piątek, 4 lipca 2014

Efekt negatywności w procesach wnioskowania o przyczynach zachowań


Dane zebrane przez badaczy atrybucji na przestrzeni ostatnich dwu­dziestu lat dostarczają sporej liczby dowodów na obecność efektu negatywności w procesach wnioskowania o przyczynach zachowań (Kanouse i Hanson, 1971; Markus i Zajonc, 1985). Efekt ten, co ciekawe, jest jednak znacznie bardziej wyrazisty i powszechny dla klasy takich zacho­wań, które umownie moglibyśmy nazwać „niemoralnym i” , tzn. niezgod­nymi z akceptowanymi w danym społeczeństwie normami współżycia społecznego. Efekt ten okazuje się natomiast zdecydowanie słabszy w od­niesieniu do takich zachowań, które wyrażają prywatne umiejętności ak­tora. Innymi słowy, o ile zachowanie niemoralne niemal bez wyjątku i niezależnie od sytuacji, w której miało miejsce, prowadzi do diagnozy cechy niemoralności u jego aktora, o tyle zachowanie nieinteligentne spo­strzegane jest jako stosunkowo mało diagnostyczne dla cechy „braku inteligencji” (każdemu od czasu do czasu zdarza się postąpić głupio).

W sekwencji pozytywnych i negatywnych zachowań każdej z tych dwóch kategorii, nawet pojedyncze zachowanie niemoralne może przesądzić o atrybucji cechy niemoralności, podczas gdy cecha „moralności” istot­nie rzadziej wywiedziona zostanie z pojedynczego zachowania moralnego (nawet Świnia czasem postąpi uczciwie). Z kolei, pojedyncze zachowanie mało inteligentne rzadko prowadzić będzie do jednostronnej diagnozy głupoty jego wykonawcy, podczas gdy pojedyncze zachowanie inteligentne może być natychmiast potraktowane jako wyraz trwałej predyspozycji aktora do zachowań tego rodzaju (widocznie stać go na to).

Ludzie wydają się zatem dysponować ustrukturyzowaną wiedzą o tym, do czego może być zdolna osoba charakteryzująca się określoną cechą osobowości (jakich zachowań można się po niej spodziewać), a wiedza ta okazuje się mieć inną strukturę dla zachowań różnej treści.

Skłonni jesteśmy zatem sądzić, że jest mniej prawdopodobne, aby czło­wiek moralny zachował się niemoralnie, niż żeby człowiek niemoralny postąpił moralnie. Równocześnie skłonni jesteśmy sądzić, że częstszym będzie mało inteligentne zachowanie u człowieka skądinąd inteligentne­go, niż zachowanie inteligentne u kogoś, kogo natura nie obdarzyła in­teligencją. Ta właśnie asymetria schematów implikacyjnych „cecha-zachowanie” odpowiedzialna jest za obecność efektu negatywności w dzie­dzinie funkcjonowania moralnego człowieka oraz za brak tego efektu, a nawet występowanie analogicznego efektu pozytywności wówczas, gdy chodzi o ludzkie umiejętności.

Lewicka, Aktor czy obserwator?

Odrzucenie celów życiowych – filozofia absurdu


Odrzucając życie Cioran kwestionuje także przyjmowane zarówno przez filozofów, jak i przez większość zwykłych śmiertelników cele życiowe. Nie dyskutuje z jakąś konkretną koncepcją celu życiowego, ale odrzuca wszelkie cele, odrzuca bowiem ideę życia zdążającego do celu. Owo odrzucenie przyjmuje postać dramatycznego i obezwładniającego pytania: Czy życie ma jakiś sens? „Uczestnicząc w pogrzebie – zauważa Cioran – przecież nie powiemy sobie, że sensem tego oto życia było umrzeć. Nie ma celu samego w sobie. To złudzenie celu jest wielkim motorem, tyle tylko że ten, kto go posiada, nie wie, że jest to czysta iluzja”46. „Dla zwierzęcia życie jest wszystkim, dla człowieka jest ono znakiem zapytania (...) I nigdy jej [odpowiedzi] nie otrzyma, gdyż życie nie tylko nie ma żadnego sensu, ale i mieć go nie może”47.

Z najbardziej dramatycznym odrzuceniem w myśli Ciorana mamy do czynienia wtedy, gdy autor Pokusy istnienia kwestionuje sam fenomen życia. „Drogą refleksji oraz wewnętrznego doświadczenia odkryłem, że nic nie ma sensu, że życie nie ma żadnego sensu”48. Cioran urąga życiu w sposób najbardziej dramatyczny i spektakularny, obrzuca je największymi obelgami, stąd być może wywodzi się jego koncepcja samobójstwa. Życie da się znosić jedynie dzięki świadomości, że możemy je porzucić, kiedykolwiek zechcemy. Zawsze możemy zrezygnować z życia. „Jest ono na naszej łasce”49. Odrzucenie życia, chociaż u Ciorana mające charakter ostatecznej możliwości, jak sam mówi, rodzi się z uczucia niewygody, niedopasowania. „Czuję się niewygodnie w istnieniu, nie tylko w kulturze, ale w ogóle w istnieniu. Jest to coś fundamentalnego”50. Owa fundamentalność niewygody w istnieniu jest być może poszukiwanym źródłem Cioranowskiej filozofii odrzucenia. O randze, a zarazem złożoności tej kwestii świadczą niektóre wypowiedzi Ciorana dotyczące paradoksalności własnego istnienia: „Paradoks mej natury polega na tym, że istnienie pasjonuje mnie, a jednocześnie wszystkie moje myśli są wrogie życiu”51. Stąd jego poczucie tragiczności. „Ta tragedia jest czymś pierwotnym; problem tkwi w tym, że bycie człowiekiem jest samo w sobie czymś tragicznym”52. Nasze życie nie ma celu, bowiem już u samego początku zostało skalane grzechem. Natura ludzka została zepsuta w zarodku. Źródłem tego grzechu był wybór drzewa poznania.

