Wszyscy chodzili do gimnazjum, choć w domu brakowało nieraz grosza na najniezbędniejsze potrzeby. Uczyli się... różnie i kapryśnie. W niektórych przedmiotach wyskakiwali ponad poziom, w innych zbierali dwóje. Na stole ich leżała nieraz nowo wydana książka obok procy, szczerbatego scyzoryka czy drumli. Zwoływali się świstem, który przyprawiał o atak nerwowy wszystkich lokatorów, a do wściekłości doprowadzał <strugola> (dozorcę). Świst bywał zwiastunem okropnego harmideru, tupotu nóg, krzyku i nieraz trzasku wypadających szyb. Bywały większe bezeceństwa, zaczepki porządnych ludzi, strzały nawet i wybuchy zagrażające bezpieczeństwu publicznemu. Bywały i napady zbrojne z kijami, nożami i zepsutym, ale ogromnym pistoletem na powracające ze szkól dziewczęta. Bito się też gęsto miedzy sobą. Do guzów i do krwi. Bójki były przeplatane naradami pełnymi namaszczenia i powagi, rozprawami fantastycznymi a gorącymi, namiętnymi dyskusjami i wylewem uczuć przyjacielskich, patriotycznych, społecznych, raz zapalczywymi i zuchwałymi, to znów smutnymi i pełnymi melancholii.
Klan kamienicznych łobuzów miał bratnie organizacje w innych punktach miasta, na przedmieściach zwłaszcza, Dębnikach, Grzegórzkach, Zwierzyńcu. Wszyscy stanowili jakąś gwardię anonimową, która dzierżyła prym nie tylko na swoich podwórzach, ale i na boiskach, na wzgórzach Krzemionek i Panieńskich Skałach, na szkolnym korytarzu i w ulicznej awanturze. Miała swe <chody> i swe <stosunki>. Wiedziała, kiedy szykuje się pochód demonstracyjny i umiała wśliznąć się na wieżę katedralną, aby (wyrżnąć w Zygmunta>.
Pedagodzy i <sfery wychowawcze uważały tę zgraję za element <stracony>. Dziś, gdy przypominam sobie dziesiątkę z mojej kamienicy, nie mogę doliczyć się tylko paru. Dwu jest prokuratorami, jeden kustoszem muzeum, jeden wybitnym leśnikiem, jeden profesorem szkoły akademickiej, jeden poważnym handlowcem, jeden zginął <honorną> śmiercią w wyprawie górskiej... no i jeden jest literatem. Jak na biednią kamieniczkę krakowską – niezły plon.
Czasy były to dziwne i nikt nie wytłumaczy, skąd się wzięła gorączka kształcenia dzieci, która ogarnęła Galicję, na przełomie XIX wieku. Nie było jednak wtedy dość biednego człowieka, który by nie miał pasji wypchania syna do gimnazjum, do matury i dalej, jak się tylko dało. Ideały przyświecające temu pędowi były może powszednie, boć ma-rzenia rodzicielskie kończyły się na zdobyciu dla potomka posady urzędniczej, kościelnej, w najlepszym razie profesorskiej. Wśród chłopców przeznaczonych z góry na urzędniczych szaraków, zdarzały się jednostki tęgie i bujne i szły samopas od najwcześniejszych lat, zrazu w szkole łobuzerskiej próby wierności i przyjaźni, później w ruchu oświatowym, socjalistycznym i niepodległościowym, wreszcie zygzakiem przygód osobistych i wojennych, ku wyżynom ży-cia, o jakich się nie śniło pokoleniu wychowawców. Bieda, z której wyrośli, nauczyła ich pro-stoty i przestawania na małym, bruk uliczny, wzgórza i lasy wpoiły im w krew wolność, stare i szlachetne mury Krakowa – umiłowanie tego, co wyrasta ponad codzienność. Z bujnej młodości wyrosła pasja pracy, podsycana nieustannym twórczym niepokojem.
Młoda ta gwardia, nawet gdy sobie nie znana, umiała po latach poznać się i porozumieć paru słowami, uśmiechem, uściskiem dłoni, aby na nowo utworzyć gwardię dojrzałych i świa-domych swych dążeń ludzi.”
*
Pojęcia intelektualizmu wówczas tak jak nie znano. Uczuciowe pobudki powodowały uległość modnym nastrojom. Nastrojem takim, przeniesionym na fali niemieckiej muzyki i nordyckim demonizmów, był „Weitschmerz”, czyli tragiczna zaduma nad nicością tego świata.
Zważmy przecież: z utworów Sienkiewicza ceniono w tamte lata nie Trylogię czy Quo Va-dis?, lecz Bez dogmatu. Panna Mery Tetmajera, że to skończyła samobójstwem. Doktor Judym, że to wyrzekł się Joasi, Anzelm z Róży, że go „nikt nie wołał” – zawojowali wyznawców weltszmercu. Gdy zaś młodzian obdarzony potężnym barytonem ryknął na popisie „Ich grolle nicht” Schumanna, wprawiał w drżenie serca kobiece i stawał się bohaterem dnia. Napominanie o samobójstwie należało do najbardziej skutecznych zabiegów jednania panienek i dam.
