niedziela, 2 lutego 2014

O zadawaniu łgarstwa


Ba, ale powie mi ktoś, iż ten zamiar, aby wziąć siebie za przedmiot do opisywania, byłby może usprawiedliwiony u jakichś rzadkich i sławnych ludzi, którzy rozgłosem swym obudzili niejakie pragnienie swej znajomości. To pewna, przyznaję to i wiem dobrze, iż aby oglądać człowieka pospolitego kroju, ledwie jaki rzemieślnik podniesie oczy od swojej roboty: zasię gdy jaka znaczna i głośna osoba przybędzie do miasta, wnet opróżniają się sklepy i warsztaty. Nie przystoi nikomu innemu dawać się poznać jak jeno temu, który ma z czego dać się za wzór do naśladowania i którego życie i zasady mogą służyć za modłę. Cezar i Ksenofon mieli na czym ugruntować i zbudować swe opowiadania: na wielkości własnych czynów jakoby na godnej i trwalej podstawie. Takoż byłyby pożądane zapiski dzienne wielkiego Aleksandra, komentarze, jakie August, Katon, Sylla, Brutus i inni zostawili do swoich działań. Takich ludzi miło jest studiować postać i oblicze, bodaj w brązie i kamieniu.

Zarzut nader prawdziwy; dotyka mnie wszelako bardzo mało:

Non recito cuiquam, nisi amicis, idque rogatus,
Non ubivis, coramve quibuslibet. In medio qui
Scripta foro recitent, sunt multi, quique lavantes[860].

Nie wznoszę tu posągu, aby go ustawić na rogu ulicy ani w kościele, ani na publicznym placu:

Non equidem hoc studeo, bullatis ut mihi nugis
Pagina turgescat.
Secreti loquimur[861].

Ustawię go w kąciku bibliotecznej izby, ot, ku zabawie sąsiada, krewniaka, przyjaciela, który będzie miał ochotę poznać mnie bliżej i obcować ze mną w tym obrazie. Inni powzięli odwagę mówienia o sobie, znalazłszy w tym przedmiot godny i bogaty: ja na odwrót, czerpię ją stąd, iż znalazłem go tak ubogim i jałowym, że nikt nie może mnie posądzić o chęć popisu. Chętnie urabiam sobie sąd o uczynkach drugiego; co do moich, to mało nastręczają materii do sądzenia z przyczyny swej nicości. Nie znajduję w sobie tyle dobra, bym go nie mógł opowiedzieć bez zarumienienia. Jakąż rozkoszą byłoby dla mnie, gdybym mógł tak posłuchać kogoś, kto by mi opowiedział obyczaje, wygląd, postać, najpospolitsze słowa i dolę moich przodków! Jakżebym go uważnie słuchał! Zaprawdę, byłoby to oznaką złej natury, mieć we wzgardzie nawet wizerunki naszych przyjaciół i poprzedników, kształt ich odzieży i rynsztunku. Przechowuję pismo, pieczęć, książkę do modlenia i miecz, które im służyły; i nie wyrzuciłem precz z komnaty długiego drążka, który ojciec mój naszał zazwyczaj w ręku: Paterna vestis, et annulus, tanto carior est posteris, quanto erga parentes maior affectus[862]. Jeśli wszelako moja potomność będzie w tym innej natury, potrafię się jej wypłacić: nie umieliby pewnie mniej troszczyć się o mnie, niż ja się będę troszczył o nich w owym czasie. Cała styczność, jaką tutaj nam z publicznością, jest ta, iż pożyczam od niej jej narzędzi pisarskich jako bardziej szybkich i dogodnych; w odpłatę za to uda mi się może posłużyć, by jaki kawał masła nie stopił się na targu.

Ne toga cordyllis, ne penula desit olivis[863].
Et laxas scombris saepe dabo tunicas[864].

A gdyby i nikt mnie nie czytał, żali[865] straciłem czas, iż obróciłem tyle bezczynnych godzin na tak pożyteczne i lube rozmyślania? Odlewając na swoją modlę oną figurę, trzeba mi było tak często macać się i ustawiać, aby pochwycić me rysy, iż model umocnił się od tego i niejako ukształtował sam siebie. Malując się dla drugich, wymalowałem się w samym sobie farbami żywszymi niż moje pierwotne. Zarówno jak ja uczyniłem moją książkę, tak i moja książka uczyniła mnie: książka współistotna z autorem, zatrudnienie swoje i własne jakoby członek mego życia, a nie zrodzona z obcego i dalekiego przedmiotu i celu jak wszystkie inne książki. Żali próżno straciłem czas, iż tak ustawicznie, tak pilnie zdawałem sobie sprawę z siebie? Ci, którzy zapuszczają się w siebie ulotną jeno myślą albo słówkiem, ot tak, przez chwilę, nie badają się ani nie wnikają w siebie tak dokładnie jak ten, który z tego czyni swoje studium, swoje dzieło i rzemiosło, który podejmuje prowadzenie trwałego regestru, wedle najlepszej wiary i sił. Najbardziej lube rozkosze, jeśli się je trawi wewnątrz, mijają, nie zostawiając śladu i umykają się oczom nie tylko ogółu, ale drugiego człowieka. Ileż razy to zatrudnienie oderwało mnie od niewczesnych myśli? A za niewczesne trzeba policzyć wszystkie błahe. Natura obdarzyła nas znaczną zdolnością rozmawiania z samymi sobą; i wzywa nas do tego często, aby nas pouczyć, że pewną część z siebie wini jesteśmy społeczności, ale najlepszą część sobie samym. Aby włożyć fantazję do tego, by nawet majaki swoje snuła z niejaką myślą i porządkiem, i ustrzec ją od gubienia się i bujania na wietrze, trzeba mi jeno chwytać i ujmować w rejestr ten rój ulotnych rojeń, chcę bowiem zdać sobie z nich sprawę. Ileż razy zmierżony jakowymś uczynkiem, którego grzeczność i roztropność broniły mi potępić jawnie, tu dałem sobie folgę, nie bez zamiaru powszechnej nauki! Te poetyckie rózgi,

Wal go po łbie, wal po grzbiecie,
Wal, a tęgo: raz, dwa, trzy[866].

jeszcze lepsze wyciskają ślady na papierze niż na żywym ciele. A cóż w tym za szkoda, jeśli użyczam nieco uważniej ucha książkom od czasu, jak śledzę, czy będę mógł w nich złasować coś ku przystrojeniu albo ubarwieniu mojej? Nie studiowałem zgoła, aby napisać książkę; ale studiowałem poniekąd dla jej okrasy: jeśli można nazwać studiowaniem tu uszczknąć, tam dzióbnąć, to od głowy, to od ogona, to jednego autora, to znów innego, zgoła nie po to, aby kształtować moje sądy; ot, aby nieco skrzepić już uformowane, dopomóc im, posłużyć.

Ale komuż będziemy wierzyć, gdy mówi o sobie, w czasach tak zepsutych? toć już mało albo nic wcale jest takich, którym moglibyśmy wierzyć mówiącym o drugich, w czym mniej jest przyczyny dla kłamstwa! Pierwszy znak skażenia obyczajów to wygnanie prawdy. Być prawdomównym, powiadał Pindar[867], jest to początek wielkiej cnoty i pierwszy artykuł, którego Platon żąda od sternika swojej Rzeczypospolitej. Nasza dzisiejsza prawda to nie to, co jest, ale to, co się wmawia drugiemu: tak jak monetą nazywamy nie tylko rzetelną, ale też i fałszywą, o ile ma obieg. Nasz naród od dawna podległy jest tej wadzie: Salwianus Marsylijczyk, który żył za czasu cesarza Walentyniana, posiada, że „u Francuzów kłamać i krzywoprzysięgać nie jest zbrodnia jeno obyczaj i gwara”[868]. Kto by chciał przewyższyć jeszcze to świadectwo, mógłby rzec, iż dziś jest to u nas cnotą: zaprawiamy się do niej, kształcimy w niej jakoby w chlubnym ćwiczeniu, obłuda bowiem jest jednym z najcelniejszych znamion tego wieku.
Często rozważałem, skąd mógł się zrodzić ten obyczaj, przestrzegany z taką uwagą, iż żywiej nas dotyka, gdy nam kto zarzuci ten błąd (mimo iż tak zwyczajny) niż jakikolwiek inny, i że najwyższa zniewaga, jaką można nam wyrządzić słowem, to zadać łgarstwo[869]. Owo sądzę, iż naturalne jest najbardziej się bronić od wad, którymi jesteśmy najwięcej obciążeni. Przejmując się oskarżeniem i wzburzając się nim, zwalniamy się tym samym poniekąd od winy; jeśli popełniamy ją w rzeczy, przynajmniej potępiamy z pozoru. Kłamstwo, TchórzostwoCzyżby to było też stąd, iż ów zarzut zda się obejmować i tchórzostwo, i nikczemność serca? Czy można dawać ich wyraźniejsze świadectwo, niż mijając się z własnym słowem? ba, przecząc własnej dobrej wierze? Szpetna to przywara kłamać! Pewien starożytny maluje ją bardzo zelżywie, kiedy powiada, iż to znaczy „dawać świadectwo, iż za nic się ma Boga, a równocześnie obawia ludzi”. Niepodobna silniej wyrazić ohydy, szpetoty i bezeceństwa tego grzechu; co można bowiem wyobrazić szpetniejszego niż być tchórzem wobec ludzi, a śmiałym wobec Boga? Ponieważ wzajemne porozumienie nasze dokonywa się jedynie drogą słowa, ten, który je fałszuje, zdradza społeczność publiczną. Jest to jedyne narzędzie, za pomocą którego stykają się wole i myśli, jest to tłumacz naszej duszy. Jeśli ono nam chybia, nie czujemy już związku, nie rozpoznajemy się między sobą; jeśli nas zwodzi, niweczy wszelkie nasze stosunki i rozluźnia wszystkie węzły społeczności. Pewne narody nowych Indiów (nie ma co zaznaczać ich imienia, już nie istnieją: aż do zupełnego zniweczenia nazwisk i śladu dawnych siedzib posunięto się w okrucieństwie podboju, niesłychanym zaiste i bezprzykładnym!) ofiarowały swoim bogom krew ludzką, ale nie inną, jak tylko dobytą ze swych języków i uszu, jako pokutę za grzech kłamstwa tak słyszanego, jak wypowiedzianego. Ów dobry stary Greczyn powiadał, iż dzieci zabawiają się kostkami, a ludzie słowem.
Co do rozmaitych obyczajów w zadawaniu łgarstwa, prawideł naszej czci w tej mierze i rozmaitych ich odmian, odkładam na inny raz powiedzenie, co wiem o tym. Przez ten czas rozpatrzę się, jeśli potrafię, w jakich wiekach wziął początek ów obyczaj, aby tak dokładnie ważyć i mierzyć słowa i przywiązywać do nich naszą cześć: łatwo bowiem można się przekonać, iż nie istniał on u dawnych Greków i Rzymian. Nieraz czytając o nich, zdziwiony i zaskoczony byłem, widząc, jak sobie zadają łgarstwo i lżą się, nie wchodząc mimo to w sprzeczkę; prawidła ich obowiązku chadzały jakimiś innymi drogami niż nasze. Nazywają Cezara to złodziejem, to pijakiem, tak wprost do oczu: widzimy swobodę, z jaką obrzucają się wzajem obelgami, ba, najwięksi wodzowie jednego i drugiego narodu, przy czym słowa płacą się jedynie słowy i nie pociągają żadnych innych skutków.

