środa, 4 maja 2016

Pochwała postu


  W swych przepisach dotyczących postów święty Benedykt zalecał, by mnisi odmawiali „swojemu ciału trochę z jedze­nia, picia, snu, rozmów czy żartów". Każdy z braci miał otrzy­mać „jedną książkę, którą powinien przeczytać od pierwszej do ostatniej strony w całości" [W przytoczonym przez autora niemieckim tekście Reguły mowa konkretnie o Piśmie Świętym. Por. tekst oryginału łacińskiego In quibus diebus quadragesimae accipiant omnes singulos codiccs de bibliotheca, quosper ordinem ex integro legant (przyp tłum)]. „W tych świętych dniach" można ponadto - jak zauważa autor Reguły - naprawić „wszelkie zanie­dbania innych okresów".

  Benedykt nie wynalazł postu. Przez czterdzieści dni i nocy pościł na górze Synaj Mojżesz, zanim mógł otrzymać od Boga tablice z Jego Prawem. Wielki biblijny prorok Jonasz zdołał odwrócić od miasta Niniwy grożący mu Boży gniew dzięki temu, że skłonił jego mieszkańców - „od największego do najmniej­szego" do podjęcia postu. Eliasz i Jezus umacniali się z kolei przed rozpoczęciem swej misji, podejmując czterdziestodniowy post na pustyni. Post i modlitwa są ze sobą w sposób naturalny powiązane i jako środki zewnętrznego i wewnętrznego oczysz­czenia zaliczają się do najstarszych, występujących we wszyst­kich kulturach rytuałów ludzkości.

  Wyrzekanie się czegoś nie prowadzi w oczach mnichów do osłabienia, lecz, będąc oczyszczającym lekarstwem dla ciała i duszy, stanowi optymalny sposób na wzmocnienie się. „Niech post umocni wszystko to - śpiewają benedyktyni w swych wiel­kopostnych hymnach - co słabe jest, niech skruszy zło." Mniej znaczy w tym przypadku więcej nie tylko w odniesieniu do samopoczucia fizycznego, lecz także siły duchowej, nadziei, odwagi i nowej jasności umysłu. W ramach czterdziestodnio­wej drogi wielkopostnej liturgia, oprócz towarzyszenia w zgłę­bianiu duchowych tajemnic, proponuje z tego względu bar­dzo praktyczne narzędzia ćwiczeń. Rodzajem „sygnału startu" do marszu ku odnowieniu swego życia jest czyniony popiołem na czole znak krzyża, zaś jego końcowy rezultat stanowi nie mniejsza liczba na wyświetlaczu wagi, lecz zdolność do usły­szenia radosnego głosu, ogłaszającego dobrą nowinę paschalną. Marsz ten również z perspektywy liczby spożywanych kalo­rii i stanu naszego organizmu prowadzi nas poprzez mękę do zmartwychwstania. Po jego ukończeniu stajemy się - jak to się mówi - „zupełnie nowym człowiekiem".

  -  Gdy skończysz - entuzjazmował się jeden z mnichów, który opowiadał mi o związanych z postem doświadczeniach -staniesz się o wiele bardziej zdecydowany. Będziesz w stanie od razu lepiej wszystko sobie poukładać i radzić sobie z różnymi problemami. Nowa lekkość, którą poczujesz, przepędzi ci tro­ski z głowy, a dzięki odzyskaniu zdolności koncentracji nabie­rzesz większej stanowczości i optymizmu. Ponieważ oczyścisz się dzięki podjęciu pewnego trudu i wyrzeczenia, będziesz oka­zywał innym większą wyrozumiałość. A poza tym poczujesz większy spokój, bo staniesz się silniejszy. Będziesz znów gotowy na gesty dobrej woli wobec innych.

  Młody mężczyzna, z którym rozmawiałem, brat Philipp, nie był bynajmniej przedstawicielem wagi lekkiej. Swój zachwyt nad ćwiczeniami postnymi wyraził mniej więcej w następujący sposób:

 -  Coś w tobie uległo oczyszczeniu. Z twego ciała i twego zaśmieconego umysłu odpompowane zostały zalegające tam pokłady mułu. Widzisz rzeczy, których wcześniej nie dostrze­gałeś. To tak, jakbyś przenikał wzrokiem ściany. To, co przed­tem wydawało ci się rozmyte i zagmatwane, staje się teraz jasne i proste. Okazuje się, że ze wszystkim możesz dać sobie radę. Ta czystość daje ci odczucie lekkości. Rodzi się w tobie ogromny optymizm, który promieniuje na zewnątrz. Jestem przekonany, że jest on źródłem takiego blasku, że zaczyna przyciągać innych niczym światło żarówki owady. Ta lekkość to nie urojenie. Jest się rzeczywiście lżejszym.

  Po tych słowach brat, którego głowa była ogolona na łyso i który już dużo wcześniej zwrócił na siebie moją uwagę za sprawą swego bardzo pewnego chodu, zrobił krótką przerwę. Następnie zadał pytanie, które przypominało zagadki ojca Johna:

  - Dlaczego anioły potrafią latać? Nie odważyłem się próbo­wać na nie odpowiedzieć. - To proste - zaśmiał się brat Phi­lipp - jest tak nie tylko dlatego, że są takie lekkie, lecz również i przede wszystkim dlatego, że nie obciążają się niepotrzebnymi troskami.

  W swej książce Głodówka zdrowotna lekarz Hellmut Lützner porównuje post do fazy spoczynku w codziennym rytmie. Na „czuwa­nie, pracę, przyjmowanie pożywienia, kontakt ze światem zewnętrz­nym oraz wszelkiego typu akcje i reakcje" człowiek potrzebuje od dwunastu do czternastu godzin na dobę. Pozostaje mu od dziesięciu do dwunastu godzin - głównie w nocy - które „wykorzystuje na przemianę materii: redukcję zapasów, przebudowę tkanek i odbu­dowę organizmu. Potrzebną do tego energię ciało czerpie ze swoich wewnętrznych zapasów" W okresie postu zachodzi dokładnie to samo, co w czasie normalnej „nocnej głodówki" - nasz organizm „zajmuje się wyłącznie sobą - śpi i odpoczywa. Spokój, poczucie bezpieczeństwa i ciepło pozwalają mu w tym czasie żyć samym sobą".

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

wtorek, 3 maja 2016

Hiri-ottappa Wstyd i obawa przed błędnym działaniem


Choćby ludzie byli nie wiem jak źli, nie ośmieliliby się głosić wrogami cnoty; to też kiedy ją chcą prześladować, udają, że uważają ją za fałszywą lub też pomawiają ją o zbrodnie.
La Rochefoucauld

Trafne spostrzeżenie, ludzie nawet najgorsi, nie lubią się przyznawać do tego, że są złymi ludźmi i usiłują znaleźć rozmaite wytłumaczenia dla swoich niemoralnych działań, by wyglądały one na dobre, albo przynajmniej by zostały w jakiś sposób usprawiedliwione. Ale są też ludzie, którzy nie podejmują pewnych działań, dokładnie z tego powodu, że uważają je za niemoralne. Co ich powstrzymuje? Hiri-ottappa, wstyd i obawa przed błędnym działaniem. 

„Mnisi, te dwie jasne zasady strzegą świata. Jakie dwie? Wstyd i obawa przed błędnym działaniem. Jeżeliby, mnisi, te dwie jasne zasady nie strzegły świata, nie dałoby się dostrzec szacunku dla matki czy ciotecznej matki, czy żony wuja, czy żony nauczyciela, czy żon innych honorowanych osób, i świat popadłby w promiskuizm, tak jak to jest u kóz, owiec, kurczaków, świń, psów i szakali. Ale ponieważ te dwie jasne zasady strzegą świat, da się dostrzec szacunek dla matki czy ciotecznej matki, czy żony wuja, czy żony nauczyciela, czy żon innych honorowanych osób”. Itv 42

Widzimy zatem, że wstyd i obawa przed błędnym działaniem mają korzystny wpływ na harmonijne relacje międzyludzkie. Nie jest to jednak główna przyczyna dla której powinniśmy u siebie rozwijać te cechy. Sprzyjają one utrzymaniu wysokich moralnych standardów, a te przede wszystkim pozwalają nam uniknąć bólu, który nieuchronnie spotyka łamiących pięć wskazań. Co więcej, wpływają oczyszczająco na umysł usuwając jego skalania i ułatwiając praktykę koncentracji.

Wstyd i obawa przed błędnym działaniem, zapobiegają temu, byśmy zostali rozpoznani jako głupcy oraz uniknęli problemów z jakimi głupiec spotyka się tutaj i teraz:

Mnisi, są trzy charakterystyki głupca, atrybuty głupca. Jakie trzy? Tu głupiec jest tym który myśli złe myśli, mówi złe słowa i czyni złe działania. Gdyby głupiec nie był taki, jak mądry człowiek poznałby go w ten sposób: „Ta osoba jest głupcem, nieprawdziwym człowiekiem”? Ale ponieważ głupiec jest tym który myśli złe myśli, mówi złe słowa i czyni złe działania, mądry człowiek wie o nim w ten sposób: „Ta osoba jest głupcem, nieprawdziwym człowiekiem”.

Głupiec odczuwa ból i smutek tutaj i teraz na trzy sposoby. Jeżeli głupiec siedzi w zgromadzeniu, czy idzie ulicą czy skwerem i ludzie dyskutują pewne stosowne i mające znaczenie sprawy, wtedy jeżeli głupiec jest tym, który zabija żywe istoty, zabiera to co nie dane, błędnie prowadzi się co do zmysłowych przyjemności i zadowala winem, likierami i środkami oszałamiającymi, które są podstawą zaniedbania, myśli on: „Ci ludzie dyskutują pewne stosowne i mające znaczenie sprawy, te rzeczy są do znalezienia u mnie i jestem widziany jako angażujący się w te rzeczy”. To jest pierwszy rodzaj bólu i smutku który głupiec odczuwa tutaj i teraz.

I znów, kiedy winny bandyta jest złapany, głupiec widzi wiele rodzajów tortur stosowanych na nim przez króli: po wychłostaniu go biczami, pobiciu laskami, pobiciu pałkami, odcinają mu ręce, odcinają mu stopy, odcinają mu ręce i stopy, odcinają mu uszy, odcinają mu nos, odcinają mu uszy i nos, stosują na nim 'naczynie na kaszę', 'wypolerowana muszlę', 'usta Rahu', 'ognisty gniew', 'płonące ręce', 'źdźbła trawy'. 'ubranie z kory', 'antylopę', 'mięsne haki', 'monety', 'kręcącą się szpilę', 'toczący się materac' i chlapią go wrzącym olejem i rzucają go psom na pożarcie, lub nabijają żywcem na pal i odcinają głowę mieczem. Wtedy głupiec myśli w ten sposób: „Z uwagi na takie złe działania kiedy winny bandyta jest złapany, królowie stosują na nim wiele rodzajów tortur: po wychłostaniu go biczami, pobiciu laskami, pobiciu pałkami, odcinają mu ręce, odcinają mu stopy, odcinają mu ręce i stopy, odcinają mu uszy, odcinają mu nos, odcinają mu uszy i nos, stosują na nim 'naczynie na kaszę', 'wypolerowana muszlę', 'usta Rahu', 'ognisty gniew', 'płonące ręce', 'źdźbła trawy'. 'ubranie z kory', 'antylopę', 'mięsne haki', 'monety', 'kręcącą się szpilę', 'toczący się materac' i chlapią go wrzącym olejem i rzucają go psom na pożarcie, lub nabijają żywcem na pal i odcinają głowę mieczem. Te rzeczy są do odnalezienia u mnie i jestem widziany jako angażujący się w te rzeczy”. To jest drugi rodzaj bólu i smutku który głupiec odczuwa tutaj i teraz.

