piątek, 17 lipca 2026

Czy Evola jest rzeczywistości taki niebezpieczny, jakim go malują?

 Evola – morderca młodzieży – ale i dojrzalszych, łysawych też?


Artykuł pod tak dramatycznym tytułem, można znaleźć na stronie Pana profesora Dakowskiego.

Pan profesor Dakowski ostro krytykuje niejakiego Juliusza Evolę, z jego krytyki:

W polemice pisałem przed paru laty: Na pewno nie jest (i nie będzie) moim zamiarem tłumaczyć katolikom, co to Kali-yuga. Itp.. Także nie będę rozróżniał Hiperborei i Thule oraz Ultima Thule. To wszystko – wg. mego Mistrza F. Konecznego – to myślenie medytacyjne – bez podstaw DOŚWIADCZALNYCH. Ja to brutalniej nazywam sufitologią.
***
Przede wszystkim należy dokonać tu hierarchicznego uporządkowania idei. Pan profesor zajmuje stanowisko naukowe, możemy szanować Feliksa Koniecznego za jego myśli, nazywać go Mistrzem, ale przecież nie mistrzem duchowym, który zna i doświadcza Królestwa nie z tego świata (świata narodzin, starości i śmierci, świata którego postać przemija).

Zatem jako nauczyciel i mistrz, Feliks Konieczny może nas nauczyć z pewnością wielu ciekawych rzeczy, ale tak naprawdę nic z tego co ważne. Dlaczego? Otóż brakuje mu podstaw doświadczalnych, takich jakimi dysponował np święty Antoni.

Zatem co do "podstaw doświadczalnych" jest bardzo nieliczne grono tych którzy, w oparciu o własne doświadczenie mogą objasniać Naukę Jezusa, gdyż jak wiadomo mogą to tylko ci, którzy posiadają ducha, w którym Jezus wygłaszał swe Nauki. I przeważnie do takiego rozumienia dochodzi się poprzez "myślenie medytacyjne", posty, nocne czuwania, itp. A już na pewno poprzez zaparcie się samego siebie, gdyż same posty i nocne czuwania mogą u mniej inteligentnego ucznia Jezusa sprowokować dumę i pychę, czyli przeciwieństwo tego w jakim celu się je powinno praktykować.

Oprócz bycia naukowcem, pan profesor jest również wierzącym katolikiem. Czy nauka o Trójcy świętej jest dla niego "myśleniem medytacyjnym", czy też kiedykolwiek mówi on o Trójcy świętej, mówi on na podstawienie swego bezpośredniego doświadczenia i wiedzy, z taką samą pewnością jak wie on, że sól jest słona a miód słodki?

Evolę możemy widzieć jako człowieka tak zwanej kultury wyższej, z aspiracjami do promowania wartości duchowych. Tym samym, nie jest jakimkolwiek zagrożeniem dla przeciętnego katolika, a to z tego powodu, że przeciętny katolik zupełnie Evoli nie potrzebuje. Na czym zatem miałaby polegać jego szkodliwość?

W dziedzinie filozofii zasada "wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem" jest bardzo złym doradcą, gdyż jest wiele błędnych poglądów, wzajemnie się zwalczających, i to że jakiś pogląd zawiera w sobie słuszną krytykę jakiegoś błędu, nie czyni go odpornym na inne błędy. (Często zresztą, zajęcie opozycji wobec danego błędu, samo w sobie jest błędem- np są pytania źle zadane, zawierające błędne założenie. Zatem wszelka na nie odpowiedź, pozytywna czy negatywna, wciąga nas w dialektykę opartą na fundamentalnie błędnym założeniu).

W dziedzinie duchowości jednak, o ile rozpoznamy naszego głównego wroga, inne duchowości stojące w opozycji to tego arcywroga, powinny być tolerowane. Oczywiście skoro są inne, to siłą rzeczy zawierają pewne błędy doktrynalne, zatem podążając za nimi nie można się przecisnąć przez wąską bramę prowadzącą do Królestwa Niebieskiego nie z tego świata. Ale przecież i tak niewielu się przez nią przeciśnie.