[860]
Non recito (…) lavantes — Horatius, Satirae I, 4, 73.
[861]
Non equidem (…) loquimur — Persius, V, 19.
[862]
Paterna (…) affectus — Augustyn, De Civitate Dei, I, 13.
[863]
Ne (…) olivis — Martialis, Epigrammata XIII, I, 1.
[864]
Et (…) tunicas — Catullus, 95, 4.
[865]
żali (daw.) — czyż.
[866]
Wal (…) trzy — z Epistoły Marota: Frippelines, valet de Maort, à Sagon.
[867]
Być prawdomównym, powiadał Pindar (…) — Klemens Aleksandryjski, Stromata, VI, 10.
[868]
u Francuzów kłamać (…) gwara — Si peirent Francus, quid navi faciet, qui periuriam ipsum sermonis genus putat esse, non criminis? (Salwian z Marsylii, O rządach bożych, IV, 14).
[869]
zadać łgarstwo — zarzucić kłamstwo.



Montaigne, Próby
tłumaczenie: Boy Żeleński

O barbarzyńcach co palili dzieła Tacyta i o Julianie Apostacie


Pospolicie się widzi, jak dobre intencje, o ile prowadzą się bez umiarkowania, popychają ludzi do bardzo zdrożnych uczynków. W sporach, które obecnie szarpią Francję ustawnymi wojnami domowymi, najlepszym i najzdrowszym stronnictwem jest bez wątpienia to, które podtrzymuje religię i rząd z dawna właściwe naszemu krajowi. Wszelako wśród poczciwych ludzi, którzy trzymają się tej strony (nie mówię bowiem o tych, którzy posługują się nią i biorą za pozór, aby albo dawać upust prywatnym zemstom, albo nasycić chciwość, albo zabiegać się o łaskę książąt; ale o tych, którzy czynią to przez prawdziwą gorliwość względem swej wiary i świętą żądzę utrzymania pokoju i porządku w ojczyźnie), wśród tych, powiadam, widzi się wielu, których namiętność popycha poza granice rozsądku i każe niekiedy przechylać się ku postanowieniom niesprawiedliwym, gwałtownym, a do tego i lekkomyślnym.
Pewne jest, iż w owych pierwszych czasach, kiedy religia nasza zaczynała sobie zdobywać powagę i stanowić prawo, gorliwość wielu ludzi podniosła się przeciw wszelakiego rodzaju pogańskim księgom, przez co piśmiennictwo całego świata doznało nadzwyczajnej straty; rozumiem, iż te wybryki więcej wyrządziły szkody naukom niż wszystkie ognie barbarzyńców. Korneliusz Tacyt jest tego dobrym przykładem; mimo iż cesarz Tacyt, jego krewny, zapełnił nim, mocą umyślnych rozporządzeń, wszystkie biblioteki świata, ani jeden całkowity egzemplarz nie zdołał ujść pościgowi tych, którzy pragnęli go zniszczyć dla jakichś kilku błahych ustępów sprzecznych naszej wierze.
Mieli też i to w sobie, iż łatwo użyczali fałszywych pochwał wszystkim cesarzom przychylnym chrześcijaństwu, w czambuł zasię potępiali wszystkie uczynki tych, którzy nam byli sprzeczni, jak łatwo to poznać w przykładzie cesarza Juliana, zwanego Apostatą. Był to w istocie bardzo wielki i rzadki człowiek; człowiek, który duszę napoił bardzo żywo zasadami filozofii i wedle nich zwykł był miarkować wszystkie uczynki. Rzec można, iż nie ma ani jednego rodzaju cnoty, której by nie zostawił bardzo świetnych przykładów. Co do czystości (której przez całe życie daje jawne świadectwo), czytamy o nim podobny rys co o Aleksandrze i Scypionie, iż pojmawszy wiele bardzo pięknych dziewic, nie chciał nawet oglądać żadnej, mimo iż będąc w kwiecie swego wieku; zginął bowiem z ręki Partów, licząc zaledwie trzydzieści lat. Co się tyczy sprawiedliwości: zadawał sobie trud, aby osobiście przesłuchiwać strony; i mimo iż przez ciekawość wywiadywał się u tych, którzy szukali u niego posłuchania, do jakiej wiary należą, nieprzyjaźń wszelako, jaką miał dla niej, nie ważyła w osądzie jego bynajmniej na szali. Wydał sam z siebie wiele dobrych praw i zniósł większą część subsydiów i podatków, jakie ściągali jego poprzednicy.
Mamy dwóch dobrych historyków, naocznych świadków jego czynu. Jeden z nich, Marcellinus, gani cierpko w rozmaitych miejscach swej historii ów edykt, przez który odbiera prawo nauczania wszystkim retorom i gramatykom chrześcijańskim. Marcellinus powiada, iż pragnąłby, aby ten jego uczynek pogrzebany był milczeniem. Prawdopodobne jest, że gdyby cesarz był uczynił coś złośliwszego przeciw nam, ów historyk nie byłby o tym przypomniał, będąc bardzo zagorzałym rzecznikiem swej sprawy. Był nam zaciętym, to prawda, wszelako nie okrutnym nieprzyjacielem. Właśni nasi nawet pisarze opowiadają o nim tę historię, iż gdy przechadzał się raz wpodle miasta pewnego w Chalcedonii, Marys, biskup owego miejsca, ośmielił się go nazwać niegodziwcem i zdrajcą Chrystusa; na co on nie uczynił nic więcej, jeno odpowiedział: „Idź, nieszczęśniku, płakać nad stratą twoich oczu!”, na co biskup jeszcze odrzucił: „Dzięki składam Chrystusowi, iż odjął mi wzrok, nie widzę bowiem twej bezwstydnej twarzy”. Tu cesarz, zdaniem owych historyków, przybrał maskę jakoby filozoficznej cierpliwości. To pewna, iż to zdarzenie niełatwo godzi się z okrucieństwy, które, wedle opowieści, miał praktykować przeciw nam. „Był on — powiada Eutropius (drugi mój świadek) — nieprzyjacielem chrześcijaństwa, ale bez rozlewu krwi”. I, aby wrócić do jego sprawiedliwości, nie masz nic, o co by można go obwinić, chyba jeno o surowość, z jaką na początku swego panowania odnosił się do stronników poprzednika swego, Konstantyna. Co do wstrzemięźliwości, to żył on zawsze modłą żołnierską; i żywił się wśród wywczasów pokoju jak ten, który gotuje się i zaprawia do trudów wojennych. Tak bardzo włożony był do czuwania, iż dzielił noc na trzy albo cztery części, z których najmniejszą jeno poświęcał snowi: resztę obracał na to, aby sprawdzać własną osobą czujność wojsk i straży lub też oddawać się studiom; wśród innych bowiem rzadkich doskonałości był on bardzo celujący we wszelkim rodzaju piśmiennictwa. Powiadają o Aleksandrze Wielkim, iż bojąc się, aby go sen nie zaskoczył w jego myślach i pracach, kazał ustawiać miskę tuż przy łóżku i wśród spoczynku, jedną rękę wystawiał na zewnątrz, dzierżąc w niej miedzianą kulę; zaczem gdy przypadkiem sen go naszedł i rozluźnił uchwyt dłoni, kulka ta, padając w miskę, budziła go rozgłosem spadku. Julian miał duszę tak napiętą ku temu, czego chciał i wskutek swej osobliwej wstrzemięźliwości tak wolną od zamroczenia, iż obchodził się bez tej sztuczki. Co się tyczy umiejętności wojskowych, był on wyśmienity we wszystkich talentach wielkiego wodza; bo też i życie całe niemal spędził w nieustannej praktyce wojny: po największej części z nami we Francji, przeciw Alemanom i Frankom. Nie znamy chyba człowieka, który by więcej przeniósł niebezpieczeństw i częściej nadstawiał karku.
Śmierć jego ma w sobie coś podobnego do śmierci Epaminondasa. Ugodzony strzałą, próbował ją wyciągnąć i byłby tego dokonał, jeno iż rękojeść strzały była ostra, przez co przeciął sobie i osłabił rękę. Żądał ustawicznie, aby go w tym stanie jeszcze zaniesiono w bitwę, iżby mógł zagrzewać żołnierzy, którzy i bez niego do końca stawali w tej potrzebie z wielkim męstwem, aż dopiero noc rozdzieliła walczących. Zawdzięczał on filozofii osobliwą wzgardę życia i rzeczy ludzkich i posiadał silną wiarę w nieśmiertelność dusz.
W sprawach religii był on na wskroś skażony. Nazwano go Apostatą, ponieważ odstał od naszej wiary: bardziej wszelako prawdopodobne wydaje mi się, iż nie miał jej nigdy w sercu, jeno iż przez posłuszeństwo dla praw maskował się, póki sam nie dostał do rąk władzy. W swojej wierze był on tak zabobonny, iż nawet ci współcześni, którzy ją wraz z nim wyznawali, dworowali sobie z niego: powiadali, iż gdyby odniósł zwycięstwo nad Partami, byłby wytępił ze wszystkim rasę wołów we świecie, aby nastarczyć swoim ofiarom. Był również zacietrzewiony w sztuce wróżbiarskiej i wierzył w powagę wszelakich prognostyków. Umierając, powiedział między innymi, iż wdzięczen jest bogom i składa im dank, że nie chcieli go zabijać znienacka, lecz na długi czas wprzód uwiadomili o miejscu i godzinie; ani też nie zgładzili go miętką i nikczemną śmiercią, właściwszą próżniakom i niewieściuchom; ani też charłaczą, przydługą i bolesną; i że go uznali godnym umierać w tak szlachetny sposób w pełni zwycięstw i w kwiecie chwały. Miał on podobne widzenie co Markus Brutus, które nawiedziło go pierwszy raz w Galii, później znów w Persji w chwili zgonu. Owe słowa, które mu przypisują, kiedy się uczuł ugodzonym: „Zwyciężyłeś, Nazarejczyku”; lub wedle innych: „Uciesz się, Nazarejczyku” nie byłyby z pewnością przypomniane, gdyby moi świadkowie byli im dali wiarę: którzy, będąc obecni w obozie, zauważyli wszystko aż do najmniejszych poruszeń i słów przy jego śmierci. Toż samo można rzec o innych cudach, które później wiązano z tą śmiercią.
Aby wrócić do przedmiotu: żywił on, powiada Marcellinus, z dawna w sercu swoim pogaństwo; ale ponieważ cała armia składała się z chrześcijan, nie śmiał się z tym odsłonić. Później dopiero, skoro się uczuł dość potężny, by ogłosić swą wolę, kazał otworzyć świątynie bogów i na wszelkie sposoby kusił się przywrócić bałwochwalstwo. Aby osiągnąć swój cel, kiedy spostrzegł w Konstantynopolu, iż wśród ludu panuje rozdwojenie i że nawet prałaci Kościoła się wadzą, przywoławszy ich do pałacu, upominał usilnie, aby uśmierzyli te domowe swary i aby każdy bez obawy i przeszkody wyznawał swą religię. Uczynił to w nadziei, iż ta swoboda pomnoży rozłam i knowania stronnictw i przeszkodzi ludowi się zjednoczyć i tym samym umocnić się przeciw niemu we wspólnej zgodne i porozumieniu. A był doświadczył z okrucieństwa i zawziętości niektórych chrześcijan, iż „nie masz bestii na świecie tak straszliwej człowiekowi jak człowiek”: oto mniej więcej jego słowa.
Godne uwagi w tej sprawie jest, iż dla podsycenia zamętu i niezgody domowej cesarz Julian posługuje się tą samą receptą wolności sumienia, której królowie nasi użyli właśnie, aby ją uśmierzyć. Można powiedzieć z jednej strony, iż popuścić cugle stronnictwom w podtrzymywaniu owego mniemania, znaczy szerzyć i siać rozdział i użyczać pomocy jego wzmożeniu, jako iż wówczas żadna bariera i hamulec praw nie hamuje i nie pęta jego biegu. Z drugiej strony można by rzec, iż w ten sposób przez większą łatwość i swobodę zmiękcza się i osłabia zaciekłość walki i tępi grot, który zwykł zaostrzać się rzadkością, nowością i oporem. Owo wolę raczej, z honorem dla pobożności naszych królów, mniemać, iż nie mogąc tego, co chcieli, przybrali pozór, jakoby chcieli to, co mogli.



