sobota, 28 maja 2016

Kto?

W Savatthi. „Mnisi, są te cztery pokarmy utrzymujące stworzenia, które doszły do istnienia, lub te szukające bycia. Jakie cztery? Solidny pokarm, zwykły lub subtelny, drugi kontakt; trzeci wola; czwarty świadomość. Takie mnisi są cztery pokarmy utrzymujące stworzenia które doszły do istnienia i te które szukają bycia”. Kiedy to zostało powiedziane, czcigodny Moliyaphagguna powiedział do Zrealizowanego:

„Czcigodny panie, kto konsumuje pokarm świadomość?” „Pytanie nieuprawnione”, odpowiedział Zrealizowany. "Nie mówię: 'Ktoś konsumuje'. Gdybym powiedział: 'Ktoś konsumuje', w tym wypadku byłoby to pytanie uprawnione: 'Czcigodny panie, kto konsumuje?' Ale tak nie mówię. A skoro tak nie mówię, gdyby ktoś spytał mnie: 'Czcigodny panie, czego pokarm świadomość jest warunkiem?', to byłoby pytanie uprawnione. A na to uprawnione pytanie odpowiedź jest: 'Pokarm świadomość jest warunkiem na wytworzenie przyszłego odnowienia istnienia'. Kiedy to co doszło do bycia istnieje, sześcioraka baza (dochodzi do bycia), z sześcioraką bazą jako warunek, kontakt”.

„Czcigodny panie, kto czyni kontakt?” „Pytanie nieuprawnione”, odpowiedział Zrealizowany. Nie mówię: 'Ktoś czyni kontakt'. Gdybym powiedział: 'Ktoś czyni kontakt', w tym wypadku byłoby to pytanie uprawnione: 'Czcigodny panie, kto czyni kontakt?' Ale tak nie mówię. A skoro tak nie mówię, gdyby ktoś spytał mnie: 'Czcigodny panie, z czym jako warunek, kontakt?', to byłoby pytanie uprawnione. A na to uprawnione pytanie odpowiedź jest: 'Z sześcioraką bazą jako warunek, kontakt (dochodzi do bycia). Z kontaktem jako warunek, uczucie'”.

„Czcigodny panie, kto czuje?” „Pytanie nieuprawnione”, odpowiedział Zrealizowany. Nie mówię: 'Ktoś czuje'. Gdybym powiedział: 'Ktoś czuje', w tym wypadku byłoby to pytanie uprawnione: 'Czcigodny panie, kto czuje?' Ale tak nie mówię. A skoro tak nie mówię, gdyby ktoś spytał mnie: 'Czcigodny panie, z czym jako warunek, uczucie?', to byłoby pytanie uprawnione. A na to uprawnione pytanie odpowiedź jest: 'Z kontaktem jako warunek, uczucie (dochodzi do bycia). Z uczuciem jako warunek, pragnienie”.

„Czcigodny panie, kto pragnie?” „Pytanie nieuprawnione”, odpowiedział Zrealizowany. Nie mówię: 'Ktoś pragnie'. Gdybym powiedział: 'Ktoś pragnie', w tym wypadku byłoby to pytanie uprawnione: 'Czcigodny panie, kto pragnie?' Ale tak nie mówię. A skoro tak nie mówię, gdyby ktoś spytał mnie: 'Czcigodny panie, z czym jako warunek, pragnienie?', to byłoby pytanie uprawnione. A na to uprawnione pytanie odpowiedź jest: 'Z uczuciem jako warunek, pragnienie (dochodzi do bycia), z pragnieniem jako warunek, utrzymywanie z utrzymywaniem jako warunek, istnienie, z istnieniem jako warunek, narodziny, z narodzinami jako warunek, starość i śmierć, żal, płacz, ból, smutek i rozpacz dochodzą do istnienia; takie jest powstanie tej całej masy cierpienia.

Ale Phagguna z zanikiem i wstrzymaniem sześciu baz dla kontaktu, wstrzymanie kontaktu, że wstrzymaniem kontaktu, wstrzymanie uczucia, ze wstrzymaniem uczucia, wstrzymanie pragnienia, ze wstrzymaniem pragnienia, wstrzymanie utrzymywania, ze wstrzymaniem utrzymywania, wstrzymanie istnienia, ze wstrzymaniem istnienia wstrzymanie narodzin, ze wstrzymaniem narodzin, wstrzymanie starości i śmierci, żalu, płaczu, bólu, smutku i rozpaczy. Takie jest wstrzymanie tej całej masy cierpienia.

SN 12: 12 

Powody zadawania pytań

Czcigodny Sariputta odezwał się do mnichów: „Przyjaciele, mnisi!” „Przyjacielu”, odpowiedzieli ci mnisi. Czcigodny Saruputta rzekł to: „Przyjaciele, ktokolwiek zadaje pytania drugiej osobie, czyni to z pięciu powodów czy z jakiegoś poszczególnego powodu, jednego z tych pięciu. Jakich pięciu? Ktoś zadaje pytanie drugiej osobie z powodu swej ograniczoności i głupoty; ktoś ma złe pragnienia, motywowany pragnieniem zadaje pytanie drugiej osobie; ktoś zadaje pytanie drugiej osobie jako sposób obraźliwej krytyki; ktoś zadaje pytanie drugiej osobie z powodu swej chęci dowiedzenia się; i ktoś zadaje pytanie drugiej osobie z myślą: 'Jeżeli gdy zapytany przeze mnie, odpowie poprawnie, to dobrze; ale jeżeli nie odpowie poprawnie, dam mu poprawne wyjaśnienie'. Przyjaciele ktokolwiek zadaje pytania drugiej osobie, czyni to z pięciu powodów czy z jakiegoś poszczególnego powodu, jednego z tych pięciu. Przyjaciele, ja zadaję pytanie drugiej osobie z myślą: 'Jeżeli gdy zapytany przeze mnie, odpowie poprawnie, to dobrze; ale jeżeli nie odpowie poprawnie, dam mu poprawne wyjaśnienie'”.
 

AN V, 165

 

Kiedy człowiek umiera, kto się odradza, on czy inny?

Nanavira Thera: "Ani on ani inny". Te często cytowane dictum pojawia się gdzieś w Milindapanha jako odpowiedź na pytanie; „Kiedy człowiek umiera, kto się odradza, on czy inny? Te pytanie jest zupełnie niepoprawne i wszelkie próby odpowiedzi na nie są tak samo nieuprawnione. Pytanie, dociekając „kto” się odradza popada w sakkayaditthi. Bierze ono za pewnik ważność osoby jako „ja” bo to tylko o „ja”, to pytanie „wieczne” (so) czy „przemijające” (ańńo) jest postawione. Odpowiedź również bierze to "ja" za pewnik, gdyż zezwala by to pytanie było postawione. Odpowiedź zaledwie zaprzecza (by to „ja” które musi być albo wieczne albo przemijające) temu, że jest ono wieczne czy przemijające, co czyni pomieszanie jeszcze większym. Prawidłowym sposobem jest odrzucenie pytania na pierwszym miejscu. Porównaj Anguttara (VI,ix,10 <A.iii,440>) gdzie jest powiedziane, że ten o właściwym poglądzie: ditthisampanna, nie tylko nie może utrzymywać, że autor przyjemności i bólu jest kimś (sobą czy kimś innym) ale również nie może utrzymywać, że autor nie jest kimś (ani sobą ani innym).

Ditthisampanna widzi obecną osobę (sakkaya) jako powstałą współzależnie od obecnych warunków i jako znikającą ze wstrzymaniem tych obecnych warunków i widząc tak nie uważa on obecnej osoby za ”ja”. Konsekwentnie nie zadaje pytania kto? o teraźniejszość. Przez wnioskowanie - (atitanagate nayam netva) odnosząc zasadę do przeszłości i przyszłości*, nie uważa on przeszłej czy przyszłej osoby za przeszłe czy przyszłe „ja” i nie zadaje pytania kto? o przeszłość czy o przyszłość (Patrz pytanie Mary, druga linia w „Prawda Absolutna”). (Milindapańha to szczególnie myląca książka).

*Dhamm'anvaye ńanam jest wiedzą zależną od wnioskowania w oparciu o Dhammę, tj wiedzą o tym, że fundamentalna Natura Rzeczy jest niezmienna w czasie i może być wywnioskowana z pewnością (inaczej niż w racjonalnym wnioskowaniu) od teraźniejszości do przeszłości i przyszłości. Innymi słowy to generalizacja bez abstrakcji. 

Pytania

„Czcigodny panie, kiedy uczeni szlachetni, uczeni bramini, uczeni gospodarze i uczeni pustelnicy, po sformułowaniu pytania przychodzą do Zrealizowanego i stawiają je, czy w umyśle Zrealizowanego już jest myśl: 'Jeżeli przyjdą do mnie i spytają mnie tak, odpowiem im w ten sposób'? Czy też taka odpowiedź pojawia się Tathagacia na miejscu?”

„Co do tego, Książę, odpowiem ci kontr-pytaniem, odpowiedz jak uważasz. Jak ci się wydaje Książę, czy jesteś obeznany z częściami karety?” „Tak czcigodny panie, jestem”. Jak myślisz, książę, kiedy ludzie przychodzą do ciebie i pytają: 'Jaka jest nazwa tej części karety?' czy już była u ciebie w umyśle myśl: 'Jeżeli przyjdą do mnie i spytają mnie tak, odpowiem im w ten sposób'? Czy też taka odpowiedź pojawia się u ciebie na miejscu?” „Czcigodny panie, jestem dobrze znany jako znawca części karety. Wszystkie części karety są mi dobrze znane. Odpowiedź pojawia mi się na miejscu”.

"Tak też Książę, kiedy uczeni szlachetni, uczeni bramini, uczeni gospodarze i uczeni pustelnicy, po sformułowaniu pytania przychodzą i zadają je Tathagacie, odpowiedź pojawia się Tathagacie na miejscu. Dlaczego tak jest? Ten element rzeczy został w pełni spenetrowany przez Tathagatę, przez pełną penetracją którego, odpowiedź pojawia się Tathagacie na miejscu". M 58

*
Wtedy pewien mnich podszedł do Zrealizowanego, złożył mu hołd, usiadł z boku i powiedział: „Czcigodny panie, dlaczego tak jest, że wątpliwości nie powstają u poinstruowanego szlachetnego ucznia co do niezdeklarowanych punktów?”

„Ze wstrzymaniem poglądów, mnichu, nie powstają wątpliwości u poinstruowanego szlachetnego ucznia co do niezdeklarowanych punktów.

'Tathagata istnieje po śmierci': to zaangażowanie się w poglądy; 'Tathagata nie istnieje po śmierci': to zaangażowanie się w poglądy; 'Tathagata istnieje i nie istnieje po śmierci': to zaangażowanie się w poglądy; 'Tathagata ani istnieje ani nie istnieje po śmierci': to zaangażowanie się w poglądy.

Mnichu, niepouczony przeciętniak nie rozumie poglądów, ich powstania, ich wstrzymania, i drogi prowadzącej do ich wstrzymania. Dla niego, ten pogląd wzmacnia się. Nie jest on wolny od narodzin, od starości i śmierci, od żalu, płaczu, bólu, smutku i rozpaczy; powiadam, że nie jest on wolny od cierpienia.

Ale szlachetny uczeń rozumie poglądy, ich powstanie, ich wstrzymanie, i drogę prowadzącej do ich wstrzymania. Dla niego, ten pogląd ginie. Jest on wolny od narodzin, od starości i śmierci, od żalu, płaczu, bólu, smutku i rozpaczy; powiadam, że jest on wolny od cierpienia. AN VII, 54 →

*
Załóżmy Malunkyaputta, że byłby człowiek zraniony przez strzałę grubo posmarowaną trucizną i jego przyjaciele i towarzysze, jego krewni i rodzina sprowadziliby chirurga by go wyleczył. Ten człowiek powiedziałby: 'Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się czy człowiek który mnie zranił był szlachetnym, czy braminem czy kupcem czy pracownikiem. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się imienia i klanu tego człowieka który mnie zranił. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się czy człowiek który mnie zranił był wysoki czy niski czy średniego wzrostu. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się czy człowiek który mnie zranił był ciemny, brązowy czy o złotym kolorze skóry. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się gdzie człowiek który mnie zranił mieszka, w wiosce, miasteczku czy mieście. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się czy strzała która mnie zraniła, była wypuszczona z łuku czy kuszy. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem się czy cięciwa była z włókna, trzciny, ścięgna, konopi czy kory. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem w jakie pióra była wyposażona rurka, czy sępa, czy kruka, czy jastrzębia, czy pawia, czy bociana. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem jakie ścięgno zostało zastosowane czy wołu, czy bawoła, czy małpy. Nie pozwolę chirurgowi wyciągnąć strzały zanim nie dowiem jakiego rodzaju strzała mnie zraniła – czy prosta czy zakrzywiona czy z zadziorami.