47 E.M. Cioran, Na szczytach rozpaczy..., s. 153.
48 Z Cioranem rozmawia Leo Gillet [w:] Rozmowy z Cioranem..., s. 55.
49 Tamże, s. 79.
50 Z Cioranem rozmawia Fritz J. Raddatz [w:] Rozmowy z Cioranem..., s. 147.
51 Z Cioranem rozmawia Helga Perz [w:] Rozmowy z Cioranem..., s. 26.
52 Z Cioranem rozmawia Louis Jorge Jalfen [w:] Rozmowy z Cioranem..., s. 85


Janina Filek
(fragment eseju Filozofia odrzucenia – wokół myśli Emila Ciorana )

czwartek, 3 lipca 2014

Historyk-optymista to sprzeczność w założeniu


Jeśli zaczniemy zgłębiać historię, rozmyślać o niej, jest absolutnie niemożliwe nie popaść w pesymizm. Historyk-optymista to sprzeczność w założeniu. Kogoś takiego w ogóle nie mogę sobie wyobrazić. Co do mnie, historię jako dyscyplinę teoretyczną odkryłem dość późno; w młodości byłem zbyt dumny, aby czytać historyków. W młodości czytałem tylko filozofów, potem zarzuciłem filozofów i zacząłem czytać poetów. A około czterdziestki odkryłem historię, której nie znałem. No i zdjęło mnie przerażenie. To największa lekcja cynizmu, jaką można sobie wyobrazić. Niech pan weźmie jakąkolwiek epokę w historii, niech pan ją przestudiuje bodaj trochę głębiej, a wnioski do jakich pan dojdzie, bez wątpienia będą okropne. Dla ludzi ze wschodniej Europy, którzy zawsze byli przedmiotami historii, jest ona czymś wstrętnym. Moja wizja rzeczy była zawsze, powiedzmy, niemiła; jednak z chwilą odkrycia historii utraciłem wszelkie złudzenia. To naprawdę dzieło diabła! Niech pan sam pomyśli – pan, który przecież też coś przeżył – o wszystkich wydarzeniach jakich był pan mniej lub bardziej bezpośrednim świadkiem; jaki z nich płynie wniosek? Otóż taki, że wszelkie wartości moralne i inne, o których się mówi, nie mają żadnej realności, żadnej skuteczności. Historia to nieodwołalny rozwój wydarzeń, nad którymi człowiek próbuje zapanować, sądząc, że to możliwe. Ale jest w błędzie. (…)

Rozmowy z Cioranem
tłumaczenie: Ireneusz Kania
s. 54-55

Asystowałem incognito przy stopniowym obumieraniu mojego życia ...


Asystowałem incognito przy stopniowym obumieraniu mojego życia, przy powolnym rozkładzie wszystkiego, czym chciałem być. Mogę wypowiedzieć tą prawdę, której nie trzeba zdobić kwiatami, aby widziano, że jest martwa: wszystko czego pragnąłem, i wszystko, z czym przez chwilę łączyło się moje marzenie tylko o tej chwili, rozsypało się przed moimi oknami w proch jak kamyk, który wypadł z doniczki na wysokim piętrze. Wydaje mi się wręcz, że los zawsze dążył do tego, abym kochał i pragnął tego, co on trzymał w zanadrzu tylko po to, abym następnego dnia się przekonał, że tego nie mam i mieć nie będę.

Mimo iż jestem ironicznym widzem samego siebie, nigdy się nie zniechęciłem do śledzenia życia. A ponieważ wiem dzisiaj, że każda nikła nadzieja prędzej czy później się rozwieje, doświadczam niezwykłej przyjemności, ciesząc się już przyszłym rozczarowaniem właśnie z nadzieją – jakby mieszając słodkie z gorzkim, które przez kontrast, czyni słodkie jeszcze słodszym. Jestem ponurym strategiem, który przegrawszy jak dotąd wszystkie bitwy, w przededniu każdej nowej potyczki, kreśli z rozkoszą szczegółowy plan swojej nieuchronnej rejterady.

Fernando Pessoa, Księga niepokoju
tłumaczenie: Michał Lipszyc
s. 159-160


Ten fragment może intelektualnie zasugerować, czym jest percepcja nietrwałości w doświadczeniu ariya. Zwykły człowiek posiadając rzeczy, nadaje im cechę trwałości, inaczej nie mógłby czerpać z nich przyjemności. Ten aspekt niewiedzy -avijja – obecny jest oczywiście na poziomie emocjonalnym, i wszelkie wysiłki zwykłego człowieka na poziomie refleksji, zmierzają do tego, żeby nie dostrzec nietrwałości posiadanych rzeczy czy sytuacji życiowych, z których czerpie radość. Oczywiście im bardziej skuteczne i udane wysiłki niedostrzegania nietrwałości, tym większy ból przy utracie posiadanej rzeczy, czy zmazane sytuacji.

Ariya, odwrotnie, widząc strukturalną nietrwałość rzeczy, unika w znacznym stopniu bólu, gdy przyjemna sytuacja się zmienia. Choć oczywiście, całkowicie od bólu związanego z nietrwałością determinacji (sankhara) wolny jest tylko arahat, będąc wolnym i nieuzależnionym od jakiejkolwiek nietrwałej przyjemności, nie zna też oczywiście bólu jej utraty.

