wtorek, 22 września 2026

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

 


W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.

Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.

Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.

Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.

Kielnie i fartuszki

Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”.  A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).

Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy.  „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.

„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.

Późne wnuki

Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.

To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w  PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).

Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.


Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej.  Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”.  Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?

Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.

Trony i ołtarze

Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.

Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.

Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).

Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).

Powszechna religia człowieka

Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.

Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).

Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.

Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.

W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.

Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne  – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.

Włodzimierz Kowalik    

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

https://myslpolska.info/2026/09/20/jak-polskie-biesy-wyprzedzily-sobor-na-drodze-do-religii-swiatowej/

Polacy znów sługami reżimu ukraińskiego

 

W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.

Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.

Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny: (…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].

W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].

O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.

Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.

Źródła:

[1] https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32985046,zurek-zlozyl-ukraincom-nietypowe-zyczenia-zeby-zaden-polak.html


[2] https://kresy.pl/wydarzenia/pracownik-mzk-mial-zniewazac-ukrainskie-dziewczynki-w-autobusie-policja-zatrzymala-mezczyzne/


[3] https://www.gov.pl/web/po-bielsko-biala/dochodzenie-w-sprawie-pobicia-na-ul-broniewskiego-w-bielsku-bialej


[4] https://www.radiomaryja.pl/informacje/wroclaw-18-letni-ukrainiec-probowal-zabic-polke/


[5] https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art44925761-wojna-w-polsce-sondaz-co-czwarty-polak-bronilby-kraju-co-dziesiaty-zdecydowanie-ucieka


19 września 2026 magnapolonia/polacy-znow-slugami-narodu-ukrainskiego

Fiłosofow i Maria Dąbrowska

 Pierwsza wypowiedź Fiłosofowa o Nocach i dniach znajduje się w liście do pisarki z kwietnia 1932, dwa miesiące po wydaniu drugiego tomu powieści: „Pani przykłada się do czegoś, co stoi jakby ponad Panią”. Autor snuje rozważania o sensie męki twórczej, o znaczeniu tej książki dla polskich czytelników, a także dla niego samego:


Uczciwie i szczerze otworzyłem się na Polskę, za co wiele wycierpiałem, tak ze strony Polaków 44 (obłudny Moskal!), jak i ze strony Rosjan (zaprzedał się Polakom!). Dzięki Pani powieści zrozumiałem, za co kocham Polskę i jaką Polskę kocham. Pokazała mi cierpienia  d a w n e j  Polski i jej prawo do miejsca pod słońcem. Za to błogosławię Panią. [list z 25 IV 1932, F 56] Po wyjściu tomu 3 (Miłość) Fiłosofow uważnie śledził ukazujące się w prasie recenzje, wysyłał je autorce, komentował. Pisał:

Zapewne ma Pani rację – ganią także „nie za to”, jak i „chwalą”. Z punktu widzenia „wydawcy” dobrze, że Pani nie zaczęto besztać. Nadmiar pochwał też nie zawsze jest dobry.

Zwłaszcza  m ł o d z i e ż  nie lubi, gdy chwalą. Historia literatury uczy nas, że sąd współczesnych nie ma żadnego znaczenia. Współcześni są  i n t e r e s o w n i:  patrzą na wszystko z punktu widzenia  b i e ż ą c y c h  spraw. [list z 19 VIII 1933, F 61]

W trakcie lektury tego tomu Fiłosofow w liście z 30 VIII 1933 zapisał na gorąco wrażenia z lektury:

Uważam, że niedoszła wizyta Toliboskiego, przyjazd Barbary do Serbinowa i  z w ł a s z c z a  opis wesela Felicji (prawda, zapomniałem o Januszu – Celinie!) – wszystko to są rzeczy klasy najwyższej. Rzeźbione „w kamieniu”, żeby ludzie nie zapomnieli. I to, że odbywa się to w chwili „przypływu” rewolucji, kiedy lada chwila fale zmiotą Serbinów, a pani Barbara  „j a k  g d y b y”  tego nie dostrzega – świadczy o wielkim mistrzostwie. Coraz bardziej i bardziej występuje tło tego eposu: „afirmacja życia” i to afirmacja  p o z y t y w n a. (Rozmowa Barbary z Ceglarskim!).

Dalej Fiłosofow szuka argumentów na obronę powolnej narracji w powieści, „dłużyzn”, z których powodu bywa krytykowana.

Gdyby nie było tych „dłużyzn”, tego spokojnego płynięcia wielkiej rzeki, wiele rzeczy utraciłoby swój wewnętrzny sens. Krótkie spięcie – Janusz–Celina – przekształciłoby się w „modną” nowelkę, w temat dla pani Melcer lub Krzywickiej.

W tym samym liście Fiłosofow próbuje umieścić powieść Dąbrowskiej na szerszym tle historycznoliterackim:

Ach, i jeszcze jeden ważny temat: zagadnienie „tradycji”. U Francuzów, najbardziej  t r a d y c y j n y c h  pisarzy, tradycje ciągną się od XVII wieku. U nas od Puszkina i Gogola.
U was usiłowano wywodzić tradycję od wieszczów, ale, jak się zdaje, nie bardzo się to udało.

Tradycja idzie od Orzeszkowej, Prusa, Żeromskiego. Tj. dopiero się rozpoczęła. Zapewne odegrały tu rolę i wpływy rosyjskie (Turgieniew, Tołstoj) i zachodnie: Dickensa i George Sand na Orzeszkową, Flauberta – na Panią. Tym niemniej jednak właśnie w twórczości Orzeszkowej, Prusa i Żeromskiego zarysowała się, a właściwie ufundowana została istotna polsko-słowiańska tradycja, którą Pani wzięła odważnie w swe ręce. Dlatego Pani zostanie w polskiej literaturze, dlatego Pani nie jest moderne w oczach filarów „Wiadomości Literackich”. Oni bowiem pracują dla d n i a
d z i s i e j s z e g o, niezrozumiałą jest dla nich mozolna praca wykuwania w granicie. Dlatego efektowniej jest sklecić cokolwiek „z kartonu”, oświecić „reflektorem” i dać akompaniament z murzyńskiej muzyki. Nie jestem wcale przeciwnikiem kartonu z reflektorami. Ale nie mogę znieść, kiedy karton wyobraża sobie, że jest granitem 45.

Fiłosofow był wnikliwym czytelnikiem Nocy i dni, i to nie tylko w druku, od pewnego momentu dostawał do lektury także maszynopis. Jako jeden z pierwszych otrzymywał egzemplarze autorskie kolejnych tomów z dedykacjami.
Dość obszerny list z 3 X 1934 zawiera błyskawiczną reakcję na ostatni tom powieści, a właściwie na dedykację, opatrzoną mottem z Eklezjasty – rozpoczynającym się słowami: „Marność nad marnościami, i wszystko marność” (Koh 1, 2) 46.

Fiłosofow posłużył się wieloma argumentami przeciw użyciu tego właśnie cytatu – jakby rzecz była drukowana. Przede wszystkim uważał go za zbyt obiegowy. Twierdził też, że stosowny jest do klimatu połowy lat trzydziestych, powieść jednak jest „historyczna” i do atmosfery roku 1914 słowa te absolutnie nie pasują.

Kwestia przełomowego znaczenia roku 1914 i w świadomości europejskiej, i w powieści Dąbrowskiej była dla Fiłosofowa na tyle istotna, że powrócił do niej rok później w jednym ze swoich artykułów. Rysując w skrócie atmosferę świata Nocy i dni, „epoki rozczarowań, szarej codzienności” i życia po klęsce, silny nacisk kładł w nim na pojawienie się Sebastiana, a wraz z nim tego „burzliwego potoku”, dzięki któremu doszło do odrodzenia Polski 47. Chodzi rzecz jasna o legiony i Piłsudskiego. Sebastian rzuca szaleńcze i bezkompromisowe: „nie pozwalam” (pisane przez Fiłosofowa po polsku), przełamując marazm rzeczywistości. Dodać można, że według rosyjskiego krytyka był to romantyczny akcent postawiony w stosownym czasie i miejscu. Zanim do tego doszło, Fiłosofow odczytywał Noce i dnie jako powieść antyromantyczną, oczyszczającą z toksyn, które nagromadziły się w duszy polskiej w okresie zaborów, powieść poświęconą „szarym ludziom”, którzy po prostu „żyli, cierpieli, kochali, umierali”, ale to dzięki nim Polska dożyła niepodległości, ludziom, nad których losem autorka pochyla się z miłością i przebaczeniem, a „umie przebaczać, bo rozumie” 48.

Nie oznacza to, że Dąbrowska w jakiś sposób spełniała oczekiwania Fiłosofowa wobec literatury, że realizowała jego program literacki. Owszem, mieściła się w nim, ale był on wewnętrznie zróżnicowany. Zawierał: realizm i intuicjonizm, kulturę i przełamywanie tabu, dobroć i okrucieństwo, indywidualizm i prawdę życia społecznego – o tym wszystkim wspominał zresztą Fiłosofow w listach do pisarki i to jest czytelne w jego publicystyce.

To, co może wydawać się labilnością jego poglądów, wynikało z założenia, że literatura i sztuka w pewnym sensie powinny odpowiadać na potrzeby czasu, że mają do spełnienia misję społeczną (stąd np. szacunek Rosjanina dla kampanii Boya przeciw „brązownictwu”), choć zarazem powinny się mierzyć z tym, co „wieczne”. Oczywiście, nie każdy pisarz, który ma wrażenie, iż dotyka spraw wiecznych, pozostaje w żywym obiegu kultury. Dlatego do minionych sław Fiłosofow zaliczał np. Victora Hugo, Anatole’a France’a i wreszcie Stanisława Przy-byszewskiego, który, co nieraz podkreślał, miał zdecydowanie zły wpływ na literaturę, także rosyjską.

Muszę jeszcze wrócić do kwestii użytego w dedykacji Dąbrowskiej cytatu z Eklezjasty. Fiłosofow był zdania, że jest on obcy postaciom powieści, które tego rodzaju pesymizm świadomie odrzuciły. Pojawienie się tego „motta”, jak pisał Fiłosofow, tłumaczył sobie stanem ducha autorki, jej zmęczeniem i niepotrzebną próbą ujawnienia własnego poglądu na świat, gdy w poetyce swojej „powieści klasycystycznej, nie romantycznej” umiała się ukrywać za plecami bohaterów (list z 10 IX 1934, F 71–73). Dąbrowska uważała, że reakcja Fiłosofowa na cytat z Eklezjasty jest nieadekwatna, że jednak w pewnym sensie oddaje on mentalność niektórych postaci 49. Aby uspokoić przyjaciela, wręczyła mu wszakże egzemplarz z inną dedykacją.

Wątek Nocy i dni w korespondencji zamyka zdanie z listu Rosjanina do Dąbrowskiej z 14 X 1936, w którym dziękuje on autorce za Noce i dnie, pisząc:

„stanowiły [one] epokę w mojej biografii duchowej” (list z 14 X 1936, F 95).