Montaigne, Próby
tłumaczenie: Boy Żeleński

Własność


Ten sam [abba Agaton] szedł kiedyś z uczniami, a jeden z nich znalazł na ziemi zielone ziarnko grochu i zapytał starca: „Ojcze, czy mogę je wziąć?". Starzec spojrzał na niego ze zdumieniem i odrzekł: „A to ty je tu położyłeś?". Brat na to: „Nie". A starzec: ,Jakże więc chcesz zabrać coś, czego nie położyłeś?". Agaton 11,167 n.

Pewien brat przyszedł do abba Agatona i prosił: „Pozwól mi zamieszkać u ciebie". A w drodze znalazł był kawałek saletry i przyniósł go; starzec więc zapytał: „Gdzie znalazłeś saletrę?". Brat odrzekł: „Znalazłem ją na drodze przechodząc i zabrałem". Odpowiedział mu: „Jeśli przyszedłeś mieszkać ze mną, to jakże wziąłeś coś, czego sam nie położyłeś?". I wysłał go, żeby to odniósł tam, skąd zabrał.

Powyższe apoftegmaty wydają się dziwne w naszym kraju, gdzie sprawa własności stanowi jeden z ważniejszych problemów moralnych. Nauczyliśmy się bowiem najpierw w czasach rozbiorów, a potem okupacji, że nieuczciwość jest cnotą, szczególnie gdy chodzi o okradanie zaborców i okupantów. Potem przyszły lata komunizmu, gdy mówiono, że wszystko należy do wszystkich, więc każdy może brać ze wszystkiego, czyli ze swojego. Ludzie okradani przez państwo uważali, że spokojnie można brać to, co jest państwowe. W końcu dochodziła do tego nauka niemalże oficjalna, że posiadający nieco więcej od nas jest złodziejem albo synem złodzieja, nie ma więc nic złego w tym, aby zabrać, czyli ukraść mu to, co on sam ukradł.

Teraz wracamy do normalności, ale na unormowanie stosunku ludzi do cudzej własności trzeba będzie długo czekać. Aby to jednak nastąpiło, należy zaczynać od spraw drobnych, nawet bardzo drobnych, i w nich się ćwiczyć. I w tej sytuacji, historie o ziarnku grochu i o kawałku saletry, które mogą wydawać się skrupulanctwem i dzieleniem włosa na czworo, urastają do rangi symbolu. Bycie uczciwym nawet w tak drobnych sprawach prowadzi do uczciwości w sprawach coraz większej wagi. W zrozumieniu tej tak ważnej prawdy może dopomóc twarda, w tak drobnych sprawach, postawa mnicha Agatona.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Kipling w Nowym Yorku


Zastanawiałem się właśnie nad tym, gdy zjawił się uprzejmy pan, ujmującej powierzchowności, z okiem błękitnym i niewinnym spojrzeniem. Wymieniając moje nazwisko, przypomniał mi, że spotkał mnie był w Nowym Yorku, w hotelu Windsor, a ja na to przystałem. Nie przypomniałem sobie wcale tego wydarzenia, ale jeżeli on był tak bardzo pewny swego, ja... cóż - czekałem, co będzie dalej…
- I jakież jest pańskie zdanie o Indianie, z której pan przybywasz? – zapytał bez ogródek.

To było dla mnie wyjaśnieniem mniemanej naszej znajomości i paru innych rzeczy. Z karygodnym roztrzepaniem mój błękitnooki znajomy wyczytał nazwisko swej ofiary na hotelowej tablicy i zamiast Indie, przeczytał Indiana. Nie mógł nawet przypuścić, ażeby Anglik jechał do Ameryki od Zachodu ku Wschodowi, wbrew zwykle przyjętej marszrucie.

Całą moją rozkosz zatruwała obawa, żeby, widząc moją gotowość do odpowiedzi, nie zaczął robić o Nowym Yorku uwag, których bym nie mógł zrozumieć. I rzeczywiście, zawrócił parę razy w tym kierunku, zapytując o moje zdanie o takich lub innych ulicach, które, jak z tonu jego mowy odczułem, nie miały nic wspólnego z cnotą. Trudno rozmawiać o nieznanym Nowym Yorku, w równie obcym San Francisco. Ale mój znajomy był litościwy. Zapewnił mnie, że mu bardzo przypadłem do serca i zmusił mnie do wypicia rozmaitych trunków w kilku knajpkach. Napoje przyjmowałem wdzięcznie, jako też i cygara, którymi miał wyładowane kieszenie. Ofiarował się oprowadzić mnie po różnych miejscach, gdzie można studiować życie w jego zakulisowych objawach. Nie mając bynajmniej chęci oglądania dawno znajomych rzeczy, uchyliłem się od propozycji i zamiast wejścia na manowce, zetknąłem się z potokiem grubych pochlebstw. Dziwna jest dusza ludzka! Rozumiejąc, że ten człowiek kłamie i dlaczego kłamie, oczekując wyjaśnienia, mimo to, gdy pochlebstwa brzęczały mi koło uszu, czułem słodkie upojenie zadowolonej próżności.

Znajomy mój zachowywał się wzorowo i nietrudno mu było wytrwać w tej roli, bo w pięć minut później znaleźliśmy się, oczywiście przypadkiem, w miejscu, gdzie można było zagrać w karty i poigrać z biletami loterii stanu Luizjana. Czy zechcę zagrać?

- Nie – odpowiedziałem stanowczo. – Karty dla mnie nie mają żadnego powabu. Ale przypuśćmy, że zasiadłbym do gry… W jaki sposób pan i pańscy przyjaciele wzięlibyście się do mnie? Czy gralibyście po prostu, czy też upoili mnie? Czy…Jednym słowem, jako człowiek piszący, byłbym wdzięczny, gdybyś mnie pan zechciał objaśnić…

Niebieskooki przeklął mnie, przeklął nawet te cygara, które mi ofiarował. Ale wkrótce burza minęła, uspokoił się i wytłumaczył. Ja zaś przeprosiłem go za zmarnowany wieczór i przepędziliśmy potem w zgodzie parę godzin.
- W jaki sposób byłbym grał z panem? Z całego bzdurzenia o pokerze widziałem, że nie masz pan pojęcia o grze. Byłbym grał po prostu i obdarł pana ze skóry…Nie potrzebowałbym zadawać sobie trudu spojenia pana…Nie rozumiesz pan wcale co to jest gra, ale zawód, jakiego na panu doznałem, dotknął mnie głęboko!...

Popatrzył na nie, jakbym mu wyrządził zniewagę. Ja zaś teraz wiem, w jaki sposób, rok po roku, tydzień po tygodniu, taki szuler sprowadza zdobycz. Ujarzmia swoje ofiary za pomocą pochlebstwa, tak jak wąż ujarzmia królika. Całe to zdarzenie wzburzyło mnie trochę, było dowodem, że niewinny Wschód pozostał daleko i że się dostałem do kraju, gdzie trzeba nad sobą czuwać. W hotelu wszędzie widniały przestrogi, żeby zamykać drzwi na klucz, a kosztowności i pieniądze składać do hotelowego skarbca. Biały człowiek jako zbiorowisko jest wstrętny.

Serce moje płakało z tęsknoty za japońską O-Toyo [przedmiot zachwytu Kiplinga w Japonii-A.], gdym zasypiał głęboko w hałaśliwym hotelu.

„I always thought him a queer fellow”


Wróciliśmy w rozmowie do pierwszej epoki życia Conrada, zwłaszcza do lat spędzonych wśród paniki powstańczej. Mówiliśmy o nienawiści do oprawców Polski, którą na całe życie wywiózł z Wołogdy i Ukrainy, choć tyle innych uczuć w nim osłabło.

„ Zawsze miałem go za dziwnego człowieka”- rzekł Kipling. „I always thought him a queer fellow”. A jednak coś w tym musiało być. Wszak ten człowiek nienawidził Rosję do zapamiętania. „ He hated Russia with frenzy”. Pamiętam zdarzenia, które może nie są bez podobieństwa do dziejów Conrada.

I Kipling wspomniał jedną z dawniejszych swych opowieści, którą i ja przypomniałem sobie po pierwszych zdaniach. Osnowa jej była prawdziwą. Gdzieś na wyżynach Azji Centralnej, w miejscu gdzie siły angielskie i rosyjskie stykały się ze sobą w sposób niebezpieczny, zjeżdżają się komisje obydwu stron, by załatwić jakieś zajście pograniczne. Przedstawicielami Rosji są wojskowi, ciężcy, rośli, brodaci, przybrani w mundury" strojne jak nocne bluzy" i pokryci na piersiach „małymi krzyżykami”.

Ze strony angielskiej widzimy typowych gentlemanów, zimniejszych niż zwykle, gdyż na tym odludziu dusza moskiewska odrzuciła europejską maskę i odkryła swoje prawdziwe rysy; fałsz, brutalność i chłodne okrucieństwo.

Dokoła obozu kręci się jakiś stary człowiek, okryty łachmanami. Jest to istota oniemiała, niespełna rozumu, która mimo okazywanej jej niechęci lgnie do Anglików, a w stosunku do Rosjan zdradza nienawiść i przerażenie. Oficerowie rosyjscy zachowują się poprawnie, po paru konferencjach podpisują protokół, po czym następuje pożegnanie i poczet kozaków znika w górskim wąwozie. Ale dzień jest uroczysty. Wieczorem w angielskim obozie odbywa się obiad, dowódca wznosi zdrowie Jej Królewskiej Mości, a wówczas dzieje się rzecz niepojęta. Ten stary przybłęda, nie mówiący żadnym ludzkim językiem, powstaje w chwili, gdy zapowiedziany został toast” the Queen” i całym swym zachowaniem zdradza, w sposób oczywisty dla Anglika, że nie tylko sam jest Anglikiem, ale także angielskim gentlemanem. Następuje ogólne poruszenie.

I dochodząc po nitce do kłębka, grono oficerów angielskich stwierdza, że ten nieszczęśliwy, wyzuty ze wszystkich cech człowieczeństwa, jest byłym urzędnikiem służby państwowej. Na północnych granicach Indii, spełniając za młodu poufną misję, zginął i odtąd nigdy już więcej o nim nie słyszano. Wpadł w ręce moskiewskie i przez długie lata przebywał gdzieś w moskiewskich kazamatach. Jak się z nich wydobył – nie wiadomo. Powrócił jako szczątek dawnego człowieka. Zapomniał własną przeszłość, zapomniał wszystko, prócz jakichś nikłych wspomnień dawnych rodaków i niesłabnącej nienawiści do katów moskiewskich. Stygmat niezatarty jak ślady kajdan na jego wyschłych piszczelach.