środa, 2 lipca 2014

Pogrzeb Don Żuana


Zbladła twarz Don Żuana, gdy w ulicznym mroku
Spotkał swój własny pogrzeb, i przynaglił kroku.
I zatracił różnicę między ciałem w ruchu
A tym drugim, co legło w trumiennym zaduchu.
Czuł tożsamość obojga — orszak szedł pośpiesznie
A jemu się zdawało, że w miejscu tkwi śmiesznie.
Czekał, aż uśnie w Bogu, lecz stwierdził naocznie,
Że Bóg nie jest — noclegiem, — i że już nie spocznie.
Pogardą na śmiertelne odpowiadał dreszcze.
«Śpi snem wiecznym» — szeptano, ale nie spał jeszcze.
Szedł coraz bezpowrotniej — w pozgonnym rozpędzie.
«Śpi snem wiecznym»... Snu nie ma i nigdy nie będzie!
«Szczęśliwy! Już nie cierpi!» — tak mówiono wkoło, —
A on w świat trosk mogilnych kroczył niewesoło,
W świat, gdzie pierwszą ułudą jest ostatnie tchnienie, —
I zaczęło się nowe — nieznane cierpienie.
Dzwony jeszcze dzwoniły. Nie słuchał ich wcale.
Szli ludzie — dotąd żywi... Minął ich niedbale.
Czczość dzwonów i daremność zrozumiał pogrzebu
I zmarłymi oczyma przyglądał się niebu.

Bolesław Leśmian

Na dnie w Paryżu i w Londynie - Od autora; od tłumacza


Moi zacni tłumacze poprosili mnie o napisanie krótkiej przedmowy do francuskiego wydania tej książki. Ponieważ wielu francuskich czytelników będzie zapewne dociekać, co mnie skłoniło do przybycia do Paryża wtedy, kiedy wydarzyły się opisane w niej wypadki, myślę, że postąpię najwłaściwiej, jeśli zacznę od kilku szczegółów biograficznych dotyczących mojej osoby. Urodziłem się w roku 1903. W roku 1922 wyjechałem do Birmy, gdzie wstąpiłem do Indian Imperiał Police. Zupełnie się jednak nie nadawałem do tego zajęcia, toteż, na początku roku 1928, gdy przebywałem na urlopie w Anglii, złożyłem dymisję, powodowany nadzieją, że zdołam zarobić na życie piórem. Powiodło mi się mniej więcej tak samo, jak większości młodych ludzi podejmujących karierę literacką — czyli beznadziejnie. W pierwszym roku moje próby pisarskie przyniosły mi raptem nie więcej niż dwadzieścia funtów dochodu.

Wiosną 1928 r. przeniosłem się do Paryża; zamierzałem, utrzymując się za niewielkie pieniądze, napisać dwie powieści [nie przetrwał do naszych czasów rękopis żadnej z tych powieści. W liście do przyjaciela Michaela Meyera z 12 III 1949 Orwell napisał: „Po prostu zniszczyłem swoją pierwszą powieść po bezskutecznych próbach sprzedania jej pewnemu wydawcy, czego dziś ogromnie żałuję" (przyp. red. wyd. ang.)] — które, przykro mi to powiedzieć, nigdy nie zostały opublikowane — i nauczyć się francuskiego. Jeden z moich paryskich przyjaciół wyszukał dla mnie pokoik w tanim hotelu usytuowanym w dzielnicy robotniczej, który opisałem pokrótce w pierwszym rozdziale tej książki; każdy bystry Paryżanin niewątpliwie go rozpozna. Latem 1929 r. napisałem dwie powieści, zostały jednak odrzucone przez wydawców; potem doszczętnie wyczerpały mi się fundusze i znalazłem się w pilnej potrzebie znalezienia sobie pracy. Podejmowanie zajęcia przez cudzoziemców mieszkających we Francji nie było wtedy nielegalne — albo też tolerowano ów proceder — dlatego w moim wypadku wydawało się bardziej naturalne pozostać w mieście, w którym już przebywałem, aniżeli powracać do Anglii, gdzie było wtedy około dwa i pół miliona bezrobotnych. Tak więc mieszkałem w Paryżu, a opisane przeze mnie wydarzenia miały miejsce mniej więcej u schyłku jesieni roku 1929. Jeśli chodzi o to, czy trzymałem się prawdy, uważam, że mogę powiedzieć, iż niczego nie zniekształciłem — chyba tylko w takiej mierze, w jakiej zniekształca fakty, dokonując ich selekcji, każdy pisarz. Uznałem, że jestem wolny od powinności opisywania wydarzeń we właściwym porządku chronologicznym, jednak wszystko, co zawiera moja książka, naprawdę się zdarzyło, w tym lub w innym czasie. Jednocześnie jednak powstrzymałem się, tak dalece, jak to było możliwe, od kreślenia indywidualnych wizerunków konkretnych osób. Wszystkie postacie występujące w pierwszej i drugiej części książki są raczej charakterystycznymi typami londyńczyków i paryżan, należących do określonych klas społecznych — nie zaś indywidualnościami.

Powinienem również dodać, że żadną miarą nie opisałem życia w Paryżu i w Londynie we wszystkich jego aspektach: poprzestałem tylko na jednym. Ponieważ niemal wszystkie sceny oraz incydenty, w których uczestniczyłem, mają w sobie coś odrażającego, zgoła nieintencjonalnie stworzyłem wrażenie, że Paryż i Londyn to wredne miasta. Jednak nigdy nie leżało to w moich intencjach, a jeśli czytelnik napoczątku lektury zaczyna tak uważać, fakt ów należy tłumaczyć po prostu tym, że temat książki jest zasadniczo mało atrakcyjny: piszę bowiem o biedzie. Gdy człowiek nie ma grosza przy duszy, zmusza go to do postrzegania każdego miasta i kraju z jak najgorszej strony, a wszyscy, lub niemal wszyscy, ich mieszkańcy wydają mu się albo braćmi niedoli, albo wrogami. Chcę podkreślić tę kwestię zwłaszcza w odniesieniu do moich francuskich czytelników, na wypadek gdyby pomyśleli, że odnoszę się choćby w najmniejszej mierze nieprzyjaźnie w stosunku do Paryża — miasta, z którego mam nadzwyczaj dobre i radosne wspomnienia.