Obiecywał i samej autorce, i czytelnikom swoich artykułów, że przygotuje większe studium o powieści. Pozostał nie datowany rękopis, kilka stronic, początek zarzuconego tekstu. Jest to zaledwie wstępny zarys tła estetycznego i teore-tycznoliterackiego, na którym miała być analizowana powieść Dąbrowskiej.

W tym samym archiwum, w którym zachował się ów fragment, znajduje się też nie drukowany szkic Weber-Hiriakowej o Nocach i dniach. Po raz pierwszy pisała ona już o Bogumile i Barbarze w 1932 roku. Widziała wtedy w powieści postaci „maleńkich ludzi” i górujące nad nimi ciemne oblicze życia, a relacje między małżonkami (obcość, „samotność we dwoje”) interpretowała niewątpliwie przez pryzmat własnego, nieudanego małżeństwa 50. Maszynopis powstał już po wydaniu całości, a więc w 1934 lub 1935 roku. Niewykluczone, że przeznaczony był do wygłoszenia w Domku w Kołomnie, ale wygłoszony nie został. Może zakwestionował go sam Fiłosofow?

O ile w drukowanej recenzji Weber-Hiriakowa umieszczała powieść Dąbrowskiej w tradycji tołstojowskiej, o tyle w szkicu późniejszym zdecydowanie dominują porównania do Dostojewskiego, do Biednych ludzi.

Po wydaniu Nocy i dni rozpoczyna się kryzys przyjaźni intelektualnej, spowodowany przede wszystkim pretensjami Fiłosofowa wobec Dąbrowskiej jako publicystki. List z 18–20 VIII 1935 jest sążnistą polemiką z jej artykułem o profesji pisarskiej 51. Na niektóre zarzuty autorka odpowiedziała w druku 52, na inne w liście prywatnym (nie wysłanym?), który zachował się w archiwum Dąbrowskiej.

Szczegółowemu przedstawieniu zarzutów Fiłosofowa trzeba by poświęcić oddzielne studium, analizując je w zestawieniu z tezami autorki Nocy i dni. Warto w każdym razie podkreślić, że nieraz się rozmijali w dialogu, gdy każde z osobna kontynuowało własne wątki, co okazywało się źródłem kolejnych nieporozumień.

W zasadzie przecież Fiłosofow był zwolennikiem intuicjonizmu i zbędna była jego tak zaciekła obrona. Przyjaciel zarzucił też Dąbrowskiej powierzchowną znajomość twórczości literackiej i filozofii Tołstoja i nierosyjski punkt widzenia. Pisarka odpowiedziała:

Tak jak gniew Pana, że ośmielam się wspomnieć o Tołstoju, niczego w etom nie ponimaja, przypomina mi gniew Kridla na to, że Pan ośmielił się pisać o Mickiewiczu (i, być może, źródło Pańskiej irytacji jest to samo), tak to, co Pan pisze z taką zjadliwością i ukrytą pogardliwością o Abramowskim, prowokuje we mnie swego rodzaju „Kridlizm”.

Tu zaczyna się obszerna, żarliwa obrona Edwarda Abramowskiego:

Jeśli w Polsce Abramowski nie jest znany, to nie dlatego, aby nie był tego wart, tylko że go znać nie chcemy, ponieważ nie lubimy głębi i tragiczności. Nie lubimy też rzeczy nie wy-kończonych i nie zaokrąglonych, ani bezapelacyjnych wymagań, a Abramowski był ich pełen 53.

W sumie najbardziej bolesne zarzuty Fiłosofowa można streścić następująco:

autorka wpadła w fałszywy ton, posługuje się nie swoim językiem i porusza zagadnienia akademickie, do czego nie jest intelektualnie przygotowana (list z 18– 20 VIII 1935, F 83–90). W kolejnym liście Fiłosofow wyjaśnia Dąbrowskiej wprost, że powinna „pisać jak artysta, a nie jak profesor” (list z 26 VIII 1935, F 91) i że nigdy nie prześcignie wiedzą ani erudycją Władysława Tatarkiewicza.

Rok później Fiłosofow komentując artykuł polemiczny Dąbrowskiej, zamieszczony w „Obliczu Dnia” 54, zastanawia się, jak można „n a  g r u n c i e   p s y c h o l o g i i dyskutować z komunistami, w dodatku przy ludziach” (list z 22 V 1936, F 94).

44 W grudniu 1934 S. Stempowski zaangażował się osobiście w obronę czci Fiłosofowa. Udał się w tym celu na rozmowę z R. Raczyńskim, publicznie rzucającym potwarze (zob. D ą b r o w s k a, Dzienniki, t. 2, s. 83, 85).

45 D. F i ł o s o f o w, list do M. Dąbrowskiej, z 30 VIII 1933. Przeł. S. S t e m p o w s k i (Muzeum Literatury).

46 Pełny cytat w przekładzie J. W u j k a  umieszczony w dedykacji, zob. D ą b r o w s k a, Dzienniki, t. 2, s. 55.

47 D. F i ł o s o f o w, „Nie pozwaliam!” Z cyklu „Woskrisnyje biesiedy”. „Mołwa” 1933, nr 213.

48 D. F i ł o s o f o w, Dezintoksikacyja. Jw., 1932, nr 17.

49 Streszczenie odpowiedzi danej Fiłosofowowi przez pisarkę zob. D ą b r o w s k a, Dzienniki, t. 2, s. 56–57.

50 A. Ł u g a n o w [Je. We b e r - H i r i a k o w a], Pieried licom żyzń. „Za Swobodu!” 1932, nr 1.

51 M. D ą b r o w s k a, Zawód literacki jako służba społeczna. „Marchołt” 1934/35, nr 4. Przedruk w: D ą b r o w s k a, Pisma rozproszone, t. 2. Artykuł jest wersją odczytu, wygłoszonego przez autorkę Nocy i dni kilkakrotnie (m.in. 9 V 1935 w Bibliotece Narodowej w Warszawie); Fiłosofow prawdopodobnie polemizuje jednak z wersją publikowaną.

52 M. D ą b r o w s k a, Na marginesie nie drukowanej polemiki. „Marchołt” 1935/36, nr 3.
Przedruk w: D ą b r o w s k a, Pisma rozproszone, t. 2.

53 M. D ą b r o w s k a, list do D. Fiłosofowa, z 22 VIII 1935 (Bibl. Uniwersytetu Warszawskiego).

Z artykułu
)TRUDNA PRZYJAŹŃ DMITRIJ FIŁOSOFOW – MARIA DĄBROWSKA – STANISŁAW STEMPOWSKI

autor
PIOTR MITZNER (Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa

poniedziałek, 21 września 2026

Ziemia: okrągła czy płaszczyzna - o skutecznym rad sposobie w dialektyce na ten temat


Średniowiecze - w tamtych pięknych czasach, gdy dusza jeszcze była nieśmiertelna, a ludzie nie potrzebowali grawitacji, jako że niebo gwiaździste było nad nimi, a Ziemia zawsze pod ich stopami, poniżej zaś co najwyżej domyślano się istnienia piekła, ale nie antypodów, nikt się specjalnie nie śmiał z założenia, że Ziemia jest płaszczyzną. Obecnie sytuacja wygląda odwrotnie i nie wygląda na to by ciemne masy społeczne, czy też zwyczajami profesorowie, chcieli sobie odmówić wyśmiewa tych, którzy utkwili w Średnioweczu.

Na to się raczej nic nie poradzi, natomiast jest sposób, by nieco stłumić ten śmiech, przynajmniej w przypadku tych którzy jednak zachowali odrobinę zdrowego rozsądku.

Chodzi o to, że oprócz nawyku myślenia o Ziemi jako kuli, większość nigdy tym sobie nie zawracała głowy, traktując kulistość Ziemi za absolutnie pewną, nie zdając sobie sprawy, że kierują się wiarą a nie wiedzą.

A model Ziemi jako kuli jest złożony, jest to pewna struktura, która by wydawała się racjonalną, musi być taka na wszystkich poziomach. I tak, jeżeli Ziemia jest tym, czym nam się mówi, że jest, można z całkowitą pewnością udowodnić że pewne obiekty nie mogą być widziane z pewnej odległości, gdyż znajdują się poniżej linii horyzontu. I po prostu zobaczenie ich jest taką samą niemożliwością jak zobaczczenie tego co jest za rogiem zabudowanej ulicy. [W podejściu eksperymentalnym, widoczna linia horyzontu jest czysto subiektywna, i zależy od organu percepcyjnego obserwatora, wraz ze "wzmocnieniem oka", obiekty które wydawały się zniknąć za linią horyzontu, ponownie się pojawiają, podczas gdy teoria kulistości Ziemi zakłada, że linia horyzontu jest fizyczną realnością, zatem nawet najlepsza lornetka nie przywróci widoku tego, co zniknęło poniżej linii horyzontu.

To czysta i prosta matematyka, zatem realność proponowanego modelu Ziemi da się łatwo i prosto zweryfikować. Samo widzenie rzeczy niemożliwych - zgodnie z zakładanym modelem Ziemi - nie dowodzi jeszcze, że nie jest ona kulą. Np błąd może polegać nie na błędnym założeniu o kształcie Ziemi, ale o jej wielkości. Gdyby Ziemia była znacznie większą kulą, jej krzywizna dopuszczałaby widzenie obiektów ze znacznie większej odległości. Nie mniej, oficjalna wersja twierdzi, że wszystko ma dokładnie obliczone, Ziemia ma kształt i rozmiar dokładnie taki jak zakładany.

Zatem w naszej dialektyce wystarczy podać przykłady, że jednak takie obiekty, które powinny być poniżej linii horyzontu są widziane, mimo tego że nie mogą. Nie mniej, do uwolnienia się od bycia uosobieniem głupoty i idiotyzmu - w oczach przeciętnego, racjonalnego człowieka - potrzebujemy w naszej dialektyce dodatkowego elementu, otóż najlepiej jak taki obiekt jest po drugiej stronie jeziora, czym to jezioro mniejsze, tym lepiej, byle było dostatecznie duże, by zgodnie ze ścisłymi obliczeniami zapewniało odpowiednią odległość sprawiającą to, że według zakładanego modelu Ziemi obiekty po drugiej stronie jeziora są  niemożliwe do zobaczenia. Dlaczego czym mniejsze jezioro tym lepiej? Otóż przeciętny człowiek, kiedy jest nad oceanem czy wielkim zbiornikiem wody, widzi płaszczyznę, ale zakłada że gdzieś tam dalej ten ocean się jednak zakrzywia, elegancko zgodne z kulistością Ziemi i nie zawraca sobie więcej tym głowy. W końcu tego od dzieciństwa go uczono. Natomiast nikt go raczej nie uczył, że jezioro Śniardwy jest tak naprawdę wypukłe, więcej płaskość tego jeziora jest brana przez tegoż człowieka za pewnik, a to nie z innego powodu, że wierzy on swoim oczom, i żadne teorie nie mącą mu wzroku.

