Dwa artykuły, na temat niemieckiego
mnicha, który specjalizował się w wędrowaniu, nie pozostając
nigdzie dłużej niż parę dni. Oczywiście z wyjątkiem sezonu
deszczowego, i starości, gdy jego ciało nie było w stanie
wytrzymać już takiej dyscypliny. Czcigodnego Nanavimalę
wspominają:
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
czwartek, 14 kwietnia 2016
środa, 13 kwietnia 2016
Ten kto nie wypełnia swego życia złudami pozostaje samotny
Żyje z nadzieją zostania pamięcią.
Nic co pełne nie oddycha.
Tak, są w błędzie, ponieważ nie
wiedzą. A gdyby wiedzieli … Nic. Nie byliby nawet w błędzie.
Przestali cię zwodzić, a nie kochać.
A tobie się wydaje, że przestali cię kochać.
Odnajdziesz dystans który cię od nich
dzieli, przyłączając się do nich.
Setka ludzi razem jest jedną setną
człowieka.
To za co płacimy naszym życiem, nigdy
nie jest zbyt drogie.
Ten kto nie wypełnia swego życia
złudami pozostaje samotny.
Antonio Porchia
Empatia i patologiczny altruizm
W tekście „Empatia i patologiczny altruizm” Lichtmesz pisze, że
lewicowe media, jakimi w trakcie letniej kampanii stały się wszystkie
media w Niemczech, zarzucały krytykom masowej imigracji brak
„współczucia” i brak „empatii”; jest to częsty, stary jak świat, zarzut
lewicowców wobec „prawicowych” oponentów, których przedstawia się jako
„bezlitosnych faszystowskich Terminatorów”. Oni sami natomiast to ludzie
współczujący, empatyczni, ba, wprost napęczniali od tego współczucia i
empatii niczym kleszcze opite krwią, omal nie pękną z nadmiaru
współczucia i empatii, ich wypięta pierś jest upstrzona błyszczącymi
medalami przyznanymi za empatię i współczucie, które z dumą demonstrują.
Empatia i współczucie kapią z ich ust niczym stróżki miodu, podczas gdy
z języków spływają mało empatyczne i współczujące słowa o pół-ludzkich
istotach, które wypełzły z ciemnych nor na światło dzienne i ośmielają
się protestować przeciwko masowemu zajmowaniu ich świata przez Obcych.
Jako „ludzie najbardziej ludzcy z ludzi” mogą bez żadnych hamulców
nienawidzić podludzi i autorytarnie zamykać im usta. Oto mistrzowie
świata w empatii – krzyżówka Matki Teresy i Józefa Stalina.
Medialna kampania związana z „kryzysem imigracyjnym” stanowi – według Lichtmesza – element strategii na wyczerpanie, której celem jest zduszenie w ludziach zachodniej cywilizacji elementarnych odruchów asertywności, samoafirmacji, akceptacji i obrony własnej tożsamości, godnej zachowania i obrony z tej prostej przyczyny, że jest „nasza” i „własna”. Rezultatem jest zbiorowa forma „patologicznego altruizmu” definiowanego przez naukowców jako „niezdrowe obsesyjne koncentrowanie się na dobru innych przy zaniedbywaniu potrzeb własnych i potrzeb bliskich”. Patologiczni altruiści sami robią sobie krzywdę, działają na własną szkodę, błędnie wierząc, że to oni spowodowali cierpienia innych albo że mają środki, aby kogoś wybawić od jego cierpienia. Towarzyszy temu często bezkrytyczny stosunek do siebie i poczucie moralnej wyższości.
Niektórzy badacze patologicznego altruizmu jego genezę lokują już na poziomie biologicznym. Kobiety częściej niż mężczyźni pragną się dobrze czuć wśród innych ludzi i podobać się im; w większym stopniu nastawione są na współpracę, są bardziej uczynne , potrafią też lepiej odgadywać potrzeby innych ludzi, politycznie są w naturalny sposób „lewicowo-liberalne” i uważają, że rząd powinien troszczyć się o ludzi. To niższy poziom testosteronu powoduje wyższy poziom empatii, stąd kobietom grozi, że ich naturalny altruizm przekształci się w altruizm patologiczny, którego odpowiednikiem, na przeciwnym biegunie, jest autyzm, zwłaszcza w formie zespołu Aspergera, dotykający przede wszystkim chłopców, i charakteryzujący się niezdolnością do wczucia się w emocje i uczucia innych ludzi. Prawdopodobnie istnieje tyle samo kobiecych patologicznych altruistów co patologicznych męskich autystów. Badacze patologicznego altruizmu nie zajmowali się dotąd współczesnym „człowiekiem Zachodu”, a przecież członkowie tych „podżeganych do gościnności i empatii” grup z entuzjazmem witający na dworcach przybyszy z Azji i Afryki, którzy zajmą ich miejsce, stanowiliby wdzięczny obiekt badań.
