poniedziałek, 18 maja 2026

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, część czwarta



IX. Świadkowie «komór gazowych» Oświęcimia (część 2)

A. Jak są koordynowane relacje świadków

Jak słusznie twierdzi historyk Ernst Nolte, jest rzeczą niemożliwą, aby cały szereg osób, które między sobą nie mają żadnego kontaktu, nie zastanawiając się opowiadały mniej lub bardziej jednakowe historie. Ale Nolte uważa, że opowiadania o KG jakieś tam ziarno prawdy mimo wszystko muszą zawierać, nawet jeśli liczba ofiar jest mocno przesadzona (1).

Rozumując w podobny sposób, można dojść do następującego wniosku: w wiekach średnich niezliczeni świadkowie twierdzili, że widzieli czarownice lecące w kierunku Blocksberga. W konsekwencji sporo owych «czarownic» trafiło do sądu Inkwizycji. A więc, historia ta jest prawdziwa, tylko że liczba unoszących się w powietrzu czarownic jest przesadzona.

Noltemu wcale nie przychodzi do głowy, że relacje zarówno świadków jak też wykonawców można bez większego wysiłku koordynować, jako że po wojnie sojusznicy mogli fałszować i torturować ile tylko wlazło.

Jak wykazał poważny badacz hiszpański Enrique Aynat, od polskiego Ruchu Oporu już z początkiem 1941 roku zaczęły nadchodzić informacje o masowych mordach w Oświęcimiu, lecz nie za pomocą cyklonu B, tylko młotem pneumatycznym, wannami elektrycznymi itp. (2).

Te doniesienia pozostawiono jednak bez uwagi. Straszliwe historie o parowych, gazowych, elektrycznych itp. komorach Bełżca propaganda zaczęła szerzyć z początkiem roku 1942. Oświęcimia nie ruszano aż do czerwca 1944 r. Brytyjsko–żydowski autor Martin Gilbert pisze, że «tajemnica KG Oświęcimia–Birkenau była chroniona aż do trzeciego tygodnia czerwca» (3). Do tego zaś momentu zostały już przeprowadzone masowe deportacje Żydów węgierskich, których kierowano bezpośrednio do Oświęcimia; 28 tys. spośród nich zarejestrowano, resztę zaś rozprowadzono po innych obozach pracy oraz fabrykach (4).

Opowiadania o węgierskich Żydach w KG Brzezinki zapoczątkowały legendę o «obozie zagłady» w Oświęcimiu. W listopadzie 1944 r. legenda ta otrzymała swoją ostateczną postać. Wtedy to w Waszyngtonie powstał «Raport WRB», oparty na opowiadaniach Vrby, Alfreda Wetzlera, Czesława Mordowicza i Arnosta Rosina (5). Cyklon B został w raporcie nazwany narzędziem uśmiercania, mówiono też o egzekucjach w dwóch wiejskich chatach, lecz o krematorium obozu zasadniczego jako miejscu mordów w raporcie nie było ani słowa. (Do tego raportu jeszcze powrócimy).

2 lutego 1945 r., zaraz po wyzwoleniu Oświęcimia, «Prawda» powiadomiła świat o «transporterze śmierci», na którym równocześnie mordowano setki ludzi. Wkrótce jednak transporter znikł, żaden ze świadków już więcej o nim nie wspominał. I o KG «Prawda» też pisała, ale umieściła je nie tam, gdzie dla nich wyznaczono miejsce później, tylko «we wschodniej części obozu» — mimo że obóz znajdował się już w rękach Sowietów!

Rzecz oczywista, wersja wówczas jeszcze nie została w pełni uzgodniona przez aliantów. Sowieci wiedzieli, że mają odnaleźć dowody masowych mordów w Oświęcimiu, lecz ani Londyn, ani Waszyngton na razie nie podali żadnych szczegółów, i dlatego autor w «Prawdzie» (z żydowskim nazwiskiem) zadecydował szczegóły zmyślić sam.

W kwietniu – maju 1945 r. przed polską komisją wystąpili liczni więźniowie Oświęcimia, wśród nich Żydzi Szmul Feinzilberg (który nazywał siebie Janowskim, Kaskowskim i wreszcie Feinzilbergiem), ciągle zmieniający datę swoich urodzin Szlama Dragon oraz Henryk Tauber (6). Po tym jak «Prawda» spudłowała w tak niefortunny sposób, polscy komuniści zaczęli, przynajmniej w kwestiach zasadniczych, koordynować zeznania. KG ulokowano w innym miejscu, osiągnięto też jedność w kwestii narzędzia zbrodni. Został nim cyklon B. Co do reszty, tym co «przeżyli holokaust» pozwolono dawać upust swej schorowanej wyobraźni, a ich «autentycznym zeznaniom» nadano status «najwyższej wiarygodności».

Tworzenie mitu dokończyły zeznania komendanta Oświęcimia Rudolfa Hössa. Po wojnie on przez pewien czas ukrywał się na posesji pewnego wieśniaka, ale w marcu 1946 r. został schwytany przez Brytyjczyków. Zeznania otrzymano od Hössa w pewnym brytyjskim zakładzie, gdzie stosowano tortury. Hössa torturował Żyd, sierżant Bernard Clark. Odbywało się to następująco (7): «Höss krzyczał już na sam tylko widok brytyjskiej uniformy. “Jak masz na imię?“ — ryczał Clark i za każdym razem kiedy brzmiała odpowiedź “Franz Long“ (imię wieśniaka, u którego ukrywał się Höss), pięść Clarka z całej siły uderzała w twarz przesłuchiwanego. Na czwartym przesłuchiwaniu Höss nazwał siebie. Wtedy rozebrano go do naga i rozciągnięto na urządzeniu do zabijania bydła, gdzie Clark robił z nim takie rzeczy, że wrzaski i uderzenia łączyły się w jedną kakofonię i wydawało się, że nie będzie temu końca… Potrzeba było trzech dni, żeby Höss zaczął mówić to, czego od niego żądano».

Rewizjoniści gruntownie przeanalizowali zeznania Hössa (8), po czym nie pozostał w nich kamień na kamieniu. My nawet nie będziemy przytaczać wszystkiego, poprzestając tu na zaledwie dwóch przykładach:

— Höss twierdzi, że tylko w czasie jego urzędowania (tj. do listopada 1943 r.) w obozie zagazowano 2,5 mln. osób. W tę liczbę obecnie nie wierzy żaden historyk. Tu jedynie pozostaje pytanie: czy naprawdę Höss aż tak tęsknił za szubienicą, że był gotów do każdego kłamstwa, byle tylko jak najszybciej na nią trafić?

— Höss powiadamia, że już w 1941 r. zwiedził on «obóz zagłady» w Treblince. Twierdzi też, że istniał wtedy także i «obóz zagłady» w Bełżcu. W rzeczywistości zaś Bełżec powstał w marcu 1943, a Treblinka — w czerwcu 1942 r. (9). Ogółem w zeznaniach Hössa wykryto 47 niedorzeczności.