I tak, w dyskusji dajemy przykład tego, że z jednego brzegu jeziora, widać to co jest na drugim. Można przypuszczać, że  to by zwykłego człowieka nawet nie dziwiło, ale tu dowiaduje się od specjalistów, którzy potrafią liczyć, że to po prostu niemożliwe. Dla specjalisty to nie jest akurat coś co zmieniłoby jego zdanie na temat okragłości Ziemi, bo według niego ma tu miejsce tak zwana refrakcja. Zatem informuje on naszego przeciętnego człowieka, że na przykład Korsyka widziana z Nicei, Chicago widziane z preciwległegio brzegu jeziora Michigan, miasteczko na przeciwległym  brzegu Śniardw, nie są tam, gdzie je widzi, to złudzenie optyczne. Jeżeli model Ziemi ma przetrwać, musi tak twierdzić. To daje nam ciekawą definicję złudzenia optycznego, mianowicie wszystko co nie może być widziane, bo nie zgadzałoby się to z obecną teorią kulistości Ziemi, a mimo to jest widziane. To jednak nie wszystko. Po co w naszej dialektyce potrzebujemy jeziora? Otóż nasz specjalista twierdzi, że miasto na drugim brzegu jeziora nie jest widziane z uwagi na wypukłość jeziora. Zatem jego teoria o kulistosci Ziemi, zredukowana do mniejszej skali, w której na codzień zwykły człowiek żyje, wymaga od niego twierdzenia: to miasto, które tam widzisz, tak naprawdę tam nie jest, to złudzenie optyczne bo tak naprawdę widok miasta jest przesłonięty z uwagi na krzywiznę jeziora, która jest rzeczywista, choć jej nie widzisz.

Miasta tam gdzie go widzisz nie ma, bo tak naprawdę jest niewidoczne z uwagi na wypuklość jeziora, ktora jest niewidoczna, ale choć jej nie widać, to jest, bo przesłania widok miasta, które co prawda widać, ale co się rozumie samo przez się, ten widok jest tylko iluzją optyczną. Jak mogłoby być inaczej?

I teraz, choć zaczynaliśmy jako beznadziejny idiota, płaskziemiec, możemy się przemianować w płaskojeziorca, który zakłada coś tak absurdalnego jak to, że miasto które widać jest widoczne nie z innego powodu jak ten, że jeszcze nigdy nikt nie widział wypukłego jeziora i że różnica poziomu pomiędzy przeciwległymi brzegami jeziora = 0.

Natomiast naszemu specjaliście nadajemy miano wypukłojeziorca, przedstawiciela ściśle racjonalnego poglądu, opisanego powyżej, i jakkolwiek zabawny może się on wydawać, aby utrzymać wiarę w kulistość Ziemi musi być on traktowany z całą powagą. To nie żadna satyra, to jest dokładnie współczesny pogląd naukowy, a ludzie którzy wierzą w to co widzą, czyli płaską taflę jeziora Śniardwy są beznadziejnymi idiotami.

Byłoby naiwnością oczekiwać zmiany stanowiska specjalisty, natomiast można oczekiwać od przeciętnego człowieka, obdarzonego choć odrobiną zdrowego rozsądku i przysłuchującego się dyskusji, by doszedł do wniosku, że chyba jednak z tą kulistoścą Ziemi nie wszystko jest tak proste i oczywiste jak go zapewniają specjaliści.

Zwłaszcza, że płaskojeziorcy potrafią udowodnić, że to czego nie można zobaczyć, widać. Z tym wypukłojeziorcy nie dyskutują. I z pewnością wierzą też, że wszystkie takie "widzialne obiekty", które zgodnie z ich teorią powinny być niewidzialne, są iluzją optyczną. Co zresztą, gdyby chcieli, mogliby zweryfikować. Wystarczy kamera filmująca np Chicago z brzegu na którym leży i stopniowe oddalanie się w stronę przewlekłego brzegu. Jeżeli mamy do czynienia z refrakcją, w pewnym momencie Chicago musi zniknąć z filmu, co najwyżej później pojawić się ponownie jako refrakcja.

Dlaczego pustelnicy lubią Średniowiecze? Średniowiecze miało wiele zalet, a jedną z nich było to, że nikt nie odczuwał potrzeby udowodnienia, że woda na brzegach jeziora ma zawsze ten sam poziom.

Teraz wierzący w wypukłość jezior, nie odczuwają potrzeby zweryfikowania swej wiary. A może odczuwają potrzebę jej zachowania, i zdrowy rozsądek podpowiada im, by lepiej się w takie eksperymenty nie bawić?

W każdym razie, jedynym celem artykułu było strukturalne zredukowanie dialektyki i sprowadzenie jej do poziomu - na płaszczyznę? - gdzie w miarę rozsądny człowiek powinien przyznać, że na Ziemi - niezależnie od jej kształtu -można znaleźć znacznie wiekszch głupków niż tych którzy wierzą, że stojąca woda w kanale czy zbiorniku jest płaska i na tym samym poziomie w jakimkolwiek swym miejscu.

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie


Kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa Michał Klimek symbolicznie zlikwidował tzw. Strefę Czystego Transportu w stolicy Małopolski. Wraz z Grzegorzem Braunem użyli szlifierki kątowej i odcięli słupek ze znakiem informującym o wjeździe do SCT.

– Pytacie mnie, co zrobię ze Strefą Czystego Transportu? To proste, zlikwiduję ją. Osobiście! – zadeklarował Klimek i przystąpił do cięcia metalowej konstrukcji.

Głos zabrał także Braun. Przedstawił akcję jako zapowiedź kierunku, w jakim pójdzie krakowski magistrat po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Klimka.

– Szanowni Państwo, to zaledwie miły przedsmak tego, co czeka nas, normalnych Polaków, za prezydentury Michała Klimka w Krakowie. A przecież odzyskanie niepodległości nie może na tym się zakończyć. To zaledwie początek – podkreślił.

Klimek określił Strefę Czystego Transportu jako „strefę czystego absurdu”, „strefę wykluczenia i dyskryminacji normalnych Polaków, rodaków, mieszkańców Krakowa, którzy być może nie są posiadaczami aut z najnowszych roczników”.

Krakowska SCT funkcjonuje od 2024 roku i dopuszcza do centrum miasta pojazdy elektryczne, wodorowe, zasilane gazem ziemnym oraz spalinowe spełniające normy Euro 4 (benzyna) i Euro 6 (diesel). Wszystko to pod pretekstem dbania o środowisko. No chyba, że kierowca zapłaci, to wtedy nikt się już środowiskiem nie przejmuje.

Do końca 2026 roku dzienny wjazd kosztuje 5 zł, a abonament miesięczny 100 zł. Opłaty będą rosnąć etapami. Od 1 stycznia 2027 roku stawka będzie wynosić 15 zł dziennie i 250 zł miesięcznie, a w 2028 roku miesięczny abonament ma sięgnąć nawet 500 zł.

==================================


19.09.2026
nczas/pila-w-ruch-klimek-i-braun-zdemontowali-znak-strefy-czystego-transportu-w-krakowie

Rośnie groźba wciągnięcia Polski do wojny


Ze mną lepiej. Przejechałem dzisiaj na rowerze około trzydzieści kilometrów – część po leśnych drogach – i nie zmęczyłem się nadmiernie. Jeszcze miesiąc temu po takim dystansie byłem wyczerpany i parę godzin wracałem do sił. Taka jazda to dla mnie najlepszy czas, żeby przemyśleć różne problemy. Jazda była przyjemnością, ale w przemyśleniach pełno niepokoju, a przede wszystkim rosnąca obawa przed wojną. Nie ma we mnie tego psychicznego i fizycznego strachu przed wojną, który mieli ci, którzy jakąś wojnę przeżyli. Pamiętam to ze wspomnień mamy, która taki strach przeżyła jako kilkuletnie dziecko i to przeżycie było z nią do późnej starości.

Nie wiem na ile prawdopodobne jest wciągnięcie Polski do wojny, ale jestem przekonany, że taka groźba rośnie. Niestety na przestrzeni kilkunastu lat jesteśmy rządzeni przez idiotów, którzy robią wiele, żeby na nas wojnę sprowadzić, a nie robią prawie nic, żeby nas przed nią uchronić. Niewiele brakuje, by ci idioci stali się zbrodniarzami, ponieważ prowadząc do wojny w żaden sposób nie przygotowali do niej społeczeństwa.

Przedwczoraj w Stalowej Woli zawyły syreny. Ludzie na ulicy kompletnie się nimi nie przejęli. Znajomy opowiadał mi o pewnej dyrektorce szkoły, która niemal płakała mówiąc, że nie miała pojęcia, co zrobić z dziećmi. Rządzący idioci wysłali komunikat, żeby w czasie alarmu udać się w bezpieczne miejsce. Jednak rządzący idioci zarówno w państwie, jak i w mieście nie wskazali ani nie przygotowali żadnych bezpiecznych miejsc dla kilkuset dzieci z tej szkoły.

Stalowa Wola to siedziba największej zbrojeniowej fabryki w kraju. W razie wojny jest przecież oczywistym, że będzie jednym z pierwszych celów. Ci, którzy będą odpowiadać za unicestwienie Stalowej Woli będą zbrodniarzami. I nie będą to tylko ci, którzy wystrzelą rakiety, drony czy użyją innej broni, która zniszczy Stalową Wolę i zabije dzieci ze wspomnianej szkoły wraz z jej dyrektorką. Zbrodniarzami będą w równym stopniu ci, którzy wiedząc o katastrofalnym braku przygotowania Polski i Stalowej Woli do wojny wciągną nas w nią.

Mieszkam w linii prostej kilkaset metrów od Huty Stalowa Wola, czyli od największej fabryki zbrojeniowej. Jeśli Rosjanie przywalą czymś mocniejszym będzie po mnie. Gdybym miał możliwość, to bym się przeniósł w bezpieczniejsze miejsce. Niestety nie mam gdzie, ani nie stać mnie na znalezienie sobie bezpieczniejszego miejsca i nawet nie myślę o Hiszpanii czy Portugalii. Nie czuję jeszcze fizycznego strachu, ale świadomość, że w razie czego nie przeżyję zaczyna do mnie docierać. Nie chcę ulegać panice i cały czas mam nadzieję, że rządzący idioci nie są aż takimi idiotami, żeby świadomie wciągnąć Polskę w wojnę. Jednak ta moja nadzieja słabnie choćby z jednego powodu. Chodzi o to, że rządzący nami idioci są rządzeni przez obcych, których polecenia wykonują. Jak działa ten mechanizm? Ano według mnie tak…

Zaostrza się globalny konflikt między Chinami i USA. Generalnie Stany Zjednoczone tracą globalną hegemonię. Częścią tego konfliktu jest wojna rosyjsko – ukraińska. Rosja bez wsparcia Chin nie poradziłaby sobie. Z kolei Ukraina bez Zachodu już dawno przegrałaby. Ukraina przegrywa i świadomość tego mają rządzący Niemcami, Wielką Brytanią, Francją jak i przede wszystkim Amerykanie. Cały Zachód wie, że możliwości dalszego prowadzenia wojny przez Ukrainę są na wyczerpaniu. Nie mogą jednak pozwolić na to, by wyczerpanie Ukrainy zakończyło wojnę.

