sobota, 1 lutego 2014

Wszyscy nienormalnie chorzy.


O tym jak Michał Katny chodzi po świecie i szuka ludzi normalnych, i chodzi i szuka, wędruje, jeździ – i nie może zaleźć.

Edward Stachura
Dzienniki, Zeszyty podróżne 2 s. 285

Odważny Stenis


Pompejusz musiał karać ludzi mających głównie opinię wrogów Sulli i jawnie na tym przyłapanych. Innych, których mógł, przeoczał; a niektórym nawet pomagał umknąć. Tak też postanowił ukarać miasto Himerę*, stojące po strome wrogów Sulli.

Wtedy przywódca Himeryjczyków, Stenis, poprosił o głos i oświadczył, że Pompejusz postępuje niesprawiedliwie, skoro winnego omija, a gubi niewinnych. „A któż to ten winien?" Na to pytanie Pompejusza Stenis odpowiedział: „To ja!" 

Bo on przyjaciół swych do tego nakłonił, a przeciwników zmusił. Wtedy Pompejusz, z podziwu dla odwagi i rozumu tego człowieka, najpierw uniewinnił jego, potem wszystkich innych.

*Himera — miasto na północnym wybrzeżu Sycylii.

Plutarch, Żywoty sławnych mężów
tłumaczenie: Mieczysław Brożek

Pod wpływem ciężkiej choroby nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że właśnie jest chory


Kiedy ktoś potrzebuje leczenia, to jeśli go boli ząb lub palec, z miejsca idzie do lekarza; jeśli ma gorączkę, wzywa go do domu i prosi o pomoc; ale kto popadnie w melancholię, zapalenie mózgu lub obłęd, niekiedy nawet odwiedzin lekarza nie może znieść i albo go wypędza, albo sam ucieka, pod wpływem ciężkiej choroby nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że właśnie jest chory. Podobnie i ludzie błądzący: niepoprawni są ci, którzy do upominających ich i krytykujących odnoszą się wrogo i ze złością, mając im to za złe; mniej ciężki jest stan tych, którzy cierpliwie przyjmują zarzuty. Jeśli zaś ktoś zawini, przyznać się do tego ganiącym, powiedzieć, na czym wypadek polega, odsłonić swą występność, a nie cieszyć się, jeśli ona ujdzie uwagi i nie zostanie wykryta, tylko właśnie wyznać ją i odczuwać potrzebę kogoś, kto zajmie się nią i udzieli napomnienia — oto nie byle jakie znamię postępu moralnego! Tak kiedyś Diogenes powiedział, że kto potrzebuje poprawy, niech szuka albo zacnego przyjaciela, albo zajadłego wroga, aby — czy to przez krytykę, czy przez życzliwą pomoc — pozbyć się zła.

Dopóki zaś ktoś, pokazując zabrudzenie czy plamę na chitonie lub dziurawy trzewik, wystawia na pokaz próżną skromność, a podkpiwając ze swego małego wzrostu lub garbatych pleców myśli, że okazuje tym śmiałą beztroskę, natomiast wewnętrzną brzydotę duszy, wykroczenia życiowe przez małostkowość, zmysłowość, złośliwość, zawiść, jak wrzody osłania i ukrywa, by ich nikt nie ujrzał ani nie dotknął, w obawie nagany — dopóty niewiele jeszcze postąpił w cnocie, a właściwie wcale. Przeciwnie, kto z tymi wadami walczy, a chce i potrafi przede wszystkim, zawiniwszy, sam sobie robić wyrzuty i martwić się, po drugie zaś, na czyjeś upomnienia odpowiedzieć uległością i chęcią poprawy po skarceniu — taki zdaje się rzeczywiście odrzucać zepsucie i brzydzić się nim. Należy bowiem, naturalnie, unikać i wstydzić się nawet pozorów występności; ale kto bardziej boleje nad samą nieprawością niż nad niesławą z jej powodu, nie będzie się obawiał, że go skrytykują lub on sam siebie, byleby się przez to stał lepszy.