Istotną rolę odegrał Oświęcim na procesie w Norymberdze, gdzie całe Niemcy zostały oficjalnie obarczone odpowiedzialnością za rzekome dokonanie unikalnej w dziejach świata zbrodni. Jako podstawą prawną dla tego rodzaju oskarżenia trybunał posłużył się nie jakimiś międzynarodowymi lub państwowymi ustawami, lecz statutem, utworzonym w Londynie w sierpniu 1945 r. specjalnie dla tego przypadku (10). Zgodnie z art. 19 tegoż statutu trybunał został «zwolniony z obowiązku trzymania się reguł dowodzenia winy». Art. 21 orzekał, że «dla powszechnie znanych faktów» trybunał nie musi żądać dowodów. O tym, co należy uważać za «powszechnie znane fakty», sąd decyduje sam. Takie «fakty» jak planowa eksterminacja Żydów, zamordowanie polskich oficerów w Katyniu ogłoszono jako «znane powszechnie», dowodzić je nie było potrzeby (11).

W podobnym też stylu przeprowadzano niezliczone procesy «nazistowskich zbrodniarzy» w RFN. Marionetkowy reżim USA w Bonn od lat 50–tych zobowiązał wymiar sprawiedliwości do niezajmowania się dowodzeniem fatamorgany milionowych morderstw Żydów w KG. Operacja ta przebiegała następująco: przed rozpoczęciem procesu we wszystkich, włączanych równocześnie ŚMP przedstawia się oskarżonych jako bestie w ludzkiej postaci. Dowodów przedstawiać nie trzeba, albowiem zarówno zbrodnia jak i jej sprawcy są ustaleni raz na zawsze. Świadkowie mogą łgać do zmęczenia, krytycznych pytań nikt im nie postawi, aby nie dostarczyć im, ofiarom, «cierpień duszy». Dla oskarżonych jedyną szansą na złagodzenie wyroku pozostaje nie zaprzeczać istnieniu KG i masowych morderstw, lecz tylko swemu w nich udziałowi. W ten sposób powstają «przyznania się do winy sprawców». Cały ten proceder został opisany w książkach Wilhelma Steglicha i Manfreda Kehlersa.


Icona Holocaustu, Anna Frank. Część jej pamiętników napisano długopisem, który wówczas nie istniał.

B. Oświęcim: kłamca Nr 1

Gdyby się chciało uhonorować kogoś tytułem «ojciec kłamstwa o Oświęcimiu», otrzymałby ten zaszczyt nikt inny jak pan Rudolf Vrba, emerytowany wykładowca uniwersytetu w Vancouver. Jako młody człowiek, został Vrba wywieziony do Oświęcimia, skąd jemu wraz ze współwyznawcą Alfredem Wetzlem udało się uciec 7 kwietnia 1944 roku.

Uważne rozpatrzenie opowiadania tych dwóch słowackich Żydów ujawnia, że oni nigdy nie byli wewnątrz krematoriów, gdzie miały się znajdować KG. O krematoriach II i III piszą oni co następuje (12):

«Ze środka pomieszczenia z piecami wznosi się w górę olbrzymi komin. Wokół niego usytuowane są 9 pieców po 4 paleniska każdy. W każdy otwór wchodziło odrazu 3 trupy… Na płaskim dachu znajdowały się 3 hermetyczne, zamykane za pomocą zaworu okna. Od KG ku piecom biegła kolejka… po 3 minutach wszyscy w komorze są martwi… Wtedy komorę otwiera się, wietrzy, a Sonderkommando podwozi trupy na wywrotkach do pieców, gdzie dokonuje się spalania».

Otóż po pierwsze każdy piec ma w rzeczywistości 5 palenisk po 3 mufle każde; po drugie, jak już zostało powiedziane, w dachu kostnicy nie było żadnych otworów; po trzecie, od KG do pieców nie biegnie żadna kolej — przy piecach znajdował się podnośnik, jako że były one usytuowane o jedną kondygnację wyżej.

Oprócz tych oczywistych kłamstw, relacja Vrby-Wetzla zawiera jeszcze cały szereg poważnych błędów. Najprawdopodobniej obydwaj autorzy otrzymali informację od uczestników Ruchu Oporu, którzy, naturalnie, osobiście krematorium nie widzieli.

W roku 1964 Vrba opublikował książkę «I cannot forgive» (Nie mogę przebaczyć) (13); na str. 10-11 on rozwlekle opisuje masowe zagazowanie krakowskich Żydów, dokonane rzekomo w styczniu 1943 r. w krematorium II z okazji wizytowania Oświęcimia przez Himmlera. Gdyby Vrba przynajmniej poczytał sobie literaturę o holokauście, to by wiedział, że krematorium II uruchomiono nie w styczniu, tylko w marcu 1943 r. (14), natomiast Himmler po raz ostatni był w Oświęcimiu w lipcu 1942 r. (15).

W książce Vrba zastępuje «kolej» przez «specjalne ruchome krzesła» (takie krzesło tam rzeczywiście było, ale tylko jedno; w tekście niemieckim przedstawiony jest rysunek). Czas trwania kremacji równy 1,5 godzinom, który Vrba podawał dla « Raportu WRB», w książce został skrócony do 20 min., co, jak już wskazywaliśmy, sprzeciwia się prawom fizyki. Zamiast trzech okien w dachu KG w książce mówi się o jednym. No i jeszcze coś-niecoś «polepszył» Vrba w swoim «świadectwie».

Jak podkreśla prof. Faurisson (16), wszystko to trwa już 40 lat i skończyć z tym można będzie dopiero wtedy, kiedy na sądzie żydowscy «świadkowie KG» zostaną poddani przesłuchaniu krzyżowemu, jak to się zwykło czynić w przypadkach dochodzeń o morderstwach. A do tego momentu oszuści będą nadal wygłaszać odczyty, udzielać wywiadów, ciągnąć ludzi do sądu nie ryzykując być zdemaskowanymi za pomocą krytycznie postawionych pytań (17).