Dla nich wygrana Rosji jest niebezpieczeństwem w różnych wymiarach. Przede wszystkim wygrana Rosji grozi im utratą władzy we własnych państwach. W Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech ugrupowania polityczne przeciwne wojnie z Rosją rosną w siłę. Zwycięstwo Rosji może być kroplą przepełniającą czarę na ich korzyść. Dlatego dalsze prowadzenie wojny z Rosją staje się kwestią utrzymania władzy.

Dla Amerykanów zwycięstwo Rosji, to nie tyle zwycięstwo Rosji, co Chin. Dla nich korzystne jest, żeby Rosja się wykrwawiała, ale żeby oni nie ponosili tego kosztów, więc najlepiej cudzymi rękami wyciągać kartofle z ukraińskiego ogniska. I tu dochodzimy do roli w całej sprawie Polski, a w tym Stalowej Woli.

Coraz więcej wskazuje, że cały Zachód przeznacza Polskę do kontynuowania wojny w sytuacji wyczerpania się zasobów Ukrainy. Oczywistym staje się, że Zachód ma aż nadto instrumentów nacisku na idiotów rządzących Polską, żeby ci ściągnęli na nas tę katastrofę. To się już dzieje! Boję się, że to nabiera impetu. Przeraża mnie, że większość Polaków nie ma o tym pojęcia, również tych, których codziennie mijam na ulicach Stalowej Woli.

W tym roku z powodu choroby nowotworowej już porządkowałem i zamykałem swoje życiowe sprawy. Póki co uniknąłem najgorszego. Mam przypływ wisielczego humoru na myśl, że znowu powinienem zacząć te porządki, bo tym razem nie nowotwór, ale rosyjska rakieta na spółkę z idiotami rządzącymi Polską i Stalową Wolą mogą zakończyć moje rowerowe wycieczki.

A do Państwa dociera do czego prowadzą idioci rządzący Polską?

Andrzej Szlęnzak
https://myslpolska.info/

========================

Panie kochany ! To nie tylko idioci, ale również zbrodniarze. To warto jednoznacznie napisać. MD

[Kaczyński, Tusk to bez wątpienia zbrodniarze, natomiast przeciętna idiotka w waginecie Tuska, jest tylko przeciętną idiotką. Co jednakże nie zmniejsza jej odpowiedzialności za ludzkie cierpienie, do którego się dokłada. Już sporo osiągnęła a w wypadku wojny, raczej nie może oczekiwać czegoś więcej niż piekła. VB]

Romantyzowanie ludobójstwa, czyli po co Netflix wyprodukował serial „Fauda”

 

Tym wyznaniem zapewne zaskoczę Czytelników śledzących moje publikacje, w których stanowczo i bezkompromisowo krytykuję Izrael. Otóż zanim zabrałam się za zbieranie materiału do książki „Holokaust Palestyńczyków”, zawierającej wstrząsające relacje ofiar Izraela, oglądałam – z wypiekami na twarzy – izraelską propagandę. Co więcej, robię to nadal.

Wychodzę z założenia, że trzeba poznać metody wroga. Syjoniści – zakała ludzkości – to nie tylko wrogowie Palestyńczyków, ale całego cywilizowanego świata. Wejdan Abu Shammala, dziennikarka z Gazy, powiedziała mi, że „milczenie świata to współudział w zbrodni”. Dlatego uważam, że demaskowanie kłamstw Izraela to obowiązek każdego, kto jest świadomy popełnianych przez nich okrucieństw.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jestem na beznadziejnej pozycji, bo w przeciwieństwie do syjonistów nie dysponuję środkami finansowymi, nie mam dostępu do mediów głównego nurtu oraz platform streamingowych, nie steruję algorytmami, ani nie trzymam na smyczy polityków i dziennikarzy większości krajów świata.

Mimo to, robię swoje na miarę skromnych możliwości. Kiedy żydowscy zbrodniarze kłamią, że walczą z terrorystami, ja odpowiadam spisanymi relacjami naocznych świadków, którzy przedstawiają dowody, że Izrael morduje przede wszystkim bezbronnych cywilów, w tym kobiety i dzieci.

Kiedy zbrodniarze – oraz ich słudzy pokroju prezydenta Karola Nawrockiego – twierdzą, że „Izrael ma prawo do samoobrony”, ja wykazuję, że Izrael jest okupantem Palestyny i bezwzględnym agresorem. Kiedy ignorant premier Donald Tusk publicznie oświadcza, że „Polska była, jest i będzie po stronie Izraela w jego konfrontacji z islamskim terroryzmem”, ja mu odpowiadam listem otwartym, w którym łopatologicznie tłumaczę, że nie byłoby Hamasu, gdyby nie Izrael.

MANIPULACJA WIDZAMI

To właśnie wspomniany Hamas jest głównym antagonistą izraelskich żołnierzy jednostki specjalnej – bohaterów propagandowego serialu „Fauda” (z arabskiego „chaos”). Głośna produkcja platformy Netflix koncentruje się na konflikcie izraelsko-palestyńskim, pomijając jednak kluczowe fakty dotyczące jego źródła.

W realnym życiu zaczęło się od tego, że żydowscy najeźdźcy ukradli ziemię Palestyńczykom i jako pierwsi odpalili szereg brutalnych działań. Serial „Fauda” oczywiście to przemilczał.

Przypominam więc o Nakbie w 1948 roku, kiedy żydowscy przybysze z innych krajów zmusili do ucieczki od 700 tysięcy do miliona Palestyńczyków. Generalnie powstanie państwa Izrael wiąże się z konfiskatą palestyńskiej ziemi, niszczeniem palestyńskich wiosek, wyburzaniem palestyńskich domów, przymusowymi przesiedleniami czy ograniczaniem swobody przemieszczania się Palestyńczyków.

Do tego dochodzi fizyczna przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków, w tym brutalne porwania i aresztowania, bezpodstawne przetrzymanie w więzieniach cywilów, z kobietami i dziećmi włącznie, poniżanie, torturowanie i zabijanie.

Jest więc naturalne, że po takim traktowaniu – trwającym od dekad – Palestyńczycy zaczęli się buntować. Z definicji taki bunt nazywa się ruchem oporu, czyli tajną i zorganizowaną działalnością ludzi, którzy walczą z okupantem lub z niesprawiedliwą władzą. Tym więc właśnie jest Hamas, który zresztą powstał nie bez inspiracji Izraela, chcącego mieć pod kontrolą także buntowników.

Tego całego kontekstu brakuje w produkcji Netflixa, która opowiada o konflikcie, pomijając jego faktyczne przyczyny. Ktoś powie, że to przecież tylko fabuła, a nie dokument, więc autorzy mają prawo tworzyć scenariusz według własnego widzimisię.

Problem w tym, że Lior Raz i Avi Issacharoff – pomysłodawcy i twórcy serialu „Fauda” – twierdzą, iż scenariusz został zainspirowany ich własnymi doświadczeniami wojskowymi i dziennikarskimi oraz prawdziwymi wydarzeniami. Nie wątpię, że po części tak było. Jednak bez kluczowego kontekstu dotyczącego faktycznych źródeł konfliktu zbyt wielu widzów uwierzyło w kłamstwo, że Izraelczycy są ofiarą, a Palestyńczycy agresorem zasługującym na śmierć.

MORDERCY Z LUDZKĄ TWARZĄ

Perfidia twórców serialu ma wiele wymiarów. Całkowicie pominięto chociażby obrzydliwy rasizm syjonistów, na którym oparto państwo Izrael. Tymczasem główna postać „Faudy” – Doron Kabilio (w tej roli współtwórca Lior Raz) – choć zabija Palestyńczyków na potęgę, to bywa przy tym wrażliwy i uczuciowy wobec okupowanego narodu.

Dla przykładu, w 1., 2. i 4. sezonie Doron szczerze zakochał się w palestyńskich kobietach, które wykorzystywał w ramach operacji specjalnych, by dorwać ich krewnych powiązanych kolejno z Hamasem i Hezbollahem. Następnie dzielnie próbował je ochronić. W 3. sezonie miał romans z żydowską koleżanką z pracy, ale ani wobec niej – ani wobec żydowskiej żony, którą zdradzał – nie był już taki sentymentalny jak do Palestynek.

Innym razem dręczyły go wyrzuty sumienia, gdy cynicznie oszukiwał młodego niewinnego Palestyńczyka, żeby w ramach tajnej misji rozpracować członków jego rodziny powiązanych z Hamasem. Doron jest Izraelczykiem pochodzenia irackiego, więc świetnie mówi po arabsku, dzięki czemu łatwo przenika na stronę przeciwnika, udając jednego z nich.

Tamta akcja skończyła się katastrofą. Gdy palestyński chłopak poznał prawdę, poczuł się zdradzony. Dodatkowo dotknęła go hańba, że dał się podejść izraelskiemu agentowi. Palestyńczyk musiał więc się „oczyścić” i zemścić. Zradykalizował się, co w konsekwencji doprowadziło do krwawej jatki. „Fauda” pokazuje więc czasem, że Izraelczycy również popełniają błędy, co ma uwiarygodnić propagandową serię.

Dzięki tym sprytnym zabiegom nawet i ja mam swój ulubiony wątek w serialu. Dzieje się to w 4. sezonie, kiedy Gabi Ayub (w tej roli Itzik Cohen), dowódca izraelskiej jednostki do zadań specjalnych, zostaje porwany przez Hezbollah.

We wcześniejszych sezonach bezwzględnie przesłuchiwał palestyńskich więźniów, w tym kobiety, by ich złamać, wydobyć informacje i zmusić do zdrady swoich. Kiedy sam trafił w niewolę bojowników Hezbollahu, kapitan Ayub pod wpływem tortur „wyśpiewał” dosłownie wszystko, łącznie z nazwiskami i adresami zamieszkania izraelskich agentów, którymi dowodził. Ta „słabość” kosztowała życie części z nich.

„Ludzkie oblicze” izraelskich bohaterów „Faudy” – którzy na co dzień zajmują się bezwzględnym zabijaniem – przewija się przez całą serię. Pokazywane są ich słabości, walka w wewnętrznymi demonami, trudności z normalnym funkcjonowaniem, rodzinne dramaty, cierpienie po stracie przyjaciół z jednostki, którzy zginęli podczas akcji.

Widząc to wszystko, nawet zatwardziały przeciwnik Izraela – a za takiego się uważam – może poczuć jakieś współczucie wobec głównych postaci „Faudy”. Dlatego uważam, że jest to świetnie zrealizowany serial propagandowy. Oczywiście piszę to nie bez żalu i obrzydzenia wobec twórców, którzy najmocniej przegięli w najnowszym 5. sezonie.

