sobota, 30 maja 2026

Ubu Król, czyli Polacy - o Alfredzie Jarry

 Opowiem tu bardzo zadziwiającą historię Króla Ubu (czytaj übü). Dla wielu będzie ona zupełną nowością. Ubu Król był zawsze raczej mitem literatury niż jej żywą częścią. Sztukę grano w r. 1896 w Paryżu tylko raz; wydanie książkowe było przez szereg lat kąskiem dla bibliofilów. (Wiadomo, że to jest najskuteczniejszy sposób pogrzebania książki, bo bibliofil i sam nie czyta, i nie pożyczy innemu). Nie bardzo tedy była sposobność sprawdzić, czy ów Ubu to jest genialne dzieło, jak chcieli jedni, czy też ramota69 wydmuchana przez snobów, jak twierdzili inni. Kiedy wreszcie, w r. 1922, wydanie książkowe stało się dostępne wszystkim, sprawa Króla Ubu była znacznie przedawniona.

Mimo to wtedy właśnie utwór ten znalazł pewien odgłos w Polsce, przynajmniej w formie ustnych komentarzy. Polska, wówczas w miodowym miesiącu państwowości, była bardzo wrażliwa na swój prestiż; chodziły zaś głuche wieści, że Ubu Król — podtytuł sztuki brzmi: „Polacy” — jest straszliwym paszkwilem na Polskę. Wołano (z cicha) o interwencję dyplomatyczną wobec zapowiedzi wznowienia Króla Ubu na scenie paryskiej. To było z pewnością przeczulenie. Wprawdzie akcja Króla Ubu rozgrywa się w istocie w Polsce, a potworny Ubu nosi przez jakiś czas polską koronę na głowie, jednakże chodzi tu o Polskę czysto fantazyjną, kraj, którego nie ma na mapie. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” — mówił autor w swoim wstępnym przemówieniu na premierze w r. 1896. Trudno; taka była wówczas nasza sytuacja.

Ale mówmy po porządku. Zacznijmy od owej paryskiej premiery, w której zamknął się żywot sceniczny Króla Ubu i która dotąd żyje w legendach teatru. Przypomniał ją niedawno sam Lugné-Poe70, wydając swoje wspomnienia teatralne (Acrobaties); przypomnieli i inni w którąś rocznicę śmierci Alfreda Jarry.

Było to zatem w r. 1896, w heroicznej epoce „teatrów awangardy” w Paryżu. Skończył się Théâtre Libre Antoine’a71, ale myśl jego podjął w teatrze de l’Oeuvre Lugné-Poe. Pod względem materialnym teatr ten ledwo wegetował, ale każda premiera była wydarzeniem kulturalnym, skupiała elitę intelektualną i nieodzownych snobów.

Ponieważ sztuki szły tam ledwie po parę razy — a musiały być niezwykłe — teatr cierpiał na wieczny głód repertuaru. W takim kłopocie, pomiędzy jakimś Ibsenem72, Bjørnsonem73 a świeżo odkrytym Maeterlinckiem74, dyrektor l’Oeuvre przypomniał sobie, że jego sekretarz, czy pomocnik sekretarza, młody człowiek nazwiskiem Alfred Jarry, od dawna namawiał go na wystawienie swojej sztuki, szalonej groteski pod tytułem Ubu Król. Chwycił się tego. Z pewnym trudem pozyskano młodego, ale już cenionego aktora Odeonu, później głośnego organizatora „teatru międzynarodowego”, Firmina Gémier75, dla odtworzenia głównej roli. Gémier długo się wahał; zagranie roli w Ubu wydawało mu się niebywałym zuchwalstwem, bał się, że to może narazić jego karierę. (Rola ta była pierwotnie przeznaczona dla marionetki, w obawie, iż obyczajność nie pozwoli wcielić jej żywemu aktorowi).

W istocie, sztukę poprzedzał zawczasu rozgłos przyszłego skandalu. Toteż atmosfera sali była bardzo elektryczna i wróżyła bitwę; było to, na mniejszą skalę, coś niby sławna premiera Hernaniego76 w r. 1830. Z jednej strony oficjalna krytyka z opasłym Sarcey’em77 jako symbolem konserwatyzmu, ślicznie wystrojone damy, cały wykwintny Paryż; z drugiej — długowłosi poeci, peleryny, bojówki symbolistów i dekadentów.

Przedstawienie określa Lugné-Poe jednym słowem: „skandal”. Skandal kompletny! Zaczęło się spokojnie. Wyszedł na estradę nieduży człowieczek, ucharakteryzowany po trosze na Napoleona, w zbyt obszernym fraku, bardzo blady — był to autor — i wygłosił dziesięciominutowe przemówienie, umiarkowane co do formy i zbyt zawiłe, aby można w nim było wyczuć prowokację. Podniesiono kurtynę; Gémier, grający główną rolę, ze stożkowato przyrządzoną głową, w cudacznej masce na kształt świńskiego ryja lub — co dopiero dziś ma swoją wymowę — na kształt maski gazowej, i w zbroi z kartonu; obok niego, jako „Ubica”, owa potworna, a tak utalentowana Louise France — którą pamiętam jeszcze z jakiegoś pysznego afisza Willette’a — tłusta, bydlęca, pospolita.

Pierwszem słowem, które padło ze sceny, było „merde78”... Dziś to jest nic; ale wówczas! I żebyż „merde”; ale i tego nie uszanowano: autor przekształcił je fantazyjnie na „merdre”, w którym to brzmieniu skandaliczne słowo wielekroć miało się powtórzyć w ciągu wieczora. Zdaje się, że to „r” podziałało szczególnie drażniąco; po paru zdaniach dialogu zaczął się tumult, krzyki; publiczność omal nie rzuciła się na scenę; jedni z oburzeniem opuścili salę, inni stawali na krzesłach, wołali coś, gestykulowali. Młodzi dekadenci szyderczym śmiechem dolewali oliwy do ognia. Nie mogąc mówić z powodu zgiełku, Gémier zaczął w swoim kartonowym pudle tańczyć wściekłego giga79; tańczył do upadłego, aż wreszcie osunął się na krzesło bez tchu. Ale wytańczył sobie problematyczny spokój, przerywany od czasu do czasu w jaskrawych miejscach wrogimi okrzykami i prowokacyjnymi wybuchami śmiechu. Sztuka — dzieło brutalnego infantylizmu i wisielczego humoru, upstrzone iście rabelaisowską fantazją słowną — odegrano — z trudem — do końca.

„Grrrówno! — Ładnie, mości Ubu! Straszliwe z ciebie chamidło. — Iżbym cię nie zakatrupił, mościa Ubu. — Nie mnie, Ubu, ale kogo innego trzeba by zakatrupić. — Na moją zieloną świeczkę, nie rozumiem. — Jak to, Ubu, ty jesteś zadowolony ze swego losu? — Na moją zieloną świeczkę, grrrówno, mościa pani, juścić że jestem zadowolony. Jeszcze by nie: pułkownik dragonów, oficer przyboczny króla Wacława, kawaler polskiego orderu Czerwonego Orła i były król Aragonii, czegóż pani chcesz więcej?...”

Tak się zaczyna pierwsza scena tego nowego Makbeta, scena, podczas której sam wielki humorysta Courteline80, jak tradycja niesie, wylazł zgorszony na krzesło i krzyczał: „Ha! Czy wy nie widzicie, że autor ma was w.....?”. Wszedł w styl. A Lemaitre wodził po sali wystraszonymi oczami, powtarzając: „To żarty, prawda?...”.

Szczególnie miała się odznaczyć na tej premierze dotąd dobrze znana w Paryżu madame Misia81, córka rzeźbiarza Godebskiego82, najparysksza z paryżanek, która korzystała ze zgiełku, aby Sarcey’owi krzyczeć w ucho najcięższe słowa.

Była to, jak się zdaje, pierwsza z owych batalii, które później tyle razy miały się powtórzyć z okazji różnych wieczorów futurystycznych83, zwłaszcza we Włoszech, a także, w zdrobnieniu i znacznie później — i u nas.

Dodajmy, że tej prowokacji słownej towarzyszyły niemniej drażniące pomysły inscenizacyjne, urągające ówczesnym szablonom francuskiej sceny. Pierwszy raz zastosowano w dekoracjach bezczelną groteskę. Głąb sceny zajmował kominek z palącym się ogniem; płonący ten kominek (malowany, oczywiście) otwierał się na oścież i stanowił równocześnie drzwi. Po obu stronach kominka rozciągnął się śnieżny krajobraz „polski”. Sam Ubu był, jak wspomniałem, w potwornej masce; kiedy miał być konno, wówczas wieszał sobie na szyi głowę końską z tektury. Zmianę miejsca oznaczały napisy, jak w teatrze Szekspira. Tłum, wojsko, reprezentował jeden człowiek na czele czterdziestu manekinów trzcinowych. Była i muzyka, ogłuszająca orkiestra cymbałów.

Z tymi manekinami to cała historia! Przed spektaklem Jarry kazał je dostarczyć do ubożuchnego teatru; rzekomo miały być wypożyczone. Ale po przedstawieniu dostawca zgłosił się po zapłatę, nie chciał towaru przyjąć z powrotem i na całe miesiące zbyteczne już trzcinowe manekiny zatarasowały kulisy teatru de l’Oeuvre, jak to po czterdziestu latach wspomina jeszcze stroskany jego dyrektor.

Zajmujące wskazówki do inscenizacji daje sam Jarry w liście do Lugné-Poego, ciekawe zwłaszcza w danej epoce, w pełni realizmu scenicznego, kiedy tego rodzaju stylizacja była czymś zupełnie nowym. W liście tedy z d. 8 stycznia 1896 Jarry pisze:

„Byłoby ciekawe, jak sądzę, móc wystawić tę sztukę (bez żadnych kosztów zresztą) w następującym stylu:

1° Maska dla głównej postaci, dla samego Ubu, której to maski mógłbym panu w potrzebie dostarczyć. Zresztą zdaje mi się, że pan sam się zajmował kwestią masek.

2° Końska głowa z kartonu, którą Ubu zawiesiłby sobie na szyi — jak w starym teatrze angielskim — w czasie dwóch scen konnych. Wszystkie te szczegóły byłyby w duchu sztuki, z której chciałem zrobić coś w rodzaju teatru marionetek.

3° Zastosowanie jednej jedynej dekoracji lub raczej jednego tła, bez podnoszenia i spuszczania kurtyny w ciągu aktu. Przyzwoicie ubrana osobistość wchodziłaby, jak w budach jarmarcznych, aby zawiesić kartę z napisem wskazującym miejsce akcji. Jestem przeświadczony — proszę to zauważyć — iż karta z napisem przewyższa co do sugestywności dekorację. Żadna dekoracja ani żadni statyści nie mogliby oddać „pochodu wojsk polskich przez Ukrainę”.

4° Skasowanie tłumów, które często na scenie śmierdzą, a zarazem paraliżują intelekt. Zatem jeden jedyny żołnierz w scenie rewii, jeden jedyny w czasie popłochu, gdy Ubu powiada: „Co za kupa ludzi w rozsypce” etc.

5° Zastosowanie specjalnego akcentu lub raczej specjalnego głosu dla głównej osobistości.

6° Kostiumy możliwie odlokalnione i odchronologicznione (przez co lepiej się odda pojęcie rzeczy wiecznej); najlepiej nowoczesne, bo satyra jest nowoczesna; i brudne, bo dramat wyda się wówczas plugawszy i okropniejszy.

Są tu jedynie trzy ważne osobistości, które wiele mówią: Ubu, Ubica i Bardior. Ma pan doskonałego faceta do sylwety Bardiora, tworzącej kontrast z opasłym Ubu...”.

Jak widzimy, wiele z tych tez (odrealnienie jako znak „rzeczy wiecznej” i in.) ma kurs do dziś i wypływa raz po raz jako najnowsza zdobycz teatru. Głośna przed kilku laty łódzka inscenizacja Wesela Wyspiańskiego z „rumbą” wiedzie się (nieświadomie oczywiście) bodajże od — Króla Ubu.

Jarry troszczył się też o inne role, przy czym niektóre rozwiązywał w sensie swoich upodobań... trochę specjalnych. I tak na przykład motywuje:

„Oto czemu mam zaufanie do obsadzenia młodym chłopcem roli Byczysława; znam takiego chłopca na Montmartre, jest bardzo piękny — zdumiewające oczy i ciemne włosy spływające w puklach poniżej pleców. Ma trzynaście lat i jest dosyć inteligentny, byleby się nim zająć. To by był może atut dla Ubu; podnieciłoby to starsze damy, a wywołało krzyki zgorszenia u innych; w każdym razie to by ściągnęło uwagę; nigdy tego nie bywało84, a sądzę, że trzeba, aby teatr de l’Oeuvre scentralizował wszystkie innowacje”.

Przedstawienie, rozpoczęte skandalem, dobiegło końca raczej w atmosferze nudy. Nie mogło być inaczej: tak zacząwszy, niepodobna utrzymać się w ciągu trzech godzin na wyżynie. Dyrektor l’Oeuvre nie miał odwagi wznowić tej próby; bał się nie tyle skandalu, ile tego, że skandal może się nie powtórzyć, co by zaszkodziło reputacji teatru i sztuki. Król Ubu po jednym spektaklu zeszedł ze sceny. Ale echo w prasie miał ten wieczór ogromne. Tradycjonaliści, wrogowie eksperymentów i awangardy tryumfowali: „nareszcie — mówili — amatorzy nowinek otrzymali lekcję, skończyła się tyrania wygów, spekulujących na snobizmie i głupocie; przeciągnięto strunę; publiczność krzyknęła gromkim głosem: Dość!”.

W istocie wzburzenie było takie, że jeden z najwpływowszych krytyków, Henry Bauer, sprawozdawca teatralny „Echo de Paris”, patron wszelkich nowych prób i usiłowań, dostał po tej premierze w swoim piśmie dymisję i od tego czasu „skończył się”.