W r. 1985 w Toronto odbyła się rozprawa sądowa nad Kanadyjczykiem niemieckiego pochodzenia Ernstem Zündlem, który przez pewną żydowską organizację został oskarżony o rozpowszechnianie literatury rewizjonistów. Świadkiem koronnym na tym procesie był Vrba. Jego nieco rozpracował obrońca Zündla, Douglas Christie. Christie zaczął pytać Vrbę o opisanej w jego książce wizytacji Oświęcimia przez Himmlera (18):

Pytanie: Pozwoli mi pan zapytać, czy chciałby pan powiedzieć, że widział pan Himmlera w obozie w styczniu 1943 r. czy też są to jedynie…
Odpowiedź: We wrześniu 1943 r. albo w styczniu.
P.: Tak, ale w książce napisano w styczniu 1943 r.
O.: Nie, ja go widziałem w lipcu 1943 r., a następnie jeszcze raz w 1943 r.
P.: Ale tu stoi styczeń 1943 r.
O.: Więc to pomyłka.
P.: Pomyłka?
O.: Tak.
P.: A więc widział pan jak on przyjeżdżał?
O.: Za pierwszym razem po prostu nie mogłem go nie zobaczyć, ponieważ był tak blisko mnie jak pan teraz stoi.
P.: Tak blisko jak ja teraz?
O.: Mniej więcej.
P.: Rozumiem. Więc pan był…
O.: Z grzeczności on podszedł do mnie jeszcze o krok.
P.: Tak, tak…
O.: Lecz za drugim razem widziałem go w samochodzie, jak i za pierwszym razem. On przyjechał czarnym mercedesem i był otoczony gromadą lizusów, którzy mu towarzyszyli. Widziałem go z odległości 600 jardów i słyszałem, że to on, ale tym razem on do mnie nie podszedł, żeby uścisnąć mi rękę i przedstawić się. Może to był rzeczywiście on, a może tylko jego zastępca, ale ja nie sądzę żeby to była wielka różnica.
P.: I pan mówi sądowi, że rzeczywiście widział pan Himmlera, jak ten przez drzwi oglądał KG, tak trzeba pana rozumieć?
O.: Nie, nie twierdzę że byłem tam kiedy on oglądał KG, ale powtarzam historię, którą wiele razy słyszałem od tych którzy tam byli… Tam było wielu z Sonderkommando i z SS.
P.: Ale czy pan tam był?
O.: Nie, wówczas byłem w obozie kwarantannowym, i wiem, że nieszczęsne ofiary musiały długo czekać na zagazowanie, ponieważ wysokie bestie tak długo nie przychodziły musieli oni czekać w KG.
P.: Ale w pańskiej książce pisze pan że to wszystko widział pan osobiście i ani słowa o tym że przekazuje pan to co usłyszał od innych.
O.: W tym szczególnym wypadku opowiedziałem to co usłyszałem od innych.

W sądzie Vrba uporczywie nastawał na tym, że widział na własne oczy jak 1 mln. 765 tys. Żydów zniknęło w krematorium; z tego 150 tys.— francuskich. Christie zwrócił mu uwagę na to, że w ogóle z Francji deportowano Żydów dwa razy mniej od wymienionej przezeń cyfry, po czym Vrba go zapytał: «A skąd ma pan taką liczbę? Z nazistowskich gazet?» Christie odpowiedział, że ma ją ze wzorcowej pracy francuskiego Żyda, Serge’a Klarsfelda (19).

Klęska arcykłamcy Vrby stanowi punkt zwrotny w prawniczym przezwyciężeniu «holokaustu». Jeśli nie liczyć jerozolimskiego procesu Demjaniuka (20) — gdzie pięciu żydowskich kłamców przysięgało, że Ukrainiec własnymi rękoma wpędził setki tysięcy do KG, a on mimo to został uniewinniony — od 1985 roku żaden «świadek KG» nie waży się występować przed sądem (20).

Ernsta Zündla w 1985 skazano na 19 miesięcy więzienia, a w 1988 r. na procesie przeciwko rewizjonistom jeszcze na 9 miesięcy. Podstawą do wyroku posłużyła ustawa «o rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości». W sierpniu 1992 r. przewodniczący kanadyjskiego trybunału rehabilitował go i ogłosił wymienioną ustawę jako sprzeczną z konstytucją (21).

C. Niedorzeczność obrony oficjalnej wersji Oświęcimia

Przyszłe pokolenia nie będą mogły pojąć, jak przez pół wieku mogła się utrzymywać absurdalna historia o KG, w którą wierzyła większość ludzi, a wątpiących ścigano prawem.

Wyobraźmy sobie jednak na chwilę, że Niemcy rzeczywiście chcieliby fizycznie wytępić Żydów. Jak by oni w takim wypadku postąpili? Jako sposób zabójstwa w pierwszej kolejności nasuwa się rozstrzeliwanie i morzenie głodem. Rzecz oczywista, w każdym europejskim kraju likwidowano by Żydów na miejscu, tam gdzie oni mieszkali: francuskich — we Francji itd. Niemieckich Żydów odprowadzono by do zawczasu wykopanych zbiorowych mogił gdzieś w lasach i tam by rozstrzelano.

Natomiast pomysł zebrania Żydów z całej Europy do «obozów zagłady» i gazowania ich tam nie przyszedł by do głowy nawet najbardziej perwersyjnemu i wymyślnemu «biurokracie śmierci». Niezwykle inteligentni i o nieprawdopodobnych zdolnościach musieliby być nazistowscy zbrodniarze, gdyby podjęli się w rekordowo krótkim terminie wyniszczyć miliony ludzi, i to tak, że nie pozostało najmniejszego śladu! Ślady zaś tak starannie chowali oni dlatego iż od początku wiedzieli, że ich Narodowy Socjalizm zostanie zwyciężony i rozpocznie się międzynarodowe dochodzenie.

Deportacja Żydów miała sens jedynie w dwóch wypadkach: jeśli uważano ich za niepewnych obywateli, za element wywrotowy, oraz gdy używano ich jako siłę roboczą.

Nie mniej absurdalny jest również wybór Cyklonu B jako środka uśmiercania. Gdyby chciano za wszelką cenę wytruć Żydów, wtedy do dyspozycji była wystarczająca ilość bojowych środków trujących (przypomnijmy sobie, że w pierwszych doniesieniach polskiego Ruchu Oporu właśnie o nich się mówi, później jednak w oficjalnej literaturze już ich się nie wspomina). Podobnie też zamiast osławionych «wozów gazowych» lub «ruchomych KG» (z użyciem gazów spalinowych silnika) można było używać zwykłego gazogeneratoru, który pracuje na drewnie i produkuje aż 32% tlenku węgla, przez co można zabić człowieka w ciągu pary minut (22). Nie istniałby problem bezpieczeństwa, a metoda uśmiercania jest równie prosta, jak też i tania.

A jednak o podobnym skutecznym sposobie w literaturze na temat holokaustu nie ma ani słowa. Zamiast tego Narodowi Socjaliści musieli zastosować najbardziej idiotyczny ze wszystkich jakie w ogóle da się wyobrazić środek uśmiercania, mianowicie drogi, skrajnie potrzebny do zwalczania nosicieli tyfusu, produkowany w niewielkich ilościach, niebezpieczny przy kontakcie ze skórą, wyjątkowo kiepsko wywietrzany i niezwykle długo ulatniający się środek owadobójczy.

Od roku 1942 w niektórych stanach USA skazanych na karę śmierci zatruwa się substancją, zawierającą kwas cyjanowodorowy (pruski). Proces uśmiercania jest tu sprawą nader skomplikowaną. Komora gazowa musi być absolutnie hermetyczna, mieć złożony system wietrzenia itd. Wystarczy tylko porównać tę komorę z KG Oświęcimia jak już od razu staje się jasne, że już pierwsza próba przeprowadzenia w niej gazowania musiałaby skończyć się dla esesmanów tragicznie.