„Czy coś podobnego -pytał Kipling- nie zaszło także w duszy Conrada w latach , kiedy był prawie dzieckiem.?”

Godzina była późna, rozmowa kończyła się, pożegnaliśmy się i wyszedłem na mroczne ulice Madrytu. 

Jan Perłowski.

Nieustraszony wobec śmierci


Na to Pitagoras, podejrzewając wprawdzie, że Falarys gotuje mu śmierć, lecz jednocześnie świadom tego, że nie jest mu przeznaczona przez los śmierć z ręki Falarysa, zaczął mówić swobodnie i otwarcie. Zwracając się bowiem wprost do Falarysa powiedział, że istnieje związek i przejście między tym, co na niebie, a tym, co w powietrzu i na ziemi. Dalej ujawnił za pomocą znanych wszystkim faktów to, że wszystko dzieje się zgodnie z porządkiem nieba i wykazał niezaprzeczalnie istnienie w duszy wolnej woli, a idąc [w toku wywodu] dalej udowodnił, że istnieją doskonałe i skuteczne działania rozumu i umysłu. Następnie zaś z całą szczerością pouczył o tyranii i wszystkich znakach losu, jak też o niesprawiedliwości i właściwej ludziom żądzy władzy, [wykazując], iż nie mają one żadnej zgoła wartości. Dalej wygłosił boską zgoła naukę o najlepszym życiu i przeciwstawił mu, przez porównanie, życie najgorsze. Ujawnił również to, co najmądrzejsze o duszy, o jej możliwościach i afektach, jak też pokazał to, co najpiękniejsze i najważniejsze — że bogowie nie są bynajmniej przyczyną zła, jako że choroby i namiętności ciała rodzą się z nieumiarkowania; pokazał również, że pisarze i poeci w swoich opowieściach mówią [o powyższych sprawach] inaczej, niż jest w rzeczywistości. [Dalej], upomniał ostro Falarysa obaliwszy [jego twierdzenia] i pokazał na przykładzie konkretnych wydarzeń, jak wielka jest moc i siła nieba. Przytoczył również liczne przykłady na to, że kara zgodna z prawem jest słuszna. Ukazał też jasno, jaka jest różnica między człowiekiem i innymi istotami żywymi. Opowiedział w naukowym wykładzie o mowie wewnętrznej i zewnętrznej, jak też o umyśle i wiedzy, która z umysłu się rodzi, jak i o etycznych i im pokrewnych dogmatach. Pouczył też o tym, co jest najbardziej pożyteczne w życiu, łącząc odpowiednie napomnienia z łagodną zachętą i wskazał zakazy, których nie wolno przekraczać. I, co najważniejsze, ukazał różnicę między tym, co dzieje się z wyroku przeznaczenia, a tym, co z woli umysłu. Mówił wiele mądrych rzeczy o dajmonach i o nieśmiertelności duszy.

To wszystko jednak, [jeśli chodzi o treść], można by omówić i pokazać w innym miejscu. Z praktykowaniem [cnoty] męstwa natomiast mają związek następujące fakty: jeśli [Pitagoras], popadłszy w straszne niebezpieczeństwo, zachowując spokój umysłu okazał się prawdziwym filozofem, jeśli cierpliwie i spokojnie potrafił stawić czoło przeznaczeniu i z wielką powagą i otwartością mówić do tego, który gotował Mu zgubę, jest jasne i oczywiste, że miał On w pogardzie wszystko to, co uważa się za straszne i niebezpieczne, jako rzeczy błahe i zgoła niegodne uwagi. Jeśli zaś w obliczu śmierci, która przecież pisana jest wszystkim ludziom, całkowicie ją lekceważył i nie myślał o tym, że zagraża Mu w danej chwili, jest jasne i oczywiste, że wobec śmierci był nieustraszony.

Jamblich, O Życiu Pitagorejskim
tłumaczenie: Janina Gajda – Krynicka

Dyskretny urok reakcji



W łonie Kościoła współczesnego znajdują się «integryści», którzy nie rozumieją, że chrześcijaństwo potrzebuje nowej teologii, i «progresiści», którzy nie rozumieją, że nowa teologia musi być chrześcijańska.
Liberté, égalité, fraternité.
Program demokratyczny spełnia się w trzech etapach: etap liberalny, wytwarzający społeczeństwo burżuazyjne, którego charakter skłania nas ku socjalistom; etap egalitarny, wytwarzający społeczeństwo sowieckie, którego charakter prowadzi nas ku nowej lewicy; etap braterski, który zapowiadają kolektywnie kopulujący narkomani.

Trzema hipostazami egoizmu są: indywidualizm, nacjonalizm, kolektywizm.
Trójca demokratyczna.

Reakcjonista wynalazł dialog, aby obserwować różnorodność ludzi i rozmaitość ich zamiarów.
Demokrata uprawia monolog, jako że jego ustami wypowiada się ludzkość.

Dla katolika lewicowego katolicyzm jest wielkim grzechem.
Nie ma polityków inteligentnych, są tylko politycy zwycięscy.
Nowoczesna cywilizacja jest wynalazkiem białego inżyniera dla murzyńskiego kacyka.
Ojcem państwa świeckiego był Grzegorz VII.
Chrześcijańskość jakiegoś społeczeństwa jest wprost proporcjonalna do liczby opactw, które funduje.
Prawdziwą zbrodnią kolonializmu było przemienienie wielkich narodów azjatyckich w przedmieścia Zachodu.
Tym, co oburza biednego, nie jest bogactwo, lecz wzbogacenie.
Kościół musi interweniować w politykę.
Ale bez programu politycznego.

Był katolicyzm dorycki: kościołów romańskich i zakonów rycerskich. Katolicyzm benedyktynów i feudałów.
Był również katolicyzm joński: gotyckich katedr i scholastycznych sum. Katolicyzm zakonów żebraczych i lilii królewskich.
Był wreszcie katolicyzm koryncki: barokowych świątyń i trydenckiej kontrreformacji. Katolicyzm wiejskich proboszczów i rzymskiej pompy.

Rewolucja – każda rewolucja, rewolucja sama w sobie – jest matrycą tych burżuazyjnych.
Terror jest ustrojem naturalnym każdego społeczeństwa bez śladów feudalizmu.
Grzechy, które oburzają publiczność, są mniej ciężkie od tych, które ona toleruje.
Trzema wrogami człowieka są: diabeł, państwo i technika.
W marksizmie brzmią echa niemieckiego romantyzmu tak samo, jak w kuchni odbija się echem konwersacja salonowa.
Głupie idee są nieśmiertelne.
Każda kolejna generacja wynajduje je na nowo.

Nigdy nie było konfliktu pomiędzy rozumem a wiarą, tylko pomiędzy dwiema wiarami.
Aksjologia jest autentyczną teologią naturalną.
Prawdziwa religia jest monastyczna, ascetyczna, autorytarna, hierarchiczna.
W każdej demokracji prawda wydaje się paradoksem.
Chrześcijaństwo nie wynalazło znaczenia grzechu, lecz jego wybaczanie.
Marksizm bardziej niż diagnozą jest symptomem.
Bezużyteczny jak rewolucja.
Aggiornamento jest wyprzedawaniem Kościoła.
Ostatecznie to stoicyzm jest kolebką wszystkich błędów.
(Ubóstwienie człowieka – determinizm – prawo naturalne – egalitaryzm – kosmopolityzm – etc.)

Barwa polityczna jest genetyczna, tak samo jak kolor oczu.
Lud żeni się tylko z ideami sprostytuowanymi.
Chrześcijaństwo wieków autentycznie chrześcijańskich nie było dzieckiem słabości, lecz siły.
Siły, która zna swoją słabość.

Chrześcijaństwo jest dogłębnie przeciwne teokracji.
Społeczeństwo przemienione w Kościół nie zapowiada Królestwa Bożego.
Przeciwnie, określa to jako szatańską karykaturę.
Kościół domaga się równoległego istnienia Cesarstwa.
Osobiście wierzę tylko w prawowitość świata, któremu przewodzą, z dwu symetrycznych tronów, Rzymski Papież i Germański Cesarz.

Chrześcijaństwo nigdy nie usiłowało ani nie będzie usiłować – jeśli się odrodzi – być Królestwem Bożym.
Ale społeczeństwem chrześcijańskich grzeszników.

Nie jest dziś możliwe szanować chrześcijan.
Przez szacunek dla chrześcijaństwa.

Lewicowiec płaci wyłącznie przedawnionymi czekami.
„Socjalizm z ludzką twarzą” jest jak wódka bez alkoholu.
Jeżeli wierzymy w Boga, nie powinniśmy mówić: wierzę w Boga, lecz: Bóg wierzy we mnie.
Humanista chrześcijański? – Tak.
Humanizm chrześcijański? – Nie.

Ten, który nas zdradził, nigdy nie wybaczy nam swojej zdrady.
Wierność jest najszlachetniejszą muzyką Ziemi.
Każde społeczeństwo niezhierarchizowane dzieli się na pół.
Rozum, Postęp, Sprawiedliwość są trzema cnotami teologalnymi głupca.
Kiedy romantyzm nasyci się okultyzmem prowadzącym go do rozkładu, wytrąca się w to, co jest demokratycznym pseudoromantyzmem.
Współcześni konserwatyści są nikim więcej jak liberałami sponiewieranymi przez demokrację.
 
Nicolás Gómez Dávila
Tłum.: prof. Jacek Bartyzel

Ezra Pound – „Canto XLV”


Gdzie lichwa, nie ma nikt domu z kamienia słusznego,
każdy blok cięty gładko, stawiony ściśle,
aby zamysł równał się marzeniu -
gdzie lichwa,
nie ma nikt raju al fresco na ścianie kościelnej,
harpes et luthes,
ani miejsca zwiastowania Pannie,
aureoli lśniącej od snycerzeń -
gdzie lichwa,
żaden Gonzaga nie opatrzy dzieci i nałożnic,
żaden obraz nie powstanie,by trwał – i z nim ludzie,
ale po to, by go sprzedać i to rychło -
gdzie lichwa, grzech przeciw naturze,
chleb twój wyjmują zawsze ze szmat spleśniałych,
chleb twój suchy jak papier, bez śladu górskiej pszenicy, mąki wybornej -
gdzie lichwa, linia grubieje,
gdzie lichwa, brak ścisłych rozróżnień
i nikt nie najdzie dla siebie miejsca na swój dom.
Kamieniarzom odbiera się kamień, tkaczom ich krosna,
GDZIE LICHWA
nie dowiozą wełny na targ,
owce nie dadzą pożytków gdzie lichwa.
Lichwa – to pomór, lichwa
stępia igłę w ręku dziewczyny,
sprytowi prządki kładzie kres. Pietro Lombardo
nie stał się przez lichwę, Duccio nie urósł przez lichwę
ani Pier della Francesca; Zuan Bellin’ nie przez lichwę
i nie przez nią powstała „Calunnia”.
Nie stał się Angelico przez lichwę; nie urósł Ambrogio Predis
Ani kościół żaden z ciętego głazu, z napisem: Adamo me fecit.
Nie przez lichwę Św. Trofim,
Nie przez nią Święty Hilary -
Lichwa kryje rdzą dłuto,
Kryje rdzą rzemiosło i mistrza,
Wżera się w nić w tkackim warsztacie,
Nikt się więcej nie uczy kanwy złotem przetykać;
Turkus dostaje wrzodów od lichwy, nie wyszywa się cramoisi,
Szmaragd nie trafia do Memlinga -
Lichwa morduje dziecko w łonie,
Kładzie kres młodzieńczym zalotom,
Wniosła paraliż do łoża, zalega
Między panną młodą i mężem
CONTRA NATURAM
Sprowadzili k…y do Eleusis,
Trupy się sadza do bankietu
na żądanie lichwiarzy.
Wiersz w przekładzie Jerzego Niemojewskiego [w:] Mozgol R., Nie burzycielami być lecz ludźmi. Poezja Ezry Pounda, Zawsze Wierni, nr 2 (45) 2002.

