Ceny egipskiej bawełny na światowym rynku gwałtownie ostatnio spadły, a plony niszczyła zaraza. Ludności wsi głód zaglądał w oczy. Jakież to jednak miało znaczenie w obliczu odkrycia królewskiego grobowca? Po wielu miesiącach wytężonych prac wykopaliskowych poszukiwacze natrafili w końcu na drzwi do komory grobowej z nienaruszoną pieczęcią. Jego lordowska mość pragnął zostać świadkiem jej zerwania.
Podobne życzenie wyraziła cała rzesza przeróżnych książąt i paszów oraz cała hałastra zaliczana dumnie do międzynarodowej śmietanki towarzyskiej. Wraz z nimi na miejsce przybyli ci, którzy zawsze podążają w ślad za bogaczami, a mianowicie przedstawiciele najstarszego zawodu świata. W Egipcie wszakże to określenie ma nieco inne znaczenie niż gdzie indziej i odnosi się do okradających groby (uprzejmie nazywanych archeologami).
Aby bowiem kopać (elegancko rzecz ujmując: „prowadzić wykopaliska”) i faktycznie się do czegoś dokopać, potrzeba było wiedzy, ale także pieniędzy – i to niemałych.
W związku z powyższym archeolodzy i ich zamożni alfonsi często blisko ze sobą współpracowali. Do historii przeszło kilka takich słynnych „par” – nierozerwalnie ze sobą związanych pomimo znacznych różnic charakteru i odmienności życiowych doświadczeń. Na kartach egiptologii przełomu XIX i XX wieku zapisali się między innymi amerykański milioner Theodore Davis i nieodłącznie mu towarzyszący młody badacz z Cambridge Edward Ayrton.
Temu duetowi zawdzięczamy odkrycie licznych grobowców, między innymi miejsca pochówku faraonów Horemheba czy Siptaha, a także Złotego Grobu (KV56)1. To oni odnaleźli w Dolinie Królów tajemniczy grobowiec oznaczony numerem 55 oraz grobowce zwierząt (nr 50, nr 51 oraz nr 52), a w nich zmumifikowanych i strojnych w klejnoty pupili Amenhotepa II. Ukochani towarzysze władcy zostali pozbawieni swoich ozdób już za sprawą starożytnych rabusiów, którzy pozwolili sobie nawet na swego rodzaju żart – bodaj najstarszy żart znany historykom – a mianowicie ułożyli królewską małpę i psa twarzami do siebie. W pozach, jakby toczyli pojedynek, przyłapali je trzy tysiące lat później Davis i Ayrton.
Milioner i badacz tworzyli dość niecodzienną parę. Davis, uparty i zdeterminowany przedsiębiorca, nawykły zawsze dostawać to, czego tylko zapragnie, stał przed obiektywem aparatu wyprostowany w swoich bufiastych bryczesach i wypolerowanych do połysku butach, dumnie prezentując siwe baki. Miejsce obok zajmował Ayrton – wysportowany i nieśmiały człowiek, w przekrzywionym słomkowym kapeluszu, ma w sobie coś z chłopca, uśmiecha się trzpiotowato i patrzy w dal na pustynię. Trudno w tym przypadku mówić o mariażu doskonałym, współpraca raz bowiem układała im się lepiej, raz gorzej – mimo to duet zapisywał na swoim koncie wspaniałe rezultaty.
Inną taką parę tworzyli Howard Carter i lord Carnarvon. Carter, człowiek wybuchowy, nie wahał się dać upust swojej złości, jeśli miało go to przybliżyć do osiągnięcia celu. W jego oczach dało się dostrzec intensywny i złowrogi błysk świadczący o trawiącej go obsesji. Brak formalnego wykształcenia i zdecydowanie mało imponujący bagaż doświadczeń czyniły go bez wątpienia outsiderem w tym towarzystwie. Ratował go talent artystyczny. Nic by jednak nie osiągnął, gdyby nie earl Carnarvon, pieszczotliwie zwany „Porchym”, znany z dobrego smaku dziedzic majątku o powierzchni trzydziestu sześciu tysięcy akrów, który na wykopaliska przywoził ze sobą najlepszą porcelanę, obrusy i wyborne wino.