Jeżeli te duchowości promują przestrzeganie moralnych wskazań, to przynajmniej gwarantują podążającym nimi, że nie znajdą się w piekle. A to już jest coś, co czyni je godnymi i wartymi pewnego szacunku, o czym każdy wyznawca Talmudu dowie się jak tylko zionie ducha.

Zatem generalnie, w duchowości, gdzie podstwą jest przestrzeganie moralnych wskazań (samo w sobie oczywiście nie wyzwalające ale przynajmniej chroniące przed piekłem czy zezwierzęceniem) zasada "wróg naszego wroga ...", ma pewien sens. I teraz fakt, że na przykład na buddyjskim forum zarządzanym przez kulturalnych marksistów Evola wydaje się być personifikacją sił ciemności, co jest już jakąś dla niego pozytywną rekomendacją.

Co prawda dla niewtajemniczonych, entuzjazm kulturalnych marksistów dla Nauki Buddy, nie wydaje się być dla Buddy zbyt dobrą rekomendacją... Nie mniej, promowanie zboczeń seksualnych jako normy, podważanie podstaw zdrowego społeczeństwa przez rekomendację "małżeństw" pomiędzy osobnikami tej samej płci, i innych arcyszkodliwych idei jak transgender, nic z takich rzeczy nie ma jakiegokolwiek wsparcia w Nauce Buddy. W Nauce Buddy zresztą najważniejszy podział jest na tych, którzy widzą i wiedzą o śmierci, iż jest nietrwała, determinowana i powstała wspołzależnie, zatem wiedzą też o drodze, idąc którą nie zazna się śmierci na wieki; i resztę stawiajacych się na równi z Bogiem, poprzez wyobrażenie "jestem".

[W największym skrócie "jestem" jest o tyle boskie, że zawiera w sobie przekonanie o trwałości czy lepiej, wieczności: to czym jestem, jestem na zawsze. A jednak ludzie, którzy nie zaparli się samych siebie i nie mający głębszego zrozumienia Nauki Jezusa, rzutują tą trwałość poprzez "jestem tym czy tamtym" na nietrwałe rzeczy przestrzeni i czasu. Tak powstaje tak zwana osobowość, która musi przeminąć, wraz z postacią świata tego.]

Tylko ci co zaparli się całkowicie siebie, tak że nie powstaje u nich myśl "jestem" przecisneli się przez wąską bramę. Mniej zaawansowani są ci, którzy widzą postawę "jestem" jako esencję grzechu pierworodnego, gdyż choć nie wolni jeszcze od wpływu tego grzechu, widzą już drogę prowadzącą przez wąską bramę. Ale to dygresja.

Inną dygresją na którą możemy sobie tu pozwolić jest to, że kulturalny marksista / buddysta nie koniecznie jest człowiekiem z gruntu złym. Niestety ignorancja w Nauce Buddy nie jest "okolicznością łagodzacą", przeciwnie. Np perfidny typ, który promuje ideologię transgender dla zysku materialnego, często zdaje sobie sprawę do jak wielkiego cierpienia się przyczynia, szerząc konfuzję wśród młodych ludzi, natomiast entuzjasta, który święcie wierzy, że dobro jest po jego stronie, wierząc że zwalcza obskurantyzm, nieuzasadnione uprzedzenia, bigoterię itp, zwykle może narobić więcej szkód niż opłacony najemnik sił ciemności.