I znów, kiedy głupiec siedzi na swym krześle czy łóżku, czy odpoczywa na ziemi, wtedy złe działania które wykonał w przeszłości – jego cielesne, werbalne i mentalne błędne zachowania – przykrywają go, rozchodzą się po nim i obejmują go. Tak jak cień wielkiej góry wieczorem przykrywa, rozchodzi się i obejmuje ziemię, tak też kiedy głupiec siedzi na swym krześle czy łóżku, czy odpoczywa na ziemi, wtedy złe działania które wykonał w przeszłości – jego cielesne, werbalne i mentalne błędne zachowania – przykrywają go, rozchodzą się po nim i obejmują go. Wtedy głupiec myśli: „Nie robiłem tego co dobre, nie robiłem tego co korzystne, nie uczyniłem sobie schronienia od niepokoju. Robiłem to co złe, robiłem to co okrutne, robiłem to co niegodziwe. Kiedy umrę, pójdę do destynacji tych którzy nie robili tego co dobre, nie robili tego co korzystne, którzy nie uczynili sobie schronienia od niepokoju. Robili to co złe, robili to co okrutne, robili to co niegodziwe". Żali się, smuci i lamentuje, płacze bijąc się w piersi i staje się zaniepokojony. To są trzy rodzaje bólu i smutku które głupiec odczuwa tutaj i teraz. M 129

W odróżnieniu od głupca, inteligentny człowiek, przy podejmowaniu decyzji bierze także pod uwagę swe własne sumienie i nie chce się narażać na dyskomfort wyrzutów sumienia.

„Mnisi są dwie rzeczy powodujące wyrzuty sumienia. Jakie dwie? Tu ktoś nie uczynił tego co dobre, nie uczynił tego co korzystne, nie uczynił tego co pożyteczne, ale wykonał złe, okrutne, niesprawiedliwe czyny. Ma wyrzuty sumienia gdy myśli: 'Nie uczyniłem tego co dobre', ma wyrzuty sumienia gdy myśli: 'Uczyniłem zło'. Te, mnisi, są dwie rzeczy powodujące wyrzuty sumienia”. Itv 30

Nie jest to bynajmniej jakaś specyficznie buddyjska postawa i dotyczy raczej każdego inteligentnego człowieka: Jeszcze ciągle bardziej boję się własnego sumienia niż świata. Marai 

Jeżeli twoje czyny są szlachetne, niech wiedzą o nich wszyscy; jeżeli podłe, to cóż z tego, że nikt o nich nie wie, skoro wiesz ty sam? Żal mi cię, jeśli lekceważysz takiego świadka! Seneka

Jednak praktykujący Naukę Buddy znajduje się w odmiennym położeniu niż starający się postępować etycznie ateista. Dochodzi u niego bowiem czynnik obawy przed zejściem do niższych światów, takich jak piekła, świat zwierząt czy królestwo duchów. Innymi słowy, praktykujący Dhammę ma znacznie więcej powodów by wypracować i rozwinąć u siebie wstyd i obawę przed błędnym działaniem niż inni ludzie. Nawet chrześcijanin może liczyć na łaskę i wybaczenie Boga, podczas gdy zgodnie z Dhammą, nie ma ucieczki przed bólem, który zadaliśmy innym czującym istotom.

Pewnego razu Zrealizowany przebywał w pobliżu Savatthi w Gaju Jeta w parku Anathapindiki. Przy tej okazji liczni chłopcy męczyli ryby w stawie. Wtedy Zrealizowany po ubraniu szaty i zabraniu miski i płaszcza, udał się do Savatthi na żebraczy obchód i wtedy zobaczył tych chłopców pomiędzy Savathi i Gajem Jeta męczących ryby. Widząc to podszedł do nich i powiedział: „Chłopcy, czy boicie się bólu? Czy nie lubicie bólu?” „Tak, czcigodny panie, boimy się bólu. Nie lubimy bólu”. Wtedy, rozumiejąc tego znaczenie, Zrealizowany wygłosił przy tej okazji taką wypowiedź:

Jeżeli boisz się bólu, jeżeli obawiasz się bólu,
Nie podejmuj się złych działań otwarcie czy ukrycie.
Jeżeli podjąłeś się złych działań, czy robisz je teraz,
Nie unikniesz bólu, choćbyś próbował uciec. U5:4

Ale sprawa z wstydem i obawą przed błędnym działaniem nie jest tak prosta i obejmuje też inne aspekty, niż powyższy przykład. Znęcanie się nad czującymi istotami może być odrzucone choćby dzięki empatii. Są jednak działania przed którymi nie powstrzymuje nas ani empatia ani też wzorce kulturowe; to działania które w danej społeczności są tolerowane i uważane za normalne, a których jednak zgodnie z Dhammą nie powinniśmy podejmować, wstydząc się przed ariya którzy powstrzymują się od takich działań i obawiając się przyszłych rezultatów tych działań. Klasycznym przykładem takiego działania jest picie alkoholu. Wypicie dwóch piw wieczorem jest uważane u nas za coś całkiem normalnego, podczas gdy zgodnie z Nauką Buddy powinniśmy się wstydzić i obawiać takiego działania, gdyż jest to oczywiste łamanie pięciu wskazań. Budda określa sprawę dość prosto i jednoznacznie:

Picie alkoholu gdy utrzymywane przy istnieniu i praktykowane, prowadzi do odrodzin w piekle, świecie zwierząt lub świecie duchów. Najłagodniejszy rezultat wynikający z picia alkoholu, jest taki, że gdy pojawia się jako człowiek, wiedzie to do szaleństwa. AN 8.40

Jak widzimy jest się czego obawiać. Może powstać pytanie czy takie straszenie piekłem nie prowadzi do nerwicy eklezjogennej? Bez wątpienia u głupców którzy nie przestrzegają jako świeccy pięciu wskazań a jako mnisi wskazań mnicha, może wystąpić taka nerwica. Ale i tak ci głupcy są w znacznie lepszej sytuacji od głupców którzy ani nie boją się łamać wskazań ani też nie przeżywają z tego powodu większych rozterek duchowych. Człowiek w samsarze idzie wąską ścieżką na skraju przepaści i jeden nierozważny krok może spowodować jego upadek. Jeżeli naprawdę boimy się piekła, to jest szansa, że zaczniemy zachowywać się odpowiednio. Problem z głupcami niestety jest taki, że nie mają wstydu i obawy przed błędnym działaniem i zaczynają się bać gdy jest już za późno. Jeżeli ktoś chciałby wyrobić u siebie nerwicę eklezjogenną, która powstrzyma go od błędnego działania polecam lekturę dwóch sutr M129 i M 130, kończąc obserwacją Nanamoli Bhikkhu: We wszystkich piekłach jakie wszystkie religie opisały, jednakowość i brak oryginalności jest rzeczą najbardziej uderzającą.

Aborcja - Zdjęcia zamordowanych dzieci









Za →

Tuwim? Ten wierszokleta?

No a jak się układają pana stosunki z literaturą polską? Wspomniał pan, że dosyć wcześnie przeczytał pan Tuwima, a nawet to i owo podobało się w nim panu. Istotnie był on dla pana jakimś wzorem czy przynajmniej punktem odniesienia?

Janusz Szpotański

Tuwim? Ten wierszokleta? Coś pan! To znaczy, owszem, ta Tuwimowska kataryna niewątpliwie jakoś tam na mnie działała, ostatecznie piórem to on władał i klecił te wierszydła całkiem zręcznie, ale przecież pod tą brawurową nawet niekiedy powłoką nic się nie kryło! O, ja tego gagatka od razu przejrzałem! Natychmiast dostrzegłem, że pod tą górą piany misternie powiązanych słów nie kryje się absolutnie nic. Uważa pan, że on miał coś ciekawego do powiedzenia? A jeśli chodzi o wyrażanie nastrojów, to też nie był w tym najmocniejszy. W każdym razie mnie ta jego nastrojowość zupełnie nie brała. Pod tym względem to brał mnie już, przynajmniej niekiedy, Gałczyński. Ten ma na swym koncie kilka całkiem sugestywnych wierszy, choć treściowo też niespecjalnie głębokich, wręcz miałkich. No, ale to się już wtedy nie liczy. Natomiast polski poeta, który rzeczywiście na mnie działał, a nawet więcej, który mnie fascynował, to był Leśmian. O, to jest pisarz wielkiego formatu! Ale niech pan zwróci uwagę, w Polsce nie traktuje się go jako gwiazdy pierwszej wielkości, za tytanów uważa się zupełnie innych autorów.

Pessoa: negowanie istnienia Boga jako kretynizm

Nigdy nie rozumiałem, jak ktoś, kto wziął pod uwagę ten doniosły fakt uniwersalnego mechanizmu zegarka, może negować istnienie zegarmistrza, którego nie kwestionował nawet Voltaire. Rozumiem, że zważywszy na pewne fakty pozornie niezgodne z planem (a trzeba znać plan, aby stwierdzić, że są z nim niezgodne), przypisuje się tej wyższej inteligencji pewien element niedoskonałości. Rozumiem to, chociaż tego nie akceptuję. Rozumiem nawet to, że ktoś, biorąc pod uwagę zło, jakie jest na świecie, nie może zaakceptować idei nieskończonej dobroci tej twórczej inteligencji. Rozumiem to, chociaż tego też nie akceptuję. Jednak negowanie istnienia tej inteligencji czy też Boga wydaje mi się jednym z tych kretynizmów, tak często dotykających, na pewnym poziomie inteligencji, ludzi, którzy na wszystkich innych jej poziomach mogą być nadzwyczaj błyskotliwi; jak ci, którzy mylą się zawsze w dodawaniu, lub – jeśli skupimy się na inteligencji wrażliwości – ci, którzy nie czują muzyki, malarstwa czy poezji.

Jak powiedziałem, nie akceptuję ani pojęcia zegarmistrza niedoskonałego, ani zegarmistrza nieprzychylnego. Nie akceptuję pojęcia zegarmistrza niedoskonałego, ponieważ te szczegóły rządzenia światem, które wydają się nam mylne lub nieuzasadnione, nie mogą być jako takie postrzegane, jeżeli nie znamy planu. Dostrzegamy wyraźnie plan we wszystkim i dostrzegamy też pewne rzeczy, które wydają się nam pozbawione przyczyny, ale trzeba zauważyć, że jeśli wszystko ma przyczynę, to one również muszą ją mieć. Widzimy przyczynę, ale nie widzimy planu, jak więc możemy mówić, że pewne rzeczy nie należą do planu, którego nie znamy? Tak jak poeta znany z precyzyjnej rytmiki wiersza może wtrącić arytmiczny wers w celach rytmicznych, to znaczy, aby osiągnąć właśnie ten cel, od którego zdaje się oddalać, a krytyk purysta z najbardziej konserwatywnej szkoły nazwie ten wers nieudanym ze względu na rytm, tak samo Stwórca może wtrącić coś, co nasz ograniczony umysł uzna za arytmię w majestatycznym ciągu metafizycznego rytmu.