Byłem zbyt młody jeszcze, aby mnie dopuszczano do rozpraw nad wltszmercem, Björn-onem, Kierkegaardem, niech by i Hymnami Kasprowicza. Skoro jednak z takim przejęciem rozprawiali o tym starsi, uznałem, że muszę zaznaczyć swoje w tej sprawie stanowisko. Zakochawszy się zabójczo w czternastoletniej rówieśniczce, zapędziłem się aż na Wysoki Zamek z zamiarem popełnienia samobójstwa. Pod płaszczem ukryłem ogromny pistolet po dziadku. Zaszyłem się w krzaki i wystrzeliłem „na próbę” jeden z trzech naboi nie wystrzelonych na wojnach generała Radeckiego. Przerażony hukiem i dymem, pierzchłem do domu oglądając się na każdego policjanta.
Czy mogę dziś powiedzieć, że połknięta w tych czasach trutka weltszmercu przeminęła bez śladu? Chyba nie. Smutek tak charakterystyczny dla ówczesnego młodego pokolenia, które miało pełne prawo nazywać się postępowym, nie mógł być podyktowany jedynie narzuconą z zewnątrz modą. Zawodna to rzecz, gdy się przerzuca mosty w dalekie dni. Może jednak być, że w smutku młodych pionierów postępu, czaiło się przeczucie tego, co miało nastąpić w późniejszych o wiele latach.
*
Z elity tej, bo trudno ją nazwać inaczej zważywszy jej ambicje i dociekliwość, część tylko wytrzymała próbę czasu. Najbliższy mi Staszek Samek, chłopiec bardzo wrażliwy i o głębokich zamysłach, odebrał sobie życie w czasie pierwszej wojny. Franek, zdolny chemik, zaplątał się w nieszczęsną aferę masek przeciwgazowych i opuścił niepodległą już Polskę. Najstarszy w naszym gronie i wybitny już geolog, Wiktor Kuźniar, uległ katastrofie psychicznej.Znany już za granicą, wyróżniany przez słynnego geologa Lugeona, wyjechał na dopełnienie studiów do Paryża. Powrócił tak urzeczony urokami paryskiego środowiska, tak obezwład-niony ciężarem kultury zachodniej, że nie zdołał się już nigdy odnaleźć. Wypadek to nie tak rzadki, jak się sądzi. Gdym go po powrocie odwiedził w Zakopanem, gdzie przebywał chcąc ukończyć pracę o tektonice Tatr, siedział za stołem wpatrzony z lubością w namalowaną przed chwilą akwarelę. Na ścianach izby nie widać było wykresów geologicznych, a tylko reprodukcje z Luwru, szkice kawiarń paryskich, fotografię grobu Napoleona pod kopułą Inwalidów. Lubiany przez wszystkich „Wika”, przez parę lat prezes Eleuterii, rzecznik powściągliwości i silnej woli, skończył jako alkoholik. Brat jego Czesław dostał pomieszania zmysłów, gdy był dyrektorem Instytutu Geologicznego w Warszawie. Zetknięcie z szczytowymi zagadnieniami kultury może być nieraz niebezpieczne dla natur ku temu nie przygotowanych. Norwidowski „głupi Słowianin” korzysta na Zachodzie, jeśli przyswoi sobie jego sceptycyzm; lecz nie podniesie się nigdy, jeśli padnie plackiem przed wielkim ołtarzem kultury.
*
Rychło znalazł się nauczyciel, który miał odegrać dużą rolę w moim życiu. Był nim Jan Ptaśnik. W klasie siódmej objął po Krywulcie historię. Uczony dużej rangi już wówczas, upatrzył we mnie coś w rodzaju swego asystenta; nie do historii politycznej, lecz kulturalnej. Podsuwał mi doskonałe książki i co kilka tygodni kazał z nich zdawać tak zwaną prywatną lekturę. Mało tego; zorganizował coś w rodzaju popołudniowego uniwersytetu szkolnego. Kilkakrotnie powierzył mi tam wykłady, sam zaś siedział w ławkach, obok mych kolegów. Wszystko niemal co wiem o Egipcie, Grecji, Rzymie i Włoszech zawdzięczam mądrej ręce kierowniczej Ptaśnika, późniejszego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Wreszcie, niezapomniany Sylweriusz Saski. Uczył rysunków i akwareli. Kiedyś był obiecującym pono malarzem. Niektórzy utrzymywali nawet, że wybitnym, bo jakżeż mogło być inaczej, skoro był uczniem Matejki. Z pracowni mistrza wyniósł w każdym razie umiejętność nauczania, zaś cygańska młodość pozostawiła po sobie poczucie humoru. Nie wiem, kiedy i w jaki sposób pan Sylweriusz stał się właścicielem sporej knajpy na ulicy Karmelickiej. W wolnych chwilach od zajęć szkolnych można go tam było zastać, nie za ladą broń Boże, lecz pod własnoręcznie namalowanym obrazem z dawnych jeszcze, matejkowskich lat. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym „mistrz” zaprosił nas do swego „anstaltu”. Oczekiwał nas w obszernej niszy, a nad głową jego widniało ogromne malowidło przedstawiające złożenie Chrystusa do grobu. Rzewna opowieść o dawnych dobrych czasach, przeplatana dawnym dobrym trunkiem wprowadziła mnie w jeden z zakątków krakowskiego życia dotąd nieosiągalnych.
