piątek, 14 lutego 2025

Szczał za dekolt czy do meloników?


Może teraz opowiem, jak było z tym lemurem, bo pewnie już się nie możecie doczekać.

Bo wszak żyje się, by hodować. Miałem wszystko prócz borsuka. W domu roiły się bestie. Śniłem o szopie praczu [...] Co do lemurów katto [prawidłowo: katta] - miałem w pamięci przygodę Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, której ukochany lemur, noszony na ramieniu, przy najlżejszym wzruszeniu szczał za dekolt. A któż zgadnie, co wzruszy lemura? (Gondowicz, s. 260).

Anegdotę podwędził Słonimskiemu ("A czy można przewidzieć, co wzruszy lemura?"), ale u Słonimskiego lemur jedynie wydziela fetor i nie ma nic o szczaniu za dekolt [5]. Nie wspominają o tym również ani Iwaszkiewicz [6], ani Grydzewski [7]. Gondowicz dekolt zmyślił. Niby tak kocha zwierzęta, a lemura obsmarował. A może to był makak [8].

[5] Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa, "Wiadomości Literackie", 19 stycznia 1930, nr 3, s. 6: "Pewien mój przyjaciel nabył za drogie pieniądze małpkę-lemura i ofiarował ją Marji Pawlikowskiej. Świetna poetka wymarzyła sobie taką małpkę, ale małpka-wizja różni się od małpki rzeczywistej pod wieloma względami. Przedewszystkiem zapachem, o ile wogóle należy nazywać zapachem silny i nieprzyjemny fetor, który wydziela lemur przy każdem najdrobniejszem wzruszeniu. A czy można przewidzieć, co wzruszy lemura?".
Słonimski opisał rzecz trafnie. Zaniepokojony lemur nie tyle szcza, ile wydziela nieprzyjemną, odstraszającą woń ze specjalnych gruczołów znajdujących się w okolicy odbytu.

[6] Jarosław Iwaszkiewicz, Aleja Przyjaciół, Czytelnik, Warszawa 1988, s. 12-13: "Kossakówny mieszkały wtedy w hotelu «Bristol», gdzie Wojciech Kossak miał pracownię w strychu, i nosiły się wtedy z nieznośnym stworzeniem, z lemurem, którego Lilka [tak rodzina i przyjaciele nazywali Marię Pawlikowską-Jasnorzewską] dostała od któregoś ze swoich egzotycznych wielbicieli i z którym woziła się i nosiła między Krakowem a Warszawą. Lemur był nieznośny, skakał po wszystkich meblach i wszystkim na głowy, drapał pazurkami i był bardzo nieporządny. Trzeba jednak przyznać, że był bardzo ładny, ze świecącymi oczkami i ostrymi uszkami. Ale był bardzo głupi i nie było z niego wielkiej pociechy.
Szczególniej nienawidził go Słonimski, któremu skakał na łysinę i zrywał pince-nez z nosa".

[7] Dwa zdania o lemurze, które napisał Grydzewski wydrukowały trzy lata po jego śmierci londyńskie "Wiadomości" z uwagą "Rękopis znaleziony w papierach redakcyjnych". Zob. Mieczysław Grydzewski, Fuga i Voss, "Wiadomości" 15-22 kwietnia 1973, nr 15-16, s. 8: "Na Mazowieckiej istniał znany sklep ze zwierzętami, wśród których pierwsze miejsce zajmował afrykański lemur. O tym lemurze marzyła Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, i «Wiadomości» postanowiły zrobić z niego prezent świetnej poetce. Zaszedłem do sklepu [...]". Ale dalej jest już wyłącznie o psach, lemur przepadł, więc chyba nie szcza.
Lemur prawdopodobnie przyjechał na Mazowiecką z Madagaskaru. Jak wiadomo, w Polsce toczyła się potem gorąca debata, cóż by takiego w ramach rewanżu wyeksportować na tę piękną wyspę.

[8] Tak twierdziła siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Magdalena Samozwaniec. A zatem, zdawać by się mogło, osoba dobrze poinformowana co do szczegółów tej fantastycznej zoologii. Oto jej obszerna relacja:

"Rokokowe damy chętnie hodowały papugi, małpki, "łonowe pieski" (jak w Poznańskiem nazywano małe pieski, tłumacząc żywcem z niemieckiego "Schosshündchen"). Lilki zapotrzebowanie na tego rodzaju pieszczochów nie ograniczało się do piesków, których zawsze na Kossakówce było wiele, i zachciało jej się... małpki. Właśnie wrócił z egzotycznej podróży nasz kuzyn Marylski i przywiózł stamtąd rodzaj małpki z długim puszystym ogonem, tak zwanego makaka. Było to najnieznośniejsze i najgroźniejsze zwierzę, jakie można sobie było wyobrazić; z firanki skakało wprost na głowy i nigdy nie można było wiedzieć, kiedy skoczy, brudziło niesamowicie, a gdy się przypadkowo nadepnęło na ogon, chlubę tej nędznej postaci, to wgryzało się w nogę do krwi.

Pamiętam, jak kiedyś, gdy jej przypadkowo nadepnęłam na ogon, nie wiedząc, że leży na schodach, goniła mnie skrzecząc groźnie i gdyby Lilka nie odpędziła jej parasolką, byłabym srodze pogryziona.

Na Kossakówkę przychodzili wciąż jacyś dżentelmeni, zostawiając kapelusze w przedpokoju - złośliwe stworzenie skakało do meloników, uważając je widocznie za zbliżone kształtem do nocniczków. Straszny był kiedyś wstyd dla domu, gdy makak narobił do kapelusza któregoś z gości, a ten, nie spodziewając się, co go czeka, nałożył go na głowę... Lilka zbladła z wrażenia, ja wybiegłam do kuchni wybuchnąć śmiechem, a nieszczęsny gość już się nigdy więcej u nas nie pokazał. Gorsza była jednak historia, gdy jednemu z adoratorów Lilki, przystojnemu lotnikowi, małpka, z którą chciał się pobawić, przegryzła w ramieniu żyłę! Krew trysnęła groźnie, lotnik zbladł, przerażona Lilka ścisnęła mu przedramię chusteczką i zawiozła taksówką na Pogotowie.

[...]

Po tej groźnej historii los złośliwego stworzenia został przesądzony - Lilka oddała makaka do ZOO w Lasku Wolskim. Uczyniła to jednak nie bez żalu, ponieważ zdążyła się przywiązać do owej ciemnej masy, a ciemna masa do niej - Lilka była jedyną osobą, której ona nigdy nie ugryzła" (Magdalena Samozwaniec, Zalotnica niebieska, Wydawnictwo Glob, Szczecin 1988, s. 204-205).

Jeśli zatem szczał - to makak. I nie za dekolt, lecz do meloników. Problem w tym, że długi puszysty ogon wskazuje jednak na lemura (podobnie jak świecące oczka i ostre uszka, które opisał Iwaszkiewicz).

Kompromitacje →


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.