Już po przetoczeniu się fali imigrantów Lichtmesz pojechał na wiedeński dworzec, gdzie zastał empatyczne osoby w typie „Social Justice Warriors”, kobiety, dziewczęta, mężczyzn o łagodnych, ufnych, lekko kobiecych twarzach. Odnosiło się wrażenie, że „barbarzyńcy”, o których pisał Kawafis, stanowią dla nich rozwiązanie ich własnych problemów. Na peronie piętrzyły się stosy zabawek, przygotowane zapewne dla dzieci imigrantów, ale widocznie dzieci było za mało. Miałem ochotę, wyznaje Lichtmesz, podejść do jednej z pań i powiedzieć: „Mam radę: ci chłopcy, którzy tu przybywają, chętniej pobawiliby się innymi rzeczami” [w oryginale gra słów: „Ding” – rzecz, „Ding” – młoda dziewczyna – TG]. Ci ludzie z ich łagodną naiwnością, przypominali Lichtmeszowi dziecięcych elojów z Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa, te przerasowione, niewinne istoty schyłkowej cywilizacji, które barbarzyńskim morlokom służyły jako kanibalistyczne źródło pożywienia. Dostrzegł w nich dzieci o wypranych mózgach, zaślepione, podburzone, które najeźdźcom otwierają bramy, wierząc, że zostaną oszczędzone i party będzie trwało wiecznie, nieświadome, że bardzo szybko mogą stać się seksualnym łupem zwycięskich wojowników.
Opisy działania niemieckich mediów w czasie „kampanii proimigracyjnej”, jakie przedstawili Klonovsky, Lichtmesz i Hinz, pokazują, niejako w stanie laboratoryjnym, jak będą funkcjonować media w dojrzałym, „realnym społeczeństwie wielokulturowym”. To co obecnie było zmasowaną kampanią, która po pewnym czasie uspokaja się i wygasa, stanie się powszednią normą.
Angela Merkel w wiecznej niełasce
„Kryzys imigracyjny” wywołał oczywiście wiele głosów na temat kanclerz Merkel, jej polityki i stylu sprawowania władzy. Lichtmesz twierdzi, że Merkel jako Największa Mamuśka Wszechczasów jest na najlepszej drodze, by zostać Honeckerem RFN. Idzie o coś więcej niż o kanclerstwo Merkel, o chadecję, o kwestię możliwości państwa: idzie ni mniej ni więcej o ostateczne rozmontowanie Niemiec jako państwa i narodu niemieckiego jako etnokulturalnej jedności. Otwarcie przez Merkel śluz dla niekontrolowanej masowej imigracji mogło być pochopne i nieprzemyślane, jednakże nie jest ono niczym innym jak kulminacją polityki, którą ona i jej poprzednicy prowadzili już od dziesięcioleci, najpóźniej od chwili, kiedy „gastarbeiterzy” stali się imigrantami, i od czasu, kiedy „wielokulturowe społeczeństwo”, czyli transformacja Niemiec w „państwo wielonarodowe”, została ogłoszona jajkiem Kolumba „kwestii niemieckiej”. Skupiając się na Merkel, traci się z oczu o wiele głębszy problem wieloletniej błędnej polityki imigracyjnej i polityki tożsamości. Merkel może stać się kozłem ofiarnym, na którego zrzuci się odpowiedzialność za ewentualne fiasko tej polityki Merkel, ta „kobieta bez właściwości”, zawsze wydawała mi się – pisze Lichtmesz – kroczącą bańką władzy, wewnątrz całkowicie wydrążoną, kierowaną nieomylnym instynktem, skąd wieje wiatr, ale dlatego właśnie bardziej gnana przez okoliczności niż je tworząca. Krągłość, miękkość, niemal milutkość postaci, jej jakby nieśmiała sylwetka, połączona z lekko protekcjonalnym gestem i spojrzeniem guwernantki lub nauczycielki, która przemawia do narodu jak do pierwszoklasistów – ten habitus idealnie pasuje do infantylnego stadium końcowego Republiki Federalnej. Za pozą mamuśki i kwoki czai się coś pasywno-agresywnego, przytłaczającego, łagodnie manipulatorskiego. Nie potrafię zgłębić – przyznaje Lichtmesz – czy jest inteligentna czy głupia, cwana czy naiwna, czy sama wierzy w brednie, które wygłasza, czy też nie, czy jest zaślepioną idealistką czy wyrachowaną kłamczuchą, faktem jest tylko to, że zdradza interesy narodu, czego ten – w dużej mierze otępiały – nawet nie zauważa.