Mimo to Król Ubu znalazł swoich obrońców. Żywo oddaje te dwoiste nastroje „najbardziej paryski z krytyków”, Catulle Mendes85, w impresji skreślonej na gorąco po skandalu:

„Gwizdania? — Tak! Wycia wściekłości i charkot urągliwego śmiechu? — Tak. Ławki gotowe polecieć na aktorów? — Tak. Loże wykrzykujące i wygrażające pięściami? — Tak. Słowem, tłum wściekły, że go wzięto na kawał, miotający się, gotów runąć na scenę, gdzie człowiek z długą białą brodą, w długiej czarnej szacie, który miał zapewne wyobrażać Czas, wchodził cichym krokiem, aby zawieszać symboliczną tablicę zamiast dekoracji? — Tak; i symbol niskich instynktów, które niedostrzegalnie stają się tyranem? — Tak; i sponiewieranie wstydu, cnoty, patriotyzmu, ideału, wzniecające święte oburzenie wstydliwości, cnoty, patriotyzmu ludzi, którzy przyszli trawić po sutym obiedzie? — Tak; i do tego niedowcipne dowcipy, ponure błazeństwa, śmiech przechodzący w makabryczny chichot trupiej głowy? — Tak; i w sumie nuda bez jednego wybuchu ożywczej radości? — Tak, tak, tak — powiadam wam!... Ale, mimo wszystko, niech was to nie mami; nie jest obojętny i nieznaczący wieczór, jaki spędziliśmy wczoraj w l’Oeuvre. Ktoś, wśród tego zgiełku, wrzasnął: »Tak samo nie pojęlibyście Szekspira!«. I miał rację. Porozumiejmy się! Nie twierdzę wcale, że p. Jarry jest Szekspirem, a wszystko, co ma z Arystofanesa86, stało się tanią szopką i jarmarcznym plugastwem; ale wierzcie mi, mimo bzdurnej treści i nędznej formy, objawił się nam typ, stworzony przez szaloną i brutalną wyobraźnię tego niemal dziecka.

Ubu istnieje.

Ulepiony z Pulcinelli i Poliszynela87, z Roberta Macaire88 i z p. Thiersa89, z katolika Torquemady90 i z Żyda Deutza, ze szpicla i z anarchisty, potworna i plugawa parodia Makbeta, Napoleona i sutenera na tronie, Ubu istnieje odtąd, niezapomniany. Nie pozbędziecie się go: będzie was straszył, będzie was zmuszał bez ustanku do pamięci, że był, że jest; stanie się popularnym mitem szpetnych, zgłodniałych i potwornych instynktów...”.

A F. Herold, krytyk „Mercure de France”, pisze w sprawozdaniu z premiery:

„Ta zdumiewająca groteska, którą niektórzy obłudnie się gorszą, jest w istocie dziełem najbardziej pełnym nieuszanowania, jakie sobie można wyobrazić: nie ma bodaj przesądu, choćby najżywotniejszego, który by nie był tam wydrwiony; co więcej, panu Jarry przypadnie ten rzadki zaszczyt, że stworzył typ — Ubu. Czyż nie czytaliśmy już — zaledwie w kilka dni po przedstawieniu — artykułu, w którym p. Rochefort, chcąc wyrazić swoją wzgardę dla obecnego ministerium, porównał pana Meline i jego kolegów do króla Ubu? I w sumie Ubu — profesor czy polityk — czyż nie jest zasadniczo człowiekiem rządu?...”.

Tak się w istocie stało: Ubu — nawet ze szkodą dla samego utworu — stał się mitem. Nazajutrz po premierze gruchnęło na Paryż, że w teatrze l’Oeuvre grano jakąś bardzo ciekawą sztukę. Wciąż mnożyła się liczba tych, którzy rzekomo byli obecni na premierze i ozdabiali jej przebieg coraz dosadniejszymi szczegółami. Książka, jak wspomniałem, była prawie niedostępna; stwierdza to znany krytyk Souday, który dostał do rąk Króla Ubu aż w r. 1922 — w dwadzieścia pięć lat po słynnej premierze — kiedy rzecz ukazała się w normalnym wydaniu.

W ciągu ćwierćwiecza ten prawe nieznany utwór dojrzał do apoteozy. W przedmowie swojej do książkowego wydania p. Jean Saltas powiada, że „słusznie napisano, iż bohater tej genialnej szopki wszedł w ludzkość i w historię, jak don Juan, jak Tartufe91, Hamlet i Panurg92”...

Pan Saltas nie żałował sobie. Myślimy w duchu, że to musiał być przyjaciel autora. W istocie był przyjacielem biednego Jarry’ego, który wówczas już od dawna nie żył. Ale bardziej zdziwi czytelnika to, co dalej ujrzy w tej przedmowie:

„(...) to swoje arcydzieło, tę legendarną i błazeńską sztukę, która zawiera satyryczną prostotę Arystofanesa, zdrowy rozum i soczystość Rabelais’go oraz fantazję Szekspira, napisał mając piętnaście lat”.

Szekspir, Arystofanes, Rabelais — to jeszcze możemy przełknąć; trochę przesady w przedmowach i w dedykacjach zawsze było dozwolone: ale piętnaście lat? Ta zuchwała i bezczelna premiera, która poruszyła na długo Paryż, miałażby być naprawdę dziełem piętnastoletniego smarkacza?

W istocie. Swojego Ubu napisał Jarry, mając piętnaście lat, wespół z dwoma kolegami. Był wówczas uczniem gimnazjum w Rennes. Grano ten utwór pierwszy raz w r. 1888 na prowincji, w teatrze marionetek; słynna premiera paryska była już tedy wznowieniem. Co więcej, „dramat” ten był sztubackim figlem; bohater zaś, potworny Ubu — stylizacją postaci jednego z profesorów.

Aby już wszystko było mityczne w tym Królu Ubu, wszczęła się — w piętnaście lat po śmierci autora — kwestia, że Jarry nie jest prawdziwym autorem swojej sztuki; zupełnie jak o Szekspira! Tuż po pojawieniu się utworu w wydaniu książkowym w r. 1922 wystąpili dwaj bracia Morin, oficerowie artylerii, z rewelacjami. Kolegowali przed laty z Alfredem Jarry w gimnazjum w Rennes. Otóż w ich klasie krążył cały cykl mniej lub więcej udatnych fantazji na temat niepopularnego profesora Hébert, grubasa o świńskiej twarzy z dużymi wąsami, który jest prototypem Ubu. Co się tyczy samego Króla Ubu, napisali go jakoby oni, bracia Morin, i darowali Jarry’emu kajet93 z tekstem utworu. Jarry zmienił jedynie tytuł, który w oryginale brzmiał Polacy. Przy tej sposobności bracia Morin nie pożałowali sobie drwin z krytyki paryskiej, która wzięła serio tę sztubacką błazenadę. Bracia Morin orzekli, że „sukces Ubu daje miarę głupoty epoki”.

Cóż za awantura! Czyżby znów powtórzyła się historia owego obrazu namalowanego przez osła ogonem, który krytyka omawiała poważnie? Nic dziwnego, że oświadczenie to wywołało żywą polemikę, w której wzięli udział Souday, Rachilde94, Paul Fort, Thérive i in. Nie będę tu omawiał jej szczegółów; powiem tylko, że na ogół nie dano wiary braciom Morin i ich tak spóźnionym rewelacjom, w których opierają się oni — po trzydziestu kilku latach — na swojej pamięci. Byłoby już może zbyt dziwne, gdyby autorami sztuki mieli być dwaj ludzie nic wspólnego później nie mający z literaturą, a prostym kopistą ten, który zostawił wśród swoich bliskich famę człowieka genialnego. Niech nam wystarczy fakt, stwierdzony zresztą przez samego Jarry, że ta głośna i do dziś wspominana premiera paryska — a raczej może pierwszy jej szkic — była wspólnym dziełem paru prowincjonalnych sztubaków, przy czym zapewne Jarry dał Królowi Ubu to, co stanowi o jego istnieniu.

A teraz kilka słów o samym Alfredzie Jarry, o którym ogłoszono sporo wspomnień osobistych. We wspomnieniach tych prawda mocno przerośnięta jest anegdotą, legendą, którą przeważnie on sam tworzył o sobie. Mówiąc o swoich rodzicach, wyrażał wątpliwości, czy „zacny człowiek noszący miano jego ojca”, niewątpliwy (jak powiadał) ojciec jego starszej siostry, brał „czynny udział w sporządzeniu jego szacownej osoby”. Nie potępiał za to matki: honor kobiety (wciąż słowa Jarry’ego) jest rzeczą zasadniczo bez znaczenia, wobec tego, że kobiety nie mają duszy...

Szczupłe realia jego życia przedstawiałyby się następująco. Urodzony w drobnomieszczańskiej rodzinie na prowincji, obciążony neuropatycznie po matce, pierwsze nauki pobierał w Rennes. Przedwcześnie rozwinięty, bystry, cyniczny, zuchwały, ma coś z młodego Rimbauda w brutalności, pod którą kryje się może jakiś uraz młodzieńczy. Służbę wojskową traktuje Jarry jak dalszy ciąg szkoły; można przypuszczać, że ten mały człowieczek, daremnie naciągający nogi do przepisowego siedemdziesięciopięciocentymetrowego kroku, musiał przebyć w koszarach niejeden „dzień rekruta”. Kiedy mu np. polecono zamieść podwórze, pytał: „Panie sierżancie, zamiotę najchętniej, ale w którą stronę?”. Uzyskał w końcu — nie zgłębiajmy, jakim sposobem — diagnozę lekarską „imbecilitas praecox95”, a tym samym zwolnienie z wojska. W Paryżu uczęszcza młody Jarry na kursy filozofa Bergsona96, którego (podobno) zaskakuje nieoczekiwanymi pytaniami. Później Jarry miał stworzyć nową gałąź filozofii, którą nazwał... „patafizyką97”. Odziedziczywszy niedużą sumkę po zmarłych rodzicach, puszcza ją rychło z dymem cygańskich ekstrawagancji; mimochodem wydaje ulotny miesięcznik poetycki. Już wówczas jest poetą, znanym w kołach młodych. Ale prawdziwe — a raczej fikcyjne — jego istnienie datuje od Króla Ubu. Bo historia Alfreda Jarry i Króla Ubu przedstawia ciekawy przykład mimetyzmu98 literackiego, wchłonięcia autora przez stworzoną przezeń postać; wypadek pokrewny nieco temu, co się zdarzyło Monnierowi99 z jego panem Prudhomme100.

Jeżeli wierzyć relacjom współczesnych, zaczęło się tak. W roku 1895 zaproszono Jarry’ego do willi nad morzem, którą zajmował, wraz z żoną i paroma przyjaciółmi, literat Gustave Kahn. Jarry zjawił się jako młody człowiek bardzo przyzwoicie ubrany, milczący, dyskretny, skromny. Pewnego dnia ofiarował się przeczytać swój utwór, napisany za szkolnych czasów, pod tytułem Ubu. Czyta tę rzecz ze swoistym akcentem, który miał się później stać sławny jako specjalność „Ubu”. Towarzystwo śmieje się do łez. Powodzenie to przeobraża z miejsca młodego prowincjusza: wyzbywa się swojej nieśmiałości, przerzuca się w bezczelność, częstuje gospodynię domu słownikiem tak rabelaisowskim, że w końcu trzeba go wyprosić.

Ale od czasu owej słynnej premiery, można powiedzieć, że Jarry zniknął całkowicie poza swoją figurą. Nazywano go pére Ubu, poczuwał się do obowiązku przemawiania brutalnym i soczystym językiem swego pierwowzoru; że zaś, grając tę rolę, Gémier, za radą Lugné-Poego, skandował sylaby, naśladując sposób mówienia samego Jarry’ego, autor i jego figura spłynęły się całkowicie. Mówił o sobie stale w liczbie mnogiej — „my” — pluralis majestaticus — alboż nie był królem Polski i Aragonii? Jarry doprowadził do ostatecznych krańców ekscentryczne i pozerskie życie ówczesnych „dekadentów”, wypełnione absyntem101 — który zwał „świętym zielem” — i paradoksami, które sypał z oszałamiającą wymową. Żył w nędzy, dobrowolnej cygańskiej nędzy. Nie chciał i nie umiał zarobkować piórem. „Ubu, czemu ty nie chcesz pisać tak jak wszyscy? — spytała go raz cierpliwa jego opiekunka, Rachilde. — Niech mnie pani nauczy”, odparł świszczącym od pogardy głosem. W odczytach, które mu czasem organizowano, aby go wspomóc, uprawiał prowokacyjne niezrozumialstwo, tworzył nawet całą teorię w tym sensie. „Mówić rzeczy zrozumiałe — twierdził — to obciąża umysł i deformuje pamięć; podczas gdy absurd ćwiczy mózg i pobudza grę pamięci”.

Cały jego tryb życia obliczony był na to, aby nieustannie „zadziwiać mieszczucha”. Męczące zajęcie! Ale na owym błogosławionym schyłku XIX wieku burżuazyjna Europa miała tak mało zmartwień, że można ją było czymś olśnić, czymś jej zaimponować, czymś ją zgorszyć, ale w każdym razie zająć ją. Niechby kto spróbował tych metod dziś!

Jarry pijał tedy — wciąż wedle legendy — ocet zmieszany do połowy z absyntem — ocet i piołun, co za „literatura”! — a mieszaninę tę zaprawiał... kroplą atramentu. Jadał surową baraninę z korniszonami. W ubraniu kojarzył ekscentryczność z niechlujstwem w niebywałym stopniu. Włosy — niezbyt schludnie utrzymane — spływały mu na ramiona. Dolna część jego garderoby była stale kostiumem cyklisty — Jarry, mały, krępy i silny, był namiętnym cyklistą; — na nogach miał pantofle z łyka, a czasem damskie trzewiki, które przywdziewał, aby uwydatnić urodę swojej drobnej stopy. Koszula była często z kartonu, a na niej — namalowany tuszem czarny krawat.

Był to dandyzm102 Oskara Wilde’a — à rebours103. W takim stroju zjawiał się Jarry na zebraniach literackich i towarzyskich, gdzie go witano z honorami, jakimi w owej epoce darzono talent. Bawiono się nim, zapraszano go. Był dobrowolnym i tragicznym błaznem Paryża.

Jedną z manii Alfreda Jarry’ego — mania ta, w połączeniu ze stałym zamroczeniem alkoholicznym, czyniła go niebezpiecznym — była namiętność jego do igraszek z bronią palną. Taka scena, i popłoch z nią związany, opisana jest w powieści Gide’a104Fałszerze, gdzie Jarry wprowadzony jest z imienia i z nazwiska.

Oto ekstrakt tej sceny:

— Kto jest ten Pierrot? — spytała Passaventa, który podał jej krzesło i usiadł obok niej.