Nie akceptuję też, jak powiedziałem, pojęcia zegarmistrza nieprzychylnego. Zgadzam się, że to trudniej uzasadnić, jednak jest tak tylko z pozoru. Możemy powiedzieć, że nie wiemy dokładnie, czym jest zło, więc nie sposób stwierdzić, czy coś jest złe, czy dobre. Jednak pewne jest, że ból, nawet jeśli w istocie jego celem jest nasze dobro, sam w sobie jest złem, i to wystarczy, aby stwierdzić, że na świecie istnieje zło. Wystarczy ból zębów, aby podać w wątpliwość dobroć Stwórcy. Otóż podstawowy błąd tego argumentu wydaje się mieścić w naszej całkowitej nieznajomości boskiego planu oraz w identycznej nieznajomości tego, co jest być może – w postaci inteligentnej osoby – Intelektualną Nieskończonością. Jedną sprawą jest istnienie zła, a drugą przyczyna jego istnienia. Rozróżnienie jest być może tak subtelne, że robi wrażenie sofistyki, jednak z pewnością jest zasadne. Nie można zanegować istnienia zła, ale można nie zgadzać się z tym, że istnienie zła jest złem. Przyznaję, że problem nie znika – jednak dzieje się tak tylko dlatego, że nie znika nasza niedoskonałość.

Księga niepokoju
tłumaczenie: Michał Lipszyc

***
Trzeba tylko dodać, że w Nauce Buddy, afirmowanie Boga, jako jakiegoś nadrzędnego bytu, także jest błędne, z prostego powodu: wszelki Byt jest ograniczeniem w czasie i przestrzeni. A takie ograniczenie jest zniewoleniem na uwolnienie się z którego cała buddyjska praktyka jest nakierowana. Co więcej, błędne jest również afirmowanie "zewnętrznego świata". Zewnętrzny świat? Ale w stosunku do czego jest on zewnętrzny, skoro ciało bez wątpienia znajdujące się w świece, samo w sobie jest tylko obiektem świadomości. 

Odwaga dotykania spraw mrocznych i odchłannych

Kwestia pierwsza jest natury etycznej. Chodzi mi o odwagę. Ale nie polityczną, publicystyczną, cywilną, lecz znacznie donioślejszą, a przy tym mniej docenianą – o odwagę umysłu, odwagę egzystencjalną. Rzecz w tym, że Herling-Grudziński podejmuje tematy najboleśniejsze z możliwych. Zajmuje się ludzką nędzą, rozpaczą, poniżeniem. Opisuje i bada różne rodzaje cierpienia, z torturą ciała na czele. Wnika w kondycję zwątpienia, zagląda w otchłań nicości. Tego rodzaju wybór nie jest wyborem zwykłym, ani tym bardziej łatwym. Sprawa sprawie nierówna. Czym innym jest roztrząsanie i wyrażanie piękna czy choćby udręki miłosnej, a czym innym – nieszczęścia, a zwłaszcza upadku i zła. Myślenie o tych problemach, opisywanie nędzy, zwłaszcza przemocy i gwałtu, niewinnie przelanej krwi, kosztuje, i to słono; jest rzeczą wręcz ryzykowną. Podobnie jak refleksja wokół zagadki kosmosu; na temat pierwszej przyczyny, sensu i przeznaczenia. Wyprawy w te rejony są rzeczą niebezpieczną, można z nich nie powrócić. Grożą apatią, obłędem, wpadnięciem w „czarną dziurę” nieodwołalnej negacji. A w każdym razie – smutkiem i rozjątrzaniem rany.


Do tego dochodzi jeszcze sprawa recepcji dzieła. Człowiek z natury rzeczy nie lubi, gdy mu się mówi o rzeczach nieprzyjemnych: o śmierci, okrucieństwie, o marności istnienia. Unika tych tematów. Woli o tym nie słuchać. Zwłaszcza człowiek współczesny – naszej schyłkowej epoki. Otumaniony hasłami i fetyszami postępu, wdrażany niemal codziennie w filozofię konsumpcji i samozadowolenia, z drugiej zaś strony, bez przerwy – dzięki środkom przekazu – stawiany twarzą w twarz z krwawym bestialstwem świata (rzezie, masakry, głód, katastrofy, choroby) – otóż ów człowiek współczesny, gdy w nieustannej gonitwie i wirze interesów ma już, od święta, poczytać, wziąć jakąś książkę do ręki, bardzo wtedy uważa, co mu się oferuje, to znaczy, czy aby autor nie będzie mu truł głowy, nie zadręczał czymś mrocznym, słowem, nie psuł humoru.

Dlatego też taki pisarz jak autor Don Ildebrando, niezależnie od tego, iż pisząc, swoiście się rani, musi również się liczyć z niepewnym rezonansem, a nawet – z chłodnym przyjęciem. W każdym razie nie będzie gwiazdą masowych nakładów, autorem bestsellerów, pisarzem modnym i wziętym. 

 A zatem jest to artysta dwojako heroiczny. „Wewnętrznie” i „zewnętrznie”. „Wewnętrznie” jako duch – ryzykujący sobą, wystawiający siebie na niebezpieczne próby. „Zewnętrznie” zaś jako twórca rezygnujący z poklasku, nie liczący się z rynkiem, gotów na niedocenienie.

Wszystkie te konstatacje przychodziły mi na myśl, a raczej powracały (zrodzone już lata temu), podczas lektury tekstu Szczyt lata. Opowieść rzymska. Jest to wspaniała nowela, w której wspomniany rys – odwaga dotykania spraw mrocznych i odchłannych – objawia się w czystej postaci.

Autor zaczyna rzecz od dziwnej informacji: w dniu 15 sierpnia, uważanym powszechnie za apogeum lata, święconym naprzód przez Rzymian, a później przez katolików, dochodzi do zagadkowej erupcji samozniszczenia. Statystyki wskazują na większą liczbę samobójstw popełnianych tej doby. Następnie podaje przykład: ów dzień dwa lata temu, w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym. W Rzymie aż dziewięć osób targnęło się na swe życie.

Zaczyna się żmudny opis – streszczenie raportu kwestury. Przypadek po przypadku. Dokładnie, z detalami. Zupełnie jak narracja kroniki policyjnej. Ciała denatów, sposoby zadania sobie śmierci. Makabryczne szczegóły. Cała ta trupia epika. Obmierzła, odstręczająca.

Następnie pisarz przechodzi do przedstawienia analiz Komisji Psychologów powołanej przez państwo dla wyjaśnienia zjawiska. I znowu, po raz wtóry, idziemy krok po kroku, przez kolejne przypadki. Tym razem wchodzimy w głąb duszy: poznajemy pokrótce życiorysy denatów, z nieśmiałym wskazaniem przyczyn samobójczego aktu. Jest to – można powiedzieć – kolejna droga krzyżowa. Albowiem historie tych ludzi są niewymownie smutne, by nie powiedzieć: tragiczne.

Lecz wyjaśnienia Komisji, jakkolwiek pieczołowite, nie satysfakcjonują dociekliwego umysłu narratora noweli. Nie dostarczają mu bowiem nijakiej odpowiedzi na zasadnicze pytanie: dlaczego właśnie w tym dniu, dlaczego właśnie tej nocy – bardziej niż kiedy indziej – ludzie się decydują na desperacki krok. I tu zaczyna się puenta „rzymskiego opowiadania” – zaskakująca, „mistyczna”, głęboko poruszająca.

Jeżeli nie można czegoś wyjaśnić obiektywnie – zdaje się mówić narrator – trzeba sięgnąć w głąb siebie i zbadać rzecz od środka. I pisarz przywołuje pewne wspomnienie z przeszłości, jak spędzając ów dzień w jakimś hotelu w Rzymie doświadczył dojmującej pokusy samozagłady. Z właściwą sobie precyzją zdaje z tego relację:

Straszliwy upał, pustka, mokre od potu posłanie i jakby wsysająca ciemna studnia podwórka. Znużenie, zniechęcenie, narastające szaleństwo. I wreszcie, w środku nocy, paroksyzm oszołomienia. Narrator wybiega z hotelu i włóczy się po mieście szukając „deski ratunku”. Dociera w końcu nad Tybr i w porzuconej przez kogoś, starej, dziurawej łódce – kładzie się niczym w trumnie lub – tratwie ocalenia? I rozpościera się nad nim „niemy wszechświat” Pascala. Rodzaj wizji, olśnienia, krótkiej iluminacji.

„Od piekła albo nieba” – odzywa się słynny cytat – „odgradza nas tylko życie, rzecz najkruchsza na świecie”.

Fenomenalny finał i fantastyczny łuk! Od skrajnie racjonalnej, zgoła bezdusznej relacji policyjnej kroniki po wzniosłą epifanię sytuacji granicznej. Od horroru materii samobójczego zejścia po horror metafizyczny, horror pustki wszechświata.


Oto pierwszy klasyczny idiom autora Ex Voto.

Antoni Libera; O "Don Ildebrando" Herlinga-Grudzińskiego
czytaj całość →

poniedziałek, 2 maja 2016

Dmowski o tym kto jest Polakiem

Inteligencya tedy żydowska na ziemiach polskich przedstawia się bardzo niejednolicie [8]. W Kraju Zabranym są to żydzi rosyjscy; w zaborze pruskim - żydzi niemieccy; w Galicyi - polscy i w części niemieccy; w Królestwie wreszcie - polscy w mniejszym lub większym stopniu. Stanowisko nasze wobec każdej z tych odmian musi być inne; Nas tu przedewszystkiem obchodzą żydzi polscy, ich stosunek do nas i odwrotnie.

Kiedy Niemiec np. polszczy się, wchodzi on do społeczeństwa polskiego bez żadnych zastrzeżeń, nie stawia mu żadnych warunków, zapomina o tem, że w żyłach jego niemiecka krew płynie i w walce z niemczyzną, gdy życie go w odpowiednich warunkach stawia, nigdy gorzej się nie zachowuje od rodowitych Polaków. Czy mamy tego samego wymagać od polszczących się żydów?...

Przedewszystkiem trzeba sprawę tak stawiać, że od nikogo niczego nie wymagamy. Brać trzeba ludzi takimi, jakimi są, i odpowiednio do tego traktować. Jeżeli spotykamy człowieka pochodzenia żydowskiego, który łączy się z polskością bezwzględnie, uznając za swoje wszystko, co w niej jest dobrego i złego, który bronić chce wszystkiego, czego my bronimy, walczyć ze wszystkiem, z czem walczymy, który nie zawaha się nawet przeciw żydom pójść, gdy to dla dobra polskości będzie potrzebne, to takiego człowieka musimy uznać, naturalnie, za Polaka. Analizować krwi nikt mu nie ma prawa i potrzeby!
Polakiem (mowa o inteligentnych, świadomych narodowo ludziach) jest każdy, kto mówi po polsku i łączy się ze społeczeństwem polskiem we wszelkich dążeniach, mających na celu dobro narodu, gotów dzielić wszelkie jego, złe czy dobre, losy.