Dowcipnie odezwał się Diogenes do młodzieńca, którego zobaczył wchodzącego do karczmy, a który ze wstydu schował się w niej: „Im głębiej się schowasz, tym bardziej będziesz w karczmie!" I każdy marny człowiek — im bardziej wypiera się swych występków, tym bardziej w nie się pogrąża i sam siebie w zło wpędza. Bez wątpienia, ubodzy udający zamożnych stają się jeszcze ubożsi skutkiem swej chełpliwości; ten zaś, kto się rzeczywiście doskonali, może brać przykład z Hippokratesa, który napisał i wyznał, czego nie wiedział o szwach czaszki; otóż taki człowiek będzie rozumował, że straszna to rzecz, jeśli Hippokrates przyznał się do błędu po to, żeby inni weń nie popadli, a on pragnąc wybawienia z win nie odważy się poddać krytyce i przyznać się do nierozumu i nieuctwa. Wszelako wypowiedzi Biona i Pyrrona świadczą nie tyle o postępie, ile o lepszym już i doskonalszym stanie umysłu. Pierwszy z nich bowiem zalecał swoim bliskim, żeby stwierdzali u siebie postęp dopiero wtedy, kiedy słuchać będą obelg, tak jakby do nich mówiono: Gościu, nie zdajesz się mężem ni lichym, ni mało rozumnym, Zdrowiem i szczęściem się raduj, pomyślność niech bogi ci ześlą. A o Pyrronie opowiadają, że na statku w czasie niebezpiecznej burzy morskiej wskazał prosiątko, które z zadowoleniem pożywiało się rozsypanym jęczmieniem, i rzekł do towarzyszy, że z rozumu i filozofii powinni czerpać taką właśnie niewzruszoność, jeżeli nie chcą dać się niepokoić życiowymi zdarzeniami.

Plutarch, Moralia, t I
tłum. Zofia Abramowiczówna

Przykazania


Powiedział także [abba Agaton], iż bez przestrzegania przykazań Bożych człowiek nie zdobędzie  ani jednej cnoty. Agaton 3,165

Przykazania Boże, czyli Dekalog, to wzór prostoty chrześcijańskiej nauki moralnej. Dziesięć krótkich i zwięzłych zdań plus dwa przykazania miłości — fundament całej chrześcijańskiej nauki moralnej. Nie ma tam „achów" i „ochów" ani pobożnych wezwań. Są to proste w swej formie zdania: „nie rób tego a tego" lub „rób to i to". I właśnie z powodu swej prostoty bywają lekceważone, bo my lubimy sprawy skomplikowane, wyrażone najlepiej w obcych terminach zaczerpniętych z łaciny czy greki, zawierające zawiłe problemy, jakże często komplikujące sprawy proste. Nie znajdujemy tu jednak traktatu o rodzicach, ale proste: „Czcij ojca swego i matkę twoją", nie ma mowy o psychologicznych aspektach płciowości, ale: „Nie cudzołóż" i nazywające brutalnie to, co chcielibyśmy owinąć watą neutralnych zwrotów i terminów.

Te przykazania stanowią fundament naszego życia religijno--moralnego. Bez nich ono nie istnieje, podobnie jak nie istnieje bez nich chrześcijańska asceza, najbardziej subtelne wzloty religijne czy tym bardziej mistyka. I biada temu, kto pominąwszy je, zaczyna budować swoje życie duchowe i moralne. To tak, jakby zaczynał budowę domu od komina lub, co gorsza, od dymu kominie.

Są one fundamentem, a fundament jest głęboko ukryty ziemi, niewidoczny, niepozorny, jego wykonanie wymaga wiele mozolnej pracy: należy wkopać się w ziemię, wywieźć mnóstwo ziemi i gruzu, wyrzucić kamienie, być może wyrwać korzenie drzew. Ale raz wykopawszy fundament, możemy bezpiecznie budować nasz dom, ozdabiać go. Patrząc na harmonijną fasadę tylko niewielu pomyśli o trudzie budowania podstaw – fundamentów.

O tym właśnie przypomina nam ten apoftegmat.

Niegdyś w wieczornym pacierzu odmawiano dziesięcioro Bożych przykazań. Odmawiano wolno, tak by można się było przy tym zastanowić, jak wyglądała ich realizacja w mijającym właśnie dniu. Jaka to dla nas wszystkich szkoda — i dla poszczególnych ludzi, i dla całego społeczeństwa - że dziś my, katolicy, nie przypominamy sobie codziennie wieczorem: „Nie zabijaj", „Nie cudzołóż", „Nie kradnij", „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu" itd. Może warto do tej praktyki powrócić?

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006
**

„Nie" nałogom związanym z używkami i przyjemnościami! „Nie" dezorientacji!


Nie byłem szczególnie religijny, ale w świecie mieszczańskim denerwowali mnie ludzie, którzy wiarę uznawali wprawdzie za oportunizm i przeżytek, ale jednocześnie sami myśleli i robili dokładnie to samo, co myślą wszyscy. W świecie mnichów fascynowało mnie natomiast to, że tu rzeczywiście robi się coś, czego nie robi nikt inny, coś tak absurdalnego, tak na opak, tak oddalonego od spraw, do których jesteśmy przyzwyczajeni, że trzeba by to właściwie określić mianem szaleństwa. Można było przypuszczać, że globalne zniszczenie środowiska okaże się znacznie mniejszym problemem niż zniszczenie wartości duchowych, niż olbrzymie kulturowe śmietnisko, w którym coraz głębiej toniemy. Ci ludzie mają narzędzie do przeciwstawienia się obniżaniu poziomu naszej kultury - swoje „nie"! „Nie" samozniszczeniu człowieka przez niszczący styl życia! „Nie" przestępczości! „Nie" przemocy! „Nie" kłamstwom! „Nie" nałogom związanym z używkami i przyjemnościami! „Nie" dezorientacji!

