziej będzie osłabiony Kościół, tym bardziej osłabiona będzie cywilizacja zachodnia. A jeśli tak, tym łatwiej będzie realizować ideologiczne cele liberałów – relatywistów (wojujących sekularystów) oraz wojującego islamizmu”. 

Książka Kucharczyka jest swego rodzaju przewodnikiem do dziejów antykatolickiej obsesji wyznawców wszelkiego rodzaju „postępu” i rewolucji, którzy chcąc zniszczyć Kościół, nie wahali się sięgnąć do środków takich jak masowe ludobójstwo (na czele z tym pierwszym w Wandei). Zarówno rewolucjoniści francuscy, totalitaryści brunatni, jak i czerwoni pragnęli utworzyć różnie definiowany przez siebie „raj na ziemi”, niszcząc tradycyjny porządek, co doprowadziło do niewyobrażalnych zbrodni. Chrystofobię należy traktować jako dzieło podstawowe dla każdego, kto chciałby poznać źródła i przebieg najważniejszych antykościelnych represji na przestrzeni ostatniego pięćsetlecia. Publikacja poznańskiego historyka doskonale się uzupełnia z niedawno wydaną książką Wojciecha Roszkowskiego zatytułowaną Roztrzaskane lustro, w której autor przybliżył powody kryzysu cywilizacji zachodniej, upatrując ich w znacznej mierze w odejściu od chrześcijaństwa.

Rozmowa o książkach dla dzieci

 

Tomasz Kłusek: Co prawda mamy rozmawiać o najnowszej literaturze dla dzieci i młodzieży, ale myślę, że warto poprzedzić to pytaniem o lektury, które oddziałały na dziecięcą wyobraźnię najmocniej. Proszę więc o powrót do krainy łagodności, czasu pierwszych samodzielnych lektur, książek, które być może najsilniej przyczyniły się do tego, że trawestując Miłosza, postanowiły panie żyć w służbie literatury dla dzieci. Na polu literaturoznawstwa, krytyki literackiej, sztuki translatorskiej i pisarstwa. O sobie tylko napomknę, że nauczyłem się czytać na Tytusie, Romku i A’Tomku Papcia Chmiela. W niesamowity sposób oddziałały na dziecięcą psychikę chyba przedwczesne lektury przygód Sherlocka Holmesa. I jeszcze Miś Uszatek Czesława Janczarskiego. W tym ostatnim wypadku książki zostały poprzedzone przez telewizyjne dobranocki z genialnym Mieczysławem Czechowiczem. Zabrzmi to dziwnie, ale bezustannie odkrywam w sobie ślady nieodwracalnego „zainfekowania” przez Tytusa, Holmesa i Uszatka.

Emilia Kiereś:Tych lektur, które zostawiły istotny ślad, było wiele i nie sposób wymienić wszystkie. Zaczęłam czytać wcześnie i czytałam, co tylko wpadło mi w ręce. Miałam też mądrą i wrażliwą przewodniczkę w osobie mamy; to ona podsuwała mi odpowiednie książki w odpowiednim czasie. Lubiłam poezję dla dzieci: Tuwima i Brzechwę, zwłaszczaPana Dropsa i jego trupę oraz przepięknąBaśń o stalowym jeżu, wiersze Joanny Papuzińskiej, Danuty Wawiłow, Edwarda Leara, A.A. Milne’a, także pouczające wierszyki Stanisława Jachowicza, dzięki któremu dowiedziałam się, czym jest morał. Na domowej półce stała obszerna antologia tekstów dla dzieciKolorowy świat w wyborze Celiny Żmihorskiej z obrazkami najlepszych polskich ilustratorów. Miała duży format, ponad czterysta stron i zawierała niezwykłe bogactwo wierszy, opowiadań, bajek, a nawet jednoaktówek. Spędzałam nad tą książką całe godziny, chociaż, jako że wydana w 1968, była odrobinę skażona duchem swojej epoki. Szczególnie jednak ukochałam wszelkie możliwe baśnie – to był świat, w którym czułam się najlepiej. I wcale nie przeszło mi to z wiekiem. W czasach podstawówkowych wpadłam w ciąg powieści przygodowych: Maya, Dumasa, Twaina. Teraz, kiedy lepiej umiem przeanalizować te moje upodobania, widzę, że najbardziej w opowieściach nęciło mnie to, co odbiegało od codzienności – a jeszcze bardziej chyba przemawiały do mnie historie, w których niezwykłe rzeczy przydarzały się w zwykłym życiu. Stąd moje przywiązanie do książek takich jakBracia Lwie Serce, Mio, mój Mio, Ronja, córka zbójnika i Nils Paluszek Astrid Lindgren; wielokrotnie wracałam do cyklu o Mary Poppins, do książek Eleanor Farjeon, Ewy Szelburg-Zarembiny, Edith Nesbit, Hanny Januszewskiej, Michaela Endego. Nie zmienia to faktu, że Sherlock Holmes też jest mi szczególnie bliski i myślę, że to jemu zawdzięczam późniejszą niegasnącą miłość do literatury angielskiej. Fascynował mnie jako postać, a pies Baskerville’ów czaił się na mnie w ciemnych kątach mieszkania. To było coś!

Krystyna Zabawa: Och, przypomniała mi pani o Kolorowym świecie! Mam do tej pory ten zaczytany tom, już w innej okładce, bo stara się zniszczyła, choć była twarda. Przepadałam zwłaszcza za bajkąO wesołej Ludwiczce Anny Świrszczyńskiej. Wiele wierszy z tej książki znam na pamięć. Moją pierwszą uświadomioną miłością literacką był Brzechwa, którego rodzice czytali mi tak często, że wkrótce brałamKopciuszka alboCzerwonego Kapturkaz pięknymi ilustracjami i w wieku trzech, czterech lat sama „czytałam”. Te bajki też umiem recytować do dziś.

W naszym domu było dużo książek. Mama kupowała trudno dostępne wspaniale ilustrowane wydawnictwa dla dzieci „spod lady” długo przed moim urodzeniem. Miała znajomą panią w księgarni, która odkładała jej takie cuda, jak Baśnie Andersena i Brzechwa dzieciom z ilustracjami Szancera, Bajki Perraulta ilustrowane przez Grabiańskiego. Też kochałam baśnie, choć niektóre budziły we mnie strach i nawet śniły mi się po nocach, na przykład Bajka o żelaznym wilku Sieroszewskiego. Misia Uszatka i Plastusiowy pamiętnik miałam, ale nie byli to moi ulubieńcy. Kiedy już umiałam czytać, czytałam mnóstwo i wiele książek wywarło na mnie duże wrażenie, więc podobnie jak pani Emilii trudno mi je wszystkie wymienić. To były zapomniane już dziś powieści Frances Burnett, Edith Nesbit, cykl o Pożyczalskich Mary Norton… Później fascynowali mnie bohaterowie Juliusza Verne’a. W dzieciństwie nie wyjeżdżałam nigdy daleko, a zawsze ciekawiły mnie egzotyczne kraje, ludzie, kultura, przyroda i pewnie dlatego zaczytywałam się w książkach podróżniczych Arkadego Fiedlera. Nie mogę nie wspomnieć o Niziurskim, Bahdaju (ach, ten Kapelusz za sto tysięcy z główną bohaterką, moją imienniczką), Ożogowskiej, Szklarskim (przygody Tomka Wilmowskiego też były moim „oknem na świat”), wreszcie Panu Samochodziku Nienackiego.

Ale największym przeżyciem mojego dzieciństwa była bez wątpienia Ania z Zielonego Wzgórza. Coraz bardziej uświadamiam sobie jej wpływ na kształtowanie mojej wrażliwości, upodobań, a nawet wybór zawodu: od zawsze chciałam być nauczycielką! Taką jak panna Stacy i Ania. Nadal ta praca jest moją pasją. Ostatnio, pisząc szkic naukowy o tej powieści, doszłam do wniosku, że również upodobanie do poezji angielskiej zawdzięczam Ani. Nazwisko Tennyson to chyba trzecie po Brzechwie i Mickiewiczu, które zapamiętałam.

No właśnie, muszę jeszcze powiedzieć o Mickiewiczu, którego poznałam długo zanim zaczęłam czytać, bo moja mama miała wujka recytującego nam przy każdej okazji ballady i fragmenty Pana Tadeusza. Słuchałam go z otwartymi ustami, choć pewnie niewiele rozumiałam. Ale ten rytm, ta melodia, te dziwne słowa i podziw dla wujka, że można tak z głowy…

E.K.:Ballady Mickiewicza, no przecież! Jak mogłam o nich nie wspomnieć!Małgorzata Strękowska-Zaremba:Ballady – to również moja lektura. Także, podobnie jak panie, zaczytywałam się w baśniach, z tym że baśnią były dla mnie również Biblia w wydaniu dla najmłodszych i mitologia grecka. Natomiast bardzo żywe jest we mnie wspomnienie czytanek z Elementarza Falskiego. Na tym podręczniku nauczyłam się czytać, potem wielokrotnie do niego wracałam, do dziś posługuję się cytatami zaczerpniętymi właśnie z niego. Jako że czytałam już w wieku czterech lat, i nikt nie ograniczał mi dostępu do półek z książkami, pierwsze samodzielne lektury nie zawsze były odpowiednie do wieku. Zanim poszłam do pierwszej klasy, miałam za sobą lekturę zarównoSzkolnych przygód Pimpusia Sadełki, Na jagody, Agata nogą zamiata, Księgi dżungli,trylogii Verne’a, jak i książek Karola Maya, nowel Prusa czy opowiadań Czechowa.

Bardzo lubiłam czytać rytmiczne rymowane wiersze, właśnie za to pokochałam Brzechwę, Tuwima i Mickiewicza. Najmocniej zapadły mi w pamięć te lektury, które poruszyły dziecięcą wrażliwość i wywoływały określone emocje. Chodzi przede wszystkim o teksty mówiące o śmierci. Największe wrażenie wywarł na mnie wiersz Józefa Ignacego Kraszewskiego Dziad i baba, w wydaniu „Naszej Księgarni”, z ilustracjami Olgi Siemaszko – uświadomił mi, że jestem śmiertelna, a lęk, który czułam, gdy go czytałam, jest we mnie do dziś. Podobnie odebrałam Chłopców z Placu Broni. Natomiast opis umierania dzielnego Apacza Winnetou okupiłam godzinnym płaczem. Do tej samej grupy zaliczam książki podszyte smutkiem i wywołujące współczucie dla bohaterów, jak choćby niektóre baśnie Andersena, O krasnoludkach i sierotce Marysi,O rybaku i złotej rybce, Ania z Zielonego Wzgórza. Jednak najmocniej na moje emocje wpłynęła książka Siergieja MichałkowaNie płacz, koziołku. Lęk o koziołka i wyobrażenie sobie, jak musi się bać biedny maluch osaczony przez wilki, to jest to, co nauczyło mnie empatii, a także snucia równoległych wymyślonych historii, w których koziołek zaprzyjaźnia się z wilkami. 

Po drugiej stronie umieściłabym lektury, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Upewniały, że świat jest uporządkowany, radosny, ciepły. Najważniejszą książką w tej grupie był Plastusiowy pamiętnik. Możliwość identyfikacji z bohaterką dawała mi niesamowitą frajdę. Miałyśmy taki sam piórnik, taką samą gumkę-myszkę, ołówek, stalówkę, scyzoryk, kałamarz. Podobny wpływ miały na mnie wspomniane czytanki z Elementarza, a także Z przygód krasnala Hałabały, Puc, Bursztyn i goście, Miś Uszatek czy Kubuś Puchatek.

Już jako uczennica podstawówki skupiłam swoje zainteresowania na książkach przygodowych, podróżniczych, fantastycznych i opasłych dziewiętnastowiecznych powieściach polskich, francuskich i rosyjskich.

T.K.: Pani Krystyna wspomniała o Kapeluszu za sto tysięcy. To książka, którą wiele razy przeczytałem. Zawsze w pierwszym wydaniu z 1966, z ilustracjami Ignacego Witza. Mam żal do Stanisława Jędryki, że nie sfilmował przygód Krysi Cuchowskiej zwanej Dziewiątką. Przywołam teraz dialog Joja z Maćkiem Łańką z Telemacha w dżinsachBahdaja:

„ – Ale pistolet to ty jesteś. (…) Uciekasz z domu, a zabierasz ze sobą książki.

– (…) Lubię czytać.

– A ja z książkami na bakier. Czasem przerzucę jakiś kryminał albo coś o wojnie… Wolę życie, takie na co dzień, prawdziwe. Z życia więcej się możesz nauczyć. I do kina lubię chodzić, bo tam przynajmniej widać, co się dzieje.

– Książki to zupełnie co innego.

– Rozumiem.

– W książkach też jest prawdziwe życie. Czasem, kiedy czytam książkę, zdaje mi się, że to ja ją napisałem. Kiedyś, dawno, może wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było.

– Filozof z ciebie.

– Tak tylko sobie wyobrażam. Przeczytam książkę, a potem się zastanawiam, jak to właściwie jest; czy to prawda, czy zmyślenie. Książki to fajna rzecz”.

Książki to fajna rzecz! Maciek ma rację. Ale, czy Jojo, przeciwstawiający książkom życie prawdziwe i film, też jakiejś racji nie ma?

M.S.-Z.: Możliwe, że w czasach opisanych przez Bahdaja stawianie książki w kontrze do filmu i prawdziwego życia miało jakąś podstawę. Ja jednak uważam, że to rzeczy nieporównywalne, a już na pewno nie należałoby ich sobie przeciwstawiać, ponieważ granice między książką a życiem i filmem zacierają się coraz bardziej. To, co lata temu, z punktu widzenia ówczesnego czytelnika, mogło się wydarzyć tylko w książkach, na przykład nurkowanie z rekinami, dziś jest prawdziwym życiem. Film nie powstanie bez scenariusza, a scenariusz to też książka. Przeciwstawienie fikcji książki i prawdziwego życia też się nie obroni. Często to, co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne w książce, wydarzyło się naprawdę, jak chociażby nieświadoma kradzież pieniędzy współpasażera dokonana przez jedną z bohaterekLO-teriiMałgorzaty Karoliny Piekarskiej. A właśnie ta scena jest wzięta z życia. Film zaś, ten dzisiejszy, to nie tylko kinowa projekcja pełnometrażowego tytułu, dzięki nowym technologiom wkroczył do naszego życia w postaci filmików na YouTubie, które przedstawiają życie prawdziwe – niby prawdziwe, bo przecież filmiki wrzucane do sieci bywają też wyreżyserowane i na pokaz. Ale nawet gdy zobaczymy na nich coś autentycznego, pamiętajmy, że za pomocądeepfejka można zamienić prawdę w wytwór fantazji. Przenikanie się wymienionych mediów i życia sprawia, że powinniśmy je traktować równorzędnie i jako całość.