Ogół wszakże inteligencyi polsko-żydowskiej u nas pod tę miarę nie podchodzi. Nasi żydzi uznają się przeważnie za Polaków, ale tylko o tyle, o ile polskość nie oznacza tego lub owego, nie zobowiązuje do obrony czegoś, co im jest wstrętne, do walki z czemś, co im nie przestało być drogiem. Znaleźć inteligentnego żyda polskiego, któregoby interesowała np. obrona katolicyzmu przed zamachami rządu lub któryby uznał potrzebę walki z wyzyskiem naszego ludu przez handlarzy żydowskich, jest niezmiernie trudno. Jeszcze trudniejsza jest sprawa, gdy idzie nie o obronę, ale o zdobycze narodowe. Dziwić się temu trudno. Rasa żydowska ma zbyt wyraźną, zbyt odrębną od naszej fizyognomię psychiczną, ażeby jednostce, do niej należącej, łatwo było ze swoimi zerwać i przejść bezwzględnie na naszą stronę, Tem trudniejsze to jest przy wielkiej liczbie żydów w naszym kraju, sprawiającej, że żyd spolszczony nie przestaje być wystawionym na ciągłą styczność ze swymi współplemieńcami, którzy żydami pozostali. Nie można tedy brać żydowi za złe, że pozostaje żydem, ale można i trzeba pamiętać o tem, że nie jest on Polakiem, tylko żydem polskim.

To stanowi właśnie jądro kwestyi (W naszym obozie, V, s. 282-283).

Dlaczego nie mogłem orbitować?


A więc jednak oderwałem się i lecę. Przykre uczucie przeciążenia ustępowało powoli, wciąż jednak szumiało mi w uszach i wzrok miałem jakby zamglony. Z trudem rozpoznawałem zarysy instrumentów pokładowych i cień komandora w fotelu.

- Jak się czujesz, Gusiu? - usłyszałem zachrypły głos. Jego głos.
- Bolą mnie uszy - odparłem.
- Nie masz jeszcze dostatecznej zaprawy - powiedział komandor – nie wiem, czy powinienem był cię zabrać... Chyba skrócimy ten lot.
- O, nie! - przestraszyłem się - lećmy jak najdłużej. Nic mi nie będzie - zapewniłem gorąco, - chyba, że... - obejrzałem się niespokojnie - czy ktoś jest jeszcze na pokładzie?
- Nie ma nikogo. Załoga jest dwuosobowa. Żałujesz, że nie zabrałeś kolegów?
- Skądże! Mam dosyć ich wygłupów i wrzasków!
- Nie bój się. Tam będzie zupełnie cicho. Już jest cicho.
- A jednak chyba ich wciąż jeszcze słyszę...
- Nonsens. To są szumy techniczne.
- Sądzi pan, że tym razem nam się uda, komandorze?
- Na pewno.

Mimo to odczuwałem niepokój.
- A jeśli któryś z nich tu się zakradł? - zapytałem po chwili.
- Wykluczone.
- Ale mogli mi coś podłożyć.
- Jesteś przewrażliwiony. Przestań o tym myśleć i przyglądaj się lepiej.

 Wyjrzałem przez okno kabiny. Z boku widać było obłą krawędź Ziemi. Nad nią wąski pas atmosfery. Błyszczał kolorami słonecznego widma. Na dole był czerwony, wyżej pomarańczowy i żółty... zielonkawy, niebieski potem fioletowy... wysoko już była tylko czerń. Przerażająca czerń kosmiczna.
- Czy nie wspaniałe? - zapytał komandor.
- Za mało zieloności. I ta okropna czerń! - odpowiedziałem.
- Zieloności miałeś dosyć na ziemi...
- To prawda, tylko..
- Chyba nie obleciał cię strach?
- Nie - odparłem bez przekonania - tylko trochę mi jakoś dziwnie. Czy nie ma tu insektów?
- poruszyłem się niespokojnie.
- Skąd takie podejrzenia?!
- Bo... bo coś mnie chyba szczypie.
- Nie pleć głupstw! Żadnego kosmonauty jeszcze nigdy nic nie szczypało w rakiecie.
- Wiem, proszę pana, ale mnie coś szczypie - zacząłem wiercić się niespokojnie - a teraz łaskocze.
- Łaskocze? - zdziwił się komandor.
- Naprawdę trudno wytrzymać...
- Opanuj się, to nerwowe.
- Wie pan... ja... ja chyba wyjdę.
- Chcesz orbitować już teraz?
- Jeśli pan pozwoli... Może na zewnątrz nie będzie mnie szczypać. Pan się zgadza?
- No, jeśli chcesz koniecznie...
Chciałem się podnieść z fotela, ale bezskutecznie.
- No... dlaczego nie wstajesz? - zapytał komandor.
- Nie mogę - jęknąłem.
- Jak to nie możesz?
- Bo coś mnie trzyma.
- Może zapomniałeś odpiąć pasy?
- Mam odpięte.
- Więc?
- Mówię panu, że coś mnie trzyma!...
- Zawsze z tobą są jakieś kłopoty... - zdenerwował się komandor. - No, ruszaj się!
- Komandorze! - wykrztusiłem przerażony - ja... ja chyba nie jestem w stanie nieważkości.
- Co ty wygadujesz?! Wstawaj! - komandor obrócił do mnie twarz, a ja struchlałem nagle. To nie była twarz komandora, to była twarz Kowbojki, naszej pani od matematyki! Stała nad moją ławką tak blisko, że widziałem brodawkę na jej nosie i meszek na twarzy. Musiała coś mówić do mnie z gniewem, bo jej usta poruszały się gwałtownie, aczkolwiek nic jeszcze nie mogłem zrozumieć, czego ode mnie chce. Spojrzałem ze złością po klasie. Wszyscy patrzyli na mnie rozbawieni. A więc - koniec lotu. Znów mi się nie udało. Do stu kosmonautów bosych, czyżby ucieczka z tego miejsca nie była w ogóle możliwa?! Odkąd tylko zjawiłem się w tej klasie próbowałem nawiewać uparcie i systematycznie, lecz nawet największe natężenie wyobraźni nie pomagało. Zawsze zdarzyło się coś niezaplanowanego i musiałem wracać... Szum w uszach ustawał pomału. Zacząłem odbierać pierwsze wrażenia słuchowe. Jak zwykle po powrocie na tę nieżyczliwą planetę nie były zachęcające.

- Cykorz! Co się z tobą dzieje?! Znów nie uważasz?
Pośpiesznie przetykałem sobie uszy.
- Czy nie rozumiesz, co się do ciebie mówi?! Wstań!
Poruszyłem się na ławce i próbowałem dźwignąć, ale bezskutecznie. Nawet się nie zdziwiłem.
- Nie mogę wstać - powiedziałem zrezygnowany i raczej beztrosko.
- Jak to nie możesz?! Dlaczego? - denerwowała się Kowbojka.

 Postanowiłem do końca zachować godność, spokój i formę.
- Obawiam się, że jestem przyklejony - oświadczyłem rzeczowo. Przez klasę przebiegł dreszcz śmiechu. Kowbojka posiniała.
- Kpisz sobie, Cykorz!
- Przykro mi - rzekłem - że pani profesorka tak myśli. Ale ja chyba jestem przyklejony i boję się, że jak wstanę na siłę, to rozedrę spodnie. Pani profesorka zobaczy. Mój spokojny, staranny sposób wysławiania się w najbardziej drastycznych sytuacjach zawsze wprawiał Kowbojkę w zakłopotanie i zamykał jej usta. Teraz też zaprzestała dalszych wyładowań gogicznych i pochyliła się nad moją ławką, a stwierdziwszy, iż spodnie moje istotnie utworzyły jedność techniczną z powierzchnią deski, próbowała mnie oderwać, ale bez rezultatu.

- Rzeczywiście, przykleiłeś się - zasapała zdumiona. Siedziałem spokojnie z rękami na pulpicie. Zastanawiałem się jak oni mogli to zrobić i czekałem z godnością na dalszy rozwój wypadków. Kowbojka przez chwilę wciąż jeszcze sapała nabierając zapewne siły do dalszych wyładowań gogicznych. Brodawka na policzku poruszała jej się niebezpiecznie.

- Kto przykleił Cykorza?! - zapytała wreszcie groźnie.
- Pani profesorko - odezwał się z ostatniej ławki Bezczelny Pacholec podrzucając spiczastymi ramionami - dlaczego ktoś miałby przykleić Cykorza?!
- Stale coś mu robicie.
- Ale przyklejać?! - oburzał się piskliwie Bezczelny Pacholec - to do nas niepodobne! Pani profesorka nas zna! Zresztą który klej tak mocno trzyma? Chyba stolarski? A kto z nas ma stolarski?

- Klej cementowy może trzymać - zauważył mały Rymarski zwany Szprotem.
- Zależy co? - ziewnął Duży Mańkut.
- Na tym kleju pisze, że drzewo też.
- Ale spodnie?

Przez kilka minut trwała ożywiona dyskusja na temat klejów i ich właściwości, wreszcie Kowbojka zorientowała się, że są to dyskusje sztuczne i że padła ofiarą podstępu mającego za cel przegadanie lekcji.

- Dosyć! Pytam, kto przykleił Cykorza? - zastukała linią w stół nauczycielski.
- Pani profesorko, Cykorz na pewno sam wylał ten klej, a potem usiadł.
- Nie opowiadaj! Ostatecznie nie jest przecież idiotą.
- Ale miał klej cementowy! - piszczał Szprot-Rymarski.
- Pani wie, jaki jest Cykorz - podrzucał ramionami Bezczelny Pacholec.
- To jest kosmak, proszę pani.
- Kosmonauta pieszy!
- Nawet mógł nie zauważyć, kiedy rozlał!
- Bo my mieliśmy przynieść dzisiaj klej na zajęcia techniczne.
- A on się stale zamyśla.

Kowbojka zmarszczyła brwi i znów wytoczyła się przed moją ławkę.
- Cykorz, czy przyniosłeś klej?
- Oczywiście, proszę pani - odrzekłem swobodnie.
- Zobacz, czy ci się wylał.

Pełen najgorszych przeczuć, aczkolwiek wciąż jeszcze z kamienną twarzą sięgnąłem pod pulpit. Istotnie, kleju tam nie było. Zajrzałem pod ławkę. Słoik leżał na podłodze otwarty i ociekający klejem. Kowbojka westchnęła ciężko, a mnie jak zwykle ogarnęło zdziwienie: jak oni to zrobili? Kiedy? Dlaczego nie zauważyłem? Byłem wściekły. Tyle razy obiecywałem sobie, że nie siądę już więcej na ławce, zanim wcześniej nie spojrzę. Co prawda, wpadłem ostatni do klasy, kiedy Kowbojka była już przy swoim stole i bardzo się spieszyłem, ale przecież powinienem rzucić okiem... Niewybaczalne przeoczenie...