Za: Peter Seewald, Szkoła mnichów. Inspiracje dla naszego życia, przekład; Kamil Markiewicz, Wydawnictwo eSPe, Kraków 2011

Pocieszenie dla tych o słabej pamięci




Bez wątpienia pamięć jest bardzo użyteczna i bez dobrej pamięci wysokie IQ nie jest możliwe. Ale wysokie IQ nie oznacza jeszcze mądrości. Dowodem na to jest Montaigne, który zdecydowanie był mądrym człowiekiem, choć jego pamięć nie była najlepsza:


Pamięć to bardzo cudowne i pożyteczne narzędzie, bez którego rozum niełacno wypełnia swe zadania; owóż mnie zbywa jej zupełnie. Gdy ktoś chce się ze mną porozumieć, musi to robić cząstkowo, nie jest bowiem w mej mocy odpowiedzieć na cokolwiek złożony wywód. Toż samo nie umiałbym przyjąć zlecenia bez tabliczki pod ręką. I kiedy mam mieć jakieś ważniejsze przemówienie, jeśli tylko jest trochę przydługie, skazany jestem na tę szpetną i nędzną konieczność, aby uczyć się słowo po słowie tego, co mam gadać. Inaczej nie miałbym ani swobody, ani pewności, będąc w ciągłej obawie, iż pamięć może mi spłatać jakowąś psotę. Ale ten sposób nastręcza mi wcale nie mniejsze trudności: aby się nauczyć trzech wierszy, trzeba mi trzech godzin; a przy tym we własnym utworze przysługująca autorowi swoboda przeinaczenia porządku, odmienienia słowa, przekształcając w myśli nieustannie materię, czyni ją tym trudniejszą do zatrzymania w pamięci. Im mniej ufam swej pamięci, tym bardziej ona się miesza; lepiej mi służy w przypadkowym spotkaniu niż z namysłu. Trzeba mi zażywać jej bez gwałtu; jeśli ją przyciskam, staje dęba, a gdy raz zaczęła się mącić, im więcej ją gruntuję, tym więcej plącze się i gmatwa: służy mi wedle swej ochoty, nie wedle mojej.
(…)
Zdarzyło mi się niejednokrotnie zapomnieć hasła, które sam przed trzema godzinami dałem albo otrzymałem; takoż zapomnieć, gdziem schował sakiewkę wbrew temu, co powiada Cycero: owszem, rzekłbyś, sam dokładam starań, aby zgubić to, co szczególnie staram się przechować. Memoria certe non modo philosophiam, sed omnis vitae usum, omnesque artes una maxime continet[840]. Pamięć jest to skrzynia i puzdro wiedzy: mając ją tak ułomną, nie mam co zbytnio się uskarżać, jeśli i wiadomości mam niewiele. Znam, ot, z grubsza nazwy umiejętności i o czym traktują, ale nic poza tym. Kartkuję książki, nie studiuję ich. Co mi z nich zostanie, tego już nie uważam za rzecz cudzą; toć jeno to, z czego sąd mój wyciągnął dla się korzyść, myśli i poglądy, którymi się napoił. Autor, miejsce, słowa i inne okoliczności, to wszystko zapominam zupełnie. Taki mam dar zapominania, że nawet własne pisma i utwory gubią mi się w pamięci tak samo jak reszta: można mi je raz po raz przytaczać, nie spostrzegę się. Kto by chciał wiedzieć, skąd są wiersze i przykłady, które tu nagromadziłem, wprawiłby mnie w wielki kłopot: a przecież uzbierałem je jeno u głośnych i sławnych bram. Nie zadowalałem się tym, by same były bogate, o ile nie pochodzą z bogatej i czcigodnej ręki: powaga schodzi się tutaj z rozumem. Nie ma w tym dziwu, jeśli moja książka dzieli los tylu innych i jeśli pamięć moja zbywa się tego, co piszę, jak i tego, co czytam: tego, co daję, równie jak tego, co otrzymuję.