Klonovsky jest zdania, że nigdy jeszcze w niemieckiej historii, wyjąwszy owe nieszczęsne 12 lat, nie było w takim stopniu możliwe dyskredytowanie zwykłych obywateli, obrzucanie ich inwektywami, obrażanie i zbiorowe poniżanie jak w późnej erze Merkel, kiedy każdy, kto nie wita z hałaśliwym entuzjazmem niekontrolowanej masowej imigracji, jest wystawiony na odstrzał jako „ciemny Niemiec”; mogą ryczeć na niego „multi-media”, tak jak wcześniej każdego eurosceptyka oskarżały o nienawiść do Europy, a każdego konserwatystę piętnowały jako tępaka. I to wszystko pod egidą kobiety, która sama przeżyła NRD, ale widocznie albo za mało, albo za dużo nauk z tamtego reżimu wyciągnęła.
Gdyby ktoś dyskretnie zapytał panią kanclerz, czy swoją polityką służy interesom narodu niemieckiego, prawdopodobnie uznałaby to pytanie za żart; dokładnie tak samo można by zapytać Merkel, jak dalece czuje się zobowiązana wobec języka niemieckiego. Powoli wielu Niemcom zaczyna świtać w głowach, że zniszczenia, jakie Merkel wyrządza niemieckiej składni, są lilipucie w porównaniu z tymi, które wyrządziła w rzeczywistości. Demolki powiodły się, ale jakim celom służą? Wymieńmy jej wielkie czyny: zniszczyła CDU jako partię konserwatywną i przejęła w całości czerwono-zielony program, łącznie z polityką rodzinną – w „zieloną energię” chyba jako fizyk nie wierzy, ale po osobie, która mówi tak prymitywnym niemieckim, trudno oczekiwać, że przejmie się panelami słonecznymi na dachu katedry w Ulm albo wiatrakami w parku Sanssouci lub na grzbiecie Lasu Turyńskiego; załatwiła niemiecką gospodarkę energetyczną, złamała prawie każdy unijny traktat, wielokrotnie łamała niemiecką konstytucję i niemieckie prawo, znacząco podkopała fundamenty niemieckiej solidności finansowej. (…)
Wszystko to razem sprawi, że wielu zachodnich Europejczyków, zwłaszcza tych inteligentnych, przedsiębiorczych, dynamicznych, kreatywnych uda się na emigrację. Część wyjedzie na dalszy zachód (USA, Kanada), a część na wschód. Coraz więcej ludzi będzie uciekać spod opresywnej władzy multikulturalistów, od panującej ideologii antyrasizmu (będącego zakamuflowanym rasizmem skierowanym przeciwko Białym) do Polski, Czech, na Słowację, na Węgry. Na dworcach będziemy z transparentami „Refugees Welcome!” witać Niemców, Belgów, Szwedów, Francuzów, Holendrów i innych uchodźców z zachodniej Europy, szukających u nas wolności, lepszych warunków życia, możliwości zakupu ziemi i prowadzenia biznesu. Jestem pewien, że Polacy okażą im wiele empatii i przyjmą z otwartymi ramionami.
Fragment artykułu Tomasza Gabisia →
Medialna kampania związana z „kryzysem imigracyjnym” stanowi – według Lichtmesza – element strategii na wyczerpanie, której celem jest zduszenie w ludziach zachodniej cywilizacji elementarnych odruchów asertywności, samoafirmacji, akceptacji i obrony własnej tożsamości, godnej zachowania i obrony z tej prostej przyczyny, że jest „nasza” i „własna”. Rezultatem jest zbiorowa forma „patologicznego altruizmu” definiowanego przez naukowców jako „niezdrowe obsesyjne koncentrowanie się na dobru innych przy zaniedbywaniu potrzeb własnych i potrzeb bliskich”. Patologiczni altruiści sami robią sobie krzywdę, działają na własną szkodę, błędnie wierząc, że to oni spowodowali cierpienia innych albo że mają środki, aby kogoś wybawić od jego cierpienia. Towarzyszy temu często bezkrytyczny stosunek do siebie i poczucie moralnej wyższości.
Niektórzy badacze patologicznego altruizmu jego genezę lokują już na poziomie biologicznym. Kobiety częściej niż mężczyźni pragną się dobrze czuć wśród innych ludzi i podobać się im; w większym stopniu nastawione są na współpracę, są bardziej uczynne , potrafią też lepiej odgadywać potrzeby innych ludzi, politycznie są w naturalny sposób „lewicowo-liberalne” i uważają, że rząd powinien troszczyć się o ludzi. To niższy poziom testosteronu powoduje wyższy poziom empatii, stąd kobietom grozi, że ich naturalny altruizm przekształci się w altruizm patologiczny, którego odpowiednikiem, na przeciwnym biegunie, jest autyzm, zwłaszcza w formie zespołu Aspergera, dotykający przede wszystkim chłopców, i charakteryzujący się niezdolnością do wczucia się w emocje i uczucia innych ludzi. Prawdopodobnie istnieje tyle samo kobiecych patologicznych altruistów co patologicznych męskich autystów. Badacze patologicznego altruizmu nie zajmowali się dotąd współczesnym „człowiekiem Zachodu”, a przecież członkowie tych „podżeganych do gościnności i empatii” grup z entuzjazmem witający na dworcach przybyszy z Azji i Afryki, którzy zajmą ich miejsce, stanowiliby wdzięczny obiekt badań.