W pewnej regionalnej gazecie wypoczynkowego miasteczka Lavron w Chorwacji opisuje się, jak miejscowy leśniczy spróbował w 1995 r. wytruć gazem korniki, które niszczyły kościół, ale niewystarczająco szczelnie zamknął przy tym okna i drzwi. W wyniku tego całą ludność miasteczka natychmiast ewakuowano, i mimo tego trzy osoby uległy jednak zatruciu w ciężkim stopniu.

Na techniczną niemożliwość dokonania uśmiercania Cyklonem B w pomieszczeniach, nazwanych KG, jako pierwszy wskazał Robert Faurisson (23,24). Następujący cytat ukazuje istotę jego argumentacji (25):

«Gdyby nazistowskie KG miały być używane, wtedy należałoby wykonać co następuje: wyposażyć je w hermetycznie zamykane drzwi; zaopatrzyć w specjalny system wprowadzania i rozprowadzania gazu, wyjątkowo złożony system wietrzenia komór po dokonaniu egzekucji; wynaleźć sposób neutralizacji wypuszczonego gazu oraz wymyślić nieprzeciętnie oryginalną technologię unieszkodliwiania tegoż gazu, mocno wsiąkającego w ciało, żeby umożliwić przenoszenie trupów. Wietrzenie komór jest długotrwałym i skomplikowanym zabiegiem. Gaz tak głęboko wsiąka w skórę, że nie ma nawet mowy o tym, aby dotykać trupów rękami. Już samo tylko dotknięcie ich prowadziłoby do zatrucia».

To że twórcy komór nie znali praw chemii i dlatego zdecydowali się użyć Cyklonu B w koncentracjach, potrzebnych do masowej zagłady, musiałoby stać się dla nich fatalną pomyłką. Holokaustnicy teraz by chętnie zrezygnowali z Cyklonu B i zastąpili go jakimś innym gazem, ale jest już za późno. Będzie musiało samo kłamstwo holokaustu zdechnąć przez ten sam cyklon.

Przypisy

1) Ernst Nolte, «Streitpunkte», Propylaen, 1993.
2) Enrique Aynat, «Estudios…», l.c.
3) Martin Gilbert, «Auschwitz und die Alliierten», C.H. Beck, München, 1982.
4) Jak informuje Pressac, po wojnie w samym tylko obozie Stuthof znalezionych zostało 40–50 tysięcy węgierskich Żydówek, deportowanych tam przez Oświęcim.
5) Pełny tekst sprawozdania WRB p. Enrique Aynat, «Los protokolos de Auschwitz: Una fuente historica?», Garcia Hispan, Alicante, 1990.
6) Ich wypowiedzi zostały częściowo podane w naszej książce «Auschwitz…».
7) Rupert Butler, «Legions of death», Arrows Book Limited, 1983, s. 235 nn.
8) Norymberski dokument 3868–PS.
9) O Bełżcu i Treblince «Encyklopädie des Holocaust», l.c.
10) Proces głównych zbrodniarzy wojskowych w Międzynarodowym trybunale wojskowym. Wydano w Norymberdze, Niemcy. Przedruk fotomechaniczny w wydawnictwie Delphin, 1984. Wprowadzenie do tomu pierwszego.
11) Dokument norymberski IMT VII, s. 469.
12) Cytuje się według: Enrique Aynat, «Los protocolos…», l.c., suplement I.
13) Wydano w 1964 r., wydawnictwo Bantam.
14) P. jakąkolwiek ksążkę na temat holokaustu, np. B. Hilberg, l.c., s. 946.
15) P. np. Pressac, «Les crematoires…», l.c., s. 43/44.
16) Faurisson w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 99 nn.
17) Richard Harwood, «Did six million really die?», przedrukowano w książce Barbary Kulaszki pod tą samą nazwą, p. następny przypis 21.
18) Świadectwo Vrby występuje w protokołach pierwszego procesu Zündla w Toronto 1985, s. 1244 nn. i częściowo zostało podane w naszej książce.
19) Klarsfeld, «Le memorial…», l.c.
20) O procesie Demjaniuka p. np. Hans Peter Rullmann, «Der Fall Demjanjuk», Verlag für ganzheitliche Forschung und Kultur, 1987.
21) Robert Lenski, l.c. oraz Barbara Kulaszka, «Did six million really die?», Samisdat, Toronto, 1992.
22) Por. Friedrich P. Berg w: Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 338 nn.
23) Por. Serge Thion, «Verité historique ou verité politique?», La Vieille Taupe, 1980. Tę książkę Thion napisał wspólnie z Faurissonem.
24) Por. wywiad Faurissona włoskiej gazecie «Storia illustrata», sierpień 1979, zostało podane u Thiona, por. przypis 23.
25) Por. wprowadzenie R. Faurissona do naszej książki «Der Holokaust–Schwindel», Guideon Burg, 1993, s. IX.

*                        *                         *

X. Oświęcim: badania naukowe

A. Ekspertyza Leuchtera

W czasie trwania procesu nad rewizjonistą Ernstem Zündlem (1988) sam Zündel razem z Faurissonem zlecili amerykańskiemu specjaliście w dziedzinie komór gazowych Fredowi Leuchterowi, który konstruował KG dla jednego ze stanów USA, przeprowadzenie naukowej ekspertyzy pomieszczeń, nazywanych KG, w Oświęcimiu I, w Oświęcimiu–Brzezince oraz w Majdanku. W lutym 1988 r. Leuchter z odpowiednim wyposażeniem udał się do Polski i tam przeprowadził badania. W wyniku tych badań powstała ekspertyza, pierwsza sądowo–medyczna ekspertyza narzędzia «największej zbrodni w dziejach ludzkości» (1).

Orzeczenie zawiera trzy podstawowe wnioski:
— KG nigdy nie były planowane jako takie i z konstrukcyjnie–technicznych powodów nie mogły być jako takie używane;
— wydajności krematoriów wystarczało jedynie na małą część podawanej liczby ofiar;
— przeprowadzona (przez innego specjalistę, chemika Jamesa Rotha) analiza próbek zaprawy budowlanej, pobranych ze ścian wewnętrznych KG nie wykryła w niej nawet najmniejszej ilości cyjanku; jednocześnie, bardzo dużą zawartość cyjanku znaleziono w tynku pewnego pomieszczenia w Brzezince, oficjalnie uznawanego za dezynfekcyjne.

Z powodu przeprowadzonych badań zwolennicy teorii o wyniszczeniu kierują swe ataki przeciwko osobie Leuchtera, lecz jego osiągnięcia posłużyły dla innych za inspirację do przeprowadzenia jeszcze bardziej gruntownych badań.