Zatem co jest głównym wrogiem ducha w obecnych czasach? Zdecydowanie ateizm i bezduszny materializm. Idea "więcej pić a mniej zakąszać" - remedium Jerofiejewa na te trucizny ducha, prawdopodobnie ogłoszona z myślą iż lepiej z marskością wątroby wejść do Królestwa Niebieskiego niż pozostawać duchowym kaleką i sługą grzechu, który na zawsze przebywa poza Domem - niestety nie uwzględnia tego iż sam spirytus, na przekór wydawałoby się entymologicznemu podobieństwu, jest jednak wrogiem ducha. By poznać wyzwalajacą Prawdę, należy posiadać trzeźwy umysł (oczywiście trzeźwość ma tu także głębsze znaczenie). Poza tym albo albo, jak mawiał Kierkegaard. Albo szukamy pociechy duchowej naśadując Jezusa, albo znajdujemy ją w czystej wyborowej.

Kiedy Mircea Eliade odwiedził pewnego ranka sparaliżowanego Evolę, ten wymusił na nim strzemiennego, i jako że podał do tego jakieś duchowe uzasadnienie, (symboliczny gest braterstwa) Eliademu nie wypadało odmówić. (Choć później w swym dzienniku dość mocno narzekał).

Gdyby profesor Dakowski nawiązał w swym artykule do tego incydentu, i surowo skrytykował Evolę za takie postepowanie, można by mu przyznać rację.

Ale co panu Dakowskiemu szkodzi, że Evola próbuje "uduchowić" przeciętnego Europejczyka, który tak czy tak dawno już przestał traktować Naukę Jezusa na tyle poważnie, by choć przestrzegał celibatu? Już nic nie mówiąc o oddawaniu się medytacji (sufitologii?) w kontemplacyjnej celi.

A przecież wiadomo, że na poziomie ducha, wystarczy patrzeć pożądliwie na niewiastę, by cudzołożyć. I któż rozsądny przedkładałby prymitywną kopulację nad Królestwo nie z tego świata? Oczywiście żaden rozsądny człowiek. Niestety we współczesnym świecie ludzi rozsądnych mało.  Evola jako człowiek kultury wyższej, przynajmniej stara się uczyć współczesnego człowieka o wyższych wartościach duchowych. Tak się składa, że poglądy polityczne pana profesora są poglądami mniejszości. W Polsce często takie poglądy są wspierane przez katolicką wizję. Na Zachodzie Europy, ludzie z takimi poglądami rzadko już są zwiazani z jakąś religią, a część to nawet -z uwagi na niedouczenie historyczne - widzi chrześcijaństwo jako siłę która osłabiła i osłabia Europę.

Takim ludziom Evola raczej może tylko pomóc. Jego książka o Nauce Buddy, choć siłą rzeczy zawiera błędy, i tak stoi powyżej przeciętnej książki o Dhammie. No i co ważniejsze, była wystarczająco dobra, by zachęcić bardzo inteligentnych i dobrze wykształconych brytyjczyków, by zostali mnichami. Jeżeli ktoś już należy do pewnej tradycji duchowej, to Evola zasadniczo jest mu na tym poziomie zbędny. Lepiej czytać Ojców Pustyni. Ale na niższym poziomie, to po prostu niezły pisarz i jego krytykę współczesnej cywilizacji po prostu czyta się dobrze.

Podsumowując, Evola nikogo nie morduje, bo przecież nikt kto rozumie Jezusa, na poziomie gdzie mogą i następują narodziny w duchu i prawdzie, gdzie Prawda ma właściwości wyzwalające, nie będzie traktował Evoli zbyt poważnie. Co mu jednak nie koniecznie musi odbierać przyjemność czytania o Kaliyuga. Ten akurat termin nie jest wymyślony przez Evolę i pochodzi, o ile się orientuję, z tradycji hinduizmu. Termin, choć brzmi obco, po prostu oznacza czas ciemności duchowej. Inteligetny człowiek posiadający wiarę w Jezusa co prawda nie potrzebuje zupełnie hinduizmu. Nie mniej więcej oparciu o opisy Kaliyugi -jak jest inteligetny- to musi przyznać, że hinduistyczni mędrcy, bardzo dobrze i dokładnie opisali czasy w których żyjemy.