Już po przetoczeniu się fali imigrantów Lichtmesz pojechał na wiedeński dworzec, gdzie zastał empatyczne osoby w typie „Social Justice Warriors”, kobiety, dziewczęta, mężczyzn o łagodnych, ufnych, lekko kobiecych twarzach. Odnosiło się wrażenie, że „barbarzyńcy”, o których pisał Kawafis, stanowią dla nich rozwiązanie ich własnych problemów. Na peronie piętrzyły się stosy zabawek, przygotowane zapewne dla dzieci imigrantów, ale widocznie dzieci było za mało. Miałem ochotę, wyznaje Lichtmesz, podejść do jednej z pań i powiedzieć: „Mam radę: ci chłopcy, którzy tu przybywają, chętniej pobawiliby się innymi rzeczami” [w oryginale gra słów: „Ding” – rzecz, „Ding” – młoda dziewczyna – TG]. Ci ludzie z ich łagodną naiwnością, przypominali Lichtmeszowi dziecięcych elojów z Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa, te przerasowione, niewinne istoty schyłkowej cywilizacji, które barbarzyńskim morlokom służyły jako kanibalistyczne źródło pożywienia. Dostrzegł w nich dzieci o wypranych mózgach, zaślepione, podburzone, które najeźdźcom otwierają bramy, wierząc, że zostaną oszczędzone i party będzie trwało wiecznie, nieświadome, że bardzo szybko mogą stać się seksualnym łupem zwycięskich wojowników.
Opisy działania niemieckich mediów w czasie „kampanii proimigracyjnej”, jakie przedstawili Klonovsky, Lichtmesz i Hinz, pokazują, niejako w stanie laboratoryjnym, jak będą funkcjonować media w dojrzałym, „realnym społeczeństwie wielokulturowym”. To co obecnie było zmasowaną kampanią, która po pewnym czasie uspokaja się i wygasa, stanie się powszednią normą.
Angela Merkel w wiecznej niełasce
„Kryzys imigracyjny” wywołał oczywiście wiele głosów na temat kanclerz Merkel, jej polityki i stylu sprawowania władzy. Lichtmesz twierdzi, że Merkel jako Największa Mamuśka Wszechczasów jest na najlepszej drodze, by zostać Honeckerem RFN. Idzie o coś więcej niż o kanclerstwo Merkel, o chadecję, o kwestię możliwości państwa: idzie ni mniej ni więcej o ostateczne rozmontowanie Niemiec jako państwa i narodu niemieckiego jako etnokulturalnej jedności. Otwarcie przez Merkel śluz dla niekontrolowanej masowej imigracji mogło być pochopne i nieprzemyślane, jednakże nie jest ono niczym innym jak kulminacją polityki, którą ona i jej poprzednicy prowadzili już od dziesięcioleci, najpóźniej od chwili, kiedy „gastarbeiterzy” stali się imigrantami, i od czasu, kiedy „wielokulturowe społeczeństwo”, czyli transformacja Niemiec w „państwo wielonarodowe”, została ogłoszona jajkiem Kolumba „kwestii niemieckiej”. Skupiając się na Merkel, traci się z oczu o wiele głębszy problem wieloletniej błędnej polityki imigracyjnej i polityki tożsamości. Merkel może stać się kozłem ofiarnym, na którego zrzuci się odpowiedzialność za ewentualne fiasko tej polityki Merkel, ta „kobieta bez właściwości”, zawsze wydawała mi się – pisze Lichtmesz – kroczącą bańką władzy, wewnątrz całkowicie wydrążoną, kierowaną nieomylnym instynktem, skąd wieje wiatr, ale dlatego właśnie bardziej gnana przez okoliczności niż je tworząca. Krągłość, miękkość, niemal milutkość postaci, jej jakby nieśmiała sylwetka, połączona z lekko protekcjonalnym gestem i spojrzeniem guwernantki lub nauczycielki, która przemawia do narodu jak do pierwszoklasistów – ten habitus idealnie pasuje do infantylnego stadium końcowego Republiki Federalnej. Za pozą mamuśki i kwoki czai się coś pasywno-agresywnego, przytłaczającego, łagodnie manipulatorskiego. Nie potrafię zgłębić – przyznaje Lichtmesz – czy jest inteligentna czy głupia, cwana czy naiwna, czy sama wierzy w brednie, które wygłasza, czy też nie, czy jest zaślepioną idealistką czy wyrachowaną kłamczuchą, faktem jest tylko to, że zdradza interesy narodu, czego ten – w dużej mierze otępiały – nawet nie zauważa.