- Odklejcie go - powiedziała zmęczona Kowbojka.
- Jak go odkleić? - zakłopotał się Szprot-Rymarski.
- Chyba tylko na mokro. Trzeba go zwilżyć - orzekł Szczeżuja-Spec, obejrzawszy mnie fachowo.

Wzdrygnąłem się odruchowo. Nie tyle przed perspektywą zwilżania, ile z powodu szczypnięcia w okolicy łopatki. Było to uszczypnięcie zupełnie podobne do tego, jakiego doznałem w podróży kosmicznej. A więc nie uległem wtedy złudzeniu... i w grę wchodziły rzeczywiście insekty. 

Niestety nie mogłem zastanawiać się dłużej nad tym fenomenem, ponieważ nagle uszczypnęło mnie coś po raz wtóry, tym razem tak dotkliwie, że podskoczyłem gwałtownie. Rozległo się głośne trzeszczenie, jakby rozdzieranych szmat, a ja ze zdumieniem stwierdziłem, że stoję wyprostowany. Spojrzałem przerażony na ławkę, czy nie został tam kawałek moich spodni. Nie, nic nie było widać. Wciąż jeszcze nie dowierzając pomacałem się dla pewności po siedzeniu i odetchnąłem z ulgą. Było całe, aczkolwiek sztywne od zaschłego kleju i, jeśli się tak można wyrazić, zacementowane. Tymczasem insekty kontynuowały swój metodyczny atak wzdłuż linii kręgosłupa i nowe ukłucia dosięgły mnie w okolicy lewej łopatki i kręgów szyjnych. Co gorsza, poczułem nieznośne swędzenie we wszystkich uprzednio poszkodowanych miejscach. Przykro mi wyznać, ale w tym momencie przestałem panować nad odruchami i zacząłem drapać się nerwowo po całym ciele wykonując raczej zdumiewające skręty i wygibasy tułowia. Nowa fala rechotu i rżenia przebiegła przez klasę.

- Spokój! - krzyknęła Kowbojka - Cykorz, czy ty oszalałeś?! Co to za podrygi?!
- Taniec derwisza, pani profesorko - pisnął Bezczelny Pacholec i menażeria zaryczała znowu. Przerażone oczy Kowbojki wpatrywały się we mnie ze zgrozą.

- Przepraszam, pani profesorko, uszczypnęło mnie - wyjaśniłem.
- Co cię uszczypnęło? - przestraszyła się Kowbojka.
- Nie wiem, chyba mnie coś oblazło. Jakieś insekty.
- To mrówki, pani profesorko - wrzasnął Szprot-Rymarski. - Cykorz miał przynieść mrówki na biologię i pewnie mu się rozsypały!
- Cykorz, czy to prawda? - zaniepokoiła się Kowbojka.
- Ależ skąd, proszą pani - oburzyłem się - ja miałem przynieść muchę ścierwnicę. Taką dużą, zieloną, pani wie.
- Co takiego?! - Kowbojka spojrzała na mnie ze wstrętem.
- Muchę ścierwnicę... Nieżywą - dodałem po chwili - to znaczy trupa muchy. Niech pani się nie boi.
- Jesteś pewien?
- Mam ją w pudełku od zapałek. Zaraz pani pokażę.

Żeby uspokoić Kowbojkę pośpiesznie sięgnąłem do kieszeni, wyciągnąłem pudełko, i otworzyłem, ale zamiast muchy w pudełku ukazało się chyba ze dwadzieścia mrówek. Niektóre od razu wybiegły i pocwałowały mi pod rękaw. Stało się to tak nagle i niespodziewanie, że na moment zapomniałem o obowiązku samokontroli i przerażony upuściłem pudełko wprost na nogę Kowbojki. Biedaczka wydała głośny okrzyk i odskoczyła, ale było już za późno. Mrówki nerwowo poczęły biegać po jej nodze. Mimo tak niepomyślnego rozwoju wypadków starałem się zachować spokój. Wiedziałem, że tylko spokój może mnie uratować.

- Przepraszam, pani profesorko - powiedziałem - tego nie mogłem przewidzieć.
- To już przechodzi wszelkie granice! - roztrzęsiona Kowbojka zbierała mrówki z nogi. - Jak mogłeś trzymać mrówki w kieszeni!
- Podrzucili mi, proszę pani. Słowo daję, że miałem tylko muchę.
- Słuchaj, Cykorz! Albo to są bezczelne kawały i umyślnie udajesz imbecyla, albo, co gorsza, jesteś nim naprawdę.
- Nie jestem imbecylem i nie udaję, pani profesorko – powiedziałem dobitnie starając się patrzeć jej prosto w oczy. - Oni mi podrzucili.
- Jak mogli ci podrzucić?... Nie, to są jakieś wykręty – Kowbojka patrzyła na mnie z politowaniem pomieszanym ze wstrętem. - Czy byłeś już z matką u lekarza?
- Jeszcze nie.
- Tu musi wkroczyć lekarz! Z tobą jest naprawdę niedobrze, mój drogi... Przez miesiąc robiłam co mogłam, ale już nie widzę sposobu... Jesteś niedostępny dla normalnych zabiegów wychowawczych - Kowbojka z wyraźną goryczą zaczęła się wyładowywać gogicznie. 

Słuchałem ją piąte przez dziesiąte. To nieważne co ględzi. Ważne jest co innego. Tych dwudziestu Blokerów, z którymi stanę oko w oko, gdy tylko ona wyjdzie z klasy. Na razie się tylko rozkręcają, ale pełną formę osiągną dopiero potem. Już ich zaczęło ponosić. Nabrali smaku, dranie. Powybiegali z ławek i kłębili się niebezpiecznie. Wyczuwałem u nich groźne podniecenie. Szprot-Rymarski huśtał się nerwowo na rękach między rzędami ławek. Bezczelny Pacholec już był przy tablicy i niebezpiecznie wymachiwał ścierką. Duży Mańkut dreptał niecierpliwie w miejscu jak bokser przed następnym starciem. Nieradek żuł pestki i uśmiechał się złośliwie. Już im wyszła zagrywka i humor się im poprawił. Teraz pójdą na całego. Już mają zapewniony ubaw przez resztę dnia i nie wypuszczą mnie z ubawu. I znów ogarnęło mnie pragnienie morderstwa. Rzucić się na pierwszego z brzegu i prać do ostatniego tchu. Albo ja ich zatłukę, albo oni mnie! Niech się to wreszcie skończy i rozstrzygnie krwawo. Ale nie... nic z tego. 

Uśmiechnąłem się gorzko. Miałem już doświadczenie. Ani ja nikogo nie zatłukę, ani oni mnie nie zatłuką. Bo wcale nie chcą tego. Oni chcą tylko ubawu stałego, powszedniego. I zanim bym kogoś stuknął, już by Duży Mańkut doskoczył. On zna chwyt. Chwytem by mnie obezwładnił. I wtedy wszyscy dopadliby do mnie i zanieśli jak cielę do dyrektorki, co stałoby się już ostateczną klęską. Bo tam u dyrektorki będzie mdło. Słodkawy zapach pudru, wody kolońskiej i gogicznego potu. Palec gogiczny zawieszony ruchomo w powietrzu i wędrujący zygzakiem nade mną. Trzynaście par zmęczonych oczu wpatrywać się będzie we mnie z odrazą: „Rany boskie, znowu ten Cykorz!” I te usta poruszające się bezgłośnie jak za ścianą ze szkła. I znowu będę się zastanawiał, dlaczego nic nie słyszę i oni mnie nie słyszą, aż zrozumiem wreszcie, że to jest męka próżni. Bo w kancelariach, pokojach gogicznych i gabinetach dyrektorskich panuje próżnia kosmiczna. Wszyscy na zwykłych ubraniach mają jeszcze specjalne skafandry, plastikowe, przejrzyste, niewidoczne, ale dokładnie izolujące, tak, że chociaż ja będę mówił i oni będą mówić, nic nie przeniknie do nas, a wszystko co usłyszę będzie brzęczeniem muchy, nieznośnym brzęczeniem bezradnej muchy na szybie.

Dlatego szybko rozluźniłem zaciśnięte pięści i stwierdziłem z zadowoleniem, że już mnie nie ponosi i zaczynam panować nad sytuacją. I byłem dumny z siebie, że zachowałem zimną krew i nie straciłem głowy. Do stu kosmonautów bosych, nie jest widać ze mną najgorzej, skoro potrafię jeszcze rozważać w tak pieskim położeniu. Nie łamię się, nie mazgaję, nie ciskam na oślep, lecz jestem w stanie podejść do problemu rzeczowo i praktycznie. Między Bogiem a prawdą, cóż to znowu za problem?! Klasa postępuje normalnie i ja też powinienem postąpić normalnie. Nic na siłę. Wszystko to przecież przewidziałem i wiedziałem co muszę zrobić. Miałem przygotowany plan. Tak, grunt to ustosunkować się normalnie. Więc gdy tylko Kowbojka rozładowała się gogicznie i wyszła, ustosunkowałem się normalnie do klasy i porwawszy teczkę błyskawicznym sprintem uciekłem na korytarz. Z przyjemnością spostrzegłem, że kończyny dolne mam nadzwyczaj sprawne, a refleks - bez zarzutu. Ta sprawność kończyn dolnych sprawiła mi miłą niespodziankę. Tak, nie jest ze mną najgorzej, a nawet coraz lepiej. Miesięczny trening dawał rezultaty. Osiągnąłem szczyt formy. Za sobą usłyszałem wrzaski: „Łapać fuksa!” Blokerzy dopiero teraz oprzytomnieli i wypadli z klasy. Obejrzałem się. Miałem co najmniej piętnaście metrów przewagi nad ścigającą mnie tłuszczą. Więc wszystko zgodnie z planem. 


Edmund Niziurski, Siódme wtajemniczenie 

Sposób, jakim monarchowie wchodzą w posesję nowo wynalezionego kraju

Przydaję, że mi dawano poznać, iż jako dobry poddany i poczciwy Anglik powinienem był, powróciwszy, podać sekretarzowi stanu memoriał oznajmiający o odkryciu przeze mnie kraju, ile że wszystkie ziemie, które odkrywa poddany, z prawa należą do Korony. Ale wątpię, aby te kraje, o których tu rzecz, tak łatwo było zawojować, jak łatwo niegdyś Ferdynand Cortez zawojował część Ameryki, gdzie Hiszpanie wymordowali tylu biednych Indian, nagich i bezbronnych. Naprzód co do Lillipucjanów, rzecz jasna, że zdobycie ich niewarte trudu i że nie zyskalibyśmy tyle, ile by flota i wojenna wyprawa kosztowały. Pytam się: czy byłby rozum wojować z Brobdingnagami? Piękna byłaby rzecz widzieć, jak by wojsko angielskie w ich kraju wysiadło.