Na początku obiecałem kilka szczegółów biograficznych. Toteż, gwoli  zaspokojenia ciekawości wszystkich, których to interesuje, dodam, że po wyjeździe z Paryża, co nastąpiło pod koniec roku 1929, utrzymywałem się przeważnie z nauczania w szkole oraz w niewielkim stopniu z pisania.

Poczynając od chwili opublikowania w Anglii „Na dnie w Paryżu i w Londynie" — książki, którą mają Państwo przed sobą — napisałem dwie powieści; drugą właśnie ukończyłem [„Córka duchownego” (przyp. red. wyd. ang.)]. Pierwszą ma opublikować za kilka dni pewna nowojorska oficyna [ powieść Birmańskie dni, opublikowana przez wydawnictwo Harper & Brothers 25 X 1934 (przyp. red. wyd. ang.)].

George Orwell
15 października 1934

*
Od Tłumacza

Wiosną 1928 roku 27-letni Eric Blair przybył z Londynu do Paryża, gdzie zamieszkał w pensjonacie przy rue du Pot de Fer numer 6, położonym w piątej arrondissement dzielnicy robotników, emigrantów i lumpenproletariatu. Między grudniem 1928 i majem 1929 roku opublikował w piśmie „Progres Civique" kilka artykułów w języku francuskim (znakomicie znanym mu w piśmie i w mowie), m.in. o bezrobociu w Anglii, o przeciętnym dniu z życia włóczęgi i londyńskich żebrakach. Późną jesienią 1929 roku pracował jako pomywacz i posługacz kuchenny w eleganckim paryskim hotelu. Nie zdołano go ponad wszelką wątpliwość zidentyfikować: być może był to hotel Georges V, bardziej jednak prawdopodobne, iż był zatrudniony w hotelu Lotti [wspomina się o nim w VII rozdziale powieści Somerseta Maughama Ashenden oraz w rozdziale II powieści Evelyna Waugha Vile Bodies. Sam White (1911-1988), wieloletni paryski korespondent brytyjskiego dziennika „Evening Standard", napisał 16 VI 1967, że rozmawiał z Sonią Orwell, drugą żoną pisarza, która wspomniała mu o dwóch innych hotelach: Ritz i Crillon. Wszystkie te hotele istnieją do dziś i są rekomendowane przez przewodniki turystyczne.] przy rue de Rivoli. Do ojczyzny powrócił pod koniec roku. Aż do kwietnia 1932 roku mieszkał w domu rodziców w nadmorskim Southwold, gdzie oddawał się pisaniu, jednak bardzo często wyruszał do Londynu oraz na południowy wschód kraju, prowadząc życie włóczęgi. Przez pewien czas opiekował się chorym umysłowo chłopcem w Walberswich opodal Southwold, udzielał też korepetycji trzem braciom nazwiskiem Peters, których ojciec służył wcześniej wraz z nim w formacjach policyjnych w Birmie. Na łamach „New English Weekły", „New Statesman and Nation" i „Adelphi" publikował artykuły, recenzje oraz szkice dokumentalne; napisał też wtedy kilka wierszy.

W październiku 1930 roku ukończył pierwszą wersję Na dnie w Paryżu i w Londynie, której nadał tytuł A Scullion's Diary (Dziennik pomywacza).

Biografowie Orwella utrzymują, że właściwie dotychczas nie wiadomo, czym się zajmował młody Eric Blair podczas osiem-nastomiesięcznego pobytu w Paryżu. On sam nie chciał, żeby — gdy umrze — pisano jego biografie, jednak, poczynając od lat sześćdziesiątych XX wieku, ukazało się ich kilkanaście (także studiów biograficznych); najnowsze pochodzą z 2003 roku. Osoba autora Folwarku zwierzęcego i Roku 1984 stale bowiem budzi ogromne  zainteresowanie. Nikomu jednak nie udało się znaleźć kogokolwiek, kto pamiętałby go z tamtych lat. Istnieje jedynie list jego przyjaciela, zawierający garść informacji, których wiarygodność udało się potwierdzić. Blair nie utrzymywał kontaktów ze środowiskami literackimi ani z żadnym ze znanych pisarzy przebywających wtedy w Paryżu — a przecież niedaleko od rue Coqd'Or (w rzeczywistości rue du Pot de Fer) mieszkał wtedy Scott Fitzgerald; za bytności Blaira w mieście zatrzymał się też tam na krótko Ernest Hemingway (w rozdziale VDI jego powieści Słońce też wschodzi jest nawet wzmianka o rue du Pot de Fer).

[Orwell spotkał się z Hemingwayem zimą roku 1945 w paryskim hotelu Scribe, gdzie wcześniej mieszkali korespondenci wojenni relacjonujący do prasy i radia postępy wojsk alianckich na froncie zachodnim. Orwelł, ujrzawszy w książce meldunkowej nazwisko słynnego pisarza, poszedł na górę i zapukał do drzwi jego numeru. Po wejściu zobaczył, że Hemingway się pakuje: nieśmiało przedstawił się jako Eric Blair (nigdy oficjalnie nie zmienił nazwiska na George Orwell).Pomiędzy dwoma pisarzami wywiązała się wtedy taka oto konwersacja:

— Kurwa zajebana mać (the fucking hell, czego pan tu chcesz? - Jestem George Orwell.
— Kurwa zajebana mać, dlaczego nie mówisz pan tak od razu? — Hemingway natychmiast sięgnął do jednej z walizek i wyciągnął butelkę whisky. — Napijmy się. Dla pana podwójny. Goła albo ze zwykłą wodą, bo sodowej nie ma. — Gawędzili tylko przez kilka minut, ponieważ Hemingway bardzo się śpieszył. Do końca życia wspominał to spotkanie, żałując, że nie mógł pozostać wtedy dłużej — zawsze wyrażał się o Orwellu z najwyższym uznaniem i szacunkiem. Jeśli chodzi o Orwella, był on szczerze rozbawiony przywitaniem, a kilku  przyjaciołom miał zwierzyć się potem, że Hemingway wydał mu się  ucieleśnieniem typowego Amerykanina...]