Klonovsky jest zdania, że nigdy jeszcze w niemieckiej historii, wyjąwszy owe nieszczęsne 12 lat, nie było w takim stopniu możliwe dyskredytowanie zwykłych obywateli, obrzucanie ich inwektywami, obrażanie i zbiorowe poniżanie jak w późnej erze Merkel, kiedy każdy, kto nie wita z hałaśliwym entuzjazmem niekontrolowanej masowej imigracji, jest wystawiony na odstrzał jako „ciemny Niemiec”; mogą ryczeć na niego „multi-media”, tak jak wcześniej każdego eurosceptyka oskarżały o nienawiść do Europy, a każdego konserwatystę piętnowały jako tępaka. I to wszystko pod egidą kobiety, która sama przeżyła NRD, ale widocznie albo za mało, albo za dużo nauk z tamtego reżimu wyciągnęła.
Gdyby ktoś dyskretnie zapytał panią kanclerz, czy swoją polityką służy interesom narodu niemieckiego, prawdopodobnie uznałaby to pytanie za żart; dokładnie tak samo można by zapytać Merkel, jak dalece czuje się zobowiązana wobec języka niemieckiego. Powoli wielu Niemcom zaczyna świtać w głowach, że zniszczenia, jakie Merkel wyrządza niemieckiej składni, są lilipucie w porównaniu z tymi, które wyrządziła w rzeczywistości. Demolki powiodły się, ale jakim celom służą? Wymieńmy jej wielkie czyny: zniszczyła CDU jako partię konserwatywną i przejęła w całości czerwono-zielony program, łącznie z polityką rodzinną – w „zieloną energię” chyba jako fizyk nie wierzy, ale po osobie, która mówi tak prymitywnym niemieckim, trudno oczekiwać, że przejmie się panelami słonecznymi na dachu katedry w Ulm albo wiatrakami w parku Sanssouci lub na grzbiecie Lasu Turyńskiego; załatwiła niemiecką gospodarkę energetyczną, złamała prawie każdy unijny traktat, wielokrotnie łamała niemiecką konstytucję i niemieckie prawo, znacząco podkopała fundamenty niemieckiej solidności finansowej. (…)
Wszystko to razem sprawi, że wielu zachodnich Europejczyków, zwłaszcza tych inteligentnych, przedsiębiorczych, dynamicznych, kreatywnych uda się na emigrację. Część wyjedzie na dalszy zachód (USA, Kanada), a część na wschód. Coraz więcej ludzi będzie uciekać spod opresywnej władzy multikulturalistów, od panującej ideologii antyrasizmu (będącego zakamuflowanym rasizmem skierowanym przeciwko Białym) do Polski, Czech, na Słowację, na Węgry. Na dworcach będziemy z transparentami „Refugees Welcome!” witać Niemców, Belgów, Szwedów, Francuzów, Holendrów i innych uchodźców z zachodniej Europy, szukających u nas wolności, lepszych warunków życia, możliwości zakupu ziemi i prowadzenia biznesu. Jestem pewien, że Polacy okażą im wiele empatii i przyjmą z otwartymi ramionami.
Fragment artykułu Tomasza Gabisia →
Majestatyczne władanie większości
Nie znam kraju gdzie generalnie jest
mniej intelektualnej niezależności i mniej swobody wypowiedzi
niż w Ameryce. … W Ameryce większość tworzy nieprzenikniony mur
wokół procesu myślenia.
Inkwizycja nigdy nie zdołała zapobiec
w Hiszpanii cyrkulacji książek oponujących religii wyznawanej
przez większość. Majestatyczne władanie większości działa
sprawniej w Stanach Zjednoczonych; usunęło nawet myśl o ich
publikacji.
Tocqueville O demokracji w Ameryce
wtorek, 12 kwietnia 2016
Moje ubóstwo nie jest kompletne
Traktuj mnie tak jak powinieneś mnie
traktować, a nie tak, jak powinienem być traktowany.
Człowiek nigdzie nie idzie. Wszystko
przychodzi do niego, tak jak jutro.
Otworzyły się przede mną drzwi.
Wszedłem, i stanąłem przed setką zamkniętych drzwi.
Moje ubóstwo nie jest kompletne. Brak
mu mnie.
U nikogo nie odnalazłem tego jakim
powinienem być. I tak pozostałem: jak nikt.
Antonio Porchia
Rzeczy muszą znajdować się w pewnym oddaleniu
Co często czyni edukacja? Tworzy
prosty kanał, ze swobodnie wijącego się potoku.