B. Ekspertyza Germara Rudolfa

Germar Rudolf, chemik, pracownik instytutu Maxa Planka, przeprowadził szczegółowe sprawdzenie ekspertyzy Leuchtera (2). On tak samo doszedł do wniosku, że z powodów o naturze konstrukcyjno–technicznej oraz chemicznej masowe uśmiercania w Oświęcimiu nie były możliwe:

— rzekome otwory, przez które miał być wrzucany Cyklon, w owym czasie nie istniały. Takim sposobem, jak to opisują świadkowie, wprowadzać do komory granulat było nie sposób;
— kwas pruski wiąże się z farbą ścian. Najbardziej trwałe związki tworzy on z pigmentami farb błękitu pruskiego (Berliner Blau) i błękitu żelaznego (Eisernes Blau), którym ten kwas (Blausäure) zawdzięcza swoją nazwę. Błękit żelazny jest niezwykle trwały i zachowuje się dłużej od pomalowanych nim ścian. Gdyby w KG odbywały się masowe zagazowania, wtedy w ścianach, pomalowanych błękitem żelaznym, cyjanku w żaden sposób nie mogłoby być mniej niż w ścianach komory dezynfekcyjnej. A jednak tam jest go tyle ile zawiera każda zwykła farba, czyli naturalna, znikomo mała ilość.

Zwolennicy holokaustu nie zwracają uwagi na konstrukcyjno–techniczne wyjaśnienia Rudolfa, podejmując jednocześnie próby obalenia analizy chemicznej. Ich ulubionym argumentem jest twierdzenie, że przed skonaniem ofiary cały kwas cyjanowodorowy wchłaniały w siebie przez oddech (3). Wtedy stąd wynika, że w Trzeciej Rzeszy nawet molekuły kwasu pruskiego słuchały rozkazów SS, nie osiadały na ścianach, żeby nie zdradzić swych opiekunów po ich klęsce, tylko leciały bezpośrednio do ust lub otworów nosowych swych ofiar (4).

Zresztą, granule ulatniały gaz minimum przez 2 godziny, ofiary natomiast, jak mówią naoczni świadkowie, były już martwe najwyżej po 30 minutach. Z tego wynika, że nawet trupy kontynuowały wchłanianie gazu, aby się nie przedostał na ściany. Chociaż, według słów tychże naocznych świadków, trupy były zaraz wrzucane do pieca. Cóż to za przykre nieporozumienie?

Tak że tym wszystkim, którzy czerpią korzyści z «holokaustu», pozostaje tylko wszcząć wendettę przeciwko samemu Rudolfowi, co też i zrobili. Na mocy polecenia, wpływającego z Centralnej Rady Żydowskiej, wydalono go w maju 1993 r. z instytutu, po czym w czerwcu 1995 r. w wyniku trwającej przez wiele miesięcy farsy sądowej skazano bez żadnego uzasadnienia winy na 14 miesięcy więzienia: za rzekomą obrazę Żydów i rozniecanie nienawiści rasowej; wymieniono tam i jeszcze parę innych punktów (5).

C. Badanie krematoriów przez Carlo Mattogno

Ostatnią lukę w naukowo–technicznym studium holokaustu wypełnił włoski rewizjonista Carlo Mattogno. Przy współpracy z Franco Diano i innymi inżynierami przeprowadził on wybitnie gruntowne badanie krematoriów Oświęcimia. Streszczony wykład otrzymanych wyników w języku niemieckim ukazał się w 1966 r. (6).

Zbadał Mattogno następujące czynniki:
— realną wydajność maksymalną krematoriów z uwzględnieniem potrzeby ich technicznej naprawy, wskutek czego nie mogły one działać wszystkie naraz i bez przerwy;
— dostarczanie koksu do krematorium, co zostało udokumentowane prawie kompletnie, oraz zużycie koksu na spalenie jednego trupa;
— ogniotrwałą wykładzinę pieców od wewnątrz, którą nie odnawiano ani jednego razu, podczas gdy wystarcza jej co najwyżej na 3 tys. kremacji w jednej mufli;
— niemożliwość spalania ciał w dołach.

Mattogno doszedł do wniosku, że krematoria w żaden sposób nie mogły spalić więcej niż 162 tys. trupów. Jeśli uwzględnimy przy tym fakt że realna liczba ofiar Oświęcimia stanowi 170 tys. oraz że pewną ilość trupów w wypadkach gwałtownych wybuchów epidemii tyfusu palono na otwartym powietrzu (nie w dołach!), wtedy wyniki Mattogno dopełniają obraz (7).

Przeciwko badaniom Mattogno po prostu nic nie można powiedzieć, dlatego antyrewizjonistyczna literatura o nich milczy (8). Teraz już, jak się mówi, przebić kartę całkiem nie ma czym.

D. Analiza wyników zdjęć lotniczych dokonana przez Johna Balla

W grudniu 1943 r. zabudowania Oświęcimia były wielokrotnie fotografowane z powietrza przez aliantów (których interesowało jego znaczenie gospodarcze: działało tam wiele zakładów firmy IG–Farbenindustrie). Wszystkie zdjęcia były robione w okresie, który «naoczni świadkowie» określają jako najbardziej śmiercionośny.

Szczególnie interesujące są zdjęcia, zrobione 31 maja 1944 r. Właśnie wtedy miał iść na całą moc proces likwidacji Żydów węgierskich; 400 tys. spośród nich miało być zagazowanych na przełomie maja i czerwca i po większej części spalonych na otwartym powietrzu. A co widać na zdjęciach? Ani kolejek przed krematoriami, ani olbrzymich pałających stosów, ani dołów, ani zamglonego dymem nieba. Nie ma ani gór z koksu, ani też z drewna, koniecznych do spalenia w mniej niż dwumiesięcznym terminie 400 tys. trupów. Nie ma nic!

Analizy zdjęć lotniczych dokonał kanadyjski specjalista w tej dziedzinie John Ball (9). Jego badania zadały ostatni cios głównemu punktowi kłamstwa o Oświęcimiu — legendzie o wymordowaniu Żydów węgierskich.

Przypisy

1) Fred Leuchter, The Leuchter Report, Focal Point Publication, 1989, można zamówić w Samisdat Publishers, 206 Carlton Street, Toronto/Kanada. Streszczone tłumaczenie niemieckie zostało opublikowane w zeszycie 36 «Historischen Tatsachen», ale skonfiskowane przez władze najbardziej wolnego państwa w dziejach Niemiec.
2) Rudolf, «Gutachten…», l.c. Nieco streszczona wersja znajduje się w zbiorze Gaussa «Grundlagen zur Zeitgeschichte», l.c.
3) Podobną tępotę umysłową wykazała np. Klara Obermüller w swym wprowadzeniu do odczytu Debry Lipstadt o «Negacji holokaustu» na uniwersytecie w Zürichu 1 czerwca 1994 r.
4) Faurisson mówił o «cząsteczce z głowicą sterującą».
5) Proces przeciwko Germarowi Rudolfowi w Stuttgarcie 1994/1995, Aktenzeichen 17 KLs 83/94.
6) Mattogno/Dean w Gauss, «Grundlagen…», l.c.
7) Ibidem, s. 305–307.
8) Zbiór ukazał się w wydawnictwie Dieticke pod tytułem «Wahrheit und Auschwitzlüge».
9) John Ball, «Air photo evidence», Ball Resource Service, 1992, można zamówić w Samisdat Publishers (por. przypis 1).