E.K.:Nie mogę się z tym zgodzić. Uważam, że – o ile takie faktycznie istnieje – zacieranie granic między światem mediów a naszym prawdziwym, jedynym i niepowtarzalnym życiem jest czymś groźnym. Im mniej widoczne stają się te granice, tym wyraźniej i usilniej powinniśmy je zaznaczać. Nasze życie nie może stać się częścią filmiku z YouTube’a. Nie jesteśmy bytami z TikToka. Potencjalna trudność w odróżnieniu prawdy od rzeczywistości wirtualnej, zaburzenia osądu – to potężne zagrożenie, z jakim styka się dziś młodzież. W moim przekonaniu trzeba z nim walczyć.

M.S.-Z.:Mówiąc o równorzędności książki, filmu i życia, twierdzę, że nie powinno się ich sobie przeciwstawiać, a raczej traktować jako jeden przedmiot badania, ponieważ przenikanie mediów i życia istnieje, czy to się nam podoba, czy nie. Nie twierdzę, że godzę się z zacieraniem granic – szczególnie między filmem i życiem, uważam za to, że badając całość, można wyznaczyć również granice, o których mówi pani Emilia. Rozumiem jednak, że w pytaniu pana Tomasza chodzi o prostszą sytuację, gdy na przykład młody człowiek przedkłada film i codzienność z jej atrakcjami ponad lekturę książek. Właściwie jest to pytanie o przyszłość książki. Czy przegra z filmem i innymi przyjemnościami? Śmierć książki przepowiadano wielokrotnie, miały pokonać ją kino, radio, telewizja, odtwarzacze wideo, internet. Jak dotąd przepowiednie się nie sprawdziły, chociaż spadek czytelnictwa jest zasmucający. Czy pokonają ją gry, telewizja cyfrowa i platformy streamingowe? Nie sądzę. Co najwyżej będziemy czytać na różnych nośnikach. Współczesnemu Jojowi powiedziałabym, że w książkach jest i życie, i film – jako projekcja wyobraźni czytelnika. Poprosiłabym, by wyobraził sobie komputer z tysiącami plików, każdy plik zawiera jakąś przyjemność, która jest nam dostępna w krótkim życiu. Im więcej plików zdążymy otworzyć, tym będziemy szczęśliwsi. Jeśli Jojo zrezygnuje z plikuKSIĄŻKI, to będzie uboższy o tę przyjemność. Współczuję mu. Bo to wyjątkowa przyjemność. Daje nie tylko radość, ale i schronienie przed smutkiem, samotnością, rozpaczą. Gdzie znalazłyby azyl Matylda Roalda Dahla czy Ania Danuty Awolusi, gdyby nie książki? Współczesny Jojo podobnie, oddając się lekturze, może odnaleźć równowagę w świecie realnym. Po przeczytaniu książki niech idzie na film, będzie mógł ocenić obie wersje. Zdarza się, że dopiero film kieruje zainteresowanie widzów ku książce (tak było na przykład z Misiem Uszatkiem), i też dobrze. Ja zazwyczaj wolę przeczytać książkę, zanim pójdę na film. Jednak w przypadku Gry o tron było odwrotnie, i nie odebrało mi to radości lektury. Uważam więc, że książka i film żyją w symbiozie, zaś życie realne… Dwukrotnie widziałam jego wygraną nad książką. Raz, ponad dekadę temu, kiedy nawet bary w knajpach tapetowano tapetą z nadrukiem grzbietów książek. I drugi raz – to całkiem nowa moda – gdy zobaczyłam choinki bożonarodzeniowe ułożone z książek.

E.K.:Wspólnym mianownikiem życia, literatury i filmu jest niewątpliwie fabuła. Ludzie od zawsze mają potrzebę fabuły – być może dlatego, że jest nią żywot każdego z nas? Człowiek opowiadał, jeszcze zanim nauczył się czytać i pisać, ale też ilustrował swoje dzieje: czy prehistoryczne malowidła naskalne, będące – być może – relacją z polowania, nie są w jakimś sensie poprzednikami filmu? A jednak wyłączyłabym z tego potrójnego zestawienia życie. Należy ono do całkowicie odrębnej kategorii. Zostajemy nim obdarzeni i musimy sobie radzić, mając na nie umiarkowany wpływ. Owszem, ono też funduje nam niezwykłe przygody, o tyle lepsze od tych książkowo-filmowych, że doświadczamy ich na własnej skórze, są wyłącznie nasze i prawdziwe. Nie możemy jednak zamknąć życia jak książki, żeby wrócić do niego później. Nie przysługuje mu też umowność, która cechuje film i literaturę, dwie wspaniałe dziedziny sztuki – bynajmniej nie przeciwstawne, ale wyraźnie odgraniczone.

Jednak w odniesieniu do tematu dyskusji myślę, że należy spojrzeć na to zagadnienie z nieco innej perspektywy. Książka i film często są traktowane jak dziedziny przeciwstawne, kiedy mówimy o nich w kontekście wychowania dzieci i młodzieży. Wszystkie apele o to, żeby więcej czytać dzieciom, a pokazywać im mniej filmów, nie biorą się jednak z przekonania, że kino jest czymś gorszym, a są jedynie odpowiedzią na badania, które wyraźnie wskazują, że czytanie bądź słuchanie tekstu jest korzystniejsze dla rozwoju niż oglądanie ruchomych obrazów. W dzisiejszym świecie znalezienie złotego środka jest z pewnością trudniejsze niż kiedyś. Ale to od nas: rodziców, opiekunów, nauczycieli zależy, która z tych dwu dziedzin będzie dominowała w życiu naszych dzieci. Dzieci czytają dzisiaj mniej nie dlatego, że nagle zaczęły się rodzić z gorszymi ku temu predyspozycjami. Czytają mniej, bo są z każdej strony atakowane niewymagającymi i dostępnymi na wyciągnięcie ręki mediami. Słowo pisane ma w dzisiejszych czasach tak silną konkurencję, jak nigdy wcześniej. Ale to my możemy sprawić, żeby z tą konkurencją wygrywało. Uczmy dzieci obcowania z książkami, ale nie podsuwajmy im ich jak lekarstwa. Nie mówmy też: „Zamiast oglądać, lepiej poczytaj”. Po prostu sprawmy, żeby widziały, że dostają prawdziwy rarytas, skarb, którym chcemy się z nimi podzielić, a nie gorzką pigułkę.

K.Z.: „Dzielić się” – myślę, że to kluczowe. I pozwolić także dzieciom dzielić się ich fascynacjami. Bez oceniania, co jest lepsze, a co gorsze. Jeśli będziemy rozmawiać o literaturze czy filmie, siłą rzeczy włączymy je w nasze życie. Bliska mi jest wypowiedź Maćka z Telemacha w dżinsach: „W książkach też jest prawdziwe życie”. Podobnie w filmie, teatrze i sztuce w ogóle. Od dawna wierzę w to, że sztuka jest jedna, więc przeciwstawianie sobie na przykład dzieła literackiego i filmowego nie ma sensu. W dalszej części „filozoficznych” rozmyślań bohater Bahdaja wskazuje dokładnie to, czego szukam w dziele sztuki: własnego doświadczenia, przeżycia, emocji, których nie umiem sama tak zgrabnie ująć w słowa czy obrazy. To truizm, ale przecież to, co czytamy i oglądamy, kształtuje nasze wybory i postawy, bezpośrednio wpływa na życie. Ile w naszym myśleniu i mówieniu jest książkowych (ale też filmowych) „zapożyczeń”! W dzieciństwie z przyjaciółką porozumiewałyśmy się cytatami z Bahdaja, Niziurskiego, Montgomery, budując w ten sposób szczególną więź.

Mam wrażenie, że pan Tomasz swoim pytaniem wyzwolił lawinę. I poruszył zagadnienie naprawdę filozoficzne – stosunku życia i sztuki, z którym zmagają się uczeni i artyści od wieków, więc raczej go tu nie rozstrzygniemy. Zgadzam się, że trzeba zauważać i respektować granice, o których mówi pani Emilia, bo zachwianie równowagi może być groźne, na co zresztą moglibyśmy łatwo znaleźć przykłady w literaturze. Myślę, że istotny jest krytyczny stosunek do tego, co czytamy i oglądamy. To, w moim przekonaniu, powinno być podstawowe zadanie instytucji edukacyjnych na każdym etapie: z jednej strony, ośmielanie do poszukiwania własnych emocji, przeżyć i doświadczeń w sztuce, a z drugiej – zachęcanie do zadawania pytań, wątpienia, sprzeciwu. 

Chciałabym zakończyć wypowiedź optymistycznym akcentem. Od lat pytam studentów o ich stosunek do adaptacji filmowych. Znakomita większość potwierdza to, o czym mówi pani Małgorzata: zdecydowanie wolą najpierw przeczytać książkę, później obejrzeć film. Świetnie potrafią porównać oba media, często kategorycznie twierdząc, że powieść jest lepsza. Prowadząc wykłady z historii literatury, kiedy to tylko możliwe odwołuję się do dzieł filmowych, bo wiem, że nawet jeden kadr albo krótka scena ośmieli do rozmowy łatwiej niż sam tekst. I proszę mi wierzyć, młodzież czyta nie tylko to, co musi w ramach szkoły czy studiów. Wiele razy też byłam zaskoczona, jak bardzo osobiście młodzi ludzie traktują utwór literacki, jeśli tylko im na to pozwolić. Wtedy też można po raz kolejny stwierdzić, że sztuka (w tym literatura) jest do życia konieczna.

T.K.: Wydaje się, że w czasach Bahdaja wszystko było prostsze. Mieliśmy „Klasykę Młodych”, „Złoty Liść”, „Bibliotekę Młodych”, „Klub 7 Przygód”, „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców”, „Bibliotekę Błękitnych Tarcz” i „Poczytaj mi, mamo”. Część książek ukazywała się poza seriami, ale tytułów było mniej, autorzy reglamentowani, no i dużo większe nakłady. Nie mówię, że dzisiaj jest gorzej, ale inaczej i trudniej. Trudniej, choćby dla mnie jako redaktora działu dziecięco-młodzieżowego. Na rynku ukazuje się wiele tytułów, zarówno polskich autorów, jak i tłumaczeń, często w mikroskopijnych nakładach. Trafiają do mnie na biurko i muszę podejmować decyzje. Co zrecenzować, o czym wspomnieć w nocie recenzyjnej, a co przemilczeć? Chciałabym zapytać o kryteria, którymi kierują się panie przy oddzielaniu dobrego od złego w literaturze najnowszej. Jakie tytuły zasługują na wyróżnienie, jacy autorzy, serie wydawnicze?

K.Z.:Zadał pan rzeczywiście trudne i kłopotliwe pytanie. Jestem przede wszystkim literaturoznawczynią i traktuję książki literackie jako potencjalne dzieła sztuki, w związku z czym zawsze wartości artystyczne/estetyczne są dla mnie najważniejsze. Ale jak zdefiniować te wartości? Dobra literatura (jak każda sztuka) powinna mieć moc wywołania w nas przeżycia estetycznego, czyli szczególnego poruszenia, najprościej mówiąc – emocji. To nie muszą być emocje pozytywne, książka nie musi nam się „podobać”, może budzić sprzeciw, gniew, chęć dyskusji. Ważne, żeby nie pozostawiała czytelnika obojętnym. To jest mój pierwszy sprawdzian. W przypadku literatury dziecięcej ważne jest to, żeby wartościowy był nie tylko tekst, ale też ilustracje, tzw. „szata graficzna”, projekt książki jako całości.

Uważam, że co najmniej od kilkunastu lat sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest naprawdę dobra. Mamy świetne wydawnictwa ze świadomymi i znającymi swój fach redaktorkami i redaktorami, pisarki i pisarzy traktujących poważnie i odpowiedzialnie twórczość dla młodego odbiorcy, światowej sławy ilustratorów. Większość wydawnictw rozumie też, że do przekładów trzeba zatrudnić profesjonalnych doświadczonych tłumaczy. To niezwykle istotne! Mamy ostatnio wręcz „wyścig” bardzo dobrych tłumaczy klasyki dziecięcej. Czego chcieć więcej? Chyba tylko czytelniczek i czytelników. Podpowiedzią, jeśli chodzi o wybór dobrych książek, mogą być nagrody i wyróżnienia w konkursach literackich, takich jak Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY, Nagroda Literacka im. Kornela Makuszyńskiego, krakowska Żółta Ciżemka i parę innych.