Chorobliwa asceza mnichów


Wiele już wylano atramentu, pisząc, zresztą zgodnie z prawdą, o chorobliwej ascezie mnichów lub o histerii, która nieraz szła w parze z wizjami pustelników czy zakonnic. Nigdy jednak nie zapominajmy, że taka wizjonerska postać religii pod pewnym względem musi być zdrowsza niż nasza współczesna racjonalistyczna moralność. Jest zdrowsza, bo umie sobie wyobrazić sukces i tryumf w tej beznadziejnej walce o osiągnięcie etycznego ideału.

Chesterton

PAIDEUMA



Liście to esej o niezwykłej książce, Liściach croatoan Donata Kirscha, którą dzięki pracy Barbary Robakiewicz możemy przebyć niczym trasę wtajemniczającego labiryntu.

Powyższy termin używany był przez Ezrę Pounda na oznaczenie „prężnych korzeni idei — idei, które działają”[1], a został przezeń zapożyczony od niemieckiego archeologa i antropologa Leo Froberiusa, używającego pojęcia paideumy na określenie „plątaniny lub kompleksu mocno zakorzenionych idei danego okresu”. Odsłaniając idee wpisane w powieść Kirscha, coraz bardziej dochodzę do przekonania i uświadamiam sobie, że ta poetycka opowieść jest jak jeden z nurtów wielkiej podziemnej rzeki, której źródło bije gdzieś w ukryciu. Przebudowując metaforę rośliny i korzeni utworzoną przez Pounda w metaforę rzeki i źródła, uzyskuję nową definicję paideumy, która brzmi: „to wieczne źródło, z którego wypływa ożywiająca nasze ziemie rzeka”. Na rzekę tę składa się wiele nurtów, wiele poszczególnych istnień i doświadczeń, jednak stykając się z każdym z nich natrafiamy nieodmiennie na te same (choć za każdym razem zupełnie odmienne) znaki, wskazówki, kompleksy idei wypowiadane w coraz to innym języku. Odmienność języków wywodzi się z różnorodności tego, co nazywamy osobistym doświadczeniem. Podobnie jak Liście croatoan każdy z tych nurtów jest specyficznym sprawozdaniem o szczególnym typie doświadczenia, na które złożyły się dwa elementy: doświadczenie rzeczywiste i doświadczenie intelektu i wyobraźni (myśli i snu) — połączone dają owo trzecie, odrębne doświadczenie.

 Do Liści croatoan pasuje bardzo opinia Eliota o poemacie Dantego Vita nuova, w którym opisuje on swoje spotkanie z Beatrycze, wywołany nim wstrząs, rozbudzenie w jego następstwie uczuć i innej wrażliwości:

Jeżeli ta osobliwa mieszanina poezji i prozy jest rzeczywiście formą biografii, to niewątpliwie biografię przekształcono tu poza granice rozpoznawalności, by zmieścić ją w ramach konwencjonalnej alegorii [2].

Powieść Kirscha, będąca także współistnieniem poezji i prozy, i dająca się odczytać jako alegoria, wykazuje wiele paraleli z dziełem Dantego. Najważniejszy jest wspólny element doświadczenia jako centralnego punktu odniesienia całego życia bohatera i fakt przekształcenia czy raczej odkrycia za pomocą intelektu i wyobraźni, zawartych w tym doświadczeniu znaczeń i następnie jego rekonstrukcja w formie wizji poetyckiej.

Spróbujmy rozważyć tezę, że Dante rozmyślając o swym przeżyciu, zadziwiającym jak na wiek przeżywającego, przeżyciu, którego żadne doświadczenie następne nie zdołało ani zatrzeć, ani prześcignąć, doszukał się w nim treści, których my nie zdołalibyśmy odkryć. [3]

— pisze Eliot, zaś Maurycy Rotadier wypowiada do Dawida słowa brzmiące niczym parafraza powyższego stwierdzenia:

Nic nie dorówna w twojej pamięci trzem dniom lipca 1971 roku i tylko śmierć przeciwstawi się im skutecznie. Te kilka dni znaczyć będzie więcej niż całe lata [4].

Zarówno u Dantego, jak i u Kirscha tym nie dającym się zatrzeć przeżyciem jest uczucie miłości, przebudzenia związanego nierozłącznie z przeżyciami erotycznymi, ulegającymi — dzięki intuicji i wyobraźni — sublimacji. Vita nuova jest opowieścią o pierwszym spotkaniu z Beatrycze i wstrząsie nim wywołanym. Maria towarzyszy Dawidowi od urodzenia, jednak nowy sens jej istnienia, odkryty mu przez to, co nazywane jest „wielkim Kaprysem Marii”, objawia, że jej istnienie jest powszechne, przenika wszystko i jest nawet: „w uśmiechu klienta w piekarni, który mnie poprzedza, w mączystym zapachu: co wolałbym: lub nie” [5].
Zestawienie utworów Kirscha i Dantego jest — jak myślę — dużym krokiem ku owemu źródłu. Ale trzeba cofnąć się jeszcze głębiej do innej tradycji literackiej, której Dante był spadkobiercą, a w której — jak zauważa Eliot — słowo amore znaczy coś innego, niż w pierwotnym łacińskim rozumieniu, niż jego francuski odpowiednik, czy współczesna wykładnia dawana przez włoski słownik. Chodzi mianowicie o poezję prowansalskich trubadurów, wyznawców gnostyckiej religii katarskiej i o sens słowa amore, który oni mu przypisywali. Znaczenie, jakiego możemy się tylko domyślać, przeczuwać, odgadywać i próbować rekonstrukcji z nielicznych, ocalałych z pogromu ułomków spuścizny ich kultury. Wysiłek podejmowany w tym kierunku to nie tylko konieczność archeologicznego badania zabytków, Eliot porównuje go do przejścia przez lustro — linię graniczną innego świata.

Pound, z wykształcenia romanista, przesiąkły Prowansją na wskroś, przemierzył ją pieszo. Życie trubadurów i dworów, na których przebywali, stało się żywą częścią jego wyobraźni. Studiując konstrukcję wierszy — szczególnie pieśni jednego z najsłynniejszych trobadorów, Bertranda de Born — wyznaje:

Mocno zajmował mnie de Born. Doszedłem do wniosku, że jest nieprzetłumaczalny. Potem przyszło mi na myśl, że mógłbym pokazać go w ten sposób [6] [7].

Tym zapowiedzianym utworem jest Sestyna Altaforte, co po prowansalsku znaczy: Sestyna Zamek. Bertrand i jego zamek pojawiają się w dwóch innych utworach Pounda: Na Audiart i Pod Perigord, a drugi z nich przywołany został w Liściach croatoan, w Podróży na stronie 19 i odpowiednio na stronie 39 w Wyspie, podobnie na stronach 20 i 43 przywołuje Kirsch poundowskie „niedotykane gniazda opuszczone przez nieznane ptaki”. Wreszcie duży fragment Pod Perigord przypominany jest przez Marię, gdy czeka na przyjście Dawida pamiętnej nocy 11 lipca:

Wiosną oszołomienie i nad Auvezere
Maki i oczy dnia w zielonej emalii
Wzrosły ponad nas; znamy strumień na pamięć
I oba nasze konie wytropiły gdzie jary;
Wiemy miejsca zalewisk wysadzonych topolą
Z dni młodości, gdy niebo nam ciemne sprzyjało.
A na niebiosach koła ogromne
Niosły nas razem...w górę...i roznosiły
Wierzących, że napotkamy wargi i dłonie
Tam, zamkniona w jego zamku, Tairiranowym,
Która nie miała uszu, języka, jak tylko w dłoniach,
Przeminęła, o! niedotkniona, nieosiągalna!
Która dla jednej tylko osoby, przez nią żyć mogła,
Która dla jednej tylko osoby, z nią mówić mogła—
I wszystko inne w niej — piach lotny zmian,
Więź zwierciadeł rozbita...! [8].

Wydaje się, że ten ważny fragment został umieszczony w kulminacyjnym punkcie jako wskazówka dla kogoś, kto rozumie Pounda, i może pojąć, że Kirsch w swoim języku mówi „to samo”. W moim przypadku bieg rzeczy był odwrotny: złamanie szyfru Liści croatoan otworzyło Pounda — umożliwiło przejście przez lustro. Twierdzenie, że fragment Pod Perigord i Liście croatoan to „to samo” w sensie zawartego tu i tam przesłania nie jest gołosłowne. Najbardziej przekonujące — jak mi się zdaje — byłoby prześledzenie wspólnych motywów :
— początek zdarzeń, zarówno w wierszu, jak i w powieści łączy się z wiosną..
— ustęp z wiersza Pounda: „Maki i oczy dnia w zielonej emalii” ma swój odpowiednik w stale u Kirscha obecnym motywie oczu i naczynia (pokój ma zieloną podłogę, zieleń we wszystkich przejawach roślinnego życia), maki zaś łączą się z czerwienią, a ta jest kolorem krwi i Marsa. Połączenie czerwieni i zieleni kojarzy się natychmiast z „drzewem o czerwono-zielonych liściach”, którego początek śni się Dawidowi w noc świętojańską 1971. Krew Marii spływa na zieloną podłogę.

— „I oba nasze konie wytropiły gdzie jary” — pisze Pound. Konie traktuje jako pseudonim zmysłów, które z kolei są w tajemny sposób pokrewne intuicji, bezpośredniemu odczuciu, czemuś niewypowiedzianemu, sile miłosnej. Żeby to lepiej unaocznić odwołam się do innego wiersza Pounda — Wrzosowisko:

Czarna pantera stąpa u mego boku,
A z palców
Ulatują mi płomyki podobne płatkom kwiatów
Białe jak mleko dziewczęta
Odginają się od ostrokrzewów,
A ich biały jak śnieg lampart
Wypatruje, aby pójść za nimi w trop [9].

Jary i konie w poetyce Kirscha związane są z kołysaniem, a ono z czymś, co można nazwać panorgazmem. Istotny i podkreślany przez Pounda jest moment jednoczesności („oba nasze konie”) spotkania w tym „czymś”.

— „Z dni młodości, gdy niebo nam ciemne sprzyjało./A na niebiosach koła ogromne” — Pound. U Kirscha jest także motyw szczęśliwego dzieciństwa, z którego wszystko bierze swój początek, a jego świadkami były gwiazdy obserwowane przez Dawida i Marię w okienku na strychu.

— „Niosły nas razem... w górę... i roznosiły/Wierzących, że napotkamy wargi i dłonie” — czytamy dalej u Pounda. Dla Marii i Dawida obserwacja gwiazd była podróżą w górę, poza granice uniwersum i przekroczeniem ich, jakby rozniesieniem. Obietnica spotkania spełnia się 11 lipca w ciemnym pokoju:
— To mysz — szepnął przytulając ją mocniej i chcąc pocałować w usta. Nie broniła mu tego. Dotknął palcami nagiej skóry jej ramion. Wtedy nagle otworzyły się szarpnięte drzwi i do pokoju wpadł Adam. [...] Przytuliła się jeszcze mocniej do mnie. A w chwilę później Adam zobaczył, że Maria ma odsłonięte piersi. Uderzył ją [10].