*
Po śródmieściu zaś szalał Augustyn Wróblewski, bojownik wszelkiego rodzaju wstrzemięźliwości. Mianowano go to masonem, to teozofem, gdyż mogło to znaczyć wszystko. Głosił nie Eleuterię już, a Eleusis, że to powściąganie żądz wszystkiego rodzaju, nie wyłączając płciowej, unosi ducha na niebywałe wyżyny. Kraków był jednak zbyt plotkarskim śro-dowiskiem dla naszego apostoła. Anegdotki, podawane z ust do ust, pomawiały Augustyna o raczej przyziemny stosunek do niewiast z jego kapliczki. Błysnąwszy więc jak meteor, pło-miennooki Augustyn znikł bez śladu. Nie wiedziano o nim ani w Zielonym Baloniku, ani w redakcjach miejscowych pism. Nie otarł się o Strzelca ni później o Legiony. Po Krakowie krążyło wtedy dużo oryginałów. Nikt jednak jak on nie wpadał w szał występując na trybunie, nikt nie miał równie obezwładniającej siły sugestywnej. Gdyby się był urodził czterdzieści lat później zapędziłby w kąt niejednego matadora totalizmu.
*
Wreszcie... dziewczęta. Poznałem ich wiele; tak w Krakowie, jak i w Zakopanem. Ośrodkiem naszych krakowskich „koleżanek” było postępowe gimnazjum panien Hindemith przy ulicy Wolskiej. Tu kształciły się córki krakowskich socjałów i wolnomyślicieli, tu była i bursa dla panien z Królestwa. Znajomości z „hindemitkami” zawieraliśmy z okazji raczej naukowych; bo jakżeż nazwać inaczej kółka samokształcenia, wspólne wycieczki krajoznawcze itp. W rozdziale z Tatr wspominałem już o nowym, swobodniejszym obyczaju w stosunkach chłopców i dziewcząt. Chciałbym tu dodać, że panny były pod tym względem o wiele więcej „postępowe” niż my. To znaczy, że zdawały sobie więcej sprawę z istotnych pobudek większego niż dotąd zbliżenia się obu płci i dawały temu wyraz śmiały, niekiedy bezceremonialny.
My zaś byliśmy nieodmiennie, tradycyjnie rycerscy i romantyczni. W tym, że zawracaliśmy pannom głowy poezją nie było nic szczególnego, bo, odkąd świat światem, wiersze miłosne pisywali mężczyźni, a nie kobiety. Gorzej, żeśmy poprzestali na lansadach fantazji i wzdragali się sprowadzać dziewczęta z piedestału, na którym postawili i kładli kobietę wielcy ro-mantycy, a także i polonezowe rycerstwo. Zdarzyło się, że matka jednej z „uwielbianych” przeze mnie panien rzekła mi, po długich już latach:
– Wie pan... ja w tamte czasy myślałam, że mi pan córkę uwiódł. Okazało się, że było inaczej. Jaka szkoda! Może byłaby bardziej szczęśliwa w późniejszym życiu. Nawet gdybyście się nie pobrali. A tak, pozostało uczucie zawodu po czymś, co ją minęło i czego nigdy nie mogła sprawdzić.
*
Jest rzeczą wiadomą, że w pewnych okresach dziejów młodzież uczy się pilnie, a w innych niedbale; pokolenie pracowite zdaje się odrabiać opieszałość swych poprzedników. Wymagania władz szkolnych też nie bywają jednakie. Surowe prawa stosowane dziś w szkołach wyż-szych, za tamtych czasów były tak jak nieznane. Złota wolność uniwersytetu oznacza nie tylko nienaruszalność studenckiej swawoli, ale i możność korzystania w czasie długotrwałych studiów z pomocy i ułatwień uniwersyteckich jak długo kto chciał. Do poszczególnych egzaminów można było przystępować aż do znudzenia profesora, który koniec końców machał ręką i stawiał notę „dostatecznie”. Przejęty od Greków pogląd, że szkoła wyższa jest świąty-nią nauki miał niewiele wspólnego z dzisiejszą wytwórnią fachowców. W świątyni tej dojrzał niejeden wielki umysł, ale i wałęsało się wielu uświęconych próżniaków. Tytuł „żelaznego” studenta, a był nim nie tylko długowłosy marzyciel, lecz i brzuchaty piwosz, nie przynosił ujmy nikomu. Ulica arcyliberalnego Wiednia honorowała właściciela legitymacji studenckiej tytułem „Herr Doktor”; zaś policjanci i urzędnicy tylko w ostateczności dawali odczuć studentom, że w lekkomyślnym Wiedniu istnieje także i władza.