*                        *                         *

XI. Inne «obozy zagłady»

Teraz, kiedy skończyliśmy sprawę z centralnym punktem mitu o «holokauście», kłamstwem Oświęcimia, możemy pokrótce przyjrzeć się 5 innym «obozom zagłady», o których napisano nie mniej niż o Oświęcimiu.

Majdanek, mieszany obóz pracy i «obóz zagłady», zwolenniki teorii eksterminacji przedstawiają jako porównywalny z Oświęcimiem. Co się tyczy Chełmna, Sobiboru, Treblinki i Bełżca, one są ogłaszane czystymi «fabrykami śmierci». Jeszcze przed zakończeniem wojny Niemcy je demontowali i schowali wszystkie poszlaki. Dlatego żadnych dokumentów po nich nie pozostało; Niemcy wszystko zniszczyli. Zobaczmy, jak to wszystko się udowadnia.

Majdanek

Był to wielki obóz pracy, który swą nazwę otrzymał od przedmieścia Lublina, na którym był położony; obozowi tę nazwę nadali później Polacy.

Z górnych pięter znajdujących się na pobliskich ulicach kamienic widoczny był cały teren wewnętrzny obozu. Narodowi socjaliści, z jednej strony, usiłowali ukryć fakt ludobójstwa, dlatego właśnie zniszczyli wszystkie dokumentalne dowody, a trupy milionów zabitych usunęli bez śladu; z drugiej strony, swą «fabrykę śmierci» urządzili wprost na obrzeżach wielkiego miasta w ten sposób, aby polska ludność mogła z bezpośredniej bliskości przyglądać się przebiegowi zbrodni! Oto w co każe się nam wierzyć przez dobre pół stulecia.

Majdankowi przypisuje się od 1,38 mln. do 50 tys. zabitych (1). Niektórzy zwolennicy teorii eksterminacji, jak chociażby Gerald Reitlinger (2) lub Wolfgang Benz (3), uważają go za «obóz zagłady». Przeważnie jednak istnienia KG na Majdanku broni się dość biernie. Że pomieszczenia, które pokazuje się zwiedzającym jako KG, nimi nie są, ostatecznie udowodnił Germar Rudolf (4). Ten obóz nie zasługuje na to, aby o nim długo mówić.

Chełmno

Obóz był położony na zachodzie Polski. Według „Jewish Year Book” (Roczniki Żydowskie) t. 47, s. 398 zgładzonych w nim zostało 1,35 mln Żydów; według Claude’a Lanzmann’a (5) – 300 tys., według Wolfgang’a Scheffler’a (6) – 300 tys., według Raul’a Hilberg’a (7) – 150 tys. To że żaden z autorów nie robi najmniejszego wysiłku by swoją liczbę uzasadnić, rozumie się samo przez siebie.
Mordów dokonywano wyłącznie w ruchomych KG („samochodach gazowych”), od istnienia lub nieistnienia których zależy los całego „obozu zagłady”. Do tych samochodów jeszcze powrócimy.

Sobibór

Sobibór został zaliczony do obozów koncentracyjnych dzięki przypadkowi: krótkiemu pismu inspektora obozów Richarda Glücka do Heinricha Himmlera, wysłanemu w styczniu 1943 r. Glück proponuje w nim przerobić Sobibór na OK. Himmler propozycję Glücka odrzucił (8).

Pozostaje pytanie: był obóz czy go nie było? Zwolennicy teorii zagłady twierdzą, że był, i że był to właśnie „obóz śmierci”. Liczba przypisywanych mu ofiar stanowi 200-250 tys. Odnośnie narzędzia uśmiercania długo nie mogli dojść do porozumienia. Jeden z nielicznych świadków, radziecki Żyd Aleksandr Pieciorskij składa takie zeznania (9): „Na pierwszy rzut oka wydawało się, że wchodzisz do zwykłej bani: krany do gorącej i zimnej wody, ławki do mycia się… Lecz jak tylko człowiek tam wchodził, drzwi z wielkim hukiem zamykały się. Z dziurek w suficie zaczynała po spirali spływać ciężka, ciemnawa masa…”

Aby zagłuszyć krzyki ofiar, Niemcy trzymali w obozie stada wyjątkowo krzykliwych gęsi co zaczynały gęgotać w czasie póki spływała śmiercionośna masa (10) [sic! – admin]. Historyków taka wersja nie zachwyciła, więc stanęli wkrótce na wersji KG (11, 12), zaś „Encyklopedia Holokaustu” podsumowała te debaty orzekając: był tam silnik Diesla – i koniec!

Bełżec

W Bełżcu, jak twierdzą wszyscy holokaustnicy, pomiędzy marcem a grudniem 1942 r. uśmiercono dokładnie 600 tys. Żydów (14), z czego wynika, że system nazistowski w Bełżcu był szczególnie bezlitosny. Główny świadek to Kurt Gerstein, który, jak pamiętamy, twierdził, że gazem zostało otrutych 20 do 25 mln ludzi, że istniały góry z obuwia o wysokości 40 m, a do KG upychano ludzi po 28-32 osoby na metr kwadratowy. Oprócz Gerstein jest jeszcze tylko jeden świadek – polski Żyd Rudolf Reder dzięki któremu przyjęto uważać, że w obozie przeżyło od 1 do 5 ludzi. Reder mówił o 3 mln uśmierconych gazem w Bełżcu (15).

Za narzędzie mordu w Bełżcu już przez dziesięciolecia jednogłośnie uznaje się silnik Diesla. Ale w kręgach, tworzących mit holokaustu, krążyły różne wersje: od ludzkiego młyna dr Szende do wagonów z wapnem Jana Karskiego i pieców elektrycznych Abrahama Silbersteina (16). Wszystkie one zniknęły później w zakamarkach historii.

Treblinka

Temu „wyłącznie niszczycielskiemu obozowi” przypisuje się od 3 mln do 750 tys. ofiar. Na procesie Demjaniuka w Jerozolimie nazywano liczbę 875 tys. (17).

Klasyk holokaustu Wasilij Grossman w książce „Piekło Treblinki” (1946) opisuje następujące sposoby zagłady w obozie (18):
– uduszenie przez odpompowanie powietrza z komory. Zupełnie niewykonalny technicznie temat do horroru; niedługo zniknął z propagandowych zasobów holokaustu.
– oparzanie przez rozżarzoną parę. Sposób został unieważniony przez trybunał Norymberski 14 grudnia 1946 r. (dokument PS 3311).
– zabijanie spalinami silnika Diesla. Ta wersja została niedługo wyparta przez inne. W lutym 1946 r. Samuel Reizmann zeznał w Norymberdze, że w Treblince było najpierw 3, a następnie 10 KG (IMT VIII, s. 361). Po czym nie chciano już nic innego – ani opisanej 2 miesiące przed tym komory parowej, ani wypompowania powietrza, ani chloru lub transportera (19).