— To Alfred Jarry, autor Króla Ubu. Argonauci głoszą go geniuszem, dlatego że publiczność wygwizdała jego sztukę. W każdym razie to najciekawsza rzecz, jaką od dawna widzieliśmy w teatrze.

— Bardzo lubię Króla Ubu — rzekła Sara — i bardzo rada jestem, że spotykam Jarry’ego. Mówiono mi, że jest zawsze pijany.

— Miałby prawo być pijany w tej chwili... Widziałem go, jak przy obiedzie wypił dwie szklanki czystego absyntu. Nie wydaje się, aby go to inkomodowało105...

W tej chwili rozległ się tuż obok mechaniczny głos Alfreda Jarry:

— Mały Bercail otruje się, bo nasypałem mu trucizny do filiżanki.

Jarry bawił się nieśmiałością Bercaila i rozmyślnie starał się go zbić z tropu. Ale Bercail nie bał się Jarry’ego. Wzruszył ramionami i dokończył spokojnie filiżanki.

— Kto to taki? — spytał Bernard.

— Jak to! nie znasz autora Króla Ubu?

— Niemożliwe! To Jarry? Brałem go za służącego.

— Och! Co ty mówisz — rzekł Oliwier nieco zgorszony, bo był ambitny na punkcie swoich wielkich ludzi. — Przypatrz mu się lepiej. Czy nie uważasz, że jest nadzwyczajny?

— Robi, co może, aby się takim wydawać — rzekł Bernard, który cenił jedynie naturalność, ale mimo to był z wielkim respektem dla Ubu.

Przebrany za tradycyjnego klauna z cyrku, Jarry we wszystkim trącił sztucznością; zwłaszcza jego sposób mówienia, naśladowany na wyprzódki przez wielu Argonautów, wybijający sylaby, wymyślający dziwaczne słowa i kaleczący dziwacznie niektóre inne; ale trzeba przyznać, że jedynie Jarry umiał wydobyć ten głos bez dźwięku, bez barwy, bez tonu, bez akcentu.

— Kiedy się go zna bliżej, ręczę ci, że jest uroczy — podjął Oliwier.

— Wolę go nie znać. Wygląda bestialsko.

— To maska, którą przybiera. Passavent sądzi przeciwnie, że jest w gruncie bardzo łagodny. Ale on straszliwie dużo pił dziś wieczór, i ani kropli wody, słowo ci daję; ani wina, nic tylko absynt i ostre trunki. Passavent boi się, aby on nie popełnił jakiego szaleństwa.

Oliwier napełnił swój kieliszek i wychylił go jednym haustem. W tej chwili usłyszał Jarry’ego, który, krążąc od grupy do grupy, mówił półgłosem tuż za plecami Bercaila:

— A theraz, zabhijemy małego Bercaila.

Ten odwrócił się nagle.

— Niech pan to powtórzy głośno.

Jarry już się oddalił. Odczekał, okrążył stół, i powtórzył falsetem:

— A theraz, zabijemy małego Bercaila.

Po czym wydobył z kieszeni wielki pistolet, który Argonauci widzieli nieraz w jego rękach, i wycelował.

Jarry wyrobił sobie reputację strzelca. Rozległy się protesty. Nie wiedziano, czy w stanie pijaństwa potrafi się ograniczyć do udania. Ale mały Bercail chciał pokazać, że się nie boi i wszedłszy na krzesło, z rękami skrzyżowanymi na plecach, przybrał pozę napoleońską. Był trochę śmieszny, jakoż rozległy się śmiechy, pokryte natychmiast oklaskami.

Passavent rzekł do Sary bardzo szybko:

— To mogłoby się źle skończyć. On jest kompletnie pijany. Niech się pani schowa pod stół.

Des Brousses starał się powstrzymać Jarry’ego, ale ten, wyrywając się, wszedł również na krzesło. (Bernard zauważył, że jest obuty w pantofelki balowe). Stojąc tuż na wprost Bercaila, wyciągnął ramię celując.

— Gaście światło! Gaście światło! — wykrzyknął des Brousses.

Edward, który stał koło drzwi, zakręcił światło.

Sara wstała, posłuszna zaleceniu Passaventa, i skoro tylko nastała ciemność, przycisnęła się do Bernarda, aby go pociągnąć wraz z sobą pod stół.

Rozległ się strzał. Pistolet był nabity tylko prochem. Mimo to rozległ się krzyk bólu, Justyn dostał przybitkę w oko.

I, kiedy zapalono światło, wszyscy podziwiali Bercaila, który, wciąż stojąc na krześle, zachował nieruchomą pozę, zaledwie trochę bledszy.

Tymczasem prezydentka nie oszczędziła sobie ataku nerwów. Rzucono się ku niej.

— To idiotyczne robić takie kawały.

Ponieważ nie było wody na stole, Jarry, zeszedłszy ze swego piedestału, umoczył chustkę w alkoholu, aby jej natrzeć skronie w formie przeprosin.

Bernard został pod stołem jedynie chwilę: ściśle tyle, ile trzeba było, aby poczuć płomienne usta Sary, miażdżące rozkosznie jego wargi...”.

Jakże mi cały ten opis przypomina czasy krakowskie! I my mieliśmy takiego niebezpiecznego strzelca, polującego w lokalach publicznych: był nim wielki rzeźbiarz Xawery Dunikowski106. Jakże podobnie do Jarry’ego stylizował się przez jakiś czas Jan August Kisielewski107. A potem, na owej zabawie, gdyby Jarry upił się do reszty, byłby z niego bez mała... Nos z Wesela Wyspiańskiego.

Bo w owym czasie dziwne było podobieństwo stylu cygańskich jaczejek108, rozsianych po różnych krajach. Zdawałoby się, że cała młoda Europa fraternizowała109 z sobą, mimo że środki komunikacji były mniej lotne niż dziś. Zarazki „dekadentyzmu” udzielały się powietrzem. W Niemczech młody Przybyszewski110szopenizuje cyganerię berlińską; sam wywiaduje się gorączkowo od Szweda Hanssona111 o młodej Francji, o Huysmansie112; węgierska hrabina zaszczepia mu kult Barbeya d’Aurevilly113, z przekładu Dehmela poznaje, wśród obfitych libacji, poezję Verlaine’a114. Do Krakowa zjeżdża z Wiednia wychowanek Petera Altenberga115 (autora Jak ja to widzę) Ludwik Szczepański („Wśród oceanu czarnej kawy — płynę do wyspy ukojenia”) i zakłada „Życie”. Niemiec Stefan George jest gościem cenaclu116 Mallarmégo117 w Paryżu a przyjacielem Rolicza-Liedera118. Paradoksy i legenda Oskara Wilde119 mają kurs w całej literackiej Europie. Incest120 i satanizm, „syfilityczne orchidee”, inkuby i sukkuby121 straszą wszędzie po trochu. Nawet solidne Czechy mają tę ambicję, aby posiąść swój dekadentyzm: zapraszają Przybyszewskiego do Pragi, aby go im zorganizował.

Interesujące jest, jak powstała ta nazwa dekadent, nazwa poza którą kryły się prądy literackie poważniejsze, niżby można przypuszczać. Zdaje się, że początek dał jej cytat ze słynnego sonetu Verlaine’a: Je suis Empire à la fin de la decadence122... Młody Paul Adam123, zapamiętawszy ten cytat, upodobał go sobie i, kiedy zakładał pismo literackie w Paryżu, nazwał je „La Decadence”. Pismo nie trwało długo; w kilka lat potem młodzi ludzie założyli inne ekscentryczne pisemko i znów nazwali je „Le Decadent”. Nazwa przyjęła się, rozlała się nawet dość szeroko a mętnie, stała się czymś w rodzaju protestu przeciw mieszczańskiej szarzyźnie, utylitaryzmowi124, naturalizmowi125, strychulcowi126 demokracji, przeciw pętom nakładanym sztuce, stała się sztandarem wszelkiego zuchwalstwa, ekscentryczności, chłonności intelektualnej.

Bo wszystko się wówczas kiełbasiło po trosze. Młode teatry awangardy francuskiej wprowadzały — obok symboliki Ibsena — na scenę ten sam naturalizm, od którego odżegnywano się w powieści; w powieści się już zużył, na scenie był nowością. U nas Zapolska127 debiutowała równocześnie z Maeterlinckiem.

U nas i słowo, i pojęcie wyżywały się stosunkowo krótko, ale dość intensywnie. Ten okres krakowskiego estetyzmu pokrywa się mniej więcej z dyrekturą teatru Tadeusza Pawlikowskiego128, którego, zanim jeszcze objął teatr, zwano potocznie dekadentem (odmiana: grand seigneur129). Pod koniec tego okresu zjeżdża do Krakowa Przybyszewski, który później w Moich współczesnych da heroiczną teorię i apologię130 dekadentyzmu. Z czego wynika, że nazwa była dość śmieszna, ale ruch nią ochrzczony był płodny i twórczy.

Obok dekadentyzmu kursowała wówczas i druga nazwa, na pozór równie niedorzeczna: fin de siécle131. Zdawałoby się, iż dzieciństwem byłoby traktować stulecie jako organizm, który ma swoją młodość, wiek męski i schyłek. A jednak dwa ostatnie wieki zdradzają coś w tym rodzaju. Tak schyłek wieku XVIII, jak schyłek wieku XIX wyraźnie coś kończy; jeden feudalizm, drugi liberalizującą burżuazję, hipertrofię132 indywidualizmu, estetyzmu. Markiz de Sade133 jest dekadentem, jak Oskar Wilde. U nas przełom przychodzi równo ze stuleciem: po Przybyszewskim — Wyspiański. Wesele zjawia się z początkiem wieku, z początkiem roku 1901. We Francji Barrés134 z kultu swego „ja” przechodzi na kult ziemi rodzinnej, tradycji i narodu. Kawiarnia ustępuje miejsca obozom harcerskim. Sport, kultura fizyczna, to już niby mistyczna mobilizacja do niedalekiej a nieprzeczuwanej wojny światowej. A ten sam Stanisław Lack135, który od Wesela stał się prorokiem Wyspiańskiego, tuż przedtem, w każdym numerze „Życia” oświadczał się pani Rachilde, perwersyjnej autorce Monsieur Vénus, patronce Alfreda Jarry.

W porę nawinęło mi się to nazwisko, od którego mimo woli odbiegłem w tych wspominkach. Wróćmy do Jarry’ego.

Mieszkanie Jarry’ego — jakieś poddasze, na którym, mimo małego wzrostu, zaledwie mógł się wyprostować — było też żywą legendą. Z okna strzelał z pistoletu do słowików, które przeszkadzały mu spać. W pokoju miał dwie sowy, które również zastrzelił, gdy mu raz wywróżyły nieszczęście. Pokój jego zdobił olbrzymi kamienny phallus, dar Ropsa136. „Czy to odlew?” — miała się spytać oszołomiona dama, która odwiedziła jego mansardę. — „Nie, pani, to zmniejszenie”, odparł skromnie Jarry.

Inna historia. Sąsiadka uskarżała się przed przyjaciółką Jarry’ego, pisarką Rachilde, na jego manię strzelania. W czasie tej rozmowy Jarry zjawia się niespostrzeżony z rewolwerem w dłoni, „Niech pani pomyśli, lamentuje kobieta, że on mógłby zabić któreś z moich dzieci — Furda137, sza-now-na pa-ni, rzekł flegmatycznie Jarry; gdyby się taka katastrofa miała zdarzyć, sporządzilibyśmy pani nowe”.

Kiedy raz szedł ciemną ulicą, przechodzień poprosił go o ogień. Jarry podsunął mu pod nos lufę rewolweru. „Służę panu”, rzekł do przerażonego mieszczucha.

Jest w tych rewolwerowych dowcipach Jarry’ego monotonia, która przejmuje podziwem dla cierpliwości ówczesnych paryżan. Pewnego dnia, w kawiarni, nie spodobała się Jarry’emu fizys138 jakiegoś gościa palącego spokojnie fajkę. Mierzy, strzela; kula, strzaskawszy fajkę, zbiła lustro. Poruszenie ogólne. A Jarry spokojnie zwraca się do młodej kobiety siedzącej obok i zagaja: „A teraz, skoro lody są złamane, rozmawiajmy”... (Ale spostrzegam, że po polsku nie wychodzi gra słów, dla której był cały ten głupi figiel: po francusku la glace oznacza i lód, i lustro).

Czasami dekadent ten miał spostrzeżenia uderzające swą bystrością. „Aeroplan — mówił ten człowiek, który umarł w r. 1907! — to jutrzejsza wojna narodów, z przyczyny ścieśnienia naszej planety”.

Takich powiastek o nim są setki. „Błazeństwa Jarry’ego — pisze Apollinaire139, który mu wiele, jako pisarz, zawdzięczał — przyniosły wielką szkodę jego reputacji i talentowi, jednemu z najoryginalniejszych i najtęższych owej doby”.

Ale znaleźli się krytycy, którzy upoetyzowali te dzieciństwa.

„Życie Jarry’ego — pisze jeden z nich — jest, można rzec, przeniknięte głęboką myślą filozoficzną. Jarry ofiarował samego siebie, niby hostię, pośmiewisku i głupocie świata. Życie jego to rodzaj ironicznej i humorystycznej epopei, posuniętej aż do dobrowolnego, błazeńskiego i drobiazgowego samozniszczenia. Naukę Jarry’ego dałoby się streścić tak: wszelki człowiek może pohańbić okrucieństwo i bezsens świata, czyniąc z własnego życia poemat szaleństwa i absurdu”...

Biorąc w ten sposób, można by rzec, że Jarry umarł śmiercią — męczeńską. Tego silnie zbudowanego chłopca zjadły wreszcie absynt i gruźlica. Umarł w r. 1907, mając ledwie 34 lat. Do ostatniej chwili nie wypadł z roli. Na godzinę przed śmiercią przyjaciel lekarz spytał go, czego by sobie życzył. Odpowiedział, że — wykałaczki; przyjaciel wyszedł i wrócił z pękiem wykałaczek. Jarry wziął jedną, pobawił się nią i umarł.