Grube ryby życzyłyby sobie co prawda uchodzić za mecenasów sztuki i archeologii, w rzeczywistości jednak kierowały nimi daleko niealtruistyczne pobudki. Płacili za wykopaliska z nadzieją, że przyniosą im one korzyści znacznie większe niż te, które dałoby się uzyskać na torze wyścigowym albo przy stole do ruletki, czyli tam, gdzie tacy ludzie zwykle raczyli się drinkami.
Zgodnie z prawem obowiązującym w Egipcie – które zapewne zasługiwałoby raczej na miano „zasad gry” – wszelkie znaleziska, a więc zarówno posągi, jak i klejnoty czy papirusy, dzielono po połowie: część przekazywano do powstającego dopiero Muzeum Egipskiego w Kairze, reszta zaś trafiała w ręce zamożnych badaczy. To właśnie ta wizja ściągała brytyjskich earlów i amerykańskich milionerów do pustynnych dolin Egiptu kryjących niesamowite skarby, to ona sprowadzała ich do świata starożytnych bogów i klątw.
Od powyższej zasady obowiązywał wszakże jeden wyjątek, taki swego rodzaju karciany dżoker. Rzecz dotyczyła nienaruszonego miejsca królewskiego pochówku, grobowca faraona bądź grobu królowej, którego nikt nigdy w żaden sposób nie uszczuplił. W przypadku dokonania takiego odkrycia zasady gry się zmieniały, a uzgodnienia poczynione podczas licytacji przestawały obowiązywać. Teoretycznie wszystko miało wówczas trafić do Muzeum Egipskiego. Teoretycznie – faktycznego rozwoju wydarzeń nikt bowiem nie potrafił przewidzieć, jako że takiego odkrycia nigdy jeszcze nie udało się dokonać. Perspektywa odnalezienia nienaruszonego grobu wydawała się tak mało realistyczna, że nikt jakoś specjalnie się tym nie przejmował. Wszystkie grobowce odkryte do tej pory zostały przynajmniej częściowo splądrowane jeszcze w czasach starożytnych.
To oczywiście nikogo nie zniechęcało, ponieważ nawet taki splądrowany grób mógł kryć niesamowite znaleziska. Rzeczy zupełnie bezwartościowe dla starożytnych złodziei bywały niekiedy warte fortunę dla ich nowożytnych kolegów po fachu. Dawni rabusie wynosili z grobów przede wszystkim złoto i srebro, ewentualnie słoje z kosztownymi perfumami i mazidłami. Zwierzęce skóry nacierali olejami, aby łatwiej je było wynieść, zupełnie się natomiast nie interesowali wybitnymi dziełami sztuki. Nie znaleźliby nabywców na pięknie rzeźbione posągi. Nie mieliby co zrobić z sarkofagami z wapienia i alabastru, z malowanymi trumnami i bogato ilustrowanymi papirusami. Współczesnych poszukiwaczy kusiły więc przede wszystkim te właśnie cenne artefakty (wyceniane teraz na setki tysięcy brytyjskich funtów, amerykańskich dolarów czy francuskich franków).
Oprócz tego nawet w tych, zdałoby się, splądrowanych grobach udawało się niekiedy dokonać przypadkowych odkryć. Gdzieś pośród bandaży mumii zachował się amulet, starożytnym złodziejom zdarzało się też czasem zgubić w pośpiechu jakieś kosztowności. Teoretycznie bezwartościowa krucha mumia krokodyla kryła w środku setki zwojów papirusu stanowiących arcydzieło sztuki kaligraficznej. Udało się również odkryć zmumifikowane ramię – należące do królowej Meritneit – oderwane od ciała i pozostawione w jakiejś wnęce. Ramię obwieszone subtelnie zdobionymi złotymi bransoletami zostało – wszystko to działo się w czasach rządów pierwszej dynastii (trzy tysiące lat przed Chrystusem) – zabezpieczone gipsem przez nieszczęsnego złodzieja, który najwyraźniej nigdy nie zdołał wrócić po swoją zdobycz. Jego strata stała się zyskiem dla przyszłego kolegi po fachu (a konkretnie poważnego miłośnika spartańskiej dyscypliny W. Flindersa Petriego, który, by tak rzec, drobnym grzebykiem przeczesywał – na dobrą sprawę przeszukane już – stanowisko w Abydos).