Wyrozumiałość ramienia policji odczułem zaraz na wstępie, w dniu imatrykulacji. Wysłane na nią delegacje „burszów” wszech-niemieckich i tych spod znaku „christlich soziale” wy-słuchały, owszem, przemówienia rektora, lecz po skończonej uroczystości wszczęły bójkę, która się przeniosła za bramy Politechniki i dalej aż w głąb Karlsplatz. Uważając, wraz z paru świeżo przybyłymi Polakami, że trzeba i nam działać, wstąpiliśmy w bitewne szranki. Nie rozumiejąc, kto kogo bije i dlaczego, podważyliśmy stojącą pod Künstlerhaus kadź z desz-czówką i obryzgaliśmy wodą kordon policjantów.
– No, no... wcześnie panowie zaczynają – zauważył komisarz, gdy nas doprowadzono do urzędu. I na tym poprzestał.
Do kawiarni „Museum” weszliśmy jak zwycięzcy; a kiedy usłyszałem od kelnera: „jakżeż tam poszło, panie doktorze?” – poczułem się panem stworzenia.
*
Polonia wiedeńska czy polski Wiedeń?
Pojęcie Polonii, jako rzeszy Polaków osiadłych poza granicami kraju, powstało w Ameryce. Z czasem objęło emigrantów naszych w Niemczech i Francji, w końcu wszystkie ich sku-pienia w szerokim świecie. Polacy osiedli w Wiedniu na przełomie wieków XIX i XX Polonią taką nie byli. Nikomu przecież nie przychodziło do głowy, aby w stolicy państwa o tak mieszanym składzie narodowościowym dbać o zachowanie polskości, której nic nie groziło.
Zamieszkały w Wiedniu urzędnik Polak mógł być każdej chwili przeniesiony do Galicji. Nic nie stało na przeszkodzie, aby wysoki urzędnik austriacki, Tadeusz Rittner, pisywał utwory dramatyczne na przemian po niemiecku i po polsku i wystawiał je raz w „Burgtheater”, raz w teatrze krakowskim czy lwowskim. W Purkersdorf Ort mieszkał sobie pan Wohnout, radca dworu. Zajmowaną przezeń willę „Wanda” dekorował krakowski malarz Mehoffer. Syn pana radcy, Wiesław, kształcił się nie w Theresianum, do czego miał prawo, a w polskim gimnazjum w Wiedniu. O cóż chodziło panu radcy? Gimnazjum to nie podlegało austriackiemu ministerstwu oświaty, a Wydziałowi Krajowemu we Lwowie. Podręczniki więc były pisane przez pedagogów polskich, a profesorowie mianowani ze Lwowa. Oto ówczesna Austria!
Gdy jeszcze dodamy, że syn pana radcy, znalazłszy się z kolei wraz z ojcem w Krakowie, został sekretarzem socjalistycznego związku murarzy, a w końcu dziennikarzem i literatem, otrzymamy zabawną linię rozwoju znamienną dla wielu umysłów, które wykluły się w cieplarni monarchii austro-węgierskiej.
*
Zaś kawiarnia... Ci, którzy pamiętają ją z Warszawy, kiedy to przy stolikach tłoczyła się rzesza rozprawiająca nerwowo o wydarzeniach dnia, o sztuce, polityce, skandalach – nie będą w stanie wyobrazić sobie nastroju kawiarni wiedeńskiej. Dominantami jej były znakomita kawa i pieczywo, gazety i bilard. Wygodne fotele i kanapy, szklaneczka zimnej wody, dopełniały całości. Sjesta, a nie wzmożenie wielkomiejskiego podniecenia, była zadaniem kawiarni. Prasa całego świata, podsuwana uważnie przez kelnerów, przypominała wiadomości nie zawsze tak błogie jak atmosfera miasta; przyjmowano je jednak protekcyjnie, w poczuciu mocnego za sobą zaplecza. A były nim nie tylko dzieje wielkiego rodu Habsburgów, lecz i pogodny barok naddunajski, niezachwiana jeszcze równowaga obcowania z przyrodą, obyczaj wreszcie odwieczny, którego przejawem w miarę gnuśnym, w miarę dobrotliwym, a przychylnym wszelkiemu stworzeniu, była słynna „Gemütlichkeit”.