Co możemy zrobić z człowiekiem,
który obawia się lasów, ich samotności i ciemności? Jakież
zbawienie jest mu przeznaczone? Bóg jest milczący i tajemniczy.
Jest pewien płodny smutek, którego
nie unikam, a raczej zdecydowanie poszukuję. Jest mi on pozytywnie
radosny. Wybawia me życie od bycia trywialnym.
Zbytnie oddanie się swym myślom, jest
dla autora fatalne. Rzeczy muszą znajdować się w pewnym oddaleniu,
by być opisane.
Moje pragnienie towarzystwa
nieskończenie wzrosło; moja umiejętność dopasowania się do
jakiegokolwiek towarzystwa zmniejszyła się.
Henry David Thoreau
Dziennik
Bogowie mieszkający gdzieś poza modlitwą, wydali ją temu tygrysowi, co zwie się ogień
Suzana Soca
Spokojną czułość budziły w niej barwy
Rozproszone wieczoru. I lubiła,
Gdy wciągała ją melodia zawiła
Lub życia wierszy osobliwe czary.
Nie czerwień ostra, lecz szarość, odcienie
Jej przędły z wolna życiorys subtelny,
Rozwagi pełen, ćwiczony niezmiennie
W sztuce wahania i niuansom wierny.
Nie śmiała sama wejść w nierozwikłany
Labirynt, trwając z daleka na straży
Tumultu świata i zgiełku wydarzeń,
Jak dama tamta, w luster wpięta ramy.
Bogowie, których żadna z modlitw nie odmieni,
Na pastwę ją tygrysa oddali: płomieni.
Jorge Luis Borges
tłumaczenie: Krystyna Rodowska
Spokojną czułość budziły w niej barwy
Rozproszone wieczoru. I lubiła,
Gdy wciągała ją melodia zawiła
Lub życia wierszy osobliwe czary.
Nie czerwień ostra, lecz szarość, odcienie
Jej przędły z wolna życiorys subtelny,
Rozwagi pełen, ćwiczony niezmiennie
W sztuce wahania i niuansom wierny.
Nie śmiała sama wejść w nierozwikłany
Labirynt, trwając z daleka na straży
Tumultu świata i zgiełku wydarzeń,
Jak dama tamta, w luster wpięta ramy.
Bogowie, których żadna z modlitw nie odmieni,
Na pastwę ją tygrysa oddali: płomieni.
Jorge Luis Borges
tłumaczenie: Krystyna Rodowska
Susana Soca and Boris Pasternak
Książę tego świata
Ponieważ Chrystus okrzyknął Szatana
„Księciem tego świata”, święty Paweł pragnąc go przebić,
celnie stwierdził, że jest on tego świata bogiem.
Czyż mamy prawo zachowywać się jak
porzuceni, skoro takie autorytety po imieniu nazywają tego, kto nami
rządzi?
Emil Cioran, Wyznania i anatemy
tłumaczenie: Krzysztof Jarosz
niedziela, 10 kwietnia 2016
Samotny aktor na pustej scenie, przed widownią, gdzie nie ma ani jednego widza
Najsmutniejsze i najgorsze są te kłamstwa, w które ich głosiciele wierzą jak w prawdę.
Z dziennika poety
Z dziennika poety
niedziela, 20 marca 2016
To są jawne rządy szatana i upadłych aniołów...
Dariusz
Suska: Najbardziej wpływowi filozofowie nowożytni, tacy jak
Schopenhauer czy Nietzsche, są bardzo pesymistyczni w ocenie
rzeczywistości. Schopenhauer mówi o wzajemnym pożeraniu się istot
żywych, o świecie jako kolisku cierpienia i śmierci. Czy
chrześcijaninowi taka wizja może być bliska?
Jerzy Nowosielski: Jako chrześcijaninowi jest mi bardzo bliska, bo ja jestem też bliski manicheizmowi.
Wierzy Pan więc, że tym światem i tą historią rządzi diabeł?
- Wierzę, że tzw. upadłe byty subtelne w jakimś continuum czasoprzestrzennym, którego my nie umiemy ani znaleźć, ani nazwać, tak gruntownie zepsuły boskie dzieło stworzenia, że właściwie żyjemy na gruzach. To oczywiste, że światem rządzi diabeł. Zresztą nawet w Ewangelii określony on jest mianem księcia tego świata. W pismach św. Jana rzeczywistość także jest oparta na elemencie zła.
Jeżeli przyjmiemy, że diabeł rządzi światem, to musimy również uznać, że Bóg, jeżeli jest wszechmocny, z tego świata się wycofał.
- Wygląda na to, że się wycofał.
I nie uczestniczy w historii?
- W jakiś sposób uczestniczy, ale jak, to nie umiem określić. W każdym razie Bóg nie urządza tej rzeczywistości w obronie istot na nią się składających.
