tak, wiem, że z tobą jam nie para
z innej przybyłem tu krainy
mnie się podoba nie gitara,
lecz dzikiej zurny dźwięk jedyny
wiersze me czytam nie w salonie
ciemnym sukienkom i ubraniom
lecz wodospadom w głazów łonie
smokom, obłokom nad otchłanią
jak smagły Arab chcę w oazie
przypaść do wody, pić namiętnie
a nie jak rycerz na obrazie
wpatrzony w gwiazdy, czekać smętnie...
Nikołaj Gumilow
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
wtorek, 23 kwietnia 2013
Ballada
Pięć rumaków darował mi druh mój Lucyfer
Oraz pierścień cudowny, złoty pierścień z rubinem,
Bym w pieczary zagłębiał się chłodne i ciche,
Lice nieba o jutrzni podpatrywał niewinne.
Uderzały kopytem rumaki, wabiące
W ziemskie dale zwodnicze, w przygodę i przestrzeń,
I wierzyłem, że dla mnie zapala się słońce
Lśniąc jak rubin, gdy złoty obraca się pierścień.
W gwiezdną noc, blady świt – rozwiewały się grzywy,
Wędrowałem, nie znając ni snu, ni wytchnienia.
I bawiły mnie czarnych rumaków porywy
I rozbłyski mojego złotego pierścienia.
Hen, na szczytach poznania – szaleństwo i śnieg,
Ale spiąłem rumaki, smagnąłem je biczem
I na szczyty poznania skierowałem ich bieg,
I ujrzałem tam panią ze smutnym obliczem.
Drżał jak struna jej głos – z odpowiedzią pytanie
W zagadkowych, zielonych zlewało się oczach.
Przeto pierścień oddałem księżycowej tej pani
Za mieniącą się złudnie rozrzutność warkocza.
I wzgardziwszy mną wtedy, i drwiąc ze słabego,
Wrota w mroczne przepaście Lucyfer mi rozwarł
I darował mi druh mój rumaka szóstego,
Zaś ostatni ten rumak na imię miał Rozpacz.
Nikołaj Gumilow
przełożył Wiktor Woroszylski
Oraz pierścień cudowny, złoty pierścień z rubinem,
Bym w pieczary zagłębiał się chłodne i ciche,
Lice nieba o jutrzni podpatrywał niewinne.
Uderzały kopytem rumaki, wabiące
W ziemskie dale zwodnicze, w przygodę i przestrzeń,
I wierzyłem, że dla mnie zapala się słońce
Lśniąc jak rubin, gdy złoty obraca się pierścień.
W gwiezdną noc, blady świt – rozwiewały się grzywy,
Wędrowałem, nie znając ni snu, ni wytchnienia.
I bawiły mnie czarnych rumaków porywy
I rozbłyski mojego złotego pierścienia.
Hen, na szczytach poznania – szaleństwo i śnieg,
Ale spiąłem rumaki, smagnąłem je biczem
I na szczyty poznania skierowałem ich bieg,
I ujrzałem tam panią ze smutnym obliczem.
Drżał jak struna jej głos – z odpowiedzią pytanie
W zagadkowych, zielonych zlewało się oczach.
Przeto pierścień oddałem księżycowej tej pani
Za mieniącą się złudnie rozrzutność warkocza.
I wzgardziwszy mną wtedy, i drwiąc ze słabego,
Wrota w mroczne przepaście Lucyfer mi rozwarł
I darował mi druh mój rumaka szóstego,
Zaś ostatni ten rumak na imię miał Rozpacz.
Nikołaj Gumilow
przełożył Wiktor Woroszylski
Marzenia
W opuszczonych domostwa ścianach,
na pustkowiu, w mroku zimowym
stary kruk i żebrak w łachmanach
o marzeniach wiedli rozmowy.
Kruk, skrzydłami trwożnie trzepocząc
opowiadał w dreszczu ekstazy,
że na gruzach zamczyska nocą
czarodziejskie widział obrazy.
Że we wzlocie dumnym i śmiałym
o ponurym zapomniał świecie,
był cudownym łabędziem białym,
brudny żebrak – wspaniałym księciem.
Żebrak łkał bezsilnie i głucho,
noc ciężarem legła wokoło.
Przechodząca obok starucha
znakiem krzyża kreśliła koło.
Nikołaj Gumilow
przełożyła Danuta Wawiłow
na pustkowiu, w mroku zimowym
stary kruk i żebrak w łachmanach
o marzeniach wiedli rozmowy.
Kruk, skrzydłami trwożnie trzepocząc
opowiadał w dreszczu ekstazy,
że na gruzach zamczyska nocą
czarodziejskie widział obrazy.