Montaigne, Próby
tłumaczenie: Boy Żeleński

Podróż w głąb siebie


Owóż zwraca mą uwagę śmiałość i niezłomność mego sądu w wytykaniu własnej niewiedzy. Jest to zaiste przedmiot, na którym ćwiczę mój dowcip bardziej niż na jakim innym. Ludzie patrzą zawsze zewnątrz: ja zasię kieruję wzrok ku wnętrzu: tam go zatrudniam, tam go bawię. Każdy patrzy przed siebie, ja w siebie; mam do czynienia jeno z sobą, rozważam się bez przerwy, zgłębiam się, doświadczam. Inni, którzy mniemają serio brać się do rzeczy, wychodzą zawsze poza siebie, idą ciągle naprzód:

Nemo in sese tentat descendere:[855]

ja zwijam się ciągle w samym sobie. Ową zdolność dochodzenia prawdy, bez względu na to, jaką znajdę; ową swobodę mniemań niełatwo poddającą czemuś moją wiarę, zawdzięczam głównie sobie. Najbardziej śmiałe i szerokie z mych myśli są te, które, można rzec, urodziły się ze mną: są mi one przyrodzone i na wskroś moje. Wydałem je na świat surowe i proste, jako i poczęte były śmiało i silnie, nieco mętne wszelako i niedoskonałe: później ustaliłem je i umocniłem powagą drugich i zdrowymi przykłady[856] starożytnych, z którymi zeszedłem się w jednakim sądzie. Owi upewnili mi mą zdobycz i uczynili posiadanie jej i władanie doskonalszym. Inni szukają chluby w żywości i zwinności umysłu: ja szukam jej w jego porządku; inni w świetnym i niezwykłym biegu myśli albo w osobliwej uczoności: ja w ładzie, zgodności i statku mniemań i obyczajów; omnino si quidquam est decorum, nihil est profecto magis, quam aequabilitas universae vitae, tum singularium actionum; quant conservare non possis, si, aliorum naturam imitans, omittas[857]

Oto więc dokąd czuję się winny owej pierwszej części, o której mówiłem jako przynależnej grzechowi zarozumienia. Co do drugiej, która polega na tym, aby nie dosyć cenić drugiego, nie wiem, czy mogę się z niej dobrze wymówić; ale choćby mnie to miało kosztować, chcę tu powiedzieć całą prawdę. Być może, iż nieustanne obcowanie w atmosferze starożytności i świadomość tych bogatych dusz minionego czasu mierzi mi i drugich, i samego siebie; lub też może istotnie żyjemy w czasach, które wydają jeno rzeczy wcale mierne: tyle jest pewne, iż nie widzę dokoła nic, co by było godne wielkiego podziwu. Zresztą nie znam też ludzi tak poufale, jak trzeba, aby móc o nich sądzić. Ci, z którymi okoliczności stykają mnie częściej, są to po największej części ludzie mało znający troski o uprawę duszy i którym jako najwyższe zbawienie stawia się wciąż przed oczy honor, a za całą doskonałość męstwo. (...)

Zdaje mi się, że matką żywicielką najfałszywszych mniemań, i publicznych, i poszczególnych, jest zbyt dobre mniemanie człowieka o sobie. Ci, którzy siadają sobie okrakiem na epicyklu Merkura, którzy widzą tak bystro w przestworach niebios, śmieszą mnie nie pomału*. W badaniach moich, których przedmiotem jest człowiek, jakąż znajduję niezmierzoną rozmaitość sądów, jak głęboki labirynt trudności, rodzących znów jeszcze większe, ile sprzeczności i wątpienia w samejże szkole mądrości! Skoro tedy ci ludzie nie zdołali się rozeznać w znajomości siebie samego i własnej natury, ustawicznie przytomnej ich oczom i tkwiącej w nich; skoro nie wiedzą, jak się porusza to, co oni sami wprawiają w ruch, ani umieją odmalować i rozplątać sprężyn, które dzierżą w ręku i poruszają sami, jakżebym miał im wierzyć, gdy rozprawiają o racjach przypływu i odpływu Nilu? Ciekawość poznania rzeczy dano ludziom jako plagę, powiada Pismo.

Ale aby wrócić do mego poszczególnego wypadku, trudno (tak mi się zdaje), aby ktoś cenił się mniej, ba, aby kto bądź inny mnie cenił mniej niż ja sam siebie. Uważam się za człowieka z najpospolitszej gliny, z tą różnicą, że mam tego świadomość. Podlegam jak inni najbardziej niskim i gminnym ułomnościom; nie ukrywam ich wszelako przed sobą ani uniewinniam. Całą mą wartością jest to, iż znam swą cenę. (…)


[855]
Nemo (…) descendere — Persius, Satirae IV, 23.
[856]
zdrowymi przykłady — daw. forma N.lm; dziś: zdrowymi przykładami.
[857]
omnino (…) omittas — Cicero, De officiis I, 31.