Kawiarni poświęciłem aż nadto wiele czasu. Gorzej poszło z dziewczętami. Nie robiły trudności, lecz że moje romantyczne nawyki były zbyt górne jak na gusta sentymentalnych a rzeczowych panienek. Jakżeż to ja, światoburca, miałem jednać sobie Mizzi czy Gretchen, skoro czuła się dobrze i pewnie w zagrożonym przeze mnie świecie. Z jedną Leni doszedłem do ładu, gdyż nie miałem możności zawracać jej głowy romantyką. Leni była córką „imitatora głosów zwierzęcych”, u którego wynająłem pokój. Chodzić z nią na spacery czy na muzykę, nie było potrzeby, a i możności, skoro rodzice baczyli, aby nie zadawała się z sublokatorem.
Cóż, kiedy jej ojciec, przygotowując się do nowego występu w jakimś teatrzyku, urządzał w domu próby, a wtedy zapamiętywał się tak bardzo, że zapominał o Bożym świecie. Gdy więc w pokoju jego odezwały się wstępne ryki i miauczenia. Leni wślizgiwała się do mnie i zapo-wiadała obiecująco:
– Papa hat probe.
Nie obeszło się, rzecz prosta, i bez burd. Gorętsze kończyły się w komisariacie. Pięć koron była to najmniejsza kara pieniężna za naruszenie porządku. Za awanturę następną – dziesięć, i dalej aż do stu. Gdy zapobiegliwy chuligan osiągał rekord pieniężnej kary, a nie chciał jej zapłacić, powinien był ją odsiedzieć. Tak też i przyszła kreska na buńczucznego Adama Staniszewskiego.
– Wiecie co? – oświadczył raz w kawiarni. – Mam dosyć nachodzenia mnie przez szpic-lów. Idę jutro odsiedzieć moje kary, i to na dwa tygodnie.
Zdumiał nas, gdyż niedościgniony w awanturach, był ponadto artystą w wodzeniu za nos policji.Nie minęło trzy dni, gdy triumfujący Adaś zjawił się ponownie przy bilardzie.
– Wykręciłem się jednak – zauważyłem.
– Gdzie tam! Odsiedziałem swoje. Rzecz w tym, że trzeba znać przepisy. Otóż: jest powiedziane, że skazany na areszt administracyjny ma prawo posyłać po obiad na miasto i po-nadto ma prawo do jednej bomby piwa. Ile razy może posłać po jedno piwo prawodawca już nie napisał. Więc rozumiecie, posiedziawszy trochę, puściłem w ruch wszystkich policjantów.
Za przyniesienie piwa otrzymywał każdy też po jednej bombie. Kiedy przyszedł na dyżur komisarz, posterunek był pijany. Komisarz przekreślił całą listę mych przewinień; oświadczył, bym mu się nie pokazywał na oczy i tak się rozłościł, że poszedł nawet ze mną na piwo.
Takie to były, zwyczajne w owe lata, studenckie wybryki, o których pełno w literaturze.
Groźniejszymi stały się starcia podbarwione politycznie.
Federalny ustrój Austrii nie zaznaczył się niczym osobliwym na gruncie wiedeńskim, póki nie zaczęli przybywać do stolicy studenci z budzących się do życia dzielnic obcojęzycznych.
Świadectwem coraz to większych sprzeczności wewnątrz monarchii stały się bitki uliczne i wielkie burdy na terenie uniwersytetu. Pamiętam takie zdarzenie spowodowane przez Włochów, którzy tak jak nie lubią wojen, tak skorzy są do bójki. Rzecz zaczęła się na Grabenie, następnego dnia powtórzyła się na korytarzu uniwersytetu, gdzie jeden z „burszów” niemieckich uderzył w twarz skaczącą mu do oczu Włoszkę. Obecni Polacy dali krótką odprawę „burszom”, a następnego dnia tysiące studentów, Polaków, Chorwatów, Czechów, Słowaków i Włochów, wymaszerowały z wszystkich wyższych uczelni, aby obsadzić szczelnie rampę uniwersytetu i nie dopuścić do niego Niemców. Blokada, przeplatana gęsto bitkami, trwała cały dzień, aż rektor osobiście poprosił do siebie delegację przybyłych i nakłonił ich do opuszczenia gmachu. Nie obeszło się bez koncesji ze strony magnificencji. Uniwersytet następnego dnia miał być zamknięty dla wszystkich. Dzienniki przyniosły alarmujące sprawozdania o tych wypadkach, a jeden z nich nazwał je „bitwą narodów”.