Przy grze toczącej się o tak wysoką stawkę liczne plotki i spekulacje dotyczące Egiptu nikogo nie powinny dziwić. Ostro konkurowali tam ze sobą nie tylko prywatni kolekcjonerzy i handlarze antyków (oryginalnych i podrabianych), w rywalizacji uczestniczyły również największe muzea świata. Przedstawiciele Luwru, Muzeum Brytyjskiego oraz nowojorskiego Metropolitan Museum of Art też nie przebierali w środkach. Wszyscy zachowywali się jak łapczywe i kłótliwe dzieci, każdy chciał pozyskać dla siebie jak najwięcej jak najlepszych starożytnych artefaktów. Nikt się przy tym specjalnie nie interesował, skąd one konkretnie pochodzą.
Oczywiście wszyscy uczestnicy tej gry zebrali się na pustyni w tamten ciepły i jasny dzień. Otwarcie nienaruszonego królewskiego grobowca to wydarzenie, którego nie można było przegapić. Uczestniczył w nim również „ojciec” całej tej niegrzecznej gromadki, a mianowicie Gaston Maspero, mudir, czyli dyrektor Najwyższej Rady Starożytności, zaangażowany badacz odpowiedzialny za nadzór nad zachłannymi dziećmi.
(...)
Te dokumenty odegrają później ważną rolę, dostarczając Carterowi cennych wskazówek podczas poszukiwań królewskiej nekropolii (zwanej też miastem umarłych). Na razie jednak służyły mu głównie jako źródło wiedzy o postaciach z dawnych czasów. To z nich dowiedział się o Ramzesach i Setich, a także o Amenhotepach – których losy będzie gorliwie zgłębiać przez kolejnych czterdzieści pięć lat. Carter nie zazna nigdy wielkiej miłości, nie przydarzy mu się nawet przelotny romans. Nie będzie miał żony, kochanki ani dzieci. Główne akcenty jego życia stanowić będą kolejne odkrywane grobowce. Zapisze na swoim koncie liczne sukcesy w tej dziedzinie, a ukoronowaniem jego wysiłków stanie się odnalezienie niemal nienaruszonego – jak słusznie podpowiadał mu głos intuicji – królewskiego grobu wraz z licznymi zapierającymi dech w piersi skarbami.
Dla młodego Cartera Egipt to jednak kraina niemal równie odległa jak Księżyc. Kolekcja Amhersta rozpalała jego wyobraźnię, ale na tym sprawa się kończyła. Inaczej rzecz się miała w przypadku badaczy i profesorów odwiedzających Didlington Hall. Tych traktowano jak równych partnerów w intelektualnej dyskusji o starożytnych znaleziskach. W Anglii hołdującej podziałom klasowym Carter plasował się nieznacznie powyżej służby, a jego rola sprowadzała się do rysowania zwierząt, które członkowie rodziny Amherstów darzyli szczególnymi względami.
Jak na ironię, pierwszy przełom w jego życiu dokonał się jednak właśnie za sprawą braku formalnego wykształcenia – czyli tej „nędznej niedoskonałości”, o której sam wspominał – z tego bowiem powodu mógł pobierać za swoje usługi tylko bardzo niewygórowane stawki. To z kolei bardzo odpowiadało przedstawicielom założonego niedawno Funduszu Badań Egiptu, których nie było stać na zatrudnienie drogich badaczy z klasy wyższej.