Potem Maria zamknięta jest w „zamku Tairiranowym” Śmierci — pozbawiona ciała, które było jej drogą kontaktowania się

Myślała w niespodziewanej chęci domniemania, że dla kobiet ciało jest najważniejszym łącznikiem, więzią z otaczającym ją światem [11].

A tak to opisuje Pound:

Tam, zamkniona w jego zamku, Tairiranowym,
Która nie miała uszu, języka, jak tylko w dłoniach,
Przeminęła, o! niedotkniona, nieosiągalna!
Która dla jednej tylko osoby, przez nią żyć mogła,
Która dla jednej tylko osoby, z nią mówić mogła —         
I wszystko inne w niej — piach lotny zmian,
Więź zwierciadeł rozbita...!     

Po odkryciu tak ścisłego związku między tekstami Pounda i Kirscha, sądzę, że dla należytego wyświetlenia erudycyjnych inspiracji Kirscha słuszną rzeczą byłoby prześledzenie prowansalskich i gnostyckich wątków w poezji Ezry. Przede wszystkim — w najważniejszym dziele Pounda — Cantos (Pieśniach). Pierwszą z nich rozpoczyna słowami:

I zeszliśmy na statek
Zdaliśmy kil na odpływ, dalej na boskie morze, i
Podnieśliśmy maszt i żagiel na tym śniadym statku [12].

Jest to więc przypomnienie o naszej kondycji żeglarzy. W dalszych pieśniach punktem odniesienia, w podobny sposób jak u Joyce’a, staje się Homera Odyseja. Dla Pounda istniały dwie epoki klasyczne, epoki „wieku złotego”: homerycka i prowansalska, nawzajem się oświetlające. Mit złotego wieku jest bardzo gnostycki; dla Pounda było to królestwo Afrodyty:

                                                                      Venerandum,
Według słów Kreteńczyka, z koroną złotą, Afrodyto,
Cypri monumenta sortita est, wesoła, oricalchi, w złotych
Pasach i stanikach, ty o powiekach ciemnych,
Niosąca złotą gałązkę Argicydy. Toteż: [13]

Afrodyty zmieniającej się w innej pieśni w Eleonorę z Akwitanii, protektorkę trubadurów, okazującą się dzięki homeryckiej grze słów Helena trojańską.
Również u Kirscha znajdujemy wiele odniesień do epoki wieku złotego, wyrażonych w sposób charakterystyczny dla jego poetyki, czyli wymagający wysiłku interpretacyjnego, zaskakujących trafnością:

Będę raz jeszcze oglądał bezlistne gałęzie obmywane deszczem, a moja myśl da mi inny obraz tej chwili: w przejrzystym jak kryształ powietrzu nocy pozostanie niewidoczny, lecz wiadomy obraz gorącej zatoki i czasu wielkich kataklizmów. Wszystko jednak będzie dalej tak samo przejrzyste i pełne obietnic, których nie potrafi zniszczyć żadna z wielkich klęsk [14].

O odniesieniach do Złotego Wieku w Liściach croatoan za pośrednictwem Owidiusza Przemian pisałam wcześniej. Paralele między Kirschem a Poundem nie polegają jedynie na wspólnym zanurzeniu w tajemnicach gnozy, ale sięgają samej techniki wypowiedzi. Pound pod wpływem poglądów innego poety — Hulme’a — dotyczących degeneracji słów i całego procesu komunikowania się formułuje program imagizmu i „metody ideograficznej”. Zdaniem Hulme’a początki języka związane są ze słowami — obrazami. Porozumiewanie się ma w istocie charakter obrazowy. Jednak w trakcie tego procesu dochodzi do mechanicznej degeneracji żywych początkowo obrazów i następuje zastąpienie konkretów przez pewne umowne, martwe i nic nie znaczące sumy, zwane przez Hulme’a liczmanami. Kirsch tak to wyraża:

Widoczne zza muru drzewa. Widoczne ze skrawka lądu. Były drzewa nocy, drzewa dnia i drzewa odległe. Nikt nie potrafił wmówić, że są to te same, zawsze tylko te same, a nie inne za każdym razem i o każdej porze dnia, drzewa. Nie wierzono nikomu, kto mówił inaczej [15].

Zarówno Hulme, jak Pound, widzą ogromną rolę poezji w przywracaniu słowom życia, młodości, a w konsekwencji wykorzenianiu kłamstwa, zbliżenia do języka intuicji i uczynienia dzięki temu komunikacji prawdziwą, w ogóle możliwą. Do wstrząsu i przebudzenia mogą posłużyć poetyckie imago, czyli nowe słowa, sformułowane poza językiem. Do stworzenia takiego języka miała się przyczynić postulowana przez Pounda metoda ideograficzna polegająca na budowaniu sugestywnych obrazów, zestawianiu i zderzaniu ze sobą różnych faktów, dokumentów, cytatów, mitów, legend, z czego wyniknąć może nowa jakość, podobnie jak z połączenia dwóch ideogramów pism hieroglificznych. Kirsch przyjmuje tę samą metodę konstruowania obrazów, w których kojarzone są elementy bardzo od siebie odległe, wyzwalające nowe, twórcze odczuwanie:

Coraz większą radość sprawiało istnienie rzeczy i obrazów. W pomieszaniu rzeczy niemierzalnym (złota z piernikiem), serii dysonansów to wszystko powoli dawało odczucie świata, jeszcze nie universum [16].

Obraz jest słowem sformułowanym poza językiem. Pound tak go definiuje:

Obraz to nie idea. To promieniujący węzeł albo pęk, coś, co mogę, a nawet muszę nazwać wirem, z którego, przez który i od którego nieprzerwanym strumieniem płyną idee [17].

Tak opisuje proces tworzenia się tego „nowego słowa”: zestawione w umyśle różne „obrazy zewnętrzne” świata łączą się i mieszają ze sobą, wir (vortex) oczyszcza je ze wszystkiego oprócz cech zasadniczych, dominanty, jakości dramatycznych i odsłania to, co Pound nazywa „zewnętrznym oryginałem”, czyli słowem pochodzącym z „rzeczywistego świata”. Vortex rozumiany jest jako punkt maksymalnej energii, wir, w centrum którego jest oko — jak oko cyklonu — będące jego środkiem. Domyślać się można, że poundowski model ucieleśnia jeden z archetypów ludzkości — obraz środka świata, przejścia do rzeczywistości absolutnej. U Kirscha ćma, symbol duszy, „porusza się po krzywej przecinającej pęk prostych pod kątem prostym” [18], czyli zatacza spiralne kręgi. Intuicja obu pisarzy wskazuje na figurę wiru, spirali, stożka, jako na ważną (może osiową) metaforę prawdziwego ocalenia.

Wspólna dla obu jest także technika posługiwania się personami. Pound stosuje lirykę roli i lirykę maski (persony), wcielając się w różne postacie i przemawiając ich ustami, jak choćby wspomnianego Bertranda de Born. Kirsch stosuje omówioną już metodę powoływania person nazywanych przeze mnie imagines agentes.

Kontynuując podróż do źródła, zanurzając się jeszcze głębiej, powinniśmy zwrócić się ku temu, z czego czerpali trubadurzy, ku kulturze celtyckich mitów, legend, kosmogonii, rozpowszechnionych w tradycji europejskiej jako cykl legend arturiańskich. Święty Graal, Włócznia, Zamek Graala, Król-Rybak, Parsival, Galahad — są to także obrazy-słowa, których nie potrafimy wyrazić inaczej niż za pośrednictwem porównań, fabuł mitologicznych, a więc wielu słów i wielu obrazów. Jak Pound wskrzesił Bertanda de Born i poezję prowansalską, tak — w podobny sposób — Eliot (często przywoływany w Liściach croatoan), opierając się na pracy kulturoznawczej Jessie Weston, pokazał sens legend arturiańskich przetwarzając je na swój sposób. W szkicu o Eliocie, zamykającym tom jego poezji, Michał Sprusiński podsumowuje poetyckie dzieło autora Czterech kwartetów i wyróżnia w nim dwie fazy: dramat rozpaczy i poemat pocieszenia. Ta pierwsza, której apogeum jest Ziemia jałowa, daje wnikliwą diagnozę kryzysu cywilizacyjnego. Jego figurą jest miasto Piekło podobne do Londynu Blake’a albo Dublinu Joyce’a. Druga faza znajduje najdobitniejsze upostaciowanie w Środzie popielcowej, głównie zaś w Czterech kwartetach.
Eliot także powołuje persony — bohaterów swoich wierszy. Pierworodnym był Prufrock, postać przypominająca proustowskiego Swanna, obracająca się w teatralnej konwencji salonów i buduarów, pełna rozpaczy nad miałkością tego „świata pomniejszonego” do towarzyskiego rytuału i egzystencji uwięzionej w sytuacjach. Jedynym wyjściem jawiącym się Prufrockowi jest podróż — ucieczka w nieświadomość nazywaną „Afryką Środkową”. Wreszcie z przesytu i wyrafinowania cywilizacyjnego wyłania się postać nowego barbarzyńcy, Wielkiego Chama, będącego alter-ego Prufrocka, Apenecka Sweeneya:

Małpolud Sweeney nogi rozkracza
Ramiona zwiesza śmiejąc się głośno
I pręgi zebry na jego paszczy
We wzdęte cętki żyrafy rosną.
Toczą się koła księżyca burzy
Na zachód w stronę ujścia Parany,
Śmierć i Kruk wyżej w niebie dryfują
A Sweeney strzeże rogowej bramy [19].

Sweeney, mieszkaniec i strażnik krainy śmierci, jawiącej się jako zwulgaryzowana, potworna wersja raju, dzieli „rozpadający się dom” z Gerontionem (czyli małym, starym, dawnym człowiekiem), dla którego to mieszkanie jest tylko „wynajętym domem”. Gerontion zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, posiada cechy nieśmiertelnego, jest tożsamy z Tejrezjaszem, o którym Eliot pisze w przypisach do Ziemi jałowej jako o najważniejszej osobie poematu. Ta mityczna postać wielce go interesowała. U Homera Tejrezjasz to prorok, który zachował nawet po śmierci zdolność myślenia (Odyseusz wzywa go z Hadesu, żeby się dowiedzieć, czy wróci do Itaki), a u Sofoklesa jasnowidzem. Tejrezjasz jest istotą niezwykłą, dokonującą wszelkich możliwych przekroczeń — jest nieśmiertelny i jako hermafrodyta łączy w sobie bieguny obu płci, obdarzony darem istotnego, przenikliwego widzenia spraw. W Ziemi jałowej występuje jako obserwator Nierzeczywistego Miasta, miasta śmierci, ojczyzny Sweeneya i innych ludzi nie zdających sobie sprawy ze swej martwoty, z dojmującego braku, będącego przyczyną rozpaczy poety, który czuje i jest świadomy. O uczuciu rozdarcia i wygnania świadczy kontrapunktowość ukazywanych obrazów. Zaczyna od mitycznego obrazu — Marii w Hiacyntowym Ogrodzie oraz miłości Tristana i Izoldy w Ogrodzie Róż, aby z goryczą w zakończeniu ukazać wulgarną realizację tamtej wizji: przedstawia obrazek ze Sweeneyem jadącym wczesną wiosną do pani Porter i jej domu publicznego, rozmowę dwóch kobiet w barze o sposobach spędzania płodu, jak i scenę „miłosną” między krościastym młodzieńcem i urzędniczką. Ziemia Jałowa to kraina, gdzie uwiędły wszelkie uczucia. Wenus pojawiająca się w drugiej części poematu jest skażona, tchnie „wonią syntetycznych perfum, maści i proszków”, o prawdzie przypomina tylko umieszczony w tle obraz:

Ponad starym kominkiem było przedstawione
Jak gdyby okno, a w nim leśna scena:
Przemiana Philomeli, uciśnionej srodze
Od króla barbarzyńcy. Dotychczas tam słownik
Napełniał tam puszcze nietykalnym głosem
I wołał wciąż i wciąż go ściga świat,
A brudne uszy słyszą tylko ti-u.
I inne uschłe pnie, konary czasu
Opowiedziane były na ścianach i twarze
Wychylały się, wzrokiem uciszając pokój [20].