Montaigne, Próby
tłumaczenie: Boy Żeleński

Ten człowiek musiał wyczuwać zmory okropne


W r.1928 wezwano mnie pewnego poranku do telefonu. Mówił znajomy głos kobiecy: „Ojciec mój przyjechał wczoraj. Proszę przyjść dziś wieczorem. Zastanie pan tylko nas dwoje i mojego ojca”. W te słowa zapraszała mnie urocza pani Bambridge, żona członka ambasady angielskiej, córka Rudyarda Kiplinga.

Rzecz prosta, że przez cały dzień autor
Kima nie schodził mi z myśli. Czekając zmierzchu wspominałem te dawne czasy, gdy Kipling wraz z Lottim otwierali nam dalekie, egzotyczne światy, budząc w nas niepokojące rozdźwięki z naszą szarą, europejską, polską rzeczywistością. Ale podczas gdy francuski autor przesuwał nam przed oczami barwną panoramę, z której przemawiała tylko jego własna monotonnie melancholijna dusza, Kipling poruszał w nas inne, głębsze i żywotniejsze uczucia.
Jego świat dżungli i śnieżnych Himalajów, zaułki miast tropikalnych, świątynie brahmanów, to była tylko dekoracja olbrzymiego dramatu, w którym rolę protagonisty grał nie Indus i nie Malajczyk, lecz człowiek białej rasy, o jasnych oczach i myśli i woli, sługa i przedstawiciel potężnego Imperium. W Polaku z końca XIX wieku obrazy tej potęgi budziły coś więcej niż tęsknotę do egzotyzmu. Genialny pisarz był nie tylko wielkim artystą. Był angielskim mężem stanu. Pouczał swój naród o znaczeniu tego ‘dziedzicznego instynktu ciągłości‘, który według własnych jego słów jest istotą uczuć narodowych .

I oto dlaczego, wchodząc na schody gościnnego domu, przejęty byłem uroczystym podziwem dla Kiplinga, a także uczuciem własnego żrącego poniżenia. Byłem rodakiem angielskiego patrioty ,Josepha Conrada. W czasach, gdy Polska nie miała własnego państwa, ten człowiek oznajmił światu, że Polak nie ma własnej ojczyzny.

Pani domu przedstawiła mnie swemu ojcu jako szczerego wielbiciela, ja zaś wyznałem, że istotnie dziełu jego przypisuję wielkie i nie tylko literackie znaczenie. Zawiązała się rozmowa, która niebawem zeszła na Conrada.

Kipling mówił ze spokojnym ożywieniem. Uderzała mnie wielkoduszność, z jaką podnosił i roztrząsał niezwykły talent, zaćmiewający ostatnie lata jego własnej twórczości.

Zaczął od znanych uwag o języku i stylu Conrada „
Gdy mówił po angielsku”- zauważył –„trudno było czasem go zrozumieć, ale z piórem w ręku był pierwszy pomiędzy nami “With a pen in his hand he was first amongst us”.

Czytając jego powieści nieraz dziwił się, skąd ten cudzoziemiec wziął jakiś zwrot, jakieś zestawienie słów, nigdzie poprzednio nie spotykane, a nie tylko oddające znakomicie nową myśl, lecz przy tym na wskroś angielskie. Była to zdaniem Kiplinga wprost jakaś "
substitution of his former personality", zastąpienie pierwotnej jego osobowości przez drugą. Ale tylko w tym jednym zakresie języka.

Duchowo bowiem, według jego przekonania, Conrad nie miał w sobie nic angielskiego.
"Czytając go" – mówił – "mam zawsze wrażenie, że czytam doskonałe tłumaczenie obcego pisarza".

I Kipling wyjaśnił tę myśl, która tak dziwnie godziła się z wrażeniami niejednego z polskich czytelników. Według jego mniemania, poza ogromnym talentem i techniką nieporównaną, Conrad pociągał angielskich czytelników właśnie tą egzotycznością swego ducha. W każdym przeciętnym Angliku tai się kompleks uczuciowości przytłumionej przez purytańską kulturę. Conrad wyzwalał te przytłumienia. Postacie jego, wyrysowane po mistrzowsku i zrozumiałe dla angielskiego czytelnika, maja temperaturę uczuć wyższą o kilka kresek niż angielska normalna. W natężeniu tym figury Conrada dochodzą zwykle do szczytu wzruszenia,
"to the pitch of emotion", ale ponieważ stopniowanie przeprowadzone jest znakomicie przed oczami samego czytelnika, przeto i on ulega niezwykłemu dla siebie spotęgowaniu uczuć i z rumieńcem na twarzy, "getting red in the face", przeżywa wrażenia dotychczas sobie nieznane.
"Czy zwrócił pan uwagę – ciągnął Kipling- na niezliczone u Conrada typy ludzi opanowanych jedną myślą lub jednym uczuciem? Czy zauważył pan, do jakiego napięcia dochodzi u niego szczególnie uczucie leku i przerażenia? Ten człowiek musiał sam wyczuwać zmory okropne. I miłość także w jego twórczości jest najbardziej romantyczną, jaka można sobie wyobrazić. Czytelnik angielski, zimny na pozór, przepada za tą szczerą egzaltacją, tak jak każdy Anglik przepada za romantyczną muzyką Chopina."