Wszystko to ciągle pozostałoby dla tego człowieka niewiadome a w międzyczasie by umarł. Tak też Malunkyaputto jeżeli ktoś powie: 'Nie będę prowadził świętego życia pod wodzą Zrealizowanego aż do czasu gdy Zrealizowany nie zdeklaruje mi: 'świat jest wieczny' ... czy 'po śmierci Tathagata ani istnieje ani nie istnieje', to ciągle pozostałoby to niezdeklarowane przez Tathagatę a w międzyczasie ten człowiek by umarł. M 63 →

Przykład pytania wymagającego przeanalizowania:

Wtedy Książę Abhaya udał się do Nighanty Nataniputty i po złożeniu mu hołdu usiadł z boku. Wtedy Nighanta Nataputta powiedział mu:

„Chodź Książę, obal doktrynę pustelnika Gotamy, a dobra wieść rozniesie się o tobie w taki sposób: 'Książę Abhaya obalił doktrynę pustelnika Gotamy, który jest tak potężny i mocny”. „Ale jak czcigodny panie mogę obalić jego doktrynę?” „Książę, idź do pustelnika Gotamy i powiedz: 'Czcigodny panie, czy Tathagata może wygłosić mowę, która byłaby niechciana i niemiła innym?' Jeżeli pustelnik Gotama, będąc tak zapytanym odpowie: 'Tathagata, o Książę, może wygłosić mowę która będzie niechciana i niemiła dla innych', wtedy powiedz mu:

 'Zatem czcigodny panie, jaka jest różnica pomiędzy tobą a zwykłą osobą? Gdyż zwykła osoba również może wygłosić mowę, która jest niemiła i niechciana przez innych'. A jeżeli pustelnik Gotama będąc tak zapytany odpowie:

'Tathagata, o Książę, nie może wygłosić mowy która byłaby niechciana i niemiła dla innych, wtedy powiedz mu: 'Zatem czcigodny panie, dlaczego zdeklarowałeś o Davadattcie: 'Devadatty przeznaczeniem jest piekło, Devadatta pozostanie w piekle przez eon, Devadatta jest nie do skorygowania'? Devadatta był zagniewany i niezadowolony z powodu twojej mowy.

Kiedy postawisz pustelnikowi Gotamie te dwu-rożne pytanie, nie będzie on zdolny ani go przełknąć ani wykrztusić. Jeżeli żelazna szpila utkwiłaby w gardle człowieka, nie byłby on zdolny ani jej przełknąć ani wykrztusić, tak też, Książę, gdy postawisz pustelnikowi Gotamie te dwu-rożne pytanie, nie będzie on zdolny ani go przełknąć ani wykrztusić”.

„Tak, czcigodny panie”, odrzekł Książę Abhaya. Wtedy wstał ze swojego miejsca i po złożeniu hołdu Nighancie Nataputtcie, odszedł trzymając go po swej prawej stronie i udał się do Zrealizowanego. Po złożeniu mu hołdu, usiadł z boku, spojrzał na słońce i pomyślał: „Jest już zbyt późno by dzisiaj obalić doktrynę Zrealizowanego. Obalę doktrynę Zrealizowanego jutro w mym własnym domu”. Wtedy powiedział do Zrealizowanego: „Czcigodny panie, niech Zrealizowany z trzema innymi zaakceptuje jutrzejszy posiłek ode mnie”. Zrealizowany zgodził się w milczeniu.

Wtedy wiedząc, że Zrealizowany zgodził się, Książę Abhaya wstał ze swego miejsca i po złożeniu mu hołdu, odszedł, trzymając go po swej prawej stronie. Wtedy gdy skończyła się noc, wraz z nastaniem poranka, Zrealizowany ubrał się i zabierając swą miskę i zewnętrzną szatę udał się do domu Księcia Abhaya i usiadł na przygotowanym miejscu. Wtedy swymi własnymi rękami Książę Abhaya obsłużył i zadowolił Zrealizowanego różnymi rodzajami dobrego jedzenia. Kiedy Zrealizowany skończył jeść i odłożył miskę, Książę Abhaya zajął niższe miejsce, usiadł z boku i rzekł do Zrealizowanego:

„Czcigodny panie, czy Tathagata może wygłosić mowę, która byłaby niechciana i niemiła dla innych?” „Nie ma na to jednostronnej odpowiedzi, Książę”. „Zatem, czcigodny panie, tu Nighantowie są stratni”. „Dlaczego Książę mówisz: ,Zatem, czcigodny panie, tu Nighantowie są stratni'?” Książę Abhaya zdał sprawę Zrealizowanemu z całej konwersacji z Nighantą Nataputtą.

Przy tej okazji młody niemowlak leżał na kolanie Księcia Abhaya. Wtedy Zrealizowany rzekł do Księcia Abhaya: „Jak myślisz książę? Jeżeli podczas gdy ty czy twoja pielęgniarka nie doglądalibyście go, to dziecko włożyłoby sobie patyk czy kamyk do ust, co byś z nim zrobił? „Czcigodny panie, wyciągnąłbym go. Gdybym nie mógł go wyciągnąć od razu, wziąłbym jego głowę w lewą rękę i wkładając palec mojej prawej ręki, wyjąłbym go na zewnątrz, nawet jeżeli to spowodowałoby krwawienie. Dlaczego tak jest? Ponieważ mam współczucie dla dziecka”.

„Tak też książę, takiej mowy o której Tathagata wie, że jest nieprawdziwa, niepoprawna i niekorzystna i która jest również niechciana i niemiła innym, takiej mowy Tathagata się nie podejmuje. Takiej mowy o której Tathagata wie, że jest prawdziwa, poprawna ale niekorzystna i która jest również niechciana i niemiła innym, takiej mowy Tathagata się nie podejmuje. Taką mowę o której Tathagata wie, że jest prawdziwa, poprawna, korzystna ale która jest niechciana i niemiła innym, Tathagata zna czas by użyć takiej mowy. Takiej mowy o której Tathagata wie, że jest nieprawdziwa, niepoprawna i niekorzystna i która jest chciana i miła innym, takiej mowy Tathagata się nie podejmuje. Taką mowę o której Tathagata wie, że jest prawdziwa, poprawna ale niekorzystna a która jest chciana i miła innym, takiej mowy Tathagata się nie podejmuje. Taką mowę o której Tathagata wie, że jest prawdziwa, poprawna, korzystna i która jest chciana i miła innym, Tathagata zna czas by użyć takiej mowy.

M 58 
 
*

Paticcasamuppada - uniwersalne prawo czy środek pedagogiczny?

„Czy anāgāmī jest skłonny do phassa czy nie?” Jest oczywiste, że twój argument zależy od potwierdzającej odpowiedzi na to pytanie, a to, z kolei, zależy od absurdalności negatywnej odpowiedzi – tj, że anāgāmī nie jest skłonny do phassa, co prawdziwie może być powiedziane tylko o arahacie. Z tego wynika, że twój argument zależy od założenia, że pytanie jest z tych na które można odpowiedzieć kategorycznie – jeżeli odpowiedź „nie” jest absurdem, to odpowiedź „tak” musi być poprawna.

W Angutara (III, 67: i,197; IV,42: ii,46) Budda mówi o czterech rodzajach pytań: tych, które mogą być odpowiedziane kategorycznie, tych które wymagają rozróżniającej odpowiedzi, tych które wymagają kontr-pytania, i tych które muszą być odłożone. Prawdopodobnie pytanie „Czy anāgāmī jest skłonny do phassa czy nie?” nie może być dopowiedziane kategorycznie i jest jednym z tych, które trzeba odłożyć.

Wiemy, że puthujjana jest skłonny do phassa, i że arahat nie. Ale twoje pytanie jest o anāgāmī , który nie jest ani puthujjaną ani arahatem. Jest całkiem prawdziwym, że jeżeli zaneguję to, że anāgāmī jest skłonny do phassa, pomylę go z arahatem; ale nie mniej prawdziwym jest, że jeżeli zezwolę, na to, że jest on skłonny do phassa, zbłądzę w odróżnieniu go od phutujjany. W taki sposób pytanie nie może zostać odpowiedziane.

Na to można przedstawić obiekcję, że skoro zarówno puthujjana i anagami są skłonni do odrodzin, że skoro żaden z nich nie osiągnął celu i nie stał się arahatem, to w tym odniesieniu przynajmniej, są nierozróżnialni, i w konsekwencji tego, na pytanie jednak można odpowiedzieć potwierdzająco. Trzeba jednak zauważyć, że teraz już dłużej nie debatujemy nad tym czy anāgāmī jest skłonny do phassa, ale czy można czy też nie, odpowiedzieć na pytanie: „Czy anāgāmī jest skłonny do phassa?” A czy zdecydujemy się na to, że pytanie nadaje się do odpowiedzi czy też nie, będzie zależało od tego czy uważamy formułę paticcasamuppady jako Uniwersalne Prawo (co będzie obejmowało sekha) czy jako środek pedagogiczny (traktujący sekha jako bez znaczenia). W ten sposób ustanowiliśmy, że twój argument, w żaden sposób nie podważa mojego poglądu na paticcasamuppadę; w najlepszym razie reprezentuje rywalizujący punkt widzenia; i możemy swobodnie wybrać pomiędzy nimi.

Nanavira Thera z listu do siostry Vajiry →


 

Budda podzielił pytania na cztery rodzaje

W starożytnej Grecji rozpoznawano typ pytania, które pogrążało odpowiadającego jednako, niezależnie czy odpowiedział na nie twierdząco lub przecząco. Jedno z nich: “Czy używasz kija gdy bijesz żonę? Odpowiedz tak czy nie?" I teraz czy odpowiedź była "tak" czy też "nie", spotykała się z tym samym: “A zatem bijesz swą żonę”. Jest wiele pytań tego rodzaju i pewne z nich nie są wcale tak ewidentne.

Dlaczego nie przerwać – nie ma pośpiechu - zanim zdecydujemy się na jednostronną odpowiedź, zerknijmy na sposób w jaki Budda utrzymywał i prezentował całe swe nauczanie. Jedna rzecz z pośród wielu innych do odnotowania tutaj to, że zadbał on by rozpostrzeć sieć dzięki której można zinterpretować wszystkie spekulacyjne poglądy. To Brahma-jala Boska Sieć, która jest pierwszą rozprawą w całej Sutta Pitace, formującą jak gdyby rodzaj filtru dla umysłu, lub zmieniając figurę, tabulację za pomocą której, gdy właściwie użyta, wszystkie spekulacyjne poglądy mogą być zidentyfikowane, prześledzone aż do błędnego czy nieusprawiedliwionego założenia, z którego wypływają i w ten sposób zneutralizowane. Ta “Sieć” faktycznie klasyfikuje wszelkie możliwe spekulacyjne poglądy (racjonalne czy irracjonalne) w schemat 62 typów. Te 62 typy nie są opisami indywidualnych filozofii innych nauczycieli współczesnych Buddzie - są oni często wspominani gdzie indziej w Suttach, lecz jest obejmującą siecią (po odkryciu podstawowych założeń na których te spekulacyjne poglądy spoczywają) dzięki której można wyłapać wszelkie błędne poglądy.

Ale równie dobrze może paść pytanie: "Dlaczego o tym tutaj wspominamy?" Ponieważ zamiast akceptowania pytania “czy Nauka Buddy jest religią czy filozofią?” i próbowania odpowiedzenia na nie, możemy na moment zrobić krok w tył. Możemy zapytać się siebie czy przez odpowiedzenie “buddyzm to filozofia” nie popadniemy w jeden z typów błędnych poglądów uchwyconych przez “Boską Sieć” przeciwko którym ta sieć powinna nas ochraniać. Budda określił rytualizm (silsbbata-paramasa) jako próżne marnowanie czasu prowadzące do rozczarowania. I tak jeżeli mamy na myśli mówiąc o religii “praktykowanie rytuałów” lub nieusprawiedliwione i niedające się zweryfikować emocjonalne przekonania, jeżeli powiemy “buddyzm jest religią” to czy nie będzie to oznaczało, że Budda nauczał właśnie tej rytualnej ślepoty, zwodniczej łatwowierności, którą sam tak zdecydowanie krytykował?

Nie ma oczywiście końca argumentom, które mogą być przytaczane z obu stron, dialektyka kontynuuje oscylowanie bez rozwiązania do czasu ucięcia jej przez proste zmęczenie lub do czasu gdy jakiś elokwentny mówca uśpi nas w myślenie, że sprawa raz na zawsze została ustalona. Lub możemy po prostu zaakceptować jedną stronę dialektyki i zapomnieć o tym, do czasu. Ale z pewnością dialektyka zostanie ponownie otwarta, prędzej czy później i rozpocznie swój wahadłowy ruch. Dysponując najlepszą wolą na świecie i najwyższą niezniszczalną cierpliwością i wspaniałą dialektyczną zręcznością czy możemy dojść do jakiegoś rozwiązania? Cóż możemy zrobić?

W Anguttara Nikaya Budda podzielił pytania na cztery rodzaje. Pewne mogą być odpowiedziane jednoznacznie (tak lub nie). Pewne muszą być przeanalizowane przed odpowiedzeniem na nie. Inne muszą być potraktowane przez kontr-pytanie. (Skłaniając pytającego do wytworzenia materiału samodzielnie co wskaże mu bezpośrednio na to jak się rzeczy mają) i ostatnie to te, które w ogóle nie mogą być odpowiedziane (są one tego typu jak to o kiju i żonie; gdyż sprawiają, że odpowiadający potwierdza założenie niezależnie od tego jak odpowie). Muszą one być całkowicie odłożone na bok.

I teraz, pytanie, tak długo jak pozostaje pytaniem jest dialektyką a gdy odpowiedziane, dialektyka jest jednoznacznie rozwiązana. W swej czterorakiej klasyfikacji pytań (dialektyk) Budda komunikuje nam jak traktować dialektyki. Są dwie formy komunikacji i mogą one być nazwane odpowiednio “dydaktyczną” i “egzystencjalną”. Pierwsza mówi: “To jest tak a tak”, “to jest tym co trzeba zrobić” podczas gdy druga dąży do zestawienia podstawowych elementów sytuacji i pozostawienia ich innym by dokonali sami dla siebie aktu odkrycia, co może być uczynione na podstawie tych zebranych elementów. Dydaktycznie można komuś powiedzieć jak ma ugotować posiłek przez zakomunikowanie mu przepisu, ale zaspokojenie głodu i odkrycie procesu gotowania i tego jak dobry jest posiłek, może być tylko komunikowane egzystencjalnie – to musi być przeżyte.