On sam mieszkał w Hotel des Bons Amis, który występuje w książce pod nazwą Hotel des Trois Moineaux. „Paryska" jej część dotyczy okresu nie dłuższego niż dziesięć tygodni. Ciekawe, w jakich okolicznościach doszło do objęcia przez Blaira posady plongeura. Miał on opowiedzieć o tym swojej przyjaciółce, Mabel Fierz, która w roku 1970, w telewizyjnym programie BBC, przekazała tę opowieść widzom:

— Jeśli chodzi o dziewczyny, wspomniał mi raz, że ze wszystkich dziewcząt, jakie znał, nim poznał swoją przyszłą żonę, najbardziej kochał pewną maleńką ulicznicę, którą poderwał w jakiejś paryskiej kawiarni. Była śliczna, miała chłopięcą figurę, strzygła się „na zapałkę" i była naprawdę warta grzechu. Przez pewien czas utrzymywał z nią stosunki, aż pewnego dnia, gdy wrócił do swego numeru, okazało się, że jego wybranka ulotniła się z jego całym dobytkiem. Zabrała wszystkie walizki, pieniądze, wszystko.

Blairowi pozostało 450 franków, zarabiał też coś niecoś lekcjami angielskiego. Postanowił żyć bardzo oszczędnie i wydawać dziennie najwyżej sześć franków, pragnął bowiem „przeżyć miesiąc" (zapewne pisząc). Nie mógł jednak znaleźć stałej i znośnie płatnej pracy, zaś niedostatek funduszy zmusił go do zastawienia w lombardzie ubrania. Odtąd mógł się starać wyłącznie o najpodlejsze zajęcia — nikt bowiem nie zatrudniłby przecież obdartusa w charakterze tłumacza albo przewodnika po mieście (starał się zdobyć takie zajęcie). Jako plongeur  pracował zapewne w październiku, listopadzie i w początkach grudnia 1929 roku. Mógł wprawdzie porzucić to zajęcie (w Paryżu mieszkała wraz z mężem jego ciotka, Nellie Limouzine, która zapewne pożyczyłaby mu pieniądze), ale nie pozwalały mu na to duma oraz nieprzeparta chęć zaznania na własnej skórze losu nędzarza i wyrzutka społeczeństwa.

Po przybyciu do Anglii nie prowadził życia „prawdziwego" włóczęgi (przemierzał kraj z przerwami, w początkach 1930 roku, następnie od kwietnia tegoż roku), albowiem stale dysponował niewielkimi zasobami gotówki, pochodzącymi z honorariów dziennikarskich oraz kilkoma, jneUnami" na terenie Londynu. Były to mieszkania jego zamożnych przyjaciół, m.in. Mabel Fierz, gdzie mógł przespać się, odpocząć i zmienić ubranie. Jego trasy (poza Londynem) prowadziły przez hrabstwa Kent, Bedfordshire i Essex. Pracował również jako sezonowy zbieracz chmielu.

Książka Na dnie w Paryżu i w Londynie odniosła spory sukces w Wielkiej Brytanii: po pierwszym wydaniu (9 I 1933) wkrótce ukazały się dwa następne w ogólnym nakładzie (jak na owe czasy dużym) 3000 egzemplarzy, a w ślad za nimi edycja amerykańska. Opowieść młodego autora ocenili pozytywnie recenzenci, m.in. J.B. Priestley [nazwisko tego pisarza znalazło się na słynnej „Liście Orwella", którą ten sporządził w ostatnich latach życia (1947) podobno z inspiracji czy też nawet na użytek Ministerstwa Informacji. Rejestr ten zawierał nazwiska domniemanych kryptokomunistów, także agentów radzieckich służb specjalnych, wśród brytyjskich intelektualistów. ] na łamach „Evening  Standard". Początkowo jednak wszystko szło jak po grudzie.

Pierwszą wersję (gruntownie przerobioną przez autora) odrzuciła w marcu 1932 roku oficyna Jonathan Cape. Odmówił jej wydania także sam T.S. Eliot (podówczas szef oficyny Faber and Faber) pod pozorem, że książka jest zbyt krótka, niespójnie skonstruowana, zaś sceny paryskie i angielskie nijak do siebie nie przystają. (Wiele lat później ten sam T.S. Eliot odmówił również wydania Folwarku zwierzęcego). Zdesperowany autor poprosił Mabel Fierz o spalenie rękopisu, ale ponieważ jego przyjaciółka miała liczne znajomości w kręgach literackich i wydawniczych, prośby nie spełniła... Przesłała rękopis Leonardowi Moore, współwłaścicielowi oficyny Christy and Moore. Ów przeczytał go, po czym uznał, że właściwym edytorem będzie młody, dynamiczny i lewicujący wydawca Victor Gollancz. Było to w sierpniu 1932 roku Gollancz, uzyskawszy pozytywne opinie recenzentów, podjął decyzję. Autor wahał się długo nad trzema pseudonimami literackimi, z których jeden chciał przybrać („żeby oszczędzić wstydu rodzinie"). Te pseudonimy to Kenneth Miles, H. Lewis Allways i George Orwell. Wybrał ostatni. Na dnie w Paryżu i w Londynie była pierwszą książką George'a Orwella.