Toż wojsko byłoby kontente, gdyby go posłano do kraju, gdzie zawsze wyspa w powietrzu wisi nad głową, gotowa zgruchotać buntowników, a tym bardziej nieprzyjaciół, którzy by się kusili to państwo opanować. Prawda, że kraj Houyhnhnmów zdaje się być do pobicia łatwy. Naród ten nie zna sztuki żołnierskiej, nie wie co broń, co strzelba; z tym wszystkim, gdybym był ministrem stanu, nigdy bym takowego przedsięwzięcia nie radził. Ich wysoka roztropność i doskonała jednomyślność są strasznym orężem, nadto wystaw sobie w myśli, gdyby dwadzieścia tysięcy Houyhnhnmów z zapalczywością rzuciło się na wojsko europejskie, jaką by rzeź zrobili swoimi zębami? Jak wiele by głów i brzuchów zgruchotali swymi tylnymi nogami? Słusznie można by do nich zastosować słowa Augusta: „Recalcitrat undique tutus”.

Zamiast tego, żebyśmy myśleli o zdobyciu ich kraju, ja bym chciał, aby ich zobowiązano do wysłania do nas kilku spomiędzy siebie dla wypolerowania naszego narodu i Europy, dla nauczenia nas pierwszych zasad honoru, prawdy, sprawiedliwości, umiarkowania, miłości ojczyzny, waleczności, niewinności, przyjaźni, życzliwości i wierności. Nazwy tych cnót znajdują się jeszcze w każdym języku, w dziełach tak nowych, jak i starych autorów, ośmielam się utrzymywać to z pewnością, choć nie jestem bardzo oczytany.

Lecz jeszcze i drugą miałem przyczynę, dla której wahałem się zbogacić Jego Królewską Mość moimi odkryciami. Mówiąc prawdę, sposób, jakim monarchowie wchodzą w posesję nowo wynalezionego kraju, powoduje we mnie niejaki skrupuł. Na przykład kupę jaką rozbójników morskich pędzi nawałnica nie wiedzieć dokąd. Postrzegają ze szczytu statku jakąś ziemię, natychmiast udają się w tę stronę, przybijają do lądu, widzą bezbronny naród, który ich przyjmuje przyjaźnie. Zaraz nadają mu nową nazwę, imieniem swego króla obejmują nad nim panowanie, stawiają zgniłą deskę lub kamień na pamiątkę, która by ten piękny postępek przypominała potomności. Potem biorą się do zabijania jakich dwunastu lub dwudziestu czterech biednych dzikusów, kilku z nich biorą ze sobą gwałtem, wracają do domu i dostają przebaczenie. Oto jest właśnie akt objęcia w posesję w imieniu prawa boskiego. Wkrótce wysyłają inne okręty do tegoż kraju dla wygubienia większej części narodu, biorą na tortury znaczniejszych, aby im wydali swoje skarby, folgują najokrutniejszej srogości i rozwiązłości, napawają ziemię krwią nieszczęśliwego ludu, na koniec obrzydła kupa katów, użyta do tej pobożnej wyprawy, staje się osadą, założoną w barbarzyńskim i bałwochwalczym kraju, aby go nawróciła i wypolerowała.

Wyznaję, że to, co tu mówię, nie tyczy się narodu angielskiego, który w zakładaniu osad zawsze okazywał swoją mądrość i sprawiedliwość i może w tej mierze służyć za wzór całej Europie. Wiadomo, jaka jest nasza gorliwość w zakładaniu religii chrześcijańskiej w krajach nowo odkrytych i szczęśliwie objętych, że dla wprowadzenia tam praw chrześcijańskich staramy się posyłać pasterzy pobożnych i przykładnych, ludzi obyczajnych i cnotliwych, kobiety i panienki nieposzlakowane, wodzów dobrych, sędziów sprawiedliwych, a nade wszystko rządców doświadczonej poczciwości, którzy szczęśliwość budują na szczęśliwości mieszkańców, którzy żadnego nie popełniają okrucieństwa, których nie pociąga ani łakomstwo, ani ambicja, ani chciwość, ale jedyną ich troską jest chwała i pożytek króla pana naszego.

Wreszcie, co byśmy mieli za zysk w opanowaniu krajów, które opisuję? Co byśmy za pożytek odnieśli za trud zakucia w kajdany i zabijania tamtejszych ludzi, którzy po temu żadnej chęci nie mają? Nie ma w tamtych krajach ani srebrnych, ani złotych kopalń, ani cukru, ani tabaki, nie są więc warte naszej wojennej odwagi ani pobożnej gorliwości.

Jeżeli się zda dworowi inaczej, jestem gotów dać zaświadczenie, gdy o to sądownie zapytany będę, że przede mną żaden Europejczyk nie postał nogą w tamtych krajach. Biorę na świadectwo zeznanie tamtejszych mieszkańców, jeśli zeznaniu ich może być dana wiara. Co do formalnego zajęcia kraju imieniem mojego monarchy, nigdy mi ta myśl nie przyszła do głowy, a gdybym nawet i o tym pomyślał, przez wzgląd na moje ówczesne położenie, jako też roztropność i własne bezpieczeństwo, musiałbym ją odłożyć do stosowniejszego czasu.

Tym sposobem odpowiedziawszy na jedyny zarzut, który by mi uczynić można jako podróżnemu, żegnam mego łaskawego czytelnika i powracam do mojego małego ogrodu w Redriff dla zabawiania się filozofią, dla używania nauk cnoty i mądrości, których się u Houyhnhnmów nauczyłem, dla oświecenia Jahusów, mojej własnej familii, o ile takie zwierzęta pojąć to potrafią, dla oglądania często mojej postaci w zwierciadle, celem przyzwyczajenia się do widoku stworzeń ludzkich. Zawsze będę opłakiwał bydlęcą naturę Houyhnhnmów mojej ojczyzny, przez wzgląd jednak na szlachetnego mojego pana, na jego familię, przyjaciół i cały rodzaj Houyhnhnmów będę się z nimi obchodził jak najgrzeczniej i najłagodniej, albowiem podobne są do tamtych we wszystkich swoich rysach, lubo170 ich umysłowe zdolności całkiem zwyrodniały.

W przeszłym tygodniu pozwoliłem żonie mojej pierwszy raz obiadować razem ze mną, ale musiała usiąść przy końcu długiego stołu i krótko odpowiadać na pytania zadawane jej przeze mnie. Że jednak nie mogę jeszcze znieść odoru Jahusa, zapycham sobie nos rutą, lawendą lub tytoniem. Chociaż bardzo ciężko przychodzi podeszłego wieku człowiekowi pozbywać się starych nałogów, mam jednak nadzieję, że niezadługo będę w stanie cierpieć Jahusa w moim towarzystwie i nie lękać się jego zębów i pazurów. Z daleko większą łatwością mógłbym się pojednać z całym rodzajem Jahusów, gdyby chcieli się kontentować występkami i głupstwami, którymi ich obdarzyła natura. Nie uderza mnie wcale widok prawnika, złodzieja, głupca, pułkownika, błazna, lorda, gracza, polityka, stręczyciela, lekarza, fałszywego świadka, adwokata, zdrajcy i wielu innych, których przywary z naturalnego biegu rzeczy wypływają. Lecz jeżeli widzę mnóstwo przywar i słabości ciała i duszy napuszających się nieograniczoną dumą, tracę natychmiast cierpliwość i nie pojmuję, jak podobny występek i takie zwierzę razem być mogą. Roztropni i cnotliwi Houyhnhnmowie, posiadający wszystkie przymioty będące ozdobą rozumnego stworzenia, nie mają nawet w swoim języku żadnej nazwy na ten występek, jak również nie mają żadnych wyrażeń na oznaczenie złego prócz niegodziwości właściwych Jahusom. Jednakowoż występku dumy nie mogli nawet oni w nich odkryć, przez brak zapewne znajomości natury ludzkiej, okazującej się tam tylko w całej zupełności, gdzie Jahusy panują. Ja jednak dzięki większemu doświadczeniu odkryłem niektóre ślady dumy w dzikich nawet Jahusach.

Houyhnhnmowie żyjący pod rządem rozumu nie są dumniejsi ze swoich dobrych przymiotów niż ja na przykład z tego, iż mam obie nogi i ręce, czym żaden człowiek o zdrowym rozsądku nie będzie się chwalił, chociaż brak ich czyni go nieszczęśliwym. Rozwiodłem się obszerniej nad tym przedmiotem dla uczynienia, ile możności, towarzystwa angielskiego Jahusa nieco znośniejszym, proszę przeto tych wszystkich, którzy mają skłonność niejaką do tego występku, ażeby nie ważyli mi się nigdy stawać przed oczy.


Swift, Podróże Guliwera

Witkacy - przedmowa do "Narkotyków"

Ponieważ tzw. „swobodną twórczością”, to jest tzw. „śpiewaniem ptaszka na gałęzi”, nic dla społeczeństwa i narodu zrobić nie mogłem, postanowiłem po szeregu eksperymentów zwierzyć się ogółowi z moich poglądów na narkotyki, zaczynając od najpospolitszego: tytoniu, a kończąc na najdziwniejszym chyba peyotlu (któremu rezerwuję osobne miejsce), w celu choćby małego wspomożenia dobrych potęg w walce z tymi najstraszniejszymi, poza wojną, nędzą i chorobami, wrogami ludzkości. Może i ta praca (z powodu pewnego tonu w sformułowaniu gorzkich prawd) potraktowana będzie humorystycznie lub negatywnie, jak moja estetyka, filozofia, sztuki sceniczne, istotne portrety, dawne kompozycje itp. „swobodne wytwory”. Oświadczam oficjalnie, że piszę poważnie i chcę wreszcie coś bezpośrednio pożytecznego zdziałać, a na idiotów i ludzi nieuczciwych sposobu nie ma, jak to w ciągu mojej dość smutnej działalności miałem sposobność przekonać się. Mówi się komuś: „Jesteś głupi, ucz się, a może zmądrzejesz” — nic nie pomoże, bo człowiek głupi jest przy tym zarozumiały i to, nawet jeśliby mógł przy usilnej pracy zmądrzeć, uniemożliwia mu wybrnięcie z błędnego koła. Mówi się draniowi: „To nieładnie być taką świnią, zastanów się, popraw się” — próżne gadanie: nie rozumiemy tego, że większość draniów jest świadomie właśnie draniowata — oni wiedzą o tym i nie chcą być innymi, o ile tylko mogą draniowatość tę dobrze zamaskować. „Czy można patykowi przebaczyć, że jest patykiem” — jak mówił Tadeusz Szymberski — i miał rację.