Uważa Pan, że w diabła jest o wiele łatwiej wierzyć niż w Pana Boga?
- Ależ oczywiście, w Boga jest prawie w ogóle niemożliwe wierzyć. W diabła musi się wierzyć, bo się go dotyka na co dzień.
Cała tragedia zwierzęcej i ludzkiej egzystencji, tragedia przyrody - to są jawne rządy szatana i upadłych aniołów. Natomiast gdzie jest ten Bóg? Gdzie go szukać?
Jerzy Nowosielski: Jako chrześcijaninowi jest mi bardzo bliska, bo ja jestem też bliski manicheizmowi.
Wierzy Pan więc, że tym światem i tą historią rządzi diabeł?
- Wierzę, że tzw. upadłe byty subtelne w jakimś continuum czasoprzestrzennym, którego my nie umiemy ani znaleźć, ani nazwać, tak gruntownie zepsuły boskie dzieło stworzenia, że właściwie żyjemy na gruzach. To oczywiste, że światem rządzi diabeł. Zresztą nawet w Ewangelii określony on jest mianem księcia tego świata. W pismach św. Jana rzeczywistość także jest oparta na elemencie zła.
Jeżeli przyjmiemy, że diabeł rządzi światem, to musimy również uznać, że Bóg, jeżeli jest wszechmocny, z tego świata się wycofał.
- Wygląda na to, że się wycofał.
I nie uczestniczy w historii?
- W jakiś sposób uczestniczy, ale jak, to nie umiem określić. W każdym razie Bóg nie urządza tej rzeczywistości w obronie istot na nią się składających.
Uważa Pan, że w diabła jest o wiele łatwiej wierzyć niż w Pana Boga?
- Ależ oczywiście, w Boga jest prawie w ogóle niemożliwe wierzyć. W diabła musi się wierzyć, bo się go dotyka na co dzień.
Cała tragedia zwierzęcej i ludzkiej egzystencji, tragedia przyrody - to są jawne rządy szatana i upadłych aniołów. Natomiast gdzie jest ten Bóg? Gdzie go szukać?
wtorek, 15 marca 2016
Wiem ...
Wiem co ci ofiarowałem...
Nie wiem, co otrzymałeś.
Nie wiem, co otrzymałeś.
Antonio Porchia
Prawie jak ludzie
To
zdjęcie dokumentuje straszną scenę – Kijów, wrzesień 1941.
Babi Jar. Matka na sekundy przed śmiercią tuli do siebie dziecko.
Człowiek w mundurze SS, który za chwilę zacznie mordować, nie
mówi po niemiecku. To Ukrainiec, pochodzący z zachodniej Ukrainy, a
dokładnie z Żytomierza. Służył w dywizji „Galicja”, a w 1943
roku uczestniczył w Einsatzgruppen.

Od
kogo pochodzi ta szczegółowa wiedza? A od niego samego. Tę
fotografię przejęli partyzanci wraz z dokumentami i
nieśmiertelnikiem. Skonfiskowano to, gdy przeszukiwano jego ciało.
Ten potworny obraz będzie jednym z najbardziej wymownych świadków
ofiar nazizmu w procesie norymberskim.
Mocno
uderzające jest jednak to, że to
zdjęcie znaleziono także w rzeczach osobistych przy zabitym
Banderze.
Spoczywało sobie pośród kartek i listów, pisanych do rodziny.
Przywódca ukraiński pielęgnował tą pamiątkę. Z dumą pokazywał
ją dzieciom i wnukom, chwaląc się, jak „dzielnie walczył” o
niepodległość Ukrainy…
Niemcy
zabijali Żydów, Rosjan, Polaków, Białorusinów i Ukraińców.
Tylko robili to z obojętnością, a czasem nawet pewnie z
obrzydzeniem (ale nie z litości dla ofiar, ale dlatego, że „brudni
ludzie” nie są godni aryjskiej rasy).
Ukraińcy
zaś mordowali z przyjemnością i dla zabawy z błyskiem w oku. Ani
jeden, ani drugi taki „niuans” nie ma uzasadnienia, ale różnica
wiele mówi o Ukraińcach. W Polsce pojawiło się trochę dobrych
publikacji o masakrze na Wołyniu i o Ruchu Bandery, ale nie trafiają
one do szerszego grona czytelników w imię i ze względu na
idiotyczną „przyjaźń narodów”.

Wiadomo,
że Bandera pisał listy do krewnych, przyjaciół, kolegów
żołnierzy. Potwierdzają to ludzie, jego towarzysze, marzący o
pięknej przyszłości Ukrainy (bez Żydów i Moskali). Banderowcy
potrafili pięknie rozprawiać o swych domach rodzinnych, aby potem
zabijać i gwałcić, a zachowaniom tym towarzyszyły te same, prawie
szczere emocje. Jeden z banderowców wspomina, jak podpalał stosy
leżących trupów, marząc o wolnej Ukrainie, o spokoju, o rodzinnej
chacie i o swojej mamie.