KŁAMSTWO DLA ŚWIATA

Nie byłam zaskoczona, że ostatni sezon „Faudy” – który miał premierę we wrześniu 2026 roku i był zrealizowany po dłuższej przerwie – koncentruje się wokół wydarzeń 7 października 2023 roku, kiedy Hamas zaatakował Izrael. To przełomowy moment w historii konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który i mnie „pchnął” do wzmożonej aktywności dziennikarskiej w tym temacie, w wyniku czego powstała książka „Holokaust Palestyńczyków”.

5. sezon obejrzałam z największymi emocjami, bo w pamięci miałam rozmowy z Palestyńczykami – świadkami trwającego w Strefie Gazy ludobójstwa – którzy opowiadali o izraelskich bombardowaniach zrównujących z ziemią szpitale, szkoły, całe osiedla. Wiem też o celowym ostrzeliwaniu przez Izrael karetek pogotowia czy atakowaniu zagranicznych wolontariuszy próbujących dostarczyć leki i żywność dla konających cywilów. To wszystko pomija produkcja Netflixa.

Jest za to Eli, który powołuje się na „Boga zemsty”, bo Hamasowcy zabili w kibucu żonę i dzieci. Nie zdążył ich ocalić, bo zatrzymały go akcje zbrojne Hamasu wzdłuż granicy z Gazą. Nie zdążył też Doron, bo w międzyczasie ruszył z pomocą izraelskiej młodzieży, zaatakowanej przez Palestyńczyków podczas festiwalu.

Najbliżsi Eliego zginęli tragicznie, a ich ostatnie chwile, kiedy próbowali przetrwać w obliczu brutalnego zagrożenia, budzą u widza współczucie. Znaczna część fabuły skupia się na ogromnym uczuciu łączącym tę żydowską rodzinę. Chodzi o to, aby odbiorca – wzruszony cierpieniem romantycznego żołnierza – dał mu niejako prawo do krwawej zemsty.

Dwa lata później, kiedy Eli poznaje nazwisko i adres zabójcy, wyrusza do Marsylii we Francji, by pomścić rodzinę. Dołącza do niego Doron, zmagający się zespołem stresu pourazowego. Oprócz prywatnej zemsty, mają za zadanie udaremnić kolejny atak na Izrael, tym razem z udziałem pro-palstyńskich działaczy z Europy.

Ale jak to? Ktoś z oświeconej Europy popiera tych złych Palestyńczyków? Spokojnie, na to syjoniści mają „argument”. Do obsady „Faudy” dołącza blondwłosa Francuska (Mélanie Laurent), której serce zdobył bojownik Hamasu. Izrael znalazł więc sobie „wytłumaczenie”: jeśli ktoś opowiada się po stronie Palestyńczyków, to znaczy, że ślepe zakochanie odebrało temu komuś rozum i rozeznanie.

Tak mniej więcej poprowadzono ten wątek w „Faudzie”, ale nie tylko. Sama wielokrotnie czytałam o sobie komentarze w Internecie – prawdopodobnie produkowane przez izraelskie boty – sugerujące, że w życiu prywatnym musiałam być uwiedziona przez jakiegoś muslima, skoro opisuję Palestyńczyków jako ofiary.

I wreszcie, zmagający się z traumami po 7 października bohaterowie „Faudy” wciskają widzom Netflixa ściemę, że Izrael dał się zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Przed szykowanym przez Hamas zamachu ostrzegała chociażby egipska bezpieka. Poza tym Izrael ma doskonały wywiad, śmiem przypuszczać, że najlepszy na świecie. Moim zdaniem atak był wręcz Izraelowi na rękę.

Według oficjalnych danych (strach pomyśleć, co kryje się za nieoficjalnymi) wydarzenia zapoczątkowane 7 października 2023 roku przyniosły 61,5 razy więcej ofiar śmiertelnych po stronie palestyńskiej niż po stronie izraelskiej. Od trzech lat trwa metodyczne ludobójstwo na narodzie palestyńskim w Gazie.

Zbrodni Izraela nie da się już ukryć, bo Palestyńczycy mają telefony z kamerami. Skoro więc nie da się ukryć niewygodnych faktów, można próbować zagłuszyć je innym przekazem. Uważam, że właśnie taką funkcję pełni serial „Fauda” – ma odwracać uwagę od okrucieństw Izraela i faktycznych powodów konfliktu. A żeby lepiej się to sprzedało, fabułę podlano sosem romantycznych uniesień.

Agnieszka Piwar

PS Dwa dni po premierze „Faudy”, podczas 83. Festiwalu Filmowego w Wenecji, miał światową premierę w konkursie głównym dokument „NAZA” Yuvala Abrahama i Rachel Szor, poświęcony systemowi izraelskich ataków w Gazie i ich skutkom dla ludności cywilnej. Projekcję zakończyła ponad 24-minutowa owacja na stojąco, co stanowi rekord w historii festiwalu. Film otrzymał następnie Nagrodę Specjalną Jury.

Od tamtej pory algorytmy w mediach społecznościowych pokazują mi niezliczoną ilość postów i przerobionych przez AI filmów oczerniających twórców nagrodzonego dokumentu. Jak długo żyję, nie widziałam tak potężnej nagonki jak ta wobec tych odważnych izraelskich filmowców, którzy zdemaskowali zbrodnie dokonywane przez ich państwo.

Przez Agnieszka Piwar 2026-09-19

piwar/romantyzowanie-ludobojstwa-czyli-po-co-netflix-wyprodukowal-serial-fauda

tutaj można postawić mi kawę
https://piwar.info/wspieraj-wolne-slowo/


Zostałeś strażnikiem własnego gułagu


Stale rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, a co za tym idzie gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na pamięć masową i moc obliczeniową, powoduje obecnie na całym świecie boom budowlany związany z powstaniem ogromnych centrów danych. Jednocześnie politycy na całym świecie narzucają działania na rzecz ochrony klimatu w celu ograniczenia emisji CO². Natomiast gigantyczne zużycie energii i wody przez centra sztucznej inteligencji nigdy nie jest poruszane. Dziennikarz śledczy David Icke wyjaśnia, dlaczego budowa centrów danych i rewolucja w dziedzinie sztucznej inteligencji mają dla polityków wyższy priorytet niż rzekomo zbliżająca się globalna katastrofa klimatyczna.

David Icke twierdzi, a ja się z nim zgadzam, że nie powinieneś mieć możliwości samodzielnego kierowania swoim życiem i opłacania rachunków, lecz twoje przetrwanie powinno całkowicie zależeć od rządu. Taki jest plan. A jeśli po prostu będziemy tam stać i patrzeć, to tak się stanie. Ale nie musi tak być. Garstka ludzi nie może rządzić 8 miliardami, chyba że te 8 miliardów to po prostu zaakceptuje i podporządkuje się tej garstce. Koniec historii.

Wyjaśniam tym, którzy nie wiedzą: Gułag (lub GUŁag) to radziecki system obozów pracy przymusowej, który istniał w ZSRR od 1930 do lat 50. i 60. XX wieku. Były to miejsca „resocjalizacji” dla podejrzanych o niesprzyjanie totalitarnej władzy. Te obozy stały się pierwowzorem dla niemieckich obozów koncentracyjnych. Pierwszy niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Dachau otwarto 22 marca 1933 roku. Także i niemieckie obozy broniły totalitarnego systemu przed wrogimi ideologiami. W rzeczywistości służyły w utrzymaniu terroru nad własnym społeczeństwem. [Nie jestem pewny czy sama idea obozu koncentracyjnego jest zła. Jest przecież wiele szkodliwych jednostek, które są zagrożeniem dla zdrowia społeczności. Odizolować je, dać normalnie zjeść i niech pracują na rzecz społeczeństwa. Zatem idea całkiem dobra, tyle że w rzeczywistości wymagałoby też dobrych i sprawiedliwych rządzących... VB]

Ależ to przecież odległa historia, cóż my mamy z tym wspólnego? System totalitarny to ustrój polityczny, w którym państwo kontroluje wszystkie dziedziny życia społecznego i prywatnego, dążąc do całkowitego podporządkowania sobie obywateli. Tę i wcześniejsze definicje otrzymałem od SI – Sztucznej Indoktrynacji. My żyjemy wszakże w demokracji – nieprawdaż? Nasze rządy nigdy przecież nie będą propagować społecznej kontroli poprzez media, system kamer i szerzenie strachu przed konsekwencjami za myślozbrodnię.

Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?

Przedstawiony fragment nie opisuje historii z czasów drugiej wojny światowej – to się wydarzyło niedawno na Wyspach Brytyjskich – kolebce europejskiej demokracji. Cytat pochodzi z opublikowanego w czerwcu artykułu na benews.media: Cyfrowy Gułag. Źródło.

Winston Smith pokochał już Wielkiego Brata, jak przepowiedział George Orwell w swojej słynnej książce.

Już od dawna jesteśmy strażnikami naszego gułagu. Niepotrzebne koszty na drut kolczasty, wieże strażnicze ze strażnikami zostały wyeliminowane. Wystarczy telewizja, komórka i bardzo sztuczna inteligencja zastąpiona atrofią tej niegdyś wszechobecnej naturalnej inteligencji. Wydajemy nawet spore pieniądze na zakup jeszcze lepiej kontrolującej nas komórki oraz wielkiego płaskiego ekranu nieprawdy. Stalin i Hitler patrzyliby z zawiścią na taki rozwój wydarzeń.

Pomyśl, ile twoich myśli wcale nie jest twoich, tylko zostało ci po cichu wpojone na zasadzie kukułczego jaja. Ta metafora została dobrze wyjaśniona w artykule sprzed 7 laty, czyli tuż przed kowidowym gułagiem:

Kukułka to wyrodny rodzic [ależ nie!! sprytny, bo ma więcej sił na następne jaja... MD] , gdyż podrzuca jaja innym ptakom. W życiu ptaków decydujące znaczenie mają reakcje instynktowne. Jajo czy pisklątko w naszym gnieździe jest nasze, nawet jeśli inaczej wygląda. Wykluje się z niego potwór. Rośnie szybko, jest bardziej przebojowy i szerzej rozdziawia dziób przy karmieniu. Jeśli znajdzie obok siebie jajo czy przybranych braci, szybko wyrzuci ich na ziemię. A na koniec oszust i morderca w jednej osobie dorasta wieku dojrzałego.

Nasze myśli nie są już nasze – to są te kukułcze jaja, które odebrały nam wolność.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

20. września 2026 Marek Wojcik
world-scam/zostales-straznikiem-wlasnego-gulagu

Wojciech Bąk poeta zapomniany

 

23 kwietnia 2017 r. mija 110. rocznica urodzin Wojciecha Bąka -wywodzącego się z Ostrowa poety, dramaturga, prozaika, eseisty, tłumacza. Z tej okazji młodzież z Gimnazjum nr 3, Szkoły Podstawowej „Edukator”, Szkoły Podstawowej nr 4 i Szkoły Podstawowej nr 1 wzięła udział w wykładzie poświęconym literatowi. Prelekcja zatytułowana „Poeta w czasach totalitaryzmu.