Żarłoczny Ubu, jak wchłonął człowieka, tak wchłonął i artystę. Zdaje się, że Jarry był na swój czas niepospolitym poetą; napisał kilka powieści — jeżeli można tak nazwać owe akty rozpusty słowa i wyobraźni — rozsypał po młodych revues140 sporo artykułów; ale raczej był z rzędu tych, którzy zapładniają innych. Wymieńmy, oprócz poezji, główne jego utwory. W r. 1897 wydał Noce i dnie, „dziennik dezertera”, w którym przetwarza i amplifikuje swoje wspomnienia wojskowe. W następnym roku — Miłość z wizytami, zbiór dialogów, w których wybucha jego mizoginizm141. Potem Miłość absolutna, wydana w 50 egzemplarzach; potem Messalina, romans z motywów obyczajowych starożytności; Kalendarz ojca Ubu, wreszcie Nadsamiec, czyli logika na usługach absurdu...

Ten zmarnowany prawie-że-geniusz był prekursorem nowych kierunków w sztuce; jego Ubu był rodzajem dramatycznego dadaizmu; w kilkanaście lat po śmierci Jarry’ego pogarda jego dla „sensu” miała się stać programem. Jarry, który sam rysował, porzucając niedbale swoje rysunki po stolikach kawiarnianych, był, zdaniem wielu, wynalazcą kubizmu; on to miał — dla kawału — stworzyć sławę prymitywa „celnika Rousseau142”. Surrealiści wielbią go do dziś jako swego wielkiego patrona. Czerpano z niego, plagiowano143 go obficie; do dziś obiega wiele myśli, paradoksów, powiedzeń, które już stały się własnością ogółu i zatraciły stempel swego autora. A komuż przyszłoby na myśl, że rozrywanie słów za pomocą skandowania zgłosek, jakim przed kilkunastu laty epatowano Warszawę w Dziwnej ulicy, było dalekim echem maniery Króla Ubu? I nie to jedno. Bo nic się tak nie powtarza jak ekscentryczność, oryginalność. Całkowita niedbałość o swoją produkcję, o ciągłość jej rozgłosu lub zbytu, uczyniła z Jarry’ego artystę i filozofa-perypatetyka144, który wyżywał się w rozmowach, w osobistym kontakcie. Dość komiczne było zdumienie i zgorszenie oficjalnych krytyków, którym autor Króla Ubu, po owej burzliwej premierze, nie raczył nawet podziękować za ich felietony: w rękach zręcznego organizatora własnej sławy takie felietony byłyby karierą.

Dodajmy jeszcze, że Jarry był zdecydowanym i organicznym wrogiem kobiet, a tym bardziej kobiet piszących, co mu nie przeszkodziło znaleźć najprzyjaźniejszej protektorki w osobie Rachilde, która i jako pisarka, i jako żona redaktora Mercure de France, nie szczędziła autorowi Ubu swojego poparcia. Rachilde wydała w r. 1928 tom wspomnień pod tytułem Alfred Jarry ou le surmale de lettres145.

Takim był autor Ubu. A sama sztuka? Sąd trochę kłopotliwy. Utwór, którego ocena waha się między... Szekspirem i Arystofanesem a bujdą studencką, przedmiotem szyderstwa rzekomych autorów! Czytajmy go bez uprzedzeń, ale i bez ambicji rozstrzygania tak drażliwego sporu; niech to już Francuzi rozstrzygną sobie sami.

Lektura pierwszych aktów ubawi nas serdecznie: jest w nich w istocie rabelaisowska soczystość inwektywy, szaleńcza werwa, rozmach mądrego błazeństwa. Skrót rządów, jakie sprawuje król Ubu, wręcz nieopłacony! Powiedzenia, które już przeszły do skarbca tradycji, jak owa: „Mościa Ubu, moja żono, jesteś dziś bardzo szpetna: czy to dlatego, że mamy gości?”. Nie wiem, czy na scenie dałoby się utrzymać do końca natężenie tej szarży; niemniej ów kronikarz paryski miał głęboką słuszność: Ubu zostaje, oblega wyobraźnię, wciska się w nią, zmusza do widzenia wielu rzeczy pod znakiem Ubu. Ci smarkacze — z zadziwiającym Alfredem Jarry na czele — nie wiem czy stworzyli „dzieło” w uroczystym znaczeniu tego słowa, ale stworzyli symbol, wzbogacili słownik o kilka plugastw, a skarbiec myśli o jedno pojęcie.

Cóż zawiera ta sztuka, która dzieje się w nieokreślonej co do czasu Polsce, gdzie panuje król Wacław, a gdzie, między „kmieciami”, występują... Jan Sobieski i Stanisław Leszczyński?

Napisana serio, mogłaby to być zupełnie przyzwoita tragedia historyczna, jakich wiele. Awanturnik, który, podsycany przez ambitną żonę, zawiązuje spisek i sam zdobywa koronę; jego krwawe i szaleńcze rządy, wojna jaką ściąga na swój kraj samolubną głupotą; finał wreszcie, w którym stara dynastia wraca, panowanie zaś króla Ubu mija jak krwawy sen — tak, to mógłby być kawał normalnej historii, a król Ubu mógłby, pomiędzy Wacławem a Byczysławem, spoczywać w grobach królewskich na Wawelu. W jaki sposób temat tak uświęcony, mający tak poważne tradycje, mógł wywołać podobny skandal?

W sposób bardzo prosty; przygoda jest tu rozebrana z pięknych szat, a uproszczona i zbrutalizowana do ostatnich granic. Historia wychodzi na scenę nie tylko nago, ale z bardzo nieprzystojnym gestem. Te uczniaki, nudzące się na zapadłej prowincji, wymyśliły na własną rękę „kabaret historyczny”. Wyobrażam sobie, że młody autor Króla Ubu, kimkolwiek był, musiał z rozpaczą wtłaczać w siebie tragedie klasyczne, a opychać się z własnej pilności dziełami Szekspira i Rabelais’go. Ta sztuka to jest coś niby Makbet, napisany — a raczej napaćkany na ścianie nie bardzo umytym palcem — przez młodego Gargantuę146; bohater jej, Ubu, to połączenie Kalibana147 z rabelaisowskim królem Żółcikiem148. Potworna i płaska bufonada, język kapiący obrzydliwościami; ale kontrast między „wielkością dziejów” a pospolitością tych, którzy je nieraz tworzą, bardzo zabawny. Alboż tak nie bywało? Alboż nie było na tronach przygłupków, wariatów, lub też zabijaków węszących za krwią na prawo i lewo, byle tylko nie otrzymać z rąk historii przydomka „gnuśny”?

Dam jeden przykład skrótów historycznych, jakie znajduje ten piętnastoletni autor; rys ten wydaje mi się w istocie godny Rabelais’go. Król Ubu zabił króla Wacława i zgarnął wszystkie skarby. Mówią mu: „Teraz trzeba rozdzielić jadło i złoto między lud. — Jadło, owszem; ale złota nie, nie dam ani grosza. Nie potom został królem. — Ależ, królu, jeżeli nie rozdasz złota, lud nie zechce płacić podatków. — Naprawdę? — Oczywiście. — A, to co innego”. I król Ubu rozrzuca garściami złoto, mówiąc: „Ale przyrzeknijcie mi, że będziecie porządnie płacili podatki”.

„Ubu — pisze jeden z krytyków już w parę dziesiątków lat po głośnej premierze — to głupota olbrzymia, o czole byka; głupota tryumfalna, miażdżąca masą, jedynym swoim argumentem, wszystko, co mogłoby być sztuką, inteligencją, subtelnością, inicjatywą. To zły urzędnik, zły szef, tępy generał; to samo państwo i jego gospodarka, o ile się w niej stosuje ślepe prawidła, nie troszcząc się o następstwa. Ubu to władza, która zgłupiała...”.

Cóż za horyzonty!

Gdy chodziło o szukanie domniemanych źródeł Króla Ubu, sądzę, że głównym natchnieniem tych uczniaków była — po prostu sama lekcja historii. Mogę o tym mówić, bo autor Króla Ubu jest prawie moim rówieśnikiem, może o klasę lub dwie starszym, z tej samej epoki „naukowej”. Obaj zapewne — ja w Krakowie, on w Rennes — uczyliśmy się królów rzymskich z datami; i o tym, że początkiem republiki stało się zgwałcenie Lukrecji (ściśle w r. 509 przed narodzeniem Chr.) itp. Otóż czym jest dla młodego chłopca nauka historii podana w skrócie ówczesnych — a może i dzisiejszych — podręczników? Skorowidz królów, wojen, mordów, grabieży, okrucieństw, krzywoprzysięstwa, wiarołomstwa... Sam Henryk VIII angielski, krwawy mąż ośmiu żon, czyż to nie jest król Ubu — a przecie jego zmysłowy kaprys zdecydował na wieki o religii jego poddanych. Dzieci „kują” o tym ze zdumieniem, że to starsi tak robią! Palenie na stosie, zdradzieckie traktaty, gwałcenie sumień, fałszowanie monety, wycinanie w pień — oto czegośmy się uczyli jako Historii, pod czcigodnym godłem, że „historia est magistra vitae149”. Jak to połączyć — tego nam nikt nie mówił. I to jest zabawne, że dopiero nasza burżuazyjna epoka wyniosła tę historię do wyżyn pedagogicznych, do apoteozy. Dawniej tę historię raczej robiono, ale dopiero w. XIX usystematyzował ją jako przedmiot nauki i egzaminów, pakując te wszystkie okropieństwa chłopcom w głowę — bez słowa protestu. Dlatego profesor historii, wykładający ją z zapałem, łacno150 mógł się wcielić tym malcom w postać krwawego durnia, króla Ubu. Cała beznadziejna i okrutna głupota tradycyjnej historii jest w tej sztuce.

A tragedia klasyczna? Dorośli ludzie chodzą przeważnie na komedie; ale uczniom jest ta przyjemność wzbroniona. Mogłoby się trafić coś „nie dla nich”! Zarówno jako lektura szkolna, co jako widowiska teatralne, uznane są za odpowiednie jedynie niemal te utwory, w których rozpętane zbrodnicze namiętności uwieńczone są w piątym akcie paroma lub kilkoma trupami. Neron151 i Agrypina152, Murzyn duszący Desdemonę153, krwawy wojewoda ze swoją Mazepą154, to są przedstawienia dla młodzieży. Paradoksy te tak się utarły, że nikt po prostu ich nie widzi; ale było prawie nieodzowne, aby raz ktoś na nie spojrzał świeżymi oczami, i jest bardzo logiczne, że ten Ubu, który narobił paryskiego skandalu, powstał na ławie szkolnej. Horyzont szkolny pławi się we krwi. Straszliwy jest sadyzm wszelkiej pedagogii; w tym samym niemal czasie, kiedy sztubak Jarry lepił we Francji swoją kukłę, sztubaki w Polsce, z entuzjastyczną aprobatą rodzicielską i szkolną, delektowały się — i delektują się do dziś — wbijaniem na pal i wierceniem oczu w Trylogii. Miliony dzieci francuskich kuło potulnie Pieśń o Rolandzie, z której dopiero mieszczańska Francja XIX w. zrobiła urzędownie epopeję narodową; dzieciaki recytowały długie strofy, w których kolejno rycerze wypuszczają sobie nawzajem flaki i mózgi; a równocześnie w sąsiednich Niemczech w rapsodach o tym samym Karolu Wielkim czerpały żądzę krwi mieszczańskie dzieci niemieckie. Aż jeden mały Francuzik napisał Króla Ubu.

Aby żadnego blasku nie brakło legendzie króla Ubu, widzą dziś w tej bufonadzie piętnastoletniego malca utwór wróżebny. Pamflet na wojnę. Wspominając potworną maskę Gémiera jako Ubu, Rachilde nazywa ją „proroczą kopią straszliwych masek gazowych naszych nieszczęśliwych żołnierzy”. Można by to wziąć jeszcze głębiej. Czyż nie Ubu jako profesor historii jest po trosze autorem nowoczesnych wojen? Czy nie rodzą się po trosze z tego pomylonego kultu historii, pojętej jako pasmo mordów i grabieży, utożsamionych z honorem narodów? Ale jeżeli dawny kult miecza, ograniczony do zawodowych junaków, wydawał wojny o umiarkowańszym zasięgu, cóż musiał wydać pomnożony przez powszechną mobilizację i zdobycze techniki?

A skoro już kto widzi w Królu Ubu proroctwo, może przeciągnąć je jeszcze dalej. Gdyby ktoś chciał snuć analogie, mógłby ich znaleźć do syta w tym, co się dziś dzieje po świecie. Ileż ludzi, idei, systemów... żywcem poczętych z lędźwi mitycznego króla Ubu.

Kto wie, może dopiero dzisiaj można ocenić w całej pełni znaczenie owej paryskiej premiery i fakt jej zdumiewającego utrwalenia się w pamięci. Jak w bajce Andersena dziecko demaskuje nagość króla kroczącego w urojonej purpurze, tak ten piętnastoletni smarkacz całej burżuazyjno-rycersko-politycznej błazenadzie kończącego się wieku — wieku, który miał swemu następcy zostawić tak ciężkie dziedzictwo — krzyknął swoje soczyste: „Merdre!” (przez r).

Nie zrozumiano go...

Boy Żeleński 

Jest koszerny interes do zrobienia

 


Na początek kilka cytatów. „Jest koszerny interes do zrobienia” – to słowa (już kultowe), które padły podczas wizyty Rywina u Michnika. „Pierwszy milion trzeba ukraść” – to zawołania (też kultowe), które padło z ust Janusza Lewandowskiego, kiedyś ministra przekształceń własnościowych. No i „Tęsknię za tobą, Żydzie!” – graffiti, które wołało przed laty z murów warszawskich kamienic.

Pierwszy stał się mottem procesu grabieży majątku narodowego Polaków, gdy po formalnym odzyskaniu niepodległości kilkakrotnie padli ofiarą rabunku na wielką skalę, na skutek zawartej pod auspicjami Rockefellera umowy Jaruzelski -Geremek, w myśl której masa upadłościowa po PRL została „sprawiedliwie” podzielona między ludźmi Kiszczaka, a środowiskiem tożsamym etnicznie i biznesowo z Rockefellerem.

Drugi to zapowiedź szykowanego kolejnego zamachu na mienie Polaków, „jako rekompensaty dla ubogich ofiar holokaustu”, którego konsekwencją będzie wytworzenie elity mającej ogromną przewagę materialną nad Polakami. Tu przytoczmy „przemyślenia” Dawida Warszawskiego zamieszczone na łamach nowojorskiej „Moment”: „Lobby żydowskie wkrótce wzrośnie w siłę […] w połowie wieku polscy Żydzi będą siłą przewodnią Polski […] Do 2050 roku Polska będzie ekonomiczną potęgą z polskimi Żydami, jako jej siłą napędową”.