Niemcy,
choć nie wszyscy zrozumieli co zrobili źle, ale nawet najzagorzalsi
naziści podświadomie szukali wymówek. Dla Ukraińców „zło”,
jako koncepcja, nie istnieje. Zabicie Żyda, Polaka i Rosjanina
będzie zawsze odbierane dobrze. „Złem” będzie zabicie
Ukraińca, choć nie zawsze. W brutalnej wojnie banderowcy dobijali
swoich współbraci, którzy opóźniali marsze lub nie byli już w
stanie walczyć z różnych przyczyn. Stepan Bandera w 1941 roku,
zbliżając się do jednego z miast i przygotowując swoich „chłopców
do pracy” mówił:
„Tylko
Ukraina, jej wola i obraz będą miały największe znaczenia dla
nas. Jeśli pytasz mnie, jak wielu Ukraińców trzeba zabić dla
dobra Ukrainy, odpowiadam: tyle, ile się da i trzeba zostawić”.
Wszystko
to jest bezpośrednio związane z dniem dzisiejszym. Do dziś nie
wyjaśniono, kto spalił ludzi w Odessie. Ucichła sprawa katastrofy
samolotu pasażerskiego, zestrzelonego na Ługańskiem. Zachodnie
media wskazują na Moskwę, ale kto tak naprawdę za to wszystko
odpowiada? Rosjanie twierdzą, że bezpośrednio i ideologicznie
potomkowie Bandery, Szuchewyczowicza, Konowalca … i innych im
podobnych.
Żołnierze
niemieccy, którzy widzieli obozy koncentracyjne, a nawet oficerowie
SS, pisali o „nieludzkiej nienawiści” w oczach Ukraińców. Dziś
znowu, zdaniem Rosjan, widać te oczy, ale u innych młodszych
właścicieli. Nienawiść grzeje znacznie lepiej niż rosyjski gaz.
I nie jest ciepła, więc można wyjść i rozpocząć atak na
sąsiada, a potem ogrzać się w swojej chacie.

Poczyniono
wielki błąd i kiedyś możemy zapłacić za to najwyższą cenę.
Żydzi w obliczu nazizmu pielęgnują i rozwijają pamięć o złu.
Wożą swoje dzieci do muzeów i pokazują im wszystkie obozy
koncentracyjne, nie oszczędzając psychiki dziecka, aby do łez i
bólu wszystko odcisnęło się w pamięci. We wspieranej przez
naszych polityków Ukrainie odradza się zło równie bardzo
przerażające – uparci, okrutni i nieludzcy banderowcy!

Ale
my wolimy o tym nie mówić, a najlepiej wymazać z pamięci, aby
„nie psuć dobrych stosunków”, nie otwierać muzeów i nie
stawiać pomników. Nawet jeden film, poświęcony tym wydarzeniom,
powstaje w bólach. Po co wierzyć w pamięć starszych, jeszcze
żyjących, ludzi…?
W kulturze materialistycznej, z gruntu areligijnej, mnich jest kimś niepotrzebnym
Stańmy teraz wobec faktu, że powołanie monastyczne może przedstawiać dla współczesnego świata problem i być zgorszeniem. W kulturach o podłożu religijnym, takich jak hinduska czy japońska, postać mnicha jest sama przez się zrozumiała. Skoro całe społeczeństwo jest zorientowane poza doczesne starania o biznes i przyjemności, nikogo nie dziwi fakt, że są ludzie, którzy poświęcają swe życie niewidzialnemu Bogu. W kulturze materialistycznej, z gruntu areligijnej, mnich jest kimś niepotrzebnym, ponieważ „niczego nie produkuje". Jego życie wydaje się zupełnie bezużyteczne. Nawet chrześcijanie nie są wolni od tej obawy o pozorną „nieużyteczność" mnicha, i spotykamy się z argumentacją przedstawiającą klasztor jako rodzaj dynama, które, jakkolwiek nie „produkuje" łaski, to jednak wytwarza i dostarcza światu owe nieskończenie cenne dobra duchowe.
Pierwsi Ojcowie monastycyzmu nie troszczyli się o takie argumenty, jakkolwiek mogą one być wartościowe w stosownym kontekście. W odczuciu Ojców poszukiwanie Boga nie potrzebowało żadnej obrony. Albo raczej, uważali oni, że jeśli ludzie nie postawią szukania Boga na pierwszym miejscu, żadna inna obrona monastycyzmu im nie pomoże.
Thomas
Merton OCSO, Życie w milczeniu, przekład: Benedyktyni tynieccy,
TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów
Subskrybuj:
Posty (Atom)