Pan Tomasz wymienił serie wydawane w PRL-u. Mam wrażenie, że większość z nich to serie młodzieżowe. Dziś widzę więcej ciekawych zjawisk i książek w literaturze dziecięcej, ale może to dlatego, że takie książki wolę czytać. Wydaje mi się, że odpowiednikiem „Złotego liścia” jest w XXI wieku fantastyczna seria „Mistrzowie Ilustracji”, wznawiająca klasykę w najlepszym wydaniu. Ostatnio ukazały się ponownie „Książeczki z Misiowej Półeczki” – interaktywne książki z mojego dzieciństwa, teraz pod tytułem „Bajki z Okienkami”. Mamy wznowienia serii „Poczytaj mi, mamo”, z którą mogą konkurować współczesne „Czytam sobie” i niezwykle ciekawie zaprojektowane „Poczytaj ze mną”. Właściwie każde liczące się wydawnictwo ma swoje „okręty flagowe” – serie dla różnych grup wiekowych. Świadomie nie wymieniam wydawnictw ani tym bardziej autorek/autorów. To by zajęło za dużo miejsca, a źle bym się czuła, gdybym o kimś zapomniała…

M.S.-Z.:Zgadzam się z panią Krystyną, że pytanie dotyka wielu obszarów i trudno zawrzeć odpowiedź w krótkiej wypowiedzi. Zacznę od kryteriów, którymi się kieruję, wybierając książki. Zaznaczam, że moim zdaniem nie ma kryteriów, które byłyby obiektywne i bezstronne. Nasze wybory są subiektywne, szczególnie gdy chodzi o emocje. A dla mnie dobra książka powinna wywołać reakcję emocjonalną (tu też zgadzam się z panią profesor): radość, śmiech, płacz, gniew itp. Po przeczytaniu wartościowej książki mogę zapomnieć jej tytuł, imiona bohaterów, ale wrażenia, jakie na mnie wywarła, już nie. Jednakże, zanim przeczytam jakąś książkę, muszę ją wyłuskać z ogromnej liczby tytułów. Konkursy są dobrym wskaźnikiem dla poszukiwacza wartościowej lektury. Niestety – muszę dodać tu łyżkę dziegciu do beczki miodu – są konkursy, które darzę zaufaniem i takie, co do których mam wątpliwości (znając zakulisowe zabiegi i uwarunkowania). Co może ważniejsze, w każdym, nawet najlepiej przeprowadzonym konkursie będzie wiele pominiętych tytułów. Przykładem niech będzie choćby twórczość dla młodzieży przywołanej wyżej Piekarskiej (świetna obyczajowo i psychologicznie), która jak dotąd nie dostała nagrody w dziedzinie literatury dla młodych, a było za co ją przyznać. Z tytułów, których niesłusznie, moim zdaniem, nie zauważyliśmy, mogłabym zrobić wspaniałą listę, ale przytoczę tylko dwa:Adaś i słońLudwika Janiona i Migotnik Roberta Piuminiego. Podpowiedzią dla zagubionych czytelników może być „Złota Lista” przygotowywana przez Fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Niektórzy, szukając książki, kierują się renomą wydawcy, szczególnie małe wydawnictwa, dbające o poziom i estetykę produktu mają wiernych czytelników. Ja przede wszystkim wybieram książki pisarzy i pisarek, których twórczość zdążyłam poznać i ocenić jako wartościową (na przykład Szczygielskiego, Ryrych, Kosmowskiej i wielu innych). Liczę również na podpowiedzi znajomych zajmujących się literaturą dla młodych. Dość dobrym kryterium (choć też zawodnym) jest to, czy książkę wydał profesjonalny wydawca, czy też jej publikację sfinansował i przygotował do druku sam autor. Zwykle w tym drugim przypadku książki nie poddano redakcji i korekcie, co miewa opłakane skutki. Natomiast nie radzę kierować się tym, że książkę dla dzieci napisała osoba znana z mediów. Bycie celebrytą nie gwarantuje sukcesu w tym obszarze. W przyszłości ważnym medium zwiększającym obieg informacji o książce będzie internet – nie chodzi mi o e-booki czy audiobooki, lecz o to, by w internecie powstawały polskojęzyczne, rzetelne serwisy promujące czytanie i polecające książki (nie załatwią tego celebryci-youtuberzy, chodzi o profesjonalne serwisy z prawdziwymi redaktorami i specjalistami od książki dziecięcej).

E.K.:Na ogół kieruję się podobnymi kryteriami, ponieważ jednak literaturę dla dzieci i młodzieży czytam nie tylko ze względu na swój zawód, ale przede wszystkim jako rodzic, zwykle jest to dopiero wstęp do dalszej selekcji. Wybór książek dla dziecka to sprawa dość szczególna i wymagająca. Jako dorosły czytelnik przyjmę wszystko; najwyżej pożałuję straconego czasu albo odłożę książkę, jeśli mnie zmęczy, znudzi czy zniesmaczy. Jednak w przypadku dzieci i młodzieży literatura pełni, oprócz rozrywkowej, także funkcję formującą. Tu nie powinny się zdarzać pomyłki, dziecko powinno dostawać do rąk książkę, która będzie dla niego dobra. Oczywiście, istnieją tytuły sprawdzone (niekiedy wręcz przez pokolenia), które można podsunąć dziecku w ciemno, każdy rodzic ma też listę swoich „bezpiecznych” autorów. Ale co z nowymi autorami i tytułami? Krytycy, jurorzy konkursów, niekiedy blogerzy są tutaj bardzo pomocni; często umożliwiają oddzielenie pozycji wartościowych od byle jakich, chociaż niewątpliwie bolączką naszych czasów jest pewien nadmiar recenzji sponsorowanych przez wydawców. Wiarygodność i obiektywizm tych recenzji – w przeciwieństwie do niezależnej, profesjonalnej krytyki – mogą budzić uzasadnione wątpliwości. Uważam jednak, że zwłaszcza w zalewie nowych publikacji, w gąszczu różnorodnych, nie zawsze przez nas aprobowanych treści, idealna sytuacja to taka, kiedy rodzic, zanim da dziecku książkę, sam ją przeczyta i oceni, czy nadaje się dla tego konkretnego młodego człowieka: uwzględniając jego wrażliwość, zainteresowania, potrzeby, fascynacje, lęki. Nikt nie zrobi tego lepiej, bo nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas. To kwestia podstawowej odpowiedzialności.

M.S.-Z.: Ma pani rację, ostateczną decyzję o tym, jaka książka trafi w ręce małego dziecka, powinni podjąć rodzice (od razu pojawia się kwestia, która wykracza poza zadane pytanie: chronić czy nie chronić dzieci przed książkami na „trudne” tematy, typu śmierć, choroba itp.). Zgadzam się również z panią Krystyną – mamy dobrych autorów i coraz więcej wydawnictw dbających o staranność wydania. Z jakością redakcji bym nieco polemizowała – w skali całego rynku jeszcze nie odbudowaliśmy dawnej kadry. Uważam jednak, że rynek jest przesycony książką dla dzieci, i zgadzam się z panem Tomaszem, że trudno poruszać się w nim zarówno czytelnikom, jak i autorom. Jako recenzentka widzę nadzieję w działalności Polskiej Sekcji IBBY czy Fundacji „ABCXXI”, zaś jako autorka na przykład w Fundacji Powszechnego Czytania. Zalew publikacji nie ułatwia życia pisarzom. Bardzo nieprzyjemną wiadomością dla nich była rezygnacja (czy też ograniczenie liczby publikacji) jednego z wydawnictw, związanego od ponad stu lat z literaturą dla dzieci, z wydawania książek dla dziewięcio-, dwunastolatków i młodzieży. Poza tym nasze książki mają zbyt małe wsparcie państwa, aby przebić się za granicę. Nie ma stabilnej polityki finansowania zakupu książek przez biblioteki. Tych bolączek jest wiele, ale to na inną dyskusję…

E.K.: Pani Małgorzata zwróciła uwagę na tendencję, która daje się ostatnio zauważyć i do której nie mogę się nie odnieść – jako matka i jako autorka. Chodzi o niepokojące zjawisko wycofywania się niektórych wydawnictw – bo jest ich więcej – z publikacji powieści dla dzieci i młodzieży na rzecz książek obrazkowych i popularnonaukowych. Oczywiście rynek dyktuje warunki – ale czy rynku nie należałoby też kształtować? Nie chcę uogólniać, ale trudno nie odnieść wrażenia, że poczucie misji, niegdyś konieczne i pożądane w tej branży, systematycznie schodzi na dalszy plan, a kluczowym kryterium stają się często wyniki sprzedaży. Zapewne nie można winić za to wyłącznie wydawców, którym przydałoby się jakieś dodatkowe wsparcie, bo mimo że sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest generalnie coraz lepsza, to jednak w dalszym ciągu literatura dla najmłodszych uchodzi za „mniej ważną” – jakże niesłusznie! Słyszymy też, że młodzi ludzie czytają dziś mniej niż kiedyś, ale czy właśnie dlatego nie powinno się tym usilniej o nich walczyć? Ograniczenie liczby wydawanych powieści wydaje się jednoznaczne z rezygnacją z młodego czytelnika. Bardzo się obawiam, że taka polityka w dalszej perspektywie służy raczej intelektualnemu, emocjonalnemu i duchowemu zubożeniu odbiorców. Tymczasem już malutkie dzieci lubią słuchać – ale też opowiadać. Opowieść jako taka jest niezbędna do rozwoju. Nie da się jej zastąpić listą ciekawostek z kolejnej ilustrowanej encyklopedii. Mówiłam wcześniej o tym, że człowiek ma wrodzoną potrzebę fabuły i podtrzymuję to zdanie. Ta potrzeba się nie zmienia, tkwi w nas i należy ją pielęgnować, nie zagłuszać. Oczywiście na razie sytuacja ciągle jest dobra, szczęśliwie są wydawcy, którzy wręcz wyspecjalizowali się w wydawaniu powieści dla młodych i młodszych, ale to nowe zjawisko z pewnością trochę niepokoi.

M.S.-Z.: Ja tylko dwie uwagi, książki obrazkowe mają moc stwarzania fabuły i skłaniania do opowieści, więc broniłabym ich, pod warunkiem że całkowicie nie zastąpią książki tradycyjnej. I druga: nie tylko literatura dla dzieci uchodzi za mniej ważną, również jej twórcy są traktowani protekcjonalnie, co najdziwniejsze – także przez autorów piszących dla dorosłych. A przecież to my wychowujemy im czytelnika. 

E.K.:W obu kwestiach się z panią zgadzam i natychmiast muszę podkreślić, że w żadnym razie nie jestem przeciwniczką książki obrazkowej jako takiej; wiele z nich mnie zachwyca, sporo ich mam na własnej półce i doceniam ich ważną rolę w budowaniu wyobraźni, kształtowaniu zmysłu estetycznego i uczeniu obcowania z książką. Moje spostrzeżenie dotyczyło tylko pewnego zaburzenia proporcji wśród publikacji, które już daje się zaobserwować i na które, jak sądzę, warto zwrócić uwagę.

T.K.: Podsumowując naszą dyskusję, powiem mocno. Jest tylko jedna alternatywa: książki albo barbarzyństwo. Przed laty autorka „Nowych Książek” Halina Skrobiszewska stwierdziła, że literatura stanowi najlepszy pretekst do rozmowy „starych” i „młodych”. Dalej, że pozwala dostrzec to, co umyka naszej uwadze bądź z premedytacją jest odsuwane w odmęty świadomości czy podświadomości. Recenzentka przypomniała, że dawniej wychowawcami w szkole bywali najczęściej poloniści, a lekcje języka ojczystego przekształcały się w lekcje wychowawcze.

E.K.:Zgadzam się z panem, że zniknięcie książki oznaczałoby triumf nowego barbarzyństwa. Film jej nie wyparł, obawiam się jednak, że pojawiają się stale kolejne dla niej zagrożenia. Trudno udawać, że wartościowa literatura ma się tak samo dobrze jak kiedyś. Wierzę jednak w czytelnika i w to, że zarówno książka, jak i my, pisarze, pozostaniemy potrzebni, bez względu na wszelkie próby oddania sztuki, będącej przecież domeną człowieka, w inne, niekoniecznie ludzkie ręce. Literatura stanowi całkowicie wyjątkową gałąź twórczości artystycznej, nieporównywalny z niczym innym sposób wymiany idei i uczuć między jednostkami oraz społecznościami, unikatowy myślowy pomost łączący nawet odległe epoki. To ze względu na tę unikatowość, ale też na zdolność wpływania na język, którym się posługujemy, którym myślimy – i który poprzez to niejako nas stwarza, czyni nas takimi, jakimi jesteśmy – literatura pełni tak szczególną funkcję wychowawczą, kształtującą. I dlatego, tak wierzę, nieprędko ujrzymy jej koniec.

T.K.:Miejmy nadzieję, że nigdy tego końca nie będzie.

K.Z.:Są dwie książki, o których chciałabym na zakończenie wspomnieć. Jedna toCo czytali sobie, kiedy byli mali? (2014), w której Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski rozmawiają ze znanymi osobami o lekturach z dzieciństwa, m.in. z Jerzym Bralczykiem, Bohdanem Butenką, Januszem Gajosem, Krystyną Jandą, Kazikiem Staszewskim, Agą Zaryan… Druga powstała dzięki śląskim badaczkom literatury, Iwonie Gralewicz-Wolny i Beacie Mytych-Forajter, które poprosiły koleżanki z uczelni o napisanie szkicu na temat wybranej pozycji z literatury dziecięcej (Par coeur. Twórczość dla dzieci i młodzieży raz jeszcze,2016). Obie książki dowodzą, jak ogromny wpływ na nasze późniejsze wybory ma to, czego słuchaliśmy lub co już sami czytaliśmy jako kilku- czy nastolatki. Czasem uświadamiamy sobie to oddziaływanie z wielką mocą, jak Janina Ochojska, opowiadająca o lekturze z dzieciństwa, która „zadecydowała o [jej] dalszym życiu”. A czasem przypadkiem ze zdziwieniem odkrywamy w dawno wydawałoby się zapomnianym utworze źródło swoich inspiracji, upodobań, także uprzedzeń i lęków… Warto sobie zadać pytanie, co zawdzięczamy książkom z pokoju dziecinnego i warto o tym opowiadać… Dzieci i młodzież uwierzą w wartość czytania, jeśli podzielimy się z nimi swoim doświadczeniem.

M.S.-Z.:Piszący dla dzieci spełniają postulat pani Krystyny na każdym spotkaniu autorskim (szkoda, że spotkań z pisarzami nie wprowadzono do programu nauczania). Wracając jednak do pytania: skutkiem braku oczytania są m.in. nieumiejętność zrozumienia poglądów innych niż nasze, nieprzewidywanie następstw podejmowanych działań, brak wrażliwości. Nasze społeczeństwo, które czyta wyjątkowo mało, jest tego świadectwem. Uważam, że nie ma lepszego wychowawcy od dobrej książki, ważne więc, aby znalazły się w niej przykłady empatycznych postaw.

Nie wiem, jaką formę przybierze książka przyszłości, jestem jednak pewna, że przetrwa, ponieważ potrzeba opowieści (ich przekazywania i słuchania) jest w nas głęboko zakorzeniona od czasów malarstwa naskalnego poprzez literaturę oralną po druk i audiobooki. Będą to również książki tworzone przez sztuczną inteligencję. Czy jej teksty staną się konkurencją dla naszych książek, czy będą impulsem do sięgnięcia po tytuły stworzone przez człowieka? Zobaczymy.