Fundusz uczestniczył w bardzo ambitnym projekcie polegającym na odrysowywaniu niezliczonych starożytnych inskrypcji i fryzów, którym groziło zniszczenie przez wandali, powodzie oraz czas. Z uwagi na ograniczenia techniczne na ówczesnych zdjęciach udawało się utrwalić tylko część szczegółów. Do kopiowania malowideł umieszczonych na ścianach długich i krętych korytarzy mrocznych grobowców, do utrwalania na papierze rzędów hieroglifów pokrywających mury świątyń, do wiernego odtwarzania wszystkich kolorów i szczegółów trzeba więc było zatrudniać artystów. Fundusz wyekspediował zespół do skalnych grobowców w Bani Hassan w środkowym Egipcie. Prace postępowały jednak powoli, i zapadła decyzja o pozyskaniu kolejnych rąk do realizacji tego dzieła.
John Newberry, którego brat Percy, egiptolog wykształcony w Cambridge, pracował wtedy w Bani Hassan, otrzymał od jednego z dyrektorów funduszu list następującej treści: „Gdyby spotkał Pan kolorystę (zmysł koloru stanowi niezbędne uzupełnienie umiejętności rysunkowych) skłonnego udać się do Egiptu za wynagrodzeniem, które wystarczy zaledwie na pokrycie wydatków i nic więcej, będę wielce zobowiązany, jeśli zechce Pan poprosić o kontakt (...). Zważywszy na to, jak wielką rolę odgrywają tu koszty, nie będzie miało dla mnie znaczenia, czy rysownik ów szczycić się będzie szlachetnym urodzeniem, czy nie. Pański brat [Percy Newberry] może się zadawać z Fraserem [inny członek wyprawy do Bani Hassan, „szlachetnie urodzony”]. (...) Dżentelmen najprawdopodobniej potrzebowałby na swoje wydatki znacznie większych kwot, chyba że z natury byłby człowiekiem oszczędnym. Gdyby zaś na miejsce przysłany został człowiek mniej szlachetnie urodzony, Percy Newberry wziąłby go pod swoje skrzydła i zapewniłby mu wyżywienie i tym podobne, traktując go jako pracownika. W ten sposób można by oszczędzić od 2 do 3 szylingów dziennie”.
Tak się akurat złożyło, że Percy Newberry przebywał w owym czasie w Anglii i brat przesłał mu ten list. Newberry często odwiedzał Didlington Hall, więc od razu pomyślał o Carterze. Widział jego prace i uznał, iż chłopak się „nadaje” – tym bardziej że go lubił.
Amherst poparł ten pomysł, sprawa została więc postanowiona. Carter miał spędzić lato na szkoleniu w Muzeum Brytyjskim i tam wnikliwie studiować precyzyjne i piękne rysunki wykonane na początku XIX wieku przez Roberta Haya, jednego z pierwszych europejskich badaczy egipskich ruin.
W ciągu tych kilku letnich miesięcy Carter chłonął wiedzę jak gąbka. F.L. Griffith, kierownik sekcji archeologicznej, oraz C.H. Read dokładali wszelkich starań, aby go jak najlepiej przygotować. „Ci czcigodni ludzie – wspominał potem Carter – oraz ten dostojny budynek o wspaniałej akustyce wraz ze wszystkimi przyległościami zrobili na mnie niesamowite wrażenie, ale jednocześnie wzbudzali we mnie wielki respekt, blady strach zdejmował mnie bowiem za każdym razem, gdy buty zapiszczały na posadzce”. Jak można się więc domyślać, Carter nauczył się tu dobrze pastować buty, a przy tym zdobył rozległą wiedzę na temat egipskiej sztuki i hieroglifów, z którymi miał się wkrótce zetknąć.
Siedemnastoletni Carter zakończył w 1892 roku swoje trzymiesięczne przeszkolenie i rozpoczął zupełnie nowe życie.
(...)
Carter być może faktycznie stał „u progu nadzwyczajnego odkrycia”, jak sam pisał w swoim dzienniku, jednocześnie jednak znajdował się również na skraju przepaści. Królewski grób należy bowiem do Egipcjan i tylko do nich. Egipcjanie się o niego upomną, odmawiając Europejczykom wszelkich praw – bez względu na cały ich znój i trud.