Słuchałem, uderzony tym porównaniem. Kipling nie znał polskiej poezji słowa, ale znał największego z polskich poetów dźwięku.

Poza tym także nie angielskim jest świat moralny Conrada. W piśmiennictwie angielskim, mówił, znaleźć można oczywiście wszystko, zwłaszcza dziś, gdy pisarze gonią za oryginalnością. Ale Conrad był szczery. W powieści, którą cenił najwyżej spośród swoich utworów i która istotnie jest arcydziełem w „
Murzynie z załogi Narcyza”, znajdujemy nastroje obce naszemu społeczeństwu. Jakkolwiek Conrad nienawidził Moskwy i nie cierpiał rosyjskich pisarzy, to jednak w tym utworze podobniejszy jest do Rosjan niż do Anglików. Jego „czysto ludzki” stosunek do tego murzyna, nie odpowiada angielskiej duchowości, która bywa chrześcijańską, ale nie jest „humanitarną”…Tę książkę mógłby napisać Maksym Gorki, gdyby miał talent Conrada.

Ta obcość duchowa Conrada występuje jeszcze wyraźniej w innej jego powieści, równie doskonałej pod względem artyzmu, w
Lordzie Jimie. Już w samym swym założeniu powieść ta ma coś wybitnie nie angielskiego. Przede wszystkim należy zauważyć, że założeniem tym nie jest bynajmniej, jak niektórzy twierdzą, dramat wewnętrzny człowieka, winnego występku i doznającego wyrzutów sumienia.

Temat istotny powieści stanowi pytanie, czy człowiek jest odpowiedzialny za swe czyny czy też nie jest. Conrad wyraża zdanie, że w pewnych okolicznościach odpowiedzialność ta może być zmniejszona do takiego stopnia, że niemal przestaje istnieć.

Niewątpliwie Conrad ma słuszność. W poszczególnych wypadkach tak jest rzeczywiście. "Wszelako – mówił Kipling - nie radziłbym Conradowi wystąpić z taką tezą wobec pierwszego lepszego angielskiego jury, które jak dotychczas zachowuje nasze stare anglosaskie przekonanie, że każdy ponosi odpowiedzialność za własne postępki."

Jan Perłowski.

O wychowaniu



Chętnie wracam do tego, co mówiłem o niezdarności naszego wychowania. Ma ono na celu uczynić z nas nie ludzi zacnych i mądrych, ale uczonych; i to osiąga! Nie nauczyło nas ścigać i przyswajać sobie roztropność i cnotę, ale wtłoczyło w nas pochodzenie i etymologię. Umiemy deklinować Cnotę, jeśli nie umiemy jej kochać; jeśli nie wiemy, co jest roztropność z praktyki i z doświadczenia, wiemy to z pięknych zwrotów i umiemy na pamięć. Gdy chodzi o naszych sąsiadów, nie zadowalamy się tym, aby znać ich ród, alianse i parantele; chcemy ich mieć za przyjaciół i wejść z nimi w zażyłość i porozumienie; wychowanie zasię nauczyło nas określeń, działów, poddziałów cnoty, jakoby przezwisk i gałęzi jakowejś genealogii, nie troszcząc się zgoła o to, aby nawiązać między nami a nią codzienne obcowanie i poufałą bliskość. Wybrało dla pożytku naszej nauki nie te książki, które mieszczą najzdrowsze i najprawdziwsze zasady, jeno te, które przemawiają najlepszą greką i łaciną. W powodzi pięknych słów wlewają nam w mózgownicę najjałowsze popłuczyny starożytności!
Dobre wychowanie zdolne jest odmienić sąd i obyczaje. Tak zdarzyło się z Polemonem, greckim młodzieńcem rozwiązłego życia, który zaszedłszy przypadkiem posłuchać wykładu Ksenokrata, nie zauważył jeno samej wymowy i wiedzy nauczyciela i nie przyniósł do domu jeno pliku wiadomości w jakowejś pięknej materii, ale o wiele wspanialszy i trwalszy owoc, którym była nagła odmiana i poprawa z pierwotnego życia. Któż kiedy doznał podobnego skutku w naszych uczelniach?