Że we wzlocie dumnym i śmiałym
o ponurym zapomniał świecie,
był cudownym łabędziem białym,
brudny żebrak – wspaniałym księciem.
Żebrak łkał bezsilnie i głucho,
noc ciężarem legła wokoło.
Przechodząca obok starucha
znakiem krzyża kreśliła koło.
Nikołaj Gumilow
przełożyła Danuta Wawiłow
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Zielone kategorie
Nigdy zapewne, Prytherchu, nie słyszałeś o Kancie?
Osobliwy to był człowiek! Cóż by on powiedział
o twoim życiu, wolnym od walki
przeciwieństw; wolnym także
od chwiejnej myśli toczącej bój
ze światem, który sama stworzyła?
Tu wszystko jest pewne;
przedmiot wrośnięty w żywy
kwiat, drzewo i kamień. Nawet gdy śpisz
w niskiej izbie, ciemna zieleń
prze na belki. Czas i przestrzeń
nie są posłuszną twej woli
matematyką, tylko zielonym kalendarzem
za którym podąża twoje serce. Jakżebyś inaczej
odnalazł drogę do domu albo wiedział kiedy umrzeć,
powoli i cierpliwie jak ci,
którzy z głębi zielonego przypływu
wznieśli te kamienie przy drodze?
Na nic tu jego logika. Ale i twoja myśl
zachwiałaby się pod nagłym powiewem
zimnego geniuszu. A jednak
gdyby dane wam było spotkać się w ogrodzie, chronionym
przed ciągłym zalewem dzikiej zieleni, doszlibyście do zgody,
z tą samą wiarą, przy niebieskim płomieniu gwiazd.
R.S.Thomas
przełożył Antoni Orzech
Osobliwy to był człowiek! Cóż by on powiedział
o twoim życiu, wolnym od walki
przeciwieństw; wolnym także
ze światem, który sama stworzyła?
Tu wszystko jest pewne;
przedmiot wrośnięty w żywy
kwiat, drzewo i kamień. Nawet gdy śpisz
w niskiej izbie, ciemna zieleń
prze na belki. Czas i przestrzeń
nie są posłuszną twej woli
matematyką, tylko zielonym kalendarzem
za którym podąża twoje serce. Jakżebyś inaczej
odnalazł drogę do domu albo wiedział kiedy umrzeć,
powoli i cierpliwie jak ci,
którzy z głębi zielonego przypływu
wznieśli te kamienie przy drodze?
Na nic tu jego logika. Ale i twoja myśl
zachwiałaby się pod nagłym powiewem
zimnego geniuszu. A jednak
gdyby dane wam było spotkać się w ogrodzie, chronionym
przed ciągłym zalewem dzikiej zieleni, doszlibyście do zgody,
z tą samą wiarą, przy niebieskim płomieniu gwiazd.
R.S.Thomas
przełożył Antoni Orzech
Kaplica
Na uboczu, opodal głównej drogi, wtopiona
w cichą, dziewiętnastowieczną szarość,
stoi kaplica, co swoją szpetotą nie zwabi
przejeżdżających tu
wycieczkowiczów. Samochody płyną
i rzeka płynie, i wartkie cienie
chmur, a kaplica coraz głębiej
zanurza się w trawie.
Lecz kiedyś, w podobny wieczór,
w mroku spowijającym audytorium,
pewien kaznodzieja zajął się ogniem
i płonął przed swymi słuchaczami
mocnym, dziwnym światłem, aż ujrzeli
świetność jałowych gór
wokół i odśpiewali swoje amen
z pasją ludzi tępych, lecz
podatniejszych na zbawienie.
R. S. Thomas
przełożył Andrzej Szuba
w cichą, dziewiętnastowieczną szarość,
stoi kaplica, co swoją szpetotą nie zwabi
przejeżdżających tu
wycieczkowiczów. Samochody płyną
i rzeka płynie, i wartkie cienie
chmur, a kaplica coraz głębiej
zanurza się w trawie.
Lecz kiedyś, w podobny wieczór,
w mroku spowijającym audytorium,
pewien kaznodzieja zajął się ogniem
i płonął przed swymi słuchaczami
mocnym, dziwnym światłem, aż ujrzeli
świetność jałowych gór
wokół i odśpiewali swoje amen
z pasją ludzi tępych, lecz
podatniejszych na zbawienie.
R. S. Thomas
przełożył Andrzej Szuba
Występ
Będąc na tyle nieroztropnym, żeby ją poślubić,
Nigdy nie wiedziałem, kiedy nie gra.