„Należy zmienić nazwiska, wyrzucić słowa obelżywe itd. Ponadto w książce znajduje się fragment, który trzeba albo zmienić, albo usunąć. Szkoda, ponieważ jest to być może jedyny kawałek dobrej prozy w całym tekście, ale [Gollancz] powiada, że inaczej wypożyczalnie nie wezmą książki" [chodziło o jedną z historyjek opowiadanych przez Charliego]. Oto, co napisał Orwell (jeszcze jako Eric Blair) w liście do Leonarda Moore'a 1 lipca 1932 roku. Tekst jednak drastycznie nie ucierpiał w wyniku tych zabiegów, choć wiele zmian zostało istotnie wprowadzonych. Wersja francuska książki, opublikowana 8 maja r. przez znaną oficynę Gallimard pod tytułem La Vache enrage , zawiera wiele przywróconych fragmentów oraz znaczną liczbę — niekiedy bardzo istotnych — przypisów autora oraz tłumaczy.

Większość tych przypisów została uwzględniona w wydaniu stanowiącym podstawę niniejszego przekładu, wchodzącego w skład The Complete Works of George Orwell, dzieła życia Petera Davisona, OBE, profesora De Montfort University w Leicester, mojego przyjaciela i najwybitniejszego obecnie znawcy twórczości Orwella. Za nieocenioną pomoc, jakiej mi udzielił, serdecznie Mu dziękuję.

Bartłomiej Zborski

Nieświęte bluźnierstwo


PAN TALLBOYS (jak przy ołtarzu): Drodzy, ukochani bracia, zebraliśmy się tu przed obliczem Boga, aby uczcić nieświęte bluźnierstwo. On dotknął nas brudem i chłodem, głodem i samotnością, ospą i świerzbem, wszawicą i mendami. Nasze pożywienie stanowią zgniłe łupiny i nędzne odpadki mięspodawane w torbach przez hotelowe drzwi. Naszą rozkosz stanowi wielekroć przeparzana herbata i podsypane trocinami placki, przeżuwane w zakopconych piwnicach, skrzynia z piachem do spluwania cienkim piwskiem, obłapki bezzębnych lafirynd. Naszym przeznaczeniem jest mogiła nędzarzy głębokości dwudziestu pięciu stóp w drewnianych trumnach podziemnych sypialni. Jest naszym wielce odpowiednim, sprawiedliwym i świętym obowiązkiem we wszystkich czasach i we wszystkich miejscach przeklinać Go i lżyć Go. Przeto z demonami i arcydemonami... (itd., itd., itd.)

George Orwell, Córka proboszcza
tłumaczenie: Bohdan Drozdowski

Nierealistyczny optymizm – uprzywilejowane widzenie siebie


W porównaniach społecznych wiadomo, że skłonność do podejmowania przedsięwzięć obarczonych ryzykiem jest warunkowana z jednej strony wielkością zysków i strat, a z drugiej strony oceną szans (prawdopodobieństwa) osiągnięcia owych zysków i strat. Stąd ważnym obszarem badań psychologicznych nad podejmowaniem decyzji jest kwestia, w jaki sposób ludzie dokonują oceny szans wystąpienia pozytywnego lub negatywnego wyniku rozważanego działania. Liczne badania psychologiczne pokazują, że powszechną skłonnością, gdy chodzi o percepcję ryzyka, jest nadmierny optymizm ludzi. Artykuł obecny referuje ten nurt badań psychologicznych, znany pod nazwą nierealistycznego optymizmu.

Niemal trzy dekady temu Neil Weistein (1980) pokazał, że większość ludzi żywi silne przekonanie, że to raczej Inni niż oni sami będą ofiarami nieszczęśliwych zrządzeń losu. Większość sądzi też, że jest bardziej niż Inni predysponowana do doświadczania zdarzeń pozytywnych. Uzasadniając nieracjonalność tego rodzaju sądów, Weinstein (1980) podkreślał, że jakkolwiek w indywidualnym przypadku trudno stwierdzić, czy takie uprzywilejowane spostrzeganie własnej osoby jest zasadne, to już na poziomie grupy – optymistyczne zniekształcenia są łatwe do stwierdzenia. Jeśli zdecydowana większość systematycznie sądzi, że jest bardziej uprzywilejowana niż wszyscy inni, to myślenie takie musi zawierać błąd, opisany przez Weinsteina (1980) jako „nierealistyczny optymizm” (unrealistic optimism) albo „optymizm porównawczy” (comparative-optimism; Lachendro i Weinstein (1982).

Wyniki Weinsteina zainspirowały setki badań zarówno podstawowych, jak i aplikacyjnych, w których wykazywano z dużą systematycznością powszechną tendencję do zawyżania własnych szans (w porównaniu z szansami Innych) na różne, pozytywnie wartościowane zdarzenia, przy jednoczesnym zaniżaniu szans w przypadku zdarzeń negatywnych (np. Burger i Burns, 1988; Burger i Palmer, 1992; Buunk i Van der Eijnden, 1997; Czapiński, 1998; Helveg-Larsen i Shepperd, 2001; Perloff i Fetzer, 1986).

Do tej samej klasy zjawisk można zaliczyć „efekt bycia lepszym niż przeciętnie” (better-than-average effect; Alicke, Klotz, Breitenbecher, Yurak i Vredenburg, 1995), polegający na tym, że większość ludzi uważa siebie za lepszych niż przeciętnie w zakresie różnych pozytywnie wartościowanych cech, zdolności czy umiejętności. Ludzie sądzą więc, że są bardziej sprawiedliwi i uczciwi niż Inni (Messick, Bloom, Boldizar & Samuelson, 1985) i są bardziej szczęśliwi niż Inni (np. Klar i Giladi, 1999). Większość też przecenia, w stosunku do Innych, swoje kompetencje zawodowe albo społeczne.