*
Progi Burgu były dla mnie aż nadto wysokie. Bardziej dostępnym okazał się pałac polskiego wielmoży przy Jacquingasse, 18. Należał do hrabiego Karola Lanckorońskiego, szambelana dworu i jednego z piętnastu kawalerów Złotego Runa. O Lanckorońskim słyszałem jeszcze przed przybyciem do Wiednia. „Zaustriaczony”, jak biadali patrioci, magnat przyczynił się tym niemniej walnie do opuszczenia Wawelu przez wojska austriackie; po czym z wielką troskliwością czuwał nad odbudową i konserwacją katedry i zamku. Katedrę ozdobił neoklasycznym sarkofagiem królowej Jadwigi, dłuta Madeyskiego. Pałac jego w Wiedniu był, obok pałacu Kińskich, najświetniejszą galerią prywatną. Znakomite dzieła sztuki jak trzy Rem-brandty, liczne Holendry i Włochy, rarytasy wreszcie jak płótna Ucella czy Massacia, pochodziły bądź to z galerii króla Stanisława Augusta (przez Rzewuskich), bądź to z zakupów. W pośrodku obszernego westybulu stał grobowiec starogrecki przywieziony z Azji Mniejszej, pamiątka podróży odbytej w towarzystwie Jacka Malczewskiego. Cenne meble, lektyki, „robieski” rozrzucone po licznych komnatach. U wstępu do pałacowego dziedzińca stróżował uroczysty portier. Cerber taki nie przepuściłby nigdy wyzywającego młodzika z bujną czu-pryną; stało się jednak, że odwiedzałem pałac, witając pana portiera poufałym „guten Morgen”. Zapośredniczyła kuzynka moja, wspomniana uprzednio Lota Rzeszotko. Polecona pani Lanckorońskiej, została wychowawczynią jej córek, Karoliny i Adelajdy. Zadaniem jej było zapoznać dziewczynki z muzyką i, co ważniejsze, z językiem i piśmiennictwem polskim.Rzecz godna uwagi, skoro ostatnia żona hrabiego, z domu Lichnowsky, pochodziła ze starej rodziny pruskiej, a brat jej był ambasadorem Niemiec w Londynie.
Excellencja Lanckoroński, człowiek wykształcony i znawca sztuki, urządzał niekiedy zebrania dyskusyjne w zamkniętym gronie. Pamiętam ciekawy jego wykład o urbanistyce. Utrzymywał w nim, że dalekie i otwarte perspektywy uliczne działają przygnębiająco, gdyż wzrok przechodnia nie ma na czym spocząć. Inaczej dzieje się w ulicach i uliczkach za-mkniętych piękną budowlą. Powstałe tam przywiązanie do własnego gniazda ma niewiele wspólnego z dumą mieszkańca nowoczesnych stolic. (...)
Pierwsze me spotkanie z Excellencją odbyło się w zabawnych okolicznościach. Portier, ujrzawszy młodego człowieka w kapeluszu a la Rinaldini, zapytał, czy nie pomyliłem adresu.
Odprawiłem go uwagą, że chcę się zobaczyć z kuzynką, Lotą Rzeszotko. Wyczekawszy aż portier porozumie się z pałacem telefonem wewnętrznym, co odpowiednio podwyższyło moją temperaturę rewolucyjną, zostałem z kolei wpuszczony do wspaniałego przedsionka. Stałem tam z kapeluszem na głowie, czekając, aż się ktoś pojawi. Przypadek chciał, że w tym samym czasie hrabia Lanckoroński udawał się do cesarza w stroju szambelana. Wspaniała gala zjeżyła mnie więcej jeszcze. Gdy zaś Excellencja zapytał po niemiecku „was wuenscht der junge Herr”, zakipiałem i odparłem po polsku:
– Mówiłem już raz, że chcę się zobaczyć z Lotą Rzeszotko.
Szambelan skinął głową, zawołał lokaja i kazał mnie zaprowadzić na pierwsze piętro.
Lota, że to miała o hrabim zupełnie inne pojęcie, zwymyślała mnie za grubiaństwo. Gdy jednak potem usiłowała mnie wytłumaczyć i powoływała się na moje radykalne „zbakierowanie”, hrabia uśmiechnął się i powiedział:
– Droga pani. Kto nie jest socjalistą mając lat dwadzieścia pięć, nie ma serca; kto jest nim po czterdziestce, nie ma rozumu.
Przywiązanie do Wiednia skłoniło hrabiego Karola do pozostania w Austrii i po pierwszej wojnie światowej. Świadomy, że przeniósłszy się do Polski, musiałby w podeszłym już wieku wziąć udział w politycznym życiu młodej Rzeczypospolitej, na co brakło mu doświadczenia i znajomości zaboru rosyjskiego, postanowił dokonać starych lat w starym domu. Tam też ujrzałem go po raz ostatni, gdym w roku 1925 udawał się z mym bratem na kongres geografów do Kairu. Brat Walery był już profesorem Akademii Górniczej w Krakowie; ja miałem za sobą cztery książki. Hrabia powitał nas jak starych znajomych. O socjalizmie nie było mowy, gdyż zbliżałem się do owej czterdziestki i miałem za sobą wspomnienia z rewolucji bolszewickiej.