„Kocham cię" - mówiła; słyszałem westchnienia
Z widowni. „Nienawidzę cię". Nigdy nie mogłem być pewny,
Że tam jeszcze są. Była śliczna. A ja byłem
Lusterkiem, przed którym robiła makijaż.
Umiejętnie zarządzałem falującą łąką
Jej ciała. Co wieczór na tej łące pasły się ich oczy.
Zdana na samą siebie, stoi teraz
Na kruchej estradzie i gra swoją ostatnią rolę.
Wyśmienita. Nigdy w całej swojej karierze
Nie była tak dobra. A jednak kurtyna
Opadła. Wyjdź zza niej, czarodziejko,
I odbierz hołd widzów. Spójrz, ja też klaszczę.
R. S. Thomas
tłumaczył Andrzej Szuba
Nigdy nie wiedziałem, kiedy nie gra.
„Kocham cię" - mówiła; słyszałem westchnienia
Z widowni. „Nienawidzę cię". Nigdy nie mogłem być pewny,
Że tam jeszcze są. Była śliczna. A ja byłem
Lusterkiem, przed którym robiła makijaż.
Umiejętnie zarządzałem falującą łąką
Jej ciała. Co wieczór na tej łące pasły się ich oczy.
Zdana na samą siebie, stoi teraz
Na kruchej estradzie i gra swoją ostatnią rolę.
Wyśmienita. Nigdy w całej swojej karierze
Nie była tak dobra. A jednak kurtyna
Opadła. Wyjdź zza niej, czarodziejko,
I odbierz hołd widzów. Spójrz, ja też klaszczę.
R. S. Thomas
tłumaczył Andrzej Szuba
Drogi spotkania
Jednemu Bóg mówi: Spotkasz
mnie w liczbach i cyfrach,
moją piękność zobaczysz w gwiazdach,
wykresach i równaniach mojego królestwa.
Twoje soczewki będą modlitwą
do moich przestrzeni: najdalsza
i najgłębsza, nigdy
mnie nie ogarną. Do
drugiego mówi: Jestem krzewem płonącym,
w samym środku twojego świata, odłóż
całą swą wiedzę i zbliż się do mnie
nagimi zmysłami. A do niego
rzekł: Ze względu na twą pychę
i posępność uczuć,
przyjdę do ciebie w najprostszy sposób,
w ciele człowieka powieszonego
na drzewie, które zamieniłeś
na budulec a ty mnie nie
poznasz.
R.S.Thomas
przełożył Antoni Orzech
mnie w liczbach i cyfrach,
moją piękność zobaczysz w gwiazdach,
wykresach i równaniach mojego królestwa.
Twoje soczewki będą modlitwą
do moich przestrzeni: najdalsza
i najgłębsza, nigdy
mnie nie ogarną. Do
drugiego mówi: Jestem krzewem płonącym,
w samym środku twojego świata, odłóż
całą swą wiedzę i zbliż się do mnie
nagimi zmysłami. A do niego
rzekł: Ze względu na twą pychę
i posępność uczuć,
przyjdę do ciebie w najprostszy sposób,
w ciele człowieka powieszonego
na drzewie, które zamieniłeś
na budulec a ty mnie nie
poznasz.
R.S.Thomas
przełożył Antoni Orzech
Słowo
Ukazało się pióro, a Bóg powiedział:
"Pisz czym jest byt
człowieczy". I moja dłoń na długo
zawisła nad czystą stronicą,
aż, jak ślady stóp
zagubionego wędrowca, litery
wypełniły pustkę
kartki, a ja wyczytałem
z nich słowo "samotność". I ręka już drgnęła
by je zmazać, jednak ci wszyscy
czekający w oknie życia
zakrzyknęli gromko: "To prawda!"
R.S. Thomas
tłumaczenie Jabrzemski
"Pisz czym jest byt
człowieczy". I moja dłoń na długo
zawisła nad czystą stronicą,
aż, jak ślady stóp
zagubionego wędrowca, litery
wypełniły pustkę
kartki, a ja wyczytałem
z nich słowo "samotność". I ręka już drgnęła
by je zmazać, jednak ci wszyscy
czekający w oknie życia
zakrzyknęli gromko: "To prawda!"
R.S. Thomas
tłumaczenie Jabrzemski
Wrzosowisko
Jest piękne i milczące;
powietrze rozrzedzone
jak wnętrze katedry
oczekujące jakiejś obecności. To
również tutaj, z nicości,
wyłania się jastrząb, miękki jak
śnieg, o szponach z ognia,
ćwiartujący nagą ziemię,
by dopaść pierzchającej ofiary;
krążący nad zalążkiem krzyku,
obecny, potem nieobecny,
jak moja wiara w Boga.