Wróćmy teraz do czterech pytań i sposobów komunikowania odpowiedzi, tak jak to zakomunikował nam Budda; po pierwsze każde pytanie jest dialektyką. I pierwszy typ pytań jest do odpowiedzenia dydaktycznie. To ten rodzaj dialektyki, gdzie obie strony są już widoczne, co może i powinno być rozwiązane przez jednoznaczną odpowiedź (autorytetem dla takiego jednoznacznego rozwiązania jest zawsze dokładna obserwacja bez zapomnienia tego co się zaobserwowało). Przykładami takich jednoznacznych decyzji będą wybory dawania nad skąpstwo, uprzejmości a nie nienawiści i gniewu, jednoznacznego utrzymywania pięciu wskazań niezłamanymi (gdyż Budda zaobserwował, że ich łamanie pociąga za sobą ból, taka jest obserwowalna natura egzystencji dla Buddy wiedzącego jak rzeczy się mają) itd. Najwyższą formą, w której ta jednoznaczna decyzja się wyraża to forma Ośmiorakiej Szlachetnej Ścieżki, wybór Właściwego i odrzucenie Błędnego. (NB w ten sposób widziana, Ścieżka jawi się nie jako “obserwancja” czy ” racjonalny schemat” czy "obowiązek” ale jako praktyczna droga do zakończenia cierpienia). To dydaktyczna komunikacja, która jednoznacznie rozwiązuje dialektykę z jasnych powodów i bez mistyfikacji.

Następny typ – to pytania dające się odpowiedzieć po analizie – mogą one być uważane za typ dialektyki której jedna strona została ukryta i której obie strony wymagają jasnego naświetlenia. To pytania, których dwuznaczność powinna być wykazana dydaktycznie. Czy po tym może być ono odpowiedziane lub częściowo odpowiedziane, jest sprawą drugorzędnej wagi. To co ważne to nie”kupić kota w worku” przez odpowiedzenie jednoznacznie na pytanie, którego w pełni się nie zrozumiało. Podwójność idącej za tym dialektyki do czasu zanim nie zostanie naświetlona przez analizę pozostając ukrytą może być niebezpieczna i wprowadzająca w błąd. Takim pytaniem będzie: ”Czy Budda krytykował wszelki ascetyzm?” Przed odpowiedzeniem, główny punkt debaty powinien być jasno przedstawiony.

Trzeci rodzaj pytania musi być potraktowany przez kontr-pytanie. To sprawia, że pytający odkrywa w swym własnym umyśle elementy, które skłoniły go do zadania tego pytania. I to gdy zostaje to tak naświetlone przez niego samego, daje mu możliwość odkrycia jak zbłądził formułując swe pytanie. Może odkryć dla siebie, że zakładana dialektyka jego pytania jest fikcyjna, i że prawda leży gdzie indziej. To w żadnym wypadku nie jest komunikacja dydaktyczna lecz egzystencjalna. Pytającemu nie mówi się dydaktycznie co ma robić, egzystencjalnie daje mu się możliwość osobistego odkrycia (To co jest odkrywane, może być dydaktycznie zakomunikowane ale akt odkrycia nie). W tym sensie Nauka Buddy- ta o Czterech Prawdach – jest sercem egzystencjalnej komunikacji.

Czwarty rodzaj pytania, którego należy unikać, to ten co łapie odpowiadającego albo celowo albo niezamierzenie w potwierdzenie nieusprawiedliwionego założenia, niezależnie czy odpowie twierdząco czy negatywnie. (Jest dobrze rozpoznane przez logikę jak zaprzeczenie z konieczności wymaga uprzedniej afirmacji tego co jest zaprzeczane czy negowane). Najlepszym przykładem takich pytań jest zestaw czterech: ”Czy Tathagata istnieje po śmierci? Czy nie istnieje po śmierci? Czy zarówno istnieje jak i nie istnieje po śmierci? Czy ani istnieje ani nie istnieje po śmierci?” na żadne z nich Budda nie zgodził się odpowiedzieć. “Czy to dla tego że był agnostykiem?” spytali pewni ludzie. Ale samo to pytanie pokazuje, że egzystencjalna komunikacja zawiodła w przypadku pytającego, bo oprócz faktu opisania Buddy (Przebudzonego) jako agnostyka co jest raczej zwykłą sprzecznością, przeoczono to, że cztery pytania o istnienie Tathagaty po śmierci zawierają założenie, które odpowiedzi tak lub nie jednako afirmują.

Wydaje się, że daleko odeszliśmy od naszych pierwotnych dociekań “Czy Nauka Buddy jest religią czy filozofią?” Ale dwie rzeczy wyszły na światło. Pierwszą jest to, że jeżeli odpowiemy zbyt pośpiesznie w ten czy inny sposób, możemy niechcący przyznać, że Nauka Buddy “jest” albo jednym ze spekulacyjnych poglądów, które zostały uchwycone przez Buddę w “Boską Sieć” (Brahmajala) lub, że “jest” ona jedną z rytualistycznych obserwancji ślepej wiary określanej przez Buddę jako nierozerwalnie związanej z rozczarowaniem. Drugą jest to, że zanim podejmiemy się odpowiedzi możemy spytać się siebie do którego rodzaju pytań należy nasze pytanie.

Nanamoli Thera


Z eseju Nauka Buddy – religia czy filozofia? →

Robert Sheckley - Wystarczy zadać pytanie

Odpowiadacz został zbudowany, aby trwać tak długo, jak trzeba — co dla jednych ras oznaczało dość długo, dla innych zaś — zupełnie krótko. Natomiast dla samego Odpowiadacza było to dokładnie tyle, ile trzeba.

Jeśli chodzi o rozmiar, Odpowiadacz był dla jednych wielki, dla innych mały. Niektórym wydawał się skomplikowany, inni uważali, że jest całkiem prosty. Odpowiadacz wiedział, że był dokładnie tym, czym być powinien. Był przede wszystkim sobą — Odpowiadaczem. On wiedział.

Co do rasy, która go zbudowała, im mniej o niej powiemy, tym lepiej. Oni również wiedzieli, ale nigdy nie wyjawili, czy ta wiedza sprawiała im satysfakcję. Zbudowali Odpowiadacza na użytek mniej uświadomionych ras, po czym zniknęli w tajemniczy sposób. Tylko Odpowiadacz wiedział, dokąd udali.
Ponieważ Odpowiadacz wiedział wszystko.

Rozsiadł się na swojej własnej planecie, okrążającej swoje własne słońce. Trwał, a czas mijał — długi dla jednych, krótki dla drugich. Ale dla niego w sam raz. W jego wnętrzu znajdowały się Odpowiedzi. Znał naturę rzeczy, wiedział, czym one są i dlaczego są właśnie takie, a nie inne, i co to wszystko znaczy. I mógł odpowiedzieć na każde pytanie pod warunkiem, że było to pytanie prawidłowe. I chciał odpowiadać! Bardzo chciał!

Czegóż innego mógłby chcieć Odpowiadacz?

Cóż innego mógłby robić Odpowiadacz?

Czekał więc, aż ktoś się zjawi i zada mu pytanie.

*

— Jak się pan czuje, sir? — zapytał Moran podpływając do starca człowieka.

— Lepiej — odparł Lingman próbując się uśmiechnąć. Nieważkość stanowiła dla niego olbrzymią ulgę. Moran zużył ogromną ilość paliwa żeby wyjść w przestrzeń pod minimalnym przeciążeniem, a mimo to słabe serce Lingmana zaprotestowało. Stanęło dęba, załomotało wściekle o kruchą klatkę żeber, zawahało się i ruszyło z kopyta. Przez jakiś czas wydawało się, że serce Lingmana zatrzyma się z czystej przekory.

Jednakże nieważkość stanowiła olbrzymią ulgę i słabe serce znów zaczęło bić.
Moran nie miał takich problemów. Jego krzepkie ciało było wprost stworzone do znoszenia przeciążeń. Nie powinien ich zresztą doświadczyć podczas tej podróży, jeśli stary Lingman miał ją przeżyć.

— Będę żył — wymamrotał Lingman odpowiadając na milczące pytanie. — Będę żył dostatecznie długo, żeby go znaleźć. — Moran dotknął urządzeń kontrolnych i statek wśliznął się w podprzestrzeń jak ryba w wodę.

— Znajdziemy go — mruknął Moran. Pomógł starszemu mężczyźnie rozpiąć pasy.

— Znajdziemy tego Odpowiadacza!

Lingman kiwnął głową zgadzając się ze swoim młodym partnerem. Od wielu lat podtrzymywali się wzajemnie na duchu w ten sposób. Sam projekt wyszedł od Lingmana. Moran przyłączył się do niego po ukończeniu politechniki. Razem tropili różne pogłoski po całym Układzie Słonecznym — legendy o starożytnej, humanoidalnej rasie, która znała odpowiedź na wszystko, rasie, która zbudowała Odpowiadacza i zniknęła.

— Pomyśleć tylko! — westchnął Moran. — Odpowiedź na wszystko! — Jako fizyk Moran miał wiele pytań, które chciał zadać Odpowiadaczowi. Rozszerzający się wszechświat, siły wiążące jądra atomów, nowe i supernowe, powstawanie planet, przesunięcie w stronę czerwieni, teoria względności i tysiące innych.

— Tak — przyznał Lingman. Podciągnął się do ekranu i wyjrzał na zewnątrz, w iluzoryczną, ponurą pustkę podprzestrzeni. Był biologiem i starym człowiekiem. Miał tylko dwa pytania.

Czym jest życie? Czym jest śmierć?

*

Zakończywszy wyjątkowo długie polowanie na purpurę Lek i jego przyjaciele zebrali się na naradę. W sąsiedztwie wielkich skupisk gwiezdnych zawsze brakowało purpury — nikt nie wiedział dlaczego — stanowczo więc należało to omówić.

— Wiecie co — zaczął Lek. — Chyba poszukam tego Odpowiadacza, — Mówił w języku ollgrat, służącym do wyrażania doniosłych decyzji.

— Dlaczego? — zapytał go Ilm w żartobliwym języku hvest. — Dlatego chcesz wiedzieć? Czy nie wystarcza ci zbieranie purpury?

— Nie — oświadczył Lek, nadal posługując się językiem doniosłych decyzji. — Nie wystarcza. — Głównym zajęciem Lęka i jego gatunku było zbieranie purpury. Znajdowali niewielkie ilości purpury osadzającej się w tkance przestrzeni.
Powoli budowali z niej ogromny kopiec. Po co to robili — nie wiedział nikt.

— Przypuszczam, że zapytasz go, co to jest purpura? — upewnił się Ilm, odpychając na bok jakąś gwiazdę i kładąc się wygodnie.

— Oczywiście — potwierdził Lek. — Zbyt długo tkwimy w ignorancji. Musimy poznać wreszcie prawdziwą naturę purpury i jej miejsce w porządku rzeczy. Musimy się dowiedzieć, dlaczego to ona rządzi naszym życiem. — W tej przemowie Lek użył języka ilgret, języka podstawowej wiedzy.

Ilm i pozostali nie próbowali z nim dyskutować, nawet w języku dyskusji.
Wiedzieli, że wiedza jest ważną rzeczą. Od zarania czasu Lek, Ilm i pozostali zbierali purpurę. Teraz nadszedł czas poznania ostatecznych odpowiedzi: co to jest purpura i po co budują z niej kopiec?

I oczywiście powie im to Odpowiadacz. Wszyscy słyszeli o Odpowiadaczu zbudowanym przez rasę dość podobną do nich, rasę, która zniknęła już dawno temu.

— Czy zapytasz go o coś jeszcze? — chciał wiedzieć Ilm.

— Nie wiem — odparł Lek. — Może zapytam o gwiazdy. Chyba poza tym nie ma nic ważnego. — Jako że Lek i jego bracia istnieli od zarania czasu, nie interesowała ich śmierć. A jako że ich liczba nigdy się nie zmieniała, nie interesowała ich zagadka życia.

Ale purpura? I kopiec?

— Idę! — krzyknął Lek w obrazowym języku konkretnych decyzji.

— Powodzenia! — odkrzyknęli jego bracia w potocznie używanym przyjaźni.

Lek oddalił się skacząc z gwiazdy na gwiazdę.

*

Samotny na swojej małej planecie siedział Odpowiadacz, czekając na Pytających. Od czasu do czasu mamrotał sam do siebie odpowiedzi. To był jego przywilej. On wiedział.

Czekał, ani zbyt długo, ani zbyt krótko, czekał na jakąkolwiek istotę, która zechciałaby przyjść i zadać mu pytanie.

*

Było ich osiemnastu zebranych w jednym miejscu.

— Odwołuję się do reguły osiemnastu — krzyknął jeden z nich. Pojawił się następny, którego przedtem nie było, zrodzony z reguły osiemnastu.

— Musimy iść do Odpowiadacza — krzyknął inny. — Naszym życiem rządzi reguła osiemnastu. Tam gdzie jest osiemnastu, zawsze pojawia się dziewiętnasty. Dlaczego tak jest?

Nikt nie znał odpowiedzi.

— Gdzie ja jestem? — zapytał nowo narodzony dziewiętnasty. Jeden z nich wziął go na stronę, żeby udzielić mu instrukcji.

Zostało więc siedemnastu. Liczba stała.

— I musimy się dowiedzieć — krzyknął następny — dlaczego wszystkie miejsca różnią się od siebie, chociaż nie ma odległości.