Byłem niegdyś „fighting manem” — człowiekiem bojowym par excellence1, miałem idee i chciałem o nie walczyć — nie było gdzie i z kim. Bynajmniej nie sprzeniewierzyłem się moim ideom (Czysta Forma w malarstwie i w teatrze i reforma artystycznej krytyki), tylko przyszedłem do przekonania, że są one w każdym razie obecnie nie na czasie i że może w ogóle minął dla nich ich czas. To, co twierdziłem jeszcze przed wojną, a co wyraziłem w czwartej części książki pod tytułem Nowe formy w malarstwie..., że sztuka ginie, dzieje się na naszych oczach, a wobec tego, czy będzie i jaka będzie krytyka artystyczna w moim znaczeniu, to jest krytyka formalna, jest bez znaczenia. Co innego, jeśli rzecz idzie o literaturę nie jako sztukę — tam jest jeszcze coś do powiedzenia i może jeszcze się na ten temat wypowiem. Obecnie jestem stosunkowo pogodnym osobnikiem lat średnich, który o żadnych „wyczynach” w wielkim stylu już nie marzy i pragnie jako tako skończyć to życie, którego dotąd przynajmniej mimo klęsk i niepowodzeń nie żałuje. Co będzie, to będzie. Zaznaczyć tylko muszę, że „dziełko” niniejsze będzie nosić charakter wysoce osobisty, a więc niejako pośmiertny. Nie jest to megalomania i chęć zaprzątania swoją (nikomu dotąd niepotrzebną) osobą ludzi zajętych czym innym i daleko przyjemniejszym. Ale pisząc o moich osobistych przeżyciach nie mogę pominąć siebie. W każdym razie będzie tu podana w sposób przystępny część prawdy o mnie, i to prawdy bezpośrednio dla ogółu pożytecznej.


Czymże to jest wobec potwornych plotek, które o mnie krążą. Pod tym względem w naszym już i tak wyjątkowo plotkarskim i lubiącym bawić się oszczerstwami społeczeństwie spotkało mnie zdaje się wyróżnienie. Mimo całego braku megalomanii, co z całą uczciwością podkreślam, mam wrażenie, że doborem bzdur i kłamstw, jakie o mnie mówiono i mówi się jeszcze, nie każdy przeciętnie znany u nas człowiek poszczycić się może. Nie będę wchodził tu w przyczyny tego zjawiska, ale sądzę, że pewną rolą w wytworzeniu się niechęci ogólnej w stosunku do mnie była trudność w zgłębieniu mnie intelektualnym przez ludzi bez odpowiednich do tego kwalifikacji, a po wtóre, pewne niezwracanie przeze mnie uwagi na opinię publiczną, przez co czyny, które u innego przeszłyby bez zwrócenia uwagi (np. wypicie aż trzech wódek w jakimś barze), w stosunku do mnie wywoływały niekorzystne dla mnie oburzenie, nieproporcjonalne do ich wartości. Mniejsza z tym.


A więc: zaczynam pisać dziś (6 II 1930 r.) tę książkę „na P”, to znaczy w stanie palenia. Jutro, jak zwykle, przestaję palić — sądzę, że tym razem definitywnie lub na czas bardzo długi — i rozdział o nikotynie będę pisał w miarę odzwyczajania się od papierosów, przy czym jest możliwość, że w środku pisania zapalę znowu i „nie omieszkam zwierzyć się” z tego faktu przed ewentualnymi czytelnikami. 


Tyle razy się to zdarzało! Z nikotyną walczę już od lat dwudziestu ośmiu i mimo częstych okresów abstynencji (do kilku tygodni) nie zdołałem całkowicie jej przezwyciężyć. Możliwe to jest i teraz, mimo zaczęcia niniejszej pracy. Zbliża się jednak chwila, w której staje się to koniecznym, o ile nie miałbym zrezygnować z wszelkich wyższych aspiracji w stosunku do siebie samego. Detale na ten temat później. Sądzę, że ten sposób opisu — to znaczy na NP12, czyli w stanie niepalenia — będzie dość istotny, ponieważ jednocześnie pragnąc ulubionego i znienawidzonego narkotyku ostatniego chyba rzędu (niech będą przeklęci Indianie i ci, którzy to świństwo do nas zawlekli) będę mógł lepiej zanalizować ogarniające nałogowego palacza pokusy i podać sposoby ich odparcia na tle wspomnień ohydnego samopoczucia (często maskowanego przed sobą i innymi) przy powrocie do tej świńskiej, bezpłodnej i ogłupiającej trucizny. Właśnie niedawno nie paliłem aż cztery dni (a wiadomo, że drugi dzień jest najgorszy i że trzeciego zaczyna się poprawa) — aż tu „trach” i zapaliłem na nowo (zanalizuję mechanizm tego faktu później), i wszystko „fajt” od początku. Oczywiście nie wytrzymałem i zapaliłem dziś rano — po prostu, żeby zobaczyć, jak to tam wszystko wygląda na P. Nie żebym „znowu już tak” nie mógł wytrzymać, tylko tak sobie: jeszcze raz na świat spojrzeć z „tamtej strony” (upadku, ogłupienia, zniechęcenia itp.), a potem już definitywnie „szlus”. Tak to się tłumaczy przed sobą te historie. Nie — najgorszą rzeczą jest słabość — durchhalten3 — a jak, o tym napiszę w rozdziałku o nikotynie. Zapaliłem — to jest ponury fakt (kogoż to właściwie obchodzi, ale chodzi o innych, o tysiące, miliony zaczadziałych, otępiałych, sflaczałych) — i piszę dalej tę przedmowę w stanie zupełnego otumanienia. Właśnie chciałem się zająć dalej moją filozoficzną pracą (bardzo ryzykowna historia i jeszcze nie wiem, co z tego wyjdzie), ale okazało się to absolutnie niemożliwym: tępota, brak tego, co dr mat. Stefan Glass nazywa „igriwost’ uma4”, brak możności jakiego takiego skupienia się. To tylko zwierzenia tymczasowe — wszystko będzie opisane z „detajlami” później. Zacząłem pisać tę przedmowę z rozpaczy, nie mogąc się zabrać z powodu zatrucia nikotyną do czegoś lepszego, chcąc raz zacząć to „dziełko”, usprawiedliwić przed sobą własną swą egzystencję. Czy wszelka „twórczość” nie pochodzi z tych źródeł?

Wracając do opinii publicznej: byłem i jestem dotąd nałogowym palaczem, walczącym bohatersko od lat dwudziestu ośmiu ze straszliwym przyzwyczajeniem. Do pewnego stopnia można by mnie uważać w pewnych okresach za nałogowego pijaka, o ile za takiego (różne są standardy — wzorce) uzna się kogoś, kto urzyna się przeciętnie raz na tydzień, potem nie pije miesiąc albo i więcej i który miał jedną jedyną w życiu pięciodniówkę (á propos5 pewnej premiery scenicznej — okoliczność wysoce łagodząca) i do dziesięciu trzydniówek, i który nigdy nie chlał wódy rano przy goleniu się. Ale nigdy nie byłem kokainistą — temu przeczę stanowczo, mimo że dla wielu perwersyjnych kretynów i to moje oświadczenie może być właśnie dowodem za, a nie przeciw6. O ile można by mnie nazwać okresowym pijakiem, ,,Wochensaufer7”, na przestrzeni lat dziesięciu, to proponowałbym nazwę „Quartalkokainist” w okresie trzyletnim, i to z dużą przesadą. Dwa razy w życiu zażyłem kokainę na trzeźwo i zaraz postarałem się zapić to świństwo. Inne wypadki zażywania tego drogu8 (z czym się nigdy nie kryłem, podpisując rysunki robione w tym stanie odpowiednią marką Co) połączone były zawsze z wielkimi „popojkami a la maniere russe9”. Nigdy nie byłem morfinistą, mając idiosynkrazję10 do tego specyfiku (raz w życiu miałem zastrzyk minimalny i o mało nie umarłem), ani eteromanem, z powodu jakiegoś braku zaufania do eteru, mimo że używałem go parę razy w życiu: z wódką i przez wdychanie. Rysunki, owszem, były dość ciekawe i przy wdychaniu uczucie ginięcia świata i ciała, a potem „metafizycznego osamotnienia w przestrzennej pustyni” zabawne, ale jakoś to nie przemawiało nigdy do mego przekonania. Innego zdania jest dr Dezydery Prokopowicz, który opracuje w „dziełku” tym część eteryczną. Bohdan Filipowski, okultysta i długoletni nałogowy morfinista, zajmie się swoim ulubionym drogiem, na myśl o którym mnie robi się wprost zimno — tak straszne rzeczy przeżyłem wtedy w Petersburgu, gdy przez cztery godziny walczyłem ze śmiercią wśród torsji i zamierania serca. Tak więc stanowczo odpieram zarzuty co do nałogowego używania wyżej wymienionych preparatów, przyznając się do sporadycznego używania peyotlu i meskaliny, pierwszego wyrobu dr Rouhier, a drugiej fabrykacji wspaniałej firmy „Merck”. Również przeczę przy sposobności, jakobym oddawał się homoseksualizmowi, do którego czuję wstręt najwyższy; jakobym żył płciowo z moją syjamską kotką, Schyzią (Schizofrenią, Isottą, Sabiną, którą bardzo lubię, ale nic poza tym) i jakoby nierasowe zresztą kocięta z niej zrodzone były do mnie podobne; jakobym miał stragan portretowy na Wystawie Poznańskiej i robił dziesięciominutowe portrety po dwa złote (czego te dranie nie wymyślą!); jakobym był blagierem i rzucał się na kobiety przy lada sposobności; jakobym uwodził mężów żonom, chodził we fraku (nigdy nie miałem fraka w ogóle) na Giewont, pisał sztuki sceniczne dla kawału, nabierał i kpił, i nie umiał rysować. Wszystko to są plotki wymyślone przez jakieś obskurne baby, kretynów i idiotów, a nade wszystko przez draniów chcących mi zaszkodzić. Odpieram te znane mi plotki i z góry te wszystkie, które krążyć jeszcze o mnie w Zakopanem i jego przysiółkach będą. Szlus.


Jeszcze jedna rzecz: może kto pomyśleć, że piszę tę książkę dla autoreklamy. Otóż nie: będą tam opowiedziane rzeczy, które mi wcale zaszczytu nie przynoszą, a głównym celem jej jest uchronienie dalszych pokoleń od dwóch najpotworniejszych „ogłupjansów” (stupefiants): tytoniu i alkoholu, tym groźniejszych, że są one dozwolone, a szkodliwość ich niedostatecznie jest uświadomiona. Narkotykami „białymi” wyższej marki zajmuje się dziś elita ludzkości i te nie są tak groźne — to arystokracja narkotyzmu. 


Niebezpieczniejsze są te szare, codzienne, demokratyczne jady, na które każdy bezkarnie pozwolić sobie może.