„Tęsknię za tobą, Żydzie!” to z kolei motto polsko-żydowskiej „Love Story” w biznesie. Ta niby artystyczna prowokacja żydowskiego artysty pod wszystkimi względami ziściła się – Polska stała się Mekką dla izraelskiego biznesu, tysiące Izraelczyków upatrzyło sobie nasz kraj, jako pierwszą ojczyznę i w rezultacie nie było i nie ma w Polsce żadnego oszustwa, gdzie w cieniu nie kryłby się żydowski geszefciarz.

Podobnymi myślami uraczył nas Donald Tusk. „Nie macie w Europie pewniejszego i bardziej lojalnego sojusznika i prawdziwego przyjaciela, niż Polska” – takie zapewnienie złożył premierowi Izraela (a towarzyszący mu minister zdradził, że „wszystkie ugrupowania sejmowe są niezmiennie usposobione do Izraela przyjaźnie”), co, przekładając na język biznesu, było uspokajającą deklaracją, że bez względu na to, któremu ugrupowaniu Judenrat pozwoli rządzić, żydowscy aferzyści nie będą zagrożeni (i będą mogli ukraść nie tylko pierwszy milion).

Gdy Polską wstrząsnęła afera Zondacrypto, okazało się, że główny aferzysta ma izraelski paszport, że zakupił luksusową posiadłość w Izraelu i że jest nieuchwytny nie tylko dla klientów i mediów, ale… prokuratury. Bo tak zawsze czujny prokurator krajowy ocknął się dopiero wtedy, gdy Przemysław Kral czmychnął z Polski (a wraz z nim co najmniej 500 mln złotych). Dariusz Korneluk podliczył jedynie, że Kral pozostawił po sobie 30 tysięcy poszkodowanych, ale i w tym nie był skrupulatny, bo liczba pokrzywdzonych ciągle rośnie, bo Zondacrypto była największą polską giełdą kryptowalut i deklarowała ponad pół miliona aktywnych użytkowników. Okazało się też, że nasz dzielny prokuratur nie tylko nie zamierza ścigać aferzysty, ale nie zamierza odzyskać ukradzionych pieniędzy. A geszeft nie polegał na tym, że Kral zwiał do Izraela, ale że w Izraelu ukrył ukradzione Polakom miliony.

Gdy pojawiły się żądania, by wystąpili o ekstradycję geszefciarza (poza napomnieniem, że zadawanie takich pytań „to niedobra jest”), mówili, że ekstradycja z Izraela jest praktycznie niemożliwa. Nic natomiast o tym, jak odzyskać ukradzione pieniądze i zwrócić pokrzywdzonym. „Gazeta Wyborcza” przekonywała, że „kontrolę nad giełdą Zondacrypto miała mafia tambowska, powiązana z politykami partii Władimira Putina”, czyli że za wszystkim stoi nie Kral, nie Izrael, nie Mosad, ale Putin. Żydowska gazeta dla Polaków powątpiewała też, czy Kral naprawdę jest w Izraelu, „bo aferzyści nie szukają ucieczki w cywilizowanym kraju z niezależnym sądownictwem, lecz w państwie z dużo mniejszą transparentnością, na przykład w Dubaju”. Sekundował w tym żydowsko-niemiecki Onet, według którego Przemysław Kral był tylko figurantem, a prawdziwym twórcą i właścicielem Zondacrypto biznesmen o pseudonimie „Maniek” z Czeladzi, który pieniądze wywiózł nie do Izraela, ale do Emiratów Arabskich.

Wytoczyli klasyczny już argument w obronie aferzysty: „To sprawa czysto polityczna podszyta antysemityzmem”. A w ślad za nim pojawiły się apele o powściągliwość w „antysemickich komentarzach” dotyczących izraelskiego obywatelstwa Krala, bo mogą zaszkodzić pokrzywdzonym, bo wystarczy je wydrukować z internetu i dołączyć do izraelskiej odpowiedzi na wniosek ekstradycyjny, bo izraelska linia obrony będzie wyglądać tak: Krala nie wydamy, bo nie będzie miał szans na uczciwy proces, bo rozpętano wobec niego antysemicką nagonkę. Krótko mówiąc – nakazali nam milczeć, oczywiście dla dobra pokrzywdzonych.

To nie pierwszy taki przypadek. Antysemityzmem było sprzeciwianie się reprywatyzacji warszawskich kamienic. Burmistrz Pragi Północ Wojciech Zabłocki opisując działania mafii adwokatów i urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz ujawnił, że nie wolno było podważać decyzji, w których występowały osoby pochodzenia żydowskiego, „bo miało to  uchronić ratusz przed zarzutami o antysemityzm”. Mówił, że dokumenty, które do niego docierały z Ratusza były przerażające: „Tam było napisane, żeby się nie interesować sprawą, ponieważ na przykład osoba była pochodzenia żydowskiego, a ten, kto będzie to robił, jest antysemitą i że próba dociekania w danej sprawie naraża miasto na wielomilionowe odszkodowania”.

Nalepkę „antysemita” przyklejają każdemu, kto zagraża ich interesom. Mieliśmy już: „Łączenie reakcji Izraela na nowelizację ustawy o IPN z kwestią majątków pożydowskich jest jaskrawym przykładem antysemickiego fake newsa” (ambasador Izraela). „Antysemityzmem jest mówienie o skorumpowanych sitwach u władzy i ich rozbijaniu” (żydowski uczony z Muzeum Polin). „Antysemityzmem jest prześwietlanie interesów obywateli obcego państwa tylko dlatego, że są Żydami” („Gazeta Wyborcza”). Gdy pod hasłem „Jesteś Polakiem, Kupuj Polskie” pojawiła się inicjatywa promująca patriotyzm konsumencki, zareagowała małżonka Radka Sikorskiego – zrównała je z przedwojennym antysemickim hasłem „Nie kupuj u Żyda”.

Wiedzą, co jest piętą achillesową rządzących, że nie mogą rozliczyć żadnego aferzysty, bo natychmiast poleci do Sorosa ze skargą, że jest ofiarą „antysemickiego pogromu”. I regułą jest, że gdy natrafiają na żydowskiego aferzystę, to pochodzenie staje się okolicznością łagodzącą i usprawiedliwia największe świństwa. Wiedzą, że mają w Polsce immunitet absolutny, bo żaden nie został skazany, nawet za miliardowy przekręt. Wiedzą też, że w Polsce kraść bezkarnie można poprzez nabycie odpowiedniego paszportu (w tym, w przypadku odzyskiwania mienia pożydowskiego, paszportu polskiego).

„Polacy nie lubią banków, bo są głupkami i antysemitami” – taką diagnozę postawił Przemek Gdański, prezes banku BNP Paribas. „Moim zdaniem niechęć do banków ma korzenie w antysemityzmie. Historycznie pożyczaniem pieniędzy, w niektórych okresach nazywanym lichwą, zajmowali się Żydzi. Szło się do Żyda i brało na procent kiedy była potrzeba, nawet, jak się go nie lubiło, bo innych możliwości zaciągnięcia kredytu nie było (…) nadal funkcjonuje skojarzenie, że banki to Żydzi, a przecież Żydów się nie lubi”. Ale nie poprzestał na tym.  „Polska jest krajem, w którym pozornie antysemityzm jest marginalnym zjawiskiem, ale de facto jest on głęboko zakotwiczony w społeczeństwie. (…) śmiem twierdzić, że jakiś element niechęci do banków bierze się z tego głęboko zakorzenionego antysemityzmu i kojarzenia banków z Żydami, czyli tymi, którzy nie pracowali na roli, ale obracali pieniędzmi” – zgłębił temat. A więc nie kredyty we frankach szwajcarskich, nie polisolokaty i niczym nieuzasadnione gigantyczne zyski, ale… antysemityzm! I chyba jesteśmy antysemitami, bo wydaje nam się, że Polacy powierzając swoje pieniądze takim banksterom, jak Przemek Gdański powinni wiedzieć, czy oprócz polskiego nie mają także paszportu izraelskiego.

A co do ekstradycji Krala, to zabrakło najważniejszego – Strona polska nie zwróciła się do Izraela z wnioskiem o ekstradycję! Mało tego – do dziś  nie postawiła mu żadnych zarzutów, nie oskarżyła o żaden zabroniony czyn. Prokurator Dariusz Korneluk, pytany o ucieczkę prezesa Zondacrypto do Izraela, stwierdził: „Kral ma obywatelstwo izraelskie, a to znaczy, że nie zostanie wydany do Polski, bo Izrael nie przekazuje swoich obywateli w ręce służb innych krajów”. Donald Tusk, pytany o to samo, odparł: „Z Izraelem nie jest łatwo. Mamy w swojej historii Polaków, którzy mieli powody uciekać z Polski i znajdowali tam schronienie”. Wiceminister spraw wewnętrznych też odpowiedział wymijająco: „Polskie służby nie mają dobrego doświadczenia ze sprowadzaniem osób z Izraela”. O ekstradycji nic nie mówi Włodzimierz Czarzasty, który niedawno złożył do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Konrada Berkowicza, mimo że ten tylko obraził ambasadora Izraela, a Kral okradł na pół miliarda złotych kilkadziesiąt tysięcy Polaków. No i najważniejsze – nic nie mówią o odzyskaniu od Żydów ukradzionych Polakom pieniędzy!

Jaki jest jeszcze inny powód, że nie występują o ekstradycję? Muszą zostawić sobie otwartą furtkę na wypadek, gdyby sami musieli uciekać. Dokąd ucieknie Tusk, wiemy. Dokąd ucieknie Koroluk, też wiemy. A dokąd Morawiecki i Kowal? Czy nie do Izraela, gdzie schronienie znalazły już ich ciotki? A gdyby zbyt stanowczo żądali ekstradycji, to na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie pojawi się namazana swastyka i graffiti „polskie gówno” i „mordercy spieprzajcie”, a składający się aferzystów tłum, z Kralem na czele, wedrze się na teren ambasady i opluje ambasadora. I jeszcze jedno – gdy izraelskie służby bezkarnie porwały na międzynarodowych wodach aktywistów domagających się sprawiedliwości dla Palestyńczyków, to czy naszych polityków nie naszła refleksja, że gdy zbyt namolne będą dopominać się o ekstradycję Krala, to Izrael zrobi z nimi to samo, na przykład porwie sprzed gmachu Sejmu.

To nie pierwszy przypadek, kiedy aferzysta okrada Polaków, a później, bez żadnych przeszkód i z wielkimi pieniędzmi, odnajduje się w Izraelu. Żydowscy oszuści Bagsik i Gąsiorowski, bohaterowie afery Art-B, kilka godzin przed aresztowaniem wsiedli w samolot linii El-Al, wylądowali w Tel Awiwie z siedmioma walizkami wypełnionymi 85 milionami dolarów, zamieszkali kilka kroków od rezydencji kupionej przez Krala i stali się bohaterami światowej społeczności żydowskiej. Bo zgodnie z historycznym wzorcem i tradycją, oszustwa finansowe popełniane przez Żyda przynoszą korzyści wszystkim Żydom, tym w Izraelu i tym międzynarodowym.

Izrael czasami wydaje przestępców. Ale nigdy nie wydaje ukradzionych pieniędzy. Przykładem Józef Jędruch, który wyłudził 430 milionów od należącej do Skarbu Państwa Elektrowni Będzin, uciekł do Izraela i powołując się na żydowskie pochodzenie dostał izraelskie obywatelstwo. Polsce został wydany, ale dopiero po tym, gdy sam zgodził się na ekstradycję. Odpowiadał z wolnej stopy. Skazany zostało na kilkaset tysięcy grzywny. Zdefraudowanych pieniędzy Skarb Państwa nigdy nie odzyskał, bo „zaopiekował się” nim podstawiony żydowski adwokat i podstawiona izraelska żona, po ślubie sfingowanym w izraelskim areszcie.

Szczególnie dobrze idzie im w biznesie mieszczącym się w rubryce „Wasze ulice, nasze kamienice”. Należy do nich większość działających w Polsce firm deweloperskich, także te, które wybudowały kilkanaście centrów handlowych w głównych polskich miastach. Podobnie ma się sprawa z Komisją Nadzoru Finansowego, która wynajmuje siedzibę w biurowcu należącym do… Chabad Lubawicz, a której – przypomnijmy – statutowym obowiązkiem jest zapobieganie przekrętom na rynku finansowym. I tu pytanie: Czy nie dlatego KNF milczała, gdy Kral kradł? Przypomnijmy też, że Timur Mindycz, przed odlotem do Tel Awiwu ze zrabowanymi 100 milionami dolarów, wpadł do synagogi Chabad w Warszawie. Ale nie na modlitwę tylko na rozmowy biznesowe, bo Chabad nie zajmuje się krzewieniem talmudycznych mądrości, lecz… kamienicami. I tu drugie pytanie: Czy to Chabad nie dokończy przedwojennego żydowskiego zamysłu: „Wasze ulice, nasze kamienice”?

Izrael to „Ziemia Obiecana”, także dla… oszustów. To światowe centrum przekrętów finansowych, w tym spekulacji kryptowalutami, które macherom zwabiającym ofiary z całego świata przynoszą miliardowe zyski. Władze izraelskie przyznają, że przestępczość przybrała monstrualne rozmiary i mimo że ich zwalczanie jest niezwykle łatwe, blokują współpracę z międzynarodowymi organami ścigania. Tamtejsze prawo pozostawiło furtkę, dzięki której oszuści często robiący geszefty przez telefon i internet, z „siedzib” mieszczących się w garażach i kotłowniach przenoszą działalność za granicę, między innymi do Polski. Także izraelski kodeks podatkowy sprawia, że Izrael stał się magnesem dla przestępców – zwalnia nowych imigrantów z płacenia podatku od dochodów uzyskanych za granicą oraz z wykazywania źródeł dochodu. Sprzyja temu także prawo zapewniające obywatelstwo każdemu imigrantowi o żydowskich korzeniach. A wszystko to wywołuje pytania: Czy taka rozgałęziona struktura przestępcza i sztaby sterujące geszeftami mogą funkcjonować bez przyzwolenia władz Izraela? Czy taki parasol ochronny nie roztoczyły też nad Zondacrypto?