To rzeczywiście był problem. Ktoś jest tu. Potem ktoś jest tam. Tak po prostu, bez żadnego powodu. Najpierw ktoś jest w jednym miejscu, a potem — chociaż wcale się nie poruszał — znajduje się w innym miejscu.

— Gwiazdy są zimne! — krzyknął jeszcze inny.

— Dlaczego?

— Musimy iść do Odpowiadacza. Słyszeli bowiem tę legendę, znali tę opowieść.

„Była kiedyś taka rasa, bardzo do nas podobna, i oni wiedzieli — i powiedzieli Odpowiadaczowi. Potem odeszli tam, gdzie wcale nie ma miejsca, ale za to jest dużo odległości”.

— Jak się tam dostaniemy?! — krzyknął nowo narodzony dziewiętnasty, pełen nowo przyswojonej wiedzy.

— Pójdziemy. — I osiemnastu zniknęło. Jeden pozostał. Melancholijnie popatrzył na niezmierzony ogrom lodowatej gwiazdy, a potem i on zniknął.

*

— Te stare legendy były prawdziwe — dyszał Moran. — Oto jest. Wyszli z podprzestrzeni w miejscu, o którym mówiła legenda; przed nimi jaśniała gwiazda niepodobna do żadnej innej gwiazdy. Moran wymyślił dla niej klasyfikację, ale to nie miało znaczenia. Ta gwiazda była wyjątkowa.

Wokół gwiazdy krążyła planeta, również niepodobna do żadnej innej planety. Moran wymyślił dla niej nazwę, ale to też nie miało znaczenia. Taka planeta była tylko jedna.

— Proszę zapiąć pasy, sir — powiedział Moran. — Postaram się wylądować jak najłagodniej.

*

Lek przybył do Odpowiadacza skacząc z gwiazdy na gwiazdę. Wziął Odpowiadacza do ręki i przyjrzał mu się.

— A więc to ty jesteś Odpowiadaczem — stwierdził.

— Zgadza się — przyznał Odpowiadacz.

— Powiedz mi zatem — ciągnął Lek sadowiąc się wygodnie w pustym pomiędzy gwiazdami — powiedz mi, czym ja jestem.

— Cząstką całości — odparł Odpowiadacz. — Wskazówką.

— No nie — mruknął Lek urażony w swojej dumie. — Chyba stać cię na więcej. 
Posłuchaj. Celem mojego gatunku jest zbieranie purpury i budowanie z niej kopca. Czy możesz mi wyjawić prawdziwe znaczenie tego wszystkiego?

— Twoje pytanie nie ma sensu — odparł Odpowiadacz. Wiedział, czym naprawdę jest purpura i po co budowano kopiec. Ale odpowiedź na to zawierała się w większej odpowiedzi. Bez niej problem Leka nie dawał się wyjaśnić, a Lek nie potrafił zadać prawdziwego pytania.

Lek zadał następne pytanie, ale Odpowiadacz nie mógł na nie odpowiedzieć. Lek widział rzeczywistość swoimi wyspecjalizowanymi oczami, dostrzegał część prawdy i odrzucał resztę. W jaki sposób wyjaśnić ślepcowi pojęcie zieleni?
Odpowiadacz nawet nie zamierzał próbować. To do niego nie należało.

Na koniec Lek roześmiał się pogardliwie. Jakaś mała gwiazdka pod jego stopami rozbłysła jaśniej od tego dźwięku, a potem przygasła znowu.

Lek oddalił się, przeskakując szybko z gwiazdy na gwiazdę.

Odpowiadacz wiedział. Ale najpierw trzeba było zadać właściwe pytanie. Zastanawiał się nad tym ograniczeniem, wpatrując się w gwiazdy, które nie były ani za małe, ani za duże, ale dokładnie takie, jak trzeba.

Właściwe pytanie. Rasa, która zbudowała Odpowiadacza, powinna była wziąć to pod uwagę, myślał Odpowiadacz. Powinni byli zostawić mu więcej swobody, pozwolić na próby rozplątywania semantycznych nonsensów.

Odpowiadacz musiał się zadowolić mamrotaniem odpowiedzi do siebie.

*

Osiemnaście istot przybyło do Odpowiadacza; istoty te nie przyszły i nie przyleciały, ale po prostu się pojawiły. Trzęsąc się w zimnym blasku gwiazd wpatrywały się w ogromną masę Odpowiadacza.

— Jeżeli nie ma odległości — zapytał jeden — to w jaki sposób rzeczy mogą być w różnych miejscach?

Odpowiadacz wiedział, czym jest odległość i czym są miejsca. Nie mógł jednak odpowiedzieć na to pytanie. Odległość istnieje, ale nie jest taka, jaką widzą ją te istoty. Miejsca również istnieją, ale w inny sposób niż sądzą te istoty.

— Proszę sformułować pytanie inaczej — zażądał Odpowiadacz pełen nadziei.

— Dlaczego jesteśmy krótcy tutaj, a dłudzy tam? — zapytał jeden. — Dlaczego jesteśmy wąscy tutaj, a grubi tam? Dlaczego gwiazdy są zimne?

Odpowiadacz wiedział wszystko. Wiedział, dlaczego gwiazdy są zimne ale nie potrafił tego wyjaśnić posługując się pojęciem gwiazd lub pojęciem zimna.

— Dlaczego — zapytał inny — istnieje reguła osiemnastu? Dlaczego za każdym razem, kiedy zbierze się osiemnastu, powstaje jeszcze jeden?

Ale naturalnie odpowiedź była częścią innego, większego pytania, które nie zostało postawione.

Następny powstał zgodnie z regułą osiemnastu i dziewiętnaście istot zniknęło.
Odpowiadacz mamrotał sam do siebie prawidłowe pytania i sam sobie udzielał odpowiedzi.

*

— Udało się — oznajmił Moran. — W porządku. — Poklepał Lingmana po ramieniu, ostrożnie, żeby staruszek nie rozleciał się na kawałki.

Stary biolog był zmęczony. Twarz miał zapadniętą, żółtą, pobrużdżoną. Żółte wystające zęby, mały, płaski nos i wydatne kości policzkowe składały się na wizerunek trupiej czaszki. Spod ciała prześwitywał szkielet.

— Ruszajmy — powiedział Lingman. Nie chciał tracić ani chwili. Nic miał ani chwili do stracenia.

Założywszy hełmy weszli na wąską dróżkę.

— Nie tak szybko — wysapał Lingman.

— Dobrze — zgodził się Moran. Szli obok siebie wąską ścieżką po planecie różniącej się od wszystkich innych planet, która samotnie krążyli wokół słońca różniącego się od wszystkich innych słońc.

— Tutaj pod górę — ostrzegł Moran. Legenda była dokładna. Ścieżka prowadząca do kamiennych stopni. Kamienne stopnie prowadzące na dziedziniec. A tam — Odpowiadacz!

W ich oczach Odpowiadacz wyglądał jak biały ekran umieszczony w ścianie. Wydawał im się całkiem prosty.

Lingman splótł drżące dłonie. Oto był punkt kulminacyjny całego życia, wszystkich wysiłków, kłótni, pogoni za strzępkami legend, zdobywania finansów — wszystko to miało się za chwilę zakończyć w tym miejscu.

— Pamiętaj — ostrzegł Morana — będziemy zaszokowani. Prawda z pewnością, okaże się całkowicie odmienna od naszych wyobrażeń.

— Jestem gotowy — oświadczył Moran z uniesieniem na twarzy.

— A więc dobrze, Odpowiadaczu — powiedział Lingman swoim cienkim, słabym głosem — czym jest życie?

Głos przemówił w ich głowach:

— Pytanie nie ma sensu. Pytający wymienia cząstkowe zjawisko, które można wyjaśnić jedynie w odniesieniu do całości.

— Czego częścią jest życie? — spytał Lingman.

— To pytanie w swojej obecnej formie również nie ma odpowiedzi. Pytający nadal posługuje się pojęciem „życia” ze swojego subiektywnego, ograniczonego punktu widzenia.

— Więc wyjaśnij to własnymi słowami — zaproponował Moran.

— Odpowiadacz może tylko odpowiadać na pytania. — Odpowiadacz ponownie pomyślał z żalem o ograniczeniu narzuconym mu przez konstruktorów.

Milczenie.

— Czy wszechświat się rozszerza? — zapytał śmiało Moran.

— „Rozszerzanie” jest określeniem nieadekwatnym do sytuacji. Wszechświat w rozumieniu pytającego jest iluzorycznym pojęciem.

— A więc powiedz nam cokolwiek — poprosił Moran.

— Mogę tylko odpowiedzieć na każde uzasadnione pytanie dotyczące natury rzeczywistości.

Dwaj mężczyźni wymienili spojrzenia.

— Chyba wiem, o co mu chodzi — powiedział Lingman ze smutkiem. — Nasze podstawowe założenia są błędne. Wszystkie.

— To niemożliwe — zaprotestował Moran. — Fizyka, biologia…

— Częściowe prawdy — oświadczył Lingman zmęczonym głosem. —
przynajmniej tyle się dowiedzieliśmy. Upewniliśmy się, że wnioski, które wyciągamy na podstawie obserwacji różnych zjawisk, są błędne.

— Ależ prawo najprostszej hipotezy…

— To tylko teoria — uciął Lingman.

— A życie? Z pewnością mógłby nam powiedzieć, czym jest życie!

— Popatrz na to z drugiej strony — zasugerował Lingman. — Przyjmijmy, że zapytasz: „Dlaczego urodziłem się pod znakiem Skorpiona w koniunkcji z Saturnem?” Nie mógłbym odpowiedzieć na to pytanie posługując się pojęciem znaków zodiaku, ponieważ znaki zodiaku nie mają tym nic wspólnego.

— Rozumiem — powoli powiedział Moran. — On nie może odpowiedzieć na pytania wynikające z naszych założeń.

— Tak mi się zdaje. I nie może zmienić naszych założeń. Może tylko odpowiadać na określone pytania — co wymaga wiedzy, której po prostu nie posiadamy.

— Nie potrafimy nawet zadać właściwego pytania?! — zawołał Moran. — Nie wierzę w to. Z pewnością znamy jakieś podstawowe pojęcia. — Odwrócił się do Odpowiadacza. — Czym jest śmierć?

— Nie mogę wyjaśniać antropomorfizmów.

— Śmierć jest antropomorfizmem? — zdziwił się Moran, a Lingman szybko się odwrócił. — No, nareszcie do czegoś dochodzimy!

— Czy antropomorfizmy są złudzeniem? — zapytał.

— Antropomorfizmy mogą być roboczo sklasyfikowane jako A: fałszywe prawdy lub B: niepełne prawdy odnoszące się do części zjawiska.

— Którą klasyfikację należy tu przyjąć?

— Obie.

To było wszystko, co osiągnęli. Moran nie zdołał wyciągnąć z Odpowiadacza nic więcej. Dwaj mężczyźni przez cztery godziny ponawiali wysiłki, ale prawda coraz bardziej wymykała im się z rąk.

— Wściec się można — stwierdził Moran po pewnym czasie. — Ta rzecz posiada całą wiedzę o wszechświecie, ale nie może nam nic powiedzieć, jeśli nie zadamy właściwego pytania. A skąd mamy znać właściwe pytanie?

Lingman usiadł na ziemi opierając się o kamienny mur i zamknął oczy.

— Dzikusy — oto, czym jesteśmy — oświadczył Moran, przechadzając się tam i z powrotem przed obliczem Odpowiadacza. — Niech pan sobie wyobrazi buszmena, który przychodzi do fizyka i pyta go, dlaczego nie może trafić w Słońce strzałą z łuku. Uczony mógłby to wyjaśnić jedynie operując pojęciami z zakresu jego wiedzy. I co się wtedy stanie?

— Uczony nawet nie będzie próbował — odparł Lingman zgaszonym głosem — ponieważ orientuje się w możliwościach pytającego.

— Wspaniale — zawołał Moran ze złością. — Jak wytłumaczyć dzikusowi, że Ziemia się obraca? Albo jeszcze lepiej: jak mu wytłumaczyć teorię względności, oczywiście przez cały czas zachowując naukową ścisłość?

Lingman nie odpowiedział.

— Jesteśmy dzikusami, tylko w tym przypadku przepaść jest jeszcze większa. Na przykład robak i nadczłowiek. Robak chce poznać naturę błota i zrozumieć, dlaczego jest go tak dużo… Och, dość tego. Wracamy?

Oczy Lingmana pozostały zamknięte. Szponiaste palce zacisnęły się w pięści, policzki zapadły się jeszcze bardziej. Widać było czaszkę. — Panie Lingman! Proszę pana! Odpowiadać? wiedział, że odpowiedzi nie będzie.

*

Odpowiadacz czeka, samotny na swojej planecie, która nie jest ani za duża, ani za mała, ale dokładnie w sam raz. Nie może pomóc ludziom, którzy do niego przychodzą, ponieważ nawet Odpowiadacz ma swoje ograniczenia.

Może odpowiedzieć tylko na istotne pytania.

Wszechświat? Życie? Śmierć? Purpura? Osiemnastu?

Półprawdy, niepełne prawdy, drobne cząstki wielkiego pytania.

Samotny Odpowiadacz mamrocze do siebie pytania, prawdziwe pytania, których nikt nie rozumie.

Jak więc mieliby zrozumieć prawdziwe odpowiedzi?

Pytania nigdy nie zostaną zadane; Odpowiadacz pamięta bowiem coś, o czym zapomnieli jego twórcy.

 Po to, żeby zadać pytanie, trzeba znać chociaż część odpowiedzi.





tłumaczenie: Danuta Górska

Zwierzęta są nieświadome tego, co robią: rodzą się, rosną, żyją i umierają bez myśli, refleksji oraz bez konkretnej przyszłości. Ale ilu ludzi żyje inaczej niż zwierzęta?