Podobnie jak w Chełmnie, Sobiborze i Bełżcu, trupy w Treblince były najpierw zakopywane w dołach, w 1943 r. zaś zostały wykopane i spalone na otwartym powietrzu bez reszty. Izraelski „naukowiec” I.Arad wyjaśnia (20): „Ludzie, którzy pracowali przy kremacji zauważyli, że trupy dobrze się paliły bez specjalnych środków palnych”.

Sposób takiego palenia został wynaleziony przez wysoce utalentowanego esesmana Gerberta Flossa. On to właśnie się domyślił, że tłuste panie palą się lepiej niż chudzi mężczyźni i wykorzystał je jako materiał palny (21). Szkoda że tego dotąd nie wiedzą Hindusi i wycinają lasy aby palić swoich umarłych. Zresztą, możliwe że tylko w okresie panowania NS trupy paliły się same, w warunkach zaś wolnego społeczeństwa to się nie dzieje na skutek dużej zawartości wody w komórkach.

Według dokumentu, który wyłonił się w czasie wojny w kręgach żydowskich, w Treblince było 10 KG, które jednocześnie mieściły 6 tys. ludzi. Droga do tych pomieszczeń śmierci była otoczona szczelnym płotem i miała szerokość 1,5 m (22), co oznacza, że ludzie mogli po niej przechodzić tylko dwoma rzędami. Odległość pomiędzy każdą parą idących nie może być mniejsza niż 0,5 m. Otrzymujemy więc kolejkę o długości 2 km.

Według Adelberta Rückerla, byłego kierownika Centrum Ścigania Zbrodniarzy Nazistowskich w Ludwigsburgu, w Treblince służyło 35-40 esesmanów; co oznacza, że w każdej akcji palenia na jednego esesmana (przy założeniu że wszyscy oni zajęci byli wyłącznie tym i niczym innym) przypadało po 150 Żydów! Na szczęście, Żydzi trzymali się nader posłusznie: zamiast żeby załatwić kilku esesmanów i uciec, oni maszerowali, jak zeznaje pewien świadek w Düsseldorfie, „nadzy, kolumną, prostą do KG” (23).

Babi Jar

Po wkroczeniu wojska niemieckiego we wrześniu 1941 r. do Kijowa w mieście nastąpiła seria wybuchów i pożarów, których ofiarami stały się setki ludzi. Mszcząc się za to Niemcy ponoć zebrali 33 tys. Żydów, zaprowadzili ich na obrzeża miasta, rozstrzelali i wrzucili do wąwozu. Dokładnie dwa lata później, kiedy Armia Czerwona doszła pod Kijów, trupy zostały wyryte i spalone – jak też należy się spodziewać, bez reszty. A więc również po tym przestępstwie nie pozostało żadnych dowodów.

Gerbert Tideman i Udo Walendy zbadali historię Babiego Jaru. Zeznania świadków pełne są wszelkich dostępnych wyobraźni sprzeczności. Przed rozstrzelaniem ofiary były rzekomo przebijane bagnetami, zakopywane żywcem do ziemi itp. Z biegiem lat liczba ofiar urosła do 300 tysięcy.

Sprawa polega na tym, że w momencie przejęcia Kijowa przez Niemców nie było tam nawet 33 tys. Żydów, nie mówiąc już o 300 tys., ponieważ wszyscy oni zostali zawczasu ewakuowani.

Badania naukowe

a) Badania „narzędzi morderstwa” przez Friedricha Paula Berga

Amerykański inżynier F.P.Berg zbadał silnik Diesla jako narzędzie zabijania (24). Wykazał on kompletną niedorzeczność tej legendy. Sprawa polega na tym, że jest to sposób skrajnie niezręczny, pracochłonny i zupełnie nieskuteczny, jako że gaz ten zawiera dużo tlenu i mało tlenku węgla. W silniku benzynowym na 1 m3 spalin przypada 5% i więcej tlenku, w dieslowskim zaś nie więcej niż 1%, nawet jeśli ustawić go na bieg jałowy. Skuteczniej byłoby po prostu zamknąć ofiary w pomieszczeniu bez okien.

Jeśli holokaust miał miejsce, to jego wykonawcy byli geniuszami technicznymi, ponieważ udało się im wywieźć miliony ludzi niewidocznie dla całego otaczającego świata do ośrodków zagłady, zatruć ich gazem i spalić bez reszty, ale okropna nieskuteczność narzędzia uśmiercania nie została przez nich uwzględniona!

Podobnie jak historię z Cyklonem B, również tę historię z silnikiem Diesla wymyślili ignoranci z chemii. A jednakże silnik ten stoi we wszystkich książkach z historii na zgubę holokaustnikom, i nie ma gdzie go stamtąd usunąć.

b) Badanie sposobu usuwania trupów przez Arnulfa Neumaiera

A. Neumaier jest inżynierem. W swoim studium wychodził on z założenia cyfry 875 tys. (25), która została wymieniona na procesie Demjaniuka. Aby spalić 875 tys. trupów na otwartym powietrzu, przy założeniu 200 kg drewna na trup potrzeba 175 tys. ton drewna. Chodzi więc o zrąb lasu o długości 6,4 km i szerokości 1 km. Aby dokonać dzieła spalenia, które, jak się twierdzi, trwało od początku marca do końca sierpnia 1943 r., potrzebna była codzienna praca 2800 drwali, przy założeniu że w ciągu dnia jeden człowiek zetnie, oczyści, rozpiłuje i zmagazynuje jedno drzewo.

Jednakże, jak opowiada literatura z dziedziny holokaustu, w Treblince było zaledwie 500 „Żydów-robotników”, spośród których, jak podaje „ocalały z holokaustu” Richard Glocar, do brygady drwali należało jedynie 25 osób, czyli 1,5% wymaganej liczby (26). Poza tym, w pobliżu Treblinki nie ma prawdziwego lasu. Czyżby więc przetransportowanie linią kolejową 175 tys. ton drewna odbyło się niezauważone? A może drewno wydobywano w jakiś inny sposób?