W dniu swojej chwały w 1901 roku Carter niczym takim nie zaprzątał sobie jednak głowy. Stał przy nowo odkrytym królewskim grobowcu w pozie zwycięzcy. Gdy wraz ze swoim brygadzistą schodził do grobowca, na powierzchni zapanowała cisza.
Dwóch badaczy pokonało kamienny korytarz bez żadnego sprzętu, ale już konsul i inni zacni goście mieli zostać spuszczeni w dół szybu w specjalnym koszu przypominającym kołyskę. Najpierw jednak należało otworzyć komorę, a Carter musiał wejść do środka i zapoznać się z jej zawartością.
„Wszystko miałem przygotowane – wspominał później. – Długo wyczekiwany moment w końcu nadszedł. Byliśmy gotowi do zgłębiania tajemnicy kryjącej się za murem. Mój brygadzista i ja dotarliśmy na dół, po czym z jego pomocą odsuwałem blok po bloku ciężkie wapienne płyty. Drzwi wreszcie zostały otwarte. Prowadziły prosto do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdowało się trochę odłamków skalnych pozostawionych przez egipskich murarzy, poza tym jednak nic, tylko dzbany na wodę i kilka kawałków drewna. W pierwszej chwili stwierdziłem, że trzeba szukać kolejnych drzwi prowadzących do następnej komory. Pobieżne poszukiwania na nic takiego nas nie naprowadziły. Ogarnęło mnie przerażenie”.
Podczas gdy zgromadzeni czekali na niego na górze, Carter gorączkowo przeczesywał pomieszczenie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby naprowadzić go na ślad ukrytej klatki schodowej, tunelu albo szybu prowadzącego do... Carter sam nie wiedział dokąd, ponieważ wszystkie znaki wskazywały na to, że oto powinien się właśnie znajdować w komorze grobowej. Pomieszczenie zostało starannie zaplombowane i ukryte wiele metrów pod ziemią za murem grubym na trzy i pół metra – a mimo to było zupełnie puste. Poszukiwania doprowadziły jedynie do odnalezienia miniaturowej trumny ukrytej w ścianie. Napis informował, że grobowiec został zbudowany dla Mentuhotepa I, jednego z pierwszych królów XI dynastii rządzącego w początkowym okresie Średniego Państwa (około 2100 roku przed Chrystusem).
Być może grobowiec został wykopany po to, aby zmylić niedoszłych rabusiów. Być może posąg owinięty w płótno symbolizował jakiś tajemny rytuał odstraszania śmierci. Być może po wybudowaniu wielkiej świątyni pogrzebowej u podnóży wyniosłych skał ten sam władca zmienił plany i postanowił kopać sobie miejsce spoczynku gdzie indziej. Być może grobowiec został porzucony z jakichś innych powodów, które na zawsze zaginęły w mroku dziejów.
Tak czy owak, Carter musiał teraz wyjść na powierzchnię i w jasnym słońcu przyznać się publicznie do porażki. Wśród zgromadzonych nie brakowało ludzi, którzy tylko czekali na powód, by wyśmiać outsidera – zazdrość bowiem trawiła poszukiwaczy i badaczy w takim samym stopniu jak operowe diwy... czy złodziei.
Cały okurzony, Carter rozpoczął uprzejme przeprosiny, Maspero w duchu ojcowskiej troski i współczucia szybko jednak wszedł mu w słowo. Carter tak wspominał tamtą chwilę: „Nie pamiętam już dokładnie tych wszystkich uprzejmych i wyszukanych słów, które wygłosił wtedy Maspero, ale okazał mi w tej okropnej chwili tyle życzliwości, że od razu stało się jasne, iż mam w nim prawdziwego, wartościowego przyjaciela”.
Osobiste zapatrywania Maspero pokrywały się z treścią jego publicznej wypowiedzi. W prywatnym liście napisał: „Carter pospieszył się nieco, informując o swoim odkryciu lorda Cromera. Lord Cromer przybył, by uczestniczyć w jego sukcesie, i on odczuwa teraz wielki smutek, ponieważ nie mógł zobaczyć tego wszystkiego, co mu obiecywano. Pocieszam go, jak tylko potrafię, bo to naprawdę dobry człowiek i dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków”.