*
Był to czas, gdy Austria walczyła z Norwegami i Finami o prymat ideowy w pojmowaniu narciarstwa. Norwegowie jęli już budować skocznie i nadawać narciarstwu kierunek sporto-wy; Austriacy, ze słynnym Matiasem Zdarskym na czele, głosili, że najwyższym osiągnięciem narciarza winny być dalekie i trudne wyprawy po ośnieżonych górach. Spór był gorący, zwycięzcą zdawał się być Zdarsky. Siedzibą jego była miejscowość Lilienfeld w Pogórzu Alp. Pan Matias, którego poznałem już pierwszej zimy wiedeńskiej, przypominał pod wielu względami naszego Zaruskiego. Prostolinijny i uparty jak tamten, postać miał krzepką, wiarę w znaczenie wychowawcze górskich wypraw niemal idealistyczną. Prostota i przychylność w stosunku do ludzi jednała mu wielu zapalonych zwolenników.
Najświetniejszą postacią w jego otoczeniu był Polak, Henryk Bobkowski, ojciec przebywającego na wychodźstwie pisarza, Andrzeja. Trudno o lepszy dowód przyjaźni łączącej pana Henryka ze Zdarskym jak to, że Zdarsky właśnie trzymał małego Andrzejka do chrztu. A jakżeż to było z małżeństwem dorodnego pana Henryka? Polegam na otrzymanym niedawno liście Andrzeja. Otóż, pan kapitan Henryk, któremu dowództwo armii austriackiej przekazało kształcenie narciarskie żołnierzy i cywilów, prowadził kurs na Kalatówkach pod Zakopanem. Wśród uczennic znajdowała się miła mu panienka z Nałęczowa Lubelskiego. Oświadczyny wisiały w powietrzu, ale pan kapitan, jak śmiałym był człowiekiem w wojsku i wśród gór, tak tracił się w obliczu panny. Wybrał sposób rycerski a niezawodny. Jest nad Kalatówkami słynny Suchy Żleb. Zjechać nim szusem znad „kamienia” rzadko kto potrafi. Pan Henryk wyszedł więc aż ponad „kamień” urwał gałązkę kosówki, ujął ją ustami, rzucił się w dół szusem z rękami w kieszeniach i gałązkę ofiarował olśnionej uczennicy. Cokolwiek by się o tym gadało, zawsze to piękniejsze od rzeczowych umów przedmałżeńskich. Kto spojrzy dziś na podobiznę Henryka Bobkowskiego, osądzi, że owszem, było mu do twarzy w mundurze wojskowym i mógł być ponadto miłym człowiekiem i świetnym sportowcem. Ja, gdym z nim odbył parę wypraw narciarskich, nabrałem większego o nim pojęcia. Niezawodny jako towarzysz w górach, na postojach w schronisku zadziwiał wiedzą, oczytaniem i niezależnością myśli. Należał do ludzi, których nie zapomina się mimo przelotnej z nimi znajomości.
Wierni hasłu, że narciarstwo jest przede wszystkim nową formą turystyki górskiej, trzymaliśmy ze Zdarskym i Bobkowskim. Gdy zaś Zdarsky wyzwał głośnego przedstawiciela norweskiej szkoły na wyścig z Schneeberg przez spadzistą Breiter Riss, przy czym każdy upadek miał być policzony jako karny punkt – oczekiwaliśmy z napięciem wyniku. Norweg nie stanął, co słusznie poczytano za zwycięstwo Zdarskyego.
*
I wyruszaliśmy w wysokie już Alpy, na dłuższe wyprawy.
Jak nazwać upodobania tego rodzaju? Jak wpleść je w potoczny dzień? Jakie miejsce wyznaczyć w hierarchii spraw tej drugiej, tak swoistej, legendzie życia? Opętani nią ludzie ule-gali jej nawet podczas sprawiania zawodowych obowiązków. Był na Politechnice wiedeńskiej profesor matematyki, Schruttka von Reichenstein, namiętny alpinista i narciarz. Krótko przed mym egzaminem u niego wywichnąłem lekko rękę na jednej z wycieczek. Znając słabość profesora do gór, obandażowałem prawicę i zawiesiłem na temblaku.
– Co się panu stało? – zapytał profesor.
– Drobiazg – odpowiedziałem – wywichnąłem rękę zjeżdżając tydzień temu ze Schneebergu.
– Ze Schneebergu! – zawołał. – Czy może przez Breiter Riss?
Egzamin zamienił się w ożywioną rozmowę o górach. Ciche stukanie w drzwi przypomniało profesorowi, że w poczekalni siedzi kilku jeszcze studentów oczekujących egzaminu.
– Niech no pan jeszcze do mnie zajrzy – spostrzegł się profesor... jest o czym pogadać.
– No, ale egzamin?
– Naturalnie. Dawaj pan indeks.
Wpisał na wszelki wypadek tylko „gut”. Sądzę, że było i tak za dużo. Ten gest lekceważe-nia okazany swemu zawodowi w imię legendy wysokogórskiej nie był wyjątkiem. Słynny a przedwcześnie zmarły fizyk, Marian Smoluchowski, przenosił się od razu myślą w inny świat, ilekroć rozmowa zeszła na Tatry. I kiedy słyszę dziś, że w Zakopanem spotykają się starzy a słynni taternicy jak profesor Z. Klemensiewicz, inżynierowie J. Maślanka i Janusz Chmielow-ski, gotów jestem uwierzyć, że składają hołd czemuś, co okazało się trwalsze od wszystkiego, na czym chcieli polegać.