Od kiedy mam zwyczaj oddawać się w wolnych chwilach rozmyślaniom i obserwacjom, zauważam, że ludzie nie znają prawdy o niczym – ani nie postępują zgodnie z niczym – co w życiu ważne lub warte tego, aby życie przeżywać. Najdokładniejszą z nauk jest matematyka, która żyje w klasztorze własnych reguł i praw – i owszem, można ją stosować do rozjaśniania innych nauk, jednak ona rozjaśnia tylko to, co te nauki już odkryły, a nie pomaga odkrywać niczego nowego. W innych naukach pewne i akceptowalne jest tylko to, co nie ma wartości dla wyższych celów życia. Fizyka wie doskonale, jaki jest współczynnik rozszerzalności żelaza, nie wie jednak, na czym polega rzeczywista mechanika świata. I im wyżej sięgamy w tym, co pragniemy wiedzieć, tym niżej się osuwamy w tym, co wiemy. Metafizyka – która mogłaby być głównym przewodnikiem, bo to ona i tylko ona wyznacza sobie wyższe cele prawdy i życia – nie jest nawet teorią naukową, tylko kupą cegieł, z których te czy inne ręce budują domy pozbawione stylu i zaprawy murarskiej.

Zauważam też, że jedyna różnica między życiem ludzi i życiem zwierząt to sposób, w jaki się okłamują lub w jaki nie pojmują swojego losu. Zwierzęta są nieświadome tego, co robią: rodzą się, rosną, żyją i umierają bez myśli, refleksji oraz bez konkretnej przyszłości. Ale ilu ludzi żyje inaczej niż zwierzęta? Wszyscy śpimy, a różnica leży tylko w marzeniach oraz w stopniu i jakości marzenia. Być może śmierć będzie dla nas przebudzeniem, ale na to również nie ma żadnej odpowiedzi – poza odpowiedzią wiary dla tych, dla których wierzyć to mieć; odpowiedzią nadziei dla tych, dla których pragnąć to posiadać; oraz odpowiedzią miłosierdzia dla tych, dla których dawać to otrzymywać.

Deszcz pada w ten smutny zimowy wieczór, jakby padał już z tą samą monotonią od pierwszej stronicy świata. Pada, a moje uczucia zniżają swoje surowe spojrzenie – jakby uginał je deszcz – ku miejskiej ziemi i spływającej po niej wodzie, która niczego nie żywi, niczego nie obmywa, niczego nie rozwesela. Pada, a ja czuję nagle dojmującą mękę bycia zwierzęciem, które nie wie, czym jest, które śni zarówno swój umysł, jak i swoje uczucia, skulone w przestrzennej luce istnienia jak w norze, zadowalając się odrobiną ciepła jak wieczną prawdą.

Pessoa, Księga niepokoju
tłumaczenie: Michał Lipszyc

Mówienie, że człowiek folgujący własnym zachciankom w sposób naruszający porządek moralny dostępuje w ten sposób psychologicznego wyzwolenia, oznacza w istocie tylko tyle, że sam siebie zniewala


Państwem rządzi ten, kto wyznacza obyczajowość seksualną. To pozostaje niezmienne. Zmieniają się szczegóły, ale w skali makro obraz pozostaje ten sam. Rewolucja seksualna, która dokonała się w Stanach Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych XX stulecia była powtórką rewolucji, która w państwach obszaru niemieckojęzycznego trwała w okresie między I a II wojną światową. Zdaniem Sharafa, Reich i jego zwolennicy „chcieli odebrać Kościołowi katolickiemu kształcenie młodzieży oraz możliwość wpływania na umysły młodych. Przyświecała temu idea stworzenia kompletnej osobowości; celem było wykreowanie «socjalistycznego człowieka»”'.

Walka ta przeniosła się na terytorium Ameryki, kiedy spora część kulturowych bolszewików, których wygnali naziści, znalazła schronienie w Stanach Zjednoczonych. „Ostra polityczna polaryzacja między chrześcijańskimi socjalistami, z ich wiejskimi, katolickimi wyborcami, a socjaldemokratami, których świecki elektorat wywodził się głównie z miast”'* została przeniesiona do Ameryki, gdzie przedstawiciele podupadających protestanckich elit otworzyli drzwi swoich instytucji przed ludźmi pokroju Reicha, Paula Tillicha, Waltera Gropiusa i innych kulturowych bolszewików, gdyż widzieli w tym sposób na prowadzenie wojny z amerykańskimi katolikami, którzy wtedy właśnie zbierali polityczne owoce długotrwałej ekspansji demograficznej, a zwłaszcza gwałtownego przyrostu naturalnego, który nastąpił po drugiej wojnie światowej, w latach 1946-1964. Rewolucja seksualna z lat sześćdziesiątych była kontratakiem wymierzonym w odradzającą się i rosnącą w siłę katolicką wspólnotę. W tamtym czasie celem apologetów seksualnego wyzwolenia, było przekonanie katoliczek do stosowania środków antykoncepcyjnych. W łatach dziewięćdziesiątych XX wieku celem seksualnego wyzwolenia było nakłonienie katolickich córek do uprawiania masturbacji oraz przekonanie ich do pornografii. W obu przypadkach stawką w tej grze była władza. W odniesieniu do pierwszego z nich, chodziło o to, żeby odebrać Kościołowi kontrolę nad życiem seksualnym katoliczek i w ten sposób osłabić polityczne znaczenie katolickiej wspólnoty, której podstawą był właśnie jej bardzo wysoki przyrost naturalny. To, że Kościół tę bitwę przegrał, oznaczało, że seksualne wykorzystywanie kobiet zwiększy się i przybierze ostrzejsze formy. W latach dziewięćdziesiątych córki kobiet, które używały antykoncepcji, były wykorzystywane finansowo i seksualnie w jeszcze skrajniejszy i bardziej jawny sposób niż wcześniej ich matki. Na przestrzeni owych trzydziestu lat jedyną rzeczą, która uległa zmianie, był zakres owego zniewolenia. Zdaniem Josepha McCarrolla: „Ideologiczny projekt wyzwolenia się od tłumienia seksualności poprzez kontakt z naruszającymi przyjęte normy obrazami realizowany jest w mediach, które ustawicznie zawężają granice tego, co niedozwolone, a co można przedstawić, powiedzieć, wyśpiewać, przedyskutować i uznać za akceptowalne, oraz na uczelniach i w placówkach kształcących, gdzie techniki nauczania i programy wykorzystuje się dla wpajania uczniom, aby unikali racjonalnej samokontroli emocji, wyobraźni, pragnień, dokonywanych wyborów oraz własnych zachowań”'.

„Wyzwolenie się od tłumienia seksualności” jest „przenoszone do nowego systemu edukacji poprzez wspólny, kolektywny rodzaj pracy grupowej i przybiera tam postać ukrytej formy społecznej kontroli oraz psychicznej homogenizacji”, którą promuje się podczas zajęć z wychowania seksualnego, mających na celu, pod przykrywką „bezpiecznego seksu”, popularyzować permisywny stosunek do masturbacji. Niezależnie od płaszczyka, pod którym się to ukrywa, skutek jest taki sam; zasady moralności przedstawia się jako przykład „ucisku”, pozbawiając tym samym dziecko głosu rozumu, który jest wszak jego pierwszą linią obrony przeciwko wykorzystywaniu go:

Samokontrola, zwłaszcza zaś skromność, czystość i wierność w obszarze seksualności uważane są za „ucisk”, emocjonalne zaburzenie od którego społeczeństwo oraz dzieci w wieku szkolnym należy „wyzwolić”. Jednym z głównych instrumentów, które mają umożliwić to „wyzwolenie”, jest kontakt z naruszającymi przyjęte normy obrazami, mającymi spowodować zawieszenie albo obejście racjonalnej samokontroli, którą głosi chrześcijaństwo oraz tradycyjna, filozoficzna wiedza o moralności i cnotach”.

Skoro moralność jest formą ucisku, oznacza to, że umysł jest represyjny, a jeżeli tak, człowiek może uzyskać wolność jedynie będąc irracjonalnym - kiedy jednak takim się staje, jedyną rzeczą, jaka popycha go do działania, są osobiste chęci, impulsy i namiętności. Rzecz jednak w tym, że kiedy człowiek poddaje się namiętnościom, traci kontrolę nad swoim postępowaniem. I dlatego właśnie tego rodzaju wolność, co słusznie zauważono już przed wiekami, staje się formą zniewolenia. Orędownicy tak pojmowanej wolności, czy zdają sobie z tego sprawę, czy też nie, upowszechniają pewien rodzaj kontroli nad społeczeństwem, gdyż motyw ludzkiego działania, którym uprzednio był rozum, zastępują teraz stymulowaniem namiętności. Ci zaś, którzy kontrolują bodźce stymulujące, kontrolują także tych, którzy się nimi kierują. Celem upowszechniania obrazów o treści seksualnej jest władza nad społeczeństwem. Jednostki rezygnujące z rozumu są powodowane namiętnościami, te zaś finansowo i politycznie wykorzystują ludzie, którzy o upowszechnianiu owych obrazów decydują. Wyciągając z nich zyski finansowe, przyczyniają się do wyboru na odpowiedzialne stanowiska osób, którzy rozłożą nad nimi polityczny parasol - tak oto system wykorzystywania finansowego przekształca się w formę politycznej kontroli.

Istnieją jednak i inne tego konsekwencje. Jedna z lekcji, wynikających z doświadczeń minionych dwóch tysięcy lat mówi wyraźnie, że ludzkimi namiętnościami można sterować z zewnątrz. Platon rozumiał rolę, jaką muzyka może odgrywać w manipulowaniu namiętnościami, i dlatego uważał, że w państwie idealnym pewnych utworów nie można wykonywać w obecności ludzi młodych, niemających jeszcze dostatecznego doświadczenia i umiejętności panowania nad swymi uczuciami. To samo odnosi się także do obrazów. Rozwój technologii nie zmienił ludzkiej natury, ale umożliwił manipulowanie ludźmi na wiele sposobów, które w przeszłości wykraczały poza granice wyobraźni. Muzyka jest określana mianem „inżynierii muzycznej”, a oznacza to tyle, że obecna technologia umożliwiła manipulowanie ludźmi za pomocą muzyki w taki sposób, aby szybciej pracowali bądź więcej kupowali. Technologia umożliwiła ludziom pozbawionym skrupułów wykorzystanie ostrzeżeń Platona do własnych celów i posłużenie się muzyką jako narzędziem kontrolowania ludzkich zachowań.

To samo a fortriori odnosi się do „obrazów transgresyjnych”. Zaćmiewają umysł, a rozbudzają namiętności. Mówienie, że człowiek folgujący własnym zachciankom w sposób naruszający porządek moralny dostępuje w ten sposób psychologicznego wyzwolenia, oznacza w istocie tylko tyle, że sam siebie zniewala.

Michael Jones, Libido dominandi. Seks jako narzędzie kontroli społecznej.
tłumaczenie: Jerzy Morka

piątek, 27 maja 2016

Dzieci /baśń o funkcji literatury/


I


Wabiłem właśnie muchę, kiedy zjawił się Bohater. Znajdowałem się w oknie, na parterze mojego mieszkania. On przystanął w wąwozie, gdzie kiedyś był chodnik wyrwany przez Dzieci. Szurnął stopami, pochylił w eleganckim ukłonie i powiedział przyjemnie:

- Dzień dobry!

Właśnie po tym poznałem, że to Bohater, młodzi oraz najmłodsi ludzie w okolicy tchórzliwie nie kłaniają się sąsiadom ani innym dorosłym.

- Widzę, że jest pan bardzo zajęty - rzekł.

- Tak - potwierdziłem - Wabię muchę, żeby wleciała do mojego pokoju. To Jest Pierwsza Wiosenna Mucha i pragnę, żeby u mnie zamieszkała.

- Zdaje się, że mógłbym się od pana o muchach tego i owego dowiedzieć! - zauważył Bohater.

Utwierdziło mnie to w przekonaniu, iż jest Bohaterem. Dzieci z podwórka nie są ciekawe niczego. No, gdybym może wystawił w oknie bojową rakietę z tysiącami głowic nuklearnych, elektronicznym karabinem maszynowym oraz nożem używanym przez komandosów, spytałyby, ilu ludzi można tym zabić?

- Muchy najlepiej kusi się owsianką gotowaną na holenderskim mleku, z rozpuszczającą się w środku talerza łychą miodu - powiedziałem.

- Czy to jedyny sposób? - spytał, wdzięczny za zdradzenie tajemnicy.

- Nie. Można wabić lekko parującą filiżanką słodkiej czekolady do picia. Jednak to metoda droga, dostępna jedynie miliarderom.

- A nie wleci z własnej chęci?

- Nie. Pięćdziesięciu moich sąsiadów w tym domu, bo ja jestem pięćdziesiąty pierwszy, dysponuje stu pięćdziesięcioma oknami, więc przed muchą jest duży wybór. Poza tym muchy mają okropne charaktery, chcą koniecznie przebywać tam, skąd są przeganiane. Właśnie teraz pięćdziesiąt moich sąsiadek macha zawzięcie pięćdziesięcioma ściereczkami, by muchę zabić. I to ją bardzo kusi. Moja z nią sprawa bardzo się więc źle przedstawia!

- Współczuję panu - powiedział Bohater, co uznałem za naturalne. Wszyscy bohaterowie potrafią przejmować się cudzymi kłopotami, choćby malutkimi jak mucha.

- Niesłychanie panu zależy na towarzystwie tej muchy? - rzekł.