Nowe Książki 

2023

niedziela, 18 października 2026

W stronę światła. Z prof. Henrykiem Skolimowskim rozmawia Mikołaj Niedek

 

Urodził się Pan w 1930 roku. Jako 14-letni chłopak wspierał Pan warszawskich powstańców. Po wojnie wstąpił Pan do Szkoły Muzycznej, a w 1950 r. na Wydział Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. Skąd zainteresowanie filozofią?

Prof. Henryk Skolimowski: Jednym z niewielu ocalałych po wojnie budynków w Warszawie była biblioteka na Koszykowej. Tam można było znaleźć odskocznię od przygnębiającej powojennej rzeczywistości i zagłębić się w świat lektur. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z wielkimi dziełami literatury. Natrafiłem na dzieła starożytnych filozofów greckich, zafascynował mnie Platon.

To skąd pomysł na inżynierię?

Poszedłem na studia techniczne, bo wydawały mi się wolne od ideologii marksizmu-leninizmu. Od końca lat 40. była już widoczna komunistyczna indoktrynacja, szczególnie w przedmiotach humanistycznych. Jednak cały czas ciągnęło mnie w stronę filozofii. Atmosfera ideologiczna na uczelni po śmierci Stalina w 1953 roku nieco się rozluźniła i zacząłem uczęszczać na seminaria filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim.


Spacer, Suwalszczyzna 1995 r. Fot. Archiwum państwa Niedek
Kiedy Pan tam wstępował, dominował z jednej strony marksizm, a z drugiej filozofia analityczna, rozwinięta wcześniej przez słynną szkołę lwowsko-warszawską z takimi gwiazdami filozofii, jak Kazimierz Ajdukiewicz i Tadeusz Kotarbiński.

Byli nie tylko znakomitymi myślicielami, ale przeciwstawiali się w jasny sposób różnym atakom i zarzutom ideologicznym, przedkładając rzeczową argumentację. Ale przede wszystkim mieli klasę. Pokazywali, kim jest filozof, kim może być człowiek. Chciałem być z nimi, nie ze snobizmu, ale po prostu mnie to fascynowało.

Uczyli samym sobą?

To była nie tylko szkoła filozofii, ale i szkoła życia. Szkoła samozaparcia. Wola stawania w prawdzie, bez względu na przeciwności i konsekwencje. Filozofia analityczna nauczyła mnie precyzji i odwagi używania własnego rozumu. Człowiek bojaźliwy nie jest w stanie przeciwstawić się atakom ortodoksji. Trzeba mieć siłę intelektualną, aby nie dać się zakrzyczeć tym, którzy uważają, że zawsze mają rację. Kotarbiński kładł też nacisk na samodzielność myślenia. Powtarzał, że myślenie filozoficzne nie polega na podążaniu za mistrzem, w jego cieniu, lecz że jest to samodzielna wędrówka.

W swojej autobiografii The Lotus and the Mudi, wydanej w 2011 r., wspomina Pan, że wtedy był na wszystko czas. Nikt się nigdzie nie spieszył. Jeszcze w czasie studiów na Politechnice zaczął Pan jeździć w góry. Do dziś z rozrzewnieniem wspomina Pan Tatry. Choć w latach 50. było chyba skromnie...

Było skromnie, ale wspaniale.

To jak było?

W Morskim Oku było schronisko, właściwie wielka stodoła z kilkudziesięcioma pryczami, gdzie spali taternicy. Można było wcisnąć się ze śpiworem i o 3–4 rano zaczynać wyprawy w Tatry Wysokie. Kochaliśmy to Morskie Oko.

Wspinał się Pan?

Tak, szczyty w Dolinie Pięciu Stawów były najlepsze do wspinaczki.

Na Mnicha się Pan wspiął?

Wspiąłem. Zrobiłem Wielkiego Mięgusza, wszystkie trzy szczyty mięguszowieckie. To była najlepsza rzecz, jaką wtedy robiliśmy.

Czego uczą góry? Pokory?

Inspiracji, odwagi, samozaparcia, umiejętności przetrwania w trudnych warunkach. No i wielkiego zachwytu, gdy jest się na szczycie, skąd roztacza się inny świat.

Jak w jednej z sentencji Pana Profesora: „Nie osiągamy skończonych szczytów, są wciąż nowe horyzonty”. A skąd mieliście sprzęt do wspinaczki – pożyczaliście od taterników?

Nie, każdy miał własny. Haki, raki, liny. Podpatrywaliśmy taterników, jak oni to robią. Jeden zapytał: „Chciałbyś spróbować?”. „Oczywiście!” – powiedziałem. I tak się zaczęło. Doznawało się eliksiru odwagi i strachu. Można było łatwo polecieć...

Dlaczego góry, Tatry, Alpy, Himalaje, są takie ważne dla człowieka? Pokazują mu jego skromność, miejsce w porządku bytu, jakąś transcendencję?

Raczej symbiotyczną relację między górą a tobą... To, co jest ważne w relacji między człowiekiem a górą, to jest coś, co trzeba przeżyć i nie da się tego wypowiedzieć. Jeśli ktoś cię w góry właściwie wprowadził, to już cię ciągnie...

Wróćmy jednak do filozofii. Choć polskiej filozofii analitycznej poświęcił Pan doktorat, obroniony w Oxfordzie w 1963, ostatecznie porzucił Pan ten idiom filozofowania.

Już w Oksfordzie, gdzie podjąłem studia doktorskie w St. Anthony College w 1959 r., zaczęło narastać moje rozczarowanie jałowością filozofii lingwistycznej i analitycznej. Była wspaniała i inteligentna, a mimo to w środku pusta. W pewnym momencie ta nadmierna higiena i sterylność myśli zaczynały uwierać samych analityków. Na jednym z seminariów Ajdukiewicza obecni na nim logicy naciskali na potrzebę sformalizowania wszystkiego, co mówił – zapisania tego w ścisłym języku logicznych symboli – na co Ajdukiewicz stracił cierpliwość i odpowiedział: „Panowie, filozofia ma treść, a wy chcecie z niej zrobić sformalizowaną grę!”. Ajdukiewicz, w prywatnej rozmowie w swoim mieszkaniu, wyznał mi w 1962 r.: „Straciłem zbyt wiele czasu na problemy semantyczne”. Pod koniec życia doszedł do wniosku, że to zaabsorbowanie systemami logicznymi i dedukcyjnymi było formalną grą, a nie rozwiązywaniem rzeczywistych problemów filozoficznych. W tym to właśnie świetle widzę nieuleczalną słabość większości dokonań filozofii analitycznej. Wprawdzie w tym idiomie, w którym specjalizacja i ścisłe rezultaty, oparte na analizach semantycznych, są uważane za główną funkcję filozofii, polska filozofia ma wielkie dokonania i przeszła do historii. Musimy jednak być świadomi, że idiomy filozoficzne się zmieniają. Obecnie jesteśmy w zupełnie innym świecie, wymagającym innych idiomów filozoficznych.

To co spowodowało u Pana odmienne spojrzenie na filozofię?

Antidotum na filozofię analityczną znalazłem w filozofii Karla Poppera. Popper wykładał w Londynie, kiedy kończyłem swą dysertację w Oksfordzie w 1963 r. Aby otrząsnąć się z dusznej atmosfery Oksfordu, przeniosłem się do Londynu i zacząłem uczestniczyć w jego seminariach.

Jaką rolę odegrał w rozwoju Pańskiej ścieżki filozoficznej Karl Raimund Popper?

Popper podważył całą racjonalistyczną strukturę zachodniej tradycji filozoficznej. Zauważył, że skoro Einstein wykazał, iż fizyka Newtonowska nie jest ani absolutna, ani wieczna, to nie ma powodu, by przypuszczać, że jakakolwiek forma wiedzy jest absolutna. Tym samym wszelka wiedza, w tym wiedza naukowa, jest prowizoryczną i zmieniającą się budowlą.


Fot. Ela Staszczyk
Czyli poznawczy relatywizm?

Konsekwencje krytycznego racjonalizmu Poppera sięgnęły daleko, a jedną z nich stała się niechęć filozofów i naukowców do mówienia o prawdzie i rzeczywistości. Czym bowiem jest prawda i czym jest rzeczywistość, jeśli cała wiedza ma charakter tymczasowej struktury? Jednym z kanonów metodologii Poppera jest nieustająca krytyka. Należy być zawsze krytycznym wobec wszystkich teorii, w tym także własnej. Ta postawa pozwoliła mi jednak wyzwolić się z więzów filozofii analitycznej, a we właściwym czasie także z ograniczeń samej filozofii Poppera. Filozofią nauki Poppera zajmowałem się jeszcze przez kilka lat, prowadząc seminaria na Uniwersytecie Południowej Kalifornii w Stanach Zjednoczonych.

Popper związany był wcześniej ze słynnym ośrodkiem filozofii empirycznej – tzw. Kołem Wiedeńskim. W kole tym udzielał się również norweski filozof Arne Naess. Obaj wyszli z tygla logicznego empiryzmu Koła Wiedeńskiego, podobnie jak Pan z analitycznej Szkoły Lwowsko-Warszawskiej. W jubileuszowej księdze z okazji 25-lecia filozofii ekologicznej pt. „Wokół Eko-filozofii” (2000) w artykule Eko-filozofia – powrót do mądrości napisałem, że droga do sanktuarium filozofii ekologicznej wiedzie przez czyściec filozofii analitycznej. Za głównych twórców nowego sposobu myślenia – filozofii ekologicznej – uznaje się właśnie Pana i Arne Naessa.

Z Arne Naessem poznaliśmy się w 1967 roku. W pierwszych latach naszej znajomości byliśmy sobie bardzo bliscy. Na moje zaproszenie wygłosił wykład w Dartington Hall w Londynie, a ja odwiedziłem go w Oslo. Korespondowaliśmy ze sobą niemal do końca, gdy zmarł w 2009 r. w wieku 97 lat. Ceniłem go za szerokie horyzonty i tolerancję, którą miał o wiele większą, niż mieli inni propagatorzy ekologii głębokiej, pragnący rozstrzygać, co jest poprawną filozofią ekologiczną, a co nią nie jest.

W istotę tych różnic nie będziemy teraz wnikać. Sądzę, że o wiele więcej Was łączy, w tym podobna droga rozwoju intelektualnego. Jako filozofowie obaj wyszliście ze szkół filozofii analitycznej. Mieliście też podobne zamiłowanie do gór. Czy tylko wybitni filozofowie analityczni mogą zajść na tyle daleko w swym rozwoju myślowym, aby zacząć dostrzegać ograniczenia tej filozofii i zacząć głosić otwarcie filozofię bliższą życiu?

Dostrzegać ograniczenia filozofii analitycznej, a otwarcie je ogłosić, to dwie różne rzeczy. Minimalizm filozoficzny szkoły analitycznej uwierał wielu wybitnych filozofów, ale byli w stanie przyznać się do tego jedynie w prywatnych rozmowach, czego doświadczyłem u Ajdukiewicza i Quine’a. Naess i ja mieliśmy odwagę to zrobić otwarcie. W 1970 r. Naess zrezygnował nawet z pracy akademickiej, aby poświęcić się działalności w ruchu ekologicznym.

To jak zaczęła się Pana „przygoda” z filozofią ekologiczną? Dlaczego ona w ogóle powstała?

Początkowo to nowe spojrzenie określałem mianem humanizmu ekologicznego. Pod tym tytułem ukazał się mój pierwszy esej w 1974 r., w którym zawarłem główne idee nowego kierunku. Wyraziłem je na sympozjum w Londynie pt. Beyond alternative technology: What next? Świat nie jako maszyna, ale świat jako sanktuarium. Wiedza nie jako manipulacja, lecz poznanie głębi człowieka i świata. Z idei świata jako sanktuarium wypływa cała aksjologia ekofilozoficzna – szacunek i cześć dla wszelkiego życia, odpowiedzialność za nie, empatia i troska, a przede wszystkim partycypacja – współudział i świadome współuczestnictwo w kosmicznym porządku bytu i w jego rozwoju – ewolucji. Rekapitulację nowych idei zawarłem w wydanej w 1981 r. Eco-Philosophy: Designing New Tactics for Living, a następnie w przetłumaczonej na polski w 1993 r. Filozofii żyjącej. Eko-filozofia jako drzewo życia.

Wyróżnikiem filozofii ekologicznej jest właśnie skoncentrowanie na życiu, a nie na języku, jak w przypadku akademickiej filozofii analitycznej.

W Filozofii Żyjącej przedstawiłem główne cechy różniące filozofię ekologiczną od analitycznej. Ekofilozofia jest zaangażowana we współczesne problemy ekologiczne, społeczne, kulturowe i cywilizacyjne, od których separuje się filozofia analityczna, skoncentrowana na analizach znaczeniowych i logicznych. Wnikać w różnice semantyczne zdań możemy w nieskończoność, aż do całkowitego zaniku życia na Ziemi! Rezygnując z wielkich pytań i prób wypracowania spójnych wizji świata, filozofia wyrzeka się swojej istoty. Wielkie pytania o naturę świata, człowieka, życia, przeznaczenia, wartości, piękna, leżały u podstaw starożytnego projektu filozofii i wielkości starożytnych myślicieli, jak Heraklit, Anaksagoras, Sokrates czy Platon. Najszerszym obszarem refleksji była u starożytnych filozofia przyrody. W toku rozwoju filozofii europejskiej miejsce refleksji nad światem zaczęła coraz szerzej zajmować refleksja nad człowiekiem i nastąpił rozwój nowożytnego humanizmu.

No właśnie, gdzie leżą źródła współczesnego kryzysu ekologicznego – w nowożytnym antropocentryzmie?

Od czasów nowożytnych postępował, począwszy od Bacona, Kartezjusza, Newtona, rozwój matematycznego przyrodoznawstwa i mechanicyzmu. Koncepcja wiedzy jako potęgi, kartezjański dualizm ciała i ducha, wizja Newtona przedstawiająca świat jako wielki zegar, następnie Oświecenie – przygotowały grunt pod rozwój współczesnej cywilizacji technicznej i w konsekwencji naszych problemów ekologicznych i cywilizacyjnych. Genezę współczesnego kryzysu ekologicznego i jego przejawów społecznych i kulturowych podjąłem w wielu swoich książkach.

A co się stało z filozofią?