Na przykład większość inwestorów sądzi, że pod względem umiejętności zawodowych przewyższa innych inwestorów (Camerer i Lovallo, 1999; Malmandier i Tate, 2005), zdecydowana większość studentów przekonana jest, że lepiej niż inni studenci radzi sobie w kontaktach społecznych (Dunning, 2001), ale i nauczyciele akademiccy nie stanowią tutaj wyjątku. Cross (1977; za: Wojciszke, 2002) pokazał, że aż 94 proc. nauczycieli uważało, że ma ponadprzeciętne umiejętności przekazywania wiedzy. Na liście cech, w zakresie których pojawia się tendencja do uprzywilejowanego widzenie własnej osoby, znajdziemy też inteligencję, towarzyskość, poczucie humoru, szczerość i wiele innych pożądanych cech, jak również zdolności, umiejętności i zachowań (por. Alicke, 1985; Brown, 1990; Epley i Dunning, 2000; Heine i Lehman, 1995).

Marzena Cypryańska


Fragment całości: Nierealistyczny optymizm wczoraj i dziś – nowe spojrzenie na mechanizmy zniekształceń w społecznych sądach porównawczych

Kiedy ludzie zadają pytanie „dlaczego?”


(…) Wartościowość zdarzeń a racjonalność reguł potocznego myślenia kiego, co się dzieje w nim i poza nim, oparta jest znaczna liczba powstałych w latach 60-tych i 70-tych teorii myślenia, emocji czy motywacji (Bem, 1967; Schachter i Singer, 1962; Deci, 1975 itp.). To, że niektóre fakty i stany psychiczne nie muszą skłaniać ludzi do refleksji nad ich przyczynami nie było brane pod uwagę, a jeżeli zauważane, etykietkowano to mianem „bezmyślności” (por. Langer, 1978).

Pierwsze systematyczne badania nad tym, kiedy ludzie spontanicznie skłonni są zadawać pytanie „dlaczego?” przeprowadzono w początkach lat 80-tych. W jednych z nich Wong i Weiner (1981) zademonstrowali skądinąd dość oczywistą prawdę, iż ludzie częściej skłonni są dociekać przyczyn zdarzeń negatywnych i nieoczekiwanych, aniżeli oczekiwanych i niosących ze sobą pozytywną wartość afektywną. Analogiczne wyniki uzyskała Abele (1985). Aktywność atrybucyjną w zależności od tego jak dalece zdarzenie jest oczekiwane badali Lalljee, Watson i White (1982), stwierdzając, iż ludzie skłonni są dostarczać znacznie bardziej złożonych (mniej monokauzalnych) wyjaśnień dla zdarzeń nieoczekiwanych niż oczekiwanych. Podobne wyniki otrzymali Clary i Tesser (1983). Hastie (1984) uzyskał wskaźniki istotnie wyższej aktywności atrybucyjnej dla zdarzeń nieoczekiwanych niż oczekiwanych, nie uzyskał jednak żadnej różnicy dla zdarzeń różniących się wartościowością. Przeglądu badań dotyczących związku między wartościowością zdarzenia a aktywnością atrybucyjną dokonał Weiner (1985, por. również polski opis niektórych badań w: Czapiński, 1988), wykazując, że w zdecydowanej większości wypadków wymiar wartościowości nie da się zredukować do wymiaru nieoczekiwaności. Innymi słowy, zdarzenia negatywne, niezależnie od te­go czy są oczekiwane, czy nie, prowokują do większej liczby pytań „dlaczego?” niż zdarzenia pozytywne. Częściej zatem zastanawiam y się nad tym, co było przyczyną naszej porażki niż naszego sukcesu, że coś nas boli niż tego, że jest nam ogólnie dobrze itp. We wszystkich tych sytuacjach pytanie „dlaczego?” jest funkcjonalne: służy przyszłej korekturze niepożądanych stanów. Teza ta stanowi ważny punkt modelu teoretycz­nego J. Kuhla (1984), według którego tzw. orientacja na stan, przeciw­stawiana orientacji na działanie, jest tym mechanizmem kontroli działań podmiotu, który sprzyja wzrostowi aktywności atrybucyjnej człowieka, a który uruchamia się przede wszystkim po niepowodzeniu i po pojawie­niu się przeszkód w realizacji czynności. Jest to przypuszczalnie jeden z powodów, dla których u osób cierpiących na zaburzenia depresyjne, a które relacjonują u siebie częstsze i intensywniejsze przeżycia negatywne (Lewinsohn i Amenson, 1978) i u których postuluje się przewagę regulacyjną orientacji na stan w porów naniu do podmiotowej orientacji na działanie (Kammer, 1983; Pyszczynski i Greenberg, 1985, 1986; Sedikides, 1992) obserwuje się wzmożoną aktywność atrybucyjną, większą liczbę stawianych pytań „dlaczego?” oraz większą liczbę dostarczanych na te pytania odpowiedzi (Pittman i Pittman, 1980; Kubicka-Daab, Le­wicka, 1989, por. też rozdz. 4).