Takie afery w pomagdalenkowej Polsce posypały się jak z dziurawego wora. Wymieńmy tylko FOZZ, Art-B, NFI, Bank Śląski, Domy Towarowe Centrum, Getin Bank i Amber Gold. W tej ostatniej, metodą piramidy finansowej z kont klientów wyprowadzono 600 milionów. W stworzeniu spółki oraz przekręcie udział brali Ihor Kołomojski i Wadim Rabinowicz, a Amber Gold miało służyć przejęciu PLL LOT. Częścią geszeftu było mianowanie na przewodniczącego rady nadzorczej LOT-u Teofila Bartoszewskiego. W aferze przenikały się tajne służby państewka leżącego w Palestynie i syn Tuska. No i miała ochronę ze strony Agencji Wywiadu kierowanej wówczas przez gen. Macieja Hunię, dziś ambasadora RP w Izraelu. Gra toczyła się na jeszcze wyższym poziomie i pod jeszcze większą ochroną – Kołomojski i Rabinowicz to wyznawcy i sponsorzy Chabad.

To wszystko nie wzięło się znikąd. To ma swoją chronologię. Pierwszym był powrót żydokomuny, czyli przekazanie władzy Żydom nastręczonym Jaruzelskiemu przez Davida Rockefellera. Potem była zmanipulowana transformacja ustrojowa. Bo, kto zakładał albo kto przejmował partie w Polsce? A gdy już uchowała się jakaś czysto polska, to kto wdeptywał jej przywódcę w ziemię albo mordował i to na rytualny sposób? I czy racji nie mają ci, którzy uważają, że Polsce nie można pomóc zakładając partię, bo w jej kierownictwie natychmiast pojawia się dwóch albo trzech „organizatorów” z Chabad?

Dekadę temu na bazarze podziału łupów „Przedsiębiorstwa Holocaust” pojawiają się nowi gracze, którzy nie chcą bezsilnie przyglądać się, jak inni sprzątają im łup spod nosa. Przebiegły i chciwy Chabad Lubawicz próbuje wykroić dla siebie nowe żerowisko, którego nazwę podpowiedział prezydent RP – POLIN. Przy władzy w Warszawie jest sługa narodu niemieckiego. Potrzebny jest więc nowe rozdanie i podmienienie na sługę narodu żydowskiego. W tym celu rabini dobijają targu z Jarosławem Kaczyński. Za pomoc w koszernym coup d’état żądają wiele i dostają wiele.  Od tego czasu mówić też możemy, że agenta Stasi przejął od Niemców rabin prowadzący z Chabad, nadał mu pseudonim „Krzywousty”, kazał posyłać dzieci do żydowskiej szkoły, tolerować żydowskie geszefty i nadać Żydom immunitet absolutny, tak aby żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt.

Jak to jest, że na jeden gwizdek Szaloma Ber Stamblera do zapalenia świeczek stawiają się prezydent, marszałek Sejmu i Senatu, ministrowie i posłowie ze wszystkich partii? Jak to jest, że w tej kwestii zapanowała jednomyślność nieznana od czasu PRL-owskiego Frontu Jedności Narodu i że w jego miejsce wytworzył się swoisty Front Chanukowy, złożony ze środowisk dotychczas walczących ze sobą na śmierć i życie? Skąd nienotowana od czasu Magdalenki jedność ponad podziałami najbardziej antychrześcijańskiej sekty żydowskiej i Episkopatu, biblistów z KUL, prawosławnych popów, protestanckich pastorów? Kto pociąga za sznurki? Kim jest niewidzialna ośmiornica, która tym steruje? I czy nie jest nią ośmioramienny świecznik? Bo nie jest tak, że w chanukowych ceremoniach chodzi o obrzędy religijne. Tu chodzi o przejęcie Polski, a zwłaszcza polskich kamienic.

Krzysztof Baliński
https://dakowski.pl/
=========================================

piątek, 29 maja 2026

Lekarz z pierwszej linii frontu wysuwa poważne oskarżenia: „W Gazie nie są to – lecz celowe zniszczenie społeczeństwa”

 


W wstrząsającym wywiadzie brytyjski chirurg i lekarz z Oksfordu, dr Nick Maynard, opisuje to, co widział w Strefie Gazy: zniszczone szpitale, zabity personel medyczny, ciężko ranne dzieci, zablokowane terapie i system opieki zdrowotnej, który nie tylko się załamał, ale został systematycznie zniszczony.

Maynard nie jest aktywistą z daleka. Od wielu lat współpracuje z palestyńskimi lekarzami, uczy studentów medycyny w Strefie Gazy i wielokrotnie odwiedzał ten region po 7 października. Właśnie dlatego jego wypowiedzi mają wagę: nie mówi o teorii, ale o własnych obserwacjach, kolegach, pacjentach i szpitalach, w których pracował.

Lekarz zgłasza oblężony obszar
Jeszcze przed obecną wojną Maynard opisuje Gazę jako odizolowane terytorium, którego większość ludzi nigdy nie była w stanie opuścić. Pomimo wysoko wykwalifikowanych lekarzy i pielęgniarek, opieka medyczna była chronicznie niewystarczająca. W szczególności pacjenci chorzy na raka często potrzebowali zezwoleń na leczenie poza Gazą – proces ten, według Maynarda, trwał średnio miesiące. Niektóre wnioski były odrzucane, nawet w przypadku chorób zagrażających życiu.

Po rozpoczęciu izraelskiej ofensywy sytuacja przekształciła się w katastrofę humanitarną. Maynard mówi o celowym zniszczeniu infrastruktury medycznej. Z 36 szpitali, tylko kilka nadal działało; Szpital Nassera na południu był jednym z ostatnich dużych ośrodków – ale nawet ten został poważnie uszkodzony i działał z ograniczoną przepustowością.

Każdy szpital został zaatakowany.
Oskarżenie Maynarda, że ​​ataki na szpitale nie były jedynie przypadkowymi stratami ubocznymi, ma szczególną wagę. Twierdzi on, że każdy szpital w Strefie Gazy został zaatakowany. Podczas wojny zginęło prawie 2000 pracowników służby zdrowia. Według niego liczba zabitych pracowników służby zdrowia jest wyjątkowo wysoka w stosunku do liczby ludności niż w innych konfliktach.

Maynard poinformował również o ataku na szpital Al-Aksa, gdy pracował na sali operacyjnej. Izraelski pocisk uderzył w oddział intensywnej terapii obok bloku operacyjnego. Zagraniczni pracownicy pomocy humanitarnej musieli zostać ewakuowani, a szpital szybko stawał się coraz bardziej nieoperacyjny.

Maynard odrzuca izraelskie twierdzenia, że ​​szpitale są wykorzystywane jako centra dowodzenia Hamasu, przynajmniej w obszarach, które osobiście kontrolował. Podkreśla, że ​​może zeznawać jedynie na podstawie tego, co sam widział – ale nie znalazł żadnych dowodów na wykorzystanie militarne Hamasu w odwiedzanych przez siebie obszarach klinicznych.

Zniszczenie systemu opieki zdrowotnej jako strategia wojenna
Główną tezą Maynarda jest to, że ataki na lekarzy, kliniki, karetki pogotowia i infrastrukturę medyczną są częścią szerszej strategii, mającej na celu uczynienie Gazy miejscem niemożliwym do zamieszkania jako społeczeństwo. Ci, którzy niszczą szpitale, nie niszczą tylko budynków – niszczą oddziały położnicze, ośrodki onkologiczne, pogotowie ratunkowe, dializy, chirurgię dziecięcą, intensywną terapię i wszelką nadzieję na normalne życie cywilne.

To prawdziwe sedno katastrofy: nie tylko ludzie giną od bomb. Ludzie umierają, ponieważ operacje nie są już możliwe, brakuje leków, ran nie da się wyleczyć, nowotwory pozostają nieleczone, a dzieci z poważnymi obrażeniami nie mogą już znaleźć bezpiecznego miejsca.

Zarzuty aresztowań i tortur
Jeszcze bardziej niepokojące są wypowiedzi Maynarda dotyczące palestyńskich pracowników służby zdrowia, którzy zostali aresztowani przez siły izraelskie. Według niego setki pracowników medycznych zostało porwanych lub zatrzymanych bez postawienia zarzutów. Mówi o doniesieniach o poważnym znęcaniu się, poniżaniu, przemocy fizycznej i torturach psychicznych.

Maynard twierdzi, że osobiście nagrywał zeznania ocalałych. Niektórzy byli przetrzymywani przez wiele dni w poniżających warunkach, wiązani, bici, a następnie trafiali do izraelskich więzień. Zarzuty zostały przekazane do sądów międzynarodowych.

Należy szczególnie podkreślić, że oświadczenia te stanowią zarzuty i zeznania świadków z przesłuchania. Muszą one zostać zbadane niezależnie przez organy ścigania. Jednak nawet jeśli są one tylko częściowo prawdziwe, stanowią poważne naruszenie prawa międzynarodowego.

Lekarze jako cele
Maynard donosi, że aresztowani lub zabici zostali głównie doświadczeni i starsi lekarze. Uważa, że ​​nie jest to przypadek, lecz przejaw celowego osłabiania medycznego zaplecza Gazy.

System opieki zdrowotnej to nie tylko budynki. To ludzie: chirurdzy, anestezjolodzy, pediatrzy, pielęgniarki, technicy, studenci, ratownicy medyczni. Jeśli ci ludzie zginą, zostaną przesiedleni lub uwięzieni, nawet odbudowany szpital będzie tylko pustą skorupą.

Broń eksperymentalna i nowe formy walki
W wywiadzie poruszono również kwestie oskarżeń o nowe lub nietypowe formy wykorzystania sił zbrojnych. Maynard relacjonuje doniesienia o systemach zdalnie sterowanych, dronach, a nawet uzbrojonych psach wkraczających do szpitali. Twierdzi, że te doniesienia opierają się na zeznaniach świadków, które otrzymał od kolegów.

Również w tym przypadku takie twierdzenia wymagają niezależnego dochodzenia. Wpisują się one jednak w szerszy obraz współczesnej wojny, w której Gaza stała się laboratorium inwigilacji, wojny dronów, namierzania wspomaganego sztuczną inteligencją i wojny miejskiej.

Zachód wiedział.
Szczególnie politycznym punktem wywiadu była reakcja rządów zachodnich. Maynard twierdzi, że on i inni lekarze dzielili się dowodami, zdjęciami i raportami z brytyjskimi i amerykańskimi agencjami rządowymi. Poinformowali również przedstawicieli administracji Bidena. Choć reakcja była częściowo „współczująca”, ostatecznie nie przyniosła żadnych konsekwencji.

Prawdziwym skandalem jest nie tylko to, co dzieje się w Strefie Gazy, ale także to, że zachodnie rządy dowiadują się o tym, otrzymują dokumenty, słyszą opinie lekarzy – a mimo to nadal dostarczają broń, wsparcie i ochronę dyplomatyczną – zbrodniarzom.

Upadek moralny
Artykuł rozpoczyna się porównaniem do Rwandy i pytaniem, jak to możliwe, że dochodzi do ludobójstw na oczach całego świata. W transkrypcji argumentuje się, że społeczność międzynarodowa po raz kolejny bardzo wcześnie wiedziała o tym, co dzieje się w Strefie Gazy – a mimo to nie podjęła żadnych zdecydowanych działań.

Podwójne standardy zachodnich polityków są szczególnie ostro krytykowane: przez dekady przysięgali, że nigdy więcej nie dopuszczą do masowych okrucieństw. Ale gdy sprawcą jest bliski sojusznik, te same zasady nagle ulegają relatywizacji, wypaczeniu lub uciszeniu.

Wnioski: Gaza jako test wiarygodności Zachodu
Wypowiedzi dr. Nicka Maynarda to frontalny atak na oficjalną narrację o „precyzyjnej wojnie z Hamasem”. To, co opisuje, to nie chirurgiczna operacja wojskowa, lecz systematyczne niszczenie źródeł utrzymania ludności cywilnej w całym regionie.

Kiedy szpitale są niszczone, lekarze zabijani, pacjenci zatrzymywani, dzieci okaleczane, organizacje pomocowe utrudniane, a świadkowie uciszani, to nie chodzi już tylko o wojnę. Chodzi o to, czy prawo międzynarodowe w ogóle jeszcze obowiązuje – czy też jest stosowane tylko wobec wrogów Zachodu.

Gaza to zatem nie tylko katastrofa humanitarna. To moralny test wytrzymałości dla Zachodu. A według wypowiedzi tego lekarza z pierwszej linii, werdykt jest druzgocący.

uncut-news.ch 28 maja 2026 r. uncutnews-ch/frontarzt-erhebt-schwere-vorwuerfe-gaza-ist-kein-kollateralschaden-es-ist-die-zerstoerung-einer-gesellschaft

https://dakowski.pl/

John Lauritsen - subwersyjny homoseksualista, czyli kto naprawdę napisał Frankensteina

 

Za przykład autentycznie subwersywnego homoseksualisty może posłużyć John Lauritsen (1939-2022), weteran „ruchu wyzwolenia gejów” –w 1969 roku przyłączył się do Gay Liberation Front, redagował pisma gejowskie „New York Native” (największy niezależny tygodnik gejowski w USA), pisał w „Gay Times”, „Christopher Street”, opublikował The Early Homosexual Right Movement 1864-1935 (1974). W tamtych czasach, pół wieku temu, można się było w tym od biedy doszukać elementów odważnego buntu, ale w dwadzieścia lat później, kiedy przedstawiciele ruchu gejowskiego wchodzili do głównego nurtu, to o żadnej transgresji nie mogło już być mowy.