*
Rodzinę Malczewskich poznałem bodaj jeszcze przed przyjazdem do Wiednia, kiedy to mistrz Jacek najmował drewniany dworek z bujnym ogrodem u podnóża Salwatora, na krakowskim Zwierzyńcu. Już wtedy zjednała mnie niezwykła postać wielkiego artysty, który wydzielony z konwenansów siłą swego wizjonerstwa, był za pan brat z bardzo niesforną ludnością przedmieścia. Ilekroć szedł do miasta, zatrzymywał się co chwilę na pogaduszki.
Gdym zaprzyjaźnił się później z Rafałem, mieszkanie Malczewskich, już przy ulicy Garncarskiej, było ulubionym miejscem mojego postoju na przejazdach z Wiednia do Lwowa czy też z powrotem. Miałem wtedy sposobność przyjrzeć się z bliska niezwykłemu trybowi życia Malczewskiego.
Obecnym, naprawdę obecnym, Jacek Malczewski był tylko w swojej pracowni malarskiej. Artystycznej samotności strzegł jak oka w głowie. Prócz starego służącego, który czuwał u wejścia, prócz modela czy modelki, nie miał prawa wejść tam nikt. Życie potoczne uważał za konieczność człowieka wygnanego z raju. Rajem jego było marzenie. Wrodzony zmysł humoru ułatwiał mu życie codzienne. Wstając rankiem nucił sobie rubaszne krakowiaki, nie szczędząc ni siebie, ni rodziny. Anegdot o dowcipie i fanaberiach niezwykłego pana rektora krążyło po Krakowie mnóstwo. Przytoczę jedną z nich, wówczas może najsłynniejszą.
„Bratniak” studentów Akademii Sztuk Pięknych postanowił pewnego dnia urządzić loterię na swoje cele. Fantami miały być obrazy. Świadomi przynęty, jaką byłoby dzieło uwielbiane-go mistrza, zwrócili się do niego, by im ofiarował jeden ze swych obrazów. Mistrz odmówił i przesłał im kwotę w gotówce. Zawiedzeni a bezczelni młodzieńcy, wystosowali do Pana Rektora list zbiorowy z końcowym zwrotem: „Całuj nas gdziesi, Jacku Malczewski”. Pan rektor nie wytoczył dyscyplinarki, obliczył skrupulatnie podpisy i przesłał „Bratniakowi” odpowiednią ilość biletów wstępu do łaźni w hotelu krakowskim. Próba ośmieszenia Pana Rektora zawiodła, gdyż buńczuczne chłopaki nie mogły się przez długi czas opędzić pytaniom: „A co, był pan już w łaźni”?
Tak więc popularność Malczewskiego jako malarza i człowieka rosła. W dziwnych tych czasach symbolizm obrazów Malczewskiego, z biegiem lat coraz więcej tajemniczy, nie odstręczał publiczności. Dociekania, co też chciał wyrazić w zawiłych kompozycjach, jak na przykład „Zaklęta Studnia”, były przedmiotem całych rozpraw. Obrazy mistrza ceniono wysoko, w tysiącach koron. On zaś targów nie lubił.
I tak pewien warszawski amator jego malarstwa ujrzał na wystawie Sztuki kompozycję „Niewierny Tomasz”. Usłyszawszy w kancelarii, że obraz kosztuje dziesięć tysięcy koron, popędził do mistrza. Znał go już nieźle, lecz mimo tego popełnił kosztowny błąd.
– Widziałem „Niewiernego Tomasza”, drogi mistrzu. Arcydzieło! Ale ta cena... dziesięć tysięcy! Nie zmieniłby mistrz coś po starej znajomości?
– Owszem. Dwanaście.
O dalsze zmiany niefortunny mecenas już nie pytał. Zapłacił dwanaście tysięcy i zabrał obraz do Warszawy.
Gdzie podziały się wielkie zarobki mistrza, trudno osądzić; że jednak znaczną ich część rozdawał, wiedziano zarówno w Krakowie, jak i na Zwierzyńcu. Doświadczyłem tego i ja.
Podczas jednego z mych postojów w Krakowie gospodarz mój zapytał wesoło:
– Chciałbyś się pewno zabawić, Ferdziu... a masz pieniądze?
– Mam. Zresztą jutro jadę już do Lwowa.
– Masz? Pokaż!
Okazać nie było co. Pan Jacek sięgnął do kieszonki swej tabaczkowej kamizelki i obdarował mnie złotą dziesięciokoronówką.
Według jednych, wysoko postawionych, Malczewski był impertynentem, a nawet nie-okrzesańcem. Według innych, uosobieniem delikatności. Takim go też zapamiętałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.