- No cóż - przyznałem. - Źle się mieszka w samotności. Nie ma kto pobzykać nad uchem lub doprowadzić do wściekłości porannym łażeniem po nosie.

- Chętnie czasem utnę pogawędkę z panem - stwierdził Bohater.

- Czas jednak wziąć się do roboty. Czy pozwoli pan, że działalność swoją rozpocznę od trawnika pod pańskim oknem?

- Trawnika? - zdumiałem się. - Owszem, w zamierzchłych czasach był tu trawnik, ale potem pojawiły się Dzieci.

- Ma pan na myśli hordy Hunów, zgraje Tatarów, dzikie tłuszcze niszczycielskich Wandalów, które w nierozumnej wściekłości połamały drzewka młodych klonów, wyrwały z korzeniami owocujące jarzębiny, wysiekły żelazem krzewy śnieguliczek ze ślicznymi białymi jagodami, wyorały trawy odłamami strzaskanych desek?

- Nie mam na myśli żadnych Wandalów ! - zaprzeczyłem zimno.

- Więc chodzi panu o watahy straszliwych Kosmitów, co przyleciały na rozpalonych statkach międzygwiezdnych i neutronowymi laserami wypaliły metalowe huśtawki na placu zabaw, porozrywały stalowe lampy i do cna wyjadły nawet źdźbła malutkich roślinek przed domem?

- Nie sądzę - rzekłem - aby działali tu jacyś przybysze ze Wszechświata. Byłem świadkiem i wiem. To wszystko zrobiły Dzieci !

- Ten księżycowy krajobraz ? - upewnił się Bohater ze zdziwieniem.

- Ziemski krajobraz - poprawiłem go. - Na Księżycu są, owszem, kratery i zwietrzałe łańcuchy górskie, ale nie ma łupanego betonu, skruszonych cegieł, pogiętych rur oraz stosów śmieci!

- Nie ma! - potwierdził Bohater. - Widziałem przez mikroskop.

- Więc tutaj działały Dzieci - stwierdziłem ponuro. - A przez mikroskop nie można zobaczyć Księżyca.

- Można, tylko trzeba patrzeć z odwrotnej strony. A co do Dzieci, to, proszę mi wybaczyć, nie zgadzam się!

Był Bohaterem. Któż inny tak zawzięcie broniłby przekonania o dobrych obyczajach Dzieci.

Łatwo zauważyć, że zwlekam z opisem Bohatera. Jak wyglądał, w co był ubrany i takie rzeczy. Gdyby chodziło o wyobrażenie, jak powinien się Bohater prezentować, to wiadomo. Duży, wyprostowany, z kilkoma rzędami orderów na mundurze. Głaskający dziecko po płowej łepetynie, bowiem uratował je przed innymi bohaterami. No i najlepiej na koniu. Ale koń nie wszedłby na podwórko przed moim domem, gdyż połamałby sobie wszystkie nogi w dziurach, jakie wydłubały Dzieci. Nie dałoby się też postawić Bohatera na pomniku przed moim oknem. Bo najpierw zostałby obrzydliwie pomalowany na więcej kolorów, niż w ogóle istnieje, a potem obłupany do stalowych kości, pogięty jak nowoczesna rzeźba. Wreszcie przysypany dokumentnie tymi odpadkami, które Dzieci z polecenia rodziców mają wynieść do pojemnika na śmieci, a wysypują przed domen.

Żaden taki bohater nie wchodzi więc w grę. A najlepiej, jeśli się jeszcze powstrzymam z jego charakterystyką. Wystarczy powiedzieć, że wyglądał jak Chłopiec.


II


- Czy posiada pan może traktor z broną oraz pługiem? -spytał. Tylko Bohater mógł być tak naiwny, by sądzić, iż w pokoju, który zamierzałem dzielić z Pierwszą Wiosenną Muchą, posiadam ciężki sprzęt rolniczy.

- Nie - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- W takim razie proszę mi pożyczyć duży widelec.

Srebrny widelec z pięcioma, także srebrnymi, zębami jest przedmiotem bardzo mi drogim, gdyż nie służy tylko do posiłków, konkretnie do nadziewania brukselek, małych kapustek posypanych tartą bułeczką przysmażoną w maśle, ale także do sięgania pod szafę biblioteczną, kiedy coś się tam potoczy, na przykład ziarnko grochu albo tabletka polopiryny. Z ciężkim sercem przyniosłem pożyteczne narzędzie, gdyż Bohaterowi nie odmawia się niczego.

-Tylko na jakąś godzinkę - uspokoił mnie.

- Mam nadzieję - powiedziałem - że ząbki mu się zanadto nie wytrą? To stary widelec z niezbyt mocnymi już dziąsłami!

Powiedziałem o dziąsłach, bo diabli wiedzą, jak się nazywa to miejsce, w którym kły widelca połączone są z resztą.

- Praca jedynie go wzmocni - stwierdził Bohater i miał rację. Ja na przykład po ciężkim wysiłku wabienia Pierwszej Wiosennej Muchy czuję się znacznie silniejszy.

Mucha, uparta niesłychanie, poleciała do okien na pierwszym piętrze, a potem, nic nie wskórawszy, dwa piętra wyżej. Od okien szło potężne furkotanie pięćdziesięciu ścierek do odganiania much, co miało tę dobrą stronę, że orzeźwiało ciepłe powietrze.

Bohater nie tylko skopał widelcem metr kwadratowy ubitego na beton byłego trawnika, ale także pięknie wygrabił ziemię i rozdrobnił grudki. Wydłubał również ładne dołeczki w kształcie odwróconego stożka, jakie czynią w piasku mrówkołowy, żeby schwytać posiłek.

- O - powiedziałem, próbując rozpoznać różne rzeczy, które przy okazji wygrzebał oraz starannie ułożył na zgrabnym stosie -jest tu nawet kadłub rozbitego przez Dzieci na szczątki lotniskowca „Saratoga"!

- Bardzo mi przykro - wyjaśnił, bowiem, jak każdy Bohater, nie zamierzał się sprzeczać z dorosłymi. - Ale jest to pozostałość po emaliowanej wannie oraz meksykański kapelusz wypleciony z włókien kaktusa.

- Więc nie koło sterowe okrętu wojennego Stanów Zjednoczonych? - upewniłem się.

- Zapewniam pana, że nie. Choć wolałbym pana tak gorzko nie rozczarowywać.

- Nie szkodzi - uśmiechnąłem się. - Przeżyłem już gorsze chwile w życiu. Natomiast to zardzewiałe żelastwo obok wanny jest niewątpliwie wrakiem lokomotywy parowej Ty 23, ogryzionym przez Dzieci z kół, reflektorów i blach?

- Tym razem był pan blisko prawdy - powiedział uprzejmie Bohater. Po uprzejmości również się ich rozpoznaje. - Jest to kocioł parowy centralnego ogrzewania.

- Ach! - wykrzyknąłem. - To dlatego było tak chłodno w mieszkaniu ostatniej zimy! Zamarzły nawet firanki i pokryły pięknymi kwiatami ze szronu. Te ozdoby artystyczne pozostały do dzisiaj! Ileż mocy musiały znaleźć w sobie Dzieci, żeby wytargać taki piec z kotłowni w piwnicy i potrzaskać przed domem na kawały żeliwa!?

- Pan wybaczy! - zaprzeczył Bohater z przepraszającym uśmiechem - Dzieci nie dysponują taką siłą. I tu go dopadłem.

- A ty nie jesteś dzieckiem?

- Oczywiście, że jestem.

- Przecież wygrzebałeś srebrnym widelcem i wannę i kocioł! Sam też odrzuciłeś złom na stos!

Zarumienił się, potem zaczerwienił a następnie zupełnie zbordowiał, jakby zamienił chłopięcą głowę na duży burak ćwikłowy. Każdy bohater bowiem wstydzi się niezmiernie, kiedy coś pokręci w rozmowie lub życiu.

- To dlatego, że pochłonięty pracą nie zastanawiałem się nad czynnościami.

- Rozumiem - powiedziałem. Kiedy bohaterowie zapalą się do jakiejś roboty, nie zważają na takie głupstwa jak ciężar czy objętość unoszonych przedmiotów.

Mucha, która znów przyleciała, musiała lekko oberwać ściereczką od którejś z sąsiadek, bowiem, stojąc nerwowo na parapecie, wytrwale prostowała nóżką skrzydełko. Bacznie jednak łypała na mnie swymi wielkimi oczyma, składającymi się z wielu małych oczek.

- Ładne poletko - pochwaliłem Bohatera. Spulchniona srebrnym widelcem ziemia pachniała tak wiosennie, że wkrótce pojawił się nad nią skowronek miejski i począł wyśpiewywać najmodniejszy hit o którym dopiero miano mówić w Teleekspresie. W zrobionych dołeczkach Bohater zasadził siedem kępek ogrodowych fiołków i dziewięć leśnych konwalii. Potem poprosił o czajniczek z wodą i obficie podlał roślinki. Jeśli do tej pory można było mieć jakąś wątpliwość, czy jest rzeczywistym Bohaterem, teraz uzyskiwało się całkowitą pewność. Bohaterowie bowiem nie boją się być śmiesznymi, na przykład nie wstydzą się sadzić publicznie kwiatków, jak jakieś smarkate dziewczynki lub ich wiekowe babcie.

Osobiście byłem wdzięczny Bohaterowi, iż nie twierdził, jak wszyscy, że muchy są niebezpieczne, bo przenoszą na łapach zarazki. Zaraz zresztą spytałbym go, czy Dzieci są bezpieczne i czy nie przenoszą na brudnych rękach różnych strasznych okropności?

III

Wszystko to działo się przed południem. O tej porze Dzieci moich pięćdziesięciu sąsiadów oraz ich przyjaciele z bardzo dzikich okolic przebywają w szkołach, na wagarach lub oglądają filmy z kaset video. W szkołach uczą się historii wyrzynania jednych narodów przez drugie oraz innych bohaterskich zajęć. Na wagarach ćwiczą się w wyłamywaniu drzewek, a z filmów biorą wiedzę jak, przetrwać wśród ludzi rozdzielając ciosy.

Po południu Dzieci masowo wylegają przed dom. Wielokrotnie próbowałem je dokładnie policzyć, ale nie jest to możliwe. Nawet jeśli wyszarpują z ziemi kable elektryczne oraz wodociągowe rury czy wydłubują fundamenty spod bloku, czynią to niesłychanie szybko, jak w ruchliwym mrowisku. Oto jedno przed chwilą ogryzało stalową latarnię, która padła z grzmotem, a już swym zadartym noskiem ryje potężny rów tam, gdzie przed jego urodzeniem się rosły purpurowe róże i rozkwitały wysokie malwy. Moim zdaniem z samego tylko mojego domu jest tych Dzieci około jedenastu milionów. W każdym razie wykonują prace, do których niezbędne byłoby tyle osób. A dochodzą jeszcze ich koledzy z domów sąsiednich.

Zagapiony w muchę nie spostrzegłem, kiedy Bohater zniknął. Bohaterowie właśnie potrafią ulatniać się tak elegancko, bez zawracania głowy. Przypuszczalnie udał się na obiad. W powietrzu unosił się przyjemny zapach kwitnących fiołków oraz konwalii. Na parapecie leżał mój srebrny widelec. Miał zęby dłuższe o dobrych kilkadziesiąt kilometrów. To jest niemożliwe, powie ktoś. Pewnie, że jest niemożliwe, ale czy na przykład Dzieci są możliwe?

Na podwórku pojawił się chudy wściekły chłopak z chudym wściekłym psem. Chłopak ubrany był w różową bluzę, a pies miał na sobie czekoladowe futro. Obaj wgryźli się w oponę od traktora, z której dorośli zrobili kiedyś siedlisko huśtawki dla dzieci. Chłopak i pies zaciekle ćwiczyli kąsanie przydatne w dokuczaniu małym dziewczynkom grającym w gumy.

Potem przybiegł grubas zwany Grubasem, z włosami tłustymi jak dwie kostki margaryny posmarowane smalcem i polane olejem. Wydłubał z ziemi potężną belkę, by za chwilę potrzaskać ją uderzeniami swych żołnierskich buciorów. Wkrótce też z leżącej wśród odpadków rynny, zerwanej uprzednio z dachu budynku, wylazło kilkanaście tysięcy mniejszych Dzieci. Wreszcie z krzykiem, podobnym do wycia huraganu, tylko trochę głośniejszym, wybiegła reszta pociech moich sąsiadów.

Rozpoczęły się normalne zajęcia na podwórku.

A to operacja Pustynna Burza wzniecająca potężne chmury kurzu.

A to powalanie jednych Dzieci przez drugie Dzieci długą rurą żeliwną.

A to gra w piłkę nożną, którą był stalowy garnek.

A to kruszenie betonowych płyt.

A to wyrywanie włosów oraz podbijanie oczek.

Słowem wszelkie codzienne zabawy.

Póki ten chłopak z psem nie zauważył pięknie skopanego srebrnym widelcem i pięknie zagrabionego srebrnym widelcem poletka z kwiatuszkami. W zasadzie poletko wykrył pies. Psy posiadają węch najlepszy na świecie. Więc ten pies ubrany w czekoladowe futro wśród ulubionych woni kurzu, cementu, smoły, benzyny oraz zupy fasolowej, bo tego dnia pięćdziesiąt moich sąsiadek gotowało zupę fasolową dla ukochanych Dzieci wywąchał przykry zapach fiołków oraz konwalii. Runął w tym kierunku, zatrzymał się w środku poletka wszystkimi łapami i głośno, z przerażeniem zawył.