R.S. Thomas
przełożył Andrzej Szuba
powietrze rozrzedzone
jak wnętrze katedry
oczekujące jakiejś obecności. To
również tutaj, z nicości,
wyłania się jastrząb, miękki jak
śnieg, o szponach z ognia,
ćwiartujący nagą ziemię,
by dopaść pierzchającej ofiary;
krążący nad zalążkiem krzyku,
obecny, potem nieobecny,
jak moja wiara w Boga.
R.S. Thomas
przełożył Andrzej Szuba
Nie, na początku była cisza
Nie, na początku była cisza,
która została przerwana słowami
zakazującymi jej przerywania.
Cisza: odgłos ptaka lądującego
na wodzie; odgłos myśli
na brzegu czasu, ćwicz prajęzyk
pierwszych ludzi. Echo
poczętego stwierdzenia w umyśle Boga.
R.S. Thomas
tłum. Katarzyna Idec, Agnieszka
Lewandowska, Natalia Sarbinowska
która została przerwana słowami
zakazującymi jej przerywania.
Cisza: odgłos ptaka lądującego
na wodzie; odgłos myśli
na brzegu czasu, ćwicz prajęzyk
pierwszych ludzi. Echo
poczętego stwierdzenia w umyśle Boga.
R.S. Thomas
tłum. Katarzyna Idec, Agnieszka
Lewandowska, Natalia Sarbinowska
niedziela, 21 kwietnia 2013
Nie mogę się doliczyć swoich twarzy
nie
mogę się doliczyć swoich twarzy
pozuję dla jutra
jestem nieskończenie jutrzejszy
cała rodzina spojrzeń
tłoczy się w moich oczach
Henri Meschonnic
tłum. Krystyna Rodowska
pozuję dla jutra
jestem nieskończenie jutrzejszy
cała rodzina spojrzeń
tłoczy się w moich oczach
Henri Meschonnic
tłum. Krystyna Rodowska
sobota, 20 kwietnia 2013
Bogini urody
Jak więc ją nazwać, tę kobietę na plaży?
Jest ofiarą swej własnej piękności
i złotej pajęczyny pochlebstwa.
Powiedzmy: bogini urody.
Gdy pokazała się już swym wielbicielom
wraca do domu w swój ołtarz w lustro
wielbić się w świątyni pielęgnacji cery.
Skraca drogę idąc przez cmentarz,
gdzie może mimochodem przejrzeć się cała
w błyszczących pomnikach.
Harry Martinson
tłum. Michał Sprusiński
Jest ofiarą swej własnej piękności
i złotej pajęczyny pochlebstwa.
Powiedzmy: bogini urody.
Gdy pokazała się już swym wielbicielom
wraca do domu w swój ołtarz w lustro
wielbić się w świątyni pielęgnacji cery.
Skraca drogę idąc przez cmentarz,
gdzie może mimochodem przejrzeć się cała
w błyszczących pomnikach.
Harry Martinson
tłum. Michał Sprusiński
Późno narodzone roje latających istot
Późno narodzone roje latających istot
prą naprzód pod odlistnionymi drzewami.
Zatrzymują się w osłoniętych miejscach
i zdają się tańczyć w dół i w górę,
tam gdzie słońce jesienne jeszcze przygrzewa.
Nikt nie wypowie ich nazw i rodzajów,
dopóki wiatr jesienny nie wydmie ich z tego roku,
hen na bezdomne powietrzne odmęty.
Gdyby każda z nich mogła nazwać się słowem,
to z wiatrem ulatywałaby mowa życia.
Życie i śmierć, tych dwoje wielkich rozrzutników,
gra tej nocy krociami.
Niezliczone i niezmierne prawie wszystko, co widzimy,
zawsze wywirowuje, na wieczne roztrwonienie.
Harry Martinson
przełożył Leonard Neuger
prą naprzód pod odlistnionymi drzewami.
Zatrzymują się w osłoniętych miejscach
i zdają się tańczyć w dół i w górę,
tam gdzie słońce jesienne jeszcze przygrzewa.
Nikt nie wypowie ich nazw i rodzajów,
dopóki wiatr jesienny nie wydmie ich z tego roku,
hen na bezdomne powietrzne odmęty.
Gdyby każda z nich mogła nazwać się słowem,
to z wiatrem ulatywałaby mowa życia.
Życie i śmierć, tych dwoje wielkich rozrzutników,
gra tej nocy krociami.
Niezliczone i niezmierne prawie wszystko, co widzimy,
zawsze wywirowuje, na wieczne roztrwonienie.
Harry Martinson
przełożył Leonard Neuger
Subskrybuj:
Posty (Atom)