Faciasne quod olim
Mutatus Polemon? Ponas insignia morbi,
Fasciolas, cubital, focalia: potus ut ille
Dicitur ex collo furtim carpsisse coronas,
Postquam est impransi correptus voce magistri?[858]


Najmniej lekceważenia godnym rodzajem ludzi zda mi się ów, który przez swą prostotę zajmuje ostatnie miejsce. Obcowanie takich ludzi ma swoje niemałe korzyści. Uważam, iż obyczaje i rozmowy wieśniaków częściej są zgodne z przepisami prawdziwej filozofii niż gwara naszych filozofów: plus sapit vulgus, quia tantum, quantum opus est, sapit[859].



[858]
Faciasne (…) magistri — Horatius, Satirae II, 3. 253.
[859]
plus (…) sapit — Lactantius, Divinarum Institutionum Libri, III, 5.



Montaigne, Próby
tłumaczenie: Boy Żeleński

Jaka powinna być normalna kobieta


Donosiła prasa polska w roku 1925:

"Przed niedawnym czasem kilka emancypantek angielskich zwróciło się do głośnego pisarza Rudyarda Kiplinga z prośbą,aby zechciał wypowiedzieć swoją opinię co do tego,jaka powinna być, jego zdaniem, kobieta normalna.

Kipling w dowcipny sposób przedstawił pozytywne i negatywne granice właściwości normalnej kobiety. Powiedział on:

Są trzy rzeczy,które mojem zdaniem kobieta powinna unikać. Kobieta powinna być podobna do ślimaka,który rzadko swój dom opuszcza,ale z drugiej strony nie powinna ona jak ślimak dźwigać całego swego dobytku na własnych plecach.

Kobieta powinna brać przykład z echa,które wówczas tylko mówi, kiedy jest pytanie. Natomiast kobieta nie powinna być podobna do echa w tem, iżby miała mieć zawsze ostatnie słowo.

Kobieta wreszcie w swojem działaniu i postępowaniu powinna objawiać regularność i dokładność zegara wieżowego,ale nie powinna być podobną do tegoż zegara przez nieustanne obwieszczanie całemu miastu o swoich cnotach".

Wystrzegajmy się przedwczesnej i nierozważnej prokreacji!


O rozmnażaniu się mówili, co następuje. Przede wszystkim twierdzili, że trzeba się wystrzegać tego, co nazywali rozmnażaniem przedwczesnym. Ani bowiem rośliny, ani zwierzęta przed czasem właściwym dla wydawania owoców nie rodzą płodów, ponieważ nasiona i owoce rodzą się z ciał silnych i dojrzałych. Chłopcy zatem i dziewczęta powinni wychowywać się w pracy, ćwiczeniach i wstrzemięźliwości, jak też żywić się pożywieniem najbardziej stosownym dla życia pracowitego, powściągliwego i wstrzemięźliwego. Wśród spraw ludzkich jest bowiem wiele takich, których lepiej uczyć się później; do nich należą sprawy miłosne. Chłopca zatem trzeba tak wychowywać, by nie szukał tego rodzaju związków przed ukończeniem dwudziestego roku życia. Kiedy zaś osiągnie ten wiek, powinien rzadko jedynie oddawać się sprawom miłosnym. To zaś będzie możliwe wtedy, gdy zdrowie [ciała i duszy] będzie uważane za piękne i godne czci. Ten sam człowiek bowiem nie może być jednocześnie zdrowy na ciele i duszy oraz rozwiązły. Podaje się, że [pitagorejczycy] wielce chwalili owe dawne obowiązujące w miastach greckich prawa, zgodnie z którymi zabronione było obcowanie z matką, córką, siostrą, jak też w świątyni, czy na widoku publicznym.