Co oczywiście gwałtownie wystraszyło już prawie moją muchę, która, a przysiągłbym, że miała taki zamiar, zdecydowała się wreszcie ze mną zamieszkać. Mucha zerwała się oszołomiona, podfrunęła na czwarte piętro i tam usiłowała schronić się u sąsiadki, która pracuje w fabryce cukierków, więc pachnie miętą oraz anyżkiem. Tam muchę dosięgła ściereczka, na której wyhaftowany był napis „Gość w dom. Bóg w dom". Padła natychmiast trupem i za przyczyną przyciągania ziemskiego zleciała, wirując, prosto w pysk rozdzierającego się psa w czekoladowym futrze. Pies przełknął niespodziewany kąsek i umknął, ratując życie.

Na poletku bowiem pędziło już w wielkim zgiełku, wśród tumanów kurzu, ze dwadzieścia, a może i więcej milionów Dzieci.

Co podobne było do błyskawicznego, zmasowanego uderzenia wojsk rakietowych ze spiralnej galaktyki M 104 na galaktykę eliptyczną NGC6166. W ułamku sekundy wydrapane zostały nie tylko kępki fiołków a także konwalii lecz wszelka ziemia do ostatniej drobiny.

Dokonawszy dzieła zniszczenia znudzone Dzieci wycofały się do przerwanych zajęć takich jak rozrywanie rączkami polodowcowych głazów wydobytych z dołów na podwórku, tłuczenie butelek, podstawianie nóg i nóżek koleżankom oraz kolegom.

Najgorsze, że nie było już na świecie Pierwszej Wiosennej Muchy.


IV


Gdyby kto odczuwał potrzebę rozpoznawania bohaterów, to warto wiedzieć i to, że nie marnują oni czasu na bezowocne rozpaczanie po stracie, tylko natychmiast biorą do pracy.

Uprzejmie przywitawszy się następnego ranka, kiedy Dzieci w różnych miejscach pobierały nauki jak żyć. Bohater niezwłocznie poprosił o wypożyczenie srebrnego widelca a także łyżki.

- Nie mam nic przeciwko wydłużeniu zębów mojego widelca, bowiem srebro jest w cenie i można zań kupić chałwę oraz makagigi do wabienia much wiosennych, ale powiększenie czerpaka łyżki niezbyt by mi odpowiadało. Zbyt ogromną łychą nie da się spożywać codziennej porcji zupy z płatków kukurydzianych - powiedziałem z niechęcią.

Bohater uśmiechnął się ładnie. Uśmiech Bohatera znacznie różni się od grymasów dzieci, które pragną coś dostać albo cieszą się, że kolega właśnie spadł z roweru i doznał wstrząsu mózgu.

- Zamiast powiększania można ją zamienić na złotą - rzekł.

- A trzeba? - spytałem.

- Tak - potwierdził. - Nie jest to zagadnienie z dziedziny cudów, tylko zwyczajna sprawa ekonomiczna. Jeśli się pracuje, to przybywa wartości!

- No cóż - zgodziłem się. - Niech będzie.

- Udało się panu wczoraj z tą Pierwszą Wiosenną Muchą? - spytał grzecznie, zabierając się do roboty.

- Padła na polu chwały - powiedziałem z goryczą. - Będę zmuszony wabić Drugą Wiosenną!

- Czyżby pan uważał, że Druga albo inna z rzędu jest w jakimś sensie gorsza? - spytał zgarniając łyżką ziemię.

- Do diabła, nie! - krzyknąłem i uświadomiłem sobie, iż trudno byłoby wykazać, że cokolwiek następne jest gorsze od pierwszego. To również cecha bohaterów: nie przywiązują wagi do kolejności, na mecie zawodów sportowych lub gdziekolwiek. Czyżbym też był trochę Bohaterem?

- Będę bardzo zobowiązany - rzekł miękko - jeśli zechce się pan powstrzymywać od używania brzydkich zwrotów. Nawet jeśli związane są tylko z diabłami.

- Człowieku! - wrzasnąłem nagle rozzłoszczony, bo mnie rozzłościł. Bohaterów rozpoznajemy również po tym, że nas denerwują, gdyż mają rację. - Czyżbyś nie słyszał, jakich wyrazów oraz zwrotów brzydkich używają Dzieci?

- Jakie Dzieci? - spytał zdziwiony niepomiernie.

-Chociażby te, które wczoraj jak dzikie bestie rzuciły się na twoje poletko i rozniosły je na wszystkie strony świata, a nawet jeszcze w innych kierunkach!

- Proszę wybaczyć, ale w tej kwestii pozwolę sobie mieć zdanie odmienne. Dzieci podobnych rzeczy nie robią!

- A kto? - głos mój był pełen ironii kwaśniejszej od zielonego agrestu gotowanego w octowej esencji.

- Jeśli się pan nie pogniewa, to właściwsze byłoby pytanie: co ?

- Więc co? Co dokonało tych gwałtownych spustoszeń pod moim oknem? - tym razem sformułowałem pytanie tak słodko, jakbym zrobił je z konfitur przekładanych miodem.

- Tajfun na przykład. Trąba powietrzna. Wybuch wulkanu punktowego. Wielkie trzęsienie ziemi na niewielkiej powierzchni. Podziemny wybuch bomby wodorowej. Możliwości jest mnóstwo.

- Przed moim oknem?

- Nie zamierzam być niegrzeczny. Ale czy pana okno jest jakieś szczególne? Na tyle przynajmniej, by się nie mógł przed nim zdarzyć żaden z kataklizmów? Choćby upadek meteoru?

Zawstydził mnie. Nigdy nie uważałem, żeby to moje okno, a także dwa pozostałe, były jakieś wyjątkowe. Zwłaszcza tak bardzo, by omijał je cyklon, gdyby miał akurat po drodze. To jest również właściwość Bohatera: ani siebie ani innych ludzi nie uważa za wyjątkowych.

Patrząc jak szybko i zgrabnie śmiga łyżką oraz widelcem, powiedziałem:

- Zgoda. Poletko kwiatowe mogła rozgarnąć ogonem wielka kometa albo twardą mordą nosorożec. W takim jednak wypadku poddana być musi w wątpliwość moja prawdomówność, nie mówiąc o zdolności postrzegania zjawisk na podwórku!

- Czyżbym był aż tak źle wychowany? - zaniepokoił się Bohater, bowiem bohaterowie wad różnych szukają u siebie, a nie u innych.

- Przecież - zauważyłem pojednawczo - łatwo to będzie sprawdzić. Wystarczy byś obserwował, co Dzieci dzisiaj uczynią z nowym kwietnym poletkiem!

- Znakomity pomysł! - ucieszył się szczerze. Bo oni tak się cieszą, ci bohaterowie, szczerze i zwyczajnie.

Tym razem poletko było większe, zajmowało bowiem siedem metrów kwadratowych. A powierzchnię taką jest bardzo trudno uzyskać, bo nie wiadomo, jaką liczbę należy pomnożyć przez nieznaną drugą, aby wyszło akurat równe siedem.


V


Przez okno podałem mu taborecik, na którym w drewnianej misie trzymam mnóstwo zeszłorocznych kasztanów, co wspaniale chroni przed reumatyzmem oraz gdybym znalazł się na morzu przed atakiem rekinów ludojadów. Bohater właśnie posadził w siedmiu rzędach fiołki i konwalie, a ponadto zasiał powoje polne, kampanule a także maciejkę.

- Będzie miał pan przyjemnie pod oknem - powiedział bezinteresownie i usiadł na taboreciku, zwróciwszy mi przedtem srebrny widelec z niesłychanie teraz długimi zębami, które musiałem zwinąć w rulon jak plaster, oraz złotą łyżkę do jedzenia zup mlecznych.

Czekaliśmy. Moim zdaniem na Dzieci. Według niego ewentualnie na piorun kulisty o średnicy siedmiu metrów.

Nie pozostawałem bezczynny i wabiłem Trzecią Wiosenną Muchę. Trzecią, bowiem Druga przeziębiła się od siedzenia na kamieniu i latała teraz po okolicy w poszukiwaniu rumiankowej herbatki.

Najpierw zjawił się czekoladowy pies we wściekłym futrze. Zaszczekał basem, aby było groźniej, bo choć wysoki, cieniutki był bardzo, karmiony jedynie złością oraz biciem.

Szczerząc zęby podbiegł do Bohatera, aby go schrupać. Kiedy był już obok, Bohater bez słowa schwytał go za podobny do wystrzępionego wachlarza ogon, podniósł i niby plastykową figurkę ustawił głową w przeciwnym kierunku. Stało się to tak niezmiernie szybko, że pies zgłupiał, a jego nogi wykonały polecenie, jakie wcześniej wydała mu głowa, więc podbiegi i ugryzł swego właściciela w chudą jak patyk nogę.

Bo ten właściciel również wściekły też szedł, już przeciwko poletku. Wściekle odkopnął swego wściekłego psa i krzyknął do Bohatera tak nieładnie, że nie warto tego wiedzieć, bo i po co? Potem nazwał Bohatera następująco:

- Ty mizeroto!

Nazwa była obraźliwa, ale trafna. Bohater bowiem nie prezentował się imponująco. Następnie wściekły nazwał Bohatera jeszcze raz:

- Ty szpagacie pierdolony!

Ta nazwa była przykra i niesłuszna. Szpagat jest długim sznurkiem. Bohater nie był długi. Raczej stosunkowo krótki. Wściekły rozpędził się przy tym. Moim zdaniem w tym celu, aby gwałtownie wskoczyć na fiołki i konwalie, a jednocześnie uderzeniem z rozbiegu zdjąć Bohatera z taborecika, nadać mu stosowną prędkość i rozsmarować na murze budynku, pod oknem mojego mieszkania na wysokim parterze.

Zamiar nie powiódł się. Niewątpliwie dlatego, że nie uzyskał akceptacji bohatera, który powziął inne postanowienie. Takie mianowicie, aby złapać wściekłego za biegnącą nogę, unieść w powietrze i lekko odrzucić na stos żelastwa wydobytego w tym dniu z poletka, a był tam już autobusowy wrak, przęsło kolejowego wiadukt oraz ciężkie, przegryzione przez Dzieci na pół kowadło, żeby wymienić tylko niektóre trochę większe rzeczy. Wykonując swe postanowienie Bohater nie zadał sobie trudu powstania z taborecika, co było trochę nie w porządku. Uważam bowiem, że bohaterowie powinni walczyć w pozycji pionowej, z podniesionym czołem oraz piersią wystawioną śmiało na ciosy. Łapać znienacka przeciwnika za ogon lub nogę potrafi każdy. Z drugiej jednak strony nie da się powiedzieć, żeby Bohater cofnął taborecik choćby o centymetr. Bohaterów można identyfikować na takiej właśnie podstawie: nie cofają się nawet o centymetr. Natomiast cofnięcie się od jednego do dziewięciu milimetrów nie przynosi im ujmy.

Wściekły wycofał się niepostrzeżenie ze złomu czołgając się na brzuchu, jakby był swoim własnym wściekłym psem. Dopiero będąc na środku podwórka skrzyknął Dzieci. Wszystkie dwadzieścia milionów, choć Bohater twierdził potem skromnie, że było ich zaledwie dwa miliony, a nawet o siedemnaście osób mniej.

Dzieci, nawet te mniejsze i codziennie bite przez wściekłego oraz posypywane piaskiem, zjawiły się solidarnie. Każde z tym, co było pod ręką: z deską, palikiem, rurą albo rurką, anteną telewizyjną, prętem budowlanym, cegłą, kawałkiem betonu lub także z kupionymi od Rosjan materiałami wybuchowymi. Zupełnie jak na filmach wideo. Jak tu i teraz. Jak w Kosmosie i w przyszłości, według utworów science-fiction.

Stanęły, choć zwykle nie uznają dyscypliny, w karnych szeregach niby hufce dzielnych, honorowych rycerzy przed ostatnią rozprawą ze znienawidzonym wrogiem. Roziskrzone oczy maluchów, starszaków a także dyszących mordem czternastolatków twardo wpatrzyły się w figurkę Bohatera.

Bohater powstał z taborecika. Wiedziałem, że tak uczyni. Nie byłoby rzeczą honorową walczyć na siedząco. Po prostu głupio i uwłaczałoby przeciwnikom.

Jednym rzutem oka oceniłem szansę obydwu stron. Pomyślałem też, że bohaterowie pojawiają się rzadko, a znikają często. Ja natomiast muszę tu nadal mieszkać na parterze, przechodzić codziennie przez góry oraz doliny na podwórku oraz mijać watahy uzbrojonych w żelastwo i kamienie Dzieci. Wyprężyłem się więc w oknie, by wygłosić krótkie, żołnierskie przemówienie. Jak arcykapłan błogosławiący idących na śmierć. Wzruszony powiedziałem:

- Wszystkie Dzieci mają prawo do wolności. Wolność Dzieci oznacza prawo do przemieniania świata według ich pragnień. Dzieci nie życzą sobie babskich ogródków z idiotycznymi kwiatkami! Ogródków takich nigdy już na podwórku naszym nie będzie! Naprzód Dzieci, do ostatecznego zwycięstwa!

A kiedy szeregi Dzieci ruszyły, szepnąłem do Bohatera, bo znam życie:

- Żegnaj.


VI


Chociaż na ziemi, ale nie na podwórku szalała wiosna, Dzieci poszły na przeciwnika nie jak pierwsza ciepła burza lecz jak jesienna dmąca wichrem gradowa nawałnica. Taka, co zmiata po drodze stalowe bunkry, ciężkie czołgi i liście z drzew.