Prelekcja o Wojciechu Bąku w 110. rocznicę jego urodzin odbyła się 20 kwietnia w Filii Biblioteki nr 7 i w dniu 24 kwietnia w Filii Biblioteki nr 2. Sylwetkę pisarza i jego tragiczne losy przedstawił Jarosław Biernaczyk - historyk, regionalista, publicysta, nauczyciel w II LO w Ostrowie, redaktor roczników: „Nowy Promień” i „Studia Iudaica Ostroviensia”.

Prelegent w bardzo interesujący sposób przybliżył biografię najsłynniejszego ostrowskiego poety. Nie zabrakło wielu ciekawostek z życia Bąka, anegdot z nim związanych oraz wspomnień jego ucznia, z którym historyk miał okazję się spotkać. Jednak szczególny nacisk położył na zmagania pisarza z systemem totalitarnym, jego postawę wobec ustroju i założeń socrealizmu oraz walkę o wolność w pracy literackiej.

- Nawet w Ostrowie niewiele osób o nim pamięta. Może jeszcze parę osób w Poznaniu, a poza Wielkopolską jest to już postać mocno zapomniana. Dlatego uważam, że to bardzo dobrze, iż jego pomnik jest postawiony przed I Liceum Ogólnokształcącym. Czy był najwybitniejszym absolwentem tej szkoły, skoro tylko jego popiersie tam się znalazło? Przecież kończyło ją tysiące absolwentów. Często się nad tym zastanawiałem i często też byłem pytany o to przez osoby spoza Ostrowa, które tu przyjeżdżały. Nie, nie był, jednak z kilku powodów to dobrze, że to właśnie Bąk ma swój pomnik przed tą szkołą. Mam nadzieję, że nauczyciele I Liceum przypominają i wykorzystują jego postać (choćby na lekcjach wychowawczych), zwłaszcza po to, by uświadomić młodym ludziom czym był komunizm, czym jest ustrój totalitarny, gdzie z człowiekiem można zrobić wszystko. Można być znaną postacią, zdolnym pisarzem, ale wystarczy powiedzieć jedno czy dwa zdania nie takie, jak władza chce i człowiek jest zniszczony. Jeden z jego biografów napisał: „To nie Bąk był wariatem, to epoka, w której żył była zwariowana”. W pełni się z nim zgadzam - mówił J. Biernaczyk.

Wojciech Bąk urodził się w 1907 roku w Ostrowie Wielkopolskim. Ukończył Gimnazjum Męskie (dziś I Liceum Ogólnokształcące). Tam też zdał maturę. Był absolwentem filologii polskiej i filozofii na Uniwersytecie Poznańskim. Publikował m. in. w „Skamandrze” i „Wiadomościach Literackich”. Jego debiutem był tomik „Brzemię niebieskie”, nagrodzony przez „Wiadomości Literackie”. Do wybuchu wojny pracował, jako nauczyciel języka polskiego w poznańskich szkołach średnich. Czas okupacji spędził w Warszawie, a po powstaniu został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Po powrocie do kraju redagował, wspólnie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, „Życie Literackie”. Był prezesem oddziału poznańskiego Związku Literatów Polskich, laureatem nagrody literackiej miasta Poznania i nagrody Episkopatu Polski. Pełnił funkcję kierownika literackiego Teatru Nowego w Poznaniu. Założenia przyjęte podczas zjazdu Związku Literatów Polskich w 1949 r. sprawiły, że publikacja jego poezji religijnej stała się niemożliwa. Poeta zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że w Polsce Ludowej nie ma już dla niego miejsca. Ze względu na głoszone poglądy coraz częściej był obiektem ataków i stał się bardzo niewygodny dla ówczesnej władzy. Zdecydowano o zamknięciu go w szpitalu psychiatrycznym, gdzie był bity i poddawany przymusowemu leczeniu. Po dwukrotnym pobycie w zakładzie poważnie podupadł na zdrowiu. Doświadczył również więzienia i prób ubezwłasnowolnienia. Inwigilacja i prześladowania pisarza wciąż narastały. Zarzucano mu m. in. antysemityzm. Bąk wycofał się z życia towarzyskiego, odsunął od otoczenia, żył w nędzy. Poeta zmarł 30 kwietnia 1961 roku w niejasnych okolicznościach. Jest autorem ponad dziesięciu tomików poezji - m. in. „Brzemię niebieskie”, „Śpiewna samotność”, „Monologi anielskie”, „Piąta ewangelia”, „Syn ziemi”, „Dłonie z wiatru”, „Zastygłe chwile”, zbioru opowiadań pt. „Twarze”. Napisał także kilka dramatów (m. in.: „Jerzy i Barbara”, „Tyberiusz”, „Sługa Don Kichota”).

https://umostrow.pl/

Głos wysoki

Zbyt są wysokie dla mnie słowa :
Cnota, sumienie, dobroć, męstwo,
Lecz przyszłość imię me zachowa,
Że nie ugiąłem się pod klęską.

I w wieku mściwych gwałcicieli
Nie kryłem się za śmieszne maski,
Lecz głos mój ozwać się ośmielił,
Nie tając gniewu, nie chcąc łaski!

I głos ten brzmiał dobitnie w czasie,
Gdy rzadko zabrzmiał głos wysoki –
I w wieku, w którym prawda gaśnie,
On dźwięczał sądem i wyrokiem.
**
Apostoł pedantyczny

Apostoł pedantyczny, grzebiąc w księgach nocą,
Poszukuje sinymi źrenicami wiary
Już myśli, że ją znalazł, więc ręce trzepocą
I mgłą zachodzą mętną śmieszne okulary.

Pisze grube foliały – i wierzy, że pióro
Prowadzi anioł – niebios mądry talmudysta –
A na papierze rośnie głupstwo wzniosłą bzdurą
O bliskich i ponurych skrzydłach Antychrysta.

Noc pachnie jak ogrodem, a w powietrzu śpiewem
Jaskółki niebios płyną – anieli skrzydlaci,
A on w pokoju rośnie bezowocnym drzewem
I resztą nerwów złudę apostolstwa płaci.

Widzi już w myślach, że mu wyrasta nad czołem
Kwiat promienistej glorii – godło przeznaczenia
I zasypia znużony jak pijak nad stołem,
Jakby w kieszeni miał już dokument zbawienia.

We śnie rozdaje żonie, krewnym, przyjaciołom
Patenty prawej wiary – bilety do nieba –
Pośmiewisko dla Boga, ludzi i aniołów –
Apostoł pedantyczny, bezowocne drzewo!

**

Usta moje tak odwykły już od mowy,
Że każdego słowa im za wiele.
Milczę jak te na mrozie surowym
Mniej gałęzie – niż martwe piszczele.

Wśród drzew idę. Słucham ich milczenia,
Tylko śnieg pod moją stopą skrzypi –
I wiem : oto słyszą objawienia
Serca mego – te aleje lipy …

Żaden liść nie zaszemrze – woni nie ma –
A wysoko się toczy rozmowa –
I powierza mi swą prawdę ziemia,
I ja ziemi – bez słowa …
**
Bóg mnie rzucił na ziemię jak w burzliwe morze.
Zły ze mnie pływak - mdleje mi bezsiłą ramię.
Wiem, nikt tratwy nie wyśle, w walce nie pomoże,
Jakbym był odrzucony na wieki w niepamięć.

Ale stado żurawi, płynąc w dal przeczutą,
Uczy mnie wierzyć w Boga, który nim kieruje -
I pogodą ich skrzydeł rozkwita mój smutek.
I Jego skrytą pomoc w mych ramionach czuję.
**
Trzeba być całkiem ślepym,
By zobaczyć Jego blasku przepych,
Trzeba być całkiem głuchym,
Aby nowym go usłyszeć słuchem,
Trzeba zatracić dar woni,
Aby odczuć woń piersi i dłoni,
Trzeba zatracic czucie,
By Go dotknąć rozpalonym uczuciem,
I trzeba całkiem byc niemym,
Aby Imię Jego wymienić!

Żer Tygrysów Andrzej Biernacki


... wtedy przychodzi wielki rządca
mąci się nitka przyjaźń plącze
i pustych słów makówka dzwoni
potem zakrzepła krew w sztandarach
i palców węzeł ponad głową
taki sam węzeł w mózgu pięść

Zbigniew Herbert Do pięści

Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarze rewolucji profil czwarty?
— Pod sztandarem rewolucji wzmocnić warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!

Wisława Szymborska Ten dzień

Znany szkic Czesława Miłosza Tygrys z tomu Rodzinna Europa jest — jak wiadomo — literackim portretem Juliusza Krońskiego. Zarazem jest przenikliwym opisem jednej z odmian obłudy, do jakiej uciekli się w polskich latach stalinowskich niektórzy nasi intelektualiści z ówczesnego pokolenia czterdziestolatków:

Przyjaźń z Tygrysem wzmacniała mnie przez jego gniewy i sarkazm namiętnego pielgrzyma. Wierzył, że naszym obowiązkiem jest przenieść cenne wartości europejskiego dziedzictwa na drugi brzeg, choćby dziesiątki lat miały nas otaczać tylko absurd, krew i ekskrementy. Maskuj się i klucz — będzie tobie to wybaczone, jeżeli przechowujesz w sobie miłość Dobra.

Bliższe wejrzenie w zasady, którymi by się miano kierować, odsłania kulisy całej tej maskarady:

Bo „tygrysizm" był filozofią działania, ale tak trudną, że dostępną tylko dla łaskawie przez mistrza wybranych kilku godnych. Żeby ją uprawiać, należało pielęgnować „humor historyczny", czyli raczej zręczność taką jak pływanie albo bieg niż umiejętność nadającą się do wyłożenia komuś w teorii. Rzeczywistość poddana przemianie, tak utkana ze współzależności, że każdy, nawet najdrobniejszy jej szczegół owocował nieskończenie, ukazywała spojenia, w których można było umieszczać dźwignię świadomego aktu.

Następstwa zaś praktyczne tego nie pozbawionego pychy żonglerstwa, nazywanego historycznym humorem, wyrażały się jeszcze o wiele mniej górnie; „miłość Dobra" coraz wyraźniej Tygrysowi ulatniała się po drodze:

I jak się zdaje, zagadka etyki niemożliwej do wsparcia na jakimś nieruchomym dziesięciorgu przykazań, zagadka prawideł zdobywanych co dzień z trudem, wśród powszechnej zmienno-ści, coraz bardziej go niepokoiła. Posiedzenia jego grona obracały się dokoła pytania: Co wolno, czego nie wolno. Wolno usunąć z katedry profesora („szkodnika"), ale nie wolno go ani więzić, ani pozbawiać możliwości zarobku.

Uderzająca jest lichota uzasadnień powstających na użytek faktów zamierzonych i dokonanych. Juliusz Kroński przyczynił się był do bezterminowego urlopowania z Uniwersytetu Warszawskiego swojego profesora, Władysława Tatarkiewicza — i sam tak właśnie objął opustoszałą katedrę.