Jest bowiem piękne i pożyteczne istnienie jak najliczniejszych ograniczeń w tego rodzaju działaniach. Mężowie ci uważali, że trzeba uniemożliwić zarówno wszelkie związki miłosne przeciwne naturze, jak też wynikające z pożądliwości, wstępować natomiast w tylko takie, które są zgodne z naturą i umiarkowaniem i które prowadzą do uczciwego i zgodnego z prawem zrodzenia potomstwa. Uważali też, że ci, którzy mają zamiar spłodzić potomstwo, powinni odnosić się do tej sprawy z wielką przezornością. Powinni bowiem przede wszystkim najpilniej przestrzegać tego, by zamierzając spłodzić dzieci wiedli życie wstrzemięźliwe i zdrowe, by nie jedli nieumiarkowanie, ani też nie spożywali takich pokarmów, które źle wpływają na kondycję ciała, ani też nie powinni ulegać pijaństwu, które jest najgorsze ze wszystkiego. Sądzili bowiem, że z mieszaniny tego, co występne, niegodne i wzburzone rodzą się złe nasiona. Przede wszystkim jednak sądzili, że nierozumnie i bezmyślnie postępuje ten, kto zamierzając dać życie i powołać na świat [potomstwo], nie zadba z największą troską o to, by to, co uzyskało życie i istnienie było obdarzone największą miłością. Przecież i miłośnicy psów z największym staraniem troszczą się o hodowlę, by szczenięta rodziły się łagodne i uległe z właściwych rodziców, we właściwym czasie i we właściwy sposób; podobnie czynią hodowcy ptaków. Jest oczywiste, że także inni zajmujący się poważnie szlachetnymi odmianami zwierząt troszczą się na wszelkie sposoby o to, by nie rozmnażały się przypadkowo i nierozważnie; ludzie natomiast wobec własnego potomstwa nie kierują się zgoła rozumem, lecz płodzą je nieoględnie i przypadkowo pod każdym względem, i spłodzone wychowują z wielką niedbałością. Taka właśnie jest najważniejsza i najbardziej oczywista przyczyna tego, iż wielu ludzi jest złych i niegodziwych. Rozmnażanie bowiem u wielu ludzi dokonuje się na sposób bydlęcy i nierozważnie.


Jamblich, O Życiu Pitagorejskim
tłumaczenie: Janina Gajda – Krynicka

Jądro reakcji



Nie ma poezji szatańskiej, tylko nostalgia za splendorem Upadłego.
Partie liberalne nigdy nie zrozumieją, że przeciwieństwem despotyzmu nie jest błazenada, tylko autorytet.
Każdy reakcjonista wskrzesza Platona.
Inteligencja niszczeje, kiedy pragnie się być inteligentnym.
Dzieło poetyckie dobrego poety komunisty (Aragon, Eluard, Neruda etc.) dzieli się na dwie części: część poetycką i część komunistyczną.
Estetyki „nowoczesne” zostały wynalezione przez pisarzy reakcyjnych: Balzac, Baudelaire, Eliot.
Wyrzeczenie się błędu jest początkiem mądrości.
Konserwatyzm Burke’a nie jest „irracjonalizmem”, który zderza się ze współczesnym „racjonalizmem”, lecz aktem niezawisłości rozumu, doświadczanym w konfrontacji z Oświeceniem, które swoje przesądy nazywa zasadami.
Poganizm jest innym Starym Testamentem Kościoła.
W naszych czasach więcej niż marksistów-odstępców jest marksistów zmęczonych.
Być arystokratą to nie wierzyć, że wszystko zależy od woli.
Antychryst to, prawdopodobnie, człowiek.
Fanatycy wolności kończą jako teoretycy policji.
Doktryna Fichtego, na przykład, kulminuje w teorii paszportu.
„Rewolucja” jest paktem Szatana Miltona i Pana Homais Flauberta.
Rytuał jest wehikułem tego, co święte.
Każda innowacja profanuje.

Trzema wielkimi przedsięwzięciami reakcyjnymi historii nowożytnej są: włoski humanizm, francuski klasycyzm i niemiecki romantyzm.
Prawdziwym arystokratą jest ten, który posiada życie wewnętrzne.
Ktokolwiek zna swoje pochodzenie, swoją rangę i swój los.
Najwyższym arystokratą nie jest feudalny senior w swoim zamku, lecz mnich kontemplujący w swojej celi.

Romantyzm nie „odkrył” natury, lecz niebezpieczeństwo rozejścia się natury i człowieka.
Być może bardziej niż chrześcijaninem jestem poganinem, który uwierzył w Chrystusa.
Człowiek jest nikim więcej jak widzem swojej bezsilności.
Inteligencja ma swoich obywateli i swoich metojków.
Bóg jest zawadą człowieka nowoczesnego.
Każde rozwiązanie jest fałszywe.
 
Nicolás Gómez Dávila
Tłum.: prof. Jacek Bartyzel

Melancholijni mnisi


Ilekroć jakaś warstwa społeczna czy pokolenie traci wrażliwość na dany rodzaj radości, wówczas od razu każdy, kto nadal cieszy się tą radością zostaje nazwany ponurakiem i masochistą. Najwybitniejsi liberalni filozofowie twierdzili, że mnisi są melancholijni, bo odmawiają sobie przyjemności swobody i małżeństwa. Równie dobrze można by nazwać melancholijnymi ludzi jadących na majówkę, bo z zasady odmawiają sobie przyjemności ciszy i medytacji.

Chesterton