Oczywiście każdy ma swoje gusta literackie i swoje wybrane "fałszywe bóstwa", które uważa za stosowne zwalczać. Dla mnie, znacznie groźniejszym fałszywym bóstwem współczesnego świata jest może nie sama nauka, ale absolutnie niezasłużona cześć i szacunek jakim się ją obecnie obdarza. Ostatecznie tak naprawdę nauka nie zajmuje się niczym ważnym, i samo to, że przyczyniła się do uczynienia naszego życia wygodniejszym, jest raczej dwuznaczne.

Już nic nie mówiąc o negatywnym wpływie "odkryć" naukowych na masy ludzkie. Ziema, z nieruchomego centrum stała się kosmiczną prowincją, człowiek, pokrewny Bogu, okazał się krewnym szympansa. Takie "odkrycia" miały i mają negatywny wpływ na duchowość mas ludzkich, od których i tak nigdy nie można było oczekiwać nic więcej, niż tego by jako tako się zachowywały, by choć przez hipokryzję oddawały hołd cnocie. "Odkryciach", gdyż domniemanie krążenie Ziemi wokół słońca jak i w okół własnej osi, z zwrotną szybkością,  jest nie tylko teorią sprzeczną z naszym  bezpośrednim doświadczeniem zmysłowym, lecz także taka "mobilność Ziemi" nie została jasno i bezsprzecznie udowodniona.

Już nic nie mówiąc o pokrewieństwie z szympansem. Jeżeli takie pokrewieństwo faktycznie istnieje, to raczej - zgodnie z Suttami, to szympans de-ewoluował z człowieka, co akurat na poziomie jednostek a nie całego gatunku można łatwo zaobserwować tu i teraz. Zrobienie z siebie małpy, nie jest niczym niezwykłym, to banalna codzienność, wystarczy się tylko rozejrzeć by spostrzec taki fenomen. Walka o dominację, samiczki i żarcie, to fundament etyczny całkiem sporej grupy.

Od teorii względności do relatywizmu moralnego jest jeszcze pewien dystans do przebycia, tyle że sama ta teoria wydaje się filozoficznie absurdalna i sprzeczna logicznie,  miała i ma wpływ na ludzkie umysły taki sam jak informowanie młodych ludzi o istnieniu 56 rodzajów płci. Nic dziwnego, że wymyślił ją żyd, i że był on i jest promowany przez to plemię jako geniusz wszechczasów.

I tu proszę, co pisze Evola o tak zwanej teorii względności: (Nie jestem pewny czy rzeczywiście obliczenia co krąży wokół czego mają się tak jak mówi Evola)

A simpleminded example can make this state of affairs plain. Whether Earth moves around the Sun, or the Sun around Earth, from the point of view of Einstein’s “cosmic constant” is more or less the same. One is no more “true” than the other, except that the second alternative would involve the introduction of many more elements to the formulae, thus a greater complication and inconvenience in the calculations. For the person unconcerned with one system being more complicated and inconvenient than another, the choice remains free; this person could calculate the various phenomena starting either from the premise that Earth revolves around the Sun, or from the opposite premise.
This banal and elementary example clarifies the type of “certainty” and knowledge to which Einstein’s theory leads.
Evola - The Procedures of Modern Science


Tu o "ukąszeniu tarantuli", czyli o opentaniu współczesnego człowieka pracą i o otium

https://varapanno.blogspot.com/2022/09/the-tarantulas-bite.html

Podsumowując, w żadnym razie nie można uważać Evoli za jakiegoś mistrza duchowego. Nawet na niższym poziomie pewno to i owo można u niego skrytykować. Jak dla mnie jednak stoi on raczej w opozycji do sił ciemności, był dobrym pisarzem i przynajmniej pewne rzeczy które napisał, czyta się z przyjemnością.

No ale to spojrzenie "mola książkowego", który potrafi docenić inteligentnego pisarza. Gdyby ograniczyć lektury tylko do tych, którzy sami doznają wieczności wolnej od przemijania, pustelnicza biblioteka mieściła by się na paru półkach. Nie byłoby tam też Feliksa Koniecznego. 😉

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.