Główny nurt filozofii uległ pozytywistycznemu racjonalizmowi i empiryzmowi, skupiając się na języku i jego analizach, czego kulminacją była filozofia brytyjska, w Polsce Szkoła Lwowsko-Warszawska, a w Austrii Koło Wiedeńskie. Nie znaczy to oczywiście, że cała filozofia uległa pozytywistycznemu paraliżowi, ale samo określanie przez akademików tych odmiennych nurtów mianem „filozofii nieanalitycznej”, czyli jakiejś „gorszej”, bo światopoglądowej, wiele mówi. Filozofia stała się muzealną historią filozofii, pieczętując tym samym rozbrat z życiem i wyobcowanie się z niego. Również etyka wyrzekła się odwagi wypowiadania się, czym są dobro i zło, skupiając się na historii moralności i analizach tego pojęcia. Etyki takie jak utylitaryzm czy pragmatyzm, to żadne etyki, a ich skutkami są powszechne współcześnie relatywizm i nihilizm. Odrodzenie prawdziwej filozofii, odpowiadającej na potrzeby współczesnego człowieka i jego problemy, nastąpiło moim zdaniem właśnie na gruncie refleksji nad przyczynami kryzysu ekologicznego, wynikającego z niespotykanej dotąd w dziejach ludzkości skali ingerencji człowieka w przyrodę, cykle ekologiczne i z niszczenia naturalnych środowisk.

W książce „Zielone Oko Kosmosu” (2003), w rozmowie z J. K. Góreckim stwierdził Pan, że „dla filozofa nie może być większej satysfakcji, jak skonstatowanie, że jego idee stapiają się z codziennym życiem. Największym wyróżnieniem, ba, nawet tryumfem, dla ekofilozofii będzie, jeśli zniknie ona z języka jako »ekofilozofia«, a zostanie stopiona z życiem w takim stopniu, że nikt nie będzie świadomy, że jest to ekofilozofia”.

Tak, ekofilozofia od początku kładła nacisk na potrzebę zmiany nie tylko naszej świadomości, ale i całościowej postawy wobec życia i świata – całego stylu życia na bardziej zrównoważony i ekologiczny. Jakiż pożytek możemy mieć z filozofii, jeśli nie uczy nas jak żyć? Szczególnie dziś, w dobie bezprecedensowych problemów i wyzwań cywilizacyjnych, ekologicznych, egzystencjalnych, społecznych i kulturowych. Eko-filozofia jest próbą dostarczenia całościowej, holistycznej wizji człowieka, natury i całego kosmosu, zjednoczonych procesem ewolucji, zmierzającej do coraz większego poziomu złożoności, wrażliwości i duchowości. To, co niszczy tę różnorodność, przyrodniczą i kulturową, jak i ludzką wrażliwość na dobro, piękno, prawdę, miłość, sprawiedliwość dla wszystkich, jest sprzeczne z ideą życia i mu nie służy.

To jakie wartości proponuje współczesnemu człowiekowi eko-filozofia?

Kluczem do zmiany jest odrzucenie mechanicyzmu i przyjęcie kosmologii ekologicznej. Kosmologia w znaczeniu filozoficznym to fundamentalne założenia na temat natury świata i istnienia. W kosmologii mechanistycznej świat widziany jest jako wielki zegar, a my jesteśmy w nim małymi, niewiele znaczącymi trybikami. Eko-filozofia opiera się na wizji świata jako sanktuarium. Z tego wynikają wskazówki, jak mamy się w takim świecie zachowywać, a także cała gama wartości: rewerencja dla życia i wszelkich istot żywych, empatia, czyli współodczuwanie, odpowiedzialność za życie własne, innych i całej planety, solidarność i sprawiedliwość nie tylko dla ludzi, ale dla wszystkich istot żywych i przyszłych pokoleń, umiarkowanie w konsumpcji, zrównoważony rozwój.

Z Naessem łączy Was też szacunek i podziw dla wielu postaci, jak np. Mahatmy Gandhiego.

Tak, koncepcja walki o ideały bez użycia przemocy – ahimsa – którą wyznawał Gandhi, jest mi szczególnie bliska. Postacie takie jak Gandhi, Albert Schweitzer, Matka Teresa z Kalkuty, Jan Paweł II, Dalaj Lama, a w średniowieczu Św. Franciszek z Asyżu, pokazują, jak walczyć, wywierać wpływ i zmieniać świat bez siły militarnej. Przemoc wpisana jest jednak głęboko w strukturę zachodniej cywilizacji. Kolonializm, imperializm i eksploatacja ekonomiczna krajów Południa, która trwa do dzisiaj, eksploatacja zasobów przyrodniczych i zwierząt, to tylko niektóre przejawy tej strukturalnej przemocy. Całe myślenie obiektywistyczne i analityczne jest przeżarte duchem instrumentalizmu, manipulacji i uprzedmiotowienia. Tej samej patologii ulegają stosunki międzyludzkie i cała kultura zachodnia. Miałkość żywotnych sił duchowych naszej cywilizacji odpowiada też za współczesny kryzys cywilizacji. Zupełnie inaczej sytuacja przestawia się w Indiach, które mimo niedostatków ekonomicznych, choć to też jest rzecz względna, są duchowo silne i żywotne. Pamiętam, jak Matka Teresa z Kalkuty, którą miałem zaszczyt kilkakrotnie spotkać w swym życiu, zapytana po wizycie w Stanach Zjednoczonych, co sądzi o ich dobrobycie w porównaniu z indyjską biedą, odpowiedziała: „Takiej nędzy duchowej jak w Ameryce nie widziałam nigdzie”.

Obok refleksji filozoficznej interesował się Pan również sztuką, szczególnie muzyką i rzeźbą, ale i architekturą. Czy jest jakiś związek między rzeźbą a filozofią? No może poza słynną rzeźbą Rodina „Myśliciel”.

W swojej eko-filozofii starałem się pokazać głęboki związek między kreatywnością ewolucji, ludzkiego umysłu i sztuki. Nasza filozofia i postawa wyrażają się w naszych dziełach. Nie tylko w dziełach literackich i artystycznych, ale i w architekturze. Początkowo idee eko-filozoficzne rozwijałem właśnie w środowisku architektów i prezentowałem je na łamach pism architektonicznych.

Słynnym architektem, który budował ekologiczne miasto Arcosanti w Arizonie w latach 70. był Paulo Soleri.

Tak, partycypowałem w tym przedsięwzięciu, prowadząc ze studentami tam pracującymi seminaria filozoficzne.

Pisze Pan o tym, jak i o innych próbach budowy alternatywnych społeczności na świecie w swej autobiografii. Przejdźmy jednak od samej architektury do sztuki i filozofii. Krytykę sztuki i filozofii współczesnej przedstawił Pan już w swojej książce „Zmierzch Światopoglądu Naukowego” wydanej w Londynie w 1974 r. W jakim jednak kierunku powinny w takim razie podążać filozofia i sztuka? Bo chyba te obie, istotne dla naszego człowieczeństwa, dziedziny jeszcze się nie wyczerpały...

Pomysł na nowe kierunki narodził się w trakcie seminariów w Helsińskiej Akademii Sztuk Pięknych prowadzonych w drugiej połowie lat 90. Starając się trochę sprowokować do dyskusji tamtejszych artystów i studentów, pytałem: „dlaczego jesteście tacy niemrawi”? Czemu nie jesteście artystami? Powiedzieli: „nie jesteśmy gorsi, niż nasi poprzednicy!”. Powiedziałem: „Tak, ale nie jesteście też lepsi”! Pytali więc, może trochę z żalem i pretensją, „to co mamy robić?”. Odpowiedziałem „Bądźcie rzeźbiarzami, którzy rzeźbią światło!”.

Chyba zadanie arcytrudne. Światło to raczej wyjątkowo mało plastyczny materiał...

Byli trochę wstrząśnięci, ale zapytali: „dobrze, ale jak to zrobić?” Powiedziałem: nie zastanawiajcie się jak to zrobić, lecz zacznijcie to robić! I to był właśnie początek mojej koncepcji sztuki jako światła. Sztuka jest światłem? To niemożliwe! Idea ta jednak wydała się wielu inspirująca i odsłoniła nowe horyzonty.


Henryk Skolimowski. Fot. Autor fotografii nieznany
Jak w sentencji „Powinniśmy wyznaczać sobie cele poza zasięgiem naszych rąk, bo inaczej po cóż jest niebo?”. Ostatecznie jednak nikt nie podjął się zadania stworzenia rzeźby światła...

Nurtowało mnie to. Starałem się im otworzyć oczy, żeby stali się wizjonerami i profetami nowych horyzontów. W greckiej wiosce Theologos, gdzie wcześniej prowadziłem przez wiele lat seminaria filozoficzne w plenerze, zacząłem obrabiać bryły tamtejszego marmuru.

W 2000 r. zorganizował Pan w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku wystawę pt. „W stronę rzeźby światła”, gdzie zaprezentował Pan rzeźby swoje i żony Juanity.

Tak. Jeden z tamtejszych artystów podchwycił ideę sztuki jako światła, ale powiedział, że jej realizacja może nam zająć 300 lat. Odpowiedziałem: „Co? Tylko tyle!?”.

Przy odpowiedniej perspektywie można powiedzieć, że to zadanie jednak się Panu udało. Rzeźby z białego greckiego marmuru doskonale odbijają światło, wyrażając formę i treść, którą nadał im twórca.

Henryk Skolimowski urodził się w 1930 r. w Warszawie. Ukończył Politechnikę Warszawską, a następnie Uniwersytet Warszawski, gdzie uzyskał magisterium z filozofii pod kierunkiem Tadeusza Kotarbińskiego. Doktorat uzyskał w Oxfordzie w 1964 r. Wykładał na uniwersytetach amerykańskich do 1993 r., głównie Południowokalifornijskim i Ann Arbor w Michigan. Jest autorem ponad 40 książek przetłumaczonych na kilkanaście języków i ponad 500 artykułów. Autor eko-filozofii, koncepcji umysłu partycypującego, eko-teologii, tomików wierszy i rzeźb w marmurze. Ostatnie prace Profesora poświęcone są filozofii światła.

Mikołaj Niedek (ur. 1976) – absolwent Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego (1999). Doktorat uzyskał na Wydziale Ekonomii i Zarządzania UwB (2009). Autor ponad 30 artykułów z zakresu koncepcji zrównoważonego rozwoju. Zarządza projektami edukacyjno-ekologicznymi w organizacjach pozarządowych. Uczeń profesora Henryka Skolimowskiego.

Henryk Skolimowski

Idź

Idź, spaceruj w obłokach –
Zmierzch nie ogarnie tych,
Którzy przyjaźnią się z gwiazdami.

Idź i uzdrawiaj złamane gałęzie
Drzew i serc człowieczych –
Miłość wystarczy ci za całą sztukę.

Idź i płacz razem z rzekami,
Zapłacz z nowo narodzonymi –
Każdy potrzebuje ciepłej łzy
Z oczu widzących jasno.

Idź i śpiewaj, jeśli potrafisz,
Idź i lamentuj, jeśli musisz –
Światu nie brakuje niczego,
Jeśli jesteś na dobrej drodze.

Wykaz książek autorstwa prof. Henryka Skolimowskiego
Ocalić Ziemię – Świt filozofii ekologicznej, Warszawa 1991.
Medytacje o prawdziwych wartościach człowieka który poszukuje sensu życia,Wrocławska Oficyna Wydawnicza Astrum, Wrocław 1991.

Nadzieja Matką Mądrych, Biblioteka Ery Ekologicznej Towarzystwo Przyjaciół Filozofii Ekologicznej, Warszawa 1993.

Filozofia Żyjąca. Eko-filozofia jako Drzewo Życia, Wydawnictwo Pusty Obłok, Warszawa 1993.

Technika a Przeznaczenie Człowieka, Wydawnictwo ETHOS, Warszawa 1995.

Święte Siedlisko Człowieka, Centrum Uniwersalizmu przy Uniwersytecie Warszawskim, Polska Federacja Życia, Warszawa 1999.

Wizje Nowego Millenium, Wydawnictwo EJB, Kraków 1999.
Zielone Oko Kosmosu. Wokół Ekofilozofii w Rozmowie i Esejach, Wydawnictwo Atla 2, Wrocław 2003.

Geniusz Światła a świętość życia, Biblioteka Filozoficzna, Oficyna Wydawnicza Vega, Warszawa 2007.

https://dzikiezycie.pl/

Zabawa w śmierć

 

7 maja 1999 roku o godzinie 23:46 czasu lokalnego, amerykański bombowiec strategiczny B-2 Spirit zrzucił pięć kierowanych bomb na budynek chińskiej ambasady w Belgradzie. Stany Zjednoczone (CIA) przyznały, że był to błąd spowodowany użyciem nieaktualnych map i złych współrzędnych – celem miała być oddalona o kilkaset metrów jugosłowiańska dyrekcja ds. zaopatrzenia. Wydarzenie wywołało ogromny kryzys dyplomatyczny; Stany Zjednoczone wypłaciły później Chinom odszkodowanie.

28 lutego 2026 roku o godzinie 10:45 czasu lokalnego, amerykański pocisk rakietowy Tomahawk trafił w szkołę w Minab. Zginęło ponad 175 osób, w większości dzieci w wieku 7–12 lat. Armia USA użyła nieaktualnych danych wywiadowczych (DIA). Budynek szkolny w przeszłości stanowił część bazy wojskowej Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i w systemach celowniczych figurował jako obiekt militarny, mimo że przed 2016 rokiem został całkowicie oddzielony murami i przekształcony w placówkę cywilną.

Wojna w Iraku i Syrii. Opublikowane przez The New York Times poufne dokumenty (tzw. Civilian Casualty Files) wykazały, że tysiące cywilów zginęło w amerykańskich nalotach z powodu „efektu potwierdzenia” (confirmation bias) i bazowania na starych raportach terenowych.

Wojsko brało uciekających cywilów za bojowników, nie wiedząc, że układ sił w danym kwartale ulicy zmienił się kilka godzin wcześniej.

Przedstawione powyżej autentyczne wydarzenia, oprócz ludzkiej tragedii, mają wspólny proces podejmowania decyzji o zabójstwie. Opierał się na fałszywych danych pochodzących od wywiadu służb specjalnych. Decydujący o tych atakach opierali się na nieuzasadnionej wierze w nieomylność informacji wywiadowczych. Technokracja postanowiła posunąć się jeszcze dalej – buduje się armie robotów killerów działających na algorytmach i danych pochodzących z takich właśnie źródeł. Chcą zastąpić omylnych ludzi, omylnymi programami, zwanymi potocznie sztuczną inteligencją.