Idźmy dalej. 875 tys. trupów to 2900 ton popiołu; należy doliczyć do tego jeszcze 100 ton popiołu z drewna. W popiele zaś setek tysięcy trupów pozostają części niespalone – samych tylko zębów 20-30 mln sztuk. I gdyby Sowieci czy też Polacy byli znaleźli choćby najmniejszą część tych wszystkich pozostałości, oni natychmiast z wielkim hałasem zebraliby międzynarodową komisję, aby ukazać światu dowód niemieckiego okrucieństwa. Ale oni tego nie zrobili. Dlaczego?

c) Absurdalność legendy o „czysto niszczycielskich obozach”

W antyrewizjonistycznym utworze Tilla Bastiana oficjalną mądrość na temat „obozów zagłady” podaje się następująco (27):

„Jesień 1943 roku. 300 km na północ od Oświęcimia wykonują swoją brudną pracę Sobibór i Treblinka. Kiedy masowe mordy tam ustały, głównym ośrodkiem niszczenia, jakich nie widział świat, stał się obóz Oświęcim-Birkenau.
Rudolf Höss, który odwiedził obóz zagłady Treblinka (w czerwcu 1941 r., 13 miesięcy przed początkiem jego istnienia!) szczycił się ulepszeniami, które u siebie wprowadził. „Komendant obozu Treblinka – mówi Höss – powiedział mi, że 800 tys. on zlikwidował w ciągu pół roku. Stosował on jednotlenek, który jest mało skuteczny. Kiedy ja budowałem gmach zagłady w Oświęcimiu (niejasne który? bo jest ich tam sporo), stosowałem Cyklon B. …Innym ulepszeniem było to, że wybudowaliśmy KG, które mieściły od razu 2 tys. ludzi, podczas gdy w Treblince w każdej z 10 KG mieściło się zaledwie po 200 osób”.

Tym passusem pan Bastian zupełnie wyraźnie pokazuje, za kogo on trzyma swoich czytelników: mianowicie za idiotów. Oświadcza on:

„W Bełżcu przez 10 miesięcy – gdyż obóz został uruchomiony w marcu 1942 r. – zostało zabitych i spalonych na otwartym powietrzu 600 tys. ludzi. W Treblince … 974 tys., prawie wszyscy Żydzi, spośród których 894 tys. – w przeciągu 8 mies., ponieważ w pozostałym czasie, według Hössa to 6 mies., zdołano uśmiercić jedynie 80 tysięcy”.

Lecz po co wtedy było potrzebne wiosną 1943 stawiać w Brzezince KG w krematoriach, jeśli inne obozy zagłady funkcjonowały tak skutecznie? W samych tylko Bełżcu i Treblince przy takim tempie pracy bez problemów można było wymordować wszystkich aresztowanych Żydów. Czemu tak nie w porę zostały zamknięte obydwie „fabryki śmierci” i postanowiono budować KG w Oświęcimiu?

Budowę 4 krematoriów w Brzezince tłumaczą holokaustnicy potrzebą likwidacji trupów zagazowanych. Ale po co stawiać krematoria, skoro każdą ilość trupów można przy pomocy środków palnych jak również bez nich po prostu spalić na otwartym powietrzu, nie pozostawiając żadnych śladów?

I czemuż to „gaz jednotlenek był nieskuteczny”, skoro przy jego pomocy w rekordowo krótkim terminie załatwionych zostało 1,824 mln ludzi?

Czym były Treblinka, Bełżec i Sobibór w rzeczywistości?

Nie ulega wątpliwości, że po powstaniu w getcie warszawskim setki tysięcy Żydów zostało deportowanych do Treblinki. Był to obóz przejściowy. Zgładzić i spalić w nim 1 mln ofiar było technicznie niemożliwe. Nie był to również obóz pracy, ponieważ był do tego zbyt mały. Taką była Treblinka 1; położona w 3 km od niej Treblinka 2 była obozem pracy.

Świadkowie podają, że Żydów z Treblinki przewieziono do innych obozów, na przykład do Majdanku (28). Po co, chciałoby się zapytać, potrzeba było wozić ofiary z jednego „obozu zagłady” do innego, panowie eksterminacjoniści?

Możliwe jest również, że Treblinka służyła jako obóz tranzytowy dla przewożonych do kolonii na Białorusi, istnienie których jest uznawane przez zwolenników teorii eksterminacji. Tego rodzaju obozami przejściowymi były również najprawdopodobniej Sobibór i Bełżec, za czym przemawia ich położenie na wschód od Warszawy.

Niemcy zniszczyli dokumenty? Któż to wie? Ale czemu wtedy w Oświęcimiu absolutnie wszystkie papiery pozostały nie ruszone? Wydaje się nam raczej, że tam, gdzie dokumentów nie ma, zostały one schowane, ponieważ obalają legendę o holokauście. W najbliższych latach można się tu spodziewać ciekawych odkryć.

Przypisy

1) Pierwszą cyfrę podaje Lucy Dawidowicz (l.c., s. 191), drugą Raul Hilberg (l.c., s. 956).
2) Reitlinger, l.c., s. 512.
3) Wolfgang Benz (wydawca), «Dimension des Volkermords», Oldenburg, 1991, s. 470.
4) Rudolf w książce Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 276 nn.
5) Claude Lanzmann, „Shoa”, dtv, 1988, s. 17.
6) Wolfgang Scheffler, „Judenverfolgung im Dritten Reich”, Colloquium, 1964, s. 40.
7) Hilberg, tamże, s. 956.
8) Dokument Norymberski NO-482.
9) Alexander Pechersky, „La rivolta di Sobibor”, w: Yuri Suhl, „Ed essi si ribellarono”, Mediolan 1969, s. 31.
10) Tamże.
11) Leon Poliakov, „Breviaire de la Haine”, Editions complexe, Paris 1986, s. 224.
12) Hilberg, tamże, s. 941.
13) „Enzyklopädie des Holokausts”, tamże, s. 1496.
14) Por. dane o Bełżcu w rozdziale następnym („Cuda na taśmie produkcyjnej”).
15) Treść książki Redera (Kraków 1946) jest przedstawiona w: Carlo Mattogno, „Il rapporto Gerstein. Anatomia di un falso” (Sentinella d’Italia, 1985, s. 129 nn.).
16) Por. naszą publikację: „Der Holokaust auf dem Prüfstand”, 1992, s. 47 nn.
17) Na temat procesu Demjaniuka p. Rullmann, tamże.
18) Wasilij Grossman. Piekło Treblinki. Moskwa 1946. Fragmenty są cytowane w nr 44 „Historischen Tatsachen”.
19) Arnulf Neumaier, w: Gauss, „Grundlagen…”, tamże.
20) Yitzhak Arad, „Belzec, Sobibor, Treblinka. The Operation Reinhard Death Camps”, University Press, Bloomington, USA, 1987, s. 174.
21) Jean-Fransois Steiner, „Treblinka. Die Revolte eines Vernichtungslagers”, Gerhard Stalling Verlag, 1966, s. 294 nn.
22) Por. Neumaier, in: Gauss, „Grundlagen…”, tamże.
23) FAZ, 2 kwietnia 1965 r.
24) Friedrich Paul Berg, w: Gauss, „Grundlagen…”, tamże.
25) P. przypis 22.
26) Richard Glazar, „Die Falle mit dem grünen Zaun”, Fischer, 1992, s. 126.
27) Till Bastian, „Auschwitz und die Auschwitz-Lüge”, C.H.Beck, 1995, s. 44/45.
28) Alexander Donat (Hg.), „The Death Camp Treblinka”, Holocaust Library, New York 1979, s. 24.

https://artykulyaryjskie.wordpress.com/2017/08/17/jurgen-graf-mit-holokaustu-czesc-czwarta

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.