Proces tego awansu do elity, może trochę niechcący, ujawniła we wspomnianej wyżej rozmowie Judith Butler: „Teoria queer powstała wśród pięciu czy sześciu osób związanych z uczelniami amerykańskimi, a więc instytucjami elitarnymi. Oni wszyscy są Żydami, co uświadomiłam sobie któregoś dnia. Sedgwick, Butler, Halperin i Edelman… To naprawdę dziwne. Fuss i Bersani co prawda nimi nie są, ale oni w pewnym sensie są honorowymi Żydami. Naprawdę nie wiem, co o tym sądzić”. Niezależnie, co kto o tym sądzi, a czego nie sądzi, obserwować może fascynujące zjawisko instytucjonalizacji buntu, przemiany „wywrotowej” teorii w ideologiczne narzędzie w rękach elity. Jak to ujął niemiecki medioznawca i krytyk kultury Norbert Bolz, „wywrotowość stała się establishmentem”, którego członkowie są niczym „udręczony bohater Dostojewskiego z kontem w banku” (Cioran). Znakomitą ilustracją tego zjawiska jest pewne wydarzenie sprzed lat. Oto w 1995 r. wiceprezydent USA Albert Gore urządził w Białym Domu przyjęcie dla ludzi kultury nagrodzonych prestiżowym Medal of Arts. Wszyscy przyszli bardzo elegancko ubrani, tylko 40-letni gej i dramaturg żydowskiego pochodzenia Tony Kushner zaskoczył zebranych dziwnym szczegółem swojego stroju – różowym trójkątem naszytym na smokingu. Jakże wymowna symbolika: „podwójnie wykluczony” (Żyd i gej), nagradzany, fetowany na party u wiceprezydenta w centrum władzy globalnego imperium. Takie to jest współczesne „obrazoburstwo” mające imprimatur ważnych ośrodków władzy polityczno-kulturalnej.Prześmiewczo podsumował tego typu symulacje postlewicowy anarchista Bob Black: „Geje? Żydzi? Elity odgrywające prześladowanych”.

Chcąc uniknąć smutnego losu kapłana udającego błazna, Lauritsen poszukał sobie nowej formy antysystemowej kontestacji publikując kilka książek oraz liczne artykułyzwiązane z tematyką AIDS, głosząc w nich wysoce subwersywne poglądy w duchu Petera Duesberga: Poison By Prescription: The AZT Story, wstęp: Peter Duesberg, (1990), The AIDS War: Propaganda, profiteering, and genocide from the medical industrial complex (1993), Death Rush: Poppers & AIDS, (1998), The AIDS Cult: Essays on the gay health crisis, red. John Lauritsen, Ian Young (1997), [tu m.in.: Casper Schmidt, The Group-Fantasy Origins of AIDS, John Lauritsen, Psychological and Toxicological Causes of AIDS, George Hazlehurst, AIDS as Information Disease].

Lauritsen atakował nie tylko zwolenników oficjalnej, ortodoksyjnej teorii AIDS i stojących na jej straży funkcjonariuszy kompleksu przemysłowo-medycznego, ale wystąpił także przeciwko własnemu, gejowskiemu, establishmentowi, co stanowiło akt realnej, a nie udawanej i opłacalnej (opłacanej), „subwersywności”. Nie przebierając w słowach oskarżał gejowski establishment o to, że albo swoje prywatne, zwykle materialne, interesy stawia wyżej niż dobro „szarego geja”, albo też bezwolnie poddaje się aparatowi AIDS i bezkrytycznie akceptuje jego teorie. W każdym przypadku oznacza to, że prawdziwe przyczyny kryzysu zdrowotnego gejów pozostają nierozpoznane, stąd też nie można go przezwyciężyć. Dlatego nie udało się zdjąć z AIDS odium „gejowskiej choroby”, gdyż według oficjalnej wykładni geje w USA i w Europie nadal stanowią rzekomo grupę tzw. wysokiego ryzyka, co wynika z założenia, że stosunki homoseksualne w sposób szczególny sprzyjają zarażeniu się HIV, podczas gdy w rzeczywistości nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek wirusem (poglądy Lauritsena omówiłem szerzej w rozdziale „Geje przeciwko Przedsiębiorstwu AIDS”, w: Raport o AIDS, „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 40-41, 2004).

Rozmowę, jaką przeprowadził z Lauritsenem Mark Gabrish Conlan dla „Gay and Lesbian Times” (19. 08. 1993) redakcja zatytułowała Controversial Warrior of „The AIDS War”. Określenie „kontrowersyjny wojownik” świetnie pasuje do Lauritsena, który, kiedy uznał, że na temat AIDS wszystko zostało powiedziane, za cel ataku obrał „ruch LGBT” demaskując go jako „ruch antygejowski” – swój programowy artykuł zatytułował Down with LGBT! Według niego literowiec LGBT czy LGBTQ pojawił się nie wiadomo skąd i natychmiast jego stosowanie stało się obowiązkowe. Gdzieś, z dala od oczu opinii publicznej, jakieś czynniki władzy nakazały, że wszystkie organizacje gejowskie i lesbijskie oraz media muszą go używać i wszystkie się podporządkowały. Zostaliśmy – pisał Lauritsen – przeniesieni na drugą stronę lustra do świata, w którym nic nie ma sensu. Nigdy nie było i nie może być osoby LGBT, nigdy nie było i nie może być społeczności LGBT ani ruchu LGBT, nie mówiąc już o politykach LGBTQ czy agendzie LGBTQ. Jego zdaniem ta literowa breja jest oszustwem, sprokurowanym przez wrogów i powielanym przez bezkrytycznych zwolenników oraz feministki dążące do tego, aby geje byli ich agentami w walce z mężczyznami i męskością. Pod kostiumem inkluzyjności mieści się ukryty cel: wymazanie gejów. Podobnie jest z podrzuconym gejom obelżywym terminem queer, dlatego powinni oni z zdecydowani sprzeciwiać się jego używaniu.

Mężczyźni muszą przemyśleć i odkryć na nowo, jak odnosić się do innych mężczyzn. Wymaga to istnienia oddzielnych przestrzeni dla mężczyzn, ponieważ nie można tego zrobić tam, gdzie panoszą się feministyczne policjantki myśli. Mężczyźni mają prawo do męskiego towarzystwa. Niestety, nie ma już prawie żadnych organizacji ani przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla mężczyzn; wszędzie, gdzie to możliwe nakazuje się męskim organizacjom czy stowarzyszeniom przyjmowanie kobiet, natomiast w drugą stronę to nie działa. Wszystkie męskie uczelnie Ligi Bluszczowej stały się koedukacyjne, natomiast połowa uczelni z grupy Siedmiu Sióstr nadal dostępna jest tylko dla kobiet. W Bostonie działa tuzin klubów fitness wyłącznie dla kobiet, ale ani jeden tylko dla mężczyzn. Każda miejscowość miała kiedyś męskie kluby, „loże”, bractwa i inne organizacje, gdzie mężczyźni mogli ze sobą przebywać. W moim rodzinnym mieście, wspominał Lauritsen, znajdował Elks Club – okazały budynek z witrażowymi oknami. Tam w wielkiej sali pełnej samych mężczyzn zgromadzonych wokół stołów bilardowych ojciec uczył go grać w bilard. Takich miejsc już nie ma.

Lauritsen wzywał mężczyzn, aby zjednoczyli się w oporze przeciwko upaństwowionemu feminizmowi, zagrażającemu wszystkim mężczyznom, zarówno hetero- jak i homoseksualnym. Obie grupy powinny wspólnie, ramię w ramię walczyć o zniesienie ograniczeń wolności narzucanych im przez feministki przy użyciu instrumentów władzy politycznej. Należy też walczyć o interesy wszystkich chłopców, którzy pozbawiani są męskości przez nauczycielki (zob. Christina Hoff-Sommers, The War Against Boys: How Misguided Feminism Is Harming Our Young Men). Miliony tych chłopców — często najzdolniejszych i najinteligentniejszych — zatruwa się lekiem Ritalin, przepisywanym w celu leczenia fałszywej diagnozy, czyli zespołu nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD).

Lauritsenowi nie wystarczała transgresja w postaci ataku na feministyczno-elgiebetowski establishment; dokonał kolejnej publikując książkę The Man Who Wrote Frankenstein (Dorchester, MA, 2007) poświęconej atrybucji autorstwa słynnej powieści. Przekonująco dowodzi w niej, że prawdziwym autorem powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz (Frankenstein; or, The Modern Prometheus) nie jest Mary Wollstonecraft Godwin Shelley (1797–1851), lecz jej ówczesny partner życiowy, a później mąż Percy Bysshe Shelley. Podążmy przeto za Lauritsenem w jego wędrówce po „filologicznych bezdrożach. W Polsce tym tropem poszedł Kasper Bajon w powieści Ideot. Rzecz o narodzinach potwora, (Warszawa 2021), powołujący się zresztą na Luritsena i zgadzający się z nim, że Mary Shelley nie napisała Frankensteina.

Lauritsen skupia się na samym tekście: „na ideach, obrazach, słownictwie, strukturze, rytmach i brzmieniach”: „W centrum mojej argumentacji na rzecz tezy, że autorem jest sam Shelley, leży uznanie, że Frankenstein jest naprawdę wielkim dziełem literatury — intensywną i niepokojącą powieścią napisaną poetycką, wyrazistą prozą. Odzwierciedla ona idee i wyobraźnię Shelley`a, jego frazę i mistrzostwo w pisaniu prozy po angielsku”.

Chociaż Lauritsen za decydujące w ustaleniu autorstwa traktuje wyniki wewnętrznej krytyki tekstu, nie pomija „wskaźników historyczno-bibliograficznych i edytorskich”. Przypomina, że powieść, wydana anonimowo w 1818 r., została po raz pierwszy przypisana Shelley’owi w recenzji z 1818 roku autorstwa Waltera Scotta, który rozpoznał jego styl i idee. W 1824 roku autorstwo Mary Shelley zakwestionował autor, opublikowanej w magazynie literackim „Knight’s Quarterly Review”, recenzji jej powieści Valperga (Lauritsen przedrukowuje ją w aneksie). Recenzent porównał Valpergę z Frankensteinem i skonstatował uderzającą różnicę między oboma utworami, co można wyjaśnić tym, że zostały napisane przez dwoje różnych autorów.

W XX wieku pojawili się badacze podkreślający głębokie zaangażowanie Percy Shelley`a w tworzenie powieści, ich zdaniem wniósł on znaczący wkład w jej powstanie; pracował nad nią na każdym etapie, od najwcześniejszych szkiców po odbitki drukarskie. W 1993 roku badaczka literatury i kultury XVIII i XIX w. Marie-Hélène Huet zakwestionowała pogląd, że Mary była jedyną autorką. W pracy Monstrous Imagination wydanej przez Harvard University Press Huet wykazała, że Percy Shelley był co najmniej współautorem powieści, i że Mary rozmyślnie to zataiła. Z kolei Phyllis Zimmerman w pracy Shelley’s Fiction (1998), porównała dwa wczesne gotyckie horrory Shelley`a, Zastrozzi (1810) i St. Irvyne (1811) z Frankensteinem i stwierdziła, że są one swego rodzaju wprowadzeniem do tego ostatniego, mają podobną strukturę, zawierają takie same lub podobne idee, motywy, fabuły i postacie. Dlatego też ostatecznie doszła do wniosku, że Frankenstein jest w całości dziełem Shelley`a.

Oficjalna wersja genezy powieści podana została przez samą Mary Shelley w przedmowie do wydania Frankensteina w 1831 r. (najprawdopodobniej autorem był jej ojciec): w 1816 roku w willi nad Jeziorem Genewskim Mary, wzięła udział w konkursie na opowiadanie o duchach, wraz ze swoim partnerem życiowym Percym Shelley`em, lordem Byronem oraz towarzyszem Byrona, także utalentowanym pisarzem doktorem Johnem Polidorim. Trzej panowie mieli przez kilka dni z niecierpliwością czekać, aż Mary wymyśli jakąś historię. W końcu miała senny koszmar i postanowiła napisać historię, która „przestraszy mojego czytelnika tak, jak ja byłam przestraszona tej nocy!”

Z tego koszmaru narodził się Frankenstein, najpopularniejsze (głównie dzięki licznym adaptacjom filmowym) dzieło angielskiego romantyzmu. Zdaniem Lauritsena jest to oczywiste zmyślenie (powiedzielibyśmy „fikcja genezy”); w ustaleniu czy Mary rzeczywiście coś koszmarnego się śniło czy też nie, mógłby pomóc prowadzony przez nią dziennik, niestety, kluczowe strony z czasu, w którym rzekomo w sennym widzeniu narodziła się koncepcja Frankensteina, zostały z niego wyrwane. Być może motyw narodzin powieści we śnie wzorowany jest na okolicznościach powstania poematu Kubilaj-chan Coleridge`a, zainspirowanego – jak zapewniał poeta – przez marzenie senne.

 Lauritsen rekonstruuje najbardziej prawdopodobny przebieg tej literackiej mistyfikacji , rolę, jaką odegrał w niej sam Percy Shelley, jak doszło do tego, że na karcie tytułowej drugiego wydania Frankensteina z 1823 r., opublikowanego w rok po śmierci Shelley`a, pojawiło się nazwisko Mary Wollstonecraft Shelley i jaki udział miał w całej operacji ojciec Mary, filozof społeczny William Godwin.

Wolno zasadnie zakładać, że gdyby powieść pozostała utworem anonimowym, to historycy literatury, krytycy tekstu i specjaliści od edytorstwa nie mieliby problemów z ustaleniem autora – Percy Shelley`a. Skąd zatem głębokie przekonanie tak wielu ludzi , że – pominąwszy „dowód” w postaci nazwiska na karcie tytułowej – Mary Shelley jest autorką Frankensteina ? Otóż istnieje rękopis powieści, będący częścią tomu znanego jako Frankenstein Notebooks, sporządzony – z wyjątkiem poprawek poczynionych ręką Shelley`a – przez Mary. Dla „fanatycznych” zwolenników jej kandydatury jako autorki Frankensteina stanowi on koronny dowód, tak jakby byli nieświadomi (?) faktu, że często przepisywała ona teksty zarówno Shelley`a, jak i innych pisarzy. Istnieją rękopisy, których wszystkie słowa napisane są ręką Mary (bez wątpienia miała ładny charakter pisma), a mimo to wszystkie te słowa zostały stworzone przez kogoś innego: Shelley`a, Byrona czy Peacocka. Zatem sam fakt, że słowa z rękopisu Frankensteina są napisane ręką Mary, w żadnym razie nie dowodzi, że to ona jest ich autorką, stanowi jedynie świadectwo jej pracy sekretarskiej.