Przecież sztuczna inteligencja jest dużo bardziej efektywna od inteligencji ludzkiej! Tak twierdzą technokraci. Sztuczna inteligencja, pomimo wielkiego rozgłosu po prostu nie istnieje. Mamy do czynienia jedynie ze sztucznym oprogramowaniem karmionym przez skrupulatnie dobrane zbiory danych.

Wystarczy jej zapytać: kto stoi za wymyśloną pandemią kowida? Otrzymacie taką lub podobną odpowiedź:

Pandemia COVID-19 nie została wymyślona – została wywołana przez realnie istniejącego wirusa SARS-CoV-2, a jej wybuch oraz przebieg są udokumentowane przez globalne instytucje naukowe i medyczne, takie jak Światowa Organizacja Zdrowia (WHO).

Odpowiedź wcale mnie nie dziwi, ponieważ SI nie ma dostępu do setek badań naukowych dowodzących spiskowe (w praktyce, nie w teorii) pochodzenie pandemii.

Co stanie się z ludzkością, gdy technologia będzie w stanie rozpoznawać, klasyfikować, śledzić, a w końcu zabijać ludzi, a ci, którzy przeprowadzają ataki, nigdy ich nie widzieli? Mój przyjaciel Mohammad Reza Dehshiri zadał właśnie to pytanie, a jego odpowiedź jest bardzo przekonująca. Niebezpieczeństwo, jak pisze, nie leży w sztucznej inteligencji, lecz w sztucznym braku człowieczeństwa – czyli w możliwości, że maszyny staną się coraz bardziej precyzyjne właśnie wtedy, gdy ludzie przestaną czuć się odpowiedzialni za to, co te maszyny robią w ich imieniu.

Tak rozpoczyna swój sobotni artykuł na strategic-culture.su Lorenzo Maria Pacini: Inteligencja ludzka, sztuczna inteligencja i przyszłość wojny algorytmicznej. Źródło. Źródło w języku angielskim jest dostępne przy użyciu bezpłatnej przeglądarki TOR.

https://strategic-culture.su/news/2026/10/10/human-intelligence-artificial-intelligence-and-the-future-of-algorithmic-warfare/

Nie sądzę, żeby rząd Stanów Zjednoczonych celowo bombardował chińską ambasadę, lub szkołę w Iranie. To nie poprawia i tak już mocno podupadłej reputacji tego upadającego imperium. Możliwe, że ktoś ze służb specjalnych celowo karmi bazę danych fałszywymi informacjami, by zaszkodzić obecnej ekipie rządzącej. Jednak najbardziej prawdopodobna jest zwykła ludzka pomyłka i nierzetelność podczas wykonywania pracy wywiadowczej.

Odpowiedzialność za zbrodnię spada jednak zawsze na osobę, która opierając się na tych przekręconych danych, podejmuje decyzję o ataku. To właśnie ci ludzie mają obowiązek weryfikacji otrzymanych danych. Przyznaję – nie zawsze jest to łatwe. Jeśli jednak od tego zależy życie wielu niewinnych ludzi, to cena za błąd jest zbyt duża. Dlatego właśnie są tendencje w kierunku autonomicznych decyzji maszyn zabójców, by w przyszłości ominąć takie kłopoty i zwalić winę na samo-decydującą technologię.

Politycy są jedynie bezwolnym narzędziem w rękach szarych eminencji. Im głupszy, tym łatwiej można nim sterować.
Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

17. października 2026 Marek Wojcik world-scam/zabawa-w-smierc

sobota, 17 października 2026

Zaginiony niemiecki dyplomata mieszkał na plaży w Merseyside przez 30 lat


Niewiele wiedziano o charakterystycznej, drobnej postaci, która spędziła 30 lat na linii brzegowej w Wallasey. Pochylony człowiek z dużym wąsem, Frederik Kreuger, mieszkał w szeregu małych chat wznoszonych na plaży.
Frederik Kreuger pojawił się w Wallasey w latach 70. XIX wieku i stał się lubianą lokalną postacią, mimo że unikał kontaktów z ludźmi.

Pochodził z Meklemburgii, a jego rodzina należała do osobistego personelu cesarza Prus. Po ukończeniu studiów uniwersyteckich praktykował prawo, był także pianistą koncertowym oraz kompozytorem. Był uczonym biegłym w grece i łacinie, a także płynnie posługiwał się językiem angielskim, francuskim i włoskim. Jako członek niemieckiego korpusu dyplomatycznego miał udać się do Pekinu, aby reprezentować swój kraj, lecz zamiast tego przybył do Anglii.

Przez około 30 lat mieszkał w rejonie Wallasey Village, spędzając ostatnie 20 lat jako samotnik w chacie z blachy falistej na terenie pól golfowych Wallasey Golf Club, przy Green Lane. Nie miał w Anglii żadnych krewnych, a jego głównym źródłem dochodu był niewielki zasiłek przesyłany z Niemiec. Pieniądze te ledwo wystarczały na jego utrzymanie, dlatego niektórzy z mieszkańców, darząc go sympatią, przekazywali mu datki z dobroczynności.

Jego chaty, gdy otwarto je po jego odejściu, okazały się wypełnione książkami i dokumentami, w tym partyturami Mozarta i Wagnera, klasycznymi tomami napisanymi w starożytnej grece i łacinie oraz dziełami napisanymi przez samego Kreugera.

Zmarł w samotności i ubóstwie w marcu 1909 roku. Został pochowany 13, kiedy lokalni mieszkańcy złożyli się wspólnie na jego pogrzeb. Tajemnica tego, dlaczego porzucił swoje dawne życie, by zamieszkać w odosobnieniu w Wallasey, odeszła razem z nim.

https://varapanno.blogspot.com/2026/10/the-hermit-of-wallasey-village.html

**
W niemieckich źródłach historycznych czy tamtejszej prasie nie ma praktycznie żadnych bezpośrednich, publicznych wzmianek ani artykułów poświęconych jego postaci.
Cała wiedza o jego tożsamości pochodzi wyłącznie z brytyjskich akt śledztwa pośmiertnego (inquest), podczas którego policja przeanalizowała dokumenty znalezione w jego blaszanej chacie w marcu 1909 roku.

Brak niemieckich śladów w sieci i literaturze wynika z kilku logicznych powodów:

Ucieczka i zatarcie śladów: Krueger w 1870 roku w pełni świadomie zrejterował z pruskiej dyplomacji, odrzucając oficjalny nakaz wyjazdu na placówkę do Pekinu. Dla ówczesnej pruskiej machiny państwowej i dyplomatycznej stał się po prostu dezerterem, uciekinierem i kimś, kogo nazwisko wymazywano z oficjalnych rejestrów.

Kwestia pisowni nazwiska: W brytyjskich dokumentach sądowych i prasowych jego nazwisko zapisywano dwojako: Krueger lub Kreuger. Ponieważ urodził się w rejonie Meklemburgii (północne Prusy), jego rodowe niemieckie nazwisko to najpewniej Krüger. W XIX wieku było to jedno z najpopularniejszych nazwisk w całych Niemczech (podobnie jak Müller czy Schmidt), co sprawia, że bez dostępu do fizycznych, głębokich archiwów państwowych w Niemczech odnalezienie jego teczki personalnej jest niemal niemożliwe.
Prywatny charakter zasiłku: Tajemnicze czeki, które regularnie otrzymywał z Niemiec, były wysyłane dyskretnie pod adres lokalnego ogrodnika w Anglii. Oznacza to, że rodzina w Niemczech wiedziała, gdzie przebywa, ale zależało jej na zachowaniu absolutnej tajemnicy, by uniknąć skandalu towarzyskiego i dyplomatycznego w Prusach.

Jedynym miejscem, gdzie w Niemczech fizycznie spoczywają namacalne ślady po Gottholdzie, są zamknięte, tradycyjne archiwa uniwersyteckie w Rostocku, Monachium oraz Lipsku. To tam w księgach immatrykulacyjnych z lat 60. XIX wieku figurują jego autentyczne podpisy z czasów, gdy zdobywał swoje solidne wykształcenie akademickie.
[AI]

Stepan Bandera – złudzenie wielkości i symbol zbrodni


Stepan Bandera jest od dziesięcioleci bohaterem narodowym Ukrainy i symbolem walki o samostijność „imperium ukraińskiego”. Dla większości Polaków, zwłaszcza potomków dawnych mieszkańców Wołynia, Podola, którzy zamieszkiwali tereny II Rzeczypospolitej, Bandera jest pejoratywnym symbolem ludobójstwa, okrucieństwa, rabunku, zwyrodnienia i sadyzmu.

Hasło: „Ukraina bez Polaków (Lachów) było propagowane na Ukrainie Zachodniej i miało w czasie II wojny św. praktyczny ludobójczy wymiar. Obecnie Polacy mają ograniczoną wiedzę historyczną o zbrodniach OUN/UPA w latach 1939-1947 i to budzi trwogę i niepokój, czy w przyszłości nie powtórzy się sytuacja z okresu II wojny. W mediach (zwłaszcza elektronicznych) obserwujemy na Ukrainie marsze z pochodniami ku czci Bandery i innych zbrodniarzy ukraińskich.

W Polsce diaspora ukraińska jest liczna, a pamięć o UPA żywa. Władze polskie (państwowe i samorządowe) nie protestują na prowokacyjne przejawy takich działań a ich bierność utwierdza Ukraińców w przekonaniu, że może w przyszłości zapomną o zamordowanych bestialsko Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Brak reakcji ze strony polskiej skutkuje szybkim rozwojem kultu Bandery na Ukrainie ale i w Polsce, gdzie w środowiskach ukraińskich świętuje się jego rocznicę urodzin i śmierci.

Kim zatem był Stiepan Bandera, skoro budził dawniej i obecnie tyle emocji, lęku i patologicznej wręcz nienawiść do Polaków i innych nacji. Bandera urodził się 1 stycznia 1909 roku w Uhrynowie Starym w pow. kałuskim. Zmarł zaś 13 października 1959 r. w Monachium. Był synem duchownego grecko-katolickiego Andrieja Bandery i matki Mirosławy (z domu Hołodzińska), córki porocha unickiego notabene poprzedniego proboszcza Starego Uchrynowa.

Aby zrozumieć mentalność i sadyzm Siepana Bandery, który ujawnił się w pełni w okresie późniejszym, należy odwołać się do dzieciństwa i młodości. Stiepan był drugim w kolejności dzieckiem Andreja i Myrosławy Banderów. Miał starszą siostrę Martę i młodsze rodzeństwo, które urodziło się w kolejności: brata Aleksandra, siostrę Włodymirę, brata Wasyla, siostrę Roksanę, brata Bohdana i siostrę Myrosławę, która zmarła w dzieciństwie [1].

Ojciec Stepana pochodził z rodziny rzemieślniczo-rolniczej, które wówczas stanowiły większość mieszkańców małych, biednych miasteczek galicyjskich. Rodzina ojca zajmowała się głównie rolnictwem i niczym szczególnym się nie wyróżniała na tle społeczności ukraińskiej. Natomiast w rodzinie matki można wskazać kilku społeczników galicyjskich. Przykładowo wuj Pawło Hołodziński założył stowarzyszenia gospodarcze „Masłosojuz” i „Silśkyj Hospodar” a jego stryj Jarosław Wasołowśkyj był posłem do parlamentu wiedeńskiego. Na rozwój świadomości małoletniego Stepana wpływ miała antypolska atmosfera w rodzinie. Niechęć do Polaków, Rosjan podsycał ojciec, który jako były kapelan Ukraińskiej Halickiej Armii (UHA) i był też internowany przez władze polskie. Stepan obserwował ojca, jego zachowanie, który w wiejskiej czytelni Proświty, w kole tzw. Ridnej Szkoły, w gimnazjum stryjskim i Ruskiej Bursie, gdzie mieszkał z rodziną nieustannie dyskutował z działaczami „kooperatywnymi”. Dla przyszłego prowadnyka były to pierwsze „lekcje indoktrynacji” i kształtowania mentalności zbrodniczej.

Jako dziecko Stepan już w dzieciństwie „odznaczał się sadystycznymi skłonnościami”. Według ustaleń Włodzimierza Bielajewa, pozyskanymi od jego rówieśników, już jako dziecko „jedną ręką dusił kocięta”, aby w okresie późniejszym swoje doświadczenia „przenieść na ludzi” [2]. W domu rodzinnym wisiały zaś portrety kozackich hetmanów walczących z Polską XVII w. o uniezależnienie Ukrainy od Polski i Rosji: Bohdana Chmielnickiego, Iwana Wyhowskiego, Piotra Doroszenki, i Jana Mazepy. Pośrodku wisiał krzyż z Chrystusem „w kozackich hajdawerach z łentami zwisającymi ku dołowi, od wierzchołka krzyża koloru niebiesko-żółtego, co wskazywało na profanację symbolu religijnego [3].

Takie symbole i opowieści kształtowały świadomość małoletniego Siepana.  Jako nastolatek pozyskiwał wiedzę o Ukrainie czytając m.in. pisemka wydawane przez Dmytra Doncowa: „Wisnyk” i „Zahrawie”, i przysłuchiwał się rozmowom, jakie jego ojciec prowadził z proboszczem uhrynowskim. Rozmowy były gwałtowane i dotyczyły duchownego ojca Maksyma Sandowycza oraz kilku innych osób, których sąd austriacki sądził od marca do czerwca 1914 r. o zamiar oderwania Galicji od Austrii i przyłączenia do Rosji.