Dochowały się relacje z jego „tygrysich" wykładów. Szybko wśród swych słuchaczy rozpoznawszy studentów co wybitniejszych, całą resztę traktował jak mierzwę. Wśród „wybranych" znalazł się — i słusznie — Krzysztof Pomian. On to właśnie mi po latach opowiedział, że gdy tylko profesor Kroński wygłosił jakąś efektowną bzdurę — zaraz mu słał, do ław studenckich, gryzmoł z zapytaniem: „Czy dobrze się wygłupiam!?".

2. Nie należąc do „kilku godnych", nie miałbym szans u „Tygrysów", toteż wspominając tamte lata mogę mówić zaledwie o tych, którzy byli z góry przeznaczani na zatratę, na ich żer i pastwę.

Ośmiela mnie do przemawiania tu okoliczność, że ostatnimi czasy kilkakrotnie zostałem z imienia wskazany wśród uczniów i potem studentów, którym niesporo szło przystosowanie się do zmian zaszłych u nas po roku 1948. Spotkałem się mianowicie ze wzmiankami o sobie u tak znanych dzisiaj autorów jak Andrzej Walicki, Andrzej Drawicz i Jacek Trznadel.

Ale punktem odbicia tych moich tutaj uwag niech będzie wywiad z Marią Hernasową, przeprowadzony przez Marka Zaborowskiego i drukowany we wrocławskim niezależnym piśmie literackim „Obecność" (nr 22).

Rozmowa się toczy „na marginesach Hańby domowej". Moja niegdyś licealna koleżanka widzi mnie tak:

We wspomnieniach o szkole umknął uwadze Jacka Andrzej Biernacki, który przyszedł do naszej szkoły przed maturą, wywalony z III Liceum za tzw. politykę, prawie jak Bernard Zygier z Syzyfowych prac, za bliżej nieokreśloną nieprawomyślność. Myśmy nie bardzo wiedzieli, na czym ta nieprawomyślność polega, chociaż ten chłopak absolutnie nie krył swoich poglądów. Poglądy Andrzeja to była zresztą osobliwość — można je było umieścić w czasie gdzieś około Sejmu Czteroletniego. To był powód, że nie odegrał on w 'XI humanistycznej' roli Zygiera.

Przeciągnąłem ten cytat, aby siebie nie oszczędzać. Musiałem był rzeczywiście być mocno śmieszny. Teraz pora na autobiograficzny komentarz.

Podczas niemieckiej okupacji uczyłem się w domu. Do szkół po raz pierwszy w życiu poszedłem w roku 1945. Dla kogoś, kto dotychczas codziennie był przepytywany z całości zadanego materiału i ze wszystkich przedmiotów — nauka w publicznym gimnazjum była czymś nieoczekiwanie łatwym, mimo że domowe wychowanie trochę odstawało od wymagań oficjalnego programu i miałem pewne zaległości do nadrobienia.

Gimnazjum ogólnokształcące w Łowiczu było świetne. Wszystkich moich tamtejszych profesorów do dzisiaj pamiętam z imienia i nazwiska, mam ich w oczach z sympatią i podziwem. Jeśli zostałem polonistą — pani Helena Jastrzębska ma w tym duży udział. Jan Wegner, zasłużony badacz dziejów ziemi łowickiej, był moim pierwszym mistrzem w historii. Łaciny — nim została z powrotem wezwana do Uniwersytetu w Warszawie — udzielała Maria Maykowska, asystentka kiedyś samego Tadeusza Zielińskiego. To jest pars pro toto.

Ustrój był nowy (wiedziałem o tym coś niecoś, gdyż nie mogliśmy wrócić do naszego domu, z którego wygnali nas Niemcy i nawet mieszkanie w tym samym powiecie zostało nam wzbronione). Jednakże ten nowy ustrój starał się o zachowanie pozorów. Gimnazjum nie miało zrazu własnego budynku, gdzieździliśmy się kątem w jakiejś innej szkole. I otóż pewnego wczesnego ranka, dobrze przed rozpoczęciem zajęć, na wezwanie uczniów klas maturalnych, ruszyliśmy pochodem z transparentami przez całe miasto, pod gmach starostwa — z manifestacją, domagając się lepszych warunków do nauki. Miejscowe gazety napisały o nas życzliwie, represjonowanie organizatorów nikomu nie przyszło do głowy. Publiczną wypożyczalnię książek przy głównej ulicy, łączącej stary i nowy rynek (wówczas Zduńskiej — i teraz nareszcie znów pewnie tak samo), prowadzili członkowie Związku Walki Młodych. Wiedziałem, co to za organizacja, ale wykonywali swoje bibliotekarskie zadania pierwszorzędnie i korzystałem z ich usług bez zastrzeżeń. Takie to było moje pierwsze z życiu spotkanie z niewiele ode mnie starszymi chłopcami w czerwonych krawatach!

Warunki życiowe mej rodziny sprawiły, że po dwu latach z wielkim żalem opuściłem Łowicz i przejechałem do Wrocławia, który wkrótce także bardzo polubiłem. Wrażenia szkolne — znowu korzystne: cóż za wyśmienici profesorowie zjechali tu byli ze Lwowa! I jeszcze raz to samo: nowy ustrój wciąż się maskował. Pamiętam dobrze zbiórkę pieniężną w całym mieście na rzecz Towarzystwa Burs i Stypendiów. Braliśmy w tym udział z przekonania, rozumiejąc, że idzie o materialne wsparcie uboższych kolegów; zajęliśmy nawet w konkursie pierwsze miejsce w Polsce! Władze TBiS wcale się nie kwapiły z powiadomieniem nas, jakie wychowawcze cele przyświecały tej organizacji. Nauczyciele też byli chyba mało zorientowani.

Bo jednak kiedy indziej dawali dobre świadectwo swojemu i naszemu odczuciu, przy wykładaniu na przykład historii najnowszej. Nikomu z nich nie przyszłoby do głowy posłużyć się osławioną Nauką o Polsce współczesnej (1948), podręcznikiem Władysława Bieńkowskiego (który dzisiaj przyznałby się zapewne do „tygrysizmu").

Z gimnazjum wyleciałem dla uczczenia humbugu zwanego Zjednoczeniem Partii. Byłem przwodniczącym samorządu szkolnego, nasz zarząd (maturzyści) właśnie ustępował, więc tak pokierowałem wyborami, by do nowych władz weszli koledzy, którzy nie przystąpili do ZMP. Najpilniejszym moim wrogiem stał się odtąd kolega O., dotychczas inteligentny współpracownik i wcale nie ZWM-owiec, przeciwnie — członek OM-TUR-u, a to była ogromna różnica. Teraz jednak, odkąd już powstał ZMP, stał się gorliwszym wśród gorliwych.

Po kilku miesiącach wilczego biletu mogłem się był spodziewać, że matura stanie się dla mnie na razie niemożliwa. Pomoc przyszła ze strony najmniej spodziewanej. Dowiedział się o mnie dr Franciszek Jankowski, dyrektor I ogólnokształcącego gimnazjum we Wrocławiu, przedwojenny socjalista, autochton, więzień w czasach Hitlera. Zostałem zaproszony na rozmowę.
Trwała ona raczej krótko, ale będę ją z wdzięcznością (a i odcieniem dumy) pamiętał do końca życia. Padło pytanie, czy uważam się za przeciwnika jedynie komunizmu, czy socjalizmu także. — Oczywiście także socjalizmu, odparłem bez wahania. Dyrektor Jankowski wstał zza biurka, podał mi rękę i powiedział dosłownie tak: „W porządku, masz odwagę cywilną — możesz iść do klasy." W ten sposób dane mi było zostać kolegą wielu wybitnych teraz osób, co jest opisane u Jacka Trznadla.

3. Przechowuję nie bez przyjemności dokument poświadczający, że egzamin wstępny w Uniwersytecie Wrocławskim zdałem dobrze, lecz że przyjęty nie zostałem „z powodu braku miejsc". Ponieważ chodziło o Wydział Prawa, gdzie miejsc po wojnie było pod dostatkiem, jest oczywiste, co się za formułką kryje. Moi koledzy z gatunku pana O. czuwali.

Najskuteczniejszym podówczas dla takich jak ja sposobem przedostania się przez igielne ucho (wedle liturgii nowego obrządku) było — zostać robotnikiem. Posada gońca zaliczała już człowieka do tak zwanych pracowników fizycznych. Przyjął mnie wojewódzki zarząd Zrzeszenia Przemysłu Gastronomicznego. Dostałem służbowy rower — i moja znajomość prywatnych restauracyjek, knajp i spelunek stała się wkrótce dokładna. Trochę mi z tej ówczesnej wiedzy pozostało, bo to były lata bardzo jeszcze fachowej obsługi klienta, więc się nauczyłem, jak co ma być zrobione, jak podane.

Wolałem nie ryzykować ponowienia starań we Wrocławiu. Ekskoleżków na usługach PZPR było coraz więcej. Umknąłem do Warszawy. Tu się dostałem na polonistykę.
Dziekanem naszego Wydziału Humanistycznego był Witold Jabłoński, sinolog. Gdybym miał dzisiaj kogoś przeciwstawić „Tygrysom" — wybrałbym właśnie jego. Nie kluczył, nie mataczył, nie zgrywał się; ale to właśnie on upamiętnił mi się jako ktoś, kogo cechował odważny „humor historyczny". Z całą powagą przedstawił w roku 1950 w Towarzystwie Naukowym Warszawskim swą uczoną rozprawę Geneza chińskiej bibliografii a rodzaje literackie. Czytywaliśmy tę pracę z chichotem, którego nie powstydziłby się i Miłosz. Nasz bowiem sinolog zwracał uwagę na paralelę, która się nasuwa „między 'spaleniem książek ' przez totalistycznego Ts 'in Szyhuangti a jego nieświadomymi naśladowcami w Trzeciej Rzeszy" i na dowód cytował Hansa Petera des Coudres, autora wydanej w Lipsku w 1935 r. książki Das Verbotene Schrifttum und die Wissenschaftlichen Bibliotheken, gdzie jasno zostało wyłożone, że bibliotekarz narodowo-socjalistyczny winien wyczerpać wszystkie środki, aby „zgromadzić w swej bibliotece jak największą ilość książek zakazanych, nawet wydanych za granicą", gdyż „pomijając względy praktyczne, brak w kolekcji czegokolwiek byłby wyłomem w totalnej władzy." Rozumie się samo przez się, że dostęp do tej literatury zakazanej będzie dozwolony tylko badaczom „wybranym, o patentowanej lojalności".

Niemałej także uciechy dostarczyła przytaczana przez Witolda Jabłońskiego typologia chińskich rodzajów literackich, gdzie osobne miejsce zarezerwowane miały takie gatunki piśmiennictwa jak cesarskie dekrety nominacyjne', do władzy zaś można adresować przedłożenia, deklaracje, oskarżenia czy petycje o amnestię!