Jeżeli zatem ludzie skłonni są spontanicznie manifestować „postawę teoretyczną” częściej wobec zdarzeń negatywnych niż pozytywnych, nie może budzić specjalnego zdziwienia fakt, iż naukowe zainteresowania psychologów od wieków kierowały się w stronę tych aspektów funkcjo­nowania psychicznego i społecznego człowieka, które mają walor wyraźnie negatywny (patologiczny, nieprzyjemny dla jednostki) niż tych, które sta­nowią o tak zwanej „normie” psychicznej czy społecznej. Zestawienia te­matów podejmowanych przez powojennych psychologów polskich pod kątem wartościowości analizowanych zjawisk dokonał Czapiński (1985b), podsumowując również inne, podobne zestawienia zrobione dla literatu­ry anglojęzycznej (por. Czapiński, 1988). Wszystkie one demonstrują, iż to co negatywne, patologiczne, nieprzyjemne, częściej przykuwało uwagę psychologów niż to co pozytywne i społecznie akceptowane. Przyczyn tego stanu rzeczy należy poszukiwać przede wszystkim w większej ważności regulacyjnej zjawisk pierwszego niż drugiego rodzaju. Z regulacyj­nego punktu widzenia ważniejsze jest dla człowieka uniknięcie zjawiska negatywnego niż wywołanie pozytywnego, a nawet teoretycznie zorien­towani psychologowie w swych czynnościach nie przestają być ludźmi. Nie jest jednak wykluczone, iż na taką właśnie proporcję negatywnych do pozytywnych tematów w literaturze psychologicznej wpłynęło także i to, że charakterystyczne dla dociekań badawczych pytanie „dlaczego?” (a czyż można sobie wyobrazić jakąkolwiek teorię, która nie pełniłaby przede wszystkim funkcji eksplanacyjnej?) łatwiej jest zadać wobec zjawisk negatywnych niż pozytywnych. Łatwiej i w bardziej „teoretyczny” , bo abstrakcyjny sposób można też na nie odpowiedzieć, uzasadnieniu której to tezy poświęciłam poprzednie strony wywodu.

Lewicka, Aktor czy obserwator s. 175-176


Z regulacyj­nego punktu widzenia ważniejsze jest dla człowieka uniknięcie zjawiska negatywnego niż wywołanie pozytywnego – to chyba dobre wyjaśnienie na to dlaczego Budda sformułował swoje Cztery Szlachetne Prawdy w terminach „cierpienia” a nie „szczęścia”.

Zakład z proboszczem


"W roku 1787 w pewnej oberży koło Moulins umierał stary człowiek, filozoficznie wykształcony, przyjaciel Diderota. Księża okoliczni opadali z sił: próbowali wszystkiego - nadaremnie; człowiek ten odmawiał przyjęcia ostatnich sakramentów, był panteistą. Pan de Rollebon, który zatrzymał się przejazdem i który w nic nie wierzył, założył się z proboszczem z Moulins, że w niecałe dwie godziny skłoni chorego do uczuć chrześcijańskich. Proboszcz przyjął zakład i przegrał: wzięty wobroty o trzeciej nad ranem, chory wyspowiadał się o piątej i umarł o siódmej. "Jest pan taki mocny w przekonywaniu? - zapytał proboszcz - przewyższa pan księży"? "Nie dyskutowałem - odpowiedział pan Rollebon - nastraszyłem go piekłem."

Sartre, Mdłości
tłumaczenie: Jacek Trznadel

wtorek, 1 lipca 2014

Spotykam go codziennie


Spotykam go codziennie. Twarz, wklęta w ramiona,
Jak mgła, męczarnią oczu ledwo obgłębiona.
Wyciąga błędnej ręki widemko niemrawe,
By nim zgłaskać surduta połataną jawę.
Patrzy we mnie, jak w pustkę, lecz głowy nie zniża.
Te same zawsze gwoździe tłoczą go do krzyża.
Życie nowych mu skąpi, a starych nie kruszy.
Gdzie mu tam w myśli teraz nowy gwóźdź dla duszy!
Już niezgrabny od nędzy, zły i niedorzeczny,
Chce coś mówić, lecz wstyd go przeraża odwieczny —
Ten wstyd, co w swój niebieski wpatrzony rodowód,
Pielęgnując cierpienie, boczy się na powód.
Wstydu jego przede mną zawczasu się wstydzę —
Więc udaję, że w tłumie już go niedowidzę.
A chcę mu coś powiedzieć — coś na wieczność całą —
Rozpłakać się... rozśmieszyć to zgłodniałe ciało —
Nakarmić i przyodziać nadmiernie, odświętnie. —
Ale on mnie już minął i znikł obojętnie.
I tak zawsze i nigdy nie będzie inaczej...
Nikt nie zmieni mgły jego i mojej rozpaczy,
I nikt nas — choć się rozpacz do mgły czasem zbliża —
Nie wbije nowym gwoździem do wspólnego krzyża.

Bolesław Leśmian

Krzywda


Zamknij okno... W ogrodzie — zbyt śpiewno.
Oczy do snu, lub do śmierci zmruż.
Krzywda nasza kończy się na pewno!...
Życie — mija... Wolno spocząć już...
Dzień się nowy na obłoków bieli
Nie zatrwoży, że ciał naszych brak...
Lecz to wszystko, cośmy przecierpieli,
Niechaj we mgle ma choć drobny znak!
Bo czym zgrozę odkupić zagłady,
Łez wysiłek i ten pusty czas,
Gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady,
Ran, co niegdyś tak bolały nas?

Bolesław Leśmian

Niegdyś dom mój ochoczy


Niegdyś dom mój ochoczy i świat za dąbrową
Porzuciłem, by dachu nie mieć ponad głową,
I siebie porzuciłem gdzieś na skraju lasu
Bez pomocy, bez żalu, bez śpiewu, bez czasu
I biegłem tam, gdzie burza, mrok i zawierucha,
By serce niepokoić i narazić ducha —
Tak się chciałem utrudzić i krwią własną zbroczyć,
Żeby istnieć wbrew sobie i ból swój przekroczyć.
I minęło lat wiele — i po latach wielu —
Marnotrawiąc dróg tysiąc — dotarłem do celu
I pieśniami nade mną rozbrzmiały niebiosy,
Powiększyły się kwiaty, zolbrzymiały rosy —
I zgaduję, że z płaczem, po własnym pogrzebie,
W opuszczoną bezdomność powracam do siebie.

Bolesław Leśmian