Ten okres w życiu Bandery był ważny z różnych powodów. W dzieciństwie i wczesnej młodości nie był on akceptowany przez rówieśników i często wdawał się z nimi w bójki. Był niskiego wzrostu i drobnej postury. Jego cherlawa postawa i wada wzroku (zez) były przedmiotem kpin i żartów rówieśników. Aby im zaimponować, pogłębiał skłonności sadystyczne, które w latach późniejszych przeniósł na ludzi. Traktował ich jako wrogów, obcy element narodowościowy niebezpieczny dla nacji ukraińskiej. Zapewne takie skłonności wzbudzały u współpracowników podziw, ale niewykluczone, że niekiedy przerażenie i zakłopotanie. Po ukończeniu gimnazjum nadal interesował się bieżącymi sprawami politycznymi. W 1920 r. zatknął się z Ukraińską Wojskową Organizacją (UWO), ale jej członkiem został dopiero w 1927 r. i obrał pseudonim „Stryj”. Właśnie w ukraińskim gimnazjum młody Bandera systematycznie pogłębiał swoją wiedzę o metodach walki z „przeklętym plemieniem Lachów”. Gimnazja ukraińskie były wylęgarnią nacjonalizmu i z tego środowiska pozyskiwano później bojowców – nacjonalistów m.in. do UWO i OUN.

Miał tę świadomość Iwan Harbusewicz, który w liście do prowydnyka Konowalca pisał: „UWO jest rozsadnikiem destrukcji, kolosalnym rozpętaniem instynktów, aby tanim kosztem stać się bohaterem. Z większości jej członków wyrastają bandyci” [4]. Początkowo młodzi nacjonaliści byli pod urokiem Benita Mussoliniego a następnie niemieckiego nazizmu. Z upływem kolejnych miesięcy pewne zmiany dokonały się w życiu Bandery. Rozpoczął studia na Wydziale Rolniczo-Leśnym Politechniki Lwowskiej. Studiował długo i był postrzegany jako „wieczny student”. W rezultacie studiów nie ukończył, ale ten okres wykorzystał do pracy konspiracyjnej w UWO i organizowanie zamachów na obywateli polskich.

Dzięki swojej aktywności organizacyjnej i przeszkoleniu w szkole wojskowo-szpiegowskiej Abwehry w Gdańsku szybko awansował w strukturze hierarchicznej w Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów utworzonej w lutym 1929 roku. W 1931 r. został referentem propagandy w Egzekutywie Krajowej (EK), a na przełomie 1932/1933 prowydnykiem OUN. Jewhen Konowalec, obawiając się rozłamu w organizacji, zatwierdził nominację Bandery w czerwcu 1933 r. podczas konferencji OUN w Pradze. Odtąd członków OUN w kraju zaczęto nazywać banderowcami [5].

Bandera był zwolennikiem terroru indywidualnego i zabijania osób stanowiących zagrożenie dla idei walki o „samostijną Ukrainę” i krytycznie wypowiadających się o działalności terrorystycznej banderowców oraz opowiadających się za pojednaniem polsko-ukraińskim. Bandera sam decydował o metodach walki z Lachami. Terroryzował również Ukraińców, którzy krytykowali banderowców. Przykładowo rozkazał Korołyszynowi zabić lwowskiego gimnazjalistę tylko dlatego, że ten odmówił wstąpienia do OUN. Zabito także kowala W. Biłeckiego, gdyż ten z kolei krytycznie mówił o „faszystach ukraińskich”. Z upływem miesięcy ilość zabójstw z rozkazu Bandery i jego współpracowników wzrosła. Bojówki ukraińskie zmieniły nieco taktykę i ograniczyły się do napadów na urzędy np. w Truskawcu, Pieczeniżynie, Bóbrce, Gródku Jagiellońskim i zamachów na przedstawicieli polskich władz. W 1931 r. płatni mordercy Dymytro Danyłyszyna oraz Wasyl Biłas zamordowali Tadeusza Hołówkę, wiceprzewodniczącego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem i posła na Sejm R.P. Zamach zorganizowali współpracownicy Bandery: Zenon Kossak, Roman Szuchewicz i Mykoła Łebed` [6].

W tym okresie, gdy prowydnykiem krajowym OUN był Bandera zamordowano także K. Czechowicza, komisarza lwowskiej policji oraz dokonano zamachu na konsulat sowiecki we Lwowie zabijając jednego pracownika. Zdemolowano redakcję i drukarnie pisma „Pracia”. Bojówka pobiła do nieprzytomności ukraińskiego pisarza Antona Kruszelnyćkiego a 25 lipca 1934 r. zastrzelono Iwana Babija, dyrektora gimnazjum akademickiego, zasłużonego dla oświaty ukraińskiej i byłego oficera dawnej Ukraińskiej Armii Galicyjskiej. Mordercy Roman Myhal i Iwan Maluca zostali aresztowani już 10 sierpnia, a ten ostatni zeznał w takcie przesłuchania, że rozkaz zabicia wydał prowydnik krajowy Bandera. Wówczas policja objęła inwigilacją Banderę, choć początkowo zlekceważono tę informację ze względu na „na niepozorną posturę Bandery”.

Początkiem akcji terrorystycznych na szerszą skalę było zamordowanie Tadeusza Hołówki, która rozzuchwaliła banderowców. Dla ścisłości należy wspomnieć, że 28 września 1933 r. doszło do nieudanego zamachu na Jerzego Gadomskiego, kuratora lwowskiego okręgu szkolnego.

Bandera planował też zamach na prezydenta R.P. Ignacego Mościckiego i wojewodę wołyńskiego Henryka Józewskiego. W zamyśle OUN, powodzenie tych akcji miało zdezorganizować życie w kraju i wywołać niepokoje w społeczeństwie i zagrożenie bezpieczeństwa wewnętrznego w państwie [7]. Tylko w pierwszej połowie 1934 r. z rozkazu Bandery zabito 9 osób (w tym 3 Polaków) a w następnym roku dokonano 18 zabójstw Polaków i Ukraińców oraz przeprowadzono 13 zamachów „na życie przez postrzelenie” [8].

Akcje terrorystyczne OUN, ich skala i rozgłos polityczno-propagandowy wśród Ukraińców skłoniły Banderę i jego współpracowników do konieczności zorganizowania zamachu na polityków ówczesnego obozu władzy. Jakie argumenty przeważyły, że wytypowano ministra spraw wewnętrznych gen. Bronisława Pierackiego, który był zaufanym człowiekiem Józefa Piłsudskiego – możemy się tylko domyślać.  Paradoksalnie Pieracki był zręcznym dyplomatą i zwolennikiem zbliżenia z Ukrainą i politykami ukraińskim skupionymi w Ukraińskim Zjednoczeniu Narodowo-Demokratycznym. Na krótko przed zamachem Pieracki planował wyjazd do Wołyni, gdzie zamierzał się spotkać z grupa Ukraińców i bp. gracko-katolickim Grzegorzem Chomyszynem wspierającym ukraińską Partię Narodowo-Katolicką optującą za zbliżeniem polsko-ukraińskim.

Zamach na gen. Pierackiego 15 czerwca 1934 r. przerwał jego misję. Śledztwo polskich władz doprowadziło do licznych aresztowań członków i sympatyków OUN. Tylko w woj. wołyńskim policja aresztowała kilkaset osób w tym i Siepana Banderę9. W latach 1935-1936 odbył się proces. Banderę skazano na karę śmierci, później zamienioną na mocy amnestii na dożywocie. Wobec pozostałych dziesięciu oskarżonych zastosowano złagodzony wymiar kary [10].

Oprócz Bandery sądzeni byli Mikoła Łebed` i Jarosław Karpyneć oraz inne jeszcze osoby. W czasie procesu zaskakujące były reakcje i postawy Polaków sympatyzujących z oskarżonymi. Przykładowo znany aktor teatralny i filmowy Aleksander Zelwerowicz za zgodą prokuratora przekazał Karpyńcowi małą paczkę wraz z kartką zawierającą „życzenia spokoju i ukojenia”, a prokurator Zieliński podał rękę oskarżonemu [11]. Bandera odbywał karę w więzieniach: na św. Krzyżu, w Rawiczu, we Wronkach, Berezie Kartuskiej i Brześciu. Na początku października 1939 r. został wypuszczony na wolność.

W czasie odbywania kary więzienia struktury OUN zostały poważnie przetrzebione na terenie Polski a ich aktywność osłabła do wybuchu II wojny św. Bandera liczył, że dojdzie do ścisłej współpracy z III Rzeszą i uda się odbudować organizację. W lutym 1940 r. zwołał zjazd swoich zwolenników i dokonał rozłamu w OUN. Powstał OUN melnykowców, którym patronowało Gestapo i OUN banderowców pod pieczą Abwehry. Na polecenie Bandery 30 czerwca 1941 r. utworzono we Lwowie tzw. rząd banderowski, którego premierem został Jarosław Stećko-Karbowicz i ogłoszono powstanie niepodległej Ukrainy [12].

Decyzja Ukraińców zaskoczyła władze niemieckie, które aresztowały Banderę i jego współpracowników i osadziły ich 15 października 1941 r. w obozie w Sachsenhausen. Oprócz Bandery w obozie uwięziono m.in. Jarosława Stećkę, Andrija Melnyka, Tarasa Bulbę-Borowca, których przetrzymano do września 1944 r. w specjalnym bunkrze Zellenbau dla więźniów politycznych i korzystających z pewnych przywilejów. Bandera jako Ehrenhaftlinge miał dostęp do prasy i ułatwione kontakty m.in. Hnatkiwśką, żoną M. Łebedia działającego w konspiracji prowadnika OUN. Był zatem zorientowany w działaniach organizacji OUN i UPA i planach Abwehry dotyczących zbrojnego wykorzystania ich na odcinku polskim i sowieckim. 25 września 1944 r. władze niemieckie zwolniły Banderę i 300 członków OUN z obozu Sachsenhausen, gdyż liczyły na jego pomoc w zintegrowaniu rozproszonych ukraińskich organizacji nacjonalistycznych.

Po zakończeniu wojny Bandera korzystając z ogólnego chaosu zamieszkał w miejscowości Sederze na północ od Innsbrucku wraz z ochroniarzem Michajło Andrejukiem oraz szoferem i sekretarką. Banderą zainteresował się wywiad amerykański. W 1948 r. przesłał w imieniu ONZ notę do sekretarza Stanu USA Marshalla oraz prywatny list i domagał się przyznania członkom UPA przebywającym na emigracji statusu osób „szczególnie uprzywilejowanych” oraz zgody na szkolenie szpiegów i dywersantów ukraińskich do walki z ZSRR [13]. W latach 1954-1955 sytuacja w emigracyjnym ruchu banderowskim skomplikowała się m.in. z powodu różnic programowych i konfliktów personalnych.

Pozycja Bandery również osłabła z powodu oskarżeń o sprzeniewierzenie dolarów amerykańskich przeznaczonych na finansowanie organizacji banderowskich w Europie Wschodniej. Bandera prawdziwe dolary ulokował na prywatnym koncie. Fałszerstwo wykryli Amerykanie i Bandera obawiał się poważnych konsekwencji. Jak ustalił prof. Edward Prus, od problemów „wybawiła wodza jego kochanka Marijka Rybczuk, autorka wielu skandali towarzyskich”, z którą utrzymywał częste kontakty, również seksualne [14].

Bandera był człowiekiem porywczym i okrutnym. Wykazywał cechy osobowości psychopatycznej typu impulsywnego. U takich ludzi zachowanie jest zależne od „nastroju i warunków otoczenia”, a brak opanowania wywołuje często wściekłość, której następstwem jest wyparcie winy, a podjęte wówczas decyzje „zapadają poniżej progu świadomości” [15].

Bandera często znęcał się psychicznie i fizycznie nad swoją żoną i dziećmi. Gdy Banias, szef osobistej ochrony „wodza”, stanął w obronie jego ciężarnej żony, którą Bandera kopał w brzuch, ten poturbował go. Następnie prowydnyk polecił szefowi służby bezpieki (SB) OUN Myronowi Matwiejce zgładzić Baniasa [16]. Bandera mieszkał wówczas w Monachium i korzystał z polskiego nazwiska Stefan Popiel.

Bandera pod koniec lat 50. XX w. był już osobą kłopotliwą dla Niemiec z powodu sprawy Teodora Oberländera, ówczesnego ministra w rządzie Konrada Adenauera, który w czasie wojny był komisarzem politycznym batalionu ukraińskiego „Nachtigal”. Prasa niemiecka RFN spekulowała, że Bandera będzie zeznawał w sądzie i może ujawnić niewygodne fakty o ministrze dotyczące jego współudziału w mordzie profesury lwowskiej w lipcu 1941 r. Splot różnych okoliczności spowodował, że również KGB zainteresowało się Banderą, który był i jest nadal żywą legendą narodowo-faszystowskiego ruchu na Ukrainie. I sekretarz KPZR Nikita Chruszczow (notabene z pochodzenia Ukrainiec) nalegał na szybką likwidację Bandery i stronę organizacyjna zlecił przewodniczącemu KGB Aleksandrowi Nikołajewiczowi Szelepinowi [17].

Według informacji zamieszczonych w ukraińskim tygodniku emigracyjnym „Szlach Peremohy” (Droga Zwycięstwa) wykonawcą wyroku śmierci był funkcjonariusz KGB. Zamachowiec wykorzystał pistolet gazowy z przyciskiem zawierającym gaz (trujący cyjanek), który spowodował śmierć Bandery [18[. Wodza OUN zabił w Monachium Ukrainiec Bohdan Mikołajewicz Staszynśkyj i miało to symboliczny wymiar. Nekrologi i artykuły żałobne w ukraińskiej prasie emigracyjnej określiły wodza nacjonalistów „prawdziwym patriotą i bohaterem narodowym”. Napomknięto lakonicznie, że był zafascynowany faszyzmem włoskim i nazizmem niemieckim [19]. Nie przypadkiem Bandera jest zatem dla większości Ukraińców bohaterem narodowym i symbolem walki o niepodległość. Niestety dla Polaków i innych nacji doświadczonych w czasie wojny jest tylko symbolem śmierci.

prof. dr hab. Jan Ryszard Sielezin

[1] P. Czasti, „Stepan Badera”, Charkiw, 2009, s. 4; E. Prus, „Stepan Bandera  (1909-1959). Symbol zbrodni i okrucieństwa”, Wrocław 2004, s. 13.

[2] Cyt. za: E. Prus, „Herosi spod znaku tryzuba”, Warszawa 1985, s. 17 i 116.

[3] libidem

[4] E. Prus, „Herosi spod…”, s. 119.

[5] E. Prus, Bandera Stepan, (w:) „Encyklopedia „Białych plam” T. III, Radom 2000, s. 252.

[6] D. Szymczak, „Dlaczego zginął poseł?”, „Gazeta Polska codzienna”, 30 III 2015, nr 74.