Miłosza samego też się nie tylko czytało, ale skromniutkimi środkami powielało i kolportowało. Traktat moralny umieliśmy na pamięć — i nie przesadzę powiadając, że był nam on drogowskazem („Kto w smutnym znalazł smak cynizmie, / Ten się losowi nie wyśliźnie, / A z dobrą miną do złej gry / Na pewno nie chadzają lwy."). Ponieważ kwietniowy numer „Twórczości" z roku 1948, gdzie utwór ten został wydrukowany, trudno już było pozyskać na własność, sporządziłem w niewielu numerowanych egzemplarzach (pisanych na maszynie) coś w rodzaju bibliofilskiej broszu-ry dla kilkorga zaufanych kolegów. Adres wydawniczy głosił, że nakładcą jest Klub Czynnego Nonsensu działający przy Uniwersytecie Warszawskim. Ów maleńki klub powstał i przyjął swą nazwę z inspiracji Kisiela.

Jego felieton, drukowany w „Tygodniku Powszechnym" z 6 maja 1951, noszący tytuł Klub Czynnego Nonsensu (Felieton poważny) — przyjęliśmy byli entuzjastycznie. Zniewolony umysł Miłosza dotarł do nas, gdy się tylko ukazał; przeczytany z uwagą — nie zaraził nas jakoś ideą Ketmanu.
Spotykaliśmy się w przerwach między wykładami, codziennie było jakieś okienko w rozkładzie zajęć. Po likwidacji Hadesu, po coraz częstszych pohukiwaniach kolegów-zetempowców, że „kawiarniany styl życia" jest wysoce naganny — nie zaprzestaliśmy wprawdzie chadzania do Mazowii, jednakże z Uniwersytetu szedł tam każdy osobno.

4. Od jednej z ładniejszych naszych koleżanek dostałem w roku 1957 cenny upominek: kilka protokółów narad Związku Młodzieży Polskiej, ocalonych specjalnie dla mnie w czasie likwidowania archiwum. Czytam dziś owe protokóły z rozbawieniem tym większym, że w swoim czasie wcale nie odgrywałem jakiejś roli przywódczej. To raczej komunistycznej organizacji z jakichś jej wygodnych powodów spodobało się mnie wyraźnie awansować!
W każdym razie mam teraz dowody, jaki to byłem niebezpieczny:

Na I roku polonistyki wyodrębniła się grupa osób pochodzenia mieszczańskiego i inteligenckiego, która skupia się wokół kol. Biernackiego (kol. Drawicz i inni) — czytam w sprawozdaniu „z odprawy sekretarzy grup ZMP z dnia 2 III 51 r.". A znów w opisie Narady Produkcyjnej z 24 stycznia tegoż roku znajduję taką wzmiankę:

Rozumiemy szkolenie ideologiczne m.in. jako formę pomocy w zdobywaniu marxistowskiej metody badania, marxistowskiej nauki. Ponieważ marxistowską metodę badania wyklucza tylko kol. Biernacki (III grupa) oraz Gajewski (II grupa, student teologii), sprawa szkolenia obchodzi tak zorganizowanych jak niezorganizowanych.

Staram się nic nie ująć ze stylu ani nawet z ortografii owych dokumentów. Narada produkcyjna, której ślad w nich pozostał, wiele czasu poświęciła oczywiście przedwojennej profesurze. Wybieram znów próbkę:

Nie mamy zamiaru bawić się w ciuciubabkę z profesorami takimi jak Szmytowa (sic!) czy Krzyżanowski. Uważamy za bezsensowne maskowanie się na naradzie. Padł zarzut pod adresem prof. Szmytowej, że jej wykład jest 'mieszczańskim delektowaniem się przysmaczkarni'. Uważamy, że postawienie takiego zarzutu jest słuszne.

Wydział nasz niezbyt się nadawał do min i skoków „tygrysich". Styl mu usiłował nadać — bez powodzenia zresztą — Stefan Żółkiewski, lubujący się nie w niuansach, lecz w najordynarniejszym słownictwie — co miało być dowcipem w ustach tego w zachowaniu prywatnym dobrze wychowanego krytyka. Nowi asystenci — pepiniera „Kuźnicy" i „Wsi" — radzili sobie jak umieli; Andrzej Wasilewski na przykład wyrażał przekonanie, że sonet jest gatunkiem passeistycznym i wprędce zaniknie. Ćwiczenia z poetyki były nad wyraz podejrzane, ideowo niebezpieczne — zwłaszcza gdy je prowadziła uczennica Manfreda Kridla, Maria Rzeuska, osoba zupełnie wymykająca się schematycznym klasyfikacjom, historyk literatury ze wszech miar wybitny i z temperamentem pisarskim. ( To ona w roku 1957, występując gościnnie w „Tygodniku Powszechnym", rozpętała ważną dyskusję swoim cyklem artykułów Ratujmy polską naukę o literaturze).

Próbując tu odtworzyć cośkolwiek z naszego samopoczucia w Uniwersytecie tamtych lat — rzekłbym przede wszystkim, że najtrwalej zapamiętałem nie zajęcia literackie, lecz to, co nam przyswojono z nauk pomocniczych. Te przedmioty mieli sobie powierzone uczeni i to uczeni wybitni.

Udało mi się słuchać wykładów z logiki u Klemensa Szaniawskiego, w bibliografii i bibliologii ćwiczyć się u Jerzego Pelca. Dla nich możność prowadzenia tych zajęć stanowiła także schronienie — zanim (po roku 1956) wolno im znów było oddać się wyspecjalizowanym dziedzinom filozofii.

Na Uniwersytecie popasałem krótko, o wiele krócej niż bym był chciał i powinien. Pod koniec przytaczanego wyżej protokółu odprawy sekretarzy ZMP czytam znów o sobie: „Następnie była jeszcze raz rozpatrywana sprawa tak zwanej 'paczuszki'. Kolega Krasek położył nacisk na oderwanie ludzi od Biernackiego." No cóż, trudno się nawet dziwić, że ci, co należeli i chcieli pozostać w ZMP, zaczęli z różnym stopniem dyskrecji nas, naszej „paczuszki", unikać. Najtaktowniej, nie przestając być koleżeński, usunął się Andrzej Drawicz. Mocniej nie tyle do serca, co do gardła, wziął sprawę kolega G., który publicznie pokrzykiwał, że pora się samo-określić, więc on zapytuje, po której ja „stoję stronie barykady", on zaś o tym i tak wie (bo rzeczywiście znaliśmy się byli jeszcze ze szkoły łowickiej). Tu już zaczynał mi się palić grunt. Miary dopełniła śmierć generalissimusa Stalina, Ten dzień, jak zatytułowała swój na ten temat wiersz pani Szymborska. Wtedy już otwarcie wziął się do roboty kolega K., zastępca dowódcy Studium Wojskowego do spraw politycznych. Pod pierwszym z brzegu pretekstem zostałem relegowany. (Możność złożenia egzaminów po kilku latach przerwy zawdzięczam dziekanowi Zdzisławowi Liberze).

Pozostawały privatissima. We wszystkich ośrodkach uniwersyteckich byli uczeni, którym „tygrysizm" (o ile o nim w ogóle wiedzieli) był do gruntu wstrętny. W Krakowie nauczali po cichu między innymi Roman Ingarden, Stanisław Pigoń, i niepożyty [na prośbę Autora redakcja zostawia tę archaiczną formę] Adam Krzyżanowski; w Toruniu — Henryk Elzenberg, Tadeusz Czeżowski czy Konrad Górski; w Gdańsku — niezapomniana Izydora Dąmbska (potem w Krakowie). I tak dalej. Warszawa szczyciła się państwem Ossowskimi, których ja sam poznałem później, dopiero poprzez Klub Krzywego Koła. Moją ostoją był Julian Krzyżanowski. W literaturach obcych dokształcałem się pod wpływem rozmów ze Stefanem Lichańskim i Julianem Rogozińskim, Dostojewskiego pożyczał mi pan Kazimerz Truchanowski.

5.
A nam, Juliuszu, jaka dana władza
Gdyśmy rodzinnej naszej Europy
Los przewidzieli, który doprowadza
Pod obcych potęg uzbrojone stopy?

Ten to, Juliuszu, zaszczyt jest nam dany:
Wykute w złocie nowe formy wskrzeszać
I choć nieprędki czas dalszej przemiany
Waleczne trunki dla przyszłości mieszać.

Tak w roku 1948, w wierszu Central Park, przesłanym i dedykowanym z Waszyngtonu do Paryża Juliuszowi Krońskiemu, pisał Czesław Miłosz. Dziś wiemy, że wytrwał poeta, filozof zawiódł; sam zresztą Miłosz wyraźnie był rozczarowany do tego, co Kroński miał do powiedzenia po roku 1956.

Po „Tygrysie" została towarzyska legenda, głównie chyba w kręgach literackich. Z pism jego fachowych czytałem zaledwie krytykę, której poddał trzeci tom Historii filozofii Tatarkiewicza („Myśl Filozoficzna" 1952 nr 4). Ani błysku, ani chociażby przebłysku jakoś nie dostrzegłem. W miarę upływu czasu coraz świetniej wypada przy ponawianych lekturach Traktat moralny, coraz mniej przekonywająco szkic o Tygrysie (tym większej za to nabierający wartości dokumentarnej).

A my? — z całą bezwzględnością poświęceni na żer tygrysi? Nie było tak źle! Odtrutką stały się lektury przedsiębrane na własną rękę. Dla mnie główny azyl stanowiła Biblioteka Uniwersytecka — i namiętność do czasopism z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ze świadomością, ile mu winienem, wspominam dyrektora Adama Lewaka, który mi dał pozwolenie ich czytywania (bo dla studentów znajdowały się one na indeksie rzeczy zakazanych).

Ci, co postanowili za wszelką cenę robić kariery ideologiczne, rzeczywiście powspinali się dość wysoko. Nadeszła chwila rozwiązania kryptonimów. Kolega O. — Marian Orzechowski — doszedł do wszystkich, jakie się marzyć mogą, stanowisk uniwersyteckich, dyplomatycznych, partyjnych i parlamentarnych; teraz odbywa staż bezpartyjności. Kolega G. — Wiesław Górnicki — świetny dziennikarz, objechawszy cały świat, popadł w uwielbienie dla swego — jak się wyraził — Hetmana, czyli Wojciecha Jaruzelskiego. Kolega K., którego nazwisko wyleciało mi jakoś z pamięci, jest jednak możliwy do odszukania, ponieważ w czasie stanu wojennego wystrzelił na stanowisko głównego komisarza PEN-Clubu.
Wracając pamięcią do tamtych lat nie mogę na samo już zakończenie pominąć faktu, że przynajmniej niektórzy z nas wiele naówczas czytywali Krasińskiego (dosyć zbywanego w oficjalnym programie studiów). Sztuka pseudonimowania adresatów uczuć narodowych nie była, jak wiadomo, obca temu poecie. Słynny jego wiersz Do Moskali (1840) zwał się Do Turków i był rzekomym przekładem „z Kanarysa". Stamtąd to nauczyłem się wiedzieć już na zawsze, zresztą w zgodzie z Pismem św., że nienawiść zła nie jest złem, że są okoliczności, kiedy „niecierpieć jest święcie i pięknie" —

I ta nienawiść mojem dobrem całem!
...
Chyba ją sprzedam za polską koronę!