W posłowiu do Frankensteina tłumacz Maciej Płaza opisując okoliczności zdarzeń podczas wakacji nad Jeziorem Genewskim stwierdza: „Byron nie okazywał również nadmiernego szacunku Mary, wykorzystując ją głównie do przepisywania powstającej właśnie pieśni trzeciej Wędrówek Child Harolda”. (Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, przeł. M. Płaza, Czerwonak 2013) Gdyby zastosować argumentację zwolenników tradycyjnej atrybucji, można by na podstawie rękopisu sporządzonego przez Mary twierdzić, że to ona jest autorką trzeciej części Wędrówek Child Harolda. Z jej wpisu do dziennika brzmiącego „[Shelley] tłumaczy Prometeusza skowanego, a ja piszę”, jasno wynika, że Mary przepisywała tłumaczenie. Rękopis Frankensteina to, przepisany przez Mary z brudnopisu Shelley`a, czystopis, na który autor nanosił potem poprawki, zanim oddał utwór do druku. Ponadto rękopis w Frankenstein Notebooks jest niemal ostateczną wersją powieści, która nie wykazuje żadnych oznak twórczego komponowania. Akapity i strony prozy płyną gładko, bez przerw w pisaniu i z bardzo nielicznymi poprawkami. Nikt nie mógłby od razu napisać prozy w taki sposób, bez przerw czy fałszywych początków, powodujących, że trzeba skreślać i zaczynać od nowa.

Lauritsen uważa, że we Frankensteinie słychać echa poglądów i idei charakterystycznych dla twórczości Shelley`a. Już sam tytuł – „współczesny Prometeusz” kojarzy się z Prometeuszem skowanym Ajschylosa przetłumaczonym przez Shelley`a i z jego dramatem Prometeusz wyzwolony napisanym w latach 1818–1820. Shelley`owi znany był też doskonale wątek faustyczny – świetnie znał język niemiecki, podziwiał literaturę niemiecką, przełożył kilka części Fausta Goethego.

Znajdziemy we Frankensteinie wątki, problemy, odkrycia ówczesnej nauki, którymi Shelley interesował się od najmłodszych lat, co nie przeszkadzało mu pasjonować się jednocześnie alchemią i rozmaitymi kwestiami „ezoteryczno-okultystycznymi”. Czytał (podobnie jak Wiktor Frankenstein) dzieła przedstawicieli „przednowoczesnej” nauki – Paracelsusa, Korneliusza Agryppę, Alberta Wielkiego, podejrzewanego o to, że stworzył „androida”. Był zafascynowany elektrycznością, galwanizmem i ewentualnością reanimacji zwłok; w tym zakresie wpływ na niego wywarł James Lind, jego tutor w Eton College, przeprowadzający eksperymenty z użyciem elektryczności do ożywienia martwych żab.

Jedną z ulubionych lektur Shelley`a było – czytane, rzecz jasna, „na odwrót”– słynne dzieło księdza Augustyna Barruela wydane w Anglii jako Memoirs Illustrating the History of Jacobinism (1798-1799), w którym francuski duchowny demaskował knowania Iluminatów dowodzonych przez Adama Weishaupta. We Frankensteinie  obecne są ślady studiowania Historii jskobinizmu przez Shelley`a. Planował on nawet stworzenie własnego zakonu „oświeconych”, wzorowanego  Iluminatach. Nie przypadkiem Wiktor Frankenstein studiował w Ingolstadt, rodzinnym mieście Weishaupta (profesora prawa na tamtejszym uniwersytecie), który, jak wiadomo, aby zwerbować jak najwięcej członków do swojego tajnego stowarzyszenia, rozpowiadał w ramach pijaru, że jego Iluminaci zinfiltrowali wszystkie domy panujące w Europie i są w stanie manipulować każdym rządem.

Przeciwko autorstwu Mary Shelley jednoznacznie przemawiają wyniki porównania Frankensteina z jej późniejszymi utworami. Zdaniem Lauritsena wszystkie są znacznie gorsze niż jej debiutancka powieść. Różnica w jakości i stylu pomiędzy Frankensteinem a jej późniejszymi utworami jest dostrzegalna gołym okiem. Lauritsen: „Jeśli Mary Shelley była naprawdę autorką Frankensteina, powinniśmy znaleźć w jej innych utworach jakieś dowody talentu z Frankensteina. Tak się nie stało. W żadnym z utworów, które napisała samodzielnie, nie ma nawet śladu ognia i wyobraźni, erudycji, głębi myśli i mistrzostwa w posługiwaniu się językiem, które znajdziemy na każdej stronie Frankensteina”.

Po mozolnym przekopaniu się przez wszystkie listy, wpisy w dziennikach, opowiadania i główne powieści Mary Shelley, Lauritsen doszedł do „smutnego wniosku”, że jej „talenty były skromne”, „umysłowość przeciętna”, „idee konwencjonalne”. Nie miała ani poczucia rytmu ani ani poczucia humoru, jej styl jest sentymentalny, rozwlekły, pretensjonalny, jej proza bezbarwna, niezdarna, afektowana, jej powieści mdłe, nijakie, banalne. Niemożliwe, aby to ona napisała Frankensteina, konkluduje Lauritsen.

Przytoczmy tu opinię polskiego tłumacza Frankensteina Henryka Goldmana wyrażoną w przedmowie: „Oprócz Frankensteina, wydanego w roku 1818, Mary Shelley napisała jeszcze inne powieści. […] Żadna jednak z jej późniejszych powieści nie wytrzymuje porównania z Frankensteinem”. Zdaniem Goldmana, „mało kto domyśliłby się, że autorem Frankensteina była bardzo jeszcze młoda, zaledwie dwudziestoletnia kobieta. Fakt ten jest tym bardziej uderzający, że dzieło jej jest powieścią w pełni dojrzałą i bynajmniej nie powierzchowną”. Zatem Frankenstein, mimo iż miał być debiutem literackim, okazuje się „powieścią w pełni dojrzałą”; „dojrzałą”, ale bez fazy „dojrzewania”, bez artystycznej genealogii.

Najwybitniejsza powieść początkującej pisarki jest jednocześnie „wielką panoramą życia i spraw ludzkich. W swej szerokiej skali książka zawiera nie tylko sensacyjną treść, dramatyczną fabułę i grozę potwornych sytuacji, ale urzeka czarem wspaniałego świata natury, iluzji i marzeń, a przede wszystkim stanowi przyczynek do refleksji i zastanowienia się nad problemem egzystencji i sensu życia”. ( Frankenstein, przeł. H Goldman, Poznań 1958)

Byłby to bez wątpienia niezwykle rzadki przypadek, ba, anomalia, że debiut literacki, którego idea narodziła się w umyśle niespełna dziewiętnastoletniej wówczas dziewczyny to „głęboka powieść filozoficzna” (Maciej Płaza), powieść poetycka, posiadająca warstwę symboliczno-alegoryczną, erudycyjna, z bogactwem literackich aluzji swobodnie wtopionych w tekst, mającą dość złożoną, wieloperspektywiczną strukturą narracyjną: trzech pierwszoosobowych narratorów – Frankensteina, stwora i kapitana Waltona – oraz włączone w narrację listy różnych autorów i adresatów.

Debiutancka, nie poprzedzona żadnymi samodzielnymi doświadczeniami literackimi, nie mająca kontynuacji w postaci kolejnych utworów na tym samym lub choćby zbliżonym poziomie jest zarazem, według określenia wybitnego badacza literatury romantycznej i znawcy twórczości Percy Shelley`a Donalda H. Reimana, „najbardziej znaczącym dziełem literackim epoki romantyzmu” (The most seminal literary work of the Romantic period). Widać tu oczywistą sprzeczność, którą Lauritsen usuwa dokonując wymiany autorów.

Jak można było łatwo przewidzieć, tezy, czy mówiąc ostrożniej, hipotezy Lauritsena nie spotkały się z aprobatą w kręgach sfeminizowanej anglistyki, co wynikało m.in. z tego, że przez kilka dziesięcioleci feministki wynosiły Mary Shelley do rangi geniusza, uznając ją za jedną ze swoich bohaterek w zdominowanym przez mężczyzn kanonie literackim, zwłaszcza, że zachodziła biograficzna sukcesja – jej matka Mary Wollstonecraft była pisarką i pionierką myśli feministycznej, autorką książki Wołanie o prawa kobiet.

Lauritsen uważa, że gdyby na siłę szukać kobiecej autorki Frankensteina , to lepszą kandydatką niż Mary Shelley byłaby jej przyrodnia siostra Claire Clairmont (za jej kandydaturą opowiada się Kasper Bajon) – inteligentniejsza, obdarzona większą wyobraźnią i talentem literackim, wykazująca zainteresowanie problematyką i ideami zawartymi we Frankensteinie, blisko zaprzyjaźniona z Shelley`em. Jednakże nie jest ona w stanie poważnie zagrozić jego kandydaturze, Frankenstein wpisuje się bowiem idealnie w pisarską i intelektualno-ideowo-polityczną biografię Sheelley`a, w jego duchowy profil i język; powieść daje się bez problemów włączyć w całość jego twórczości. Odczytywanie powieści przez feministyczną anglistykę w „duchu kobiecym”, wynikające z założenia, że autorką jest kobieta, powoduje, że szuka się na siłę wątków „kobiecych”, wczytując w tekst coś, czego w nim nie ma. Prowadzi to błędnych, niekiedy wręcz absurdalnych interpretacji. Na przykład Anne K. Mellor w pracy Mary Shelley: Her Life, Her Fiction, Her Monsters (1988) – stwierdziła: „Frankenstein to książka o tym, co się dzieje, kiedy mężczyzna chce mieć dziecko bez kobiety”. Pojawiła się też interpretacja, że to, co przeżywa Wiktor Frankenstein po powołaniu stwora do życia jest analogiczne do przeżyć kobiety w depresji poporodowej. Percy Shelley takiej depresji przeżywać nie mógł, więc, co oczywiste, nie wchodzi w rachubę jako autor Frankensteina.

W krytycznej recenzji z książki Lauritsena ogłoszonej na łamach „The Guardian” anglistka Germaine Greer (ta od Kobiecego eunucha) powtarza błędne feministyczne interpretacje: macierzyństwo, martwe lub poronione dzieci, męska zazdrość o kobiecą prokreację. Greer wywodzi, że „Frankenstein jest bardziej matką, która urodziła potworkowate dziecko niż kreatorem niby-ludzkiej istoty”. Według niej u podłoża Frankensteina leży „niewypowiedziany strach kobiety, strach, że urodzi potworka; nie chodzi tylko o zdeformowane dziecko, ale o to, że nawet potworny masowy czy seryjny morderca, najbardziej sadystyczny pedofil ma matkę, która nie może się go wyprzeć”. W oczach Greer Frankenstein to kobieca powieść gotycka, a tym, kto przędzie wątki tej historii, jest kobieta.

   Za feministkami bezkrytycznie powtarza te fantazje Maciej Płaza:

Co więcej, można też chyba, jak chcą niektóre krytyczki, odczytać na modłę kobiecą sam główny wątek, czyli Wiktorowy akt stworzenia. Pamiętajmy, że pisząc Frankensteina, młodziutka Mary Shelley miała już są sobą dwie ciąże i jedną śmierć dziecka. Odpychający w swej lepkiej zmysłowości opis klajstrowania obu stworów, odraza i wstrząs, jakiego doznaje Wiktor po ożywieniu „ohydnego potomka”, poczucie winy, z jakim pozbywa się krwawych strzępów jego nieukończonej partnerki — czy to wszystko nie kojarzy się niepokojąco z ciążą, udręką porodu, lękiem przed odpowiedzialnością za dziecko, z traumą poronienia czy śmierci noworodka?

Na szczęście, krytyk sztuki, kulturoznawca Camille Paglia, w Polsce znana z książki Seksualne persony. Sztuka i dekadencja od Neferetiti do Emily Dickinson, niekonwencjonalna postfeministka, zaprezentowała diametralnie odmienną ocenę książki Lauritsena niż Greer. Jej zdaniem „Lauritsen przedstawił niezbite dowody na to, że Mary Shelley nie stworzyła Frankensteina”; napisał „zabawną, fantastyczną, odkrywczą książkę”, która, „pokazuje jak nudne stały się badania literackie w ostatnich czterdziestu latach”, i która, ma nadzieję Paglia, zainspiruje ambitnych studentów i młodych naukowców  do zadawania ciosów w walce o prawdę w naszym zabagnionym cechu, sparaliżowanym przez konwencje i lęk”. Swoją książką Lauritsen uzmysłowił nam, „czym jest autentyczna transgresja i bunt” w czasie, kiedy „gów…ny (crappy) poststrukturalizm od tak dawna wylewający się z uniwersytetów, udaje, że rzuca wyzwanie władzy, ale w rzeczywistości jest oportunistyczną ortodoksją nowego establishmentu zainteresowanego wyłącznie utrzymaniem własnego statusu”. Innymi słowy, Lauritsen pozostał wierny postawie wiecznego kontestatora. Two cheers for John!

Nie powinniśmy jednak akceptować wszystkiego, co nam serwuje, odrobina krytyki nie zawadzi. Lauritsen ma rację twierdząc, że Frankenstein jest nie tylko dziełem mężczyzny, lecz również powieścią przede wszystkim o mężczyznach (postaci kobiece odgrywają rolę drugoplanową), narratorami i głównymi bohaterami są mężczyźni, stale przewija się w niej motyw męskiej przyjaźni, dającej się ewentualnie interpretować jako, opisane przez amerykańską teoretyczkę Eve Sedgwick w książce Between Men (1985), „męskie pożądanie homospołeczne” (nie homoseksualne), czyli „oczywiste pragnienie facetów do bycia z innymi facetami”. Jednakże Lauritsenowi to nie wystarcza i na siłę, z uporem godnym lepszej sprawy, szuka we Frankensteinie wątków „gejowskich” („gejowskiego” podtekstu) stając się w ten sposób dokładnym odpowiednikiem, tak ostro przezeń krytykowanych, feministek, które za wszelką cenę – to znaczy za cenę karkołomnych (dez)interpretacji – starają się wykryć w powieści wątki „kobiece”. No, cóż nikt nie jest bez wad, nawet tak inteligentny, dociekliwy i buntowniczy „paleogej” czy też gejowski „konserwatywny rewolucjonista” jak John Lauritsen (R.I.P)

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 186 (6/2025)
Cały artykuł O GEJOWSKIM KONTESTATORZE JOHNIE LAURITSENIE I JEGO TEORII NA TEMAT PRAWDZIWEGO AUTORA FRANKENSTEINA

https://www.tomaszgabis.pl/2026/04/16/o-gejowskim-kontestatorze-johnie-lauritsenie-i-jego-teorii-na-temat-prawdziwego-autora-frankensteina/