Dojdą w siedem sekund, pomyślałem. W sekundzie ósmej rozerwą samymi pazurkami kwiatowe poletko, a Bohatera rozetrą na suchy proch. W dziewiątej rozproszą wszystko na atomy. W sekundzie dziesiątej będzie po wszystkim! Kiedy opadnie kurz, a głosy bitwy ucichną, zobaczę przez okno dobrze znany, księżycowy krajobraz.

Tymczasem rzeczy poszły inaczej.

To znaczy od sekundy ósmej, bo od pierwszej do siódmej wszystko było tak, jak pomyślałem. W ósmej natomiast, kiedy idące w awangardzie Dzieci już prawie dotykały Bohatera swymi brudnymi łapkami oraz ciężkim uzbrojeniem przeciwpancernym. Bohater uniósł rozwarte dłonie na wysokość ramion. Zupełnie jakby się poddawał tchórzliwie. Potem pchnął lekko.

Od tego lekkiego pchnięcia wywróciło się około siedmiu milionów Dzieci, jakby były nieważkimi figurkami z plastyku, a nie dzielnymi zwierzętami wściekłego chłopaka oraz jego czekoladowo wściekłego psa. Wywracanie bardzo było podobne do uginania się pod wiatrem wysokich, letnich traw. Najpierw padły na plecy te najbliżej Bohatera, potem następne i tak dalej.

Bohater wyprostował ręce w bok i stał podobny do stracha na wróble, takiego niedużego zresztą. Pochylił się i znów pchnął. Każda z jego rąk również wywróciła siedem milionów. Trzy razy siedem daje dwadzieścia jeden. Z czego wynika, że Bohater przewrócił o jeden milion Dzieci więcej, niż ich było w ogóle. Piorunujące, zdecydowane zwycięstwo! Bohaterowie zawsze tak zwyciężają: zdecydowanie oraz stanowczo!

- Niech żyje Bohater! - krzyknąłem przez okno.

Dzieci są w tym podobne do dorosłych, że chętniej popierają silniejszych niż słabszych. Kilkoro, leżąc jeszcze w kurzu, podjęło moją inicjatywę.

- Niech żyje! - wrzasnęły.

Entuzjazm nie udzielił się reszcie. Dzieci mają swój honor i wiedzą, że kiedy duża grupa ludzi zabiera się, bo tak jest wygodniej, do bicia pojedynczego osobnika, to nie może on mieć szans. Dlatego zwycięstwo Bohatera nie było w porządku. Co innego, gdyby był Super, na przykład Batchildem lub Spiderchildem czyli Nietoperzo albo Pająkodzieckiem. A nie był. Nie posiadał nawet odpowiedniego stroju: obcisłego kombinezonu z elektronicznymi skrzydłami, czarnych rękawic po pachy i miotacza małych, bardziej dokuczliwych niż rozeźlone osy, bomb neutronowych. Przede wszystkim zaś nie posiadał maski na twarzy. Dlatego Dzieci krzykaczy popierających Bohatera wyrzuciły na zupełnie inne podwórko znajdujące się na półkuli południowej. Same zaś zwołały naradę. W jej wyniku najpierw zagrożono Bohaterowi gromkim, zbiorowym okrzykiem:

- Jeszcze zobaczysz! Jeszcze oberwiesz! No, chodź cwaniaku!

Bohaterowie jednak nie dają się judzić takimi chytrymi stówkami. Dzieci podjęły więc następującą uchwałę:

- To wszystko nie jest możliwe! Żeby taki smarkacz! Ktoś mu pomaga: wiatr albo nawet Telewizja! Potrzebny jest sposób!

Wśród zbiorowiska dwudziestu milionów Dzieci, nawet uszczuplonego przez wyekspediowanych na półkulę południową, zawsze znajdzie się takie, które czyta książki, więc zna starożytne obyczaje. I to jest całe nieszczęście. Gdyż jeden w okularach, co miał od tego męczącego czytania, zawołał:

- Zobaczymy, czy popchnie kobietę!?

Bo dawniej mężczyźni, nawet w wieku trzech lat, nigdy nie podnosili ręki na płeć niewieścią.

Do przedostatecznej rozprawy z Bohaterem wydelegowano słodką, pięcioletnią kobietę z różową pyzatą buźką pomazaną proszkiem do robienia seledynowej lemoniady. Za skompromitowanie Bohatera to znaczy osłabienie jego woli, obiecano jej pół puszki orzeszków ziemnych solonych lub zdrowy wycisk. A to jest bardzo wiele. Myślę o orzeszkach, bo wycisk można dostać bez powodu.

Kobietka szła powoli kołysząc się w biodrach jak kowboj, któremu opadają skórzane spodnie. Minęła Bohatera i z rozmachem wskoczyła na poletko kwietne, by je porządnie stratować.

- Nieznośna z ciebie dama! - zauważył Bohater, Ale nie powstrzymywał przed dokonaniem dzieła zniszczenia. Bohaterowie są bardzo wyrozumiali wobec dam w każdym wieku.

- Hurra! - wrzasnęło około dwudziestu milionów Dzieci, około, bo trzeba odjąć te, których do wspomnianej liczby w ogóle brakowało, a także odesłano na półkulę południową. Nadaremny był to krzyk i szkoda wysiłku włożonego w jego wykonanie. Dziewczynka bowiem nie deptała poletka lecz pracowicie miesiła stopkami powietrze nad powierzchnią załyżeczkowanej i zwidelcowanej ziemi. Albo była za lekka, gdyż marudziła przy jedzeniu, albo unosił ją w górę zielony gaz lemoniadowy, co wytworzył się w brzuszku po spożyciu proszku.

- Niemniej - rzekł do mnie Bohater - musimy dać się jej wyżyć bo się jeszcze gorzej wścieknie. Dlatego zmuszony jestem prosić pana o wypożyczenie kompletu talerzy głębokich. Mogą być też płytkie.

Żal mi się zrobiło zastawy, z której w dobrych czasach jadałem pierogi z jagodami a nawet szparagi z chrzanem. Emerytowi jednak wystarczy jedna cynowa miska do kartofli w mundurkach, plus szczypta soli oczywiście. Przyniosłem żądane naczynia.

Spotkała mnie nagroda: kobietka włożyła tak wiele damskiej pasji w tłuczenie talerzy, że patrząc doznałem olbrzymiej przyjemności. Rzadko dziś bowiem obserwuje się przejawy tak naturalnych i mocnych uczuć.

- Jesce! - poprosiła dziewczynka po stłuczeniu ostatniego. Bohater pochylił się, podniósł kilka ostrych skorup, zetknął ze sobą i podał kobietce nowy, calutki talerz bez jednej prawie rysy. Nie spodobało się Dzieciom, że bohaterowie wolą tworzyć aniżeli niszczyć. Przez zwarty tłum, ciągnący się aż do horyzontu, przeszedł groźny pomruk wielkiego niezadowolenia.

- Będę musiał zrobić coś absolutnie głupiego - powiedział Bohater. - Niechże mi pan uprzejmie doradzi!

Chciał pomocy, gdyż bohaterowie są w stanie zrobić wszystko prócz wymyślania choćby najzwyklejszych głupot. Chociaż miałem zaszczyt poznać w życiu całą głupotę dorosłych a do tego dysponowałem jeszcze własną, nie byłem w stanie na poczekaniu wypocić nic głupiego. Tak głupiego, by zdumieć tym Dzieci, wybornych w tej dziedzinie specjalistów. Na szczęście wybawił mnie chłopak z czekoladowym wściekłym psem. Krzyknął bowiem donośnie do Bohatera zza pleców niezliczonych Dzieci:

- Udało ci się, szczeniaku!

I teraz chodziło tylko o to, aby krzyknął jeszcze, że po raz trzeci Bohaterowi na pewno się nie uda! I krzyknął:

- Ale teraz ci się już nie uda!

Byłem zadowolony, bo łatwo jest ryzykować cudzym życiem, szczególnie bliżej nieznanych bohaterów. Nie pomyślałem, że każdy kiedyś przestaje zwyciężać.

Sytuacja bez wyjścia. Gdyby Bohater twierdził, że znów wszystko pójdzie po jego myśli, byłby pyszałkiem. Jeśli by przyznał, iż zostanie pokonany, byłby tchórzem. Mógł powiedzieć, że nie wie, kto po trzecim starciu ostoi się jako zwycięzca. Wtedy zostałby uznany za tchórza i pyszałka jednocześnie. Milczał więc, patrząc smutno.

To również był dobry powód do ostatniej bitwy.

Wściekły na pierwszej linii ustawił malców i niewielkie dziewczynki, gdyż najmniejsze Dzieci najbardziej nie znają strachu. Potem wściekły wdrapał się na najwyższy zawleczony tu blok betonu, oskarżycielsko wskazał Bohatera brudnym palcem, i mocno powiedział na głos tak, jak dorośli, kiedy wzywają innych na wojnę:

- To wróg!

Następnie posłał przeciwko Bohaterowi swego psa. Za psem ruszyły szalone, zażarte Dzieci.

Bohater był bardzo blady.

Nabrał jednak powietrza do płuc i dmuchnął. Małe Dzieci uniosły się do góry i fruwały tam powolutku jak owocniki ostów oraz mleczy. Dmuch poderwał też wściekłego psa, wzniósł go pod niebo i zaniósł do wsi w Chinach Środkowych, gdzie go natychmiast zjedzono.

Na Dzieci starsze Bohater zwyczajnie tupnął. Zadrżało jak diabli! Co tu dużo gadać: drgania skorupy ziemskiej powaliły wszystkich co do jednego. Prócz tej pięcioletniej kobietki. Ona nadal przebywała w powietrzu nad poletkiem i czekała na dalsze talerze do tłuczenia.


EPILOG


W kilka minut później całe podwórko, to jest dwadzieścia milionów Dzieci, według Bohatera tylko dwa miliony, a nawet o trzydziestkę mniej, skandowało głośno:

- Bo - ha - ter! Bo - ha - ter!

Kiedy się znudziły tym wiwatowaniem, zażądały /grzecznie/, aby Bohater wyjawił tajemnicę swej siły, a to dlatego, żeby brać dobry przykład i szybko nauczyć się powalania dwudziestu milionów przeciwników trzema pchnięciami ramion albo zdecydowanym dmuchem oraz tupaniem.

Bohater zgrabnie wskoczył na taborecik, dzięki czemu stał się widoczny ze wszystkich miejsc podwórka. Uciszył publiczność bohaterskim spojrzeniem i bez wdawania się w historyczne wstępy wyjaśnił:

- Drodzy słuchacze. To sprawa ćwiczeń podczas zwyczajnej pracy. Na przykład podczas robienia poletka kwietnego.

Nie zdążył nawet wytłumaczyć, że do tego, lub innego, pożytecznego zajęcia trzeba się twardo przypiąć, jak leśny kleszcz do skóry i uprawiać z wytrwałością mrówki, kiedy dwadzieścia milionów Dzieci niecierpliwie rzuciło się do roboty.

Jeszcze nie zaszło wiosenne słońce, a już podwórko było zniwelowane do postaci równiutkiej płaszczyzny, skopane łyżkami, zagrabione widelcami i obsiane nasionami kwiatów. Dzieci są jak otaczający je świat: Kiedy świat kąsa, kąsają. I odwrotnie.

- Tak czy owak - powiedziałem do Bohatera, który właśnie odniósł mi talerze - zostało dowiedzione, że poprzednio poletko zniszczyły Dzieci!

- Jakże to zostało dowiedzione? - spytał ze zdziwieniem. - Czy zniszczono jakieś poletko na moich oczach?

- Nie, boś dał bohaterski odpór!

- Czy jednak zniszczono w mojej obecności, żebym się przekonał?

-Nie.

Nie musiał powtarzać rzeczy oczywistej dla niego, że Dzieci niczego nie niszczą. Dzieci bowiem nie są nierozumnym kataklizmem przyrody.

- Lecz co będzie jutro? - spytałem pełen niejasnych przeczuć.

- Jutro Dzieci będą dorosłe.

Na pożegnanie, odchodził bowiem, wręczył mi prezent. Prostokątną szklaną skrzynkę wypełnioną igliwiem, patyczkami oraz ziemią. Było to terrarium. Uwijało się w nim pracowicie dwadzieścia milionów mrówek. Wiem, bo później policzyłem.

- Zamiast Pierwszej Wiosennej Muchy - powiedział Bohater.

- A także zamiast Drugiej oraz Trzeciej. Musiałem je wziąć, bo dorośli betonowali pewien ogród, gdzie mieszkały. W towarzystwie dwudziestu milionów mrówek nie będzie pan samotny.

I dodał:

- Bardzo mi pan pomógł.

Bąknąłem, że niezbyt sobie przypominam.

- Pożyczył mi pan talerze do tłuczenia.

Zaczerwieniłem się.


EPILOG II


Zawsze są dwa epilogi. Jednego się nie zapisuje.

W moich żyłach płynie cmentarna próchnica.

Na czole mam wypalone haniebne piętno świadka.

Bohater był chyba Jankiem Muzykantem, bo w kieszeni jego bluzy tkwił flet prosty zwany dawniej fujarką. Przechodząc przystanął i uśmiechnął się do mnie, gdy stojąc w oknie usiłowałem zabić pierwszą wiosenną muchę. Napadła go wówczas wataha dzieci, które zajmują się niszczeniem.

Mogłem wziąć siekierę z długim styliskiem, wyskoczyć przez okno i zabić te dzieci. Potem, gdyż były bardzo szybkie. Tymczasem potem przerobiłem tę krwawą historię w baśń o Bohaterze i nędznych kwiatkach. Tak jak kiedyś ślepol przerobił rzeź trojańską w epicki poemat.

Bez takich przeróbek mielibyśmy cywilizację bez kultury.

Anatol Ulman 
(Z tomiku opowiadań Zabawne zbrodnie)