W rzeczywistości nie ma mowy o miłości między ludźmi, ale też o jakimkolwiek zrozumieniu. W przeciwieństwie do starych mitów wiosna nie przynosi powrotu do życia, kwiecień z jego złudzeniem odrodzenia jest „najokrutniejszym z miesięcy”. Król-Rybak duma łowiąc ryby w zatęchłym kanale w pobliżu gazowni i myśli słowami innego poety, Gerarda de Nerval:

Ja-mroczny — ja — wdowiec, mnie nikt ukryć nie może
Ja książę Akwitanii o zniesionej wieży;
Jedyna gwiazda zgasła, w lutni gwiazdozbiorze
Melancholia i Czarne Słońce moje leży [21].

Nie przypadkiem Dawid pokazuje Ewie właśnie ten gwiazdozbiór.
Gdyby znalazł się artysta chcący namalować ziemię jałową, obraz przypominałaby tryptyk Ogród rozkoszy ziemskich Boscha, jeśli idzie o przesłanie oraz pełen zaszyfrowanych napomknień i symboli język. Jak już niejednokrotnie, pisałam jest to charakterystyczne również dla Kirscha. W podrozdziale Mur z Podróży i potem odpowiednio z Wyspy jest mowa o Eliotowskim wybrzeżu z małymi jeziorkami wody. Morze jest symbolem Boga poza universum, a pozostające w obrębie strefy przejściowej jeziorka symbolizują iskierki światła, które w nas pozostały:

Jest w nas rzeka, morze nas otacza;
Morze jest krawędzią lądu, granitem
W który sięga, plaża, gdzie miota
Swe wczesne relikty i inne stwory:
Rozgwiazdę, kraba pustelnika, kręgi wieloryba;
W kałużach zostawia dla naszej ciekawości
Delikatniejsze algi i morskie anemony,
Wyrzuca co zgubiliśmy, niewody rozdarte,
Zgruchotane więcierze i złamane wiosło,
I narzędzia obcych, nieznanych zmarłych. Morze ma wiele głosów,
Wielu bogów i wiele głosów
                                                      Sól na jego dzikiej róży [22].

Cytat pochodzi z jednej z części Czterech kwartetów, o których także wspomina Kirsch, czyniąc aluzję do również aluzyjnie wspomnianego w Ziemi jałowej ogrodu róż. Cztery kwartety to poemat pocieszenia — koncert na cztery głosy, należące do czterech żywiołów; Burnt Norton — poświęcony powietrzu, East Coker — ziemi, Dry Salvages — wodzie, a Little Gidding — ogniowi.
Od definicji i podsumowania egzystencji jako istnienia pogrążonego w mętnym świetle, gdzie nie ma ani pełnej jasności, ani pełni mroku, poprzez opis drogi w dół, ku ciemności, ku śmierci, poprzez jej przezwyciężenie wiedzie nas Eliot do opisu przejścia, stanu harmonii i łaski. W czwartej części Burnta Nortona pełnia świadomości przedstawiona jest także podobnie jak u Pounda i Kirscha jako wizja wirującego światła, rodzaj oka, którego źrenicą jest nieruchomy punkt — Logos. U Eliota iluminacja, przejście to snop światła, symbolizowany też przez słonecznik. Dla inicjowanego wytryska źródło wody życia, zapełnia się sucha sadzawka, otwierają się drzwi do różanego ogrodu, miłość przynosi radość i spełnienie w miejsce cierpienia i rozpaczy, słychać śmiech dzieci ukrytych w listowiu. U Kirscha Henryk Laporte zanurza ręce w basenie i chwyta rybę.
W ogrodzie niewinności, ogrodzie Marii-Eklezji, z tablicy środkowej Ogrodu rozkoszy ziemskich Boscha, woda życia tryska z dziwnej roślinno-kwiatowej fontanny przypominającej swymi elementami skorupę raka. W kształtach fontanny zwraca uwagę połączenie emblematów Słońca i Księżyca.

Krab-fontanna jest macierzyńsko-ojcowskim, androgynnym źródłem życia, w którym woda — pierwiastek żeński — jest naczyniem, a światło, promień (ogień) — zapładniającym męskim pierwiastkiem. Poniżej fontanny widnieje okrągła sadzawka „dzieci Wenus”, stoją w niej nagie kobiety z rozpuszczonymi długimi włosami, są tam także dwie splecione w uścisku pary. Na głowach jednych kobiet siedzą ptaki, innych — spoczywają owoce. W ogrodzie pojawiają się też „ptaki alchemiczne”, trzymające gałązki z owocami lub owoce służące za pokarm tam przebywającym — spośród których jedni jedzą jabłka w gaju owocowym, inni zaś — większe od nich samych winne grona ale najczęściej pojawia się wizerunek poziomki, która, jak wierzono, była pokarmem zbawionych.

Ostatni wspólny obiad Marii, Dawida, Adama, Ewy, Anny i Pawła składa się z samych — rozmaicie podanych — jagód, które w symbolicznej poetyce Kirscha są bardzo znaczące. Inny wyraz tej samej idei raju to „święte truskawkowe gaje”, o których pamięć przechowuje Henryk Laporte.
Henryk Laporte wyciągnął nogi i powiedział:
— Kiedyś w czerwcu 1974 roku szedłem obok pola truskawek i widziałem rosnące tam skrzypy...

Było więc i to, zachowane w czyjejś pamięci: święte gaje truskawkowe rosły nieskażone. Istnienie powolne i leniwe jak zmiany pór roku: istnienie plantatorów truskawek, nieznanych chudzielców, chodzących jak bociany wśród nieskażonych gajów. Ich rozmowy toczone ponad zaroślami wilgotnych naprawdę lub wilgotnych w domyśle truskawek. Życie ślimaków bez skorup i innych zwierząt, którym jesteśmy przyjaźni. Dla których mamy wiele sympatii. [23]

Życie ślimaków bez skorup to życie ludzi bez lęku i mechanizmów obronnych, które w cywilizacji miłości nie są już potrzebne. „Święte truskawkowe gaje” to nawiązanie do świętych gajów starożytności (może celtyckich, a może Złotego Wieku) i zarazem do wielkiego symbolu kontrkultury lat sześćdziesiątych — określenia ziemi obiecanej hipisów, wywodzącego się ze słynnej piosenki Beatlesów Strawberry Fields Forever, która wzywa do przebudzenia z letargu i ułudy.

W latach, w których Kirsch pisał książkę, stolica światowego ruchu, dzielnica San Francisco — Ashbury (zwana nie bez kozery Hashberry), zaczynała się przeistaczać z tętniącego życiem, rzeczywistego centrum w rodzaj turystycznej atrakcji. Amerykańskie społeczeństwo zaczynało już „radzić sobie” z buntem młodych: z jednej strony wchłaniając i przywłaszczając symbole, czyniąc z nich przedmiot komercjalnych manipulacji, jeszcze jeden towar, a z drugiej istotne idee, sens ruchu był wypaczany i zohydzany przez sterowane środki masowego przekazu. Ruch hipisowski łączono usilnie z narkomanią, chorobami wenerycznymi, a poprzez proces długowłosego psychopaty Mansona — z gwałtem i zbrodnią. Wybitni działacze, jak Timothy Leary zostają „zdezawuowani” i oskarżeni, a często uwięzieni, mimo ich publicznych wypowiedzi przestrzegających przed traktowaniem LSD jako używki, a usilnie przestrzegających przed używaniem narkotyków w ogóle.

Jak średniowieczni alchemicy — głoszą wyznawcy psychedelicznej rewolucji — współcześnie biochemicy psychedeliki, zmuszeni są do konspiracji. Rezultaty ich badań zawarte są w języku alegorii koniecznej w epoce bardziej wrogiej wobec przemian niż średniowiecze. [24]

Amerykańska kontrkulturowa wiosna końca lat sześćdziesiątych była w dużej mierze efektem odwrotu części intelektualistów od materialistycznego praktycyzmu świadomości państwa korporacyjnego — ku duchowości. Przede wszystkim myślę tu o wpływie idei kosmicznej religii wysławianej ongi przez Walta Whitmana oraz pisarstwie Aldousa Huxleya, który zgłębiwszy w swych poszukiwaniach filozofie ezoteryczne wielu kultur, prowadził doświadczenia z środkami psychodelicznymi (z gr. psyche- delos — rozjaśnienie duszy) dla otwarcia „wrót percepcji”. Dzięki niemu też powstało pojęcie rewolucji świadomości, często później używane przez kontrkulturę, i jego wpływom zawdzięczano wielkie zainteresowanie mistyką orientu. Żywiołowej popularności doczekała się wówczas twórczość Hermana Hessego, autora Sidharthy i Wilka stepowego, co stało się za sprawą tak bliskiego buntującej się młodzieży światopoglądu, wyrażonego w powieściach, w których dochodzi do obnażenia jałowości kultury Zachodu, miałkości jej autorytetów, propagowana zaś jest idea indywidualnych poszukiwań istoty życia.

Do synkretycznego łączenia religii Wschodu z psychodeliczną koncepcją zmiany świadomości przyczyniła się także popularna wtedy hipoteza o psychodelicznym zastosowaniu wedyjskiego napoju bogów — somy, pochodzącej według Rigwedy od Słońca i przenoszącej jego światło (Dodam, że wiele symboli solarnych, jak choćby egipski krzyż Anch było wówczas w powszechnym użyciu, a Słońce kreowano bogiem Ery Miłości). W 1960 roku Timothy Leary, psycholog, pracownik naukowy Harvardu zażywa peyotlu i przeżywa swoją słynną wizję, którą opisując wyznaje:

Zrozumiałem, że umarłem, że gra, którą ja, Timothy prowadziłem skończyła się. [...] Odkrycie, że ludzki mózg posiada nieskończone możliwości rozwoju i może pracować w nieoczekiwanych wymiarach przestrzenno-czasowych, przyniosło mi wielką radość, a zarazem uczucie grozy; przekonało mnie, że obudziłem się z ontologicznego snu [25].

O chwili tej śmierci i o Timothy Leary’m śpiewa w często przywoływanej przez Kirscha („oddajmy hołd”) piosence Legend of the Mind zespół Moody Blues. „Biochemiczna rewolucja” Leary’ego, podobnie jak większość zorientowanych soteriologicznie ruchów, uległa na skutek niedojrzałości, niedostatecznej konsekwencji — instytucjonalizacji z wszystkimi jej paraliżującymi następstwami: rytualnym skostnieniem, mitomanią, podatnością na manipulacje. Przyspieszona ewolucja człowieka nie powiodła się. Jej zwolennicy, propagatorzy rytmu: drop out (odpadnij), turn on (włącz, otwórz się), tune in (dostrój się), przyrównujący siebie do pierwszych amerykańskich osadników zasiedlających Nową Ziemię, ulegli rozproszeniu.