[7] J. R. Sielezin, „Ukraińcy – sojusznicy Hitlera”, „Nasz Dziennik” 21-22 III 2026, s. 4 (dodatek „Nasz Magazyn”); J. Swatko, „Micja Banderi”, Ternopił, 2007, s. 20-26.

[8] E. Prus, „Herosi…”, s. 121.

[9] G. Szymborski, „Po trupach do celi”, „Historia” marzec 2017 r. nr 3, s, 55-56.

[10] W. Pobóg-Malinowski, „Najnowsza historia polityczna Polski 1864-1945”, t. II, Londyn 1956, s. 630.

[11] E. Prus, „Herosi…”, s. 136.

[12] J. Heycak, „Historia Ukrainy 1992-1999”, Lublin 2000, s. 228

[13] E. Prus, „Herosi…”, s. 227.

[14] Ibidem, s. 224-225.

[15] A. Kępiński, „Psychopatie”, Warszawa 1977, s. 122-123.

[16] E. Prus, „Herosi…”, s. 225.

[17] Ch. Andrew, W. Mitrochin, „Archiwum Mitrochina”, I, Poznań 2009, s. 562.

[18] P. Zychowicz, „Ukraińcy Opowieści niepoprawne”, Poznań 2022, s. 45.

[19] G. Rosoloński-Liebe, „Bandera życie i mit ukraińskiego nacjonalisty”, Warszawa 2018, s. 612.

Myśl Polska, nr 41-42 (11-18.10.2026)

https://myslpolska.info/2026/10/16/stepan-bandera-zludzenie-wielkosci-i-symbol-zbrodni/

Rozliczenie z COVID-em, które nigdy nie nadeszło


(...)

Osoby poszkodowane przez szczepionki siedziały naprzeciwko Petera Marksa i innych wysoko postawionych urzędników FDA, błagając o uznanie. Spotkały się z murem milczenia. Johnson słusznie nazywa to jednym z największych skandali w swojej karierze publicznej. Następnie, na początku czerwca, zorganizował kolejne przesłuchanie, ujawniając potencjalne powiązania szczepionek mRNA z rakiem i systematyczne tłumienie kluczowych badań. Ta sama strategia: niewygodna nauka zostaje pogrzebana lub zaatakowana.

Mniej więcej w tym samym czasie Tulsi Gabbard, w jednym ze swoich ostatnich ruchów na stanowisku dyrektora wywiadu narodowego, odtajniła dokumenty ujawniające rolę Fauciego w finansowaniu badań nad wzmocnieniem funkcji w Wuhan, tuszowaniu wycieku informacji z laboratorium, manipulacji danymi wywiadowczymi i represjach wobec osób mówiących prawdę. Miliony dolarów podatników wpompowano w ryzykowne laboratoria biologiczne, a następnie w pełni kontrolowana machina narracyjna zaczęła zrzucać winę na naturę zamiast na oczywistość.

To nie są anonimowe wątki X. To urzędujący senator z prawem do wydawania wezwań sądowych i były dyrektor wywiadu narodowego ujawniający oficjalne dokumenty.

Gdzie więc jest ta burza? Gdzie są reportaże na pierwszych stronach gazet, programy specjalne w prime-time, żądania prawdziwych przesłuchań i oskarżeń? W 1976 roku szczepionka przeciwko świńskiej grypie została wycofana po 25 zgonach i 500 przypadkach zespołu Guillaina-Barrégo.

W erze szczepionek przeciwko COVID-19 do VAERS zgłoszono około 39 000 zgonów po szczepieniu. Najwyraźniej życie stało się tańsze w ciągu ostatnich 50 lat. Tradycyjne media w większości ignorowały to, bagatelizowały lub po prostu bagatelizowały „prawicowe teorie spiskowe”. Płacono im za kłamstwa… i milczą na temat niedawnych rewelacji FDA dotyczących szczepionek przeciwko COVID-19. Ich współudział to nie przesada; wręcz przeciwnie, był niezbędny dla całej operacji psychologicznej.

Jeszcze bardziej frustrujące jest względne milczenie obecnej administracji Trumpa. Po latach obietnic ujawnienia kłamstw i oczyszczenia bagna związanego z reakcją na pandemię, te rewelacje docierają do adresatów i… nie przynoszą żadnych efektów. Brak zdecydowanego nacisku na pociągnięcie do odpowiedzialności. Brak trwałego publicznego rozliczenia urzędników, którzy zatuszowali sygnały bezpieczeństwa lub manipulowali historią pochodzenia. Ta cisza mocno uderza. Co więcej, szczepionki wciąż są na rynku, a ta administracja jest teraz współwinna. Co za spektakularna porażka!

Wielu z nas nie potrzebowało raportów Johnsona ani odtajnień Gabbard, aby dostrzec oszustwo. Już w 2022 i 2023 roku mój zespół w Phinance Technologies analizował dane i odkrywał prawdziwą narrację w ramach naszych Projektów Humanitarnych. Przeanalizowaliśmy nadmierną liczbę zgonów, wzrost liczby osób niepełnosprawnych, wskaźniki absencji oraz ludzkie i ekonomiczne koszty masowych szczepień, gdy prawie nikt inny nie chciał się tym zająć.

Zapoznaj się z pełnym zakresem prac tutaj: Projekty Humanitarne

https://www.humanityprojects.info/

To, co odkryliśmy dzięki suchym, twardym liczbom, pokrywało się z tym, co pokazywały ciała na ziemi. Nie byliśmy zaskoczeni najnowszymi rewelacjami senatora Johnsona. Biliśmy na alarm już lata wcześniej, jednocześnie będąc za to nazywanymi zwolennikami teorii spiskowych.

Obserwowaliśmy, jak instytucjonalnie dobrze ugruntowane korzyści płynące z naturalnej odporności zostały pobieżnie zignorowane i zapomniane. Widzieliśmy, jak hasło „dwa tygodnie na spłaszczenie krzywej” przerodziło się w niekończące się dawki przypominające dla posłusznych i utratę pracy dla niezaszczepionych. Widzieliśmy, jak przyjaciele i rodzina zostali ranni lub doznali poważniejszych obrażeń, a potem mówiono nam, że to „rzadkie”, „zbieg okoliczności” lub „dezinformacja”. Ci z nas, którzy protestowali przeciwko nakazom i eksperymentalnym szczepionkom mRNA, zostali nazwani rosyjską dezinformacją, niebezpiecznymi roznosicielami, a nawet krajowymi terrorystami. Nie przyjęli się, ale próbowali.

Dla tych, którzy wcześnie przejrzeli propagandę, oparli się jej i patrzyli, jak rówieśnicy dają się nabrać, nasz światopogląd zmienił się na zawsze. Największe tuszowanie w historii. Ale pomimo zatajenia informacji przez media głównego nurtu, wieść przedostała się podziemnymi kanałami, w dużej mierze dzięki senatorowi Ronowi Johnsonowi i innym, którzy nie pozwolili, by temat umarł.

Zdrada sięga głęboko. Te nowe rewelacje nie zaskakują nas, ale raczej potwierdzają to, co dane i nasze własne oczy pokazały lata temu. Kłamali. Wiedzieli, że kłamią. Cenzurowali, manipulowali i niszczyli ludzkie życia, aby chronić narrację. Wiele instytucji, w tym służba zdrowia, wywiad, media i wielkie firmy farmaceutyczne, było w to zamieszanych i nadal szerzy kłamstwa.

Ta utrata zaufania jest głęboka i trwała dla milionów z nas. Nie wierzymy już bezkrytycznie oficjalnym oświadczeniom. Żądamy danych źródłowych. Przyjmujemy, że władze mają instynkt samozachowawczy i kontrolę nad narracją, dopóki nie udowodnią inaczej. Era COVID-19 nie tylko podkopała wiarygodność w jednej kwestii. Przeciwnie, zrujnowała sposób, w jaki cała grupa ludzi postrzega rząd, „ekspertów” i władzę. „Przeprowadzenie własnych badań” okazało się kluczowym ratunkiem.

Ludzie u władzy, którzy wciąż bronią szczepionki „śmieciowej” albo udają, że to nic nie znaczy, mogą dalej przyjmować swoje 12 dawek przypominających (brudny sekret… nie robią tego). Reszta z nas ma dość. Jesteśmy głęboko zmienieni. Bardziej sceptyczni. Bardziej zorientowani na dane. Mniej skłonni do podporządkowania się. Z tego bałaganu narodził się Team Humanity.

Okno prawdziwej odpowiedzialności zamyka się z hukiem. Nawet jeśli te oficjalne rewelacje zostaną zapomniane, lekcja jest jasna: nigdy nie planowali się przyznać. Chcą, żebyśmy zapomnieli i skupili się na kolejnym kryzysie.

Nie zapominam. I z tego, co widzę każdego dnia, miliony też nie. W miarę upływu czasu i ustępowania dysonansu poznawczego osób, które przyjęły szczepionkę… nasza liczba będzie nadal rosła.

„Albowiem nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, i nic tajemnego, co by nie miało być poznane i nie miało wyjść na jaw.” — Ewangelia św. Łukasza 8:17

Cały artykuł
https://dakowski.pl/rozliczenie-z-covid-em-ktore-nigdy-nie-nadeszlo/

(...)

Czemu nie dochodzi przynajmniej do śledztwa, kiedy oczywistą staje się popełniona zbrodnia? Odpowiedź jest w miarę prosta: ponieważ to przestępcy lub zależni od nich ludzie decydują o tym, czy będą zatrzymania i czy otworzy się śledztwo. Tak było zawsze. Dawniej liczono się z opinią publiczną i ukrywano wszelkie przekręty. Dawniej dziennikarze byli jeszcze dziennikarzami, a nie jak dzisiaj przekaźnikami narzuconych przez klikę przestępców wiadomości. Dlaczego nikogo nie aresztowano z powodu afery Epsteina? Ponieważ zamieszani są w nią prominentni zbrodniarze.

Naturalnie, że są próby drogą sądową doprowadzenia kowidowych przestępców przed sąd. Reiner Füllmich adwokat z trzech państw: Kanady, Niemiec i z USA, zbierał materiał dowodowy w stworzonej przez niego komisji pozaparlamentarnej, który był publikowany w formie filmów – przesłuchań świadków. Trzy lata temu został podstępnie zwabiony w pułapkę w Meksyku. Został aresztowany i odtransportowany do Niemiec, gdzie do dzisiaj siedzi w więzieniu z zaostrzonym rygorem.

Arno von Kessel holenderski adwokat zatrzymany przez oddział antyterrorystyczny przesiedział 9 miesięcy w areszcie. Jego sprawę przeciwko prominentnym organizatorom biologicznego ludobójstwa przejął jego kolega adwokat Peter W.H. Stassen. Termin rozprawy w czwartek 22 października 2026 r. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule: Plandemia na ławie oskarżonych.

Żaden sąd nie naprawi społeczeństwa, w którym prawa są tworzone – pośrednio – przez zbrodniarzy. Nikt nie rozliczał w Norymberdze zbrodni popełnionych przez ZSRR i USA. Ponieważ historia drugiej wojny światowej, której nas nauczono w szkołach, jest historią napisaną przez aliantów. Nie oznacza to, że w Norymberdze sądzono niewinnych. Oznacza to, że obok Hermana Goeringa, Joachima von Ribbentropa, Hansa Franka, powinni zasiąść oprawcy Stalina, Churchilla i Roosevelta, a jednak ich tam nie było. Sprawdźcie, kto był odpowiedzialny za alianckie naloty dywanowe na Drezno i Hamburg? Albo przeczytajcie opracowania historyczne na temat Ławrientijego Berii szefa radzieckiego NKWD.

Po co jednak sięgać tak daleko w przeszłość? Do dzisiaj nikt nie rozliczył winnych rozpętania wojen i bombardować wielu krajów takich jak Wietnamu, Chile, Afganistanu, Iraku, Libii, Syrii i wielu innych. Nie słyszałem także, żeby aresztowano kogoś za masowe morderstwa na dzieciach w Gazie, czy pół roku temu w irańskiej szkole w Minab. Czy rozliczył ktoś oddziały Azowa, które dokonały masakry w Buczy, jedynie po to, by zwalić winę na Rosjan?

Przyszło nam żyć w świecie, który nigdy nie był i nie jest praworządny. Może nasze pokolenie potrafi wykorzystać aktualny kryzys gospodarczo-polityczny i stworzy coś lepszego niż mamy?

Pomimo wrodzonego optymizmu, trudno mi jest sobie wyobrazić idealny system, bo takiego po prostu nie ma. Wszędzie, gdzie są ludzie, są intrygi, przekręty, korupcja i zbrodnie. (...)

https://www.world-scam.com/archive/74005/1416-rozrachunek-zbrodni/

[Pan Wójcik się myli. Aczkolwiek ludzkość skażona chciwością, nienawiścią i złudzeniem, faktyczne znaczenie łatwiej skłania się ku złu niż dobru, nie mniej ludzie przede wszystkim naśladują wzorce płynące z góry, od władzy. Zatem w przypadku gdy władza znajduje się w sprawiedliwych rękach, wymienione przez niego zjawiska albo wcale nie istnieją albo są marginalne.

Oczywiście, mi samemu trudno w to uwierzyć, nie mniej zasadniczo wierzę we wszystko co zawiera Kanon Pali. Budda jasno określa, że zepsucie idzie z góry. W to akurat nie trudno uwierzyć. Czy jednak sprawiedliwa władza jest mitem?

Tu perspektywa czasowa jest sama w sobie klasyfikowana przez znaczną ilość buddystów jako mit. Zatem w takiej perspektywie, pan Wójcik nie za bardzo się myli, gdyż to co nas czeka, to stała degradacja ludzkości, do dna, gdzie życie ludzkie będzie trwało 10 lat, a po tym odbicie od dna, aż do czasów przyszłego Buddy, gdzie właśnie będziemy mieli do czynienia z w miarę zdrowym społeczeństwem. Czyli, kto chce zobaczyć sprawiedliwą władzę, musi uzbroić się w cierpliwość. (Prawdopodobnie pojedyńczy władca, będący w miarę dobrym człowiekiem może się i pojawi prędzej, ale raczej nie będzie miał podobnych sobie następców, niczym Marek Aureliusz, a najprawdopodobniej nie porządzi on sobie aż tak długo jak ten cesarz. VB)]