Metoda moja jest czysto psychologiczna. Chodzi mi o zwrócenie uwagi na skutki psychiczne trucizn tych, skutki, które każdy, nawet początkujący, może już w miniaturze na sobie oglądać na długo przed tym, nim całkowicie opanowanym zostanie. Ja nie będę przed wami rozbijał jaj (kurzych) i wrzucał ich do spirytusu, abyście zobaczyli, jak ścina się białko pod wpływem „przezroczystego płynu” (jak to czynił za mojej pamięci śp. książę Giedroyć); ja nie będę wam pokazywał w przezroczach zakopconych płuc i rozdętego serca palacza ani zdegenerowanej wątroby pijaka, ani zanikłego, wielkości piąstki, żołądka kokainisty — „ja nie będę grał Wam pieśni smutnej, o cienie, lecz dam tryumf dumny i okrutny...” itd. — chcę wam ukazać drobne psychiczne przesunięcia, które w ostatecznym swym rozwinięciu dają obraz zupełnie innych niż w punkcie wyjścia osobowości, duchowo zdeformowanych, pozbawionych wszelkiego tzw. „geistu” (słowo polskie „duch” nie oddaje tego, co niemieckie „Geist” i francuskie „esprit” — dryg, mknik, wyskrzyk, wybłysk, wypęd itp.), siły twórczej i tego rozpędu w Nieznane, do którego konieczna jest odwaga i beztroska, zabijana systematycznie przez ohydny nałóg. Mnie od skutków nikotyny, od której dotąd całkowicie wyzwolić się nie zdołałem, uratowało to, że często i czasem na dość długo (kilka tygodni) przestawałem palić, tak że w sumie pół lub jedną trzecią roku faktycznie nie paliłem. Oczywiście działanie takiej abstynencji par intermittence11 nie mogłoby być tak korzystne, jak wielkie ciągłe okresy wyrzeczenia się zupełnego — ale i to zrobiło swoje. Ale ci, którzy palą stale, a w 90% wypadków muszą palić coraz więcej, popełniają systematycznie duchowe samobójstwo ratami, nieznacznie, sami o tym nie wiedząc, pozbawiając każde przeżycie barw i blasków i niszcząc rzecz najcenniejszą: intelekt, za cenę przyjemności prawie żadnej. Bo czyż nałogowy palacz ma w ogóle jakąś przyjemność? Tylko negatywną — zaspokojenia wstrętnej, nienaturalnej potrzeby. Tak jest podobno ze wszystkimi narkotykami, o ile dany osobnik doprowadzi się do dostatecznie wysokiego stopnia znałogowania.


Jeśli młodzieńcowi lat szesnastu pokażecie wątrobę czterdziestoletniego alkoholika, przerośniętą i zdegenerowaną, czy przestanie pić na ten widok? Nie — zbyt daleko jest od niego ten rok czterdziesty, jest czymś niewyobrażalnym — wiem to z własnego doświadczenia. A zresztą każdy mówi: „E — czy będę żył o kilka lat dłużej, czy krócej, to jest «ganc Wurst und Pomade12» — chodzi o tę chwilę”. A potem, jak przyjdzie te ostatnie pięć lat, których się taki nieszczęśnik lekkomyślnie wyrzekł i które mogą być mu faktycznie odjęte, to na głowie staje taki, aby przedłużyć to życie, którego w większej ilości wypadków przedłużać już nie warto. Żyje potem taki osobnik po własnej istotnej śmierci, zidiociały, wewnętrznie, a często i zewnętrznie zniedołężniały, niezdolny do wydatnej pracy, zhipokondryczały, liczący tylko puls co pięć minut i zażywający tony lekarstw, które nie mogą już odrodzić zdegenerowanych komórek. Trzeba ukazać skutki psychiczne, doraźne, których powolnego postępu („schleichender Vorgang13” — brrr! Strach!) nie każdy może zaobserwować, a szczególniej ten, co używa danego narkotyku stale, bez przerwy. Wyższe narkotyki dają wściekłe reakcje — zaraz widać ich szkodliwość. Chęć pokonania tych reakcji, a nie pragnienie pozytywnych skutków, jest często przyczyną popadania ludzi w nałogi. Nikotyna nie daje wyraźnej „glątwy” („katzenjammer14”) i tym jest niebezpieczniejsza dla ogółu. Oddać się kokainie czy morfinie bez zastrzeżeń mogą w większości wypadków tylko osobniki już jakby predysponowane, degeneraci i tak niewiele co warci. Tytoń zaczadza, a alkohol spala powoli najlepsze czasem mózgi. Są tacy, co mówią: „Palę i piję, nic mi to nie szkodzi i doskonale się czuję” — oczywiście do czasu. Całe masy drobnych niedomagań psychofizycznych kumulują się powoli, ażeby potem nagle wybuchnąć w postaci zupełnie określonej choroby psychicznej lub fizycznej. Ale pomyśl, o osobniku nieszczęsny, jak byś świetnie się czuł, gdybyś tego wcale nie robił, jeśli organizm twój jest tak silny, że nawet przy ciągłym zatruwaniu go może jeszcze znośnie funkcjonować. Jakim byś był, gdybyś tego nie robił, nie dowiesz się nigdy. Szkody tej niepodobna15 zmierzyć i ocenić. Wiedzą o niej trochę ci, którzy przestawali i zaczynali znowu. Cóż bym ja dał, żeby odwrócić te dwadzieścia osiem lat palenia, i to z przerwami. A dziś, kiedy mi to szkodzi stokroć więcej niż wtedy, gdy miałem lat osiemnaście, jest mi również stokroć trudniej rzucić wstręnymi alkoholikami i kokainistami, do jakich zaliczyć się mimo wielkiej chęci moich „wrogów” nie mogę — strach pomyśleć.


Tak więc zaczynamy: jutro jest bal, urzynam się i pojutrze koniec. Daleko łatwiej rozprawić się z nikotyną na tle lekkiej choćby „glątewki” poalkoholowej.

niedziela, 1 maja 2016

Roztwór, który można wlać do naczynia o dowolnym kształcie

Myślę o artykule traktującym o kolejnym podejściu do zrealizowania utopii: po faszyzmie i komunizmie nowa globalistyczna utopia nie potrzebuje już człowieka o określonych cechach. Dziś jest zapotrzebowanie na „człowieka bez właściwości”, nie na kryształ, ale na roztwór, który można wlać do naczynia o dowolnym kształcie. 

Wywiad z Lechem Jęczmykiem →

Kontakt duszy z życiem boli coraz bardziej

Świat, na który przyszliśmy, od półtora wieku cierpi na rezygnację i gwałt – na rezygnację dokonywaną przez lepsze jednostki i na gwałt dokonywany przez gorsze jednostki, gwałt, który jest ich zwycięstwem.

Żadna z wyższych cech nie może się potwierdzić w kategoriach nowoczesności – ani w działaniu, ani w myśli; ani w sferze politycznej, ani w spekulatywnej.
Upadek arystokratycznych wpływów stworzył atmosferę brutalności i obojętności na sztukę – atmosferę, w której subtelniejsza wrażliwość nie znajdzie schronienia. Kontakt duszy z życiem boli coraz bardziej. Wysiłek jest coraz bardziej bolesny, bo zewnętrzne warunki podejmowanego wysiłku są coraz bardziej nienawistne.

Upadek klasycznych ideałów uczynił wszystkich potencjalnymi artystami, a przez to artystami złymi. Dopóki kryterium sztuki polegało na solidnej konstrukcji, na ścisłym przestrzeganiu reguł, niewielu próbowało być artystami i wielka część tych niewielu to artyści bardzo dobrzy. Jednak od kiedy sztuka przestała być postrzegana jako kreacja i stała się sposobem na wyrażanie uczuć, każdy może zostać artystą, bo każdy ma uczucia.

Pessoa, Księga niepokoju
tłumaczenie: Michał Lipszyc

Całe życie jest niekończącym się wyborem

§ 12. Demokraci zbyt często mówią o „dyskryminacji”, gdy ktoś zamierza dokonać wartościującej analizy poszczególnych ludzi lub zbiorowości. A przecież gdy szukamy naszej „drugiej połowy”, oceniamy przyjaciół, lekarza, nauczyciela, krawca, artystę, fryzjera, partnera do uprawiania sportu, adwokata, kolegę i choćby przedstawiciela narodu w parlamencie, stawiamy jakąś osobę ponad inną. Całe życie jest niekończącym się wyborem, dokonywanym dzięki naszej potentia ad utrumlibet, czyli wolnej woli: kto wybierze A, automatycznie „dyskryminuje” B. Odmówienie komuś zatrudnienia z powodu jego rasy, wieku, płci, wyglądu lub poziomu wykształcenia może się wydawać „niesprawiedliwe i dyskryminujące”, ale w pewnych okolicznościach mamy z tym do czynienia naprawdę bardzo często. Kobiety nie mają czego szukać w kopalnianych sztolniach, ignoranci w uniwersyteckich katedrach, a kto odmawia czarnoskórej sopranistce objęcia roli Zygfryda w operze Wagnera, na pewno nie jest „seksistą” ani tym bardziej rasistą.

Powiedzenie: „One man is a good as any other man, if not a bit better” lub „Nobody is indispensable» jest trickiem, zdradzającym nihilistyczną ideologię demokratów, w którą ludzie naprawdę szczerze wierzą, choć gdy przyjdą po rozum do głowy, po dojrzałym namyśle, nigdy jej nie praktykują. Nawet najbardziej zagorzały demokrata, jeśli poważnie zachoruje, wezwie najlepszego lekarza. Lekarze, ale także monterzy, pianiści, tenisiści i choćby artyści nie są „równie dobrzy” ani „tak samo kiepscy”.

§ 13. Liberalna demokracja jest natomiast egalitarna politycznie. Nie ma dla niej różnicy między wiedzą a ignorancją ani w przypadku wyborców ani wybranych. Czyni zatem z polityki specjalny obszar, specyficzną dziedzinę, w której obowiązują prawa inne, niż te, obowiązujące w codziennym życiu. W tym wypadku ideologia wypiera rozum, przezorność i doświadczenie. Innymi słowy: zdrowy ludzki rozsądek.

§ 14. Demokracja jest również (nieświadomie) antypluralistyczna, ponieważ wie (a przynajmniej przeczuwa), że ma optymalne szanse na sukces, skoro wyborcami są ludzie, którzy mogą zostać ujednoliceni i sprowadzeni do wspólnego mianownika nie podług wieku, ale dzięki propagandzie, „selekcji”, wykorzystywaniu możliwości, jakie daje władza, przede wszystkim zaś dzięki szkołom, środkom masowego przekazu, naciskowi społecznemu i procedurom urzędowym. Owe metody sprawdzają się tu i ówdzie, a wówczas partie stają się zaledwie „odcieniami” jednego i tego samego światopoglądu, dzięki czemu mogą prowadzić konstruktywną debatę i są gotowe iść na kompromis.

Nie zapominajmy jednak, że demokracja jest totalitarna już w samym „zarodku”, ponieważ jej niedoścignionym ideałem jest „w pełni upolityczniony naród”, gdzie każdy obywatel angażuje się politycznie. (Już w starożytnych Atenach obywatela, idiótes, który nie uczestniczył w życiu politycznym i nie okazywał zainteresowania tą dziedziną funkcjonowania państwa, traktowano z najwyższą pogardą.)

§ 15. Liberalna demokracja opiera się zatem nie na dwóch, ale na trzech filarach: a) wolności wziętej z liberalizmu; b) rządach większości; c) równości. Wolność i równość jako czynniki wykluczające się nawzajem mogą stać się przyczynami prawdziwego rozdarcia, a do tego dochodzi również kolejny problem: liberalna demokracja ze swoimi wybieranymi w wolnych wyborach parlamentami jest wprawdzie ukierunkowana ideologicznie, ale jedynie w pewnych „ramach”, w których to za sprawą swojej liberalności, musi tolerować praktycznie wszystkie światopoglądy (względnie ideologie) i nie może odrzucić a priori ich roszczeń tyczących władzy. A jeśli jednak mimo wszystko zdecyduje się na ten krok, nie może już dłużej uchodzić za „wolnościową”.

Demokracja. Opium dla ludu
Erik von Kuehnelt-Leddihn,
tłumaczenie: Małgorzata Gawlik