Do wielu znaczeń, jakie niesie poemat Kirscha dodaję jeszcze to, że jest on hołdem złożonym idei tamtych czasów i w jakiś sposób ich dzieckiem, wysłanym w kapsule w ten nieprzyjazny, nierzeczywisty świat.


Kiedy byłem dzieckiem w domu Ojca mego, w Królestwie, radowałem się żyjąc w bogactwie i wspaniałości.
Aż moi rodzice wysłali mnie daleko z naszej ojczyzny, ze Wschodu, dając mi na drogę ze skarbca brzemię duże ale do dźwigania lekkie.
Zdjęli ze mnie suknię chwały w którą ich miłość mnie była oblekła i płaszcz z purpury tak utkany, że był w sam raz na mnie.
I wypisali w moim sercu, abym nie zapomniał: „Zstąpisz do Egiptu i przyniesiesz Perłę, która leży pośrodku morza owinięta cielskiem ziejącego smoka, a wtedy włożysz znowu twoją suknię chwały i twój płaszcz i razem z twoim bratem, naszym namiestnikiem, odziedziczysz Królestwo”.
Wyruszyłem ze Wschodu i schodziłem w dół, mając za towarzyszy dwóch królewskich wysłańców, bo droga była niebezpieczna i trudna, a ja młody na taką podróż.
Przekroczyłem granice Maiszanu, gdzie zbierają się kupcy ze Wschodu, i przybyłem do kraju Babel i wszedłem w mury miasta Sarbug. Stamtąd udałem się w dół do Egiptu i moi towarzysze pożegnali się ze mną.
Poszedłem prosto do smoka i zatrzymałem się w gospodzie obok jego gospody, czekając aż zaśnie i będę mógł zabrać mu Perłę.
Sam jeden, trzymając się osobno, byłem obcy wśród bawiących się w gospodzie, ale zobaczyłem kogoś z mego plemienia, pięknego i wdzięcznego młodzieńca, syna królów. Przywiązał się do mnie, a kiedy wyjawiłem mu po co tam się znalazłem, ostrzegł mnie przed Egipcjanami i towarzystwem nieczystych.
Ja jednak ubrałem się w ich szaty, aby nie podejrzewali mnie, że przychodzę z innych stron szukając Perły i nie pobudzili przeciwko mnie smoka.
Ale rozpoznali, że nie jestem z nich i świadczyli mi grzeczności i mieszali chytrość z napojem i dali mi spróbować ich mięsiwa.
Wtedy zapomniałem, że jestem synem Króla i służyłem ich królowi. Zapomniałem o Perle po którą posłali mnie rodzice. Dla ciężkości ich pokarmu zapadłem w głęboki sen.
Moi rodzice wiedzieli co działo się ze mną i martwili się o mnie. Ogłoszono w naszym Królestwie, że wszyscy mają zebrać się u naszych bram. I królowie oraz książęta kraju Partów i wszyscy wielcy Wschodu uradzili co robić abym nie został w Egipcie. I napisali do mnie list, a każdy z wielkich podpisał się swoim imieniem:
„Od Ojca twego, Króla królów, i matki twojej, władczyni Wschodu, i brata twego, naszego namiestnika, tobie, naszemu synowi w Egipcie, pozdrowienie. Zbudź się i wstań ze swego snu i pojmij słowa naszego listu. Przypomnij sobie, że jesteś synem Króla: zważ, w czyją służbę niewolną wstąpiłeś. Pamiętaj o Perle, dla której wyruszyłeś do Egiptu. Przypomnij sobie twoją suknię chwały, miej w pamięci twój świetny płaszcz, abyś mógł je oblec i przyozdobić się nimi i oby twoje imię czytano w księdze bohaterów i abyś razem z bratem twoim, naszym namiestnikiem, odziedziczył Królestwo”.
Niby poseł był list ten, zapieczętowany królewską ręką przeciwko złym siłom, synom Babelu i nieposłusznym demonom Sarbug. Wzbił się w kształcie orła, króla ptaków, i leciał aż usiadł przy mnie i cały stał się mową.
Na jego głos zbudziłem się i wstałem ze snu, wziąłem go, ucałowałem, złamałem jego pieczęć i zacząłem czytać. Jak to, co nosiłem wypisane w sercu, były słowa listu. Przypomniałem sobie, że jestem królewskim synem i że moja dusza urodzona w wolności tęskni do swoich. I przypomniałem sobie Perłę, po którą posłano mnie do Egiptu.
Rzuciłem czary na straszliwego, ziejącego smoka i sprowadziłem na niego sen wymawiając nad nim imię Ojca mego, imię naszego namiestnika i imię mojej matki, królowej Wschodu.
Zabrałem Perłę i wyruszyłem w drogę powrotną do domu mego Ojca. Zrzuciłem z siebie ich plugawe i nieczyste szaty, i zostawiłem je za sobą w ich krainie. A tak kierowałem się, żebym mógł trafić wprost na światło naszej ojczyzny, Wschodu.
Przede mną leciał list, który mnie zbudził. I tak jak poprzednio zbudził mnie swoim głosem, tak teraz prowadził mnie swoim światłem jaśniejąc przed mymi oczyma i swoim głosem uśmierzał mój strach i swoją miłością zachęcał.
Moją suknię chwały, którą kiedyś nosiłem i mój płaszcz, który mnie kiedyś okrywał moi rodzice posłali na moje spotkanie przez zaufanych skarbników.
Kiedy zobaczyłem suknię, nagle wydała mi się lustrzanym podobieństwem mnie samego. Widziałem, że jestem w niej cały i że ona cała jest we mnie, że byliśmy w rozłące a przecie jednym i tym samym, tak samo ukształtowani.
I obraz Króla królów był na niej przedstawiony wszędzie, i cała mieniła się od poruszeń tajemnej wiedzy.
Wiedziałem, że zacznie mówić i łowiłem uchem dźwięki jej pieśni, które szeptała w swojej drodze na dół:
„Ja jestem sprawczyni jego czynów, jego, dla którego wyrosłam w domu Ojca, i poznawałam po sobie, że ogromnieję tak jak jego dzieła”.
I dostojna w swoich ruchach cała dąży ku mnie i z rąk niosących ją śpieszy, abym ją wziął, a mnie też moja miłość pobudziła i pobiegłem ku niej aby ją przyjąć.
Wyciągnąłem ręce i wziąłem ją i przybrałem na się piękno jej barw, i całego siebie okryłem królewskim płaszczem.
Tak obleczony wstąpiłem w bramę powitań i uwielbień.
Pochyliłem głowę i wielbiłem wspaniałość Ojca mego, który ją dla mnie posłał, którego rozkazy wypełniłem, tak jak on wypełnił co był obiecał.
Przyjął mnie z radością i byłem z nim w jego królestwie i wszyscy jego słudzy chwalili go dźwiękiem muzyki za to, że, jak obiecał, przybyłem na dwór Króla królów i przyniósłszy Perłę ukazałem się razem z nim. [26]

Przypisy
[1] Leszek Engelking, I „Sagetrieb” „Paideuma”. W: „Literatura na świecie” nr 1/1985, s. 319.
[2] Thomas Stearns Eliot, Szkice krytyczne, przeł. Maria Niemojowska. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1972, s. 76.
[3] Tamże, s. 80.
[4] LC. s. 15.
[5] LC. s. 14.
[6] Poprzez własny, oddający ducha poezji de Borna utwór (przyp. B.R.).
[7] Leszek Engelking, Trzy utwory Ezry Pounda („de Aegypto”, „Sestyna: Altaforte”, „Pieśń IV”) objaśnienia. W: „Literatura na świecie” nr. 1/1985, s. 70.
[8] LC. s. 234.
[9] Ezra Pound, Poezje wybrane, przeł. Leszek Engelking. Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1989, s. 108.
[10] LC. s. 120.
[11] LC. s. 237.
[12] Michel Butor, Poetycka próba Ezry Pounda, przeł. Józef Waczków. W: „Literatura na świecie” nr.1/1985, s. 284.
[13] Tamże, s. 286.
[14] LC. s. 160.
[15] LC. s. 20.
[16] LC. s. 12.
[17] Leszek Engelking, Ezra Pound. W: Literatura na świecie nr. 1/1985, s. 312.
[18] LC. s. 165.
[19] Thomas Stearns Eliot, Poezje, tłumacze różni. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978, s. 51, przekład Artura Międzyrzeckiego.
[20] Thomas Stearns Eliot, Poezje, cyt. wyd. s. 61.
[21] Thomas Stearns Eliot, Wybór poezji. Wrocław 1990, s. 132.
[22] Thomas Stearns Eliot, Poezje, cyt. wyd. s. 201.
[23] LC. s. 199.
[24] Stanisław Tokarski, Orient i kontrkultury. Wiedza Powszechna, Warszawa 1984, s. 173.
[25] Stanisław Tokarski, Orient i kontrkultury, cyt. wyd. s. 171.
[26] Hymn o Perle. W: Czesław Miłosz, Hymn o perle. Wydwnictwo Literackie, Kraków 1983. s. 7.

Prezydent USA o reinkarnacji :)


John Adams, w 1914 r. napisał list do innego byłego prezydenta, „mędrca z Monticello”, Thomasa Jeffersona, w którym wyłożył w sposób bardzo prosty platońską doktrynę reinkarnacji: „W efekcie buntu przeciw Najwyższej istocie, niektóre dusze zostały strącone w dół do regionów całkowitej ciemności. Następnie po zwolnieniu z tego więzienia, otrzymały one pozwolenie na zstąpienie na ziemię i migrację w ciała różnych zwierząt, gadów, ptaków, bydląt, ludzi, zgodnie z ich zaszeregowaniem i charakterem. Jeśli przeszły ją bez zastrzeżeń, otrzymały pozwolenie na wcielenie się w krowy i ludzi” (list do Thomasa Jeffersona, marzec 1814. „Korespondencja Johna Adamsa”.

Za: Coming Back, Tajemnice reinkarnacji, The Bhaktivedanta Book Trust 1990).

sobota, 1 lutego 2014

Jagnięta i rzeźnik


Jesteśmy podobni do jagniąt, igrających na łące, podczas gdy rzeźnik wybiera już wzrokiem to czy tamto z nich; nie wiemy bowiem - w swych dobrych dniach - jakie nieszczęście już nam los gotuje: chorobę, prześladowanie, zubożenie, okaleczenie, oślepnięcie, obłąkanie, śmierć etc. Historia ukazuje nam życie narodów; i nie ma do opowiedzenia nic poza wojnami i buntami. Lata pokoju jawią się tylko jako krótkie pauzy, antrakty, sporadyczne epizody. I tak właśnie życic jednostki jest ustawiczną walką - nic samą metaforyczną walką z nędzą lub nudą, lecz też w rzeczywistości z innymi. Człowiek znajduje wszędzie przeciwnika, żyje w ciągłym zmaganiu się, i umiera z bronią w ręku.

Do męki naszego istnienia przyczynia się niemało i to, że czas nas stale nagli, nie pozwala nam odsapnąć, i kryje się za każdym, niczym nadzorca z biczem. - Jedynie temu nie dokucza, kogo oddał na łup nudy.

Schopenhauer, Metafizyka życia i śmierci,
tłumaczenie Józef Marzęcki