Carter wspomni później z wdzięcznością życzliwość, którą okazał mu Maspero. W tamtym konkretnym momencie nic jednak nie mogło go pocieszyć, był zupełnie zdruzgotany. Pozostał przy grobowcu aż do późnej nocy, z niedowierzaniem przemierzając raz po raz podziemne komory.
Ci wszyscy, którzy zakłócili spokój pustyni, stopniowo się rozchodzili, echo szeptem wypowiadanych domysłów milkło. Na miejscu pozostał jedynie załamany poszukiwacz u progu swojego nadzwyczajnego odkrycia – i strzegąca doliny bogini Meretseger, rozmiłowana w ciszy.
Carter był niepocieszony, ale paradoksalnie równie niepocieszony będzie później, gdy jego największe pragnienie w końcu się zrealizuje. Dwadzieścia lat po tym fiasku – całe dwie dekady później, bo dopiero w 1922 roku – odnajdzie swój upragniony grobowiec. Nie stanie się to jednak za sprawą szczęścia nowicjusza: żaden koń się przypadkiem nie przewróci, żaden inny zbieg okoliczności nie odegra większej roli. Carter odniesie sukces dzięki żmudnej pracy, cierpliwemu znoszeniu trudów i niezachwianej wierze w swoje możliwości, nie zważając na to, że cały świat patrzy na niego spode łba.
To on pierwszy odkryje grobowiec, który pozostawał zamknięty przez tysiące lat. To on stanie przy faraonie spoczywającym w masywnej złotej trumnie pod złotą maską o niezrównanym uroku przedstawiającą Tutanchamona Neb-cheperu-Re, czyli Pana Przejawów Słońca, Silnego Byka, Zwycięskiego i Wiecznego.
W małej i ciemnej komorze grobowej będzie potem pracować przez dziesięć długich lat, ostrożnie wydobywając z jej wnętrza tysiące cennych przedmiotów, a wśród nich najbardziej poruszające dzieła sztuki egipskiej. Potem resztę życia spędzi już jako człowiek znany i zamożny, ale zgorzkniały.
Nigdy więcej nie będzie prowadził wykopalisk. Dożyje swoich dni jako bezczynny i gniewny samotnik, który kryje się przed światem na tarasie luksorskiego Winter Palace. Zdradzając jakby oznaki szaleństwa, choć może i nie bez racji, będzie opowiadać każdemu, kto tylko zechce go słuchać, że wie, gdzie znajduje się poszukiwane od dawna i przez wielu miejsce ostatniego spoczynku Aleksandra Wielkiego. Niejako z przekąsem zaraz doda, że zabierze ten sekret ze sobą do grobu, ponieważ świat nie zasłużył sobie na dostąpienie takiej wiedzy.
Zanim z młodego chłopaka, który szkicował śmierdzące pieski kanapowe, przeistoczył się w poirytowanego staruszka, Carter poświęcił mnóstwo czasu na żmudną i wyczerpującą pracę. Owszem, udało mu się odkryć upragniony grobowiec i bogowie nagrodzili go za to chwałą, ale już nie spokojem. Dla niego spełnią się słowa klątwy grobowej z okresu Średniego Państwa: „Niech się strzeże ten, kto tu wkracza. Jego serce nie zazna już w życiu spokoju”.
3 Od momentu powołania Najwyższej Rady Starożytności w 1858 roku wykopaliska można było prowadzić wyłącznie na podstawie wydanej przez nią zgody. W treści takiej zgody – określanej mianem koncesji – wyznaczano konkretny obszar poszukiwań, a także precyzowano warunki dotyczące prowadzenia prac wykopaliskowych oraz zasady postępowania w przypadku odkrycia grobowca. Od 1902 roku koncesję na prowadzenie wykopalisk w głównej Dolinie Królów posiadał amerykański bankier Davis. Zrezygnował z niej dopiero na krótko przed wybuchem I wojny światowej.
Daniel Meyerson
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.